Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Emisariusze Zdrady. Tom 1. Akuszerka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 lutego 2026
35,00
3500 pkt
punktów Virtualo

Emisariusze Zdrady. Tom 1. Akuszerka - ebook

Jaką cenę można nadać lojalności?
Relacje między Trahą a Menevorem nigdy nie były przyjazne. Szepczący, skryci za murem Wielkiej Puszczy, od zawsze stanowili zagadkę, pozwalając jedynie garstce śmiałków odkryć swoje tajemnice, podczas gdy bogate elfy nie omieszkały błyszczeć klejnotami na salonach całego Kontynentu, ciesząc się powodzeniem. Dlatego nikt nie przypuszczał, że to menevorskie wojska zawitają na granice Trahańczyków – z Panem Niewolników na czele – gotowe złupić krainę mieszkańców lasu.
Miriam Peregrine zostaje w tym czasie oskarżona o zdradę stanu za pomoc elfickim wojskom. Wyklęta, pozbawiona nazwiska, bliskich i magicznych zdolności, musi odnaleźć się w nowym świecie, w którym rządzą pieniądz i obsesyjna czystość krwi.
Miriam, sprzedając swoje umiejętności, zaczyna balansować na cienkiej granicy między elficką polityką a ciemnym półświatkiem, który zdaje się skrywać więcej informacji na temat wojny niż początkowo mogła przypuszczać.

Agnieszka Utzig – w mediach społecznościowych działa jako projekt_zemsta. Urodzona w Rudzie Śląskiej, absolwentka Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, gdzie uzyskała tytuł magistra politologii. Prywatnie pasjonatka polskiej fantastyki, okultyzmu i kotów. Cykl "Emisariusze Zdrady" to jej debiut literacki.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8308-903-4
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Jak łatwo jest zniszczyć zaufanie?

Zszargać je do resztek i wdeptać prosto w ziemię?

Zaufanie, na które tak ciężko się zapracowało? Lub to, które dano bez powodu? Co z tym, na które pracowało się przez całe lata? Miesiące rozszarpane do nicości z każdej osoby dookoła, aż w końcu nie widać nikogo, kto mógłby pozostać jako sojusznik, gdy jest najbardziej potrzebny. Ci nieliczni, którzy mogliby pomóc, są albo zbyt daleko, albo zaginęli.

Miriam oddychała głęboko, coraz bardziej zatapiając się w materacu swojego łóżka. Starała się być spokojna. Nie chciała, aby ktokolwiek zobaczył, jak faktycznie się czuła.

Od kilku dni przebywała w kompletnej samotności, odizolowana w swojej lecznicy na pierwszym piętrze, podczas gdy strażnicy buszowali po jej pracowni. Miejscu, które przez ostatnie dwa lata było jej domem. Co rusz słyszała trzaski i dźwięk szklanych słoików obijających się o siebie. Pierwszego dnia chodziła tam i z powrotem, ale szybko zdała sobie sprawę, że oczekiwanie na decyzję pomniejszej rady z pewnością potrwa – tym bardziej, jeśli jej własna matka zapragnęła wziąć udział w całym procesie.

Druidzi Cierni nie zwykli podchodzić do spraw lekko, zwłaszcza jeśli zostały one wniesione do rady przez jednego z ich członków. Inaczej zwani szepczącymi, druidzi z Klanu Cierni stali na czele Białej Rady, która rezydowała w Anam Cara. W pomniejszych mieścinach i wsiach przesiadywali natomiast ich co niżsi stopniem adepci, dopiero zdobywający doświadczenie w zarządzaniu. Sprawę Miriam wniosła do pomniejszej rady sama Wiedząca Morva, delegatka na rzecz Białej Rady. Jej własna matka. W związku z tym sprawę badano dokładniej niż zwyczajowe spory o spłaty długów czy rozwody.

Tak więc druidka siedziała już kolejny dzień, starając się nie ulec myślom, które lawirowały w jej głowie, odkąd tylko wydano rozkaz, aby ją odseparować od pozostałych mieszkańców wsi. Eilun było małe i skromne, ale każdy dom, każdy krzak zdawał się mieć tu swoją własną parę oczu.

Po trzech dniach Miriam usłyszała znajome damskie głosy dobiegające z dołu. Niezadowolone pomruki strażników mieszały się z ostrym tonem jej najstarszej siostry, Delilah, która wykłócała się o coś z całą resztą. Chwilę później rozległ się dźwięk zamka otwieranego po drugiej stronie drzwi. Kobieta spojrzała ze zdziwieniem na dwójkę rodzeństwa stojącą u progu.

Delilah patrzyła na nią ostro, z niezadowoloną miną i rękami złożonymi na piersi. Wparowała do środka i, czekając, aż najmłodsza z nich, Lydia, wejdzie do środka, zatrzasnęła drzwi, zostawiając kobiety same. Obie miały na sobie szaty Klanu Cierni, mimo iż były tu w odwiedzinach, a nie na służbie. Najwyraźniej wizyta matki postawiła je w stan gotowości. Szaty miały długie i luźne, w ciemnych barwach, z fioletowym pasem w talii. Każdy element materiału był ponadto wyszywany w drobne ciernie oplatające ciała szepczących.

– Jesteś z siebie zadowolona? – rzuciła Delilah.

Starsza o zaledwie dwa lata zachowywała się tak, jakby latami dorównywała rodzicom. Od kilku miesięcy pełniła obowiązki nadzorczyni szkółek szepczących, wybierając spośród uczniów najciekawsze dzieci, które można by wysłać do Klanu Cierni.

Miriam westchnęła zrezygnowana, w tym samym momencie czując wokół siebie ramiona Lydii, która nie widziała siostry od kilku dni. Obie przyjechały zaledwie tydzień temu, aby odwiedzić ją w Eilun, gdzie Miriam pracowała jako uzdrowicielka.

– Zrobiłam, co uznałam za słuszne. Nie będę przepraszać za to, że komuś pomogłam – mruknęła zmęczona Miriam, tuląc się do najmłodszej z trójki.

Lydia była spokojna i cicha. Nadal uczyła się podstaw, chociaż wszystkie zaczęły naukę w wieku dziesięciu lat. Dziewczyna po dekadzie nie potrafiła więcej poza wykrywaniem kłamstw rozmówców. Sama Lydia nie miała jednak większych ambicji niż pomoc w piekarni ich drugiej matki, Bethel.

– Ze wszystkich ludzi akurat Menevorczyków zostawia się na śmierć – syknęła niezadowolona Delilah.

Gdy się wściekała, wyglądała zupełnie jak Morva. Ostre, błękitne oczy ciskały gromami na najmniejszy sprzeciw. Lydia natomiast, delikatna w swojej budowie, z piwnymi oczami po ojcu, spoglądała zmartwiona na siostrę.

– Dali ci cokolwiek do jedzenia? Nie wyglądasz najlepiej – szepnęła, dalej tuląc się do jej ciała.

Miriam uśmiechnęła się tylko lekko i pogłaskała ją po włosach. Dostawała wodę i kromkę chleba raz dziennie. Było to wystarczające, ale żałowała, że nie dawano jej suszonego mięsa, które trzymała na drzwiach spiżarni. Przez okno widziała natomiast, jak niektórzy strażnicy kręcili się pomiędzy jej grządkami, sprawdzając, czy uda im się znaleźć coś do jedzenia dla siebie. Początek wiosny był jednak skąpy w plony, jeśli cokolwiek miało się w ogóle pojawić.

– Ten był inny – powiedziała Miriam, zwracając się do Delilah. – Nie rozmawiałaś z nim, nie wiesz, jaki był.

– Z pewnością kłamał, i to bardzo dobrze. Naprawdę myślałam, że jesteś mądrzejsza. Gdybym wiedziała, że wysłanie cię do Eilun tak się skończy, nigdy nie wstawiłabym się za tobą u matki – wyparowała. – A teraz zobacz, co narobiłaś. Nie dość, że ten żołnierz uciekł, to walki na granicy robią się coraz gorsze.

Lydia wywróciła oczami na słowa najstarszej siostry, ale zaraz potem, nieco zrezygnowana, zwróciła się do Miriam.

– Ma trochę racji. Nawet ojciec wyjeżdża na misję – wspomniała ze smutkiem. – Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem go o to poproszono.

Miriam zmarszczyła brwi. Ich ojcem był Mistrz Zwiadowców. Zazwyczaj jego praca polegała na pilnowaniu zastępców i szkoleniu młodych druidów.

– Ojca nie ma, wujek zaginął gdzieś w Menevorze. Od Rowana nikt nie miał wieści od początku zimy, a ty uleczyłaś pieprzonego żołnierza wrogiej armii, który, do tego wszystkiego, uciekł, kiedy tylko poczuł się zbyt pewnie – dodała Delilah, coraz bardziej wzburzona. – Matka odchodzi od zmysłów. Gdybyś nie była taka głupia, mogłybyśmy cię chociaż stąd zabrać, Miri.

– I wrócić do Anam Cara? – prychnęła Miriam. – Wiesz, ile czasu musiałam walczyć, żeby móc tu być? Żeby chociaż na chwilę oderwać się od tego przeklętego klanu i jego zasad?

– Wiem – ucięła siostra. – Nie zapominaj jednak, że ktoś na ciebie czeka w stolicy. Chyba że już o nim zapomniałaś? Zdziwię się, jeśli w ogóle pozwolą ci wrócić.

– Deli! – warknęła Lydia. – Nawet tak nie mów.

Kobieta spojrzała po siostrach badawczym wzrokiem. Delilah rozłożyła ręce w geście bezradności. Miriam natomiast oblała się rumieńcem. Nie sądziła, że siostra wie o jej małym układzie. Odeszła od nich kilka kroków, rozmyślając i bawiąc się malutkim medalionem zawieszonym na szyi. Była to drobna srebrzysta gwiazda z szafirem połyskującym w centrum.

– Myślisz, że to zrobią? – spytała głucho Miriam, odwrócona do reszty plecami. Kobiety wiedziały, o co pytała.

Usłyszała tylko lekkie westchnięcie.

– Nie zdziwiłabym się. Na tym etapie wszyscy są wystraszeni, a ty dosłownie wpuściłaś wroga do miasta. Nikt nie wie, ile widział ani gdzie się schował. Równie dobrze mógł pójść na zwiady i wrócić już do swoich ludzi. Pamiętasz, kim on był?

– Kapitanem.

– Do cholery, Miri… – stęknęła Delilah.

Zacisnęła powieki, czując nagłą falę zażenowania, która ją ogarnęła. Zaraz potem wyciągnęła spod poduszki niewielki list, spisany dwa dni wcześniej późną porą. Do czerwonego laku dodała nieco ususzonej lawendy, zanim przybiła na nim wzór jednego ze swoich pierścionków – niewielkie, drobne gwiazdki. Ściągnęła naszyjnik i podała go Delilah.

– Mogę liczyć na to, że mu go wyślesz? Jeszcze dzisiaj.

Siostra spojrzała na nią niepewnie. Złość i irytacja zniknęła z jej spojrzenia, a zamiast nich pojawił się smutek. Wzięła wszystko w swoje dłonie i skinęła delikatnie głową.

– Kiedy zobaczę go na żywo, przekażę mu, co się stało – dodała Delilah. – Powiem, że nie musi już na ciebie czekać.

Miriam zacisnęła usta w prostą linię, chcąc powstrzymać się od płaczu. Rozumiała. Nie było sensu, aby czekał na nią. Nie mógł. Nie po tym, jak się ośmieszyła.

Rozległo się pukanie do drzwi, a zaraz potem do środka wsunęła się głowa strażnika. Lydia skinęła mu głową i rzuciła siostrze ostatnie spojrzenie oraz miły uśmiech. Starała się podtrzymać ją na duchu, choć wiedziała, że z pewnością nie było już dla niej nadziei.

– Gdzie pojedziesz, jeśli do tego dojdzie? – spytała, tuląc się do niej po raz ostatni.

– Do Avalii, Kafalionu albo Sunty. Podobno Ermis jest bardzo ładne – odparła głucho Miriam. – Gdzieś, gdzie będę przydatna.

Delilah spuściła wzrok, słysząc jej głos, i otarła delikatnie kącik oka, zanim chwyciła Lydię za ramię i pociągnęła do wyjścia. Odwróciła się jeszcze na chwilę i spojrzała z rozczarowaniem na Miriam.

– Sama to na siebie sprowadziłaś.

Gdy tylko drzwi się zatrzasnęły, kobieta poczuła nagłą żałość i wstyd, które oblały ją niczym wrzątek. Opadła na kolana i zaczęła płakać. Wyła i łkała, waląc pięściami w podłogę, wyrzucając z siebie frustrację. Nie miała na myśli nic złego, kiedy mu pomogła. Nie był złym człowiekiem. Był człowiekiem zmuszonym do złych rzeczy. A przynajmniej to powtarzała sobie Miriam, odkąd się dowiedziała, że menevorski kapitan, Silas Tenley, uciekł z jej lecznicy, gdy tylko odzyskał siły po tym, jak uleczyła jego poszarpaną nogę.

Dopiero wieczorem usłyszała ponownie głośne dźwięki rozmów dochodzące z dołu. Z początku myślała, że strażnicy znów gorączkowo próbują coś znaleźć, ale gdy tylko drzwi się otwarły, zrozumiała, co ją czekało. W progu widziała jedną z członkiń Małej Rady, Tarę, smukłą i wysoką nimfę o bladozielonej skórze. Przewodziła ona społeczności Eilun jako jedna z Cierni. Nigdy nie otrzymała błogosławieństw na Wiedzącą, więc wspierała pomniejsze wsie swoimi radami. Starsza kobieta spoglądała na Miriam zmęczonym wzrokiem, którego ta nie potrafiła odczytać.

Zaprowadzono ją do Gaju. Pośród lasu, na samym środku polany, rozciągała się ogromna zielona przestrzeń. W jej centrum znajdował się potężny dąb o grubym pniaku i rozłożystej koronie. Dookoła niego, w szerokim kręgu, pływała przeźroczysta, świetlista woda, która migotała srebrzystym światłem. Płynne Źródło.

Inni członkowie rady krążyli przy jego brzegu, rozmawiając ze sobą szeptem. Przed Miriam stała grupka pięciu osób. Wśród nich zauważyła swoją matkę – ponurą i zgarbioną od ciężaru ostatnich wydarzeń. Choć ona i ojciec nie byli już razem od kilku lat, Miriam widziała, że brak Tarlaka ciążył jej równie mocno, jak siostrom. Gdy tylko ją zauważyła, Morva rzuciła jej ostre spojrzenie i nastroszyła się niczym dzikie zwierzę. Jej wewnętrzne druidzkie Źródło płonęło wściekłością. Inni również podnieśli głowy, widząc, jak Tara przyprowadza oskarżoną. Miriam z lękiem zauważyła trzy kobiety w zielonych sukniach, stojące nieopodal Źródła Dębu. Jedna z nich klęczała i mieszała coś intensywnie w moździerzu, podczas gdy pozostałe dosypywały kolejne składniki do kamiennej miski. Piastunki Gajów.

– Miriam Peregrine – rzekł jeden z członków rady, gdy tylko stanęła naprzeciw nich. Wysoki satyr, odziany w brązowe szaty, spoglądał na nią srogo ze swojego miejsca. Tara stanęła pośrodku zgromadzenia. – Czy nadal podtrzymujesz to, co powiedziałaś podczas naszego ostatniego spotkania?

Kobieta przełknęła ślinę i spojrzała po zebranych. Z pewnością część z nich oczekiwała, że zacznie przepraszać i błagać na klęczkach o przebaczenie. Wiedziała jednak, że na to już za późno. Podniosła głowę dumnie i spojrzała w oczy zgromadzonym.

– Tak.

Ktoś westchnął, a Morva uniosła brew w wyrazie niezadowolenia. Tara rozejrzała się po pozostałych Cierniach i, widząc skinięcia ich głów, przemówiła:

– Biorąc pod uwagę czyny, jakich się dopuściłaś, nie tylko w Eilun, ale również w Anam Cara i Monercie, nie mamy innego wyboru, jak wydać wyrok ostateczny. Od dzisiaj nie będziesz już miała nazwiska. Twoje tytuły i członkostwo w klanie zostaną ci odebrane. Nie będziesz już mogła nazywać się córką swoich rodziców. Nie będziesz już Cierniem, nie będziesz damą dworu, nie będziesz już szepczącą, nie będziesz Trahanką. Nie jesteś już pod ochroną korony ani córką Herosa. Nie chcemy mieć z tobą nic wspólnego.

Miriam przymknęła oczy. Zacisnęła szczęki, starając się wytrwać do końca. Nie chciała okazywać strachu ani zdenerwowania, choć właśnie one całkowicie ją wypełniały. Trzy szepczące pojawiły się nagle obok niej, niosąc ciemną, gęstą miksturę w podłużnej misie. Zapach unoszący się z naczynia przypominał ścieki.

– Niniejszym skazujemy cię na Wyklęcie, Miriam – mówiła dalej Tara. – Masz trzy dni na zebranie swoich rzeczy i opuszczenie Trahy raz na zawsze. Już nigdy nie będziesz mogła powrócić w te strony. Nikt cię tu nie przyjmie, nikt nie zaoferuje ci pracy. Jesteś nam obca.

– Niech twoje tatuaże i znamiona przypominają ci, co utraciłaś – zagrzmiał jeden z druidów, patrząc na nią z obrzydzeniem.

Słowa, zawieszone w powietrzu między zebranymi, ciążyły na ramionach Miriam niczym łańcuchy. Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku, ale jej twarz pozostawała maską obojętności. Spojrzała na swoją matkę, pragnąc dostrzec w jej oczach choćby cień żalu. Jednak Morva patrzyła na nią z nienawiścią. Zaraz po ogłoszeniu wyroku wyprostowała się i odeszła z innymi. Druidzi zniknęli między drzewami, wtapiając się w nie jak leśne duchy. Miriam została sama z Piastunkami. Dopiero teraz zrozumiała, co ją czekało. Poczuła, jak serce staje jej w piersi.

Wyklęcie było wykluczeniem. Wydarciem ze społeczności, zniszczeniem Źródła, które każdy druid nosił w sobie jako powiązanie z Wielką Puszczą – będącego magią i esencją szepczącego. Ona właśnie utraciła do niego prawo.

– Proszę, nie! – starała się krzyczeć Miriam, podczas gdy kobiety przytrzymały ją za ramiona i uniosły głowę do góry, a jedna z nich kopnęła ją w kolana. – Nie chcę!

Miriam miała łzy w oczach i zacisnęła wargi, gdy misa z czarnym płynem zbliżyła się do jej ust. Próbowała się wyrwać. Jedna z Piastunek westchnęła podirytowana i zatkała dziewczynie nos. Miriam w końcu się poddała i otwarła usta, aby wziąć haust powietrza, wtedy wlano w jej gardło wywar. Eliksir przygotowany był z owoców jałowca, skruszonego turmalinu i korzeni tojadu – przynajmniej tyle pamiętała z lekcji z Wszechwiedzącą. Odór był duszący, a napój palił gardło i zaciemniał świadomość. Jej oczy spowiła mgła, ciało napięło się jak struna i zaczęło drżeć.

Piastunki trzymały ją, aż cały płyn zniknął z misy, po czym opuściły jej bezwładne ciało na ziemię. Miriam upadła jak kamień, uderzając głową o glebę. Spazmy wstrząsały jej ciałem, a z ust sączyła się szara piana. Mimo to nie wydała z siebie żadnego dźwięku.

Szepczące wzięły moździerz i inne przedmioty, które opadły wokół nich w trakcie szamotaniny, i odeszły, pozostawiając na wpół martwą kobietę na ziemi. Ostatnie, co Miriam zapamiętała, to konwulsje – bóle rozdzierające jej ciało i przeszywające duszę.ROZDZIAŁ I

Był ledwie ranek trzeciego dnia od wydania wyroku na Miriam. Delikatne podmuchy wiatru szumiały pomiędzy koronami drzew, doprowadzając kobietę do granic irytacji. Nie słyszała już śpiewu ani dźwięcznych melodii lasu – był tylko szum, niczym piasek wsypywany na siłę do jej uszu. Po raz pierwszy chciała odejść jak najdalej od lasu. Być może podróż do Kafalionu nie była złym pomysłem. Droga byłaby długa i niebezpieczna, najlepiej prowadzona wzdłuż granic Avalii, byle tylko nie nastąpić na menevorskie ziemie. Miriam pomyślała o paśmie górskim, przez które będzie musiała się przeprawić, aby w miarę cicho i bez szwanku przejść przez teren elfów.

Westchnęła ze zmęczenia. Oczy piekły ją niemiłosiernie od ciągłego płaczu, a brzuch wciąż bolał po przyjęciu Korony Cierniowej. Nie była w stanie jeść ani pić przez ostatnie dni. Czuła się wyzuta z jakichkolwiek pozytywnych odczuć.

Pomyślała o ostatnim razie, kiedy widziała ojca. Przyjechał z Lydią i Daiem, jej bratankiem, aby załatwić w Eilun kilka sprawunków, przy okazji odwiedzając swoją córkę. To było rok temu. Miriam zastanawiała się, czy nadal wyglądał tak samo i czy jego runiczne oko wciąż mu dokuczało. Teraz już się tego nie dowie. Nie będzie nawet wiedziała, jeśli umrze podczas swojej misji.

Otrząsnęła się ze swoich rozmyślań i wróciła do pakowania dziennika do tobołka. Wzięła chyba wszystko, co było jej najpotrzebniejsze: fiolki z lekarstwami i ziołami, ubrania, buty do chodzenia po górach, trochę jedzenia i wszystkie oszczędności, jakie miała. Do środka schowała też niewielką drewnianą figurkę wykonaną z drzewa wiśni – Szkarłatna Matka. Valdis. Jej bogini.

Była to wysoka, zgrabnie wykonana postać, okryta szatami i szerokim kapturem. Twarz młodej kobiety wynurzała się na wierzch z zamkniętymi oczami, z których spływały małe strumyki zabarwione czerwoną farbą. Podobnie jak krople spływające z jej nadgarstków, barwiły szkarłatem dolną część szaty. W dłoniach, wystawionych do przodu, trzymała pochodnię z ciemnym płomieniem.

Kult Szkarłatnej Matki nie był popularny. Dla niektórych zdawał się wręcz zakazany, mimo iż żadne prawo tego nie stanowiło. Chodziło o jej podwaliny – o kult siebie. Nie każdy rozumiał religię Valdis tak samo. To prowadziło do wielu nieporozumień, wynikających z działalności co bardziej brutalnych wyznawców. Mordercy i gwałciciele byli tego najgorszym przykładem.

Usłyszała nagły huk – tak mocny, że aż zatrząsł słoikami i misami pozostawionymi na półkach. Miriam spojrzała na zewnątrz z zaciekawieniem. Pora była bardzo wczesna, jedyne osoby, które mogły już wstać, pracowały na polu lub ze zwierzętami.

Rozległ się ponowny łoskot – jakby osuwisko kamieni runęło w samo centrum wsi. Miriam ujrzała ciemny słup dymu wynurzający się spomiędzy drzew. Rynek w Eilun.

Otwarła szeroko oczy ze zdumienia. Do jej uszu zaczęło docierać coraz więcej dźwięków. Nie miała pojęcia, jak duża część z nich pochodziła od ludzi, a jaka od zwierząt. Słyszała coraz głośniejsze trzaski i huki, a zaraz potem krzyki. Dźwięki były coraz bliższe. Poczuła, jak nogi zaczynają jej drętwieć ze strachu. Nie była w stanie się ruszyć, zamiast tego patrzyła dalej z przerażeniem na kolejne ramiona czarnego dymu wypływające z samego serca miasteczka. Dopiero kiedy spostrzegła na horyzoncie pierwszych ludzi – czasami w samych halkach lub spodniach – biegnących w stronę jej domu, otrząsnęła się z pierwszego szoku.

Deski, spod których wyciągnęła swój dziennik i figurkę, nadal pozostawały odsunięte na bok. Miriam szybko wepchała do środka swój tobołek, chwytając tylko płaszcz i sierp. Następnie, wyglądając ostrożnie na zewnątrz, wysunęła się na podwórko. Wokół jej domu nie było wiele wysokich drzew ani gęsto porośniętych krzewów. Im bliżej granicy z Menevorem, tym natura wydawała się bardziej skąpa.

Ludzie, którzy biegli, nie zwracali na nią uwagi. Potykali się o własne nogi, pędząc na oślep i obijając się o coraz gęstszy tłum ludzi. Miriam z przerażeniem patrzyła, jak na leśnej ścieżce zaczynają pojawiać się strzały, które ze świstem przecinały powietrze.

Chciała wymknąć się niepostrzeżenie, jednak nie zdołała tego zrobić. Na wzgórzu schodzącym ku lecznicy zobaczyła pierwszych żołnierzy, a zaraz za nimi spływający tłum Trahańczyków – poobijanych, zakrwawionych, z ranami sączącymi się czerwienią i brudzącą ich szaty krwią. Stukot koni, dobiegający z oddali, zaczął przyśpieszać i stawać się coraz bardziej intensywny. Kobieta przeskoczyła płotek swojego ogrodu i zaczęła biec w stronę doliny, która skrywała w sobie kilka pomniejszych jaskiń. Wiedziała, że nie zdąży uciec daleko, ale mogła chociaż spróbować się schować.

Kobiety i mężczyźni krzyczeli. Dzieci nie były w stanie biec tak szybko, jak chciały, więc matki upuszczały je w panice na ziemię i pędziły przed siebie. Starsi upadali z krzykiem na innych uciekających, tamując przejście. Miriam usłyszała wrzask jednego z dzieci. Chłopczyk, może trzyletni, stał jak wryty, z buzią umorusaną ziemią, i darł się wniebogłosy, z łzami lejącymi się z zaciśniętych oczu. Miriam szybko chwyciła drobne dziecko i zaczęła na powrót biec w stronę jaskiń. Czuła, jak chłopiec zaciska na niej swoje piąstki i krzyczy w jej pierś. Z każdym krokiem stawał się cięższy. Była blisko.

Nie słyszała już jego płaczu ani krzyków kogokolwiek innego. Przeskakując kolejne ścieżki, dobiegła do przewróconego konaru starego dębu. Zaraz przy niej znajdowała się niewielka jaskinia, w której niektórzy druidzi czasami czatowali nocą. Wbiegła do środka i widząc kilka poharatanych, dyszących osób, szybko przycisnęła się do ściany. Wszyscy trzymali rękę na ustach, podczas gdy za skalną ścianą ludzie krzyczeli i biegli w różnych kierunkach. Pomiędzy pogonią słychać było tylko stukot koni, świst i głosy żołnierzy.

Wejście do jaskini zaczynały zasłaniać spadające grudki ziemi i gałęzie. Miriam zaczęła się bać, że bardziej niż atakujący żołnierze zagraża im osunięcie ziemi i zasypanie żywcem.

– Bogowie… – wyszeptała jedna z kobieta i wskazała palcem na dziecko.

Miriam, nadal dysząc, prawie krzyknęła, kiedy położyła chłopca na ziemię. Podczas ucieczki jedna ze strzał ugodziła dziecko. Połowa grotu wystawała z jego czoła, a z rany sączyła się ciemna krew. Chłopiec nie oddychał, patrzył tępo w stronę wyjścia z jaskini, a jego nieruchome kończyny leżały rozrzucone jak u szmacianej lalki.

Miriam nie zdołała utrzymać się na własnych nogach. Zakrywając usta, aby nie krzyknąć, osunęła się po ścianie. Pozostali również skryli się w kątach, naśladując jej gest. Wszyscy unikali wzrokiem martwego dziecka, skrywając twarze w kolanach i poszarpanych ubraniach. Ktoś zwymiotował przy końcu jaskini. Miriam zamknęła oczy. Głęboki wdech i wydech. Jednak nie była w stanie się uspokoić. Krew buzowała jej w uszach, pot spływał po karku, a ciało dziecka wciąż leżało pośrodku ziemi.

Krzyki na zewnątrz zaczęły powoli cichnąć. Słychać było już tylko komendy menevorskich żołnierzy, parskanie koni i coraz słabszy płacz ludzi.

Nikt nie odważył się poruszyć. Miriam nawet nie zauważyła, kiedy łzy spłynęły jej po policzkach. W gasnącym zgiełku wzięła głęboki oddech i, unikając wzrokiem leżące nieopodal ciało, spojrzała w stronę wyjścia. Osuwając się po ścianie, najciszej jak mogła, zbliżyła się do krawędzi, próbując dostrzec coś przez korzenie i gałęzie, które opadły na otwór jaskini. Niektóre z nich ociekały szkarłatem niczym makabryczna rosa, kapiąc równomiernie na ziemię u jej stóp.

Ci, którzy – podobnie jak ona – siedzieli w ciszy, zaczęli się przesuwać do przodu.

– Co wy robicie? – szepnął ktoś rozgniewany. – Nie ruszajcie się.

Miriam dostrzegła ruch trawy nieopodal i podniosła rękę w stronę ukrytych w jaskini ludzi. Gdy wykonała ten gest, jej rękaw musiał się osunąć, bo następne, co usłyszała, to:

– To druid Ciernia…

Nikt się nie poruszył. Jakby ten jeden znak wystarczył, by wszyscy zawarli milczącą umowę, aby słuchać jej poleceń. Najwyraźniej żadna z tych osób nie uczestniczyła w sądzie, który ją potępił. Inaczej byłaby pierwszą, którą wydaliby na pożarcie żołnierzom.

Ruch się powtórzył. Długie liście paproci otrząsły się i nagle spośród nich wyłonił się zakrwawiony wilk. Ogromny, wielkości dorosłego mężczyzny, o brudno-brązowej barwie futra. Dopiero gdy Miriam spostrzegła bukiet strzał wystających z jego barku, zrozumiała, że futro zwierzęcia zabarwiło się krwią sączącą się z rany. Być może to jeden z druidów, który pozostał na obrzeżach miasta. Zwierzę kiwało się z boku na bok, ciężko stąpając po ziemi, próbując oddalić się od linii wroga. Miriam miała wrażenie, że gdy tylko podniósł wzrok, ich oczy spotkały się na krótką chwilę.

Nagły świst przeszył powietrze i włócznia z ciemnego drewna przebiła wilka na wylot, wbijając go w leśną ścieżkę. Zwierzę opadło z hukiem, wydając z siebie przeraźliwe stęknięcie, aż Miriam poczuła wstrząs pod swoimi stopami. Ktokolwiek był tym wilkiem, pozostanie nim już na zawsze – zamknięty w swojej formie.

Z niedaleka rozległy się okrzyki radości.

– Piękny strzał!

– Myślisz, że jeszcze możemy z niego ściągnąć futro?

Trzech żołnierzy ubranych w zbroje zbliżyło się do wilka. Dwóch z nich ściągnęło hełmy, spod których wypadły długie, spięte włosy, a spomiędzy kosmyków wystawały spiczaste uszy. Gdy tylko się zbliżyli, Miriam spostrzegła ich krótkie peleryny w złoto-zielonych barwach, teraz umorusane również krwią zaszlachtowanych ludzi. Każdy z elfów miał przy sobie długi miecz oraz serię sztyletów wetkniętych w przepasany przez pierś kawał skóry. Mężczyzna, który pozostał w hełmie, jako jedyny trzymał łuk z nałożoną strzałą i rozglądał się dookoła w pełnej gotowości. Kolejny wziął jeden ze swoich sztyletów i usiadł przy brzuchu wilka.

Miriam zrobiło się niedobrze. Mimo to przełknęła ślinę i nakazała ludziom w jaskini pozostać z tyłu. Sama nie spuszczała wzroku z trójki elfów, więc nie była pewna, na ile inni jej słuchali.

Żołnierze nie byli zbyt blisko, jednak jej pozycja była na tyle zła, że nawet jeśli chciałaby samotnie przemknąć między gąszczem traw, łucznik zauważyłby ją i zastrzelił na miejscu. Gdy ten zaczął obracać się w jej stronę, szybko się cofnęła. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe. Usłyszała szelest.

– Hej! – krzyknął ktoś z góry jaskini. – Widzę, że znaleźliście obiadek!

Inni odkrzyknęli coś wesoło. Coraz więcej dźwięków tupania pojawiało się z góry i boków groty. Miriam cofała się coraz bardziej, aż wpadła na jedną z kobiet, która panicznie otulała się szalem, jakby miało to ją ochronić.

Usłyszała jednego z żołnierzy:

– Robimy prezent dla generała. Będzie miał dobry dywan przy kominku, jak myślisz?

– Aj – cmoknął inny z niezadowoleniem. – Za dziurawy. Takiego to trzeba pociąć i zrobić rękawice na zimę.

Żołnierze się zaśmiali.

– Zrób coś – odezwał się ktoś w jaskini.

Miriam spojrzała w stronę starszego mężczyzny, który z szeroko otwartymi oczami szeptał do niej w panice.

– Znasz magię druidów, zrób coś.

Miriam chciała mu kazać siedzieć cicho i przyłożyła palec do ust, ale on nie przestawał:

– Szybko. Zanim nas tu znajdą.

Usłyszeli zza jaskini:

– Co to było?

Ludzie zaczęli wypychać Miriam do przodu, oczekując, że wypowie jakąś inkantację, a grota zamknie się przed wrogami, pozostawiając ich bezpiecznych w środku. Jednak ta magia, jak i każda inna, była jej już obca.

Zaczęła się trząść. Bać. Nie była w stanie nic zrobić. Nie mogła im pomóc. Im bardziej naciskali na jej plecy, aby szła do przodu, tym mocniej opierała się i hamowała piętami o ziemię. Widziała, jak ciało chłopca coraz bardziej zbliżało się do niej.

Szelest trawy i kroki stawały się głośniejsze, a z każdym kolejnym odgłosem ludzie w jaskini chowali się za Miriam jak małe dzieci. Nie było ucieczki. Jaskinia była płytka, krótka i nie miała żadnego bocznego wyjścia. Nawet jeśli kiedyś je posiadała, dawno zostało zasypane.

Miriam patrzyła z przerażeniem, jak jeden z żołnierzy – starszy mężczyzna z krótko przystrzyżoną białą brodą i długimi splecionymi włosami – odsuwa czubkiem miecza pnącza zasłaniające wejście do jaskini. Kobieta sięgnęła powoli do pasa, tylko po to, aby ze strachem odkryć, że sierp zniknął. Musiał jej wypaść podczas ucieczki.

– Proszę, proszę – rzucił wesoło, po czym się obrócił. – Chłopcy, mamy kolejnych!

Do środka wpadło jasne światło dnia. Promienie oświetliły plamy wymiocin i moczu, które zlały się u podłoża jaskini. Żołnierz spojrzał na nich wszystkich zaciekawiony. W tej samej chwili dołączyło do niego dwóch innych, a zaraz za nimi ustawili się kolejni.

– Będzie co sprzedać? – spytał któryś z tyłu.

Mężczyzna z wyciągniętym mieczem skrzywił się, spoglądając na twarze Trahańczyków zgromadzonych w jaskini. Zacmokał niezadowolony.

– Wyglądają, jakby mieli paść po byle pierdole – skwitował.

Żołnierz zdawał się kimś wyższym rangą. Jego zbroja była lepsza, podobnie jak i miecz, a płaszcz miał dodatkowo zdobiony w lśniące lwy przebite włócznią. Jako jedyny lśnił od czystości, jakby w ogóle nie uczestniczył w łapance ani walkach. Reszta młodych Menevorczyków spojrzała na niego i wzruszyła ramionami. Pierwszy z nich zamaszystym ruchem chwycił kobietę okrywającą się szalem i wytargał ją na zewnątrz. Zaraz po tym Miriam usłyszała tylko:

– Za stara.

Stęknięcie kobiety i odgłos upadku wprowadziły innych w stan paniki. Kiedy do wejścia jaskini zaczął się zbliżać strumyczek krwi, ludzie zaczęli wyrywać się do biegu, jednak przejście pełne było żołnierzy już gotowych, z mieczami wyciągniętymi ku ich ciałom. Miriam, w strachu, wcisnęła się w ścianę najmocniej, jak tylko potrafiła. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że starszy żołnierz spogląda na nią z zaciekawieniem. Skinął komuś głową w jej stronę. Poczuła silny chwyt, a po chwili ktoś wyciągnął ją, po czym zaprowadził na zewnątrz.

Zmrużyła oczy i opuściła głowę tylko po to, żeby żołnierz, który wyniósł ją z jaskini, chwycił ją za szczękę i zadarł jej twarz.

– Ładna. Możemy wziąć? – spytał kogoś innego.

– Możemy, tylko jej nie poharataj jak ostatniej – rzucił jeden z elfów zmęczonym głosem.

Przełknęła ślinę, czując, jak jej usta zaczynają drżeć. Z trudem otwarła oczy, aby spojrzeć na tego, który ją trzymał. Miał nie więcej niż dwadzieścia lat. Jego twarz była zbryzgana błotem, a zbroja praktycznie nie miała blasku, bo cała była umorusana brudem i pozostałościami po innych miejscowych. Zobaczyła jego ostre rysy i lekko spiczaste uszy, zanim uśmiechnął się szeroko i rzucił ją o trawę. Ostatnie wspomnienie, jakie Miriam potrafiła przywołać, to kolejny z Menevorczyków kopiący ciało chłopca na bok jaskini, aby nie przeszkadzał im w wynoszeniu innych. Żołnierz, który się nią zajmował, od razu zaczął związywać jej ręce za plecami. Stęknęła z bólu. Nie wiedziała, co czuje na swoich nadgarstkach, ale lina, której używano, paliła, kiedy dotykała skóry.

– Nie wierć się – rzucił starszy żołnierz, po czym dodał: – Zwiąż ich osobno, pójdą do innych części. Tego grubego damy na mycie garów, a tę…

Zawiesił głos, gdy Miriam podniosła wzrok. Zauważyła, że patrzył wprost na nią. Lustrował ją z góry na dół, a kiedy zbliżył się do niej i ukląkł na jedno kolano, odpiął zapięcie jej płaszcza. Materiał zsunął się z jej ramion, a inni westchnęli z przestrachem. Usłyszała dźwięk dobywanych mieczy i napinanego łuku, skierowanych wprost w nią. Sam dowódca odsunął się od niej jak poparzony.

Kobieta była drobna i niepozorna. Podobnie jak reszta Trahańczyków odznaczała się wręcz alabastrową skórą. Oczy miała wielkie i błękitne jak letnie niebo albo północne lodowce. Jej włosy, kiedyś czarne i gęste, teraz były splątane, brudne i poszarpane w różne strony. Wiosenna jasnozielona sukienka opadła jej z ramion, ukazując żołnierzom skomplikowane druidzkie tatuaże. Liczne zioła, owoce i ciernie oplatające jej ciało niczym pnącza odznaczały się na jej skórze jak wypalone w drewnie wzory.

Usłyszała któregoś z żołnierzy:

– Czemu nic nie robi, dowódco?

Mężczyźni spojrzeli po sobie, nie rozumiejąc, co się właśnie dzieje i dlaczego kobieta z nimi nie walczy. Wyklęta natomiast czuła falę wstydu, spływającą gorącym strumieniem po jej plecach.

Nagle obok nich zaczęły roznosić się odgłosy nierównego marszu, krzyków i szurania. Grupa mieszkańców, związanych łańcuchami i w stalowych obrożach, przeszła blisko nich. Część z nich zaczęła się wyrywać, gdy spostrzegli Miriam siedzącą na ziemi, z dowódcą Menevorczyków tuż przy jej twarzy. Niektórzy zaczęli pluć w jej stronę, a ich ślina dotarła również do niego. Wstał i energicznym ruchem powalił losową osobę w kajdanach. Mężczyzna, cały we krwi, opadł na kolana, ciągnąc za sobą ludzi obok.

– Zdrajczyni! – krzyknęła po trahańsku jedna z kobiet.

Zdziwieni żołnierze musieli pogrozić mieczem, aby ludzie się uspokoili i ruszali dalej w kierunku ich obozu.

Miriam myślała już tylko o tym, jak bezużytecznym artefaktem się stała i że – o ile nie zabije jej gwałcący żołnierz – to z pewnością zrobi to któryś ze zniewolonych mieszkańców Eilun. Wystarczyło tylko poczekać.

– Zawołajcie tego całego Duarte, niech tu przyjdzie – rzucił dowódca, po czym zwrócił się do Miriam. – Musimy się dowiedzieć, co mamy z tobą zrobić. Myślałem, że zapowiada się miłe popołudnie, ale chyba nic z tego, co?

Kobieta spojrzała na niego spode łba. Cały czas mówił do niej po menevorsku, jednak rozumiała ich mowę bez zastrzeżeń. Ciernie w pierwszej kolejności poznawały języki obcych.

– Widzę, że wiesz, o czym mówię – odparł starszy mężczyzna z uśmiechem na twarzy. Przyglądał jej się ostrożnie, zbliżając się małymi krokami, jak do dzikiego zwierza. Miriam zauważyła, że jego uszy były nieco bardziej zaokrąglone niż u innych żołnierzy, ale mimo to odznaczał się podobnie ostrymi rysami twarzy.

Zaciskając szczęki, przymknęła oczy ze zrezygnowaniem. To wszystko było jej winą. Człowiek, któremu pomogła, musiał przemknąć przez miasto i zdobyć informacje, gdzie najlepiej zaatakować.

Wśród żołnierzy nastąpiło nagłe poruszenie i Miriam poczuła, jak ktoś ponownie szarpie ją ku górze. Tym razem był to dowódca. Inni bali się jej dotknąć. Elfy stały dookoła niej w pełnej gotowości, podczas gdy zbliżyło się do nich czterech mężczyzn, z czego jeden był wysłannikiem dowódcy. Dwaj żołnierze mieli na sobie czarno-czerwone szaty, na które nałożyli srebrzyste pancerze. Nie nosili żadnych herbów ani znaczących symboli. Ostatnim człowiekiem, który przybył, był postawny mężczyzna o opalonej skórze, naznaczonej ranami po licznych walkach. Brodę miał czarną i długą, spiętą skuwkami na wysokości piersi. Włosy natomiast zaczesane były do tyłu i lśniły licznymi pasmami siwizny. Rękę opierał o stalową, potężną rękojeść miecza, jak gdyby nosił go tylko dla ozdoby.

Mężczyzna ewidentnie wzbudzał szacunek, bo inni żołnierze rozstąpili się przed nim, spoglądając z przestrachem. Przybysz nawet na nich nie spojrzał, a zwrócił się tylko znudzonym tonem do dowódcy zgrai:

– Czemu każesz mi marnować czas na jakąś trahańską dzikuskę?

Dowódca odchrząknął i zdarł fragment sukni z ramienia Miriam, ukazując jej tatuaże. Kobieta wygięła się rozpaczliwie, ale jego chwyt był mocniejszy. Zauważyła, jak drugi mężczyzna zmarszczył krzaczaste brwi. Spojrzał na nią badawczo.

– Zainteresowany, Duarte? – spytał dowódca z nutą kpiny. – Chcieliśmy się upewnić, czy jest, no wiesz, bezpieczna.

Mężczyzna o długiej brodzie zbliżył się do Miriam. Zauważyła jego ciemne ostre oczy, które lustrowały ją z góry na dół, jakby czegoś szukał. Zacisnął dłoń na jej szyi, patrząc jej prosto w oczy. Serce kobiety zamarło w piersi. Szukał jej Źródła. Czyżby przybysz sam był szepczącym?

Ona również zaczęła się w nim czegoś doszukiwać, jednak nie miała nawet pojęcia czego. Nie widziała nic poza znudzoną pustką.

– Bezpieczna. Nawet jeśli kiedyś była druidką, to już nic od niej nie wyczuwam. Zrób z nią, co zechcesz, Caster – rzucił Duarte znużonym tonem.

– Myślisz, że Harred będzie chciał z nią porozmawiać? – spytał dowódca.

– Może.

Miriam poczuła kolejną falę przerażenia, gdy tylko usłyszała znajome nazwisko. Generał Harred był główną twarzą ataku na centralną granicę Trahy. Od ponad trzech miesięcy szturmował kraj druidów wraz ze swoimi oddziałami, przechwytując zwykłych Trahańczyków do niewoli i zabijając ich druidzką część. Czasami ludzie znikali bez śladu, nawet nie walcząc. Całe miasta pozostawały wypalone do gołej ziemi, a lasy były karczowane przez elfich żołnierzy. Miriam nie miała pojęcia, że Pan Niewolników był tak blisko miejsca, w którym rezydowała. Gdyby tylko wiedziała, usłuchałaby sióstr, kiedy kazały jej wracać do domu.

* * *

Droga do obozu wydawała się nie mieć końca. Miriam niewiele pamiętała z tego dnia. Każda chwila była zamazaną plamą. Ci z Eilun, którzy mieli jeszcze siły, wyzywali ją od kurew i szmat, inni ciskali gromem z oczu, a kolejni po prostu kręcili głowami. Podczas marszu żołnierze pilnowali prostego szyku. Każdy miał nadgarstki skute łańcuchem, który wrzynał się w skórę i mięśnie, a w połączeniu z obrożą wbijającą się w obojczyk sprawiał, że ciało skupiało się wyłącznie na tym, aby nie upaść.

Brali głównie młodych ludzi, zdarzyło się kilka osób starszych, jednak te zostały chyba pojmane przez nieuwagę lub przeznaczone do specjalnych celów, co nie zmieniło faktu, że jedynie spowalniały marsz. Żołnierze bili i krzyczeli, popychali innych w barki. Ktoś z przodu dostał w głowę zbyt mocno i osunął się nieprzytomny na ziemię. Menevorczycy nie pozwalali jednak, aby to zwolniło tempo kolumny, więc ciało musiało być ciągnięte przez resztę więźniów.

Było południe, gdy w końcu dotarli do obozu. Miriam zauważyła ciemnozielone namioty rozstawione pośród drzew. Niektóre z nich zostały wycięte, a z ich pni zrobiono stoliki lub siedziska. Nikt z Trahy nigdy by sobie na to nie pozwolił. Drzewo było tu przed ludźmi i było święte. Menevor jednak nie miał kodeksu moralnego, opartego na harmonii ze światem, który go otaczał. Elfi umysł od stuleci ograniczał niewidzialny Pan Odkupienia.

Obóz wybuchł okrzykami. Ci, którzy gotowali potrawki czy ostrzyli broń, wstali i zaczęli gratulować swoim pobratymcom udanych łowów. Niektóre dziewczyny były szarpane jeszcze podczas wejścia do obozowiska, a mężczyźni szturchani mieczami i łukami w żebra.

Caster pojawił się nagle u boku Miriam. Spoglądał srogo na każdego żołnierza, który chciał ją złapać i wyrwać dla siebie. Mężczyźni odsuwali się z niesmakiem, widząc, że dowódca pilnuje jej jak sęp. Kobieta zaś posuwała się resztkami sił. Jedyną ulgą był dla niej lekki wiosenny wiatr chłodzący spoconą twarz i kark.

– Słyszałem o takiej jednej, co pomogła naszemu, kilka dni temu – zaczął nagle Caster, zwracając się do niej. – Uzdrowicielka. Ładna, o ciemnych włosach, z cierniami na cyckach. Ponoć wyleczyła naszego kapitana w jedną noc.

Zauważyła, że przyglądał się jej z lekkim rozbawieniem. Wymieniła z nim jedynie zmęczone spojrzenie. Zdawał się czekać na odpowiedź.

– Silas – wychrypiała ledwo słyszalnie.

– A więc to ty. – Caster uśmiechnął z niedowierzeniem. – Już rozumiem, czemu inni tak na ciebie plują. Zdradziłaś swoich. Kapitan dał ci chociaż jakąś zapłatę?

Miriam milczała i maszerowała dalej. Czuła, jak kręci jej się w głowie i coraz ciężej złapać jej oddech. Krzyki, tupot, rżenie koni i śmiech żołnierzy mieszały się w ogłuszający szum. Kakofonię dźwięków przerwało prychnięcie Castera.

– Jeśli będziesz tak samo rozmowna z generałem, nie ręczę, że dożyjesz poranka – skomentował. – Gadaj, a dostaniesz jedzenie i wodę, które nie będą szczynami naszego gwardzisty.

Przez głowę Miriam przebiegło kilka scenariuszy. Nie wiedziała, jak bardzo chce przeżyć. Nie była pewna, czy chce widzieć kolejny poranek. Jedyne, co miała teraz przed sobą, to kilkadziesiąt spoconych i zakrwawionych pleców – wszystkie spętane w jednej, ciągnącej linii.

Caster szedł u jej boku, milcząc, aż dotarli do samego serca obozowiska. Słońce chyliło się ku horyzontowi, a powietrze stawało się coraz mroźniejsze. W centrum znajdowała się wielka, wykarczowana przestrzeń. Ziemia była zdeptana i sucha. Co chwilę odbywał się przemarsz kilku żołnierzy, przemykających w czystych zbrojach, z powiewającymi zielonymi pelerynami. Śmiali się i dokazywali, niosąc półmiski z jedzeniem, którego ciepły zapach unosił się wokół wygłodzonych jeńców.

Kolejną rzeczą, którą Miriam zauważyła, były czarne stalowe klatki. Wewnątrz tłoczyli się ludzie z rękami zwieszonymi pomiędzy prętami. Ubrania mieli brudne od brązowej cieczy, najpewniej krwi i odchodów. Ich chude, przerażone twarze wyły zza krat, błagając o wodę. Miriam wydawało się, że patrzy na wysuszone gałęzie drzew uginające się na ciężkim wietrze, a nie na ludzi.

– To się z tobą stanie, jeśli nie będziesz współpracować – rzucił Edmund. – Tamci najpewniej pójdą na sprzedaż, a dzieci do kopalni. Jeśli któryś będzie się bardziej wyrywać, to wyślemy go na łamanie do Anaya.

Kobieta spojrzała na niego przerażona. Twarz mężczyzny nie wyrażała żadnych emocji, może poza odrobiną znudzenia. Widok klatek i pozamykanych w nich ludzi nie robił na nim żadnego wrażenia, zdawać by się mogło, że ciągłe jęki więźniów co najwyżej go irytują.

Gdy zatrzymali się pośrodku obozu, poczuła ciepły, duszący zapach. Nikt inny jednak nie zwracał na niego uwagi. Zebrani żołnierze zaczęli rozdzielać Trahańczyków, których do nich przyprowadzono. Kilku z nich miało ze sobą niewielkie notatniki i kawałek grafitu, którym zapisywali coś na pergaminowych kartach. Wrażenie było takie, jakby nagle trafili na miejski targ – z tą różnicą, że towarem byli żywi ludzie.

– Okopy!

– Lecznica!

– Łoże!

Krzyki piszących notatki unosiły się ponad tłumem. Kolejne osoby zabierano poza pole widzenia. Miriam, pomimo dymu w oczach, starała się wypatrzeć, czy kogoś rozpoznaje w tłumie, jednak każda twarz wydawała się jednakowo brudna, zadrapana, zniekształcona od wymiocin i strachu. Część ludzi przydzielono do zapełnionych klatek, innych brano do osobnych namiotów. Dzieci oddzielano od dorosłych, a gdy te podnosiły krzyk, żołnierze natychmiast kopali je w brzuch i zaciągali w inne zakątki obozu.

Kiedy jeden z żołnierzy – niepozorny, szczupły mężczyzna o mysiej twarzy – pojawił się z zeszytem przy Miriam, Caster natychmiast odchrząknął.

– Co się stało, Edmundzie? – Żołnierz zaczął się uśmiechać. – Ta ma iść specjalnie do twojego namiotu?

Menevorczyk skrzywił twarz z wyrazem obrzydzenia.

– Jeszcze się czymś zarażę od tej świni, Oden – rzucił opryskliwie. – Ta ma iść do generała Harreda. Zanotuj sobie.

Oden spojrzał na niego spode łba, a potem na Miriam. Otaksował ją spojrzeniem, jakby patrzył na nowo kupiony mebel i zastanawiał się, gdzie go postawić.

– Generał jest zajęty. Przesłuchuje jakiegoś marudę, którego znaleźli w jaskiniach – odparł, kończąc notatkę. – Jeśli od razu nie wyrzuci cię na zbity pysk, to proszę bardzo. Próbuj.

Dał Edmundowi klucze do obroży, a ten sprawnie oswobodził kobietę, odwiązując od tłumu. Miriam nie czuła rąk, miała wrażenie, że palący ból po linie, którą wcześniej zaciśnięto na jej ciele, nadal wżerał się w skórę. Gdy zdjęto jej obrożę, poczuła, że w końcu może oddychać. Ku jej niezadowoleniu Edmund zaraz po tym wyciągnął zza pasa kawał sznura i zaczął obwiązywać jej dłonie, tym razem z przodu.

Krzyknęła z bólu.

– Zamknij ryj – warknął Oden, uderzając ją pięścią w skroń.

– Oden, ma umieć gadać, a nie zarzygać nam stoły – upomniał go Edmund.

Drugi mężczyzna parsknął śmiechem i podszedł do kolejnej osoby w rzędzie. Gdy tylko się oddalił, kobieta poczuła silny uścisk. Mężczyzna podtrzymywał ją w pionie.

– Dasz radę gadać? – zapytał szeptem. – Nie przydasz nam się, jeśli nie umiesz gadać.

– Umiem – wyszeptała. Usta miała suche, a przed oczami na chwilę pojawiły się czarne plamki.

Mężczyzna zaczął ją popychać do przodu. Nie wiedziała, dokąd idzie. Słyszała szum, wrzaski, rozmowy i trzask ognia, który zdawał się palić ją w uszy. Powłóczyła nogami resztkami sił.

Edmund zaprowadził ją do wielkiego namiotu znajdującego się na obrzeżach obozu. Żołnierze byli tu mniej liczni, ale wyglądali na weteranów: starsi, z grubymi włosami spiętymi w kucyki i warkocze. U niektórych były one tak długie, że wiązali je rzemykami, by nie przeszkadzały im w walce. Ich zbroje były wygięte i porysowane, większość nie nosiła też płaszcza. Siedzieli w ciszy, jedli i ostrzyli noże. Zgiełk centrum obozowiska tu nie docierał.

Wszyscy patrzyli zaciekawieni na Edmunda, gdy ten prowadził młodą kobietę. Jej spódnica była splamiona krwią, a koszulka rozpięta tak, że tatuaże na ciele były widoczne dla każdego, kto na nią spojrzał. Twarz miała bladą, z sinymi, spękanymi ustami, a wielkie oczy spoglądały spod półprzymkniętych powiek na namiot, do którego się zbliżała.

– Zaczekaj w środku – rzucił jeden z przybocznych, stojących przy wejściu. – Ostatni facet prawie nic nie powiedział, a generał musiał zrobić przerwę. Nie uwierzysz, ile wytrzymał – zarechotał.

Mężczyzna wyszczerzył się do Castera, a ten popchnął Miriam do wejścia.

Namiot był niewiele większy od piętra jej lecznicy. Zaraz na wstępie zauważyła długi stół z sześcioma dosuniętymi krzesłami. Jedno z nich, stojące u szczytu, najdalej od Miriam, było zajęte przez ciało mężczyzny, którego głowa spoczywała na stole. Jego krew zdążyła już zakrzepnąć na obrysowanym drewnie. Ręce związane z tyłu do oparcia krzesła, a barki wykrzywione w nienaturalny sposób powodowały, że mężczyzna sprawiał wrażenie szmacianej kukły. Obok jego czoła, dotykającego blatu, zauważyła niewielkie kawałki skóry, nie była w stanie stwierdzić, skąd pochodziły. Edmund mruknął z niezadowoleniem i natychmiast posadził kobietę na najbliższym krześle, naprzeciwko zwłok.

Czuła ból bijący z nóg po całodziennym marszu. Nadgarstki były ociężałe i poranione, a skóra na karku – jako jedyna – odpoczywała po czasie spędzonym w obroży. Chciało jej się pić. Chciała spać. Chciała zapomnieć o tym, co działo się dookoła niej.

Usłyszała głos Castera:

– Generale.

Zobaczyła kątem oka, jak wypycha pierś do przodu i prostuje się jak na zawołanie.

Kiedy tylko zobaczyła wysoki cień, przyćmiewający światło wpadające do namiotu, przymknęła oczy z przerażenia.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij