Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Emigrant - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 czerwca 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Emigrant - ebook

Czy człowiek może zmienić swój los, gdy świat od urodzenia przypisał mu miejsce na samym dole? „Emigrant” to opowieść o Pieterze — niekochanym chłopcu bez przyszłości, który dzięki odwadze, pracy i odrobinie szczęścia odmienia nie tylko własne życie. Od XVII-wiecznej Holandii, przez burzliwe morza, aż po ziemie Khoikhoi na Przylądku Dobrej Nadziei. To historia o emigracji, miłości, marzeniach i budowaniu nowego świata.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Opowiadania
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-723-5
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Rozdział I

Woda w rowach nareszcie zaczęła płynąć w stronę kanału. Ślad był wyraźny na zaschniętych roślinach pozostałych po zimie. Powoli unosiła z dna ciemny muł, niosąc z sobą zapach wilgotnej ziemi i zeszłorocznych trzcin. Między kępami pożółkłej trawy pojawiały się pierwsze ostre źdźbła nowej zieleni, a na brzegach rowów błyszczały drobne kałuże, w których odbijało się blade, jeszcze chłodne słońce. Nad wodą krążyły mewy przybyłe znad morza, skrzecząc tak głośno, jakby chciały obwieścić całej krainie koniec zimowego uśpienia. Dalej, za siecią grobli i rowów, wiatr poruszał pasami nagich wierzb, których cienkie gałęzie gięły się i drżały bez ustanku.

Na niewielkim wyniesieniu, szczytem zwrócony ku rowowi, stał dom z czerwonej cegły, ciemnej od wilgoci i wielu lat deszczu. Wąski front wznosił się wysoko, zakończony ostrym trójkątem ściany, jakby budynek chciał oprzeć się każdej wichurze nadciągającej od morza. Dach miał stromy, ciężki, grubo kryty trzciną, miejscami przyprószony jeszcze resztkami zeszłorocznego pyłu i mchu. Po nocnych chłodach unosiła się z niego para, gdy tylko słońce ogrzało mokre wiązki.

Duże okna, osadzone w białych ramach, lśniły czystością. Były podzielone cienkimi szczebelkami, które z daleka stawały się prawie niewidoczne. W ich szybach odbijały się rowy, niebo i przelatujące ptaki, tak że zdawały się pełne ruchu. W części jednego okna wisiała firana poruszająca się lekko. Pewnie ktoś właśnie się budził, dotykając ją przypadkowo. Spomiędzy trzcin przy kalenicy sączył się dym, przez chwilę snujący się nad dachem, nim wiatr porwał go nad pola. Ktoś w izbie rozpalał już ogień, by podgrzać resztki wieczerzy na poranny posiłek.

Wokół domu ziemia była starannie uporządkowana. Kamienna ścieżka prowadziła do drzwi, po obu stronach otoczona niskimi grządkami, gdzie czarna gleba czekała na pierwsze nasiona. Przy ścianie stały drewniane beczki na deszczówkę, a pod okapem wisiały sieci i narzędzia pachnące smołą oraz mokrym drewnem. Wszystko zdawało się gotowe na nowy rok pracy — pola, woda, wiatr i ludzie, którzy jeszcze spali, choć nie wszyscy za grubymi murami.

Drzwi otworzyły się z jękiem zawiasów i na próg wyszedł Jan van der Meer, jeszcze zaspany, lecz już liczący poziom wody w rowach

W izbie krzątała się już Geertruida, zawiązując chustę pod brodą i sprawdzając po raz ostatni wiklinowe kosze. W jednym i drugim spoczywały jajka odkładane przez wiele dni, każde owinięte słomą, by nie popękało na wybojach drogi. Obok, w drewnianej klatce, tłoczyły się cztery tłuste króliki, niespokojne od porannego hałasu.

Na podwórzu czekał wół — szeroki w karku, o sierści płowej i jeszcze wilgotnej od rosy. Z nozdrzy buchała mu para, gdy potrząsał ciężką głową. Rogi miał krótkie, starte pracą, a oczy spokojne, niemal obojętne na świat. Stał cierpliwie, zaprzęgany przez gospodarza do niskiego wozu o grubych kołach oblepionych zeszłorocznym błotem. Deski skrzyni nosiły ślady wielu napraw, lecz oś była świeżo nasmarowana łojem.

Przy studni stali chłopcy. Wszyscy trzej mieli na sobie zgrzebne lniane koszule, grube wełniane kaftany i spodnie sięgające za kolano, związane pod nim rzemieniem. Stopy tkwiły w ciężkich, drewnianych chodakach popękanych od wilgoci. Pieter, najstarszy, już wyższy od matki, trzymał uzdę i zerkał ku drodze prowadzącej do miasta. Hendrik próbował zajrzeć do koszy z jajami, a Willem drażnił króliki źdźbłem słomy, dopóki matka nie zgromiła go spojrzeniem.

— Pieter, nie stój tak po próżnicy. Wyrzuć gnój od krowy i wypuść kozy — krzyknął ojciec głosem nieznoszącym sprzeciwu.

— Dlaczego ciągle ja? — zaprotestował chłopiec. — Oni się tylko śmieją i wyzywają od małp. Cita, cita!

Hendrik i Willem, naśladując małpy, spojrzeli ukradkiem na siebie i zachichotali. To przezwisko przylgnęło do Pietera od zeszłego roku, od jarmarku w Amsterdamie, i żadne protesty nie pomagały.

Jan van der Meer obszedł wóz, kopnął koło, sprawdził pasy i spojrzał raz jeszcze ku rowom. Woda wracała. To był dobry znak. Jeśli targ pójdzie pomyślnie, wrócą z nasionami i może jeszcze z kawałkiem soli. Jeśli nie — wiosna okaże się długa i skąpa.

Jeszcze wóz nie skrył się za horyzontem, a Hendrik i Willem szeptali coś między sobą. Zerkali ku niemu, po czym odwracali twarze, dusząc śmiech. Pieter znał ten sposób aż nazbyt dobrze.

_Znowu namawiają się na mnie. Kolejny dzień to samo, jakbym był trędowaty._

Stał nieco z boku, jakby należał do tego podwórza mniej niż inni. Ramiona miał opuszczone, wzrok wbity gdzieś ponad rowy i pola, tam, gdzie droga znikała za groblą. Myślami był daleko stąd. Nie przy ojcu, nie przy wozie, nie przy braciach. Nie przy zwyczajnym porannym zamieszaniu. Wszystko dochodziło do niego jak przez mgłę.

W tej samej chwili mewa zanurkowała zbyt nisko i przestraszona z wrzaskiem, niemal musnęła go skrzydłem po twarzy. Poderwał głowę, wyrwany z zamyślenia. Serce uderzyło mocniej. Bracia parsknęli śmiechem. To wystarczyło.

Bez słowa obszedł ich od tyłu. Szedł miękko, ostrożnie, jak kot skradający się do ptaków. Nim którykolwiek zdążył się obejrzeć, pchnął jednego na drugiego z całej siły. Hendrik runął barkiem na Willema, a obaj wpadli prosto w mokre błoto przy studni. Rozchlapała się brunatna woda, krzyk mieszał się z przekleństwami. Pieter odskoczył w bok i stanął dalej, patrząc, jak gramolą się z ziemi.

Nie śmiał się. Patrzył chłodno, z twardą satysfakcją.

Musiałem oddać. Za wszystko.

Bracia podnieśli się czerwoni z gniewu. Hendrik pierwszy schwycił patyk i cisnął nim z całej siły. Willem zrobił to samo. Zaraz w powietrzu śmigały kolejne gałęzie, grudki ziemi i kawałki słomy. Pieter łapał część z nich zręcznie, jakby to była zabawa, część mijała go o włos.

— Łap, smrodzie!

— Łamago!

Odrzucał patyki niedbale, nawet nie patrząc, czy trafił. Gardził nimi w tej chwili bardziej niż bolało go to wszystko. Odwrócił się demonstracyjnie plecami i ruszył ku studni po cynowy kubek. Chciał napić się wody. Chciał pokazać, że nic go nie obchodzą.

Usłyszał tylko świst.

Potem nastąpiło uderzenie. Tępe, ciężkie, straszliwie nagłe.

Coś roztrzaskało mu tył głowy. Świat błysnął bielą. Nogi ugięły się pod nim jak z mokrej słomy. Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest, czy stoi, czy już leży. W uszach zadudniło. Obraz zachwiał się i popłynął.

Zdołał chwycić się krawędzi studni. Oddychał krótko, spazmatycznie. Powoli uniósł dłoń do włosów. Palce natrafiły na mokre ciepło. Cofnął rękę. Była czerwona.

Krew.

Spojrzał przed siebie półprzytomnym wzrokiem. Bracia stali kilka kroków dalej. Jeszcze przed chwilą rozjuszeni, teraz zastygli jak wbici w ziemię. Hendrik wciąż trzymał w ręku połowę cegły. Palce zaciskały się na niej tak mocno, że pobielały mu knykcie. Twarz miał bladą, oczy szeroko otwarte.

— To Hendrik! — wyrwało się Willemowi piskliwie. — To on rzucił! To on!

Głos drżał mu ze strachu. Cofnął się o krok, jakby chciał oddalić się zarówno od brata, jak i od tego, co się stało.

Hendrik milczał. Patrzył na krew spływającą po karku Pietera i nie mógł oderwać wzroku. W gniewie rzucił, nie myśląc. Teraz gniew uleciał. Został tylko lęk.

Pieter osunął się na kamień przy studni. Oparł głowę o chłodne cegły cembrowiny. Zimno przenikało skórę i przynosiło krótką ulgę palącej ranie. Strużka krwi spływała po szyi, potem po ramieniu, wsiąkając w lnianą koszulę. Każde uderzenie serca odzywało się bólem.

Zamknął oczy. Nie chciał, by widzieli łzy, które same cisnęły się pod powieki — nie tyle z bólu, ile z upokorzenia.

Niech odpocznę… tylko chwilę.

Lecz pod bólem rodziło się już coś twardszego. Ciemniejszego.

Ja im pokażę.

Muszą zostać ukarani.

Usiadł na chybotliwej ławce stojącej tuż przy ścianie domu, w miejscu, gdzie zazwyczaj przesiadywał ojciec. Nie była to prawdziwa ława, takie widział tylko raz w Amsterdamie — szerokie, równe, gładko heblowane, z oparciami, stojące przed gospodami i domami kupców. Ta była zwyczajna: deska położona na dwóch wbitych w ziemię słupkach, spróchniała od deszczu i wyślizgana od lat użytkowania. Skrzypiała przy każdym poruszeniu, lecz dawała odpoczynek zmęczonym nogom.

Dziś jednak nie miała służyć odpoczynkowi. Dziś była posterunkiem.

Pieter miał plan.

Ławka stała tuż przy drzwiach prowadzących do spiżarni, a Pieter od dłuższej chwili nie patrzył już ani na rowy, ani na podwórze, lecz tylko na to jedno miejsce. Siedział z pochyloną głową, niby senny po porannym zamieszaniu, a w środku kipiał. Rana na głowie tępo pulsowała pod zaschniętą krwią, kark miał sztywny, lecz ból tylko podsycał złość.

_Jeszcze chwila. Jeszcze trochę._

Wiedział, że Hendrik musi w końcu przejść sam. Willem był tchórzem i trzymał się teraz z dala, ale Hendrik prędzej czy później zapomni o ostrożności. Pieter czekał cierpliwie, zaciskając dłonie na krawędzi deski tak mocno, aż pobielały mu palce.

Minuty dłużyły się niemiłosiernie. Z domu dochodził stuk garnków. To Willem zapewne wygarniał resztki po śniadaniu. Hendrik zapewne niedługo przyniesie wodę — pomyślał. Oni zawsze działają razem. Gdakanie kur niosło się spod płotu, gdzieś dalej zaszczekał pies sąsiada. Nad rowem przeleciała mewa. Wszystko zwyczajne, spokojne — tylko w nim samym nie było spokoju.

I wtedy zobaczył go.

Hendrik wyszedł zza narożnika domu sam, niosąc wiadro. Szedł pewnym krokiem, nie oglądając się za siebie. Jeszcze nie wiedział.

_Teraz._

Pieter poderwał się z ławki tak gwałtownie, że deska zatrzeszczała. Dopadł brata w dwóch susach i chwycił go wpół, nim ten zdążył wydać okrzyk. Wiadro upadło z łoskotem, rozlewając wodę po ziemi. Hendrik szarpał się dziko, wymachiwał rękami, próbował kopać, drapać, gryźć. Pieter zacisnął zęby. Rana zapiekła tak mocno, że przed oczami zamigotały mu ciemne plamy.

— Puść! Puść mnie!

Nie odpowiedział. podrzucił brata wyżej pod pachę i zataczając się od wysiłku, zaniósł go ku spiżarni. Każdy krok kosztował go coraz więcej sił. Ramiona drżały, oddech rwał się w piersi, lecz wściekłość niosła go dalej.

_Do skrzyni. Do ciemności. Do pająków. Niech wie, jak to jest._

Drzwi spiżarni otworzyły się z jękiem. W środku pachniało ziemią, cebulą i wilgotnym drewnem. W kątach wisiały pajęczyny, a w cieniu stała duża skrzynia po kartoflach. Pieter cisnął Hendrika do środka. Chłopak wrzasnął i próbował wyskoczyć, lecz wieko opadło z hukiem. Pieter przytrzymał je całym ciężarem ciała, aż brat zaczął walić pięściami od środka.

— Wypuść mnie! Pieter!

Szarpnął skobel. Raz. Drugi. Metal wszedł na miejsce.

Nastała cisza przerywana tylko głuchym dudnieniem od środka.

Pieter cofnął się o krok. Patrzył na zamkniętą skrzynię, nie dowierzając, że naprawdę mu się udało. Serce waliło mu jak młot. Krew szumiała w uszach. W ustach czuł suchość.

— Masz za swoje… — wyszeptał ochryple gdy ślina wreszcie zwilżyła usta.

Jeszcze chwilę nasłuchiwał. Hendrik tłukł pięściami, potem zaczął krzyczeć, wreszcie głos przeszedł w gniewne pomruki. Nikt jednak nie nadchodził. Podwórze było puste.

Pieter zamknął drzwi spiżarni i wrócił ku ławce. Nogi miał miękkie jak po długim biegu. Usiadł ciężko, przekręcił się bokiem i oparł plecy o ścianę domu. Powietrze zdawało się lżejsze. Ból głowy nie ustąpił, ale stracił dawną ostrość. Złość, która jeszcze przed chwilą paliła go od środka, powoli rozpływała się w przyjemnym zmęczeniu.

Słońce wspinało się coraz wyżej. Ogrzewało twarz, ramiona, dłonie. Ciepło wnikało w niego powoli, kojąco, jakby samo chciało zagłuszyć wszystko, co wydarzyło się tego ranka.

Z wnętrza spiżarni dobiegało już tylko stłumione dudnienie. Coraz rzadsze. Coraz słabsze.

Pieter przymknął oczy.

Po raz pierwszy tego dnia poczuł spokój.

Głowa opadła mu na ramię. Oddech się wyrównał.

I zasnął.

Tymczasem z oddali wyłaniał się wóz, chwiejący się leniwie na wyboistej drodze. Na koźle siedział Jan van der Meer, pokrzykując ochryple na woła, który stawiał ciężkie kroki z uporem stworzenia przekonanego, że i tak dojdzie wtedy, kiedy zechce. Obok niego siedziała Trui, zgarbiona nad sakiewką. Przesuwała w palcach drobne monety, licząc raz jeszcze duity pozostałe po handlu. Niewiele zostało po zakupie nasion do domowego ogródka. Każdy grosz ważył dziś więcej niż zwykle.

Gdy tylko znaleźli się na środku podwórza, blisko studni, wół stanął sam z siebie, jakby miejsce to miał zapisane głębiej niż człowiek drogę do domu. Jan zeskoczył z wozu zwinnie, choć zmęczenie całego dnia ciążyło mu w barkach. W ręku trzymał rzemień do poganiania zwierzęcia.

Już miał rzucić krótkie polecenie żonie, gdy wzrok padł mu na ławkę przy ścianie domu.

Pieter leżał na niej bez ruchu. Głowa opadła mu na bok, włosy miał zlepione krwią. Twarz bladą jak popiół.

Jan zamarł tylko na mgnienie oka. Potem ruszył ku niemu gwałtownie.

— Wstań! Słyszysz mnie? Wstań!

Szarpnął chłopca za ramię. Pieter zakołysał się bezwładnie, lecz dopiero po chwili powieki drgnęły. Otworzył oczy powoli, jakby wydobywał się z głębokiej studni snu. Słońce uderzyło go w twarz, więc odwrócił głowę. Ujrzał nad sobą ojca — i strach natychmiast rozbudził go do reszty.

W tej samej chwili przypomniał sobie o Hendriku. O skrzyni. O zamknięciu.

_To już po mnie._

— Jezu miłosierny… Pieter! — krzyknęła Trui, zsuwając się z wozu. — Co ci się stało?

Lecz Jan nie patrzył już na ranę. Szukał wzrokiem pozostałych synów. Podwórze było puste.

— Gdzie Hendrik? Gdzie Willem? Gadaj szybko! Trui, wodę!

— Naprawdę nie wiem, ojcze…

Pieter skłamał z rozmysłem. W głowie gorączkowo szukał chwili, w której zdoła pobiec do spiżarni i wypuścić brata, zanim prawda wyjdzie na jaw.

— Mów, łobuzie! Gdzie brat?!

Jan nie czekał na odpowiedź. Gniew, strach i wyobraźnia zlały się w jedno. Rzemień świsnął w powietrzu i spadł na plecy chłopca. Potem drugi raz. I trzeci. Uderzenia lądowały bezładnie — po ramionach, po bokach, po nogach.

Pieter próbował się cofnąć, lecz twarda ręka ojca trzymała go za ramię jak żelazny hak. Nie było ucieczki.

Trui dopadła do nich z drewnianym czerpakiem, który wypadł jej z dłoni i rozlał wodę po ziemi.

— Janie, dosyć! Dosyć już! Chłopak krwawi!

Chwyciła męża za przedramię, próbując odciągnąć go od syna. Jan odepchnął ją gwałtownie barkiem, nie odrywając wzroku od Pietera.

— Nie wtrącaj się! Gdzie jest Hendrik?!

— Zabijesz go! Opamiętaj się!

Trui stanęła między nimi, rozkładając ręce, lecz Jan odepchnął ją ponownie. Cofnęła się o krok, potknęła o kamień przy studni i złapała za cembrowinę, by nie upaść. W oczach miała przerażenie większe niż gniew.

Pieter milczał.

Łzy popłynęły mu po twarzy, lecz nie z bólu. Z niesprawiedliwości. Z tego, że zawsze kończyło się tak samo. Że nikt nie pytał. Ani jedno spokojne pytanie. Zawsze winny był on.

Nie krzyczał. Zacisnął zęby tak mocno, aż przygryzł wargę. Cienka strużka krwi spłynęła mu po brodzie.

Rzemień znów uniósł się w górę.

A wtedy ze spiżarni dobiegło głuche walenie w drewno i stłumiony wrzask.

Jan jeszcze tego nie usłyszał. Oślepiony gniewem tłukł syna dalej, jakby każdy raz miał wydrzeć z niego prawdę. Oddech rwał mu się ciężko, twarz poczerwieniała, włosy przykleiły się do skroni od potu. Nie widział nic poza chłopcem przed sobą.

Trui usłyszała pierwsza.

Głowa drgnęła jej nagle, jak u zwierzęcia chwytającego dźwięk z daleka. Spojrzała ku domowi, ku drzwiom spiżarni, skąd dochodziło rozpaczliwe kołatanie i zduszony krzyk Hendrika. Przez chwilę stała nieruchomo, nie wierząc własnym uszom.

Miała na sobie grubą spódnicę z ciemnej wełny, przyprószoną kurzem z drogi, lniany fartuch związany ciasno w talii i brązowy kaftan napięty na ramionach od pośpiechu. Chusta, zawiązana rano starannie pod brodą, zsunęła się teraz na kark. Kilka pasm jasnych, posiwiałych już włosów przykleiło się do spoconego czoła. Dłonie, spracowane i popękane od zimna, uniosła nagle do ust, jakby chciała zatamować krzyk albo słowa, których kobiecie wypowiadać nie przystało.

W tym samym momencie kątem oka dostrzegła Willema. Chłopak biegł od drugiego końca pola, gdzie jeszcze przed chwilą rył patykiem kanał dla kałuży. Pędził teraz wystraszony, potykając się o grudki ziemi, z szeroko otwartymi oczami.

Naraz pojęła wszystko.

— Przestań!

Krzyk wyrwał się z niej z siłą, o jaką sama by siebie nie podejrzewała. Rozdarł podwórze ostrzej niż świst rzemienia. Jan zastygł w pół ruchu i spojrzał na nią z wściekłym zdumieniem.

Pierś Trui unosiła się gwałtownie. Oddychała szybko, niemal chrapliwie. Nogi zaczęły się pod nią uginać.

— Są obaj… są… — wyjąkała, osuwając się niemal do przysiadu.

Wskazała drżącą ręką na dom.

— Zobacz w spiżarni! Zobacz, idioto!

To ostatnie słowo spadło ciężko jak kamień. Nigdy jeszcze nie mówiła do męża w ten sposób.

Jan pobladł. Rzemień opadł mu z dłoni w błoto. Przez chwilę stał nieruchomo, jakby nie rozumiał znaczenia usłyszanych słów. Potem odwrócił się ku drzwiom spiżarni.

Pieter poczuł, że uchwyt ojcowskiej dłoni zelżał. Wyrwał ramię i cofnął się chwiejnie. Plecy paliły go ogniem, głowa dudniła, nogi miał miękkie jak trzcina na wietrze. Nie spojrzał na nikogo. Pobiegł ku szopie.

Tam, w półmroku szopy pachnącej sianem, ususzonym torfem i starym drewnem, leżał pies. Stary, o zmierzwionej sierści, miejscami wyleniały. Nigdy nie miał ochoty bawić się z chłopcami. Jedynie bardziej ożywiał się na widok Jana.

Podniósł łeb, merdnął ogonem i ciężko podpełznął ku chłopcu. Pieter padł obok niego na kolana, objął go za szyję i wtulił twarz w ciepłą sierść.

— Za co… dlaczego… — szeptał urywanym głosem. — To ja mam rozciętą głowę… To ja…

Pies tylko westchnął cicho i polizał go po zakrwawionej dłoni.

— Widzisz, taki nasz los. Nikt nas nie chce… — wyszeptał Pieter, patrząc mu w zamglone oczy.

Potem zagrzebał się głęboko w siano i zasnął. Suche źdźbła pachniały kurzem, latem zeszłego roku i spokojem, którego od dawna nie zaznał. Nad nim trzeszczały belki szopy, gdzieś w kącie popiskiwała mysz, a wiatr przeciskał się przez szpary między deskami. Tu nikt go nie wołał, nie szarpał, nie szydził. Tu był sam i wolny, choćby tylko na kilka godzin.

Gdy się ocknął, noc leżała już nad obejściem. Ciemność była miękka, przesycona wilgocią i ciszą. Pieter przez chwilę nasłuchiwał. Z domu nie dochodził żaden głos, tylko czasem skrzypnięcie drewna i głuchy pomruk bydła w oborze. Wtedy plan, który nosił w sobie od dawna jak rozżarzone węgielki, rozpalił się na dobre.

_Gdy zasną wszyscy, zakradnę się do domu._

Tak też uczynił. Zsunął się z siana, bose stopy wcisnął w chłodną ziemię i ostrożnie zostawił chodaki oraz wełniane skarpety przy wejściu do szopy. Drewno stuknęłoby o próg i zdradziło go od razu. Szedł więc boso, powoli, lekko, jak duch.

Każdy krok znał na pamięć. Minął beczkę pod ścianą, kamień przy studni, próg, który zawsze skrzypiał po lewej stronie. W izbie czuć było wygasłym dymem, kapustą i ludzkim snem. Ojciec chrapał ciężko za zasłoną. Pieter zacisnął zęby i wstrzymał oddech.

_Muszę znaleźć mój gruby kubrak… jeszcze kawałek chleba… i ruszam przed świtem._

Kubrak wisiał tam, gdzie zawsze, przy drzwiach. Twardy od deszczu i starego potu, lecz ciepły. Z półki zabrał napoczęty bochenek chleba i mały nóż z kościaną rękojeścią. Potem wymknął się z domu tak cicho, jak wszedł.

Wrócił do szopy po chodaki. Wziął je pod pachę i przeszedł przez podwórze.

_Za wcześnie na drogę. Poczekam jeszcze trochę — do świtu._

Wrócił w to samo miejsce. Nie mógł już zasnąć. Czekał, aż się rozwidni.

_Już czas._

Z butami pod pachą przebiegł podwórko, nisko schylony, jakby uciekał z niewoli, i dopiero za płotem wsunął je na nogi. Drewno objęło stopy znajomym chłodem. Nad wschodem niebo zaczynało blednąć.

Ruszył.

Wiosna jeszcze nieśmiała. Ziemia dopiero budziła się po zimie i pachniała mokrą gliną, trawą oraz wodą stojącą w rowach. Nad polami wisiała mgła tak niska, że zdawało się, iż można ją rozgarniać rękami. Grobla, którą szedł, ciągnęła się wąskim pasem między kanałami. Po obu stronach stała czarna woda, nieruchoma jak lustro, tylko czasem zmarszczona kręgiem po rybie albo trzepotem skrzydeł dzikiej kaczki.

Z daleka majaczyły wiatraki. Ich ramiona obracały się leniwie, jakby nie śpieszyły się nigdzie, choć cały świat gnał naprzód. Przy jednym z nich stał młynarz w ciemnej kapocie i patrzył ku drodze, więc Pieter zszedł niżej, między wierzby, i przeczekał, aż człowiek zniknie.

Słońce wyszło zza chmur bladym krążkiem. Rozświetliło dachy wsi, które mijał z daleka: niskie ceglane domy z ciemnymi dachówkami, stodoły kryte strzechą, płoty splecione z wiklinowych gałęzi. Z kominów podnosił się dym. Psy ujadały, gdy przechodził, lecz nie zbliżał się do zagród. Bał się pytań bardziej niż głodu.

W południe usiadł na kamieniu przy małym mostku. Most był drewniany, wilgotny, wyślizgany od kół wozów i setek stóp. Zjadł skórkę chleba, popił wodą z rowu, która smakowała ziemią i trzciną, po czym ruszył dalej.

Im bliżej miasta, tym droga stawała się żywsza. Mijały go wozy wyładowane beczkami z serem, workami zboża i starannie porąbanym drewnem. Chłopi prowadzili krowy na targ, kobiety niosły kosze jaj. Wszyscy spieszyli się ku temu samemu: znaleźć nocleg, odpocząć i przed świtem zająć dobre miejsce na targu.

Dwóch starszych chłopców rzuciło ku niemu kilka kpiących słów. Pieter nie podniósł nawet głowy. Szedł dalej, bo podobne słowa znał od dawna.

Po południu zobaczył więcej łodzi niż ptaków. Kanały rozszerzały się, a przy brzegach cumowały barki z żaglami zwiniętymi jak skrzydła śpiących ptaków. Pachniało smołą, mokrym drewnem i rybą. Nad wodą krążyły mewy, wrzeszcząc tak donośnie, jakby kłóciły się o całe niebo.

Droga prowadziła teraz między coraz gęstszą zabudową. Domy stały bliżej siebie, wyższe, z wąskimi frontami zwróconymi ku wodzie. Na podwórzach suszyły się sieci, a ludzie mówili głośniej i szybciej. Nadchodził wieczór.

Rozejrzał się wokół i jak mysz czmychnął pod żagle leżące na łodzi.

_Tu odpocznę._

Nim nastał ranek, mgła wdzierająca się w każdą szczelinę łodzi sprowadziła jeszcze większy chłód. Wpełzała pod żagle, osiadała na deskach, wciskała się pod kubrak i kąsała ciało wilgotnym zimnem. Dobrze, że Pieter właśnie się obudził — jeszcze chwila snu, a skostniałby do reszty.

Ręce miał zesztywniałe, nogi zdrętwiałe, a ząb nie trafiał na ząb.

— Pieter Meer… uspokój się… — wyszeptał do siebie, szczękając zębami.

Przez moment siedział skulony, obejmując kolana, jakby samym uściskiem mógł zatrzymać ciepło. Potem ostrożnie uchylił skraj żagla i spojrzał za burtę.

Wokół była tylko ciemność rozmyta mlekiem mgły. Woda i powietrze zlewały się w jedno. Ledwie można było odróżnić pomost od kanału.

_Jest ciemno… ale skoro mgła taka gęsta, ranek musi być blisko._

Musiał coś zrobić. Bez ruchu zamarznie.

Zaczął więc ćwiczyć w ciasnej kryjówce, jak potrafił. Zginał ręce, rozcierał dłonie, prostował nogi. Potem podciągał kolana do piersi, dotykał łokciem raz jednego, raz drugiego. Deski pod nim cicho skrzypiały. Oddech przyspieszył, serce ruszyło żywiej, a po chwili w piersi pojawiło się upragnione ciepło.

— Dobrze… już lepiej… — mruknął.

Nasłuchiwał. To był czas, by pomyśleć o dalszej drodze. Był głodny i spragniony. Ostatni kęs chleba zjadł, nim zasnął. W ustach czuł suchość, a brzuch ściskał się boleśnie.

Wtedy usłyszał coś nowego.

Nie był to plusk wody bijącej o burtę. Nie był to też jęk drewna. Coś lekkiego, urywanego — jak ostrożne kroki na mokrych deskach pomostu.

Skulił się natychmiast i zamarł.

_Co to może być?_

Serce zaczęło mu walić mocniej niż przed chwilą podczas ćwiczeń. Wstrzymał oddech. Ostrożnie, ledwie na szerokość palca, odchylił żagiel.

Z mgły wyłaniała się postać.

Najpierw cień, potem zarys spódnicy poruszanej wilgotnym wiatrem, potem twarz młodej dziewczyny. Mogła być niewiele starsza od niego — a właściwie nie, raczej młodsza. Szła pewnie po pomoście, jak ktoś przywykły do wody i łodzi. Na głowie miała ciemną chustkę, spod której wymykały się jasne pasma włosów. Policzki zaróżowione od zimna, dłonie czerwone i spracowane.

W rękach niosła dwa kosze pełne sucharów. Twardych, jasnych, pachnących mąką i piecem. Zapach uderzył Pietera tak mocno, że aż zakręciło mu się w głowie. Ślina napłynęła mu do ust.

Jeszcze chwila, a mogłaby przejść obok.

Lecz nos, zdradziecki bardziej niż strach, zareagował na pył z sucharów.

Pieter zacisnął twarz, walczył ze sobą rozpaczliwie — lecz nie zdołał.

Kichnął.

Krótko, głośno, nieszczęśliwie.

Dziewczyna stanęła jak wryta, jakby zderzyła się z niewidzialną ścianą. Kosze zakołysały się w jej dłoniach. Oczy rozszerzyły się ze zdumienia.

Przez ułamek chwili patrzyła prosto na fałdę żagla.

Potem cofnęła się o krok i krzyknęła tak przenikliwie, że mewy zerwały się z pali nad wodą.

— Tato! Tato! Ktoś tu jest!

Z pobliskiego domu wybiegł rosły mężczyzna z drewnianą łopatą do wyjmowania chleba z pieca. Trzymał ją oburącz niby broń, choć bardziej z odruchu niż z gniewu. Miał szerokie barki, ramiona osypane mąką i twarz zaczerwienioną od gorąca pieca.

— Maartje! Co się dzieje, na litość boską? Co znowu?

Mgła unosiła się znad kanału powoli, jakby z niechęcią oddawała ziemię porankowi. Leżała jeszcze nisko nad wodą i łąkami, lecz od wschodu zaczynała się rwać na długie, poszarpane smugi. Horyzont płonął czerwienią tak świeżą, jakby ktoś rozlał żar po krawędzi świata. Słońca jeszcze nie było widać, tylko jego zapowiedź. Wilgotne powietrze szczypało w twarz, a wszystko wokół lśniło rosą: deski pomostu, trzciny przy brzegu, czarne burty łodzi i dachówki na domach.

Spod osłony żagla wygramolił się zziębnięty chłopiec. Drżały mu ręce, włosy miał wilgotne od mgły, a kubrak nasiąknięty nocnym chłodem. Przez chwilę stał bez ruchu, jak zwierzę wypłoszone z kryjówki.

Za plecami piekarza, w otwartych drzwiach domu, skryła się dziewczyna. Miała na sobie lniany fartuch lekko przybrudzony mąką i sadzą. Jasne włosy chowała pod białym czepkiem, spod którego wymykały się niesforne kosmyki. Patrzyła uważnie, bez lęku, raczej z ciekawością niż z obawą.

Pieter ruszył niepewnie ku nim.

Dopiero teraz mógł dobrze przyjrzeć się miejscu. Dom piekarza stał tuż przy kanale, z czerwonej cegły, osmolony wokół kominów. Dach opadał nisko, ciężki od dachówek ciemnych po nocnej wilgoci. Z boku przylegała piekarnia — dłuższa, niższa przybudówka z szerokimi drzwiami stojącymi otworem. Ze środka buchało ciepło i zapach świeżego chleba, kwaśnego ciasta oraz palonego drewna. Przy ścianie leżały ułożone stosy opału, beczki z wodą i worki mąki nakryte płótnem. Nad wszystkim wznosił się gruby komin, z którego sączył się dym prosty i siny w nieruchomym poranku.

Obok domu cumowała łódź żaglowa — niewielka, lecz zadbana, o świeżo smołowanych burtach. Widać było, że służyła nie dla zabawy, lecz do pracy: przewożenia worków, chleba, drewna albo towarów na pobliskie targi. Tego dnia miała posłużyć do przewozu suchego chleba dla marynarzy.

Piekarz opuścił łopatę i machnął ręką, jakby chciał zarazem przywołać i uspokoić.

— Chodź, chłopcze — rzekł już łagodniej. — Pewnie miałeś chłodną noc.

Pieter podszedł jeszcze kilka kroków. Czuł, jak zapach pieca ciągnie go mocniej niż słowa.

— W naszym domu jest zawsze ciepło. Czasami za ciepło. Piece grzeją — dodał mężczyzna, krzywiąc się w czymś na kształt uśmiechu.

Chłopiec przełknął ślinę. Gardło miał suche od zimna i strachu.

— Jestem Pieter Meer — powiedział w końcu cicho.

Piekarz skinął głową.

— A ja piekarz. Po prostu piekarz.

Taka odpowiedź musiała wystarczyć.

Maartje za plecami ojca uśmiechnęła się ledwie dostrzegalnie. Tymczasem nad kanałem mgła podnosiła się coraz wyżej, odsłaniając dzień, który dla Pietera mógł okazać się pierwszym dniem nowego życia.

— Maartje, nośże wreszcie te suchary i syp do beczek! A ty, chłopcze, chodź do domu. Ogrzej się. Pewnieś głodny. Siadaj.

Pieter ruszył za gospodarzem jak cień, cicho i niepewnie, rozglądając się na wszystkie strony. Każdy krok stawiał ostrożnie, jakby lękał się, że ktoś nagle cofnie zaproszenie i wyrzuci go z powrotem na chłodny poranek.

Wszystko tu było inne niż… urwał myśl, nim zdążyła przybrać kształt. Inne niż dom, z którego uciekł. Inne niż krzyk, ciężkie kroki i wieczny strach.

Wnętrze izby uderzyło go najpierw ciepłem. Było ono gęste, niemal namacalne, płynęło z pieca stojącego przy ścianie i z drugiego paleniska połączonego z piekarnią. Pachniało świeżym chlebem, mlekiem, dymem i kwaśnym zaczynem. Belki pod stropem były ciemne od lat sadzy, lecz wyszorowane. Podłoga z cegieł nosiła ślady wielu kroków i rozsypanej mąki. Przy ścianach stały ciężkie ławy, stół poorany nożami i pracą, skrzynia okutą żelazem oraz półki zastawione glinianymi miskami, cynowymi kubkami i bochenkami przykrytymi płótnem.

W małym oknie drżało blade światło świtu, lecz w izbie panował blask ognia. Na hakach suszyły się pęta cebuli i zioła. W kącie stała kołyska z drewna, poruszana czasem stopą kobiety.

— Siadaj.

Piekarz postawił przed nim gliniany kubek ciepłego, gotowanego mleka i podał odłamany kawałek chleba, jeszcze miękki w środku.

Pieter spojrzał na gospodarza tylko przelotnie. Nie podziękował. Głód był szybszy od dobrych obyczajów. Wepchnął pierwszy kęs do ust tak łapczywie, jakby bał się, że ktoś zaraz mu go odbierze. Żuł prędko, niemal dławiąc się, i popijał mlekiem, parząc sobie wargi.

To nic, pomyślał. Ważne, że brzuch będzie pełny.

Z kąta izby spoglądała na niego kobieta przewijająca niemowlę. Była to żona piekarza, ANNETJE. Twarz miała spokojną, nieco zmęczoną, o jasnej cerze zaróżowionej od ciepła pieca. Włosy starannie ukrywała pod lnianym czepkiem. Ręce miała drobniejsze niż mąż, lecz silne i sprawne, przywykłe do pracy tak samo jak jego. Poruszała się bez pośpiechu, z cichą wprawą kobiety, która każdego dnia musi zdążyć ze wszystkim.

Nie patrzyła na Pietera z nieufnością, raczej z tym rodzajem ostrożnej litości, który rodzi się u matek.

Piekarz skinął głową ku dziecku.

— Widzisz? I to dziewczynka. Taki los. A dziedzica brak.

Powiedział to tonem człowieka, który żartuje z własnego zmartwienia, bo inaczej musiałby je poczuć naprawdę.

Annetje uniosła na niego wzrok.

— Lepiej dziękuj za zdrowe dzieci niż szemraj o syna — odrzekła spokojnie.

Dirk mruknął coś pod nosem i wzruszył barkami.

Pieter jadł dalej w milczeniu, lecz pierwszy raz od dawna słyszał sprzeczkę, w której nie było gniewu. Tylko życie.

Dopiero teraz piekarz spojrzał uważniej na chłopca. Wcześniej widział w nim tylko zbiedzonego włóczęgę, głodne dziecko wyciągnięte spod żagla, parę rąk do pracy. Teraz dostrzegł zaschniętą krew we włosach, ciemny strup ciągnący się ku skroni i opuchliznę ukrytą pod zmierzwioną czupryną.

Zmarszczył brwi.

Podszedł do żony, pochylił się ku niej tak blisko, że ich czoła niemal się zetknęły, i wyszeptał:

— On jest ranny. Opatrz go… i niech się umyje.

Annetje skinęła głową, jakby od dawna już to wiedziała.

Tymczasem Pieter, jakby niczego nie słyszał, pochwycił następny kosz z sucharami. Niósł go do beczek stojących w łodzi, podawał Maartje, a ona zręcznie wsypywała twarde pieczywo i rozdzielała po równo do każdej beczki. Potem przykładała wieko, poprawiała obręcz i uderzała drewnianym młotkiem, aż wszystko siadało ciasno i pewnie. Pracowali bez słów, w rytmie prostym i zgodnym, jakby robili to razem od lat.

Po chwili niemowlę w kołysce ucichło i zapadło w sen. Wtedy Annetje otarła ręce o fartuch i podeszła do chłopca.

— Chodź. Umyjesz się — rzekła. — Zapracowałeś na opiekę.

W izbie, niemal pośrodku, stała już gliniana misa z ciepłą wodą, postawiona na niskim, trójnożnym stołku. Obok na ławie leżało lniane płótno, stał mały garneczek z gęsim tłuszczem, garść suszonych ziół i czysta opaska skręcona z paska bielonego lnu.

Pieter podszedł niepewnie. Sięgnął do koszuli, chcąc ją zdjąć, lecz zawahał się i zamarł.

— No dalej. Nie wstydź się — powiedziała spokojnie Annetje. — Widziałam już chłopa nagiego i mam córkę w twoim wieku.

Spuścił wzrok.

— Ale…

— Żadne ale. Szybko, bo czasu mało. Popłyniesz z mężem z sucharami dla marynarzy. Ktoś musi pilnować łodzi i towaru. Córki nie puszczę do tej hałastry.

W jej głosie było tyle pewności, jakby decyzja zapadła już dawno i bez jego udziału.

Pieter zdjął kubrak, potem koszulę. Na ramionach i plecach nosił ślady dawnych razów: sine pręgi, żółknące sińce, zadrapania. Annetje nic nie powiedziała. Tylko westchnęła przez nos, cicho, tak by nie usłyszał.

Zmoczyła płótno w ciepłej wodzie i zaczęła obmywać mu twarz, szyję i ręce. Brud schodził smugami. Potem rozchyliła włosy przy skroni. Rana nie była głęboka, lecz rozcięcie szerokie. Krew zaschła twardą skorupą.

— Siedź spokojnie.

Namoczyła strup wodą, aż zmiękł, po czym delikatnie oczyściła miejsce. Pieter syknął z bólu i odruchowo cofnął głowę.

— Nie wierć się. Głowa krwawiła mocno, lecz od takiego razu jeszcze się nie umiera.

Wzięła kilka listków babki lancetowatej i krwawnika, utłukła je w moździerzu, po czym zmieszała z odrobiną gęsiego tłuszczu. Przyłożyła do rozcięcia chłodną, zielonkawą maść. Na koniec owinęła mu głowę czystym płótnem i zawiązała pewnie nad uchem.

Spojrzała na niego uważnie.

— Kto ci to zrobił?

Pieter nagle odwrócił twarz. W oczach stanęły mu łzy. Zamrugał szybko, jakby chciał je przepędzić, zanim ktokolwiek zobaczy.

Spokojnie… spokojnie, pomyślał. To tylko obcy ludzie.

Stanął bokiem, wpatrzony w cegły podłogi.

— Ojciec. To ojciec.

Zamilkł, po czym od razu poprawił się cicho:

— Ale nie wszystko. Rana na głowie… to brat.

Annetje nie zapytała o nic więcej. Położyła mu tylko dłoń na ramieniu — lekko, na chwilę. Tak lekko, że niemal bardziej zabolało niż opatrunek.

Pieter wyszedł z domu na drogę i przystanął. Nie podziękował za jedzenie i opatrunek. Nie potrafił — nikt go tego nie nauczył.

Poranek rozjaśnił się już na dobre. Mgła ustąpiła nad kanałami, pozostawiając po sobie wilgoć na deskach pomostów, dachówkach i trawie. Spojrzał na ścieżkę bardziej wydeptaną od innych, szerzej ubijaną przez koła wozów i setki stóp.

To na pewno droga do Amsterdamu, pomyślał.

Już miał ruszyć, gdy usłyszał za sobą głos niecierpliwy, szorstki, a przecież nie zły.

— Chodź tu, Pieter! Wskakuj na łódź. Wiem, że wędrujesz do miasta.

Odwrócił się. Dirk van Rijn stał przy burcie i poprawiał linę przy palu cumowniczym.

— Zrobimy interes — ciągnął. — Ty popilnujesz łodzi i towaru na niej, a ja podwiozę cię do Amsterdamu. Właśnie tam płynę. No, wskakuj.

Pieter nie potrzebował namysłu.

— Dobrze. Zgoda, proszę pana.

Gdy Dirk wciągał trap na pokład, chłopak już trzymał wiosło w dłoniach, gotów odepchnąć łódź od nabrzeża. Było mu jakoś inaczej niż dotąd. Lżej. Czuł, że nie jest zawadą ani ciężarem. Czuł się potrzebny.

Łódź była typowa dla tych stron — niewielka, szeroka w brzuchu, z płaskim dnem, aby mogła ślizgać się po płytkich wodach kanałów i przybrzeżnych zatok. Burty miała ciemne od smoły, pokład prosty, z desek wybłyszczonych tysiącem kroków oraz przesuwanych skrzyń i beczek. Pośrodku wznosił się jeden maszt, niezbyt wysoki, lecz mocny, z pojedynczym czworokątnym żaglem z grubego płótna. Na rufie sterczało szerokie wiosło sterowe, a pod ławkami leżały liny, bosaki i zapasowe drągi do odpychania się od brzegu. Był tam też kamienny kotwicznik i sieci do połowu ryb.

Na dziobie stały beczki nabite sucharami, związane sznurem tak, by nie przesunęły się przy przechyle.

— Pchaj! — rzucił Dirk.

Pieter wsparł się wiosłem o pal i popchnął z całej siły. Burta otarła się głucho o drewno nabrzeża, łódź odsunęła się leniwie, zaskrzypiała, po czym weszła na wodę swobodniej. Dirk pociągnął za fał, linę podnoszącą żagiel. Płótno poszło w górę, zatrzepotało gwałtownie jak schwytany ptak, po czym napełniło się wiatrem. Linę zarzucił na knagę, drewniany kołek przy maszcie, i obłożył ją sprytnymi ósemkami. Pieter patrzył, jak lina sama niemal układa się pod palcami piekarza.

Łódź ruszyła.

Najpierw powoli, niemal niechętnie, potem coraz pewniej sunęła kanałem. Woda rozstępowała się przy dziobie w dwa ciemne pasma. Mijali groble, pastwiska z krowami, wierzby pochylone nad rowami i niskie domy z czerwonej cegły. Z kominów unosił się dym śniadań, a nad trzcinami krzyczały ptaki wodne.

Pieter siedział przy beczkach i chłonął wszystko oczami. Po chwili nie wytrzymał.

— Po co tyle tego… tak dużo wieziemy?

Dirk spojrzał na niego spod zmrużonych powiek.

— Tego? — stuknął pięścią w jedną z beczek. — Tego, chłopcze, potrzeba więcej niż piwa i modlitwy. To chleb suchy. Marynarski.

Usiadł szerzej przy sterze i splunął za burtę.

— Zwykły bochen po trzech dniach na morzu łapie pleśń. Po tygodniu cuchnie. A na statku nieraz płynie się tygodnie, miesiące. Wilgoć wszędzie. Sól w powietrzu. Szczury w ładowni. Jeśli chleb miękki, to po nim.

Uniósł palec.

— Suchar musi być twardy jak deska. Wtedy przetrwa.

Pieter dotknął beczki, jakby nagle nabrała większej wartości.

— Jak się go robi?

Dirk parsknął cicho.

— Ciężko i długo. Najpierw mąka żytnia albo pszenna, jak kto bogatszy. Do tego woda, trochę soli. Mało zaczynu albo wcale, żeby nie wyrósł za miękki. Zagniatasz ciasto twarde, takie, co ręce bolą od wyrabiania.

Pokazał dłońmi ruch ugniatania.

— Potem pieczesz raz. Kroisz na kawały albo formujesz od razu małe placki. W nich robisz dziury patykiem, by szybciej schły. I pieczesz drugi raz. Długo. Nie po to, by przyrumienić, lecz by wypędzić z niego całą wilgoć.

— Drugi raz? — zdziwił się Pieter.

— A czasem i trzeci, jeśli pogoda mokra — odparł Dirk. — Im suchszy, tym lepszy. Twardy tak, że zęby można stracić. Marynarze moczą go w piwie, w zupie, w wodzie, by dało się gryźć.

Chłopak spojrzał na swoje dłonie.

— I to wystarcza?

— Wystarcza, by nie zdechnąć z głodu — mruknął piekarz. — A na morzu nieraz to już wiele.

Wiatr przybrał. Żagiel napiął się mocniej, łódź przechyliła lekko i przyspieszyła. Przed nimi kanał rozszerzał się ku większej wodzie, a gdzieś dalej, poza linią grobli i wiatraków, czekał Amsterdam.

Pieter poprawił kubrak, sprawdził węzeł liny i uśmiechnął się do siebie tak, by nikt nie widział. Pierwszy raz płynął nie uciekając przed kimś, lecz dążąc ku czemuś.

Pieter wszystkiego był ciekaw. Rozglądał się bez ustanku, chłonąc każdy szczegół. Przymrużył oczy i w oddali ujrzał las masztów. Sterczały nad dachami niczym nagi zagajnik — gęste, nieruchome, czarne na tle jasnego nieba. Za nimi unosił się dym miasta i blask wielu szyb odbijających światło południowego dnia.

— Amsterdam! Amsterdam, mistrzu! — wyrwało mu się z zachwytem.

Dirk van Rijn parsknął pod nosem.

— Tak, Pieterze. Amsterdam. A teraz uważaj i zapamiętaj. Podpłyniemy nie do nabrzeża, lecz z boku, od strony zatoki. Tam już będzie wiele łodzi takich jak nasza — będą czekać.

Chłopiec spojrzał na niego zdziwiony.

— Nie patrz tak. To rzecz zwyczajna. Dobre miejsce przy nabrzeżu kosztuje drogo. Dlatego statek trzeba ładować szybko, z obu burt naraz. Od strony morza mamy lepiej — mniej dźwigania.

Wskazał ręką przed siebie.

— Każda łódź podpływa, daje towar do siatki uwiązanej na linie. Czasem jest jeden dźwig, czasem dwa, gdy się spieszą. Z pierwszymi beczkami z sucharami wskakuję i ja do siatki.

Uśmiechnął się krzywo.

— Trzeba przecież odebrać zapłatę, no nie?

Klepnął chłopca w ramię, lecz zaraz pożałował, bo Pieter syknął z bólu.

— A ty zostajesz w łodzi i podajesz resztę towaru.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij