-
nowość
Endostella - Nasza pierwsza historia - ebook
Endostella - Nasza pierwsza historia - ebook
„Endostelle” to opowieść o 17‑letniej licealistce, która próbuje żyć jak każdy inny nastolatek — mimo endometriozy, bólu i ograniczeń, które od lat wyznaczają granice jej codzienności. Wszystko zmienia się, gdy przypadkowe spotkanie z kosmitą Agryllem wywraca jej świat do góry nogami. Nagle musi na nowo nauczyć się siebie, świata i tego, co znaczy mieć wybór. Pozostaje uczciwa, dobra i wrażliwa — ale teraz jest także sprawcza, potężna, niemal superbohaterska. „Endostelle” to wielogatunkowy miks: science fiction, opowieść superbohaterska, dramat obyczajowy i historia o dojrzewaniu — filtrowane przez realizm emocjonalny, chorobę, wiarę, zderzenie kultur oraz pytanie o to, czym właściwie jest siła. To książka o odpowiedzialności, o przekraczaniu własnych granic i o tym, że prawdziwa moc nie zawsze polega na tym, by uderzyć mocniej. Czasem polega na tym, by w ogóle wstać.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398159616 |
| Rozmiar pliku: | 3,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wkroczyłam pewnym krokiem do śnieżnobiałego korytarza bez ścian, podłóg i sufitu. Nieskończenie pusta przestrzeń. Przez moje ciało przeszedł charakterystyczny dreszcz. Lubię to uczucie, gdy płynny metal wydobywa się ze mnie, tworząc zbroję – jak szczypanie w połączeniu z łaskotkami. Pomijając część twarzy, pancerz jest jednolity. Na wysokości oczu znajduje się przezroczysty wizjer, ekran wyświetlający różne informacje i wskaźniki: poziom tlenu, dostępną energię, status poszczególnych komponentów i stan zdrowia.
– System załadowany. – Kobiecy głos poinformował mnie o zakończeniu procesu przemiany.
Pisk sensorów dał mi znać o nagłym skoku poziomu energii. Chwilę później poczułam mrowienie na całym ciele, potwierdzające zmianę w przestrzeni. Uniosłam głowę, rozglądając się wokół. Początkowo sprawiało mi to problem, z uwagi na jednolity wygląd pomieszczenia, ale po kilku próbach zdążyłam się przyzwyczaić. Cząstki zmieniały swoje pozycje, co objawiało się „szarpnięciami” rzeczywistości. Jakby ktoś dysponował aparatem, który po zrobieniu zdjęcia pozwala wyrwać obraz ze świata. Przestrzeń przede mną się załamała, tworząc wyrwę czasoprzestrzenną. Wyglądała jak kosmos w miniaturce. Czarna niczym smoła, ale z dodatkowymi, wielokolorowymi błyskami. Gdy teleporter się ustabilizował, przekroczyłam jego próg. Zdawał się mieć swój własny mikroklimat, tak jakby miał przygotować ciało do teleportacji. Wydawało mi się, że wchodzę do ciasnej, zawilgoconej szczeliny. Moja skóra się nawilżała, a chłodniejsze powietrze drażniło gardło. Po przejściu kilku kroków w mroku niewidzialna energia zassała wszystko w głąb.
Tunel czasoprzestrzenny przeniósł mnie na nieznaną planetę. Zawisłam w powietrzu, by spojrzeć na nią z góry. Gdybym miała opisać ją maksymalnie jednym słowem, powiedziałabym, że jest heterogeniczna. Zauważyłam, że dzieli się na pięć biomów o zbliżonej powierzchni. Rozległe, skrajnie zróżnicowane obszary wyrastały spod znajdującej się przede mną góry. Aktywowałam implant znajdujący się w oku, by przyjrzeć się najbardziej oddalonym terenom. Pustynia i tundra cechowały się podobną surowością co ich ziemskie odpowiedniki.
Spojrzałam w inne miejsce, zatrzymując się przy nim na dłużej. Jeszcze nigdy nie widziałam wysokich fal uderzających o skute lodem klify. Najlepszy efekt dawały te najwyższe. Gdy ciepła woda uderzała szczyty gór, tworzyła srebrzystą poświatę. Przybliżyłam widok, dostrzegając mieszaninę ciepłej wody i kryształków lodu. Odbijane przez nie światło mieniło się nieregularnym blaskiem, niczym koraliki porzuconego niedbale wisiorka. Albo jakby ktoś nadawał sygnał SOS.
– Fajne, co? – przemówił złośliwym tonem kobiecy głos.
– Byłoby łatwiej, gdybym wiedziała, co mam zrobić – zripostowałam.
– Kiedyś mnie zabraknie i będziesz musiała radzić sobie sama.
Vit to małomówna istota zaklęta w zbroi, skazana na pomaganie innym za grzechy przeszłości. Jej zgoda na ten układ to była tylko formalność. Twierdzi, że rzekomo sam Bóg zleca jej różne zadania. Czasem na Ziemi, ale częściej poza nią. Wybrała mnie jako swojego nosiciela – razem pełnimy funkcję kosmicznego policjanta wymierzającego sprawiedliwość.
Usłyszałam krzyki. Ludzie i towarzyszące im zwierzęta uciekały przed olbrzymią mrówką. Tułów i odnóża były zbudowane z ludzkich tkanek, resztę ciała owada pokrywał połyskujący, chitynowy pancerz.
– Wielka na dziesięć metrów! – krzyknęłam, przecierając wizjer ze zdumienia.
– To jest twój dzisiejszy cel.
Strzeliłam wszystkimi stawami i ruszyłam w jego stronę. Bestia zionęła ogniem na powitanie. Na wizjerze wyświetlił się komunikat, że temperatura jest niegroźna. Uśmiechnęłam się pod nosem, gdy bez problemu rozwiałam płomień ruchem dłoni. Stwór zaklekotał głośno żuwaczkami, po czym ruszył na mnie. Widząc, że może zgnieść pobliskich ludzi, rzuciłam się na niego. Pierwszy cios był tak silny, że owad musiał się zaprzeć swoimi ludzkimi odnóżami. Odwróciłam głowę w pośpiechu, upewniając się, że uciekinierzy są bezpieczni. Mrówka, nie dając mi czasu na odpoczynek, zaatakowała odwłokiem, odrzucając mnie na kilka metrów. Aktywowałam silniczki hamujące, zatrzymując się w powietrzu. Wystawiłam dłoń, chcąc ją wyeliminować pojedynczym pociskiem energetycznym.
– Odradzam. Za mały kaliber – przemówiła Vit swoim charakterystycznym, ironicznym tonem.
Gdyby nie obecność ludzi, zignorowałabym ją. Cofnęłam dłoń, jednocześnie wypuszczając cztery drony z otworu umiejscowionego na moich plecach.
– Tryb: destrukcja. Cel: mrówka. Na mój rozkaz – wydałam polecenie.
Bezzałogowe statki zaczęły zmieniać kształt. Silniczki z przodu i tyłu przesunęły się na środek w celu ustabilizowania pozycji. Przody dronów się wydłużyły, a warstwa pancerza zmieniła się na okrągły talerz. Kontury czaszy radarów błysnęły czerwonym światłem.
– Dobrze, że podładowałam go cząsteczkami Engratu – powiedziałam w myślach.
Ruszyłam z impetem na mrówkę, odpychając ją na kilkanaście metrów. Atak nie naruszył w żadnym stopniu integralności chitynowego pancerza. Nawet go nie drasnął. Kątem oka spostrzegłam, że wszyscy zdążyli uciec, więc przystąpiłam do kontrofensywy. Wybrałam za cel ataku punkt, w którym odnóże łączyło się z tułowiem.
– Atak!
Gdy tylko wydałam rozkaz, radary wystrzeliły czerwonymi promieniami plazmy. Monstrum zaszarżowało na mnie po utracie kończyny. Tym razem wskazałam na prawą żuwaczkę. Czerwone włókna światła pozbawiły ją kolejnej części ciała. Tuż po tym zaczęła uciekać w kierunku horyzontu. Żeby wzmocnić przekaz, że nie jest tu mile widziana, wycelowałam kilka razy w jej odwłok. Upewniwszy się, że nie wróci, wylądowałam na pobliskiej skale. Ludzie nie wrócili, ale zwierzęta opuściły tropikalny las, dziękując mi za pomoc. Nasza zabawa nie trwała długo. Zawyła syrena, która w przeciwieństwie do potwora, nie wystraszyła zwierząt.
– Ech, nie chcę wracać do budy… – powiedziałam smutnym tonem, głaszcząc sarenkę. – Zawsze w najgorszym momencie…Rozdział 1 – Nowy początek
Przebudziłam się i odwróciłam głowę w kierunku zegara leżącego na pobliskiej szafeczce.
– Jeszcze godzina do pobudki… Auu! – syknęłam.
W pierwszej chwili pomyślałam, że to zrosty znowu naciskają na miednicę i dolną część pleców. Dotknęłam palcami okolic nerek, próbując zlokalizować gorejący punkt. Po dokładnym sprawdzeniu swojego ciała zrozumiałam, że przyczyna leży w innym miejscu.
Nie są tak nabrzmiałe jak kilka godzin temu. Apap i Pyralgina działają. Co może być przyczyną? – zastanawiałam się, próbując wstać z łóżka.
Dostałam odpowiedź, gdy trochę za bardzo napięłam brzuch. Ból w podbrzuszu był zbyt intensywny, by pomylić go z czymś innym. Gdyby to były ogniska endometriozy, poczułabym stan zapalny, a nie skurcze. No i na pewno nie miałabym wrażenia, że organy w dole brzucha wirują.
Zaczęła się kolejna miesiączka…
Przez kwadrans próbowałam znaleźć dla siebie wygodną pozycję. Nic z tego. Każda konfiguracja wiązała się z poczuciem dyskomfortu. Z rosnącą irytacją podniosłam się jednym zrywem. Narośl znajdująca się gdzieś w okolicy miednicy zareagowała tak jak zwykle. Opornie. Czułam się niczym instrument z przesadnie napiętymi strunami.
Wolę jeden większy skurcz niż kilka mniejszych. Krócej boli – pomyślałam, opierając się plecami o ścianę.
Zawirowało mi przed oczami. Powstrzymałam się od szybkich ruchów, widząc, jak szafa raz się zbliża, a innym razem oddala. Gdy się upewniłam, że mózg jest już przebudzony, zaczęłam swoją codzienną rutynę od ćwiczeń oddechowych i rozciągania dolnych partii mięśni. Z początku czułam opór sztywnych tkanek, ale po kilku wolniejszych, pełniejszych ruchach zrost w końcu się poluzował. Po kwadransie odczułam zauważalną poprawę. Narośl nieco odpuściła, a bolączki podczas ruchu stały się ledwie odczuwalne. Na końcu zajrzałam do telefonu.
O, wiadomość od siostry…
Przeczytałam ją w myślach głosem Basi:
Cześć, Ania! Miałam wpaść w wakacje, ale babka usadziła mnie na egzaminie. Wpadnę do Mszczonowa po sesji poprawkowej. Przepraszam!
Poczułam, jak gula rośnie mi w gardle. Mimo że przyzwyczaiłam się do jej nieobecności, ciągle czułam pustkę w codziennym życiu.
Nic nie może zepsuć mojego dobrego humoru! Dzisiaj pożegnam się z pierwszą klasą liceum i zacznę wakacje! – pomyślałam, masując się po boczkach.
Po porannej toalecie w mojej łazience przebrałam się do wyjścia. Dla pewności wzięłam jeszcze porcję Pyralginy. Zamykając drzwi do swojego pokoju, sprawdziłam wszystko jeszcze raz.
Jest czyściutko, oceny są dobre, rodzice nie mają pretekstu, by mnie nie puścić na ognisko klasowe.
Poruszałam się możliwie jak najciszej, by nie obudzić domowników. Mama jak zwykle wstała jako pierwsza. Przygotowywała śniadanie dla taty, który pracuje jako żołnierz. Mimo urodzenia trójki dzieci i wieloletniego niewysypiania się, wyglądała naprawdę dobrze jak na czterdzieści trzy lata. Choć na twarzy zaczęły pojawiać się pierwsze zmarszczki, mama nadrabiała szczupłą figurą. To podobno atut naszej rodziny… z jednym, małym wyjątkiem.
– Cześć, mamuś!
– Cześć, Aniu… Aleś się wystroiła… Nie za szybko wstałaś? – zapytała zaspanym głosem.
– Nie mogłam spać. Zbudziłam się dwa razy. Najpierw przez zrosty na jajowodach, a rano…
– Okres? – dopytała, wzdychając.
– Tak, zaczął się w nocy.
Mama odwróciła się w moją stronę.
– Widzę po oczach, że chcesz mnie o coś zapytać.
– Tak! Chciałabym pójść na ognisko klasowe.
– Rozumiem, że na całą noc? – odpowiedziała, uśmiechając się.
– Taaak! Zgodzisz się?! – zapytałam, robiąc najsłodszą minę, na jaką było mnie stać.
– No dobra. Tylko najpierw chcę zobaczyć świadectwo. Wiesz, jaki jest twój tata. Bez podkładki będzie marudził i zadawał pytania.
– Jasna sprawa. Jak coś, będziemy w pobliżu działki Magdy.
– Dobrze, leć, córcia. Tylko pamiętaj o diecie!
– Magda mówi, że będzie też grill! Do zobaczenia. – Pocałowałam ją w policzek, po czym opuściłam kuchnię.
Złapałam za moją torebkę z naszywkami z ulubionych komiksów i ruszyłam do szkoły. Słoneczna pogoda sprawiła, że momentalnie zapomniałam o jakimkolwiek bólu. Po minięciu głównej ulicy założyłam słuchawki. Od ponad pół roku nieprzerwanie słucham Rolling Star śpiewanego przez Yui – intra do mojego ulubionego anime. Widząc, że nie ma nikogo przede mną ani za mną, zamknęłam oczy, oddając się rytmice piosenki.
Tylko pokażę ojcu świadectwo i mam dwa miesiące laby! Na szczęście udało mi się podciągnąć trójkę na czwórkę z WOK-u…
Wydawało mi się, że ktoś mnie woła. Nie widząc nikogo z przodu, spojrzałam w prawo, a potem odwróciłam szyję. Poza kilkoma babciami kilkaset metrów ode mnie szłam sama. Poczułam, jak ktoś szarpnął mnie za torebkę. Odwróciłam się i zobaczyłam auto ojca mojej przyjaciółki.
– ANIA! No już myślałam, że nie usłyszysz. Wskakujesz?! – zapytała, otwierając drzwi do samochodu.
– O, Wiktoria! – Wsiadłam do środka. – Dzień dobry, cześć. – Zdjęłam słuchawki. – Piękny początek wakacji!
– Oo, dzisiaj jest pogoda – odpowiedziała Wiktoria, parodiując głos Kononowicza.
– Prawie jakbym słyszała Krzyśka. Ha, ha – skomentowałam naśladownictwo Wiktorii.
– Prawda?! Ćwiczę od tygodnia!
– Nowa naszywka? – zapytałam, sięgając po jej torebkę.
– Tak, przyszła wczoraj. – Naszywka przedstawiała logo zespołu Ateez, który niedawno odwiedził między innymi Warszawę.
A jakże, różowa, czego innego mogłabym się spodziewać po Wiki? – skomentowałam w myślach.
– Nie wiem, co gorsze. Słuchanie jazgotów tych chłoptasiów czy jakiegoś pijaka – wtrącił się mężczyzna.
– Tato, mówiłam ci, że w Japonii i Korei obowiązuje inny wzorzec męskości… – odpowiedziała Wiktoria, zmieniając ton.
– Tylko dlaczego brzmią tak, jak przy ściśniętych jajach?
Mężczyzna przemawiał żartobliwym tonem, by załagodzić sytuację, ale zadziałało inaczej, niż by chciał.
– Opierasz się na stereotypach! Za granicą również krytykuje się Polaków za zbyt ostry język! – warknęła córka.
Zaśmiałam się w duchu. Mimo że lubię słuchać czasem k-popu, to bliżej mi do opinii ojca przyjaciółki. Zdecydowanie nie mój typ urody, preferuję bardziej męską prezencję.
Wiktoria to trochę wycofana introwertyczka, ale ma złote serce dla każdego. Nigdy nie widziałam, by się na kogoś długotrwale obraziła, nawet jeśli ktoś za nią nie przepada. Poznałyśmy się dzięki Kasi, naszej wspólnej przyjaciółce. Choć mamy różne preferencje i talenty, tak samo lubimy pochłaniać historie w formie komiksów, książek, seriali.
– A jak to jest u ciebie? – zwrócił się do mnie, wyrywając mnie z przemyśleń. – Rodzice nie narzekają, że oglądasz takie durnoty?
– Rodzice wyznają prostą zasadę. Tak długo jak przynoszę dobre oceny do domu, mogę oglądać, co chcę.
– I nie przeszkadzają im wulgaryzmy? – Moja odpowiedź wyraźnie go zdziwiła.
– Zwykle słucham na słuchawkach – odpowiedziałam.
– Czyli nie zawsze…
– Nie jesteśmy dziesięciolatkami. Widziałyśmy gorsze rzeczy, choćby w internecie – dodała przyjaciółka marudnym tonem.
– No w sumie, faktycznie tak jest. Czasem zapominam, że moja Wikusia jest młodą kobietą i niedługo będzie pracować na emeryturę staruszka. – Tata połaskotał córkę po udzie.
Przyjaciółka się zawstydziła, na co my zareagowaliśmy śmiechem. Przez resztę drogi milczeliśmy. Gdy dojechaliśmy pod szkołę, tata pożegnał córkę i udał się do pracy.
– Szkoda, że Kasia nie dostała się do naszej szkoły – powiedziałam ze smutkiem, szukając naszej klasy.
***
– Nie rozumiem, czemu nie przepadasz za Sylwią. Jej koleżanki to co innego. Są denerwujące, ale Sylwia nigdy nie nadepnęła mi na odcisk – obniżyłam ton.
– A jak parę razy nazwała cię kluską?
– No co, prawdę powiedziała. Nie dorównuję wam szczupłą figurą. O Kaśce nie wspominając.
Nasza trójka fajnie się uzupełnia. Kasia jest z totalnie innego bieguna niż Wiktoria. Jej działką są sport i biologia. Początkowo podejrzewałam, że gdyby nie to, że lubi fikuśne kreskówki, wybrałaby inne towarzystwo. Szybko jednak zmieniłam zdanie. Bywa oschła i bezwstydna, ma też wredny charakterek, ale generalnie to dobra osoba. Jeśli chodzi o mnie, plasuję się gdzieś pomiędzy nimi. Czasem lubię sobie pogadać o rzeczach nieistotnych, ale też pomarudzić. Niekiedy jak Kasia, czyli trochę wulgarnie, ale podobno w naszych ustach brzmi to naturalnie.
– Cześć, dziewczyny! – przywitała się tleniona blondynka, która przeszła obok nas z grupą koleżanek.
– Siema, Sylwia! – odpowiedziałam, a Wiktoria zawtórowała mi cicho.
Poczekałyśmy, aż dziewczyny oddalą się od nas na kilka metrów.
– Wracając do tematu… Też mi jej brakuje, ale raczej i tak przeniosłaby się do innego liceum. Zawsze wolała sport od przedmiotów ścisłych.
– Najważniejsze, że mamy całe wakacje dla siebie! – Wyszczerzyłam zęby.
– No i dzisiejsze ognisko – dodała Wiki.
– Przyjdzie do nas?
– A czemu miałaby nie przyjść? Kurka wodna! Przecież to małe miasto, wszyscy się znamy.
– Racja, głupio zapytałam – odpowiedziałam parę metrów przed grupą koleżanek.
– Widzę, że nie tylko my przyjechałyśmy przed czasem… – zawołała jedna z nich.
– Długo już stoicie? – zapytałam, przytulając się do najbliższej.
– Ledwo przyjechałyśmy. Musiałyśmy kupić piwka na wieczór. Brat będzie zajęty cały dzień, a nie chciałyśmy kombinować, więc wstałyśmy wcześniej – rzuciła w odpowiedzi Lena.
– No, ostatnio bardziej się pilnują w sklepach i ciągle pytają o dowód. – Wiktoria wtrąciła się do rozmowy, gdy skończyłyśmy witać się z dziewczynami.
Na szczęście nie mam takich problemów. Rok temu dałam się skusić i wypiłam z koleżankami pół piwa i szklankę wina. Byłoby całkiem fajnie, gdyby nie stan zapalny w okolicy pępka. Męczyłam się z nim kilka godzin następnego dnia. Nie muszę uciekać w alkoholowy eskapizm, nerdzenie na trzeźwo mi odpowiada.
– A wy będziecie piły? – zapytała Lena.
– Nie wiem, jak Wiki, ale ja sobie odpuszczę. Nie powinnam pić z uwagi na endometriozę. Rok temu cierpiałam…
– Co ty pieprzysz? Przecież prawie nic nie wypiłaś! – burknęła Lena.
Chciałam odpowiedzieć, ale wyprzedziła mnie inna koleżanka.
– Nie namawiaj jej! Moja mama też choruje na endometriozę. Ojciec musi kitrać piwo w garażu, bo ona wszystko wyrzuca.
– Dobrze robi, nie ma co kusić do grzeszenia – zażartowała kumpela Leny.
– Nie będzie problemu, jak przyjdzie Kasia? – zapytałam, by zmienić temat.
– To ona nie ma swojej klasy? Ach, no tak, sportowcy nie mogą chlać – powiedziała dotychczas milcząca koleżanka.
– Ma, ale chcemy, by spędziła ten czas ze mną i Wiktorią – zripostowałam stanowczym tonem.
– Jasne, weźmy jeszcze kogoś, kto będzie psuł atmosferę – rzuciła jadowicie.
– Magda, daj spokój. Ciągle masz pretensje o to, że spuściła twoje gacie w kiblu. Pamiętasz, dlaczego to zrobiła? – zapytałam.
Dziewczyna nie odpowiedziała. Wszystko wyczytałam z jej miny.
No tak to jest, człowiek widzi drzazgę w cudzym oku, ale nie dostrzeże belki w swoim – podsumowałam w myślach.
Cisza między nami się przeciągała, aż wychowawczyni zgarnęła nas na szkolne boisko. Ceremonia była nudna jak zawsze. To chyba jedna z niewielu kwestii, w których uczniowie zgadzali się z nauczycielami. Spawacz może gderać dłużej niż godzinę. Gdy stracił funkcję dyrektora przy zmianie władzy, pracował jako spawalnik. Kiedyś podsłuchałam rozmowę między nauczycielkami, jak padło pytanie: „Dlaczego akurat Spawacz?”. Usłyszałam: „Ktoś tak go kiedyś nazwał, jak zapomniał nazwiska, i się przyjęło”.
Brakowało mi starych relacji, a nowe trochę mnie niepokoiły, tak samo jak myśl o nauce nowej rutyny. Z tego, co mówiła Basia, większość uczniów narzeka na zmianę klasy. O ile w gimnazjum nie odczułam tego zbyt mocno, o tyle w liceum tak naprawdę znałam tylko Wiktorię. Reszta pochodzi z klas równoległych lub ościennych wsi. Mimo że Mszczonów nie jest dużym miastem, ledwo sześć tysięcy ludzi, różnice między nami były zauważalne. Nasze, moje i Wiktorii, rozmowy z nowymi znajomymi ograniczały się niemal wyłącznie do tematów szkolnych. Mieliśmy zupełnie inne hobby i formy spędzania wolnego czasu. Nie zauważyłam zbyt dużych różnic w podejściu do obowiązków, pewnie dlatego że wiem, ile jest ich w domu.
Podstarzały nauczyciel matematyki chrząknął ostentacyjnie, tym samym pospieszając Spawacza. Słysząc nasz śmiech, pominął kilka kartek i przeszedł do etapu nagród. W tym roku nie udało mi się jej wygrać przez tróję z języka niemieckiego.
No ale to nic, w drugiej klasie będzie lepiej – pomyślałam.
Wykorzystałam okazję, by zobaczyć wszystkich szkolnych rówieśników po raz ostatni przed przerwą. Wiktoria opowiadała coś z wyraźnym zaangażowaniem Jagience, aż poróżowiały jej policzki z ekscytacji. Słuchały czegoś na telefonie, wnioskując po wspólnie użytkowanych słuchawkach. Widać było, że nowa koleżanka polubiła piosenkę, ruszała głową w rytm muzyki z uśmiechem na twarzy. Ucieszyłam się, że Wiki lepiej odnalazła się w nowej szkolnej rutynie. Pamiętam, jak panikowała, że jej obrończyni, Kasia, zmieniła swoje plany. Znają się dłużej ode mnie, brunetka zawsze była „tą odważną”, zatem nic dziwnego. Ostatnio rzadziej się uśmiecha, mimo że w gimnazjum tryskała pozytywną energią.
Na szczęście wszystko chyba wraca do normy… – pomyślałam i zaczęłam klaskać jak inni.
Po rozdaniu nagród znowu rozdzieliliśmy się na grupki.
– No to jakie macie plany na wakacje? – zapytała jedna z dziewczyn.
– Odpuściłam wspólny wyjazd z rodzicami. Dużo się uczyłam przez dwa lata i mam sporo do nadrobienia – odpowiedziałam.
– U mnie podobnie – dodała Wiktoria.
– Przecież ty zawsze miałaś dobre oceny – powiedziała do mnie Agnieszka.
– Dawniej tak, ale od połowy gimnazjum przedmioty humanistyczne zaczęły być dla mnie za trudne. Łapałam dużo trójek i musiałam je poprawiać.
– Jakoś tego nie widać, jak odpowiadasz przed tablicą.
– Właśnie dlatego muszę odpocząć. – Puściłam jej oczko.
Pogadałyśmy jeszcze pół godziny, ale już bez mojego aktywnego udziału. Z powodu rosnącej temperatury i miesiączki miałam wrażenie, że moje podbrzusze wypełnia się flakami i wodą. Co gorsza, dobry humor przestał działać jak środek przeciwbólowy. Gdy skończyły się tematy do rozmowy, rozeszłyśmy się w swoich kierunkach. Wiktoria poszła skrótem do domu, a ja wybrałam nieco dłuższą drogę.
Ponownie odpaliłam album Yui. W pewnym momencie wszystkie piosenki zaczęły brzmieć nienaturalnie. Początkowo myślałam, że telefon się przegrzał, czasem tak się dzieje latem. Ale przez moje plecy przeszedł dreszcz, a ciało stanęło w miejscu. Jakby chciało mi coś przekazać. Zdjęłam słuchawki, czego momentalnie pożałowałam. Nienaturalne brzęczenie z każdą sekundą coraz mocniej wypełniało moje uszy. Wsadziłam słuchawki na miejsce, dociskając je otwartymi dłońmi. To nic nie dało. Syk przypominający tarcie metalu przenikał całe moje ciało. Szukałam wzrokiem miejsca, w którym mogłabym się schować. Ciało jednak nie reagowało. Bało się. Syknęłam, czując pieczenie w lewym uchu. Po paru sekundach zintensyfikował się ból przeszywający moje podbrzusze. Chciałam krzyknąć, ale uniemożliwiał mi to paraliż. Przez mój organizm przeszedł silny impuls. W akcie desperacji uklęknęłam, kładąc twarz na glebie. Pieczenie w jajnikach stało się niewyczuwalne.
Niespodziewanie nastała złowroga cisza. Jakbym oglądała film po dynamicznej scenie akcji. Ściągnęłam ręce z głowy, rozglądając się po okolicy. Pożółkłe liście przelatywały nad trawą w bardzo szybkim tempie. Przypadkiem zauważyłam strużkę krwi na jednej dłoni. Spojrzałam na drugą, widząc skapującą posokę. Serce waliło szybciej i mocniej niż kiedykolwiek, jakby chciało wydrążyć dziurę między moimi piersiami. Rozglądałam się w panice dookoła, starając się znaleźć kogokolwiek, kto by mógł mi pomóc. Metaliczny dźwięk po raz drugi zmusił mnie do klęknięcia. Mimo że wygładzony, bolał tak samo. Co więcej, poczułam znaczący wzrost temperatury i coraz bardziej wzmagający się wiatr. Urwał mi się film.
Odzyskawszy przytomność, spostrzegłam, że solidne, stare drzewo będące kilkaset metrów przede mną, złamało się jak pojedyncza zapałka. Uderzył w nie jakiś metalowy obiekt. Chciałam krzyknąć, ale nie mogłam, bo zastygła krew skleiła moje usta. Uniosłam dłonie, widok mnie przeraził. Pomijając kilka palców, na których nie było żadnych tkanek, miałam zwęglone dłonie. To co zobaczyłam poniżej, sprawiło, że znowu straciłam przytomność.