Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Eliza i Latająca Twierdza - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 września 2026
10,00 zł
1000 pkt
punktów Virtualo

Eliza i Latająca Twierdza - ebook

Nastoletnia Eliza, porwana wraz z młodszym bratem przez międzywymiarowych łowców niewolników, trafia do obcego świata gdzie będzie musiała wykazać się sprytem i wolą przetrwania by przeżyć. Nieoczekiwanym sprzymierzeńcem stanie się dla niej Garet: dla innych mieszkańców tego świata - potwór, dla Elizy - przyjaciel.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 7,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Roz­dział 1

_Te­raz_

W taki dzień jak ten ła­two można było za­po­mnieć, że jest się gdzieś in­dziej niż w oko­li­cach domu, który Eliza pa­mię­tała jesz­cze nie tak znowu naj­go­rzej. I wcale nie cho­dziło tu o dom wujka Neda i cioci Leli, ale o praw­dziwy dom. Po­goda była wspa­niała i nic nie blo­ko­wało przy­jem­nie grze­ją­cych pro­mieni słońca, ani z rzadka tylko wi­doczne chmury, ani zu­peł­nie nie­obecne w tej oko­licy ciemne syl­wetki uno­szą­cych się na nie­bo­skło­nie ska­li­stych dry­fów. Ro­śliny gę­sto po­ra­sta­jące oba po­bo­cza drogi też nie wy­glą­dały nie­zna­jomo: igla­ste drzewa o łusz­czą­cej się ja­sno­brą­zo­wej ko­rze i lekko po­ru­sza­ją­cych się na wie­trze ko­ro­nach wy­glą­dały wy­pisz wy­ma­luj jak so­sny i rów­nie do­brze mo­gły ro­snąć parę ki­lo­me­trów od miej­sca, w któ­rym Eliza wy­cho­wy­wała się od uro­dze­nia aż do czasu po­rwa­nia. Las ota­cza­jący nie­zbyt sze­roką drogę był tu­taj dość rzadki, w dzien­nym świe­tle wy­glą­dał nie­malże przy­jaź­nie. Dla Elizy był to wy­star­cza­jący po­wód, by się tro­chę roz­luź­nić. Szła non­sza­lanc­kim kro­kiem, z oboma kciu­kami za­tknię­tymi za sze­roki pas, tuż obok bliź­nia­czych skó­rza­nych ka­bur ob­cią­żo­nych ma­syw­nymi pi­sto­le­tami skał­ko­wymi. Po­gwiz­dy­wała na­wet jesz­cze parę chwil temu, ale Ga­ret tak bez­li­to­śnie wy­śmiał jej nie­udolne próby, że po­sta­no­wiła nie da­wać mu wię­cej po­wo­dów. Ko­pała nieduży ka­myk, tak by za każ­dym kro­kiem wpa­dał w krótki o tej po­rze dnia cień Ga­reta idą­cego parę kro­ków przed nią. Ga­ret mil­czał, a ona wie­działa, że chce ją jak zwy­kle prze­cze­kać; wie­działa też, że mu się uda, że jak zwy­kle nie wy­trzyma i ode­zwie się pierw­sza. Draż­niło ją, że przy­ja­ciel tak do­brze ją zna, ale przy­naj­mniej miała czas na przy­go­to­wa­nie ko­lej­nych ar­gu­men­tów. Od­rzu­ciła długi rudy war­kocz na plecy i z peł­nym prze­ko­na­niem o wła­snej ra­cji, ja­kie może ce­cho­wać tylko bez­czelną szes­na­sto­latkę, kon­ty­nu­owała dys­ku­sję.

– Wi­dzisz, Ga­ret, wy­daje mi się, że to wszystko wina two­jego po­dej­ścia. Ja wiem, że się sta­rasz, ale wi­dać po to­bie, że za bar­dzo się przej­mu­jesz swoim wy­glą­dem. Lu­dzie to wi­dzą. Wi­dzą, że się spi­nasz, i dla­tego trak­tują cię z re­zerwą.

Za­wie­siła na chwilę głos, ocze­ku­jąc ri­po­sty, ale wy­glą­dało na to, że Ga­ret na do­bre po­wziął de­cy­zję, by prze­cze­kać jej mo­no­log. Po­wi­nien już wie­dzieć, że to nic nie da – Eliza skoń­czy tylko wtedy, kiedy sama uzna, że pora koń­czyć, choćby miała mó­wić sama do sie­bie przez resztę dnia… Nie za­po­wia­dało się jed­nak na to, że kom­pan się ode­zwie, więc przez chwilę pa­trzyła jesz­cze na jego mia­rowo po­ru­sza­jącą się w mar­szu wy­soką syl­wetkę i długi dwu­ręczny miecz, chy­bo­czący się w pę­tli na ple­cach obok spo­rego ple­caka z ich wspól­nymi rze­czami. I ple­cak, i miecz na pewno były cho­ler­nie cięż­kie, ale za­wie­szone na sze­ro­kich bar­kach Ga­reta wcale nie spra­wiały wra­że­nia, jakby utrud­niały mu wę­drówkę. Eliza wzru­szyła ra­mio­nami i pod­jęła swoją, jak na ra­zie jed­no­stronną, prze­mowę.

– Gdy­byś za­cho­wy­wał się nor­mal­nie, ode­zwał się, za­ga­dał, pew­nie ina­czej by za­re­ago­wali. Wiesz, że dla wielu osób nie ma żad­nego zna­cze­nia, jak wy­glą­dasz. Nie miało dla wujka Neda i cioci Leli. Dla mnie też ni­gdy nie miało.

Ga­ret wes­tchnął. Brzmiało to jak prze­cią­gły syk i mo­głoby zmy­lić ko­goś, kto nie wy­cho­wy­wał się z nim przez ostat­nie parę lat, ale dla Elizy było ja­sne, że jej to­wa­rzysz jed­nak coś po­wie. Mimo że wciąż była tro­chę zła, uśmiech­nęła się. Lu­biła z nim roz­ma­wiać, nie tylko dla­tego, że w ten spo­sób po­dróż mi­jała szyb­ciej.

– Eliss… – Ob­ró­cił się, pa­trząc na nią pra­wym okiem, głę­boko osa­dzo­nym w po­dłuż­nej jasz­czur­czej gło­wie. Roz­dwo­jony ję­zyk wy­su­nął się spo­mię­dzy łu­sko­wa­tych ust, jak za­wsze, gdy prze­cią­gle wy­ma­wiał jej imię. – Na­wet ty mu­sisz mimo wszystko przy­znać, że mój wi­dok nie bu­dzi za­ufa­nia. Przy­po­mnij so­bie, jak spo­tka­li­śmy się po raz pierw­szy. A wtedy by­łem cztery lata młod­szy i do­bre pół me­tra niż­szy. O ma­sie nie wspo­mnę. Wie­śniacy z ostat­niej wio­ski wcale nie wrzesz­czeli tak jak ty wtedy, więc nie wiem, o co wła­ści­wie się cze­piasz.

Miał ra­cję, jak za­wsze. Eliza zresztą też wy­róż­niała się wśród in­nych miesz­kań­ców dry­fów po­ło­żo­nych w tej stre­fie kli­ma­tycz­nej. Wpraw­dzie nie bra­ko­wało tu lu­dzi, a na Rhae byli oni wręcz ga­tun­kiem do­mi­nu­ją­cym, jed­nakże mie­dzia­no­rude włosy Elizy i jej bar­dzo ja­sna cera od­róż­niały ją od śnia­do­skó­rej i ciem­no­wło­sej więk­szo­ści. Pew­nie wzbu­dza­łaby o wiele więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie, gdyby nie to­wa­rzy­szący jej nie­mal stale Ga­ret, sku­pia­jący na so­bie całą uwagę. I rze­czy­wi­ście, na­wet w nie­woli u Ku­ru­san, gdzie w obo­zach pracy można było spo­tkać naj­róż­niej­szych przed­sta­wi­cieli ob­cych ras schwy­ta­nych przez ku­ru­sań­skich łow­ców w naj­dziw­niej­szych świa­tach, nie zna­lazł się nikt po­dobny do Ga­reta. Sam Ga­ret, po­rwany w dzie­ciń­stwie, nie pa­mię­tał na­wet swo­jego ro­dzin­nego świata, nie miał po­ję­cia, jak na­zy­wała się rasa, do któ­rej na­le­żał. Był po pro­stu je­dy­nym w swoim ro­dzaju Ga­re­tem – co nie­stety spra­wiało wię­cej kło­po­tów niż po­żytku.

W su­mie tylko im­po­nu­ją­cej krze­pie Ga­ret za­wdzię­czał to, że jesz­cze żyje. Za­równo w obo­zach, jak i na wol­no­ści nie bra­ko­wało chęt­nych, by spra­wić ko­muś tak bar­dzo od­mien­nemu przy­krość – po­czy­na­jąc od nie­wpusz­cza­nia do go­spody, po cał­kiem kon­kretną ochotę ode­bra­nia ży­cia. Za­wsze jed­nak, przy­naj­mniej jak do­tąd, Ga­ret po­tra­fił so­bie po­ra­dzić. Przez te parę lat ich zna­jo­mo­ści Eliza kilka razy wi­działa, jak wal­czy. Na­wet bez broni był strasz­nym prze­ciw­ni­kiem: wy­soki i ciężki, o mu­sku­lar­nych ra­mio­nach, wal­czył pa­zu­rami, ostrymi zę­bami i nie­zwy­kle sil­nym ogo­nem, zaś zie­lon­kawa łu­ska po­kry­wa­jąca jego ciało sta­no­wiła ochronę nie gor­szą niż lekka zbroja. Jed­nak praw­dzi­wie prze­ra­ża­ją­cym prze­ciw­ni­kiem sta­wał się, gdy do­by­wał mie­cza – obo­siecz­nego o pro­stej głowni, któ­rego sze­roki je­lec się­gał Eli­zie do bar­ków, je­śli czu­bek ostrza wbiło się w zie­mię. Eliza kie­dyś pró­bo­wała go pod­nieść, ale nie wcho­dziło to w grę. Je­dyne, czego mo­gła do­ko­nać, to cią­gnię­cie mie­cza po ziemi, ale i to szybko do­pro­wa­dzało ją do utraty tchu. Tym­cza­sem w rę­kach Ga­reta broń śmi­gała, jakby była drew­nianą atrapą.

Ga­ret stał i cze­kał na od­po­wiedź, a choć jego jasz­czur­cza twarz po­zo­sta­wała nie­prze­nik­niona dla tych, któ­rzy go nie znali, Eliza wie­działa, że jest bar­dziej roz­ba­wiony niż ob­ra­żony jej ma­ru­dze­niem. Uśmiech­nęła się lekko mimo woli i zo­ba­czyła, że i ką­cik sze­ro­kich ust Ga­reta uniósł się de­li­kat­nie.

– Na­stęp­nym ra­zem, jak bę­dziemy za­cho­dzić do ja­kiejś osady ku­pić je­dze­nie, za­ło­żymy ci pa­pie­rową torbę na głowę.

– Pa­pie­rową torbę?

– Nie­ważne…

Te­raz już tylko pró­bo­wała uda­wać ob­ra­żoną, choć nie bar­dzo jej to wy­cho­dziło. Mimo to smutna prawda była taka, że przez wy­gląd Ga­reta ko­lejny dzień będą głodni. Niby mieli tro­chę pie­nię­dzy, ale chęt­nych do trans­ak­cji z dziew­czyną wy­glą­da­jącą na na­jem­niczkę i to­wa­rzy­szą­cym jej dwu­me­tro­wym, dwu­no­gim jasz­czu­rem nie było zbyt wielu. A prze­ko­na­nie Ga­reta, by na­stęp­nym ra­zem pu­ścił ją samą i za­cze­kał w le­sie, nie bę­dzie ła­twe. Po­lo­wać nie umiało żadne z nich, a do więk­szych osie­dli, gdzie szansa na­tra­fie­nia na osoby bar­dziej to­le­ran­cyjne dla dziw­nie wy­glą­da­ją­cych, ale uczci­wie pła­cą­cych po­dróż­nych, była znacz­nie więk­sza, po­zo­sta­wało im jesz­cze kilka dni mar­szu.

Prawdę mó­wiąc, spo­tka­nie ta­kich to­le­ran­cyj­nych osob­ni­ków było dla Elizy i Ga­reta sprawą ży­cia i śmierci. Je­śli mieli mieć ja­kąś na­dzieję na za­trud­nie­nie w sto­licy, to wła­śnie u ko­goś, kto przed­kła­dał pro­fe­sjo­na­lizm nad wy­gląd ze­wnętrzny. A z ich dwójki pro­fe­sjo­na­li­zmem mógł po­chwa­lić się przede wszyst­kim Ga­ret – je­śli po­ten­cjalny pra­co­dawca po­tra­fiłby przy­mknąć oko na jego nie­ty­powe wa­runki fi­zyczne, zy­skałby w za­mian na­prawdę groź­nego na­jem­nego wo­jow­nika. Eliza wcho­dzi­łaby w ten układ ra­czej w ra­mach trans­ak­cji wią­za­nej. By­naj­mniej nie dla­tego, że nic nie umiała – wprost prze­ciw­nie, szkoła ży­cia ode­brana w ku­ru­sań­skim obo­zie uczy­niła z niej twardą, po­tra­fiącą za­dbać o sie­bie dziew­czynę. Z pi­sto­le­tami, dzięki wuj­kowi Ne­dowi, też ra­dziła so­bie cał­kiem nie­źle, a wro­dzona in­te­li­gen­cja i wy­kształ­ce­nie wy­nie­sione z ro­dzi­mego świata zde­cy­do­wa­nie prze­wyż­szały te po­wszech­nie spo­ty­kane wśród tu­byl­czej lud­no­ści. Co z tego, skoro pierw­sze wra­że­nie ra­czej nie za­chę­cało do za­trud­nie­nia Elizy gdzie­kol­wiek in­dziej niż przy naj­prost­szych pra­cach. Ko­biety na Rhae, choć nie­ustę­pu­jące in­te­li­gen­cją męż­czy­znom, rzadko mo­gły pra­co­wać w za­wo­dach, w któ­rych mo­głyby tą in­te­li­gen­cją za­bły­snąć. A je­śli już, to spo­ty­kało to ko­biety z wyż­szych klas spo­łecz­nych. Dziew­czyna z ulicy w ob­cym mie­ście mo­gła zo­stać co naj­wy­żej po­mocą ku­chenną lub pro­sty­tutką, za­leż­nie od tego, jak bar­dzo się ce­niła. Żadna z tych ka­rier nie uśmie­chała się Eli­zie, która sto razy bar­dziej wo­lała po­ma­gać Ga­re­towi, niż usłu­gi­wać w brud­nych karcz­mach czy za­mtu­zach.

Na ra­zie jed­nak od sto­licy dzie­lił ich po­nad ty­dzień drogi, zaś od kra­wę­dzi dryfu Rhae i ulo­ko­wa­nych tam po­mniej­szych por­tów co naj­mniej parę dni. Je­śli w ko­lej­nych wio­skach po­ło­żo­nych przy szlaku okaże się, że miej­scowi nie są za­in­te­re­so­wani han­dlo­wa­niem z nie­po­ko­jąco wy­glą­da­ją­cymi po­dróż­nymi, to do mia­sta do­trą za­pewne ostat­kiem sił. W su­mie trudno się było dzi­wić, w ma­łych osa­dach lu­dzie nie bar­dzo po­trze­bo­wali pie­nię­dzy, ży­jąc we w miarę za­mknię­tych i sa­mo­wy­star­czal­nych spo­łecz­no­ściach. Mo­gli jesz­cze li­czyć, że bli­żej kra­wę­dzi na szlaku po­jawi się wię­cej wo­zów kup­ców i han­dla­rzy. Oni już nie po­winni tak gar­dzić go­tówką jak wie­śniacy.

Choć Eliza nie uzna­wała wcale te­matu za za­mknięty, po­sta­no­wiła odło­żyć go na póź­niej. Ga­ret szybko się nu­dził czczą słowną prze­py­chanką. Eli­zie wręcz zro­biło się tro­chę głu­pio, że tak go za­drę­cza. Sama była tak bar­dzo przy­zwy­cza­jona do jego jasz­czur­czego wy­glądu, że draż­niły ją re­ak­cje lu­dzi. Ale to prze­cież była wina tychże lu­dzi, a nie sa­mego Ga­reta. Uśmiech­nęła się tak słodko, jak tylko ona (przy­naj­mniej w swoim wła­snym prze­ko­na­niu) po­tra­fiła, i pod­szedł­szy do przy­ja­ciela, ob­jęła go i uści­skała. Jak zwy­kle był tro­chę za­sko­czony jej na­głą zmianą za­cho­wa­nia, ale od­wza­jem­nił uścisk. Ob­jęta jego po­tęż­nymi ra­mio­nami od razu czuła, że wszystko bę­dzie w po­rządku, i nie omiesz­kała po­dzie­lić się tym prze­my­śle­niem z to­wa­rzy­szem.

– Bę­dzie w po­rządku, Ga­ret, prze­pra­szam, że cza­sem je­stem ję­dzą. Po pro­stu bur­czy mi od rana w brzu­chu, a sam wiesz, że wtedy ciężko o do­bry hu­mor.

Ga­ret, na­wet je­śli wie­dział, to nie ma­ru­dził, czym za­sad­ni­czo róż­nił się od Elizy. Za­zwy­czaj po pro­stu ro­bił to, co było do zro­bie­nia, a je­śli nie wy­cho­dziło, to pró­bo­wał, aż wy­szło, albo aż nie było już po­trzeby, by to ro­bić. Eliza za­zdro­ściła mu tego prag­ma­tycz­nego po­dej­ścia do wy­zwań, które sta­wiało ży­cie. Do­sko­nale zda­wała so­bie sprawę, że wcale nie ozna­cza to, że Ga­ret jest wy­zbyty emo­cji. Wprost prze­ciw­nie, pod tą łu­sko­watą skórą kryło się mnó­stwo uczuć, o czym Eliza wie­działa chyba le­piej niż kto­kol­wiek inny na świe­cie. Ga­ret po pro­stu uzna­wał ma­ru­dze­nie za wy­jąt­kowo bez­pro­duk­tywne, w czym chyba miał sporo ra­cji. Do­brze, że przy niej był.

– Nie bar­dzo mamy wyj­ście – cią­gnęła. – Do na­stęp­nej osady spró­buję wejść sama, a ty po­cze­kasz na skraju lasu. Bo jak tak da­lej pój­dzie, to bę­dziemy żuć ko­rzonki. Co są­dzisz, Ga­ret? Ga­ret…?

Nie roz­łą­cza­jąc sple­cio­nych za ple­cami Ga­reta dłoni, spoj­rzała do góry, żeby spraw­dzić, czemu nie od­po­wiada. Na­dal ją obej­mo­wał, ale nie pa­trzył na nią – jego uwagę przy­kuło coś w kie­runku, z któ­rego przy­byli. Pa­trzył nad jej głową wy­tę­żo­nym wzro­kiem, a spo­mię­dzy ust wy­sta­wał mu ko­niu­szek jego roz­dwo­jo­nego ję­zyka, co, jak wie­działa, ozna­czało, że pró­buje wy­chwy­cić z po­wie­trza za­pa­chy. Do­piero te­raz zdała so­bie sprawę, że stę­żał parę chwil temu, wstrzy­mał od­dech.

– Co to? – spy­tała za­nie­po­ko­jona. – Co tam zo­ba­czy­łeś?

– Ktoś tu je­dzie… – od­po­wie­dział po­woli, wciąż kon­cen­tru­jąc wzrok gdzieś w od­dali.

– No i? – Nie po­winno być w tym nic dziw­nego, w końcu byli na szlaku.

– …na jasz­czu­rogu – do­koń­czył Ga­ret, sy­cząc, a Eliza po­czuła, jak jego dło­nie za­ci­skają się bo­le­śnie na jej ra­mio­nach.

Od­wró­ciła się szybko, wy­ry­wa­jąc z uści­sku Ga­reta i spo­glą­da­jąc w tym sa­mym co on kie­runku. Miała lep­szy wzrok i wy­pa­trze­nie po­ru­sza­ją­cej się po szlaku syl­wetki nie spra­wiło jej wiel­kiego pro­blemu. Sto­jąc bli­sko szczytu ła­god­nego wznie­sie­nia, na które po­woli wspi­nali się wraz ze szla­kiem od ja­kichś dwu­dzie­stu mi­nut, mieli bar­dzo do­bry wi­dok na cią­gnącą się w dole drogę, a syl­wetkę jasz­czu­roga i jego jeźdźca trudno było prze­ga­pić na­wet z tej od­le­gło­ści. Ma­sywne zwie­rzę wiel­ko­ści wozu po­woli, acz nie­ustę­pli­wie kro­czyło po dro­dze, wzbi­ja­jąc swo­imi wiel­kimi ła­pami chmury pyłu z wy­su­szo­nego traktu. Ist­niała moż­li­wość, że jeź­dziec wi­doczny na grzbie­cie zwie­rzę­cia rów­nież ich zo­ba­czył, ale to ry­zyko nie było wiel­kie – Ga­ret i Eliza nie sta­no­wili aż tak du­żego i wi­docz­nego obiektu jak jasz­czu­rog, a słońce o tej po­rze dnia świe­ciło nad­jeż­dża­ją­cemu pro­sto w oczy. Mimo to Ga­ret za­re­ago­wał szybko i po­cią­gnął zmar­twiałą Elizę w bok, ku skra­jowi drogi. Nie sta­wiała oporu, gdy wpro­wa­dzał ją mię­dzy drzewa i de­li­kat­nie, lecz sta­now­czo po­ło­żyw­szy jej dłoń na bar­kach, zmu­sił do przy­kuc­nię­cia za kępą ob­fi­cie po­kry­tych li­sto­wiem krza­ków. Do­piero po chwili Eliza od­zy­skała zdol­ność ru­chu i mowy, a pierw­szą rze­czą, którą zro­biła, było się­gnię­cie po pi­sto­lety. Spraw­dzała trzę­są­cymi się dłońmi su­chość pro­chu i na­cią­gnię­cie zamka, jed­no­cze­śnie za­sta­na­wia­jąc się na głos:

– Co Ku­ru­sa­nin ro­biłby tu­taj, na Rhae? W środku dryfu? Na jasz­czu­rogu nie jeź­dziłby byle chmyz, to ktoś ważny. A jed­nak je­dzie bez ob­stawy… może to nie Ku­ru­sa­nin?

– Nie ga­daj bzdur, Eliss, nikt inny nie ho­duje i nie ujeż­dża jasz­czu­ro­gów.

Ga­ret oczy­wi­ście miał ra­cję. Po­tężne jasz­czu­rogi były wierz­chow­cami ku­ru­sań­skich cha­nów i lor­dów. Uży­wane w bi­twie na ziemi sta­no­wiły miaż­dżącą siłę, je­den z sym­boli ku­ru­sań­skiej mi­li­tar­nej po­tęgi obok pod­nieb­nych twierdz i bez­względ­nej ka­wa­le­rii na la­ta­ją­cych po­two­rach. Nie zmie­niało to faktu, że po­ja­wie­nie się Ku­ru­sa­nina na jasz­czu­rogu w sa­mym środku może ak­tu­al­nie nie­bę­dą­cego w sta­nie wojny, ale na pewno nie­zbyt przy­ja­znego cha­na­towi dryfu Rhae było nie­malże nie do po­my­śle­nia. To dla­tego Ga­ret tak długo przy­glą­dał się nad­jeż­dża­ją­cemu – w wi­dok ten po pro­stu trudno było uwie­rzyć.

Eliza upew­niła się wresz­cie, że pi­sto­lety są sprawne, i do­piero te­raz zer­k­nęła na Ga­reta. Przy­glą­dał się jej uważ­nie, tro­chę smutno.

– Co za­mie­rzasz? Chcesz go na­paść?

– A ty wo­lał­byś po­zwo­lić mu od­je­chać?

– Nie wiem, Eliss. Na­wet je­śli nie, to są­dzisz, że damy mu radę? – Ani przez chwilę nie su­ge­ro­wał, że nie sta­nąłby obok niej, gdyby przy­szło co do czego… Wzru­szył ją tym. – My­ślisz, że to coś da? Coś zmieni? – do­dał po chwili.

– Dla mnie tak. Wiesz, co mi zro­bili.

– Tak. Wiem.Roz­dział 2

_Cztery lata wcze­śniej_

Ra­czej wszy­scy, któ­rzy mieli z tym co­kol­wiek do czy­nie­nia, przy­znają, że rzadko kiedy pa­mięta się szcze­góły swo­jego po­rwa­nia. Szok i za­sko­cze­nie są zbyt wiel­kie, a sama ab­sur­dal­ność sy­tu­acji spra­wia, że pa­nika sięga ze­nitu. Ku­ru­sań­scy łowcy nie­wol­ni­ków są spe­cja­li­stami w swoim fa­chu i nie dają ce­lom ani se­kundy na otrzą­śnie­cie się. Wcho­dzą i wy­cho­dzą ni­czym do­sko­nale wy­szko­lony od­dział sił spe­cjal­nych, uno­sząc ze sobą oszo­ło­mione, nie­zdolne do sta­wie­nia oporu ofiary. Prze­cież nikt nor­malny – nie­ważne, ja­kiego po­cho­dze­nia – nie spę­dza swo­jego wol­nego czasu, przy­go­to­wu­jąc się na by­cie po­rwa­nym przez łow­ców z in­nego wy­miaru.

Dla Elizy to za­sko­cze­nie było tym więk­sze, że (choć ni­gdy nie do­wie­działa się, czy przy­pad­kiem, czy ce­lowo) Ku­ru­sa­nie przy­byli po nią w środku nocy. Ze snu wy­rwały ją silne ra­miona o pal­cach za­ci­ska­ją­cych się jak ima­dła. Jedna z tych wiel­kich, ciem­no­brą­zo­wych dłoni za­sła­niała jej usta, gdy prze­cią­gali ją przez za­wie­szony w po­wie­trzu wi­bru­jący por­tal, skrzący się jak sa­dzawka pod­czas roz­gwież­dżo­nej nocy. Nie ma­jąc siły, by się wy­ry­wać, za­pła­kana i za­smar­kana, roz­sze­rzo­nymi ze stra­chu oczami po raz ostatni pa­trzyła na świat, któ­rego miała już ni­gdy wię­cej nie zo­ba­czyć. Błysz­cząca po­wierzch­nia przej­ścia na mo­ment prze­sło­niła ten ostatni wi­dok ni­czym fa­lu­jący błę­kitny filtr – i za­raz po­tem znik­nęła. Po zna­jo­mym po­miesz­cze­niu, w któ­rym spała jesz­cze chwilę temu, nie po­zo­stał ża­den ślad, a te­raz Eliza znaj­do­wała się w ciem­nej, zim­nej kom­na­cie oświe­tla­nej tylko żół­ta­wym świa­tłem po­chodni. Wo­kół niej stali po­ry­wa­cze, po­tężne syl­wetki le­dwo wi­doczne w ciem­no­ści. Wielka dłoń za­sła­nia­jąca jej usta od­su­nęła się na parę cen­ty­me­trów.

Więc Eliza za­częła wrzesz­czeć. Wrzesz­czała tak gło­śno, jak chyba ni­gdy w ży­ciu, może z wy­jąt­kiem wła­snych na­ro­dzin. I nie było to wcale złe po­rów­na­nie, bo prze­cież były to jej pierw­sze chwile w no­wym świe­cie. Dziew­częcy pisk roz­brzmie­wał w nie­wiel­kiej kom­na­cie, po­tę­go­wany echem. Po­ry­wa­cze ra­czej nie wie­dzieli o dość po­kaź­nych moż­li­wo­ściach Elizy, je­śli cho­dziło o pod­trzy­my­wa­nie krzyku, ale też naj­wy­raź­niej nie mieli ochoty się co do nich prze­ko­ny­wać. Je­den z nich ude­rzył klę­czącą dziew­czynkę w plecy trzon­kiem ja­kiejś broni. Wrzask zmie­nił się w stłu­miony jęk, gdy Eliza upa­dła do przodu, za­chły­stu­jąc się zim­nym, wil­got­nym po­wie­trzem kom­naty. Ni­gdy w ży­ciu nikt nie ude­rzył jej tak mocno i z taką obo­jętną bru­tal­no­ścią. Za­ci­snęła zęby, po­wstrzy­mu­jąc szloch, by nie pro­wo­ko­wać ko­lej­nego ciosu, i wciąż na czwo­raka, mru­żąc za­pła­kane oczy, ukrad­kiem ro­zej­rzała się po po­miesz­cze­niu.

Na­past­ni­ków było chyba sze­ściu. Eliza nie od­wa­żyła się spo­glą­dać w górę na ich twa­rze, ale to, co zdo­łała zo­ba­czyć, nie pod­no­sząc wzroku, bu­dziło wy­star­cza­jącą grozę. Mu­sku­larne nogi okryte były na­go­len­ni­kami z utwar­dza­nej, ćwie­ko­wa­nej skóry. Stopy, dziw­nie nie­kształtne i ma­sywne, w so­lid­nych, wią­za­nych na rze­mie­nie san­da­łach koń­czyły się pal­cami, które za­miast pa­znokci miały ostre, za­krzy­wione szpony. O pod­łogę kom­naty opie­rały się okute czar­nym me­ta­lem drzewca ja­kichś broni, dzier­żo­nych przez na­past­ni­ków. Gdy prze­brzmiało echo jej krzyku, Eliza do­sły­szała też nie­zro­zu­miałe słowa w dziw­nej, war­kli­wej mo­wie. Jej po­ry­wa­cze roz­ma­wiali ze sobą. Ona zaś, choć ni­gdy nie była zbyt re­li­gijna, na­brała sta­now­czego prze­ko­na­nia, że wła­śnie tra­fiła do pie­kła.

I w tym pie­kle nie była sama. Jej uszu do­bie­gło dzie­cięce po­chli­py­wa­nie. Za­gry­zła wargę, wi­dząc, że obok niej na ka­mien­nej po­sadzce, sku­lony jesz­cze bar­dziej niż ona, leży jej młod­szy brat Adam. Miał do­piero sie­dem lat i na pewno całą tę nie­praw­do­po­dobną sy­tu­ację prze­ży­wał o wiele bar­dziej niż ona. Wi­dok Adama do­dał do jej roz­pa­czy i szoku na­ra­sta­jącą de­ter­mi­na­cję. Może i zna­la­złby się po­wód lub dwa, dla któ­rego Eliza mia­łaby wy­lą­do­wać w pie­kle… ale Adam? Ten roz­czu­la­jący, nie­winny dzie­ciak, któ­remu da­leko było do upier­dli­wo­ści i zło­śli­wo­ści jego ró­wie­śni­ków? Adam w pie­kle to nie tylko to­talna nie­spra­wie­dli­wość, ale i nie­zły ab­surd. Eliza sta­rała się przy­su­nąć do brata i wy­cią­gnąć rękę, by go do­tknąć, dać mu znać, że jest tuż obok, ale ko­lejne bez­ce­re­mo­nialne pchnię­cie oku­tym drzew­cem roz­płasz­czyło ją na ka­mie­niach. Gdy unio­sła się na dło­niach i omio­tła wzro­kiem po­ry­wa­czy, by w końcu zo­ba­czyć, kto ją tak trak­tuje, fru­stra­cja wal­czyła w jej sercu ze stra­chem.

To nie były dia­bły. Żad­nych ogo­nów z ko­niusz­kiem w kształ­cie strzałki, drzew­cowe bro­nie też oka­zały się nie być wi­dłami, ale czymś w ro­dzaju gle­wii o zę­ba­tych ostrzach po­wy­krę­ca­nych w fan­ta­zyjne i groź­nie wy­glą­da­jące kształty. Głowy wy­sta­jące z ma­syw­nych kor­pu­sów, okry­tych – po­dob­nie jak łydki i przed­ra­miona – zbroją z utwar­dza­nej, la­kie­ro­wa­nej skóry, nie były ro­gate, choć do ludz­kiego wy­glądu cał­kiem sporo im bra­ko­wało. Z ciem­nej skóry wy­dat­nych łu­ków brwio­wych, ko­ści po­licz­ko­wych i pod­bródka wy­sta­wały ja­śniej­sze kostne na­ro­śle, które nada­wały bru­tal­nym twa­rzom obce, gniewne rysy. Wszy­scy mieli czarne włosy sple­cione w róż­no­rodne, cień­sze i grub­sze war­ko­cze opa­da­jące na ra­miona, sze­ro­kie klatki pier­siowe i barki. Palce dłoni dzier­żą­cych broń, po­dob­nie jak te u stóp, za­koń­czone były szpo­nami. Już na pierw­szy rzut oka sta­wało się ja­sne, że każdy z nich, na­wet po­zba­wiony swo­jej broni, mógłby ro­ze­drzeć dziew­czynkę po­stury Elizy go­łymi rę­kami.

Wszystko to trwało za­le­d­wie chwilę. Eliza, w któ­rej sercu lęk wal­czył wciąż o do­mi­na­cję z nie­śmiało bu­dzącą się zło­ścią, nie mo­gła przyj­rzeć się do­kład­niej swoim no­wym wro­gom. Omó­wiw­szy naj­wy­raź­niej to, co było do omó­wie­nia, po­ry­wa­cze w dość jed­no­znaczny spo­sób zmu­sili Elizę do pod­nie­sie­nia się z ziemi, trą­ca­jąc ją drzew­cami ha­la­bard. Po­trak­to­wany w ten sam spo­sób Adam le­żał jed­nak, wciąż szlo­cha­jąc, i co­raz to sil­niej­sze ude­rze­nia nie były w sta­nie skło­nić go do ru­sze­nia się z pod­łogi. Eliza zmar­twiała. W ja­kiś spo­sób było dla niej ja­sne, że te obce stwory nie będą miały cier­pli­wo­ści do Adama. Że je­śli ten za­raz nie pod­nie­sie tyłka i nie ru­szy tam, gdzie ich po­pro­wa­dzą, to skoń­czy tu­taj, w tej czar­nej, wil­got­nej kom­na­cie, prze­bity szpi­cem gle­wii lub z głową roz­gnie­cioną po­tężną stopą. Czym prę­dzej zro­biła krok w stronę brata i po­cią­gnęła go za ra­mię, pró­bu­jąc pod­nieść. Zmu­siła swoje za­ci­śnięte gar­dło do wy­da­nia głosu.

– Wsta­waj, Adaś. Mu­simy iść. Je­stem tu­taj, nie bój się.

Sama umie­rała ze stra­chu.

Na szczę­ście coś z tego, co mó­wiła, mu­siało do­trzeć do jej brata. Pod­niósł się po­woli i sta­nął obok niej, ale głowę wciąż miał opusz­czoną i nie spoj­rzał na­wet raz w jej stronę. Ujęła jego drobną, dzie­cięcą dłoń z ca­łej siły, sta­ra­jąc się, by nie po­czuł, jak mocno drży.

Oprawcy po­pro­wa­dzili ich wą­skimi ka­mien­nymi scho­dami wi­ją­cymi się w dół. Po­pę­dzali ich wark­nię­ciami i po­sztur­chi­wa­niem, choć tylko Eliza re­ago­wała w ja­ki­kol­wiek spo­sób, dro­biąc no­gami, sta­ra­jąc się utrzy­mać tempo na zbyt wiel­kich dla niej scho­dach i za­ra­zem nie pu­ścić dłoni brata. Adam był cał­ko­wi­cie odrę­twiały i Eliza oba­wiała się, że je­śli nie bę­dzie trzy­mała go za rękę i cią­gnęła za sobą, ten za­trzyma się po pro­stu w pół kroku. Aż strach wy­obra­żać so­bie, jak mo­gliby za­re­ago­wać na to po­ry­wa­cze, znie­cier­pli­wieni nie­po­słu­szeń­stwem, po­zba­wieni współ­czu­cia i li­to­ści. Eliza za­ci­skała więc zęby i mru­żyła szczy­piące od pła­czu oczy, ale trzy­mała młod­szego brata tak mocno, jak tylko mo­gła, i cią­gnęła go za sobą, sta­ra­jąc się utrzy­mać nada­wane tempo.

Schody za­koń­czyły się nie­spo­dzie­wa­nie cięż­kimi, oku­tymi że­la­zem drzwiami. Pro­wa­dzący nie­dia­beł pchnął je, a te uchy­liły się ciężko, wpusz­cza­jąc ja­sne pro­mie­nie świa­tła. Ewi­dent­nie wy­cho­dzili na ze­wnątrz tej ka­mien­nej bu­dowli. Sze­re­giem szli przez łu­ko­wate odrzwia, które oka­zały się umiesz­czone u pod­nóża wy­so­kich mu­rów. Eliza ro­zej­rzała się, ko­rzy­sta­jąc z chwili prze­rwy, gdy je­den z po­ry­wa­czy za­trza­ski­wał za sobą drzwi.

To była for­teca. Mury się­gały na kil­ka­dzie­siąt me­trów wzwyż, prze­sła­nia­jąc po­łowę nieba, i roz­cią­gały się w obie strony na po­dobną dłu­gość aż do miej­sca, gdzie spo­ty­kały się z gru­bymi basz­tami. Eliza mo­gła je­dy­nie zga­dy­wać, jak da­leko cią­gnęły się poza jej po­lem wi­dze­nia, w któ­rym miej­scu za­krę­cały, by za­cząć okrą­żać te­ren for­tecy, jak wiele po­dob­nych baszt roz­miesz­czono na ich li­nii. Na wy­so­ko­ści kil­ku­dzie­się­ciu me­trów i w mu­rach, i w basz­tach wi­dać było okna i otwory strzel­ni­cze o roz­mia­rze trud­nym do oce­nie­nia z od­le­gło­ści. Z nie­któ­rych z nich ster­czały po­ły­sku­jące me­ta­licz­nie w słońcu lufy dział. Nad basz­tami po­wie­wały zaś szar­pane ostrym wia­trem pro­porce, zdo­bione nie­zna­nymi Eli­zie sym­bo­lami. Jesz­cze wy­żej stada czar­nych pta­ków za­ta­czały nad nimi le­niwe koła.

Eliza nie zdą­żyła jesz­cze wyjść spod wra­że­nia, ja­kie – po­mimo sy­tu­acji – zro­biła na niej mo­nu­men­talna po­tęga twier­dzy, a już, wraz z bra­tem, była pę­dzona nie­rów­nymi, ka­mien­nymi schod­kami w dół ska­li­stego zbo­cza sta­no­wią­cego fun­da­ment, na któ­rym wznie­siono for­tecę. U pod­nóża skały, w cie­niu mu­rów i baszt roz­cią­gała się oka­la­jąca for­tecę sze­roka, bru­ko­wana espla­nada, gra­ni­cząca z ko­lei z ze­wnętrz­nym, dużo niż­szym mu­rem, po któ­rym prze­cha­dzali się zbrojni straż­nicy, któ­rzy na­le­żeli bez wąt­pie­nia do tego sa­mego ga­tunku co pro­wa­dzący Elizę i Adama po­ry­wa­cze. Upior­nie kan­cia­ste z po­wodu kost­nych na­ro­śli twa­rze, ma­sywne ciała odziane w la­kie­ro­wane skó­rzane zbroje – wszy­scy wy­glą­dali nie­mal jak wy­pro­du­ko­wani we­dług jed­nego wzorca. Nie­któ­rzy w ogóle nie zwra­cali na nich uwagi, inni le­dwo za­szczy­cali ich znu­dzo­nym spoj­rze­niem, za­raz po­tem wra­ca­jąc do ob­ser­wo­wa­nia tego, co roz­cią­gało się poza ob­rę­bem for­ty­fi­ka­cji, za ze­wnętrz­nym mu­rem.

Tyle tylko, że za ze­wnętrz­nym mu­rem nie było nic. Jak okiem się­gnąć, cał­ko­wity brak ho­ry­zontu. Twier­dzy nie ota­czały żadne pola ani lasy, nie stała też ona po­środku je­ziora. Je­dyne, co było wi­doczne za ze­wnętrz­nym ob­mu­ro­wa­niem, to nie­koń­cząca się prze­strzeń nieba, roz­my­wa­jąca się w od­dali w nie­wy­raźną, unie­moż­li­wia­jącą ocenę od­le­gło­ści mgiełkę. Tu i ów­dzie bez­kre­sny błę­kit nie­spiesz­nie prze­mie­rzały chmury, nie­które kłę­biąc się za­dzi­wia­jąco nie­da­leko (o ile wzrok Elizy był w sta­nie to oce­nić) ka­mien­nych umoc­nień ze­wnętrz­nego muru. Twier­dza zda­wała się za­wie­szona w po­wie­trzu, gdzieś wy­soko na nie­bie, co, rzecz ja­sna, było cał­ko­wi­cie nie­moż­liwe, jak szybko zdo­łała so­bie wmó­wić Eliza. For­teca ewi­dent­nie mu­siała być nie­praw­do­po­dob­nym ar­chi­tek­to­nicz­nym cu­dem, z ja­kie­goś po­wodu zbu­do­wa­nym na szczy­cie wiel­kiej góry o stro­mych zbo­czach. Teo­ria ta, choć nie­po­twier­dzona, przy­pra­wiła dziew­czynkę o na­gły za­wrót głowy i skło­niła ją do ostroż­niej­szego po­ko­ny­wa­nia stopni pro­wa­dzą­cych w dół, choć oczy­wi­ście nie było żad­nej moż­li­wo­ści, by z miej­sca, w któ­rym się znaj­do­wała, wy­pa­dła poza mury.

Po­pro­wa­dzono ich sze­roką, wy­sa­dzaną ko­cimi łbami espla­nadą po­mię­dzy gó­ru­ją­cym po le­wej stro­nie wy­so­kim mu­rem głów­nej twier­dzy a niż­szym, ale wciąż im­po­nu­ją­cym mu­rem ze­wnętrz­nym. Eliza mu­siała za­dzie­rać głowę, by zer­kać na wzno­szące się po le­wej baszty. Uni­kała jed­no­cze­śnie wzroku straż­ni­ków pa­tro­lu­ją­cych mur po pra­wej, trzy­ma­ją­cych straż na roz­miesz­czo­nych w nim re­gu­lar­nie kan­cia­stych ba­stio­nach. Tu i ów­dzie na mu­rach osa­dzone były sztan­dary na wy­so­kich tycz­kach i Eliza wresz­cie mo­gła zo­ba­czyć w miarę z bli­ska, co przed­sta­wiają. W cen­trum każ­dej z flag znaj­do­wał się na­ma­lo­wany w pro­sty spo­sób wi­ze­ru­nek wieży wy­ra­sta­ją­cej z ka­wałka ziemi, który zda­wał się wy­rwany ze sta­łego gruntu. Ko­ronę tej baszty ota­czała au­re­ola sym­bo­licz­nie na­kre­ślo­nych pta­ków. Ja­sne było, że wzór sztan­daru przed­sta­wia twier­dzę, w któ­rej wła­śnie się znaj­do­wali, i krą­żące nad jej wie­żami uskrzy­dlone stwo­rze­nia.

Jak do­tąd nie na­tra­fili na żadną bramę. W końcu do­szli do miej­sca, gdzie dziwne, zbu­do­wane z pod­par­tych bel­kami, po­czer­nia­łych de­sek rusz­to­wa­nie po­zwa­lało wejść na mury. Prze­cho­dziło ono na nie­wiel­kiej wy­so­ko­ści nad nimi, ni­czym dość pry­mi­tywny, drew­niany wia­dukt, i nik­nęło po dru­giej stro­nie. Na nim też stali straż­nicy. Ba, w jego po­bliżu było ich na­wet wię­cej niż na do­tych­czas mi­ja­nych od­cin­kach mu­rów. Z na­prze­ciwka nad­cią­gały inne grupy nie­dia­błów, pro­wa­dzące poj­ma­nych lu­dzi w róż­nym wieku, wśród nich wiele dzieci. Rów­nie otę­pia­łych, prze­ra­żo­nych i zdez­o­rien­to­wa­nych jak Eliza i Adam. Naj­wy­raź­niej nie byli je­dy­nymi dzi­siej­szymi zdo­by­czami miesz­kań­ców upior­nego zamku. Grupy wpro­wa­dzano po ko­lei, w ob­sta­wie, na rusz­to­wa­nie i po­py­cha­jąc, zmu­szano do przej­ścia nad mu­rem, na ze­wnątrz twier­dzy. Eliza i Adam byli nie­mal na po­czątku ko­lejki, tuż za parą wy­raź­nie star­szych od Elizy dziew­czyn, od­dzie­leni od nich po­je­dyn­czym straż­ni­kiem. Obie dziew­czyny wy­da­wały się trzy­mać dość do­brze, zwłasz­cza w po­rów­na­niu z Ada­mem czy in­nymi po­włó­czą­cymi no­gami dzie­cia­kami. Jed­nak gdy we­szły już na górną kładkę rusz­to­wa­nia i zbli­żyły się do miej­sca, gdzie wy­cho­dziła ona poza ob­ręb ze­wnętrz­nego muru, za­trzy­mały się na­gle, wy­da­jąc z sie­bie jęki pro­te­stu. Jedna z nich pró­bo­wała się wy­co­fać, druga wręcz ze­sko­czyć w bok, na sze­roki szczyt muru, ale obie zo­stały po­wstrzy­mane przez idą­cego za nimi po­tęż­nie zbu­do­wa­nego straż­nika. Po krót­kiej szar­pa­ni­nie po­chli­pu­jąc, na trzę­są­cych się no­gach, bez­ce­re­mo­nial­nie po­py­chane ru­szyły da­lej, a Eliza, ści­ska­jąc mocno dłoń brata, po­dą­żyła za nimi i z na­ra­sta­ją­cym nie­po­ko­jem za­sta­na­wiała się, co tak szo­ku­ją­cego zo­ba­czy poza ob­rę­bem mu­rów.

Kładka zda­wała się wy­cho­dzić z mu­rów wprost w nie­skoń­czony błę­kit nieba, lecz na jej końcu można było za­uwa­żyć sys­tem drew­nia­nych schod­ków i po­chylni, po­zwa­la­jący zejść ni­żej po ze­wnętrz­nej stro­nie mu­rów. Eliza spo­dzie­wała się zo­ba­czyć stromą skarpę, na szczy­cie któ­rej wznie­siono mur, ska­li­stą ścianę cią­gnącą się gdzieś w dół.

Nic ta­kiego tam jed­nak nie było.

Twier­dza nie stała ani na gó­rze, ani na­wet na wznie­sie­niu. Nie było żad­nej ściany, żad­nego pod­par­cia – skalne fun­da­menty, na któ­rych zbu­do­wano mur, po pro­stu uno­siły się w po­wie­trzu, ni­czym ja­kieś mon­stru­alne prze­wie­sze­nie. Drew­niane plat­formy mo­co­wane do skał bel­kami i li­nami, łą­cząc się w skom­pli­ko­waną sieć po­de­stów, ga­le­ry­jek i dra­bin, opa­dały i zni­kały pod kra­wę­dzią skały. Przy­cze­pio­nymi tu i ów­dzie pro­por­cami szar­pał po­ry­wi­sty wiatr. Każdy ko­lejny, co­raz bar­dziej chwiejny krok po­głę­biał nie­do­wie­rza­nie Elizy. Spo­glą­da­jąc w dół, wi­działa tylko nie­skoń­czoną ot­chłań nieba i białe plamy chmur. Nie bez po­wodu herb wład­ców tej for­tecy wy­glą­dał tak, jak wy­glą­dał. Gi­gan­tyczna skała, na któ­rej ją zbu­do­wano, prze­cząc wszel­kim pra­wom fi­zyki i zdro­wemu roz­sąd­kowi, uno­siła się w po­wie­trzu jak wy­rwana ze sta­łego lądu la­ta­jąca wy­spa.

Eli­zie raz jesz­cze, tym ra­zem moc­niej niż wcze­śniej, za­krę­ciło się w gło­wie. Nie tylko z po­wodu za­wrot­nej wy­so­ko­ści. Ra­czej jej umysł, już wcze­śniej po­pchnięty na skraj tego, co był w sta­nie w tak krót­kim cza­sie przy­jąć i za­ak­cep­to­wać, w końcu krzyk­nął: „Dość! Pod­daję się! To za dużo”. Chciała ucie­kać, ale nie było do­kąd. Jej drżące nogi zmię­kły, jakby były wy­peł­nione mięk­kim pu­chem. Pu­ściła dłoń brata, opa­dła na ko­lana. Zwy­mio­to­wała. I ze­mdlała.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij