Ella i jej sekret - ebook
Ella i jej sekret - ebook
Ella MacKay jest nowa. Nowa w mieście, szkole, klasie. Z mamą i bratem przeprowadziła się do nowego miasta z powodu rodzinnych problemów, o których nie chce nikomu mówić. Czy w nowym miejscu uda jej się odnaleźć bratnią duszę? Czy Ella podzieli się z kimś swoją tajemnicą? Jedno jest pewne – od Elli odwagi mógłby się uczyć niejeden dorosły. Wzruszająca i ciepła opowieść o przyjaźni, miłości, rodzinie i o tym co w życiu ważne.
| Kategoria: | Dla dzieci |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-280-7058-5 |
| Rozmiar pliku: | 3,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Drogi Tato,
czasami, kiedy podnoszę wzrok, czuję się trochę lepiej, bo wiem, że widzę to samo niebo co ty. Jeśli zauważysz lecącego po nim ptaka, niewykluczone, że ten sam ptak przefrunie jakiś czas później nad moim domem!
Są jednak dni, kiedy jest mi trudniej. Ogrom nieba sprawia wtedy, że czuję, że jestem od ciebie bardzo, ale to bardzo daleko.
Myślisz, że moglibyśmy każdego dnia patrzeć w niebo o tej samej godzinie? Na przykład o siódmej rano? To mi chyba pomoże. Wybierzemy godzinę? Dobrze, Tato?
Całuję
Ella
***
– Heeej, kici, kici!
Szłam po trawie w stronę drzewa, pod którym siedziała szara kotka. Wyciągnęłam telefon, żeby zrobić zdjęcie. Zacmokałam.
Kotka odwróciła głowę. Doskonale! Słońce padło na jej plecy pod idealnym kątem, barwiąc pręgi futerka na złoto.
– Ella!
Nagle w ogrodzie pojawiła się mama. Stanęła tuż obok mnie. Miała na sobie swój elegancki kostium.
– Pora wrócić do środka!
– Chciałabym zrobić więcej zdjęć – odpowiedziałam.
– Zrobisz je później.
– Ale są dla taty!
Mama zacisnęła zęby.
– Słuchaj, skarbie. Kiedy już podrzucę cię do szkoły, muszę jechać do biura. Obiecałam, że zdążę na dziewiątą. Jeśli za pięć minut nie będziesz w aucie, to się spóźnimy.
Powlokłam się za nią do kuchni.
– Włóż to. – Podała mi niebieski sweterek. Błysnęły złote guziki.
– Jest niebieski. A mundurki szkolne są przecież zielone.
– Zamówiłam dla ciebie nowy strój, ale jeszcze nie dotarł. To nie moja wina. Słuchaj, skarbie, sweter jest… zielonkawy. – Mama zamknęła tylne drzwi domu na klucz i zatrzasnęła zmywarkę.
– Ale nie jest zielony! – powtórzyłam. – To ubranie dla staruszki! Nie mogę go założyć.
Mama trzasnęła naszymi śniadaniówkami o blat. Była wściekła.
– Ella! Jack też idzie do szkoły w domowych ciuchach.
Zerknęłam na niego. Siedział po drugiej stronie stołu. Płatki z mlekiem leciały mu z wyszczerzonej buzi.
– Co z tego? Jacka nie obchodzi, jak jest ubrany – powiedziałam. – I tak się brudzi i wszystko paćka farbą.
– Dodam tylko, że ten sweterek dla staruszki należy do mnie – warknęła mama. – Innego nie mamy, a musisz przecież coś włożyć.
– Albo idź goła – zasugerował Jack.
Rzuciłam się na niego, ale mama zastąpiła mi drogę.
– Do samochodu. Natychmiast! – W jej głosie słychać było szloch. – Mam dość tego, że jesteś nieuprzejma, Ello. Powinnaś zacząć pomagać. I tak jest mi ciężko…
Wciągnęłam na siebie jej brzydki sweter. Natychmiast poczułam na skórze gorące igiełki.
Zaczęłam trzeć nadgarstkiem o oparcie krzesła. Głupi pierwszy dzień. Głupie ciuchy. Trzeba było tu nie przyjeżdżać.
*
Pani z sekretariatu prowadziła mnie po korytarzach, a nasze kroki odbijały się echem od ścian. W końcu dotarłyśmy do sali Klasy Wierzb. Stałam w bezruchu, gdy pan Hales, mój nowy nauczyciel, przedstawił mnie pozostałym.
– Uwaga, wszyscy, to jest Ella. Sprawmy, by poczuła się u nas jak w domu.
Klasa Wierzb. Wszędzie zielenie i szarości. Kolejne twarze. Wlepione we mnie spojrzenia.
Schowałam swędzące, czerwone dłonie głębiej w rękawach.
Moje usta nie chciały się uśmiechnąć, jakbym była kobietą z bardzo starego zdjęcia.
Pan Hales wydawał się najbardziej przyjazną osobą w klasie. Miał nastroszone blond włosy i przekłutą brew. Zerknęłam na punkt, w którym kolczyk wchodził w skórę.
– Zobaczmy, gdzie mamy wolne miejsce. – Wskazał mi puste krzesło w pierwszym rzędzie. – Usiądź obok Stiggy’ego.
Usiadłam.
Chłopiec rzucił mi krzywy uśmiech.
– Twój sweter jest w złym kolorze!
*
Długa przerwa. Plac zabaw był ogromny. Poszłam na drabinki i zawisłam do góry nogami, by sprawdzić, czy szkoła przy ulicy Moor Lane wygląda lepiej z takiej perspektywy. Nie wyglądała. Najbezpieczniej zawsze czułam się właśnie na obrzeżach – niektórzy po prostu lubią przebywać na skraju placu zabaw. Popularne osoby chodzą, gdzie chcą, i często lądują w samym centrum wydarzeń, jak pływające w morzu kolorowe rybki. Ja byłam szarą rybą. Rybą z obrzeży.
Obserwowałam jedną z dziewczyn, Lydię, którą otaczał krąg koleżanek. Trzymały się pod ręce i wciąż szeptały coś między sobą. Lydia miała lśniące, brązowe włosy, w które wpięła mnóstwo klipsów i spinek. Była zrobiona na błysk. Śmiała się dźwięcznie, melodyjnie – drobne nutki radości wędrowały coraz wyżej. A za każdym razem, gdy wybuchała śmiechem, jedna z koleżanek zaczynała jej wtórować, jakby chciała powiedzieć: „Wow, Lydio, nikt inny na świecie nie potrafi tak cudownie nas rozbawić!”. Tak to właśnie czułam. Gdy akurat stały obok, spróbowałam przyłączyć się do wspólnego śmiechu, ale dziewczyny tylko spojrzały na mnie z zaskoczeniem. „Co cię bawi?”, zdawały się pytać. „Nie pasujesz tu”.
Miały rację.
– Przepraszam – powiedziałam i odsunęłam się od nich.
Dotychczas zawsze miałam Grace. Poznałyśmy się jeszcze w żłobku. Albatrosy zawierają przyjaźnie na całe życie, a jeśli jeden zginie, drugi zostaje sam. Albatrosy nie muszą też chodzić do szkoły. Grace miała starszą siostrę i kota. Jej mama często była w domu, bo uczyła gry na pianinie i opiekowała się babcią Grace. Miały wielki ogród, w którym często się bawiłyśmy. Stał tam letni domek pełen poduszek i dywanów, a matka Grace pozwalała jej i jej siostrze robić w nim wszystko, co tylko chciały. Ja nie mogłam mieć podobnego domku, bo Jack by go zdemolował i mama ciągle kazałaby nam sprzątać.
Spędzając dzień bez Grace, czułam się, jakbym wyszła zimą z domu bez butów. Trafiłam do obcego kraju, którego mieszkańców nie rozumiałam, choć zdawali się mówić w moim języku.
Gdyby można było dowolnie dobierać sobie krewnych, naciskając odpowiedni guzik, czy coś w tym stylu, wybrałabym Grace na siostrę. Nawet gdybym musiała zachować Jacka, przynajmniej miałabym wtedy ją.
Przyglądałam się twarzom uczniów w Klasie Wierzb, pragnąc zobaczyć wśród nich buzię Grace – jak gdyby nagle mogła się tam po prostu pojawić. „Też się przeprowadziłam”, powiedziałaby. „Rozdzielono nas w dzieciństwie, ale tak naprawdę jesteśmy siostrami. Wszyscy to przed nami ukrywali”.
Sytuację pogarszał okropny sweter mamy. Powinna pójść do okulisty – nie był ani trochę zielony. „Hej, spójrzcie tam, na tę nową w jej głupim kardiganie!”
Gdyby tylko pozwolono mi zachować mój wspaniały, nowy telefon… miał odlotowy aparat, którym niemal nie przestawałam się bawić. Zdążyłam jeszcze wpisać numer Grace i wysłać do niej wiadomość:
Hej, Grace. Nie ma tu nikogo takiego jak Ty. Strasznie tęsknię. Ella
Ale pani z sekretariatu powiedziała, że muszę oddać telefon i będę mogła go odebrać dopiero pod koniec dnia.
Na lekcji, kiedy mieliśmy już zacząć czytać, wszystkich rozsadzono i trafiłam do jednej ławki z Bryony. Była dziwna. Ciągle machała rękoma i wstawała, póki nie przysiadł się do nas dorosły asystent nauczyciela. Dopiero on skłonił ją do pracy. Zajęła miejsce tuż obok mnie i zaczęła coraz bardziej się przysuwać, zupełnie jakby nie miała własnego krzesła. No i nie przestawała gadać, tak że prawie nie słyszałam przez nią nauczyciela. W pewnej chwili zaczęła gładzić mój piórnik.
– Jest włochaty! – pisnęła. – Zupełnie jak żywe zwierzątko…
W końcu musiałam wcisnąć go do plecaka.
Czy w całej klasie naprawdę nie było innej samotnej osoby? Kogoś, kto szuka pary? Zaczęłam się ukradkiem rozglądać. Każdy miał przyjaciela czy przyjaciółkę: kogoś, z kim można razem się pośmiać. Tymczasem do mnie nikt się nawet nie uśmiechnął. Nikt nie potrzebował nowej przyjaciółki; byłam naddatkiem, nudną nieznajomą. Gdyby mnie chcieli, na pewno spojrzeliby w moją stronę… ale nikt nie spojrzał.
A potem dostrzegłam w tylnym rzędzie samotną, ciemnowłosą, pochyloną nad biurkiem dziewczynę. Kilkakrotnie zerknęłam w jej stronę. Odwzajemniła spojrzenie zmęczonym wzrokiem. Może też mnie obserwowała. Na plastyce, gdy malowaliśmy własne portrety w stylu van Gogha, pan Hales powiedział, że każde z nas może usiąść, gdzie chce. Przycisnęłam plecak do piersi, wstałam i podeszłam tak, by tamta dziewczyna musiała mnie zauważyć. Uśmiechnęłam się. Spojrzała na mnie z markotnym wyrazem twarzy, a następnie zgarbiła się, wyciągnęła własny plecak i rozrzuciła rzeczy po całej ławce, jakby chciała zająć miejsce dla kogoś innego.
Pomyliłam się. Jednak nie chciała mnie poznać. Stałam jak kołek, póki pan Hales nie polecił mi znowu usiąść obok tego nieznośnego Stiggy’ego.
– Van Gogh uciął sobie ucho – szepnął. – Siebie też namaluję bez ucha. A ty mogłabyś namalować siebie bez nosa.
Całkiem jak mój brat!
– Idź się utop – powiedziałam, trąc nadgarstkiem o krawędź ławki.
Chłopak przynajmniej się do mnie odezwał.
Zupełnie nie umiałam być tą nową.
Po lekcjach wyciągnęłam skrawek papieru i spróbowałam przygotować listę rzeczy do załatwienia, tak jak zawsze robiła to mama. Chciałam sprawiać wrażenie, że jestem zajęta.
1. Zdobyć zielony sweter, NATYCHMIAST.
2. Zdobyć zwykły, czarny plecak.
3. Znaleźć nowy piórnik – NIE W KOCIĘTA.
4. Brązowe sznurowane buty to TRAGEDIA. Może pochlapię je farbą. Wszystkie dziewczyny mają ładne buty – błyszczące, z frędzlami, ćwiekami czy klamrami.
5. Znaleźć prawdziwą przyjaciółkę, która nie będzie mówić, że mój piórnik jest żywy, ani sugerować, żebym odcięła sobie nos!
*
Ze szkoły odebrała mnie mama, bo i tak musiała przyjechać po Jacka.
Gdy tylko zatrzasnęły się drzwi samochodu, wybuchłam.
– Muszę mieć właściwy mundurek. NIE MOGĘ WRÓCIĆ DO SZKOŁY W TYM SWETRZE!
Mama zatrzymała się na światłach.
– A wiesz, zauważyłam, że…
Przerwał jej Jack. Jak zwykle zaczął się drzeć.
– W mojej klasie jest chłopiec, który ma piórnik w silniki samochodowe!
– Naprawdę, Jack? – Mama się uśmiechnęła.
– I ma w środku ołówki, na których są twarze.
Jack chrupał chipsy. Skąd je wziął?
Wyrwałam mu paczkę.
– Mówię o moim mundurku! – krzyknęłam.
– Ello, to niegrzecznie. Jack też ma prawo opowiedzieć mi o tym, jak minął mu dzień – fuknęła mama. – Co w ciebie wstąpiło? Obiecałaś, że będziesz się bardziej starać, gdy pozwoliłam ci zatrzymać telefon. – Westchnęła. – Posłuchaj, skarbie, możemy kupić używany mundurek. Widziałam ogłoszenie w oknie supermarketu.
– Pojedziemy tam?
– Nie w tej chwili. Najpierw zjemy podwieczorek i podrzucimy Jacka na trening piłki nożnej.
– Ale pojedziemy jeszcze dzisiaj? Wszystko mi jedno, jak wygląda mundurek. Musimy go kupić!Rozdział 2. Numer 13
Drogi Tato,
mam nadzieję, że nie jest ci smutno.
Opowiem ci o naszym nowym domu. Stoi przy ulicy Ash Grove 74. Jest już wysprzątany, rozpakowaliśmy wszystkie pudełka, choć dotarliśmy tu dopiero tydzień temu. Każdy ma swoją sypialnię. Moja jest pomalowana na żółto. Mama pozwoliła mi samej wybrać kolor. Czasem odwiedza nas puszysta, szara kotka. Widuję ją w ogrodzie. A co ty widzisz ze swojego okna?
Jack i ja chodzimy do szkoły przy Moor Lane.
Babcia przysłała mi iPhone’a, który ma superaparat fotograficzny.
Mama mówi, że bardzo męczy ją nowa praca. Czy ty też masz dużo zajęć?
Wysyłam jedno zdjęcie kotki i jedno nowego domu. Jack chce, żebym dołączyła też zdjęcie jego rysunku – twierdzi, że przedstawia tygrysa.
Muszę drukować zdjęcia na papierze fotograficznym, a to okropnie długo trwa!!!
Całuję
Ella
***
Stałyśmy z mamą przed domem numer 13. Znajdował się na rogu, na końcu naszej ulicy. Na jego drzwiach frontowych przyklejono kartki z napisami: „Akwizytorom dziękujemy” i „Zakaz handlu”. Mama nacisnęła dzwonek. Drzwi uchyliły się na trzy centymetry.
W pierwszej chwili, gdy zobaczyłam stojącą na progu dziewczynę, pomyślałam, że musi być znacznie starsza ode mnie, bo wydawało mi się, że ma jakieś trzy metry wzrostu. Jej włosy były czarne, nosiła szary dres, była boso. Potem skojarzyłam ją z klasy. To ona siedziała w tylnej ławce, miała smutne spojrzenie i rzuciła swój plecak na biurko. Pan Hales używał jej imienia: Molly.
Taki już mój pech: trafiłam na największego gbura w klasie.
Molly też musiała mnie rozpoznać, ale spuściła wzrok i patrzyła pod nogi.
– O co chodzi? – wymamrotała.
– Przyszłyśmy po sweter – powiedziała mama. Po czym dodała: – To ty go sprzedajesz?
Molly się nachmurzyła.
– Chwileczkę. – Zniknęła w głębi domu.
– Widzę, że raczej nie zaprosi nas do środka – szepnęła mama.
Poczułam falę smutku. Przypomniałam sobie Grace. Kiedy tata zniknął, przesiedziałam cały dzień w jej domku ogrodowym, tuląc włochatą poduszkę w kształcie biedronki. Grace przyniosła ciasteczka i sok oraz kartkę z napisem „Och, Ello, tak mi pszykro”.
Dom Molly był mniejszy od naszego. Zasłony na piętrze zaciągnięto, choć było jeszcze jasno. Salon też wydawał się ponury. Przy jego oknie, przez które zaglądałam, stały jakieś wielkie pudła.
Molly wysunęła się z domu i wepchnęła mi w ręce reklamówkę.
– To wszystko – powiedziała beznamiętnie. – W środku są też koszulki, z których wyrosłam. Nie warto zachowywać niepotrzebnych rzeczy.
Gdy wyciągnęłam sweter, okazało się, że wygląda na okropnie stary. Tak też pachniał: był wilgotny i stęchły.
Ale odcień zieleni się zgadzał.
– Musisz go przymierzyć – powiedziała pogodnie mama.
– Zaraz, tutaj? – Mam przymierzać ubrania przed czyimś domem?
– Nie zaczynaj – rzuciła Mama, wytrzymując moje spojrzenie. Wiedziałam, co to znaczy. „Nawet nie myśl o kłótni… inaczej ze swetra nici”.
– Będą pasowały. Ja z nich wyrosłam – powiedziała Molly. – Są małe.
To było okropnie niegrzeczne!
„No tak, a ty jesteś olbrzymia”, cisnęło mi się na usta. Sama prawda; ramiona Molly były tyczkowate i długie jak u żyrafy. Wystawały z rękawów szarej bluzy dresowej. Ją też mogłaby nam odsprzedać.
Ściągnęłam bluzę z kapturem i włożyłam wstrętny sweter.
– To tylko na jakiś czas. – Mama przesunęła ręką po fragmencie brązowego materiału, którym załatano dziurę w jednym z rękawów. – Do chwili, gdy przyślą nam nowy mundurek. – Westchnęła. – Twoja mama jest w domu?
Molly drgnęła i potrząsnęła głową.
– Nie!
– Mol! – Z wnętrza domu dobiegł cichy kobiecy głos.
Molly zamarła.
– Molly! – Tym razem okrzyk był głośniejszy.
– Muszę wejść… do środka – powiedziała i zniknęła za drzwiami.
– Przedziwne – oceniła Mama.
Zadzwonił jej telefon.
– To z biura. Za chwilę wrócę. – Ruszyła w stronę bramy.
– Ale, mamo…
– Zapytaj, ile chcą za sweter! – zawołała, po czym zaczęła ożywioną rozmowę przez telefon.
Czemu zawsze musiała tak nagle znikać?
Poczułam, że coś łaskocze mnie w kostkę. Opuściłam wzrok i odskoczyłam. Z domu wydostał się królik. Był wielki i sapał mi na buty. Całkiem jak w Alicji w Krainie Czarów.
W pierwszej chwili chciałam wyciągnąć telefon i zrobić mu fotkę. Ale coś mogło go przecież przejechać. Biedactwo.
Delikatnie trąciłam go stopą.
– Właź do domu. No już. – Pchnęłam drzwi, wciskając królika do środka.
Poczułam, jakby zacisnął się wokół mnie pierścień ciemności.
Powoli podniosłam głowę.
Przedpokój Molly przypominał wnętrze górskiej groty.