-
nowość
Eliza i Latająca Twierdza - ebook
Eliza i Latająca Twierdza - ebook
Nastoletnia Eliza, porwana wraz z młodszym bratem przez międzywymiarowych łowców niewolników, trafia do obcego świata gdzie będzie musiała wykazać się sprytem i wolą przetrwania by przeżyć. Nieoczekiwanym sprzymierzeńcem stanie się dla niej Garet: dla innych mieszkańców tego świata - potwór, dla Elizy - przyjaciel.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 7,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_Teraz_
W taki dzień jak ten łatwo można było zapomnieć, że jest się gdzieś indziej niż w okolicach domu, który Eliza pamiętała jeszcze nie tak znowu najgorzej. I wcale nie chodziło tu o dom wujka Neda i cioci Leli, ale o prawdziwy dom. Pogoda była wspaniała i nic nie blokowało przyjemnie grzejących promieni słońca, ani z rzadka tylko widoczne chmury, ani zupełnie nieobecne w tej okolicy ciemne sylwetki unoszących się na nieboskłonie skalistych dryfów. Rośliny gęsto porastające oba pobocza drogi też nie wyglądały nieznajomo: iglaste drzewa o łuszczącej się jasnobrązowej korze i lekko poruszających się na wietrze koronach wyglądały wypisz wymaluj jak sosny i równie dobrze mogły rosnąć parę kilometrów od miejsca, w którym Eliza wychowywała się od urodzenia aż do czasu porwania. Las otaczający niezbyt szeroką drogę był tutaj dość rzadki, w dziennym świetle wyglądał niemalże przyjaźnie. Dla Elizy był to wystarczający powód, by się trochę rozluźnić. Szła nonszalanckim krokiem, z oboma kciukami zatkniętymi za szeroki pas, tuż obok bliźniaczych skórzanych kabur obciążonych masywnymi pistoletami skałkowymi. Pogwizdywała nawet jeszcze parę chwil temu, ale Garet tak bezlitośnie wyśmiał jej nieudolne próby, że postanowiła nie dawać mu więcej powodów. Kopała nieduży kamyk, tak by za każdym krokiem wpadał w krótki o tej porze dnia cień Gareta idącego parę kroków przed nią. Garet milczał, a ona wiedziała, że chce ją jak zwykle przeczekać; wiedziała też, że mu się uda, że jak zwykle nie wytrzyma i odezwie się pierwsza. Drażniło ją, że przyjaciel tak dobrze ją zna, ale przynajmniej miała czas na przygotowanie kolejnych argumentów. Odrzuciła długi rudy warkocz na plecy i z pełnym przekonaniem o własnej racji, jakie może cechować tylko bezczelną szesnastolatkę, kontynuowała dyskusję.
– Widzisz, Garet, wydaje mi się, że to wszystko wina twojego podejścia. Ja wiem, że się starasz, ale widać po tobie, że za bardzo się przejmujesz swoim wyglądem. Ludzie to widzą. Widzą, że się spinasz, i dlatego traktują cię z rezerwą.
Zawiesiła na chwilę głos, oczekując riposty, ale wyglądało na to, że Garet na dobre powziął decyzję, by przeczekać jej monolog. Powinien już wiedzieć, że to nic nie da – Eliza skończy tylko wtedy, kiedy sama uzna, że pora kończyć, choćby miała mówić sama do siebie przez resztę dnia… Nie zapowiadało się jednak na to, że kompan się odezwie, więc przez chwilę patrzyła jeszcze na jego miarowo poruszającą się w marszu wysoką sylwetkę i długi dwuręczny miecz, chyboczący się w pętli na plecach obok sporego plecaka z ich wspólnymi rzeczami. I plecak, i miecz na pewno były cholernie ciężkie, ale zawieszone na szerokich barkach Gareta wcale nie sprawiały wrażenia, jakby utrudniały mu wędrówkę. Eliza wzruszyła ramionami i podjęła swoją, jak na razie jednostronną, przemowę.
– Gdybyś zachowywał się normalnie, odezwał się, zagadał, pewnie inaczej by zareagowali. Wiesz, że dla wielu osób nie ma żadnego znaczenia, jak wyglądasz. Nie miało dla wujka Neda i cioci Leli. Dla mnie też nigdy nie miało.
Garet westchnął. Brzmiało to jak przeciągły syk i mogłoby zmylić kogoś, kto nie wychowywał się z nim przez ostatnie parę lat, ale dla Elizy było jasne, że jej towarzysz jednak coś powie. Mimo że wciąż była trochę zła, uśmiechnęła się. Lubiła z nim rozmawiać, nie tylko dlatego, że w ten sposób podróż mijała szybciej.
– Eliss… – Obrócił się, patrząc na nią prawym okiem, głęboko osadzonym w podłużnej jaszczurczej głowie. Rozdwojony język wysunął się spomiędzy łuskowatych ust, jak zawsze, gdy przeciągle wymawiał jej imię. – Nawet ty musisz mimo wszystko przyznać, że mój widok nie budzi zaufania. Przypomnij sobie, jak spotkaliśmy się po raz pierwszy. A wtedy byłem cztery lata młodszy i dobre pół metra niższy. O masie nie wspomnę. Wieśniacy z ostatniej wioski wcale nie wrzeszczeli tak jak ty wtedy, więc nie wiem, o co właściwie się czepiasz.
Miał rację, jak zawsze. Eliza zresztą też wyróżniała się wśród innych mieszkańców dryfów położonych w tej strefie klimatycznej. Wprawdzie nie brakowało tu ludzi, a na Rhae byli oni wręcz gatunkiem dominującym, jednakże miedzianorude włosy Elizy i jej bardzo jasna cera odróżniały ją od śniadoskórej i ciemnowłosej większości. Pewnie wzbudzałaby o wiele większe zainteresowanie, gdyby nie towarzyszący jej niemal stale Garet, skupiający na sobie całą uwagę. I rzeczywiście, nawet w niewoli u Kurusan, gdzie w obozach pracy można było spotkać najróżniejszych przedstawicieli obcych ras schwytanych przez kurusańskich łowców w najdziwniejszych światach, nie znalazł się nikt podobny do Gareta. Sam Garet, porwany w dzieciństwie, nie pamiętał nawet swojego rodzinnego świata, nie miał pojęcia, jak nazywała się rasa, do której należał. Był po prostu jedynym w swoim rodzaju Garetem – co niestety sprawiało więcej kłopotów niż pożytku.
W sumie tylko imponującej krzepie Garet zawdzięczał to, że jeszcze żyje. Zarówno w obozach, jak i na wolności nie brakowało chętnych, by sprawić komuś tak bardzo odmiennemu przykrość – poczynając od niewpuszczania do gospody, po całkiem konkretną ochotę odebrania życia. Zawsze jednak, przynajmniej jak dotąd, Garet potrafił sobie poradzić. Przez te parę lat ich znajomości Eliza kilka razy widziała, jak walczy. Nawet bez broni był strasznym przeciwnikiem: wysoki i ciężki, o muskularnych ramionach, walczył pazurami, ostrymi zębami i niezwykle silnym ogonem, zaś zielonkawa łuska pokrywająca jego ciało stanowiła ochronę nie gorszą niż lekka zbroja. Jednak prawdziwie przerażającym przeciwnikiem stawał się, gdy dobywał miecza – obosiecznego o prostej głowni, którego szeroki jelec sięgał Elizie do barków, jeśli czubek ostrza wbiło się w ziemię. Eliza kiedyś próbowała go podnieść, ale nie wchodziło to w grę. Jedyne, czego mogła dokonać, to ciągnięcie miecza po ziemi, ale i to szybko doprowadzało ją do utraty tchu. Tymczasem w rękach Gareta broń śmigała, jakby była drewnianą atrapą.
Garet stał i czekał na odpowiedź, a choć jego jaszczurcza twarz pozostawała nieprzenikniona dla tych, którzy go nie znali, Eliza wiedziała, że jest bardziej rozbawiony niż obrażony jej marudzeniem. Uśmiechnęła się lekko mimo woli i zobaczyła, że i kącik szerokich ust Gareta uniósł się delikatnie.
– Następnym razem, jak będziemy zachodzić do jakiejś osady kupić jedzenie, założymy ci papierową torbę na głowę.
– Papierową torbę?
– Nieważne…
Teraz już tylko próbowała udawać obrażoną, choć nie bardzo jej to wychodziło. Mimo to smutna prawda była taka, że przez wygląd Gareta kolejny dzień będą głodni. Niby mieli trochę pieniędzy, ale chętnych do transakcji z dziewczyną wyglądającą na najemniczkę i towarzyszącym jej dwumetrowym, dwunogim jaszczurem nie było zbyt wielu. A przekonanie Gareta, by następnym razem puścił ją samą i zaczekał w lesie, nie będzie łatwe. Polować nie umiało żadne z nich, a do większych osiedli, gdzie szansa natrafienia na osoby bardziej tolerancyjne dla dziwnie wyglądających, ale uczciwie płacących podróżnych, była znacznie większa, pozostawało im jeszcze kilka dni marszu.
Prawdę mówiąc, spotkanie takich tolerancyjnych osobników było dla Elizy i Gareta sprawą życia i śmierci. Jeśli mieli mieć jakąś nadzieję na zatrudnienie w stolicy, to właśnie u kogoś, kto przedkładał profesjonalizm nad wygląd zewnętrzny. A z ich dwójki profesjonalizmem mógł pochwalić się przede wszystkim Garet – jeśli potencjalny pracodawca potrafiłby przymknąć oko na jego nietypowe warunki fizyczne, zyskałby w zamian naprawdę groźnego najemnego wojownika. Eliza wchodziłaby w ten układ raczej w ramach transakcji wiązanej. Bynajmniej nie dlatego, że nic nie umiała – wprost przeciwnie, szkoła życia odebrana w kurusańskim obozie uczyniła z niej twardą, potrafiącą zadbać o siebie dziewczynę. Z pistoletami, dzięki wujkowi Nedowi, też radziła sobie całkiem nieźle, a wrodzona inteligencja i wykształcenie wyniesione z rodzimego świata zdecydowanie przewyższały te powszechnie spotykane wśród tubylczej ludności. Co z tego, skoro pierwsze wrażenie raczej nie zachęcało do zatrudnienia Elizy gdziekolwiek indziej niż przy najprostszych pracach. Kobiety na Rhae, choć nieustępujące inteligencją mężczyznom, rzadko mogły pracować w zawodach, w których mogłyby tą inteligencją zabłysnąć. A jeśli już, to spotykało to kobiety z wyższych klas społecznych. Dziewczyna z ulicy w obcym mieście mogła zostać co najwyżej pomocą kuchenną lub prostytutką, zależnie od tego, jak bardzo się ceniła. Żadna z tych karier nie uśmiechała się Elizie, która sto razy bardziej wolała pomagać Garetowi, niż usługiwać w brudnych karczmach czy zamtuzach.
Na razie jednak od stolicy dzielił ich ponad tydzień drogi, zaś od krawędzi dryfu Rhae i ulokowanych tam pomniejszych portów co najmniej parę dni. Jeśli w kolejnych wioskach położonych przy szlaku okaże się, że miejscowi nie są zainteresowani handlowaniem z niepokojąco wyglądającymi podróżnymi, to do miasta dotrą zapewne ostatkiem sił. W sumie trudno się było dziwić, w małych osadach ludzie nie bardzo potrzebowali pieniędzy, żyjąc we w miarę zamkniętych i samowystarczalnych społecznościach. Mogli jeszcze liczyć, że bliżej krawędzi na szlaku pojawi się więcej wozów kupców i handlarzy. Oni już nie powinni tak gardzić gotówką jak wieśniacy.
Choć Eliza nie uznawała wcale tematu za zamknięty, postanowiła odłożyć go na później. Garet szybko się nudził czczą słowną przepychanką. Elizie wręcz zrobiło się trochę głupio, że tak go zadręcza. Sama była tak bardzo przyzwyczajona do jego jaszczurczego wyglądu, że drażniły ją reakcje ludzi. Ale to przecież była wina tychże ludzi, a nie samego Gareta. Uśmiechnęła się tak słodko, jak tylko ona (przynajmniej w swoim własnym przekonaniu) potrafiła, i podszedłszy do przyjaciela, objęła go i uściskała. Jak zwykle był trochę zaskoczony jej nagłą zmianą zachowania, ale odwzajemnił uścisk. Objęta jego potężnymi ramionami od razu czuła, że wszystko będzie w porządku, i nie omieszkała podzielić się tym przemyśleniem z towarzyszem.
– Będzie w porządku, Garet, przepraszam, że czasem jestem jędzą. Po prostu burczy mi od rana w brzuchu, a sam wiesz, że wtedy ciężko o dobry humor.
Garet, nawet jeśli wiedział, to nie marudził, czym zasadniczo różnił się od Elizy. Zazwyczaj po prostu robił to, co było do zrobienia, a jeśli nie wychodziło, to próbował, aż wyszło, albo aż nie było już potrzeby, by to robić. Eliza zazdrościła mu tego pragmatycznego podejścia do wyzwań, które stawiało życie. Doskonale zdawała sobie sprawę, że wcale nie oznacza to, że Garet jest wyzbyty emocji. Wprost przeciwnie, pod tą łuskowatą skórą kryło się mnóstwo uczuć, o czym Eliza wiedziała chyba lepiej niż ktokolwiek inny na świecie. Garet po prostu uznawał marudzenie za wyjątkowo bezproduktywne, w czym chyba miał sporo racji. Dobrze, że przy niej był.
– Nie bardzo mamy wyjście – ciągnęła. – Do następnej osady spróbuję wejść sama, a ty poczekasz na skraju lasu. Bo jak tak dalej pójdzie, to będziemy żuć korzonki. Co sądzisz, Garet? Garet…?
Nie rozłączając splecionych za plecami Gareta dłoni, spojrzała do góry, żeby sprawdzić, czemu nie odpowiada. Nadal ją obejmował, ale nie patrzył na nią – jego uwagę przykuło coś w kierunku, z którego przybyli. Patrzył nad jej głową wytężonym wzrokiem, a spomiędzy ust wystawał mu koniuszek jego rozdwojonego języka, co, jak wiedziała, oznaczało, że próbuje wychwycić z powietrza zapachy. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że stężał parę chwil temu, wstrzymał oddech.
– Co to? – spytała zaniepokojona. – Co tam zobaczyłeś?
– Ktoś tu jedzie… – odpowiedział powoli, wciąż koncentrując wzrok gdzieś w oddali.
– No i? – Nie powinno być w tym nic dziwnego, w końcu byli na szlaku.
– …na jaszczurogu – dokończył Garet, sycząc, a Eliza poczuła, jak jego dłonie zaciskają się boleśnie na jej ramionach.
Odwróciła się szybko, wyrywając z uścisku Gareta i spoglądając w tym samym co on kierunku. Miała lepszy wzrok i wypatrzenie poruszającej się po szlaku sylwetki nie sprawiło jej wielkiego problemu. Stojąc blisko szczytu łagodnego wzniesienia, na które powoli wspinali się wraz ze szlakiem od jakichś dwudziestu minut, mieli bardzo dobry widok na ciągnącą się w dole drogę, a sylwetkę jaszczuroga i jego jeźdźca trudno było przegapić nawet z tej odległości. Masywne zwierzę wielkości wozu powoli, acz nieustępliwie kroczyło po drodze, wzbijając swoimi wielkimi łapami chmury pyłu z wysuszonego traktu. Istniała możliwość, że jeździec widoczny na grzbiecie zwierzęcia również ich zobaczył, ale to ryzyko nie było wielkie – Garet i Eliza nie stanowili aż tak dużego i widocznego obiektu jak jaszczurog, a słońce o tej porze dnia świeciło nadjeżdżającemu prosto w oczy. Mimo to Garet zareagował szybko i pociągnął zmartwiałą Elizę w bok, ku skrajowi drogi. Nie stawiała oporu, gdy wprowadzał ją między drzewa i delikatnie, lecz stanowczo położywszy jej dłoń na barkach, zmusił do przykucnięcia za kępą obficie pokrytych listowiem krzaków. Dopiero po chwili Eliza odzyskała zdolność ruchu i mowy, a pierwszą rzeczą, którą zrobiła, było sięgnięcie po pistolety. Sprawdzała trzęsącymi się dłońmi suchość prochu i naciągnięcie zamka, jednocześnie zastanawiając się na głos:
– Co Kurusanin robiłby tutaj, na Rhae? W środku dryfu? Na jaszczurogu nie jeździłby byle chmyz, to ktoś ważny. A jednak jedzie bez obstawy… może to nie Kurusanin?
– Nie gadaj bzdur, Eliss, nikt inny nie hoduje i nie ujeżdża jaszczurogów.
Garet oczywiście miał rację. Potężne jaszczurogi były wierzchowcami kurusańskich chanów i lordów. Używane w bitwie na ziemi stanowiły miażdżącą siłę, jeden z symboli kurusańskiej militarnej potęgi obok podniebnych twierdz i bezwzględnej kawalerii na latających potworach. Nie zmieniało to faktu, że pojawienie się Kurusanina na jaszczurogu w samym środku może aktualnie niebędącego w stanie wojny, ale na pewno niezbyt przyjaznego chanatowi dryfu Rhae było niemalże nie do pomyślenia. To dlatego Garet tak długo przyglądał się nadjeżdżającemu – w widok ten po prostu trudno było uwierzyć.
Eliza upewniła się wreszcie, że pistolety są sprawne, i dopiero teraz zerknęła na Gareta. Przyglądał się jej uważnie, trochę smutno.
– Co zamierzasz? Chcesz go napaść?
– A ty wolałbyś pozwolić mu odjechać?
– Nie wiem, Eliss. Nawet jeśli nie, to sądzisz, że damy mu radę? – Ani przez chwilę nie sugerował, że nie stanąłby obok niej, gdyby przyszło co do czego… Wzruszył ją tym. – Myślisz, że to coś da? Coś zmieni? – dodał po chwili.
– Dla mnie tak. Wiesz, co mi zrobili.
– Tak. Wiem.Rozdział 2
_Cztery lata wcześniej_
Raczej wszyscy, którzy mieli z tym cokolwiek do czynienia, przyznają, że rzadko kiedy pamięta się szczegóły swojego porwania. Szok i zaskoczenie są zbyt wielkie, a sama absurdalność sytuacji sprawia, że panika sięga zenitu. Kurusańscy łowcy niewolników są specjalistami w swoim fachu i nie dają celom ani sekundy na otrząśniecie się. Wchodzą i wychodzą niczym doskonale wyszkolony oddział sił specjalnych, unosząc ze sobą oszołomione, niezdolne do stawienia oporu ofiary. Przecież nikt normalny – nieważne, jakiego pochodzenia – nie spędza swojego wolnego czasu, przygotowując się na bycie porwanym przez łowców z innego wymiaru.
Dla Elizy to zaskoczenie było tym większe, że (choć nigdy nie dowiedziała się, czy przypadkiem, czy celowo) Kurusanie przybyli po nią w środku nocy. Ze snu wyrwały ją silne ramiona o palcach zaciskających się jak imadła. Jedna z tych wielkich, ciemnobrązowych dłoni zasłaniała jej usta, gdy przeciągali ją przez zawieszony w powietrzu wibrujący portal, skrzący się jak sadzawka podczas rozgwieżdżonej nocy. Nie mając siły, by się wyrywać, zapłakana i zasmarkana, rozszerzonymi ze strachu oczami po raz ostatni patrzyła na świat, którego miała już nigdy więcej nie zobaczyć. Błyszcząca powierzchnia przejścia na moment przesłoniła ten ostatni widok niczym falujący błękitny filtr – i zaraz potem zniknęła. Po znajomym pomieszczeniu, w którym spała jeszcze chwilę temu, nie pozostał żaden ślad, a teraz Eliza znajdowała się w ciemnej, zimnej komnacie oświetlanej tylko żółtawym światłem pochodni. Wokół niej stali porywacze, potężne sylwetki ledwo widoczne w ciemności. Wielka dłoń zasłaniająca jej usta odsunęła się na parę centymetrów.
Więc Eliza zaczęła wrzeszczeć. Wrzeszczała tak głośno, jak chyba nigdy w życiu, może z wyjątkiem własnych narodzin. I nie było to wcale złe porównanie, bo przecież były to jej pierwsze chwile w nowym świecie. Dziewczęcy pisk rozbrzmiewał w niewielkiej komnacie, potęgowany echem. Porywacze raczej nie wiedzieli o dość pokaźnych możliwościach Elizy, jeśli chodziło o podtrzymywanie krzyku, ale też najwyraźniej nie mieli ochoty się co do nich przekonywać. Jeden z nich uderzył klęczącą dziewczynkę w plecy trzonkiem jakiejś broni. Wrzask zmienił się w stłumiony jęk, gdy Eliza upadła do przodu, zachłystując się zimnym, wilgotnym powietrzem komnaty. Nigdy w życiu nikt nie uderzył jej tak mocno i z taką obojętną brutalnością. Zacisnęła zęby, powstrzymując szloch, by nie prowokować kolejnego ciosu, i wciąż na czworaka, mrużąc zapłakane oczy, ukradkiem rozejrzała się po pomieszczeniu.
Napastników było chyba sześciu. Eliza nie odważyła się spoglądać w górę na ich twarze, ale to, co zdołała zobaczyć, nie podnosząc wzroku, budziło wystarczającą grozę. Muskularne nogi okryte były nagolennikami z utwardzanej, ćwiekowanej skóry. Stopy, dziwnie niekształtne i masywne, w solidnych, wiązanych na rzemienie sandałach kończyły się palcami, które zamiast paznokci miały ostre, zakrzywione szpony. O podłogę komnaty opierały się okute czarnym metalem drzewca jakichś broni, dzierżonych przez napastników. Gdy przebrzmiało echo jej krzyku, Eliza dosłyszała też niezrozumiałe słowa w dziwnej, warkliwej mowie. Jej porywacze rozmawiali ze sobą. Ona zaś, choć nigdy nie była zbyt religijna, nabrała stanowczego przekonania, że właśnie trafiła do piekła.
I w tym piekle nie była sama. Jej uszu dobiegło dziecięce pochlipywanie. Zagryzła wargę, widząc, że obok niej na kamiennej posadzce, skulony jeszcze bardziej niż ona, leży jej młodszy brat Adam. Miał dopiero siedem lat i na pewno całą tę nieprawdopodobną sytuację przeżywał o wiele bardziej niż ona. Widok Adama dodał do jej rozpaczy i szoku narastającą determinację. Może i znalazłby się powód lub dwa, dla którego Eliza miałaby wylądować w piekle… ale Adam? Ten rozczulający, niewinny dzieciak, któremu daleko było do upierdliwości i złośliwości jego rówieśników? Adam w piekle to nie tylko totalna niesprawiedliwość, ale i niezły absurd. Eliza starała się przysunąć do brata i wyciągnąć rękę, by go dotknąć, dać mu znać, że jest tuż obok, ale kolejne bezceremonialne pchnięcie okutym drzewcem rozpłaszczyło ją na kamieniach. Gdy uniosła się na dłoniach i omiotła wzrokiem porywaczy, by w końcu zobaczyć, kto ją tak traktuje, frustracja walczyła w jej sercu ze strachem.
To nie były diabły. Żadnych ogonów z koniuszkiem w kształcie strzałki, drzewcowe bronie też okazały się nie być widłami, ale czymś w rodzaju glewii o zębatych ostrzach powykręcanych w fantazyjne i groźnie wyglądające kształty. Głowy wystające z masywnych korpusów, okrytych – podobnie jak łydki i przedramiona – zbroją z utwardzanej, lakierowanej skóry, nie były rogate, choć do ludzkiego wyglądu całkiem sporo im brakowało. Z ciemnej skóry wydatnych łuków brwiowych, kości policzkowych i podbródka wystawały jaśniejsze kostne narośle, które nadawały brutalnym twarzom obce, gniewne rysy. Wszyscy mieli czarne włosy splecione w różnorodne, cieńsze i grubsze warkocze opadające na ramiona, szerokie klatki piersiowe i barki. Palce dłoni dzierżących broń, podobnie jak te u stóp, zakończone były szponami. Już na pierwszy rzut oka stawało się jasne, że każdy z nich, nawet pozbawiony swojej broni, mógłby rozedrzeć dziewczynkę postury Elizy gołymi rękami.
Wszystko to trwało zaledwie chwilę. Eliza, w której sercu lęk walczył wciąż o dominację z nieśmiało budzącą się złością, nie mogła przyjrzeć się dokładniej swoim nowym wrogom. Omówiwszy najwyraźniej to, co było do omówienia, porywacze w dość jednoznaczny sposób zmusili Elizę do podniesienia się z ziemi, trącając ją drzewcami halabard. Potraktowany w ten sam sposób Adam leżał jednak, wciąż szlochając, i coraz to silniejsze uderzenia nie były w stanie skłonić go do ruszenia się z podłogi. Eliza zmartwiała. W jakiś sposób było dla niej jasne, że te obce stwory nie będą miały cierpliwości do Adama. Że jeśli ten zaraz nie podniesie tyłka i nie ruszy tam, gdzie ich poprowadzą, to skończy tutaj, w tej czarnej, wilgotnej komnacie, przebity szpicem glewii lub z głową rozgniecioną potężną stopą. Czym prędzej zrobiła krok w stronę brata i pociągnęła go za ramię, próbując podnieść. Zmusiła swoje zaciśnięte gardło do wydania głosu.
– Wstawaj, Adaś. Musimy iść. Jestem tutaj, nie bój się.
Sama umierała ze strachu.
Na szczęście coś z tego, co mówiła, musiało dotrzeć do jej brata. Podniósł się powoli i stanął obok niej, ale głowę wciąż miał opuszczoną i nie spojrzał nawet raz w jej stronę. Ujęła jego drobną, dziecięcą dłoń z całej siły, starając się, by nie poczuł, jak mocno drży.
Oprawcy poprowadzili ich wąskimi kamiennymi schodami wijącymi się w dół. Popędzali ich warknięciami i poszturchiwaniem, choć tylko Eliza reagowała w jakikolwiek sposób, drobiąc nogami, starając się utrzymać tempo na zbyt wielkich dla niej schodach i zarazem nie puścić dłoni brata. Adam był całkowicie odrętwiały i Eliza obawiała się, że jeśli nie będzie trzymała go za rękę i ciągnęła za sobą, ten zatrzyma się po prostu w pół kroku. Aż strach wyobrażać sobie, jak mogliby zareagować na to porywacze, zniecierpliwieni nieposłuszeństwem, pozbawieni współczucia i litości. Eliza zaciskała więc zęby i mrużyła szczypiące od płaczu oczy, ale trzymała młodszego brata tak mocno, jak tylko mogła, i ciągnęła go za sobą, starając się utrzymać nadawane tempo.
Schody zakończyły się niespodziewanie ciężkimi, okutymi żelazem drzwiami. Prowadzący niediabeł pchnął je, a te uchyliły się ciężko, wpuszczając jasne promienie światła. Ewidentnie wychodzili na zewnątrz tej kamiennej budowli. Szeregiem szli przez łukowate odrzwia, które okazały się umieszczone u podnóża wysokich murów. Eliza rozejrzała się, korzystając z chwili przerwy, gdy jeden z porywaczy zatrzaskiwał za sobą drzwi.
To była forteca. Mury sięgały na kilkadziesiąt metrów wzwyż, przesłaniając połowę nieba, i rozciągały się w obie strony na podobną długość aż do miejsca, gdzie spotykały się z grubymi basztami. Eliza mogła jedynie zgadywać, jak daleko ciągnęły się poza jej polem widzenia, w którym miejscu zakręcały, by zacząć okrążać teren fortecy, jak wiele podobnych baszt rozmieszczono na ich linii. Na wysokości kilkudziesięciu metrów i w murach, i w basztach widać było okna i otwory strzelnicze o rozmiarze trudnym do ocenienia z odległości. Z niektórych z nich sterczały połyskujące metalicznie w słońcu lufy dział. Nad basztami powiewały zaś szarpane ostrym wiatrem proporce, zdobione nieznanymi Elizie symbolami. Jeszcze wyżej stada czarnych ptaków zataczały nad nimi leniwe koła.
Eliza nie zdążyła jeszcze wyjść spod wrażenia, jakie – pomimo sytuacji – zrobiła na niej monumentalna potęga twierdzy, a już, wraz z bratem, była pędzona nierównymi, kamiennymi schodkami w dół skalistego zbocza stanowiącego fundament, na którym wzniesiono fortecę. U podnóża skały, w cieniu murów i baszt rozciągała się okalająca fortecę szeroka, brukowana esplanada, granicząca z kolei z zewnętrznym, dużo niższym murem, po którym przechadzali się zbrojni strażnicy, którzy należeli bez wątpienia do tego samego gatunku co prowadzący Elizę i Adama porywacze. Upiornie kanciaste z powodu kostnych narośli twarze, masywne ciała odziane w lakierowane skórzane zbroje – wszyscy wyglądali niemal jak wyprodukowani według jednego wzorca. Niektórzy w ogóle nie zwracali na nich uwagi, inni ledwo zaszczycali ich znudzonym spojrzeniem, zaraz potem wracając do obserwowania tego, co rozciągało się poza obrębem fortyfikacji, za zewnętrznym murem.
Tyle tylko, że za zewnętrznym murem nie było nic. Jak okiem sięgnąć, całkowity brak horyzontu. Twierdzy nie otaczały żadne pola ani lasy, nie stała też ona pośrodku jeziora. Jedyne, co było widoczne za zewnętrznym obmurowaniem, to niekończąca się przestrzeń nieba, rozmywająca się w oddali w niewyraźną, uniemożliwiającą ocenę odległości mgiełkę. Tu i ówdzie bezkresny błękit niespiesznie przemierzały chmury, niektóre kłębiąc się zadziwiająco niedaleko (o ile wzrok Elizy był w stanie to ocenić) kamiennych umocnień zewnętrznego muru. Twierdza zdawała się zawieszona w powietrzu, gdzieś wysoko na niebie, co, rzecz jasna, było całkowicie niemożliwe, jak szybko zdołała sobie wmówić Eliza. Forteca ewidentnie musiała być nieprawdopodobnym architektonicznym cudem, z jakiegoś powodu zbudowanym na szczycie wielkiej góry o stromych zboczach. Teoria ta, choć niepotwierdzona, przyprawiła dziewczynkę o nagły zawrót głowy i skłoniła ją do ostrożniejszego pokonywania stopni prowadzących w dół, choć oczywiście nie było żadnej możliwości, by z miejsca, w którym się znajdowała, wypadła poza mury.
Poprowadzono ich szeroką, wysadzaną kocimi łbami esplanadą pomiędzy górującym po lewej stronie wysokim murem głównej twierdzy a niższym, ale wciąż imponującym murem zewnętrznym. Eliza musiała zadzierać głowę, by zerkać na wznoszące się po lewej baszty. Unikała jednocześnie wzroku strażników patrolujących mur po prawej, trzymających straż na rozmieszczonych w nim regularnie kanciastych bastionach. Tu i ówdzie na murach osadzone były sztandary na wysokich tyczkach i Eliza wreszcie mogła zobaczyć w miarę z bliska, co przedstawiają. W centrum każdej z flag znajdował się namalowany w prosty sposób wizerunek wieży wyrastającej z kawałka ziemi, który zdawał się wyrwany ze stałego gruntu. Koronę tej baszty otaczała aureola symbolicznie nakreślonych ptaków. Jasne było, że wzór sztandaru przedstawia twierdzę, w której właśnie się znajdowali, i krążące nad jej wieżami uskrzydlone stworzenia.
Jak dotąd nie natrafili na żadną bramę. W końcu doszli do miejsca, gdzie dziwne, zbudowane z podpartych belkami, poczerniałych desek rusztowanie pozwalało wejść na mury. Przechodziło ono na niewielkiej wysokości nad nimi, niczym dość prymitywny, drewniany wiadukt, i niknęło po drugiej stronie. Na nim też stali strażnicy. Ba, w jego pobliżu było ich nawet więcej niż na dotychczas mijanych odcinkach murów. Z naprzeciwka nadciągały inne grupy niediabłów, prowadzące pojmanych ludzi w różnym wieku, wśród nich wiele dzieci. Równie otępiałych, przerażonych i zdezorientowanych jak Eliza i Adam. Najwyraźniej nie byli jedynymi dzisiejszymi zdobyczami mieszkańców upiornego zamku. Grupy wprowadzano po kolei, w obstawie, na rusztowanie i popychając, zmuszano do przejścia nad murem, na zewnątrz twierdzy. Eliza i Adam byli niemal na początku kolejki, tuż za parą wyraźnie starszych od Elizy dziewczyn, oddzieleni od nich pojedynczym strażnikiem. Obie dziewczyny wydawały się trzymać dość dobrze, zwłaszcza w porównaniu z Adamem czy innymi powłóczącymi nogami dzieciakami. Jednak gdy weszły już na górną kładkę rusztowania i zbliżyły się do miejsca, gdzie wychodziła ona poza obręb zewnętrznego muru, zatrzymały się nagle, wydając z siebie jęki protestu. Jedna z nich próbowała się wycofać, druga wręcz zeskoczyć w bok, na szeroki szczyt muru, ale obie zostały powstrzymane przez idącego za nimi potężnie zbudowanego strażnika. Po krótkiej szarpaninie pochlipując, na trzęsących się nogach, bezceremonialnie popychane ruszyły dalej, a Eliza, ściskając mocno dłoń brata, podążyła za nimi i z narastającym niepokojem zastanawiała się, co tak szokującego zobaczy poza obrębem murów.
Kładka zdawała się wychodzić z murów wprost w nieskończony błękit nieba, lecz na jej końcu można było zauważyć system drewnianych schodków i pochylni, pozwalający zejść niżej po zewnętrznej stronie murów. Eliza spodziewała się zobaczyć stromą skarpę, na szczycie której wzniesiono mur, skalistą ścianę ciągnącą się gdzieś w dół.
Nic takiego tam jednak nie było.
Twierdza nie stała ani na górze, ani nawet na wzniesieniu. Nie było żadnej ściany, żadnego podparcia – skalne fundamenty, na których zbudowano mur, po prostu unosiły się w powietrzu, niczym jakieś monstrualne przewieszenie. Drewniane platformy mocowane do skał belkami i linami, łącząc się w skomplikowaną sieć podestów, galeryjek i drabin, opadały i znikały pod krawędzią skały. Przyczepionymi tu i ówdzie proporcami szarpał porywisty wiatr. Każdy kolejny, coraz bardziej chwiejny krok pogłębiał niedowierzanie Elizy. Spoglądając w dół, widziała tylko nieskończoną otchłań nieba i białe plamy chmur. Nie bez powodu herb władców tej fortecy wyglądał tak, jak wyglądał. Gigantyczna skała, na której ją zbudowano, przecząc wszelkim prawom fizyki i zdrowemu rozsądkowi, unosiła się w powietrzu jak wyrwana ze stałego lądu latająca wyspa.
Elizie raz jeszcze, tym razem mocniej niż wcześniej, zakręciło się w głowie. Nie tylko z powodu zawrotnej wysokości. Raczej jej umysł, już wcześniej popchnięty na skraj tego, co był w stanie w tak krótkim czasie przyjąć i zaakceptować, w końcu krzyknął: „Dość! Poddaję się! To za dużo”. Chciała uciekać, ale nie było dokąd. Jej drżące nogi zmiękły, jakby były wypełnione miękkim puchem. Puściła dłoń brata, opadła na kolana. Zwymiotowała. I zemdlała.