Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Endostella - Nasza pierwsza historia - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
6 lipca 2026
29,00
2900 pkt
punktów Virtualo

Endostella - Nasza pierwsza historia - ebook

„Endostelle” to opowieść o 17‑letniej licealistce, która próbuje żyć jak każdy inny nastolatek — mimo endometriozy, bólu i ograniczeń, które od lat wyznaczają granice jej codzienności. Wszystko zmienia się, gdy przypadkowe spotkanie z kosmitą Agryllem wywraca jej świat do góry nogami. Nagle musi na nowo nauczyć się siebie, świata i tego, co znaczy mieć wybór. Pozostaje uczciwa, dobra i wrażliwa — ale teraz jest także sprawcza, potężna, niemal superbohaterska. „Endostelle” to wielogatunkowy miks: science fiction, opowieść superbohaterska, dramat obyczajowy i historia o dojrzewaniu — filtrowane przez realizm emocjonalny, chorobę, wiarę, zderzenie kultur oraz pytanie o to, czym właściwie jest siła. To książka o odpowiedzialności, o przekraczaniu własnych granic i o tym, że prawdziwa moc nie zawsze polega na tym, by uderzyć mocniej. Czasem polega na tym, by w ogóle wstać.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788398159616
Rozmiar pliku: 3,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Pro­log

Wkro­czy­łam pew­nym kro­kiem do śnież­no­bia­łe­go ko­ry­ta­rza bez ścian, pod­łóg i su­fi­tu. Nie­skoń­cze­nie pu­sta prze­strzeń. Przez mo­je cia­ło prze­szedł cha­rak­te­ry­stycz­ny dreszcz. Lu­bię to uczu­cie, gdy płyn­ny me­tal wy­do­by­wa się ze mnie, two­rząc zbro­ję – jak szczy­pa­nie w po­łą­cze­niu z ła­skot­ka­mi. Po­mi­ja­jąc część twa­rzy, pan­cerz jest jed­no­li­ty. Na wy­so­ko­ści oczu znaj­du­je się prze­zro­czy­sty wi­zjer, ekran wy­świe­tla­ją­cy róż­ne in­for­ma­cje i wskaź­ni­ki: po­ziom tle­nu, do­stęp­ną ener­gię, sta­tus po­szcze­gól­nych kom­po­nen­tów i stan zdro­wia.

– Sys­tem za­ła­do­wa­ny. – Ko­bie­cy głos po­in­for­mo­wał mnie o za­koń­cze­niu pro­ce­su prze­mia­ny.

Pisk sen­so­rów dał mi znać o na­głym sko­ku po­zio­mu ener­gii. Chwi­lę póź­niej po­czu­łam mro­wie­nie na ca­łym cie­le, po­twier­dza­ją­ce zmia­nę w prze­strze­ni. Unio­słam gło­wę, roz­glą­da­jąc się wo­kół. Po­cząt­ko­wo spra­wia­ło mi to pro­blem, z uwa­gi na jed­no­li­ty wy­gląd po­miesz­cze­nia, ale po kil­ku pró­bach zdą­ży­łam się przy­zwy­cza­ić. Cząst­ki zmie­nia­ły swo­je po­zy­cje, co ob­ja­wia­ło się „szarp­nię­cia­mi” rze­czy­wi­sto­ści. Jak­by ktoś dys­po­no­wał apa­ra­tem, któ­ry po zro­bie­niu zdję­cia po­zwa­la wy­rwać ob­raz ze świa­ta. Prze­strzeń przede mną się za­ła­ma­ła, two­rząc wy­rwę cza­so­prze­strzen­ną. Wy­glą­da­ła jak ko­smos w mi­nia­tur­ce. Czar­na ni­czym smo­ła, ale z do­dat­ko­wy­mi, wie­lo­ko­lo­ro­wy­mi bły­ska­mi. Gdy te­le­por­ter się usta­bi­li­zo­wał, prze­kro­czy­łam je­go próg. Zda­wał się mieć swój wła­sny mi­kro­kli­mat, tak jak­by miał przy­go­to­wać cia­ło do te­le­por­ta­cji. Wy­da­wa­ło mi się, że wcho­dzę do cia­snej, za­wil­go­co­nej szcze­li­ny. Mo­ja skó­ra się na­wil­ża­ła, a chłod­niej­sze po­wie­trze draż­ni­ło gar­dło. Po przej­ściu kil­ku kro­ków w mro­ku nie­wi­dzial­na ener­gia za­ssa­ła wszyst­ko w głąb.

Tu­nel cza­so­prze­strzen­ny prze­niósł mnie na nie­zna­ną pla­ne­tę. Za­wi­słam w po­wie­trzu, by spoj­rzeć na nią z gó­ry. Gdy­bym mia­ła opi­sać ją mak­sy­mal­nie jed­nym sło­wem, po­wie­dzia­ła­bym, że jest he­te­ro­ge­nicz­na. Za­uwa­ży­łam, że dzie­li się na pięć bio­mów o zbli­żo­nej po­wierzch­ni. Roz­le­głe, skraj­nie zróż­ni­co­wa­ne ob­sza­ry wy­ra­sta­ły spod znaj­du­ją­cej się przede mną gó­ry. Ak­ty­wo­wa­łam im­plant znaj­du­ją­cy się w oku, by przyj­rzeć się naj­bar­dziej od­da­lo­nym te­re­nom. Pu­sty­nia i tun­dra ce­cho­wa­ły się po­dob­ną su­ro­wo­ścią co ich ziem­skie od­po­wied­ni­ki.

