Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Emily ze Srebrnego Nowiu - ebook

Wydawnictwo:
Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
4 marca 2026
51,90
5190 pkt
punktów Virtualo

Emily ze Srebrnego Nowiu - ebook

Klasyka literatury dziecięcej i młodzieżowej w przekładzie Anny Bańkowskiej – której nowe tłumaczenie cyklu o Anne Shirley zachwyciło czytelników.

Po śmierci ojca dziesięcioletnia Emily trafia do Srebrnego Nowiu, domu rodziny zmarłej matki. Surowa ciotka Elizabeth, serdeczna Laura i wujek Jimmy, poeta o wielkim sercu, tworzą świat pełen sprzecznych reguł, do których wrażliwa i obdarzona bujną wyobraźnią dziewczynka musi się przystosować. Aby złagodzić samotność, niezrozumienie i szkolne rozczarowania, Emily pisze – listy, wiersze i pierwsze opowiadania – oraz zawiera przyjaźnie, które uczą ją zaufania i odwagi.

A także stara się rozwikłać tajemnicę zniknięcia matki swojej koleżanki, Ilse, jest to bowiem historia, o której dorośli nie chcą rozmawiać. Emily, niegodząca się na łatwe odpowiedzi, próbuje odkryć prawdę, ucząc się przy tym empatii i samodzielnego myślenia.

To właśnie w cyklu o Emily L.M. Montgomery zawarła najwięcej wątków autobiograficznych, tworząc poruszającą opowieść o artystycznym dojrzewaniu i odnajdywaniu siebie.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Klasyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68549-84-3
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

DOM W KOTLINCE

DOM BYŁ ODDALONY o milę od wszystkiego, tak przynajmniej mówili mieszkańcy Maywood. Stał w porośniętej trawą kotlince i wyglądał tak, jakby nie został zbudowany, tylko wyrósł tam niczym wielki brunatny grzyb. Dochodziło się do niego długą zieloną dróżką, a gąszcz młodych brzózek otaczał go tak szczelnie, że zasłaniał widok na inne zabudowania, chociaż wioska znajdowała się tuż za zboczem. Ellen Greene zaklinała się, że to najbardziej odludne miejsce na świecie i nie zostałaby w nim ani przez jeden dzień, gdyby nie było jej żal „tego dziecka”.

Emily nie wiedziała, że budzi w kimś litość, nie rozumiała też, co znaczy słowo „odludny”. Miała przecież liczne towarzystwo – ojca, Mikiego i Psotkę, w pobliżu zawsze kręciła się Wietrznica i rosły drzewa: Adam i Ewa, Kogucia Sosna i całe mnóstwo przyjaznych brzóz.

No i jeszcze był Błysk. Emily nigdy nie wiedziała, kiedy się pojawi, więc samo oczekiwanie przejmowało ją przyjemnym dreszczem.

Jakiś czas temu w pewien zimny wieczór wymknęła się z domu na przechadzkę, którą miała pamiętać do końca życia – może ze względu na nieziemskie piękno otoczenia, może dlatego, że po raz pierwszy od wielu tygodni zobaczyła Błysk, ale najpewniej z powodu tego, co wydarzyło się po powrocie.

Był ponury, chłodny początek maja, ale chociaż zanosiło się na deszcz, nie spadła ani jedna kropla. Ojciec cały dzień spędził na szezlongu w bawialni. Mocno kaszlał i niewiele rozmawiał z Emily, co wydawało się dość niezwykłe. Większość czasu przeleżał z rękami pod głową, zapatrzony rozmarzonym, nieobecnym spojrzeniem ciemnoniebieskich oczu w pochmurne niebo przebłyskujące między gałęziami dwóch wielkich świerków na frontowym podwórzu. Nazwali je Adamem i Ewą, ponieważ ich dziwaczne usytuowanie w stosunku do małej jabłonki skojarzyło się Emily z rajskim ogrodem na starej rycinie w jednej z książek Ellen. Adam i Ewa stali tam sztywno wyprostowani po obu stronach niskiego Drzewa Wiadomości Złego i Dobrego, niczym owe dwa świerki trzymające straż przy jabłonce.

Emily zastanawiała się, nad czym jej ojciec tak rozmyśla, ale nie chciała mu zadawać pytań, bo bardzo kaszlał. Pragnęła jednak koniecznie z kimś pogadać. Ellen Greene także nie miała nastroju do rozmowy i odpowiadała jej tylko pochrząkiwaniem, co oznaczało, że czymś się gryzie. Chrząkała tak poprzedniego wieczoru, kiedy doktor coś do niej szeptał w kuchni, a także później, kiedy przyniosła Emily na dobranoc kromkę chleba z melasą. Dziewczynka nie lubiła ani chleba, ani melasy, ale zjadła, aby nie zranić uczuć Ellen. Gospodyni rzadko dawała jej przed snem coś do jedzenia – zdarzało się to tylko wówczas, kiedy z jakiegoś powodu chciała jej okazać szczególne względy.

Emily przypuszczała, że atak pochrząkiwania minie Ellen do rana, jak zwykle, ale tak się nie stało, więc nie miała co liczyć na jej towarzystwo, zresztą gospodyni i tak nie należała do gadatliwych. Douglas Starr w przypływie rozpaczy nazwał ją kiedyś „tłustym, leniwym babskiem, na które nie trzeba zważać” i Emily uznała, że to określenie pasuje do Ellen jak ulał. W tej sytuacji nie pozostało jej nic innego, jak tylko zwinąć się w spłowiałym, wygodnym fotelu i zatopić na całe popołudnie w lekturze _Wędrówki pielgrzyma_¹. Uwielbiała tę książkę. Wiele razy przemierzała prostą i wąską ścieżkę z Chrześcijaninem i Chrześcijanką, chociaż zdecydowanie wolała przygody pierwszego. Chrześcijankę zawsze otaczał tłum, natomiast dziewczynkę fascynował głównie samotny, nieustraszony Chrześcijanin, który w pojedynkę musiał stawić czoło cieniom Mrocznej Doliny i Apollinowi. Ciemność i zjawy to nic strasznego, pod warunkiem że ma się przy sobie towarzyszy, ale znaleźć się z nimi sam na sam? Brr. Emily zadygotała, zdjęta rozkosznym dreszczykiem grozy.

Kiedy Ellen ogłosiła, że kolacja gotowa, Douglas Starr wymówił się od jedzenia.

– Ja na nic dziś nie mam ochoty – wyjaśnił córeczce. – Poleżę sobie i odpocznę, a jak tu wrócisz, mój Elfiku, to sobie poważnie porozmawiamy.

Twarz mu rozbłysła pięknym, pełnym czułości uśmiechem, który Emily zawsze uważała za urzekający. Kolację zjadła chętnie, chociaż wcale jej nie smakowała. Chleb był rozmiękły, jajko niedogotowane, ale za to oba koty siedziały przy niej, po bokach, na co Ellen jakimś cudem wyraziła zgodę i tylko chrząkała znacząco, gdy Emily karmiła je kawałkami chleba z masłem.

Miki uroczo chwytał łapkami każdy podany kąsek, natomiast Psotka stosowała własną sztuczkę: jeśli uznała, że zbyt długo czeka na swoją kolej, trącała swoją panienkę w nogę, jakby całkiem po ludzku chciała się jej przypomnieć. Emily kochała oba swoje zwierzaki, ale jej ulubieńcem był Miki – piękny, ciemnoszary kocur o dużych, okrągłych jak u sowy ślepiach i miękkim, puszystym futerku. Natomiast Psotka – istne chucherko – nie miała na żebrach ani odrobiny tłuszczu, bez względu na to, jak obficie ją karmiono. Przez tę chudość Emily niespecjalnie lubiła ją głaskać, co nie znaczy, że nie dostrzegała przedziwnej urody kotki o szaro-białej, jedwabistej sierści, długim, trójkątnym pyszczku, dużych uszach i bardzo zielonych oczach. Psotka cieszyła się opinią niestrudzonej wojowniczki – obce koty przeganiała błyskawicznie i bez cienia skrupułów, zdarzało się jej nawet atakować psy.

Emily wychowała swoje koty sama, o czym zawsze mówiła z dumą. Dostała je od nauczycielki ze szkółki niedzielnej.

– Żywe podarunki są takie miłe – powiedziała kiedyś do Ellen. – To dlatego, że z dnia na dzień stają się coraz milsze.

Martwiło ją jednak bardzo, że Psotka nie ma kociąt.

– Nie rozumiem dlaczego – narzekała. Zwykle kotki mają ich tyle, że nie wiadomo, co z nimi zrobić.

Po powrocie z kolacji Emily zauważyła, że ojciec śpi. Ucieszyła się, bo wiedziała, że przez ostatnie dwie noce sypiał bardzo mało, chociaż poczuła się nieco zawiedziona, że nie odbędą owej „poważnej rozmowy”. Poważne rozmowy z ojcem uważała za największą przyjemność, ale drugie miejsce należało do samotnych spacerów o szarym, wczesnowiosennym zmierzchu. Od dawna nie nadarzyła się jej taka okazja, toteż postanowiła z niej skorzystać.

– Załóż kapturek i pamiętaj, żeby wrócić, gdy tylko zacznie padać – upomniała ją Ellen. – Ty nie jesteś jak inne dzieci, nie możesz narażać się na przeziębienie.

– A to dlaczego? – spytała z oburzeniem Emily. Czemuż to inne dzieci mogą się przeziębiać, a ona jedna nie? To niesprawiedliwe.

W odpowiedzi usłyszała tylko chrząknięcie, więc dla własnej satysfakcji burknęła pod nosem:

– Stare, tłuste babsko, na które nie warto zważać!

Chcąc nie chcąc, pobiegła jednak na górę po kapturek, chociaż uwielbiała chodzić z gołą głową. Nasunąwszy błękitną czapeczkę na lśniące, czarne włosy splecione w gruby warkocz, uśmiechnęła się porozumiewawczo do swego odbicia w zielonkawym lustrze. Był to prześliczny, subtelny uśmiech, który zaczynał się w kącikach warg i rozlewał się wolno po całej twarzy. Taki sam wiele lat temu oczarował nieodwracalnie Douglasa Starra w chwili, gdy po raz pierwszy ujrzał Juliet Murray. Zdawało się, że to jedyna fizyczna cecha odziedziczona przez Emily po zmarłej matce, bo pod każdym innym względem przypominała Starrów. To im zawdzięczała duże szare oczy w oprawie długich rzęs i czarnych brwi pod wysokim – za wysokim według kanonów piękności – czołem, bladą, owalną twarz o delikatnie wyrzeźbionych rysach, wrażliwe usta i małe uszy, których lekko spiczaste zakończenie wskazywało na pokrewieństwo z elfami.

– Wybieram się na przechadzkę z Wietrznicą. Szkoda, że nie mogę cię zabrać, Dziewczynko z Lustra. Ciekawe, czy ty w ogóle kiedykolwiek wychodzisz z tego pokoju. Wietrznica będzie dziś hulać po polach. Jest wysoka, mglista, spowita w szare, powiewne szaty, ma skrzydła jak u nietoperza, tylko przezroczyste, a spod jej długich, rozpuszczonych włosów wyzierają błyszczące jak gwiazdy oczy. I chociaż umie latać, to dziś będzie ze mną spacerować po polach. O tak, Wietrznica to moja wielka przyjaciółka, poznałam ją, gdy miałam sześć lat, ale z tobą łączy mnie znacznie dłuższa przyjaźń, czyż nie?

Przesławszy pocałunek starej przyjaciółce, Dziewczynce z Lustra, zbiegła na dół.

Wietrznica czekała na nią tuż za drzwiami, tarmosząc mieczyki pasiastej trawy, które sterczały z rabatki pod oknem bawialni, szarpiąc konary Adama i Ewy, szepcząc wśród zielonych gałęzi brzóz i drocząc się z Kogucią Sosną za domem, która naprawdę przypominała ogromnego, zabawnego koguta z wielkim, rozłożystym ogonem i głową odrzuconą w tył do piania.

Emily tak dawno nie była na spacerze, że teraz wprost szalała z radości. Zimą nie pozwalano jej wychodzić na dwór z powodu sztormów i głębokich zasp śniegu, kwiecień okazał się deszczowy i wietrzny, dopiero w ten majowy wieczór poczuła się jak uwolniony więzień. Dokąd by tu pójść? Nad strumyk czy przez pola, na porośnięte świerkami pustkowia? Wybrała to drugie.

Kochała ten lasek na drugim końcu długiego pastwiska na zboczu. To miejsce, w którym działała magia, tam najbardziej czuła przynależność do świata baśni. Nikt, kto widział Emily śmigającą przez nagie pole, by jej nie zazdrościł. Mała, blada i marnie ubrana dziewczynka dygotała od czasu do czasu w swoim cienkim żakieciku, a mimo to niejedna królowa chętnie oddałaby swą koronę w zamian za jej cudowne wizje. Brunatna, oszroniona trawa pod jej stopami zmieniała się w aksamitne poduszki, omszały, sękaty, na pół uschnięty świerk, pod którym przystawała, aby zerknąć w niebo, był marmurową kolumną w pałacu bogów, a dalekie, zamglone wzgórza stawały się szańcami miasta cudów. Za towarzyszy Emily miała wszystkie okoliczne baśniowe stwory, gdyż tutaj w nie wierzyła: były więc wróżki białej koniczyny, jedwabistych bazi wierzbowych, zielone ludki mieszkające w trawie, elfy z młodych jodełek, chochliki wiatru, paproci i puszystego kwiecia ostów. Tu wszystko mogło się zdarzyć, wszystkie marzenia mogły się spełnić.

Poza tym pustkowia świetnie nadawały się do zabawy w chowanego z Wietrznicą. Tutaj jej postać wydawała się całkowicie realna – wystarczyło szybko uskoczyć w małe skupisko świerków... tyle że nie dawało się jej tak dobrze zobaczyć, jak wyczuć i usłyszeć. Szybkie muśnięcie szarej peleryny – i oto już zaśmiewała się na czubku wysokiego drzewa. Wtedy pogoń zaczynała się od nowa i można by odnieść wrażenie, że Wietrznica zniknęła na dobre. Wieczór tonął w cudownej ciszy, skłębione chmury na zachodzie nagle się rozsuwały, ukazując śliczny różowo-zielony przestwór nieba z sierpem księżyca.

Emily stała, chłonąc ten widok ze złożonymi rękami i zadartą głową. Po powrocie do domu musi opisać to wszystko w żółtym zeszycie, w którym ostatnia notatka nosiła tytuł: _Żywot Mikiego_. Taki ładunek piękna będzie jej ciążył boleśnie, dopóki nie przeleje go na papier. Potem przeczyta to ojcu. Musi tylko zapamiętać te czuby drzew, które niczym delikatna czarna koronka rysują się na tle różowo-zielonego nieba.

I wtedy na jedną cudowną chwilę pojawił się Błysk.

Emily nazwała go tak, chociaż czuła, że to słowo niezupełnie oddaje istotę owego niesamowitego zjawiska. W gruncie rzeczy nie umiała go opisać – nawet ojcu, którego zawsze zdawało się intrygować. Z nikim innym na ten temat nie rozmawiała.

Odkąd sięgała pamięcią, miała wrażenie, że jest bardzo, ale to bardzo blisko świata cudownej piękności. Dzieliła ją od niego tylko cienka zasłona, której nigdy nie mogła odsunąć, ale czasem, kiedy zatrzepotał nią wiatr, przez ułamek sekundy widziała przebłysk zaczarowanego królestwa i słyszała dźwięki nieziemskiej muzyki.

Taka chwila zdarzała się bardzo rzadko i zapierała jej dech w piersiach, wprawiała w niewysłowiony zachwyt. Nigdy nie umiała odtworzyć potem w pamięci tego, co mignęło jej przed oczami, ale wrażenie przeżytego cudu nie opuszczało jej przez wiele dni. I nigdy nie widziała dwa razy tego samego. Dziś Błysk pojawił się wraz z widokiem koronki ciemnych gałęzi na tle dalekiego nieba, ale mógł to być także dziki świst wieczornego wiatru, fala cienia nad polem, wróbel, który przysiadł na parapecie podczas burzy, pieśń _Święty, Święty, Święty_ dobiegająca z kościoła, blask ognia w kuchni po powrocie do domu z ciemnej jesiennej nocy, rysunek przypominający dłonie ducha na zamarzniętej szybie, nowe słowo, które jej przyszło do głowy, gdy coś opisywała. I zawsze wtedy czuła, że życie jest czymś cudownym, tajemniczym i nieustająco pięknym.

Wracała do domu w gęstniejącym mroku, pełna obawy, czy wrażenia nie zatrą się jej w pamięci, zanim je opisze. Wiedziała, jak zacznie, zdanie w jej głowie zdążyło się już uformować: „Wzgórze mnie przywołało i coś w moim wnętrzu odpowiedziało na to wezwanie”.

Na zapadniętym progu czekała na nią Ellen Greene. Emily tak przepełniało szczęście, że kochała w tej chwili cały świat, nawet „tłuste babsko”. Objęła kolana Ellen i mocno je uściskała.

Gospodyni popatrzyła ponuro na zaróżowioną z emocji, promienną twarzyczkę i oznajmiła, wzdychając ciężko:

– Wiesz, że twój papa ma przed sobą najwyżej dwa tygodnie życia?ROZDZIAŁ 2

NOCNA ROZMOWA

EMILY ZNIERUCHOMIAŁA. Patrzyła na szeroką, rumianą twarz Ellen w takiej ciszy, jakby nagle zamieniła się w kamień. Zresztą tak właśnie się poczuła. Słowa gospodyni spadły na nią niczym fizyczny cios. Krew odpłynęła jej z twarzy, a źrenice rozszerzyły się tak, że tęczówki zniknęły, a jej oczy przypominały dwa czarne stawki. Ellen zrobiło się nieswojo.

– Mówię ci to, bo uważam, że już najwyższy czas, abyś się dowiedziała. Od miesięcy nakłaniam do tego twojego ojca, ale on odkłada to w nieskończoność, więc w końcu mu wygarnęłam: „Wie pan, jak ona wszystko przeżywa, więc jeśli ta wiadomość spadnie na nią jak grom z jasnego nieba, to może nawet ją zabić. Pańskim obowiązkiem jest ją przygotować”, tak mu powiedziałam, a on na to: „Jeszcze jest mnóstwo czasu”. I nawet się nie zająknął, a tymczasem doktor wczoraj mnie ostrzegł, że koniec może przyjść lada chwila. Dlatego postanowiłam wziąć ten obowiązek na siebie. Na litość, dziecko, nie patrz tak na mnie! Ktoś się tobą zaopiekuje, rodzina twojej matki nie zostawi cię na lodzie, choćby ze względu na dumę Murrayów. Chociaż nie cierpią twojego ojca jak zarazy, nie dopuszczą, żeby krew z ich krwi umarła z głodu czy poszła na garnuszek do obcych. Będziesz miała porządny dom, lepszy niż ten tutaj, więc nie masz się czym martwić. A co do ojca, to powinnaś się cieszyć, że wreszcie zazna spokoju. Przecież on już od pięciu lat powoli umiera. Ukrywał to przed tobą, ale naprawdę bardzo cierpi. Ludzie gadają, że serce mu pękło, kiedy zmarła twoja matka, nagle, bo chorowała tylko trzy dni. Właśnie dlatego uznałam, że powinnaś wiedzieć, co cię czeka, żebyś się całkiem nie załamała, gdy to nastąpi. Na mą duszę, Emily Byrd Starr, nie stój jak słup soli i nie gap się tak na mnie, bo aż mi ciarki chodzą po plecach! Nie jesteś ani pierwszym, ani ostatnim dzieckiem, które zostanie sierotą. Postaraj się być rozsądna. I nie zadręczaj ojca tym, co ci powiedziałam. Chodź już do środka, bo całkiem przemokniesz, zaraz dam ci jakąś przekąskę.

Zeszła o stopień niżej, jakby chciała wziąć dziewczynkę za rękę, ale ta odzyskała już władzę w nogach. Niech tylko Ellen spróbuje jej teraz dotknąć... Wydała z siebie krótki, ostry krzyk i wyminąwszy gospodynię, pomknęła na górę.

Kobieta pokręciła głową i poczłapała do kuchni.

– Przynajmniej zrobiłam, co do mnie należało – burknęła pod nosem. – On w kółko powtarza, że jeszcze ma czas, i będzie tak odkładał, aż umrze, a wtedy nikt nad małą nie zapanuje. Teraz będzie mogła przywyknąć do tej myśli i szybko weźmie się w garść. Muszę przyznać, że to dziecko ma charakter... całe szczęście, jak na to, co słyszałam o Murrayach. Nie pójdzie im z nią tak łatwo, o nie! Odziedziczyła przecież coś z ich dumy i to jej pomoże. Powinnam chyba dać znać komuś z Murrayów, że on umiera, ale tak daleko się nie posunę. Nie wiem, co by mi za to zrobił... No cóż, utknęłam tu na dobre i wcale tego nie żałuję. Niewiele kobiet zgodziłoby się na takie życie. To skandal, jak on wychowuje tę małą, przecież nawet nie posłał jej do szkoły! Cóż, nieraz mówiłam mu, co o tym myślę, więc mam spokojne sumienie. Psik stąd, Psotka! Gdzie też podziewa się Miki?

Ellen nie znalazłaby Mikiego z tego prostego powodu, że kocur właśnie spoczywał w ramionach Emily, która siedziała po ciemku na swoim dziecięcym łóżeczku. Miękkie futerko i aksamitny łebek ulubieńca stanowiły teraz jedyną pociechę pogrążonej w smutku, osamotnionej dziewczynki.

Nie, wcale nie płakała. Zapatrzona w ciemność, starała się stawić czoło tej potworności, którą przed chwilą usłyszała. Nie wątpiła w słowa Ellen – coś jej mówiło, że to prawda. Czemu ona, Emily, także nie może umrzeć? Przecież nie potrafi żyć bez ojca.

– Gdybym była Bogiem, nie dopuściłabym do czegoś takiego.

Wiedziała, że nie wolno tak mówić. Ellen powiedziała jej kiedyś, że najgorszym ze wszystkich grzechów jest obwinianie Boga. Ale nic ją to nie obchodziło. Jeśli naprawdę jest taka zła, to może Bóg sprawi, że padnie trupem na miejscu, a wtedy już nigdy nie rozstanie się z ojcem.

Nic takiego się nie wydarzyło, ale Miki miał już dość zbyt mocnego przyciskania, więc wyrwał się jej i uciekł. Emily została zupełnie sama z tym strasznym, piekącym bólem, który przenikał ją całą, chociaż nie pochodził z ciała. Nigdy się go już nie pozbędzie. Nie pomoże jej nawet opisywanie go w żółtym zeszycie. Żaliła się w nim na odejście nauczycielki ze szkółki niedzielnej, na to, że przed snem bywa głodna, że Ellen uważa ją za niespełna rozumu, bo wygaduje bzdury o jakiejś „wietrznicy” i błyskach, i zwykle przynosiło jej to ulgę. O tym jednak, co usłyszała dziś od gospodyni, nie potrafiłaby pisać. Nie może także szukać pociechy u ojca, jak wtedy, gdy niechcący chwyciła rozgrzany do czerwoności pogrzebacz i strasznie się poparzyła, on zaś trzymał ją przez całą noc w ramionach, opowiadał jej różne historyjki i pomagał znosić ból. Ale ojciec najwyżej za dwa tygodnie umrze. Emily miała wrażenie, że Ellen powiedziała jej to całe lata temu, a przecież zaledwie przed godziną bawiła się z Wietrznicą na pustkowiach i zachwycała się sierpem księżyca na różowo-zielonkawym niebie...

„Już nigdy nie zobaczę Błysku, to po prostu niemożliwe” – pomyślała.

Emily odziedziczyła jednak po swych szlachetnych przodkach pewne zalety, takie jak waleczność, wytrzymałość, dobre serce, wrażliwość, radość życia, siłę przetrwania. Wszystko to można było wyczytać z jej szarofiołkowych oczu. I właśnie ta ostatnia cecha przyszła jej teraz z pomocą. Ojciec nie może się dowiedzieć, co ją trapi, sprawiłoby mu to przykrość. Emily musi zachować to dla siebie i po prostu go kochać. Kochać tak mocno, aby ten krótki czas, który im pozostał, wypełnić samą miłością. Słyszała teraz, jak kaszle – zanim do niej przyjdzie, powinna być już w łóżku. Rozebrała się jak najszybciej, na ile pozwoliły jej skostniałe palce, i wśliznęła do dziecięcego łóżka pod otwartym oknem. Odgłosy łagodnej wiosennej nocy tym razem zupełnie do niej nie docierały. Nie słyszała poświstywań Wietrznicy pod okapem – baśniowe stwory mieszkają bowiem tylko w Królestwie Szczęścia, a ponieważ nie mają duszy, Kraina Smutku jest dla nich niedostępna.

Kiedy ojciec wszedł do pokoju, leżała nieruchomo, zmarznięta, z suchymi oczami. Jak on powoli chodzi, z jakim trudem się rozbiera... Dlaczego nie zauważyła tego wcześniej? Ale przynajmniej już nie kaszle. Och, a może Ellen się myli? A może... Nagle do ściśniętego serca dziewczynki przeniknął promyk nadziei.

Douglas Starr zbliżył się do jej łóżka. Wyczuła jego drogą obecność, gdy usiadł obok na krześle w swoim starym, rudym szlafroku. Och, jak go kochała! Na całym świecie nie było drugiego takiego ojca, tak cudownego, czułego, wyrozumiałego! Oprócz miłości zawsze łączyło ich koleżeństwo, to po prostu niemożliwe, żeby mieli się rozłączyć.

– Śpisz, Elfiku?

– Nie – szepnęła.

– A chce ci się spać?

– Nie, wcale.

Ojciec wziął ją za rękę i mocno ścisnął.

– Wobec tego porozmawiajmy. Ja też nie mogę spać. Muszę ci coś powiedzieć.

– Och, ja wiem! Już wszystko wiem! – wyrwało się Emily. – Ellen mi powiedziała.

Douglas Starr milczał przez chwilę, po czym mruknął:

– Stara idiotka! Tłusta, stara idiotka!

Czyżby tusza Ellen zwiększała jej głupotę? Emily po raz kolejny, już ostatni, poczuła przypływ nadziei. Może jednak to wszystko jest jakąś okropną pomyłką, jeszcze jednym wymysłem grubej Ellen?

– Ale to... to nieprawda, ojczulku? – wykrztusiła.

– Emily, dziecinko... Nie mogę cię podnieść... Nie mam na to siły, ale wdrap mi się na kolana jak dawniej, dobrze?

Emily spełniła jego prośbę. Ojciec owinął ją ciasno szlafrokiem i przysunął twarz do jej twarzy.

– Moja maleńka... Mój najdroższy skarbie... To niestety prawda. Sam chciałem ci to dzisiaj powiedzieć... A tymczasem to wstrętne babsko wszystko popsuło. Pewnie nie przebierała w słowach i bardzo cię wystraszyła. Ma kurzy móżdżek i tyle wrażliwości, co krowa. Oby szakale wyły na grobie jej babki! Ja na pewno tak bym cię nie zranił.

Emily poczuła gulę w gardle.

– Ojczulku, ja... ja tego nie przeżyję.

– Owszem, przeżyjesz. Przeżyjesz, bo masz coś do zrobienia. Odziedziczyłaś mój dar, Emily... I masz jeszcze coś, czego ja nigdy nie miałem. Ja poniosłem klęskę, ale tobie się uda. Niewiele mogłem dla ciebie zrobić, ale czegoś cię nauczyłem, pomimo gadania Ellen Greene. Pamiętasz swoją mamę?

– Tylko trochę... To takie urywki wspomnień.

– Miałaś tylko cztery lata, kiedy umarła. Niewiele ci o niej mówiłem, nie byłem w stanie. Ale teraz wszystko ci opowiem, już mnie to nie boli, bo przecież wkrótce się z nią spotkam. Nie jesteś do niej podobna, Emily, ale masz jej uśmiech. Pod innymi względami przypominasz moją matkę, po której dostałaś imię. Kiedy się urodziłaś, chciałem cię nazwać Juliet, po twojej mamie, ale ona się nie zgodziła. Powiedziała, że wtedy prędzej czy później zacząłbym mówić do niej „mamusiu”, dla odróżnienia, a tego by nie zniosła. Jej ciotka Nancy podobno napomknęła kiedyś, że gdy mąż po raz pierwszy nazwie żonę mamusią, oznacza to koniec romantycznej miłości. Dlatego ostatecznie nosisz imiona po mojej matce, Emily z domu Byrd. Twoja mama uważała imię Emily za najpiękniejsze na świecie – takie urzekające i delikatne. Ona była najsłodszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek chodziło po tej ziemi, wiesz? – Głos mu zadrżał i Emily przytuliła się mocniej do jego piersi. – Poznałem ją dwanaście lat temu w Charlottetown. Byłem wtedy młodszym redaktorem w „Przedsiębiorcy”, a ona, wysoka blondynka o niebieskich oczach, studiowała na ostatnim roku w Queen’s Academy. Trochę przypominała twoją ciotkę Laurę, miały podobne oczy i głos, ale Laura nigdy nie dorównywała jej urodą. Należała do rodziny Murrayów z Blair Water. Nigdy ci o nich nie opowiadałem... Murrayowie mieszkają na północnym wybrzeżu na farmie Srebrny Nów, która należy do nich, odkąd ich przodek przybył tam ze Starego Kraju w roku tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym na statku o takiej właśnie nazwie.

– To ładna nazwa, zawsze lubiłam patrzeć na sierp księżyca – zauważyła zaciekawiona Emily.

– Od tamtej pory w Srebrnym Nowiu zawsze rządzi jakiś Murray. Ta rodzina na całym wybrzeżu słynie ze swej dumy. Właściwie mają powody, trudno temu przeczyć, ale posuwają się za daleko. Tutejsi ludzie mówią o nich „wybrańcy”. Z czasem ta rodzina się rozrosła, a jej przedstawiciele zamieszkali dosłownie wszędzie, ale Srebrny Nów nadal jest dobrze prowadzony. Zostali tam tylko twoje niezamężne ciotki Elizabeth i Laura oraz kuzyn Jimmy, który także się nie ożenił – podobno nie mogli znaleźć nikogo godnego Murrayów. W Summerside mieszkają twoi wujowie Oliver i Wallace, w Shrewsbury masz ciotkę Ruth, a w Priest Pond ciotkę Nancy.

– Priest Pond to ciekawa nazwa². – Otoczona ojcowskim ramieniem dziewczynka szybko wyzbyła się uczucia zagrożenia. Na parę minut nawet przestała w nie wierzyć.

Douglas Starr otulił ją ciaśniej szlafrokiem i ucałowawszy czarną główkę, kontynuował opowieść:

– Wszyscy oni są dziećmi starego Archibalda Murraya i jego pierwszej żony. Owdowiały Archibald w wieku sześćdziesięciu lat ożenił się ponownie z młodą, wątłą dziewczyną, która zmarła, wydając na świat twoją mamę, młodszą o dwadzieścia lat od swego przyrodniego rodzeństwa. Juliet była śliczna, pełna wdzięku, toteż bardzo ją wszyscy kochali, rozpieszczali i podziwiali. Kiedy zakochała się we mnie, młodym żurnaliście bez grosza przy duszy, bo za cały majątek miał tylko pióro i własne ambicje, w rodzinie nastąpiło trzęsienie ziemi. Czegoś takiego duma Murrayów nie mogła znieść. Nie chcę tego rozgrzebywać, ale padły wtedy słowa, których nie da się wybaczyć ani zapomnieć. Pobraliśmy się jednak i odtąd Srebrny Nów zerwał z nią wszelkie kontakty. Uwierzysz, że mimo to Juliet nigdy nie żałowała swojej decyzji?

Emily dotknęła zapadniętego policzka ojca.

– Oczywiście, że nie żałowała. To jasne, że wolała ciebie od Murrayów z jakiegokolwiek księżyca.

Ojciec zaśmiał się cicho, ale z wyraźną nutą triumfu.

– Chyba rzeczywiście. Ach, Emily, jacy byliśmy szczęśliwi, po prostu najszczęśliwsi na świecie! A ty jesteś dzieckiem tego szczęścia. Pamiętam tę majową noc, kiedy przyszłaś na świat w małym domku w Charlottetown. Zachodni wiatr pędził srebrne chmury, tak że zasłaniały księżyc. Gdzieniegdzie migotały pojedyncze gwiazdy. W naszym małym ogródku, bo u nas wszystko było małe, z wyjątkiem naszego szczęścia, kwitły kwiaty. Chodziłem tam i z powrotem w ciemnościach po ścieżce między rabatkami fiołków, posadzonych ręką twojej mamy, i się modliłem. Niebo na wschodzie zaczynało błyszczeć perłowym różem, kiedy ktoś zawiadomił mnie, że mam córeczkę. Wróciłem do środka, a twoja mama, blada i osłabiona, uśmiechnęła się do mnie tym swoim uroczym, cudownym uśmiechem i powiedziała: „Mamy... najniezwyklejsze... dzieciątko... na świecie... Pamiętaj o tym, kochany”.

– Szkoda, że nie możemy pamiętać wszystkiego od samej chwili narodzin – westchnęła Emily. – To musi być bardzo ciekawe.

– Myślę, że mnóstwo wspomnień wcale by się nam nie podobało – zauważył ze śmiechem ojciec. – Przyzwyczajanie się do życia nie może być przyjemne, podobnie jak godzenie się z myślą o jego zakończeniu. Ty jednak nie powinnaś mieć powodów do obaw, byłaś naprawdę grzeczną kruszynką. Mieliśmy przed sobą jeszcze cztery szczęśliwe lata, a potem... Pamiętasz, jak twoja mama umarła?

– Pamiętam pogrzeb... I to bardzo wyraźnie. Stałeś pośrodku pokoju ze mną na rękach, a przed nami leżała mama w długiej czarnej skrzyni. Płakałeś... Nie mogłam zrozumieć dlaczego i dziwiłam się, że mama jest taka biała i nie otwiera oczu. Wychyliłam się, żeby dotknąć jej policzka... Okazał się taki zimny, że aż zadrżałam. Nagle ktoś w pokoju westchnął: „Biedactwo...”, a ja się przestraszyłam i ukryłam twarz na twoim ramieniu.

– Tak, przypominam to sobie. Twoja mama zmarła nagle. Nie sądzę, żebyśmy o tym rozmawiali. Na pogrzeb zjechali wszyscy Murrayowie. Oni mają swoje „tradycje” i ściśle ich przestrzegają. Na przykład w Srebrnym Nowiu nie używa się innego oświetlenia poza świecami albo panuje zasada, że żadna kłótnia nie może sięgać poza grób. Przybyli już po jej śmierci, pewnie zjawiliby się wcześniej, gdyby wiedzieli, że zachorowała, tyle mogę im przyznać. Zachowywali się poprawnie... aż do przesady. Nie na darmo byli Murrayami ze Srebrnego Nowiu. Ciotka Elizabeth włożyła swoją najlepszą suknię z czarnego atłasu. Na każdy inny pogrzeb zadowoliłaby się jakąś inną. Nikt też specjalnie nie protestował, kiedy zapowiedziałem, że Juliet zostanie pochowana w kwaterze Starrów na cmentarzu w Charlottetown. Pewnie woleliby przewieźć ją do Blair Water, gdzie mają swój własny cmentarzyk, no bo Murrayowie nie mogą przecież leżeć koło byle kogo. Ale wuj Wallace wspaniałomyślnie przyznał, że miejsce żony jest przy rodzinie jej męża zarówno za życia, jak i po śmierci. Wtedy też zaproponowali, że cię wezmą na wychowanie i „oddadzą ci miejsce twojej matki”, ale im odmówiłem. Czy postąpiłem słusznie?

– Tak... tak... tak... – szepnęła Emily, podkreślając każde „tak” uściskiem.

– Powiedziałem Oliverowi, bo to on wystąpił z tą propozycją, że póki żyję, nie pozwolę rozdzielić się z moim dzieckiem, a on na to: „Jeśli kiedyś zmienisz zdanie, to daj nam znać”. Ja jednak nie zmieniłem zdania nawet trzy lata później, kiedy lekarz zabronił mi pracować i ostrzegł, że jeśli go nie posłucham, zostanie mi rok życia. „Ale jeśli rzuci pan pracę i będzie jak najwięcej przebywał na powietrzu, to daję panu nawet cztery lata”. No i okazał się dobrym prorokiem. Udało nam się przeżyć wspólnie cztery cudowne lata, prawda, moje kochanie?

– Tak... O tak...

– To, czego cię w tym czasie nauczyłem, jest jedynym dziedzictwem, które mogę ci zostawić. Żyliśmy z bardzo skromnego dożywotniego dochodu, pochodzącego z udziałów w starej posiadłości mojego wuja. Wuj zmarł jeszcze przed naszym ślubem, jego posiadłość przejęła instytucja dobroczynna, a ten domek nie należy do nas. W kwestiach materialnych rzeczywiście jestem nieudacznikiem. Ale rodzina mamy zaopiekuje się tobą, o tym jestem przekonany, choćby ze względu na dumę Murrayów. A gdy już do tego dojdzie, z pewnością cię pokochają, bo inaczej się nie da. Może powinienem ich tu zaprosić, zanim... Może jeszcze zdążę. Ale ja też mam swoją dumę... Starrowie nie są całkiem pozbawieni zasad... A kiedy żeniłem się z twoją mamą, Murrayowie wypowiedzieli wiele bardzo przykrych słów. Czy mam teraz napisać do Srebrnego Nowiu i poprosić ich o przyjazd?

– Nie! – odrzekła Emily z ogniem w oczach.

Nie chciała, aby ktokolwiek zakłócił jej te ostatnie cenne dni z ojcem. Na samą myśl o tym przejmowała ją groza. Już dostatecznie złe jest to, że będą musieli się tu zjawić po... no, później. Ale wtedy nic jej to nie będzie obchodzić.

– W takim razie, dziecino, zostaniemy razem do samego końca. Nie rozłączymy się ani na minutę. I proszę cię, abyś była dzielna. Nie wolno ci się bać. W śmierci nie ma nic strasznego. Wszechświat jest pełen miłości, wiosna przychodzi wszędzie, a w chwili śmierci tylko otwierasz i zamykasz drzwi. Po ich drugiej stronie jest mnóstwo pięknych rzeczy. Odnajdę tam twoją mamę... To wiem na pewno, nigdy w to nie zwątpiłem, na przekór wszystkiemu. Czasem się obawiałem, że Juliet tak już mnie wyprzedziła na drogach wieczności, że nigdy jej nie dogonię, ale teraz wiem, że na mnie czeka. A gdy już się spotkamy, to razem poczekamy na ciebie... Ale spokojnie, cierpliwie. Będziemy się włóczyć po niebie, dopóki do nas nie dołączysz.

– Wolałabym, żebyś od razu przeprowadził mnie przez te drzwi – szepnęła Emily.

– Po pewnym czasie nie będziesz już tego chciała. Musisz się jeszcze nauczyć, jak bardzo łaskawy jest czas. A życie ma ci wciąż coś do zaoferowania, ja to czuję, więc śmiało idź naprzód i przyjmij to z podniesionym czołem. Wiem, że teraz nie jesteś na to gotowa, ale z czasem wspomnisz moje słowa.

– Teraz czuję tylko, że już nie lubię Boga – wyznała Emily, nie będąc w stanie niczego ukrywać przed ojcem.

Douglas Starr się roześmiał – ten jego śmiech Emily zawsze lubiła najbardziej, a teraz aż wstrzymała oddech, porażona ogromem miłości. Poczuła, jak jego ramiona jeszcze mocniej ją przyciskają.

– To nieprawda, dziecino. Boga nie da się nie lubić, bo to On sam jest miłością. Oczywiście nie wolno Go mylić z Bogiem Ellen Greene.

Emily nie do końca zrozumiała, co ojciec ma na myśli. Ale nagle okazało się, że jej strach minął, smutek nie jest już zaprawiony goryczą, a nieznośny ból serca ustąpił. Teraz ze wszystkich stron otacza ją miłość, która tchnie z jakiejś wielkiej, niewidzialnej Czułości. Nie można czuć strachu ani goryczy tam, gdzie jest miłość, a ona jest przecież wszędzie. Ojciec ma przejść przez te drzwi... Nie, on po prostu uniesie zasłonę – Emily wolała tak myśleć, bo kurtyna nie jest tak mocna i twarda jak drzwi – i przejdzie do świata, który wysyła jej Błyski. Pośród tamtego wielkiego piękna zawsze będzie gdzieś blisko, tuż za tą falującą zasłoną. Ona zaś z taką świadomością zniesie absolutnie wszystko.

Douglas Starr nie wypuszczał swojej córeczki z objęć, dopóki nie zmorzył jej sen, a wtedy mimo słabości ułożył ją w łóżeczku.

– Będzie kochać głęboko i straszliwie cierpieć, ale podobnie jak ja, przeżyje też wiele cudownych chwil, które jej to wynagrodzą – szeptał. – A skoro krewni matki się nią zaopiekują, to niechaj Bóg odpłaci im tym samym.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij