-
nowość
-
promocja
Emanacje cienia - ebook
Emanacje cienia - ebook
Nadciąga sztorm, jakiego świat dotąd nie widział.
W świecie, gdzie archiwa Kościoła skrywają więcej niż tylko suche zapisy, a echo dawnych rytuałów wciąż odbija się w teraźniejszości, równowaga drży w posadach. Wokół polskiej rodziny żeglarzy zaczynają się pojawiać trudne do wyjaśnienia zjawiska. Wkrótce Andrzej wraz z bliskimi zostają wciągnięci w śledztwo, które otwiera drzwi do niebezpiecznych tajemnic. Mimowolnie wplątują się w przygodę prowadzącą ich w rejony, o których istnieniu nikt nie miał odwagi mówić.
„Emanacje cienia” to książka, która łączy tempo i zagadkowość znane z powieści Dana Browna z mroczną atmosferą urban fantasy i precyzją kryminału. Coś dla czytelników lubiących, gdy fikcja splata się z faktami, a intryga odsłania kolejne warstwy jedynie przed tymi, którzy odważą się zajrzeć głębiej. Ta historia zaczyna się jak podróżniczy thriller historyczny, a kończy w miejscu, gdzie pęka granica między rzeczywistością a sferą tabu, niosąc za sobą śmiertelne żniwo.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368473728 |
| Rozmiar pliku: | 1,0 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W historii Akademii Cieni byli ludzie, o których mówiło się szeptem. Nie z powodu ich przewinień, tylko dlatego, że przeżyli, choć nie powinni.
Ja zostałem jednym z nich.
Byłem prostym bratem. Wciągniętym w ten stan przymusem. Z czasem jednak odnalazłem się w ciszy. Najlepiej czułem się jako nowicjusz. Milczący, nieobecny, jakby przezroczysty. Moje myśli ciągle krążyły daleko poza murami klasztoru. Nie tęskniłem, jedynie żałowałem.
Stroniłem od ludzi, od rozmów, od światła. Szybko nauczyłem też otoczenie, że pozostawienie mnie w spokoju jest najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Dawniej nie stroniłem od przemocy i nawet teraz się ona przydawała.
Po złożeniu pierwszych ślubów zakonnych najwięcej czasu spędzałem w bibliotece. Studiowałem manuskrypty, których nikt inny nie potrafił nawet otworzyć bez drżenia rąk. W kilka lat opanowałem martwe języki, o jakich większość słyszała tylko na wykładach. Paleohebrajski. Aramejski rytualny. Syryjski liturgiczny. Greka koptyjska. I te, których nazw nie wolno wypowiadać poza murami Akademii.
Mówili, że preferowane przeze mnie teksty same w sobie są pułapką. Że potrafię zgłębiać księgi „czytające czytającego”. Dlatego trzymali się ode mnie z dala.
Twierdzili, że mam w sobie syf, którego nie da się wypłukać modlitwą. Mieli trochę racji, choć ich ubogie w duchu łby nigdy by nie ogarnęły, co naprawdę mnie wówczas dotknęło.
Ja wtedy tam byłem. Nikt żywy nie wrócił.
Widziałem jego dłonie. Dłonie kapłana, dotykające czegoś, co nie miało prawa istnieć. A potem widziałem jego oczy. Puste. Wygaszone. Jakby ktoś zdusił w nich światło i zostawił tylko zimny, martwy popiół.
Kiedy pytano mnie, co się stało, milczałem. Ale czułem, że ten jeden pieprzony wieczór usunie mi z życia ciszę i spokój, jakby ktoś wyciął je nożem.
Tamten egzorcyzm zapowiadał się rutynowo. Tak mówili.
Byłem tylko dodatkowym mnichem. Pomocą. Kimś wyznaczonym do trzymania księgi, podania wody, przytrzymania ciała, jeśli zacznie się miotać. Nie miałem ingerować, tylko pomóc. Patrzeć i być użyteczny.
A jednak to ja jeden przeżyłem.
Do dziś marzę, by tamten zasrany dzień nigdy się nie wydarzył. To on otworzył drzwi, których już nigdy nie udało mi się zamknąć.
Pamiętam pokój. Był mały, duszny, z zabitym deskami oknem. Świece paliły się nierówno, jakby bały się własnego światła. W powietrzu wisiał zapach potu, kadzidła i czegoś jeszcze. Czegoś, co przypominało gnijące drewno.
Ojciec Samuel, kapłan, otworzył księgę. Jego dłonie drżały, a przecież to on był najstarszy, najpewniejszy, był tym, który nigdy nie pękał. Brat Marek stanął przy głowie opętanej, trzymając krucyfiks tak mocno, że aż pobielały mu knykcie. Brat Eliasz szeptał modlitwę, której nauczył się na pamięć, ale której sensu nikt z nas teraz do końca nie rozumiał.
A ja stałem w kącie z woluminem w dłoniach i próbowałem cicho oddychać.
Opętana leżała na łóżku. Sprawiała wrażenie przybitej do niego niewidzialnymi gwoździami. Jej klatka piersiowa unosiła się szybko, zbyt szybko. Oczy miała zamknięte, lecz powieki drżały, jakby coś się pod nimi poruszało.
Kiedy Samuel zaczął modlitwę, świece zgasły.
Nie było przeciągu. Nie było ruchu.
Zapłonęły dopiero, gdy opętana otworzyła oczy.
Wyglądały jak dwie studnie, w których ktoś utopił światło.
Brat Marek zrobił krok w tył. Brat Eliasz przestał na chwilę oddychać. A ja poczułem, jak coś zimnego dotyka mojego karku.
– Słyszałem o tobie, zanim jeszcze powstałem – powiedziało to coś głosem, który nie należał do człowieka.
Nie wiem, jak to możliwe, ale te słowa rozbrzmiewały w środku mojej głowy.
Słyszałem je tylko ja.
Ojciec Samuel próbował kontynuować modlitwę, lecz demon mówił jego głosem, szydząc z każdego zdania. Kapłan walczył, jednak jego oracje przestały się liczyć. Brat Marek zaczął się modlić po aramejsku. Niestety język, którego uczył się przez lata, nagle stał się dla niego obcy. To, co mówił nie miało sensu. Brat Eliasz upadł pierwszy. Jego serce przestało bić.
A ja, wciąż w kącie, czułem, jak coś patrzy na mnie z wnętrza opętanej. Coś, co nie powinno istnieć. Później pomieszczenie wypełnił cień. Mdły, wulgarny, cuchnący ciepłą krwią.
Kiedy wszystko się skończyło, byłem jedynym, który oddychał.
Nie pamiętam, jak wyszedłem. Nie pamiętam, kto mnie znalazł. Wiem tylko, że przez trzy dni nie powiedziałem ani słowa. I do dziś nie chcę mówić o tym, co się stało.
A oczywiście się stało. Pogłoski na temat tego, co miało miejsce wtedy w klasztorze, obiegły rzymski Kościół. Zainteresował się tym ojciec Dawid, opiekun biblioteki watykańskiej i nauczyciel w Akademii. Wtedy już wiedziałem, że nie wyjdę z tego gówna czysty. Nikt by nie wyszedł.
Nie wiem, jak długo siedziałem w infirmerii.
Czas po egzorcyzmie nie płynął normalnie. Był jak brudna woda. Gęsty, mętny, powolny i pełen rzeczy, których nie chciałem widzieć. W rozmytych wspomnieniach światło zdawało się zbyt jasne. Każdy dźwięk zbyt głośny. Każdy oddech zbyt ciężki.
Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem przy swoim łóżku sylwetkę.
Ojciec Dawid stał nieruchomo, jakby był częścią ściany. Jakby czekał na mnie od wielu godzin, może dni. Jego twarz była spokojna, ale w oczach miał coś sprawiającego, że poczułem się nagi. Widział we mnie wszystko, co próbowałem ukryć.
– Wróciłeś – powiedział cicho.
Nie wiedziałem, czy to stwierdzenie, czy pytanie. Nie wiedziałem nawet, czy naprawdę wróciłem. Próbowałem usiąść, lecz ciało odmówiło posłuszeństwa. Ręce drżały. Głowa pulsowała. W ustach czułem smak żelaza.
– Nie mów – dodał. – Jeszcze nie. – Usiadł obok. Nie dotknął mnie, jednak jego obecność była jak ciężar na piersi. – Wiem, co się stało.
Zacisnąłem powieki. Nie chciałem wracać do tamtego pokoju i cienia.
– Nie musisz mi nic opowiadać – ciągnął Dawid. – Trzeba ci zrozumieć jedno: to, że żyjesz, nie jest przypadkiem.
Otworzyłem oczy.
– Inni zginęli – wyszeptałem.
– Wiem.
– Dlaczego więc ja…?
Dawid odchylił głowę. Zastanawiał się, jak bardzo może być szczery.
– Bo coś cię chroni – odparł w końcu. – Coś, czego nie rozumiesz. Coś, czego nie rozumiem nawet ja. Ale przez całe życie szukałem takiego jak ty. Będziesz musiał odnaleźć następnych i ich chronić. Na szczęście dla was czas jest łaskawy.
– Słyszałem go – wymamrotałem po dłuższej chwili. – Mówił do mnie. Tylko do mnie.
Dawid skinął głową, jakby właśnie na tę informację czekał.
– Wiem. I dlatego tu jestem. Pomogę ci przejąć kontrolę. – Usiadł bliżej. Jego głos był spokojny, lecz w środku miał stal. – To, co przeżyłeś, nie jest końcem. To początek. I jeśli chcesz stawić czoła temu, co przed tobą… musisz posiąść umiejętności, których nie szkolą w żadnym klasztorze.
Spojrzałem na niego. W jego oczach nie było strachu. Tylko decyzja.
– Nauczę cię poświęcenia i… narzędzi herezji.
Nie drgnąłem. Herezja była wtedy dla mnie jak wiedza i płótno. Jak prawda o tym, co się wydarzyło, jak żelazny gwóźdź wbity w to, co wiedziałem, bym mógł się na nim oprzeć.
To nie była nauka. To było rozbieranie mnie na części.
Dawid nie prowadził lekcji. On mnie przepalał – jak kowal, który chce sprawdzić, czy metal pęknie, czy wytrzyma. Pierwsze tygodnie były ciszą. Nie modlitwą. Ciszą tak głęboką, że słyszałem własny puls jak uderzenia kotwicy o burtę.
– Jeśli chcesz słyszeć wszystko, co ukryte – wyjaśniał Dawid – musisz najpierw poskromić to, co ludzkie.
Nie wiedziałem wtedy, że mówi do mnie, ale też o mnie.
Po miesiącach zabrał mi imię.
– Brat zakonny już nie istnieje – oznajmił. – Zostanie tu, w tej komnacie. Bo dzisiaj wyjdzie stąd biskup Spiriti.
Nie protestowałem. Imię było jak skóra, a ja czułem, że moja została zdarta.
Spiriti. Duch. Brzmiało jak coś, co nie ma ciała. Coś, co nie ma prawa żyć, jednak chodzi po ziemi.
Potem przyszły księgi.
Nie takie, które znałem i studiowałem latami.
Te były trzymane w archiwum, do którego nikt nie miał dostępu. Nikt poza kilkorgiem ludzi.
Zabrał mnie tam nocą. Korytarze Watykanu były wtedy jak zwłoki, ciemne, wilgotne, pełne szeptów, które nie miały źródła.
– Nie dotykaj niczego, czego nie rozumiesz – ostrzegł.
I oczywiście, kurwa, że dotknąłem. Czego ktoś się spodziewa, gdy mówi coś takiego? Księga leżała na osobnym pulpicie. Stara, popękana, z okładką, która wyglądała jak wysuszona skóra. Ale jej strony były niezapisane. Nie mogłem się powstrzymać.
– To żart? – zapytałem.
– Ona nie jest pusta. – Dawid pokręcił głową. – Ona czeka. Widzisz, w księgach często zawarte są słowa i emocje. Istnieją takie, w których jest też wiedza. I te, w których drzemie moc. Z czytającymi jest podobnie. Nie wszyscy są w stanie zrozumieć słowa. Naprawdę niewielu rozumie uczucia w treści. Tych, co widzą w księgach wiedzę, jest bardzo niewielu, najczęściej mniej niż jeden na pokolenie. Lecz właśnie ci poznają ich moc.
Nie wierzyłem mu. Do momentu, aż położyłem na księdze dłoń.
Strony zaczęły ciemnieć. Najpierw jakby ktoś rozlał na nie atrament. Potem układał się on w znaki, których nie znałem, mimo to rozumiałem. Nie słowami. Ciałem. Czułem, jak wchodzą mi pod skórę. Zdawało mi się, że księga pisze mnie na nowo.
Dawid patrzył na to bez mrugnięcia okiem.
– To jest wiedza i moc, której nie wolno było zapisać – wyjaśnił. – A jednak ktoś to uczynił.
– Dlaczego ja? – wyszeptałem. Jakbym się jeszcze nie nauczył, że nikt nie odpowiada mi wprost na to pytanie.
– Może jak ją przeczytasz, zdradzisz to nam obu.
Od tamtej nocy nie spałem normalnie. Sny były jak obce języki, pełne tajemniczych symboli. Czasem budziłem się z krwią na ustach. Innym razem z zimnem w kościach, jakby ktoś od środka dotknął mnie nicością.
Dawid mówił, że to dobrze.
– Wiedza i moc muszą znaleźć miejsce – powtarzał. – A w tobie jest dużo pustki.
Nie miałem pewności, czy to komplement.
Kiedy wezwano mnie na kolejny egzorcyzm, nie byłem już tym samym mnichem. Nie byłem nawet tym samym człowiekiem.
Tym razem nie stałem w kącie. Nie trzymałem księgi. Nie byłem obserwatorem.
Wyszedłem na środek pokoju. Demon nie spojrzał na towarzyszących mi braci.
Spojrzał na mnie.
I uśmiechnął się tak, jakbyśmy się znali.
A ja po raz pierwszy uśmiechnąłem się do niego.
– Wróciłeś – powiedział.
Nie ustami. Nie językiem. Głosem, który znałem od tamtej nocy.
– Tym razem jestem inny – odparłem.
Opętana kobieta uniosła głowę.
– Widzę, że cię szkolili – syknęła. – Ale nie nauczyli cię jednego. Nie możesz być gotów na mnie. Nikt nie może.
– Jestem przygotowany lepiej niż ty – zapewniłem.
Demon zaśmiał się krótko jak ktoś, kto zna wynik walki, zanim ta się zacznie.
– W takim razie… pokaż mi.
Wycharczał te słowa niczym wyzwanie. A ja chętnie podjąłem rękawicę.
Nie musiałem nic robić. Cień sam wysunął się spod moich stóp, jakby czekał na to od miesięcy. Był dłuższy, niż powinien. Głębszy. Cięższy.
Ciemny zarys opętanej odpowiedział natychmiast. Oderwał się od jej ciała jak dym od ognia.
I wtedy oba się zderzyły.
Nie było huku. Tylko nagłe napięcie w powietrzu, niczym naciągnięcie struny między dwoma światami. Czułem, jak ich siła napręża mury, piwnica trzeszczy w szwach. Bawiłem się tym, co widziałem.
Zakonnicy zaczęli modlitwę, ale ich głosy były zbyt słabe. Zbyt ludzkie.
Nasze zarysy walczyły bez dźwięku, niczym dwa oddechy, które próbują się nawzajem udusić.
– Nie wygrasz – syknął demon. – Nie jesteś jednym z nas.
– To prawda – przyznałem.
Już wtedy wiedziałem, że jestem kimś więcej niż on. Uznałem, że dość tej zabawy.
Mój cień był głodny od miesięcy. Zakonnicy krzyknęli. Nie widziałem, co się z nimi stało. Nie mogłem na nich spojrzeć, nie miałem na to czasu. Wiedziałem tylko, że ich modlitwy urwały się nagle, jakby ktoś przeciął je nożem.
Wtedy z pogardą skinąłem głową w stronę demona, na co rzuciło nim o ścianę. Wyciągnąłem dłoń i zacisnąłem ją powoli w pięść. Widziałem i czułem, że go miażdżę. Robiłem mu krzywdę, jakiej nigdy nie doznał. Upokarzałem i sprawiałem ból. Z uśmiechem w kąciku ust obserwowałem, jak stopniowo staje się wobec mnie bezbronny.
I wtedy pozwoliłem mu odpocząć. Rozchyliłem delikatnie dłoń i powiedziałem:
– Podaj mi swoje prawdziwe imię. Będziesz mi służył, ale… będziesz. A z mojej woli możesz przestać istnieć. Odbiorę ci godność, odbiorę ci siłę, odbiorę ci wspomnienia i zabiorę klucze do innych wymiarów już na zawsze. Sczeźniesz zapomniany w śmietniku jestestwa.
Nie było krzyku. Tylko nagłe, głębokie milczenie, które wdarło mi się do płuc.
Uniosłem dłoń wyżej i spiąłem mięśnie. Jeszcze nic nie zrobiłem, a on zdążył skulić się do zaledwie obłoczku brudnego cienia. Stało się jasne, że on już wie. Rozumie, że mogę mu zabrać wszystko. Wtedy pojawił się dźwięk. W języku kiedyś przeze mnie słyszanym. To było jego imię.
Z wciąż wyciągniętą ręką wypowiedziałem słowa, które same pojawiły się na moich ustach:
Szetu kku ef her user ren ef.
Dekher hetep ef re khet-ui i.
Sehed ba ef em hat-i,
Wedża user ef re wedża ni1.
Pochłonąłem go. Jak truciznę. Jak zimny oddech osiadający na kościach.
Demon zaśmiał się cicho wewnątrz mnie. Zacisnąłem delikatnie palce, a śmiech natychmiast zmienił się w jęk bólu i zaraz ustał.
Kiedy wyszedłem z pomieszczenia, byłem sam. Zakonnicy leżeli nieruchomo. Świece zgasły.
Czułem w sobie lekki ciężar, obecność i nową siłę dostępną na wyciagnięcie ręki. Za progiem spotkałem starą kobietę, która patrzyła na mnie z uwagą i zaciekawieniem. Nie ze strachem. Zapamiętałem ją i postanowiłem kiedyś odnaleźć.
Wiedziałem, że zapłacę cenę za to, co robiłem. Ale nie byłem już mnichem. Stałem się plugawym mieczem Akademii Cieni.
Egzorcyzmy powtórzyły się jeszcze kilka razy. Biskupi szybko pojęli, że lepiej, by nikt się nie zbliżał, gdy pracuję, i to ograniczyło straty braci zakonnych. Powoli pogłoski rozchodziły się po Kościele i większość robiła wszystko, by nie spotkać się ze mną nawet na korytarzach katedr. Lękali się, bo wiedzieli, czym jestem. Bali jeszcze bardziej, gdy nie wiedzieli.
A ja czułem, że w mroku, który mnie wypełnia, brakuje powoli miejsca dla mnie.
Wtedy któregoś rana znów koło łóżka zobaczyłem ojca Dawida. Modlił się i polecił mi iść za sobą. Był już jednym z nielicznych, którzy śmiali mi coś kazać. Zabrał mnie do kaplicy. Przygotował ją do nabożeństwa i liturgii eucharystycznej.
Domyślałem się, że chciał sprawdzić, jak zareaguję, ale mnie to nie obchodziło. Aż do chwili, gdy wyjął brewiarz i zaczął czytać w absolutnie nieznanym mi języku.
Już po pierwszych jego słowach straciłem władzę nad ciałem. Istoty we mnie zadrżały z bólu i lęku. Byłem zdziwiony, że Dawid dysponuje taką siłą, jakiej nie miał żaden demon. W kilka chwil straciłem przytomność.
Później na granicy świadomości, niczym zły sen, fragmentami przypominałem sobie, jak klęczał nade mną i ze łzami w oczach mówił:
– Wybacz mi, mój druhu. Miałem nadzieję, że ty uniesiesz ten ciężar i nie stracisz siebie, ale najwyraźniej się myliłem. Jestem zmuszony zabrać ci ostatni czas, wiedzę i moc, która w końcu by cię pochłonęła. Bracie mój… Nawet nie przeczuwałeś, jak bardzo cię potrzebujemy. Jednak nie pozwolę, byś oddał za to swoją duszę. Przyszedłeś do nas z własnym cieniem. Lecz nie był on mieczem, tylko tarczą. Ja chciałem dać ci oręż, który jedynie ty mógłbyś unieść, ale nie za cenę twojego życia. Nie kosztem tego, kim jesteś. Dlatego będę szukał dalej. Bo we mnie wciąż tli się nadzieja. Mimo że światło na ziemi już gaśnie, choć ty jeszcze tego nie dostrzegasz.
Znów spędziłem kilka dni w ciszy i samotności zakonnej infirmerii. Po wszystkim odszukałem Dawida i podziękowałem ze szczerego serca. Za to, że nie poświęcił mnie dla obrony wiary.
Swoją postawą przypomniał mi, że są rzeczy ważniejsze od władzy. Przypomniał, że istnieją przeciwnicy tak silni, iż do walki z nimi dopiero się przygotowuję. I jej wynik nie jest wcale oczywisty.
Jednak musiał wiedzieć jedno: nie udało mu się.
Zabrał mi pamięć, lecz było za późno, by odebrać moc. Tego nikt w Kościele już nie mógł mnie pozbawić.
Zostałem kardynałem. To nie był zaszczyt. Zrobiono to, bym sam podejmował decyzje. By cień tego, co czyniliśmy, brudził tylko moje imię, ręce i honor. A oni? Oni mogli nadal marzyć, że kiedyś zostaną świętymi.
1.
1 Rozszarp jego cień i spal jego imię.
Złam mu wolę i wlej ją w moje kości.
Niech jego duch skuli się w moim wnętrzu,
A jego moc niech stanie się moją wolą.