Spoj­rza­łam w in­ne miej­sce, za­trzy­mu­jąc się przy nim na dłu­żej. Jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­łam wy­so­kich fal ude­rza­ją­cych o sku­te lo­dem kli­fy. Naj­lep­szy efekt da­wa­ły te naj­wyż­sze. Gdy cie­pła wo­da ude­rza­ła szczy­ty gór, two­rzy­ła sre­brzy­stą po­świa­tę. Przy­bli­ży­łam wi­dok, do­strze­ga­jąc mie­sza­ni­nę cie­płej wo­dy i krysz­tał­ków lo­du. Od­bi­ja­ne przez nie świa­tło mie­ni­ło się nie­re­gu­lar­nym bla­skiem, ni­czym ko­ra­li­ki po­rzu­co­ne­go nie­dba­le wi­sior­ka. Al­bo jak­by ktoś nada­wał sy­gnał SOS.

– Faj­ne, co? – prze­mó­wił zło­śli­wym to­nem ko­bie­cy głos.

– By­ło­by ła­twiej, gdy­bym wie­dzia­ła, co mam zro­bić – zri­po­sto­wa­łam.

– Kie­dyś mnie za­brak­nie i bę­dziesz mu­sia­ła ra­dzić so­bie sa­ma.

Vit to ma­ło­mów­na isto­ta za­klę­ta w zbroi, ska­za­na na po­ma­ga­nie in­nym za grze­chy prze­szło­ści. Jej zgo­da na ten układ to by­ła tyl­ko for­mal­ność. Twier­dzi, że rze­ko­mo sam Bóg zle­ca jej róż­ne za­da­nia. Cza­sem na Zie­mi, ale czę­ściej po­za nią. Wy­bra­ła mnie ja­ko swo­je­go no­si­cie­la – ra­zem peł­ni­my funk­cję ko­smicz­ne­go po­li­cjan­ta wy­mie­rza­ją­ce­go spra­wie­dli­wość.

Usły­sza­łam krzy­ki. Lu­dzie i to­wa­rzy­szą­ce im zwie­rzę­ta ucie­ka­ły przed ol­brzy­mią mrów­ką. Tu­łów i od­nó­ża by­ły zbu­do­wa­ne z ludz­kich tka­nek, resz­tę cia­ła owa­da po­kry­wał po­ły­sku­ją­cy, chi­ty­no­wy pan­cerz.

– Wiel­ka na dzie­sięć me­trów! – krzyk­nę­łam, prze­cie­ra­jąc wi­zjer ze zdu­mie­nia.

– To jest twój dzi­siej­szy cel.

Strze­li­łam wszyst­ki­mi sta­wa­mi i ru­szy­łam w je­go stro­nę. Be­stia zio­nę­ła ogniem na po­wi­ta­nie. Na wi­zje­rze wy­świe­tlił się ko­mu­ni­kat, że tem­pe­ra­tu­ra jest nie­groź­na. Uśmiech­nę­łam się pod no­sem, gdy bez pro­ble­mu roz­wia­łam pło­mień ru­chem dło­ni. Stwór za­kle­ko­tał gło­śno żu­wacz­ka­mi, po czym ru­szył na mnie. Wi­dząc, że mo­że zgnieść po­bli­skich lu­dzi, rzu­ci­łam się na nie­go. Pierw­szy cios był tak sil­ny, że owad mu­siał się za­przeć swo­imi ludz­ki­mi od­nó­ża­mi. Od­wró­ci­łam gło­wę w po­śpie­chu, upew­nia­jąc się, że ucie­ki­nie­rzy są bez­piecz­ni. Mrów­ka, nie da­jąc mi cza­su na od­po­czy­nek, za­ata­ko­wa­ła od­wło­kiem, od­rzu­ca­jąc mnie na kil­ka me­trów. Ak­ty­wo­wa­łam sil­nicz­ki ha­mu­ją­ce, za­trzy­mu­jąc się w po­wie­trzu. Wy­sta­wi­łam dłoń, chcąc ją wy­eli­mi­no­wać po­je­dyn­czym po­ci­skiem ener­ge­tycz­nym.

– Od­ra­dzam. Za ma­ły ka­li­ber – prze­mó­wi­ła Vit swo­im cha­rak­te­ry­stycz­nym, iro­nicz­nym to­nem.

Gdy­by nie obec­ność lu­dzi, zi­gno­ro­wa­ła­bym ją. Cof­nę­łam dłoń, jed­no­cze­śnie wy­pusz­cza­jąc czte­ry dro­ny z otwo­ru umiej­sco­wio­ne­go na mo­ich ple­cach.

– Tryb: de­struk­cja. Cel: mrów­ka. Na mój roz­kaz – wy­da­łam po­le­ce­nie.

Bez­za­ło­go­we stat­ki za­czę­ły zmie­niać kształt. Sil­nicz­ki z przo­du i ty­łu prze­su­nę­ły się na śro­dek w ce­lu usta­bi­li­zo­wa­nia po­zy­cji. Przo­dy dro­nów się wy­dłu­ży­ły, a war­stwa pan­ce­rza zmie­ni­ła się na okrą­gły ta­lerz. Kon­tu­ry cza­szy ra­da­rów bły­snę­ły czer­wo­nym świa­tłem.

– Do­brze, że pod­ła­do­wa­łam go czą­stecz­ka­mi En­gra­tu – po­wie­dzia­łam w my­ślach.

Ru­szy­łam z im­pe­tem na mrów­kę, od­py­cha­jąc ją na kil­ka­na­ście me­trów. Atak nie na­ru­szył w żad­nym stop­niu in­te­gral­no­ści chi­ty­no­we­go pan­ce­rza. Na­wet go nie dra­snął. Ką­tem oka spo­strze­głam, że wszy­scy zdą­ży­li uciec, więc przy­stą­pi­łam do kontr­ofen­sy­wy. Wy­bra­łam za cel ata­ku punkt, w któ­rym od­nó­że łą­czy­ło się z tu­ło­wiem.

– Atak!

Gdy tyl­ko wy­da­łam roz­kaz, ra­da­ry wy­strze­li­ły czer­wo­ny­mi pro­mie­nia­mi pla­zmy. Mon­strum za­szar­żo­wa­ło na mnie po utra­cie koń­czy­ny. Tym ra­zem wska­za­łam na pra­wą żu­wacz­kę. Czer­wo­ne włók­na świa­tła po­zba­wi­ły ją ko­lej­nej czę­ści cia­ła. Tuż po tym za­czę­ła ucie­kać w kie­run­ku ho­ry­zon­tu. Że­by wzmoc­nić prze­kaz, że nie jest tu mi­le wi­dzia­na, wy­ce­lo­wa­łam kil­ka ra­zy w jej od­włok. Upew­niw­szy się, że nie wró­ci, wy­lą­do­wa­łam na po­bli­skiej ska­le. Lu­dzie nie wró­ci­li, ale zwie­rzę­ta opu­ści­ły tro­pi­kal­ny las, dzię­ku­jąc mi za po­moc. Na­sza za­ba­wa nie trwa­ła dłu­go. Za­wy­ła sy­re­na, któ­ra w prze­ci­wień­stwie do po­two­ra, nie wy­stra­szy­ła zwie­rząt.

– Ech, nie chcę wra­cać do bu­dy… – po­wie­dzia­łam smut­nym to­nem, głasz­cząc sa­ren­kę. – Za­wsze w naj­gor­szym mo­men­cie…Roz­dział 1 – No­wy po­czą­tek

Prze­bu­dzi­łam się i od­wró­ci­łam gło­wę w kie­run­ku ze­ga­ra le­żą­ce­go na po­bli­skiej sza­fecz­ce.

– Jesz­cze go­dzi­na do po­bud­ki… Auu! – syk­nę­łam.

W pierw­szej chwi­li po­my­śla­łam, że to zro­sty zno­wu na­ci­ska­ją na mied­ni­cę i dol­ną część ple­ców. Do­tknę­łam pal­ca­mi oko­lic ne­rek, pró­bu­jąc zlo­ka­li­zo­wać go­re­ją­cy punkt. Po do­kład­nym spraw­dze­niu swo­je­go cia­ła zro­zu­mia­łam, że przy­czy­na le­ży w in­nym miej­scu.

Nie są tak na­brzmia­łe jak kil­ka go­dzin te­mu. Apap i Py­ral­gi­na dzia­ła­ją. Co mo­że być przy­czy­ną? – za­sta­na­wia­łam się, pró­bu­jąc wstać z łóż­ka.

Do­sta­łam od­po­wiedź, gdy tro­chę za bar­dzo na­pię­łam brzuch. Ból w pod­brzu­szu był zbyt in­ten­syw­ny, by po­my­lić go z czymś in­nym. Gdy­by to by­ły ogni­ska en­do­me­trio­zy, po­czu­ła­bym stan za­pal­ny, a nie skur­cze. No i na pew­no nie mia­ła­bym wra­że­nia, że or­ga­ny w do­le brzu­cha wi­ru­ją.

Za­czę­ła się ko­lej­na mie­siącz­ka…

Przez kwa­drans pró­bo­wa­łam zna­leźć dla sie­bie wy­god­ną po­zy­cję. Nic z te­go. Każ­da kon­fi­gu­ra­cja wią­za­ła się z po­czu­ciem dys­kom­for­tu. Z ro­sną­cą iry­ta­cją pod­nio­słam się jed­nym zry­wem. Na­rośl znaj­du­ją­ca się gdzieś w oko­li­cy mied­ni­cy za­re­ago­wa­ła tak jak zwy­kle. Opor­nie. Czu­łam się ni­czym in­stru­ment z prze­sad­nie na­pię­ty­mi stru­na­mi.

Wo­lę je­den więk­szy skurcz niż kil­ka mniej­szych. Kró­cej bo­li – po­my­śla­łam, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o ścia­nę.

Za­wi­ro­wa­ło mi przed ocza­mi. Po­wstrzy­ma­łam się od szyb­kich ru­chów, wi­dząc, jak sza­fa raz się zbli­ża, a in­nym ra­zem od­da­la. Gdy się upew­ni­łam, że mózg jest już prze­bu­dzo­ny, za­czę­łam swo­ją co­dzien­ną ru­ty­nę od ćwi­czeń od­de­cho­wych i roz­cią­ga­nia dol­nych par­tii mię­śni. Z po­cząt­ku czu­łam opór sztyw­nych tka­nek, ale po kil­ku wol­niej­szych, peł­niej­szych ru­chach zrost w koń­cu się po­lu­zo­wał. Po kwa­dran­sie od­czu­łam za­uwa­żal­ną po­pra­wę. Na­rośl nie­co od­pu­ści­ła, a bo­lącz­ki pod­czas ru­chu sta­ły się le­d­wie od­czu­wal­ne. Na koń­cu zaj­rza­łam do te­le­fo­nu.

O, wia­do­mość od sio­stry…

Prze­czy­ta­łam ją w my­ślach gło­sem Ba­si:

Cześć, Ania! Mia­łam wpaść w wa­ka­cje, ale bab­ka usa­dzi­ła mnie na eg­za­mi­nie. Wpad­nę do Msz­czo­no­wa po se­sji po­praw­ko­wej. Prze­pra­szam!

Po­czu­łam, jak gu­la ro­śnie mi w gar­dle. Mi­mo że przy­zwy­cza­iłam się do jej nie­obec­no­ści, cią­gle czu­łam pust­kę w co­dzien­nym ży­ciu.

Nic nie mo­że ze­psuć mo­je­go do­bre­go hu­mo­ru! Dzi­siaj po­że­gnam się z pierw­szą kla­są li­ceum i za­cznę wa­ka­cje! – po­my­śla­łam, ma­su­jąc się po bocz­kach.

Po po­ran­nej to­a­le­cie w mo­jej ła­zien­ce prze­bra­łam się do wyj­ścia. Dla pew­no­ści wzię­łam jesz­cze por­cję Py­ral­gi­ny. Za­my­ka­jąc drzwi do swo­je­go po­ko­ju, spraw­dzi­łam wszyst­ko jesz­cze raz.

Jest czy­ściut­ko, oce­ny są do­bre, ro­dzi­ce nie ma­ją pre­tek­stu, by mnie nie pu­ścić na ogni­sko kla­so­we.

Po­ru­sza­łam się moż­li­wie jak naj­ci­szej, by nie obu­dzić do­mow­ni­ków. Ma­ma jak zwy­kle wsta­ła ja­ko pierw­sza. Przy­go­to­wy­wa­ła śnia­da­nie dla ta­ty, któ­ry pra­cu­je ja­ko żoł­nierz. Mi­mo uro­dze­nia trój­ki dzie­ci i wie­lo­let­nie­go nie­wy­sy­pia­nia się, wy­glą­da­ła na­praw­dę do­brze jak na czter­dzie­ści trzy la­ta. Choć na twa­rzy za­czę­ły po­ja­wiać się pierw­sze zmarszcz­ki, ma­ma nad­ra­bia­ła szczu­płą fi­gu­rą. To po­dob­no atut na­szej ro­dzi­ny… z jed­nym, ma­łym wy­jąt­kiem.

– Cześć, ma­muś!

– Cześć, Aniu… Aleś się wy­stro­iła… Nie za szyb­ko wsta­łaś? – za­py­ta­ła za­spa­nym gło­sem.

– Nie mo­głam spać. Zbu­dzi­łam się dwa ra­zy. Naj­pierw przez zro­sty na ja­jo­wo­dach, a ra­no…

– Okres? – do­py­ta­ła, wzdy­cha­jąc.

– Tak, za­czął się w no­cy.

Ma­ma od­wró­ci­ła się w mo­ją stro­nę.

– Wi­dzę po oczach, że chcesz mnie o coś za­py­tać.

– Tak! Chcia­ła­bym pójść na ogni­sko kla­so­we.

– Ro­zu­miem, że na ca­łą noc? – od­po­wie­dzia­ła, uśmie­cha­jąc się.

– Ta­aak! Zgo­dzisz się?! – za­py­ta­łam, ro­biąc naj­słod­szą mi­nę, na ja­ką by­ło mnie stać.

– No do­bra. Tyl­ko naj­pierw chcę zo­ba­czyć świa­dec­two. Wiesz, ja­ki jest twój ta­ta. Bez pod­kład­ki bę­dzie ma­ru­dził i za­da­wał py­ta­nia.

– Ja­sna spra­wa. Jak coś, bę­dzie­my w po­bli­żu dział­ki Mag­dy.

– Do­brze, leć, cór­cia. Tyl­ko pa­mię­taj o die­cie!

– Mag­da mó­wi, że bę­dzie też grill! Do zo­ba­cze­nia. – Po­ca­ło­wa­łam ją w po­li­czek, po czym opu­ści­łam kuch­nię.

Zła­pa­łam za mo­ją to­reb­kę z na­szyw­ka­mi z ulu­bio­nych ko­mik­sów i ru­szy­łam do szko­ły. Sło­necz­na po­go­da spra­wi­ła, że mo­men­tal­nie za­po­mnia­łam o ja­kim­kol­wiek bó­lu. Po mi­nię­ciu głów­nej uli­cy za­ło­ży­łam słu­chaw­ki. Od po­nad pół ro­ku nie­prze­rwa­nie słu­cham Rol­ling Star śpie­wa­ne­go przez Yui – in­tra do mo­je­go ulu­bio­ne­go ani­me. Wi­dząc, że nie ma ni­ko­go przede mną ani za mną, za­mknę­łam oczy, od­da­jąc się ryt­mi­ce pio­sen­ki.

Tyl­ko po­ka­żę oj­cu świa­dec­two i mam dwa mie­sią­ce la­by! Na szczę­ście uda­ło mi się pod­cią­gnąć trój­kę na czwór­kę z WOK-u…

Wy­da­wa­ło mi się, że ktoś mnie wo­ła. Nie wi­dząc ni­ko­go z przo­du, spoj­rza­łam w pra­wo, a po­tem od­wró­ci­łam szy­ję. Po­za kil­ko­ma bab­cia­mi kil­ka­set me­trów ode mnie szłam sa­ma. Po­czu­łam, jak ktoś szarp­nął mnie za to­reb­kę. Od­wró­ci­łam się i zo­ba­czy­łam au­to oj­ca mo­jej przy­ja­ciół­ki.

– ANIA! No już my­śla­łam, że nie usły­szysz. Wska­ku­jesz?! – za­py­ta­ła, otwie­ra­jąc drzwi do sa­mo­cho­du.

– O, Wik­to­ria! – Wsia­dłam do środ­ka. – Dzień do­bry, cześć. – Zdję­łam słu­chaw­ki. – Pięk­ny po­czą­tek wa­ka­cji!

– Oo, dzi­siaj jest po­go­da – od­po­wie­dzia­ła Wik­to­ria, pa­ro­diu­jąc głos Ko­no­no­wi­cza.

– Pra­wie jak­bym sły­sza­ła Krzyś­ka. Ha, ha – sko­men­to­wa­łam na­śla­dow­nic­two Wik­to­rii.

– Praw­da?! Ćwi­czę od ty­go­dnia!

– No­wa na­szyw­ka? – za­py­ta­łam, się­ga­jąc po jej to­reb­kę.

– Tak, przy­szła wczo­raj. – Na­szyw­ka przed­sta­wia­ła lo­go ze­spo­łu Ate­ez, któ­ry nie­daw­no od­wie­dził mię­dzy in­ny­mi War­sza­wę.

A jak­że, ró­żo­wa, cze­go in­ne­go mo­gła­bym się spo­dzie­wać po Wi­ki? – sko­men­to­wa­łam w my­ślach.

– Nie wiem, co gor­sze. Słu­cha­nie ja­zgo­tów tych chłop­ta­siów czy ja­kie­goś pi­ja­ka – wtrą­cił się męż­czy­zna.

– Ta­to, mó­wi­łam ci, że w Ja­po­nii i Ko­rei obo­wią­zu­je in­ny wzo­rzec mę­sko­ści… – od­po­wie­dzia­ła Wik­to­ria, zmie­nia­jąc ton.

– Tyl­ko dla­cze­go brzmią tak, jak przy ści­śnię­tych ja­jach?

Męż­czy­zna prze­ma­wiał żar­to­bli­wym to­nem, by za­ła­go­dzić sy­tu­ację, ale za­dzia­ła­ło ina­czej, niż by chciał.

– Opie­rasz się na ste­reo­ty­pach! Za gra­ni­cą rów­nież kry­ty­ku­je się Po­la­ków za zbyt ostry ję­zyk! – wark­nę­ła cór­ka.

Za­śmia­łam się w du­chu. Mi­mo że lu­bię słu­chać cza­sem k-po­pu, to bli­żej mi do opi­nii oj­ca przy­ja­ciół­ki. Zde­cy­do­wa­nie nie mój typ uro­dy, pre­fe­ru­ję bar­dziej mę­ską pre­zen­cję.

Wik­to­ria to tro­chę wy­co­fa­na in­tro­wer­tycz­ka, ale ma zło­te ser­ce dla każ­de­go. Ni­g­dy nie wi­dzia­łam, by się na ko­goś dłu­go­trwa­le ob­ra­zi­ła, na­wet je­śli ktoś za nią nie prze­pa­da. Po­zna­ły­śmy się dzię­ki Ka­si, na­szej wspól­nej przy­ja­ciół­ce. Choć ma­my róż­ne pre­fe­ren­cje i ta­len­ty, tak sa­mo lu­bi­my po­chła­niać hi­sto­rie w for­mie ko­mik­sów, ksią­żek, se­ria­li.

– A jak to jest u cie­bie? – zwró­cił się do mnie, wy­ry­wa­jąc mnie z prze­my­śleń. – Ro­dzi­ce nie na­rze­ka­ją, że oglą­dasz ta­kie dur­no­ty?

– Ro­dzi­ce wy­zna­ją pro­stą za­sa­dę. Tak dłu­go jak przy­no­szę do­bre oce­ny do do­mu, mo­gę oglą­dać, co chcę.

– I nie prze­szka­dza­ją im wul­ga­ry­zmy? – Mo­ja od­po­wiedź wy­raź­nie go zdzi­wi­ła.

– Zwy­kle słu­cham na słu­chaw­kach – od­po­wie­dzia­łam.

– Czy­li nie za­wsze…

– Nie je­ste­śmy dzie­się­cio­lat­ka­mi. Wi­dzia­ły­śmy gor­sze rze­czy, choć­by w in­ter­ne­cie – do­da­ła przy­ja­ciół­ka ma­rud­nym to­nem.

– No w su­mie, fak­tycz­nie tak jest. Cza­sem za­po­mi­nam, że mo­ja Wi­ku­sia jest mło­dą ko­bie­tą i nie­dłu­go bę­dzie pra­co­wać na eme­ry­tu­rę sta­rusz­ka. – Ta­ta po­ła­sko­tał cór­kę po udzie.

Przy­ja­ciół­ka się za­wsty­dzi­ła, na co my za­re­ago­wa­li­śmy śmie­chem. Przez resz­tę dro­gi mil­cze­li­śmy. Gdy do­je­cha­li­śmy pod szko­łę, ta­ta po­że­gnał cór­kę i udał się do pra­cy.

– Szko­da, że Ka­sia nie do­sta­ła się do na­szej szko­ły – po­wie­dzia­łam ze smut­kiem, szu­ka­jąc na­szej kla­sy.

***

– Nie ro­zu­miem, cze­mu nie prze­pa­dasz za Syl­wią. Jej ko­le­żan­ki to co in­ne­go. Są de­ner­wu­ją­ce, ale Syl­wia ni­g­dy nie na­dep­nę­ła mi na od­cisk – ob­ni­ży­łam ton.

– A jak pa­rę ra­zy na­zwa­ła cię klu­ską?

– No co, praw­dę po­wie­dzia­ła. Nie do­rów­nu­ję wam szczu­płą fi­gu­rą. O Ka­ś­ce nie wspo­mi­na­jąc.

Na­sza trój­ka faj­nie się uzu­peł­nia. Ka­sia jest z to­tal­nie in­ne­go bie­gu­na niż Wik­to­ria. Jej dział­ką są sport i bio­lo­gia. Po­cząt­ko­wo po­dej­rze­wa­łam, że gdy­by nie to, że lu­bi fi­ku­śne kre­sków­ki, wy­bra­ła­by in­ne to­wa­rzy­stwo. Szyb­ko jed­nak zmie­ni­łam zda­nie. By­wa oschła i bez­wstyd­na, ma też wred­ny cha­rak­te­rek, ale ge­ne­ral­nie to do­bra oso­ba. Je­śli cho­dzi o mnie, pla­su­ję się gdzieś po­mię­dzy ni­mi. Cza­sem lu­bię so­bie po­ga­dać o rze­czach nie­istot­nych, ale też po­ma­ru­dzić. Nie­kie­dy jak Ka­sia, czy­li tro­chę wul­gar­nie, ale po­dob­no w na­szych ustach brzmi to na­tu­ral­nie.

– Cześć, dziew­czy­ny! – przy­wi­ta­ła się tle­nio­na blon­dyn­ka, któ­ra prze­szła obok nas z gru­pą ko­le­ża­nek.

– Sie­ma, Syl­wia! – od­po­wie­dzia­łam, a Wik­to­ria za­wtó­ro­wa­ła mi ci­cho.

Po­cze­ka­ły­śmy, aż dziew­czy­ny od­da­lą się od nas na kil­ka me­trów.

– Wra­ca­jąc do te­ma­tu… Też mi jej bra­ku­je, ale ra­czej i tak prze­nio­sła­by się do in­ne­go li­ceum. Za­wsze wo­la­ła sport od przed­mio­tów ści­słych.

– Naj­waż­niej­sze, że ma­my ca­łe wa­ka­cje dla sie­bie! – Wy­szcze­rzy­łam zę­by.

– No i dzi­siej­sze ogni­sko – do­da­ła Wi­ki.

– Przyj­dzie do nas?

– A cze­mu mia­ła­by nie przyjść? Kur­ka wod­na! Prze­cież to ma­łe mia­sto, wszy­scy się zna­my.

– Ra­cja, głu­pio za­py­ta­łam – od­po­wie­dzia­łam pa­rę me­trów przed gru­pą ko­le­ża­nek.

– Wi­dzę, że nie tyl­ko my przy­je­cha­ły­śmy przed cza­sem… – za­wo­ła­ła jed­na z nich.

– Dłu­go już sto­icie? – za­py­ta­łam, przy­tu­la­jąc się do naj­bliż­szej.

– Le­d­wo przy­je­cha­ły­śmy. Mu­sia­ły­śmy ku­pić piw­ka na wie­czór. Brat bę­dzie za­ję­ty ca­ły dzień, a nie chcia­ły­śmy kom­bi­no­wać, więc wsta­ły­śmy wcze­śniej – rzu­ci­ła w od­po­wie­dzi Le­na.

– No, ostat­nio bar­dziej się pil­nu­ją w skle­pach i cią­gle py­ta­ją o do­wód. – Wik­to­ria wtrą­ci­ła się do roz­mo­wy, gdy skoń­czy­ły­śmy wi­tać się z dziew­czy­na­mi.

Na szczę­ście nie mam ta­kich pro­ble­mów. Rok te­mu da­łam się sku­sić i wy­pi­łam z ko­le­żan­ka­mi pół pi­wa i szklan­kę wi­na. By­ło­by cał­kiem faj­nie, gdy­by nie stan za­pal­ny w oko­li­cy pęp­ka. Mę­czy­łam się z nim kil­ka go­dzin na­stęp­ne­go dnia. Nie mu­szę ucie­kać w al­ko­ho­lo­wy eska­pizm, ner­dze­nie na trzeź­wo mi od­po­wia­da.

– A wy bę­dzie­cie pi­ły? – za­py­ta­ła Le­na.

– Nie wiem, jak Wi­ki, ale ja so­bie od­pusz­czę. Nie po­win­nam pić z uwa­gi na en­do­me­trio­zę. Rok te­mu cier­pia­łam…

– Co ty pie­przysz? Prze­cież pra­wie nic nie wy­pi­łaś! – burk­nę­ła Le­na.

Chcia­łam od­po­wie­dzieć, ale wy­prze­dzi­ła mnie in­na ko­le­żan­ka.

– Nie na­ma­wiaj jej! Mo­ja ma­ma też cho­ru­je na en­do­me­trio­zę. Oj­ciec mu­si ki­trać pi­wo w ga­ra­żu, bo ona wszyst­ko wy­rzu­ca.

– Do­brze ro­bi, nie ma co ku­sić do grze­sze­nia – za­żar­to­wa­ła kum­pe­la Le­ny.

– Nie bę­dzie pro­ble­mu, jak przyj­dzie Ka­sia? – za­py­ta­łam, by zmie­nić te­mat.

– To ona nie ma swo­jej kla­sy? Ach, no tak, spor­tow­cy nie mo­gą chlać – po­wie­dzia­ła do­tych­czas mil­czą­ca ko­le­żan­ka.

– Ma, ale chce­my, by spę­dzi­ła ten czas ze mną i Wik­to­rią – zri­po­sto­wa­łam sta­now­czym to­nem.

– Ja­sne, weź­my jesz­cze ko­goś, kto bę­dzie psuł at­mos­fe­rę – rzu­ci­ła ja­do­wi­cie.

– Mag­da, daj spo­kój. Cią­gle masz pre­ten­sje o to, że spu­ści­ła two­je ga­cie w ki­blu. Pa­mię­tasz, dla­cze­go to zro­bi­ła? – za­py­ta­łam.

Dziew­czy­na nie od­po­wie­dzia­ła. Wszyst­ko wy­czy­ta­łam z jej mi­ny.

No tak to jest, czło­wiek wi­dzi drza­zgę w cu­dzym oku, ale nie do­strze­że bel­ki w swo­im – pod­su­mo­wa­łam w my­ślach.

Ci­sza mię­dzy na­mi się prze­cią­ga­ła, aż wy­cho­waw­czy­ni zgar­nę­ła nas na szkol­ne bo­isko. Ce­re­mo­nia by­ła nud­na jak za­wsze. To chy­ba jed­na z nie­wie­lu kwe­stii, w któ­rych ucznio­wie zga­dza­li się z na­uczy­cie­la­mi. Spa­wacz mo­że gde­rać dłu­żej niż go­dzi­nę. Gdy stra­cił funk­cję dy­rek­to­ra przy zmia­nie wła­dzy, pra­co­wał ja­ko spa­wal­nik. Kie­dyś pod­słu­cha­łam roz­mo­wę mię­dzy na­uczy­ciel­ka­mi, jak pa­dło py­ta­nie: „Dla­cze­go aku­rat Spa­wacz?”. Usły­sza­łam: „Ktoś tak go kie­dyś na­zwał, jak za­po­mniał na­zwi­ska, i się przy­ję­ło”.

Bra­ko­wa­ło mi sta­rych re­la­cji, a no­we tro­chę mnie nie­po­ko­iły, tak sa­mo jak myśl o na­uce no­wej ru­ty­ny. Z te­go, co mó­wi­ła Ba­sia, więk­szość uczniów na­rze­ka na zmia­nę kla­sy. O ile w gim­na­zjum nie od­czu­łam te­go zbyt moc­no, o ty­le w li­ceum tak na­praw­dę zna­łam tyl­ko Wik­to­rię. Resz­ta po­cho­dzi z klas rów­no­le­głych lub ościen­nych wsi. Mi­mo że Msz­czo­nów nie jest du­żym mia­stem, le­d­wo sześć ty­się­cy lu­dzi, róż­ni­ce mię­dzy na­mi by­ły za­uwa­żal­ne. Na­sze, mo­je i Wik­to­rii, roz­mo­wy z no­wy­mi zna­jo­my­mi ogra­ni­cza­ły się nie­mal wy­łącz­nie do te­ma­tów szkol­nych. Mie­li­śmy zu­peł­nie in­ne hob­by i for­my spę­dza­nia wol­ne­go cza­su. Nie za­uwa­ży­łam zbyt du­żych róż­nic w po­dej­ściu do obo­wiąz­ków, pew­nie dla­te­go że wiem, ile jest ich w do­mu.

Pod­sta­rza­ły na­uczy­ciel ma­te­ma­ty­ki chrząk­nął osten­ta­cyj­nie, tym sa­mym po­spie­sza­jąc Spa­wa­cza. Sły­sząc nasz śmiech, po­mi­nął kil­ka kar­tek i prze­szedł do eta­pu na­gród. W tym ro­ku nie uda­ło mi się jej wy­grać przez tró­ję z ję­zy­ka nie­miec­kie­go.

No ale to nic, w dru­giej kla­sie bę­dzie le­piej – po­my­śla­łam.

Wy­ko­rzy­sta­łam oka­zję, by zo­ba­czyć wszyst­kich szkol­nych ró­wie­śni­ków po raz ostat­ni przed prze­rwą. Wik­to­ria opo­wia­da­ła coś z wy­raź­nym za­an­ga­żo­wa­niem Ja­gien­ce, aż po­ró­żo­wia­ły jej po­licz­ki z eks­cy­ta­cji. Słu­cha­ły cze­goś na te­le­fo­nie, wnio­sku­jąc po wspól­nie użyt­ko­wa­nych słu­chaw­kach. Wi­dać by­ło, że no­wa ko­le­żan­ka po­lu­bi­ła pio­sen­kę, ru­sza­ła gło­wą w rytm mu­zy­ki z uśmie­chem na twa­rzy. Ucie­szy­łam się, że Wi­ki le­piej od­na­la­zła się w no­wej szkol­nej ru­ty­nie. Pa­mię­tam, jak pa­ni­ko­wa­ła, że jej obroń­czy­ni, Ka­sia, zmie­ni­ła swo­je pla­ny. Zna­ją się dłu­żej ode mnie, bru­net­ka za­wsze by­ła „tą od­waż­ną”, za­tem nic dziw­ne­go. Ostat­nio rza­dziej się uśmie­cha, mi­mo że w gim­na­zjum try­ska­ła po­zy­tyw­ną ener­gią.

Na szczę­ście wszyst­ko chy­ba wra­ca do nor­my… – po­my­śla­łam i za­czę­łam kla­skać jak in­ni.

Po roz­da­niu na­gród zno­wu roz­dzie­li­li­śmy się na grup­ki.

– No to ja­kie ma­cie pla­ny na wa­ka­cje? – za­py­ta­ła jed­na z dziew­czyn.

– Od­pu­ści­łam wspól­ny wy­jazd z ro­dzi­ca­mi. Du­żo się uczy­łam przez dwa la­ta i mam spo­ro do nad­ro­bie­nia – od­po­wie­dzia­łam.

– U mnie po­dob­nie – do­da­ła Wik­to­ria.

– Prze­cież ty za­wsze mia­łaś do­bre oce­ny – po­wie­dzia­ła do mnie Agniesz­ka.

– Daw­niej tak, ale od po­ło­wy gim­na­zjum przed­mio­ty hu­ma­ni­stycz­ne za­czę­ły być dla mnie za trud­ne. Ła­pa­łam du­żo tró­jek i mu­sia­łam je po­pra­wiać.

– Ja­koś te­go nie wi­dać, jak od­po­wia­dasz przed ta­bli­cą.

– Wła­śnie dla­te­go mu­szę od­po­cząć. – Pu­ści­łam jej oczko.

Po­ga­da­ły­śmy jesz­cze pół go­dzi­ny, ale już bez mo­je­go ak­tyw­ne­go udzia­łu. Z po­wo­du ro­sną­cej tem­pe­ra­tu­ry i mie­siącz­ki mia­łam wra­że­nie, że mo­je pod­brzu­sze wy­peł­nia się fla­ka­mi i wo­dą. Co gor­sza, do­bry hu­mor prze­stał dzia­łać jak śro­dek prze­ciw­bó­lo­wy. Gdy skoń­czy­ły się te­ma­ty do roz­mo­wy, ro­ze­szły­śmy się w swo­ich kie­run­kach. Wik­to­ria po­szła skró­tem do do­mu, a ja wy­bra­łam nie­co dłuż­szą dro­gę.

Po­now­nie od­pa­li­łam al­bum Yui. W pew­nym mo­men­cie wszyst­kie pio­sen­ki za­czę­ły brzmieć nie­na­tu­ral­nie. Po­cząt­ko­wo my­śla­łam, że te­le­fon się prze­grzał, cza­sem tak się dzie­je la­tem. Ale przez mo­je ple­cy prze­szedł dreszcz, a cia­ło sta­nę­ło w miej­scu. Jak­by chcia­ło mi coś prze­ka­zać. Zdję­łam słu­chaw­ki, cze­go mo­men­tal­nie po­ża­ło­wa­łam. Nie­na­tu­ral­ne brzę­cze­nie z każ­dą se­kun­dą co­raz moc­niej wy­peł­nia­ło mo­je uszy. Wsa­dzi­łam słu­chaw­ki na miej­sce, do­ci­ska­jąc je otwar­ty­mi dłoń­mi. To nic nie da­ło. Syk przy­po­mi­na­ją­cy tar­cie me­ta­lu prze­ni­kał ca­łe mo­je cia­ło. Szu­ka­łam wzro­kiem miej­sca, w któ­rym mo­gła­bym się scho­wać. Cia­ło jed­nak nie re­ago­wa­ło. Ba­ło się. Syk­nę­łam, czu­jąc pie­cze­nie w le­wym uchu. Po pa­ru se­kun­dach zin­ten­sy­fi­ko­wał się ból prze­szy­wa­ją­cy mo­je pod­brzu­sze. Chcia­łam krzyk­nąć, ale unie­moż­li­wiał mi to pa­ra­liż. Przez mój or­ga­nizm prze­szedł sil­ny im­puls. W ak­cie de­spe­ra­cji uklęk­nę­łam, kła­dąc twarz na gle­bie. Pie­cze­nie w jaj­ni­kach sta­ło się nie­wy­czu­wal­ne.

Nie­spo­dzie­wa­nie na­sta­ła zło­wro­ga ci­sza. Jak­bym oglą­da­ła film po dy­na­micz­nej sce­nie ak­cji. Ścią­gnę­łam rę­ce z gło­wy, roz­glą­da­jąc się po oko­li­cy. Po­żół­kłe li­ście prze­la­ty­wa­ły nad tra­wą w bar­dzo szyb­kim tem­pie. Przy­pad­kiem za­uwa­ży­łam struż­kę krwi na jed­nej dło­ni. Spoj­rza­łam na dru­gą, wi­dząc ska­pu­ją­cą po­so­kę. Ser­ce wa­li­ło szyb­ciej i moc­niej niż kie­dy­kol­wiek, jak­by chcia­ło wy­drą­żyć dziu­rę mię­dzy mo­imi pier­sia­mi. Roz­glą­da­łam się w pa­ni­ce do­oko­ła, sta­ra­jąc się zna­leźć ko­go­kol­wiek, kto by mógł mi po­móc. Me­ta­licz­ny dźwięk po raz dru­gi zmu­sił mnie do klęk­nię­cia. Mi­mo że wy­gła­dzo­ny, bo­lał tak sa­mo. Co wię­cej, po­czu­łam zna­czą­cy wzrost tem­pe­ra­tu­ry i co­raz bar­dziej wzma­ga­ją­cy się wiatr. Urwał mi się film.

Od­zy­skaw­szy przy­tom­ność, spo­strze­głam, że so­lid­ne, sta­re drze­wo bę­dą­ce kil­ka­set me­trów przede mną, zła­ma­ło się jak po­je­dyn­cza za­pał­ka. Ude­rzył w nie ja­kiś me­ta­lo­wy obiekt. Chcia­łam krzyk­nąć, ale nie mo­głam, bo za­sty­gła krew skle­iła mo­je usta. Unio­słam dło­nie, wi­dok mnie prze­ra­ził. Po­mi­ja­jąc kil­ka pal­ców, na któ­rych nie by­ło żad­nych tka­nek, mia­łam zwę­glo­ne dło­nie. To co zo­ba­czy­łam po­ni­żej, spra­wi­ło, że zno­wu stra­ci­łam przy­tom­ność.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij