Facebook - konwersja
Eneida - Ebook (Książka EPUB) do pobrania w formacie EPUB
Pobierz fragment

Eneida - ebook

Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Język:
Polski
Rok wydania:
2011
Rozmiar pliku:
410 KB
Zabezpieczenie:
brak
0,00
Cena w punktach Virtualo:
0 pkt.

Eneida - opis ebooka

Klasyka na e-czytnik to kolekcja lektur szkolnych, klasyki literatury polskiej, europejskiej i amerykańskiej w formatach ePub i Mobi. Również miłośnicy filozofii, historii i literatury staropolskiej znajdą w niej wiele ciekawych tytułów.

Seria zawiera utwory najbardziej znanych pisarzy literatury polskiej i światowej, począwszy od Horacego, Balzaca, Dostojewskiego i Kafki, po Kiplinga, Jeffersona czy Prousta. Nie zabraknie w niej też pozycji mniej znanych, pióra pisarzy średniowiecznych oraz twórców z epoki renesansu i baroku.

FRAGMENT KSIĄŻKI

KSIĘ­GA I

Broń i męża opie­wam, co z Troi wy­brze­ża
Do Ita­lii, gnan lo­sem, pierw­szy na brzeg zmie­rza
La­wiń­ski, po mórz głę­bi i lą­dach pę­dzo­ny
Mocą nie­bian, pa­mięt­ny gniew zno­sząc Ju­no­ny;
Wie­le też w boju cier­piał, nim dźwi­gnął mur mia­sta
I bogi wniósł do La­cjum, skąd ple­mię ura­sta
La­ty­nów, ojce Alby i wiel­kiej gród Romy.

Muzo, wskaż mi przy­czy­ny, jaki żal kry­jo­my

Lub bo­leść skła­nia bo­gów kró­lo­wą, iż męża
Zboż­ne­go tylu przy­gód i prac ucie­mię­ża
Brze­mie­niem? Więc gniew taki i nie­bian pierś pali?

Był gród sta­ry ty­ryj­scy nim kmie­cie wła­da­li
Na­prze­ciw ujść ty­bro­wych Ita­lii: Kar­ta­go,
Prze­py­chem bo­gactw sław­ny i bi­tew prze­wa­gą.
Nad wszyst­kie on, jak mó­wią, był dro­gi Ju­no­nie,
Nad Sa­mos czci go wię­cej: tam były jej bro­nie,
Tam wóz; lu­dom sto­li­cę w nim bo­gi­ni śmia­ła,
Je­śli­by los do­zwo­lił, już wte­dy wznieść chcia­ła.
Lecz wzdę­ła wieść, że z Tro­jan kiwi zbu­dzi się ple­mię,
Co kie­dyś zam­ki Tyru oba­li na zie­mię,
Że stam­tąd sław­ny w bo­jach lud z kró­lem przy­błę­dą
Na zgu­bę Li­bii-przyj­dzie: – tak Par­ki nić przę­dą.
Przed tym cór­ka Sa­tur­na drży, w my­śli jej stoi
Bój, któ­ry za swe Ar­gos wio­dła u bram. Troi;
Nie zga­sło w ser­cu zło­ści i cier­pień za­rze­wie;
Głę­bo­ko w du­szy skry­ty, utwier­dza ją w gnie­wie

Pa­ry­sa sąd krzyw­dzą­cy, za­po­mnieć się nie da
Ród wro­gi, po­rwa­ne­go chwa­ła Ga­ni­me­da.
Tym wzbu­rzo­na, mio­ta­nych wkrąg po mo­rzu ca­łem
Reszt­ki Tro­jan, co zbie­gły przed Achil­la sza­łem,
Wstrzy­my­wa­ła od La­cjum z dala; przez lat wie­le
Błą­dzi­li, gna­ni lo­sem w mórz wszyst­kich to­pie­le:
Taki trud był, gród Romy na trwa­łym wznieść zrę­bie.

Le­d­wo z oczu Sy­cy­lię stra­ciw­szy, na głę­bie
Pu­ści­li rzeź­ko ża­gle, kra­jąc spi­żem pia­ny,
Gdy Jur­to, w któ­rej pier­si ból wiecz­nej tkwi rany,
Tak my­śli: „Mam­że ustać w dro­dze, po­ko­na­na?
Nie mo­gęż od Ita­lii wstrzy­mać Teu­krów pana?
Nie! Losy bro­nią! – Pal­las mo­gła spa­lić ło­dzie
Ar­gi­wów, a ich sa­mych za­to­pić we wo­dzie,
(Z win i sza­łu jed­ne­go Ajak­sa Oj­lo­sa!)
Jo­wi­sza szyb­kie „ognie z chmur mie­cąc z uko­sa,

Roz­trą­ca stat­ki, wi­chrem bał­wa­ny wód że­nie,
A jego, zio­ną­ce­go z dna pier­si pło­mie­nie,
Po­rwa­ła i na ska­ły na­bi­ła grań ostrą: –
Ja, nie­bian pani, któ­ram Jo­wi­sza jest sio­strą
I żoną, z lu­dem jed­nym lat sze­reg nie­ma­ły
Wo­ju­ję! Któż Ju­no­nie hołd win­nej da chwa­ły?
Kto kor­nie jej oł­ta­rzom obia­tę uczy­ni?"

Ten w ser­cu roz­ognio­nym spór wio­dąc, bo­gi­ni
W oj­czy­znę burz, gdzie wi­chrów tłum dzi­ki się kłę­bi,
W Eolię wcho­dzi. Eol król w wiel­kich jam głę­bi
Wrą­ce wi­chry, świsz­czą­ce roz­gło­śnych bura sztur­my
Po­wścią­ga wła­dzą, tło­czy do wię­zów i tur­my.
One, gniew­ne, z war­cze­niem gło­śnym hu­czą z bli­ska
Przy ry­glach. Eol sie­dzi u szczy­tu za­mczy­ska,
Ber­ło dzier­żąc, gniew wi­chrów wstrzy­mu­je w za­pę­dzie.
Gdy­by nie to, wnet mo­rza i zie­mic kra­wę­dzie
Wraz z nie­bem w puch by roz­niósł gwał­tow­ny ich za­mach;

Lecz oj­ciec je wszech­wład­ny w za­pa­dłych skrył ja­mach,
Tego bo­jąc się; brze­mię gór wiel­kich nie­ba­wem
Na­ło­żył i dał kró­la, co nie­złom­nym pra­wem.
Skra­cać im umie wo­dze i zwal­niać na sło­wo.
Jego więc Juno kor­ną za­gad­nie tak mową:

„Eolu, to­bie oj­ciec nie­bian i król lu­dzi
Dał moc, co fale tłu­mi iwi­chrem znów bu­dzi.
Lud wro­gi mi po głę­bi tyr­reń­skich wód pły­nie.
Pe­na­ty z Ilium nio­sąc Ita­lii krad­nie.
Po­bi­te wi­chrem po­grąż ich stat­ki we fali
Lub spraw, by się po mo­rzu roz­bi­ci tu­ła­li!

W or­sza­ku nimf czter­na­ście mam cud­ne­go cia­ła,
Z tych kształ­tem naj­pięk­niej­sza De­jo­pa wspa­nia­ła;
Ją to­bie dam w mał­żeń­stwo sta­łe za usłu­gi
Tak wiel­kie, by wraz z tobą lat wszyst­kich ciąg dłu­gi
Prze­ży­ła, pięk­nych dzia­tek ra­du­jąc cię gro­nem!"

Na to Eol: „Wy­ja­wić, co chcesz mieć speł­nio­nem,
Twój trud, pani, – mnie speł­nić trze­ba, co sta­no­wisz.
Ty pań­stwo mi zjed­ny­wasz, przez cie­bie mi Jo­wisz
Życz­li­wy, ty u bo­gów dasz sia­dać bie­sia­dy,
Ty czy­nisz mnie po­tęż­nym nad bu­rze i gra­dy".

Tak rzekł i od­wró­co­nym dzi­ry­tem w bok trza­śnie
Pie­cza­ry skal­nej: wi­chry jak hu­fiec ha­ła­śnie
Otwar­tą bra­mą w zie­mie rwą trą­bą hu­czą­cą,
Zwar­ły się z falą, do dna skłę­bio­ny nurt mącą.
Wraz Eu­rus, No­tus gna­ją i z czę­stych burz zna­ny
Afry­kus – wzdę­te pę­dzą ku brze­gom bał­wa­ny.
Krzyk lu­dzi się roz­le­ga wraz z trza­skiem przy ste­rze.
Chmur na­wał wnet blask – dzien­ny i błę­kit za­bie­rze
Sprzed oczu Teu­krów: czar­na noc le­gła na fali.
Grzmi nie­bo, z czę­stych ogni w krąg prze­stwór się pali;
Nie­chyb­ną śmier­cią wszyst­ko że­gla­rzy prze­stra­sza.

Dreszcz zim­ny obez­wład­ni człon­ki Ene­asza;
Wes­tchnął i w nie­bo dło­nie pod­no­sząc wraz obie,
Tak rze­cze: „0 szczę­śliw­si sto­kroć, co w walk do­bie
W oczach oj­ców, pod Troi mury wy­so­kie­mi
Paść mo­gli! 0 naj­śmiel­szy z sy­nów grec­kiej zie­mi,
Ty­dy­do! Cze­muż w polu, wśród ilioń­skich bło­ni
Nie mo­głem du­cha od­dać, tam po­lec z twej dło­ni,

Gdzie Hek­tor od Achil­la włócz­ni, gdzie ol­brzy­mi
Sar­pe­don, gdzie Sy­mo­is bał­wa­ny wzdę­ty­mi
Po­rwa­ne to­czy tar­cze, szy­sza­ki i cia­ła!"

Gdy mó­wił, Akwi­lo­nem świsz­czą­ca na­wa­ła
Ude­rza w ża­gle, w nie­bo od­mę­ty wód wali.
Pę­kły wio­sła, przód ło­dzi się skrę­cił i fali
Dał bok; góra urwi­sta ude­rzy weń wod­na,
Tych w prze­stwór nie­sie, tam­tym, roz­darł­szy toń do dna,

Od­sła­nia piach wśród nur­tów; wre żwi­rem lej cały.
Trzy stat­ki Not po­rwaw­szy, w taj­ne skrę­ca ska­ły
(Ara­mi zwą je: skry­te, gdy mo­rze wi­chr skłę­bi,
Grzbiet groź­ny wzno­szą w ci­szy) – trzy Eu­rus od głę­bi.

Gna w Syr­ty – przy­kry wi­dok dla oczu tu­ła­cza! –

Strą­ca w bro­dy i pia­chu na­sy­pem ota­cza.

Łódź Li­ków wraz z Oron­tem, przed jego oczy­ma,

Ogrom­ny bał­wan, któ­ry pod nie­bo grzbiet wzdy­ma,

Ude­rza z tyłu; ster­nik, strą­con bez pa­mię­ci,

Gło­wą w dół spa­da, – łódź zaś po trzy­kroć nurt skrę­ci

W lej wi­rów i gwał­tow­ną pasz­czę­ką w głąb chło­nie.

Wy­nu­rzą się nie­licz­ni nad wiel­kich wód to­nie,

Broń, de­ski, skar­by Troi – pęd fali roz­mia­ta.

Łódź moc­ną Ilio­ne­ja, męż­ne­go Acha­ta,

Łódź, któ­rą Abas je­chał i Ale­tes sta­ry,

Zwy­cię­ża or­kan; w inne bo­ka­mi, przez szpa­ry

Zwą­tlo­nych spo­jeń – wro­gi nurt desz­czem się wci­ska.
Tym­cza­sem huk fal grzmią­cych z taj­ne­go sie­dli­ska
Pusz­czo­ną bu­rzę od­krył wresz­cie Nep­tu­no­wi
W dnie głę­bin; obu­rze­nia dreszcz prze­biegł go mro­wi;
Ła­god­ne lica z fali nad peł­ne wzniósł mo­rze:
Ene­ja flo­tę wi­dzi po ca­łym prze­stwo­rze
Roz­bi­tą, Tro­jan nie­ba zmiaż­dżo­nych ru­iną;

Wie do­brze brat Ju­no­ny, że z jej gnie­wu giną.
Ze­fi­ra z Eu­rem wzy­wa, te gło­sząc im sło­wa:
„Tak­że-to umysł py­cha wam mro­czy ro­do­wa?
Ju­że­ście, Wi­chry, nie­bo z zie­mią zmie­szać śmie­li
Beze mnie, ta­kie wzno­sząc wód góry z to­pie­li?!

Dam ja wam!… Ale trze­ba burz stłu­mić hu­ra­gan!
Raz wtó­ry nie do ta­kich uciek­nę się na­gan.
Ucie­kaj­cie, to swe­mu od­no­sząc mo­nar­sze:
Mórz wła­dzę, sro­gi trój­ząb, nie jemu naj­star­sze
Daje pra­wo – mnie tyl­ko! Ol­brzy­mie ma ska­ły,

Wasz dom, Eu­rze; tam nie­chaj do­cho­dzi swej chwa­ły,
Tam niech Eol za­mknię­tej kró­lu­je wi­chu­rze!"

Tak rzekł i sło­wem wzdę­te ła­go­dzi wraz bu­rze,
Skłę­bio­ne spę­dza chmu­ry i wra­ca dzień miły.
Cy­mo­toe z Try­to­nem z raf ostrych co siły

Spy­cha­ją sta­tek; Syr­ty trój­zę­bem bóg po­rze,
Roz­rzu­ca wiel­kie za­spy, uci­sza w krąg mo­rze
I peł­ne fale kół­mi lek­ki­mi roz­trą­ca.

Tak czę­sto kłót­nia w tłu­mie po­ry­wa się wrą­ca

I za­męt, sro­gim gnie­wem po­spól­stwa czerń pło­nie:

Już lecą głow­nie, gła­zy – po­da­je szał bro­nie;

Wtem pe­łen cnót i za­sług po­ja­wi się sta­rzec,
Tłum w ci­szy słu­cha, wa­śni wnet musi się za­rzec;
On sło­wy lud owła­da, uci­sza pierś w sza­le:
Tak mo­rza grzmot umilk­nął wszy­stek, gdy na fale
Spoj­rzał ro­dzic; – ru­ma­kom pod nie­bem świe­tla­nem
Pusz­cza wo­dze i lot­nym po­my­ka ry­dwa­nem.

Zmę­cze­ni Ene­adzi w naj­bliż­sze wy­brze­ża
Mkną pę­dem, kędy Li­bia swe łany roz­sze­rza.
Za­cisz­ne jest tam miej­sce: uję­ciem dwu ra­mion
Port wy­spa two­rzy, kędy wód la­zur, nie­spla­mion
Bu­rzą z głę­bi, za­le­d­wie dreszcz marsz­czy nie­śmia­ły.
Z dwóch stron ra­zem po­tęż­ne dwie wzno­szą się ska­ły
W nie­bio­sa, pod ich cie­niem fal drze­mią zwier­cia­dła
Mil­czą­ce. Lśnią­ca tę­czą barw pusz­cza usia­dła
Nad nimi i gaj, mro­ków spo­wi­ły w krąg ci­szą.
Z prze­ciw­ka gro­ta: stro­mych urwi­ska ścian wi­szą,
W środ­ku zdrój, ze skał ży­wych cio­sa­ne sie­dzi­ska,
Dom nimf. Ło­dzi zwą­tlo­nych tu łań­cuch się ści­ska,
Ni krzy­wym zę­bem cięż­ka ko­twi­ca za­ha­czy.
Tu z ca­łej licz­by sie­dem swych ło­dzi tu­ła­czy
Wcią­ga Enej. Tro­ja­nie, tak bar­dzo do zie­mi
Tę­sk­nią­cy, ska­czą w pia­sek sto­pa­mi raź­ne­mi,
Na brze­gu zmo­kłe cia­ła skła­da­jąc w ucie­sze.
Pierw­szy Achat wnet iskrę z krze­mie­nia wy­krze­sze,
Żar chwy­ta li­ść­mi, su­che w krąg kła­dzie pa­li­wa:
Wnet ogień ze za­rze­wia pło­mie­niem się izry­wa.
Nad­psu­te wodą zbo­że wy­no­szą i sprzę­ty;
Znu­że­ni do cna, po­karm znów mo­rzu od­ję­ty –
Spo­so­bią się piec ogniem i kru­szyć go ska­łą.

Tym­cza­sem Enej wstą­pił na górę i całą

Ob­jąw­szy okiem prze­strzeń, pa­trzy, czy An­te­ja
Lub fry­skich ło­dzi kędy nie mio­ta za­wie­ja,
Czy Ka­pys, Kaik stat­ków wy­so­kich nie że­nie.
Nie do­strzegł naw; trzy tyl­ko na brze­gu je­le­nie
Błą­dzą­ce wi­dzi – z tyłu łań cała gro­ma­da;
Dłu­gim wień­cem w do­li­nie tak pasą się sta­da.
Przy­stą­pił wnet, łuk w dło­nie i lot­ne wziął gro­ty,
Któ­re mu wier­ny Achat niósł. Pe­łen ocho­ty,
Wprzód wo­dze, łby ro­ga­te nio­są­ce wy­nio­śle,
Oba­la, po­tem w le­śne 'wtło­czo­ny za­ro­śle,
Strza­ła­mi pło­sząc, pę­dzi przed sobą tłum hoży
I nie pier­wej usta­je, aż sie­dem po­ło­ży
Sztuk wiel­kich: wła­śnie tyle, ile ło­dzi mie­li;
Do por­tu wte­dy śpie­szy i dru­hom je dzie­li.
Po­tem wino, któ­re­go pły­ną­cej gro­ma­dzie
W Try­na­krii do­bry Acest ogrom­ne dał ka­dzie,
Roz­dzie­la i otu­chę tak wle­wa im w łona:

„0 dru­hy – toć wam zna­na klęsk fala mi­nio­na, –
Znie­śli­ście gor­sze, tym też bóg ko­niec po­ło­ży!
Wy szał Scyl­li i rafy pod­wod­nych wy­dro­ży
Hu­czą­ce, wy Cy­klo­pa złość w znoj­nych walk bun­cie
Zmo­gli­ście – i dziś z ser­ca lęk smut­ny usuń­cie!
I to pew­nie przy­po­mnieć kie­dyś bę­dzie miło!
Przez mnó­stwo przy­gód, ła­miąc tak wie­le zdrad siłą,

Do La­cjum dą­żym, gdzie nam spo­koj­ne miesz­ka­nie
Wska­zu­ją losy; tam to znów Tro­ja po­wsta­nie.
Trwaj­cie, niech każ­dy bę­dzie na szczę­sny los go­tów!"
Tak mówi, lecz sam, pe­łen naj­cięż­szych kło­po­tów,
Uda­je ra­dość w twa­rzy, ból ser­ca owła­da.
Ich za­się łup zaj­mu­je i bli­ska bie­sia­da:
Ze skó­ry wnętrz­ne mię­sa ob­na­żą ostroż­nie,
Część sie­ka­ją, część pie­ką drga­ją­cą na roż­nie,
Inni ku­bły sta­wia­ją, nie­cą pło­mień żwa­wy,
A po­tem krze­pią siły – i le­żąc wśród tra­wy,
Sta­rym wi­nem się ra­czą i tłu­stych mięs poły.
Gdy głód ucztą uko­ją i sprząt­nię­to sto­ły,
Stra­co­nych dru­hów w dłu­giej przy­po­mną roz­mo­wie,
Wśród na­dziei i lęku nie­pew­ni, czy zdro­wie
I ży­cie oca­li­li, i sły­szą ich z dala.
Doli Oron­ta zboż­ny Enej się uża­la,
Amy­ka opła­ku­je i Lika" los sro­gi,
Gi­ja­sa też z Klo­an­tem, ry­ce­rzy bez trwo­gi.

Już ko­niec był, gdy Jo­wisz, śle­dzą­cy z prze­stwo­rza
Ziem okrąg, sre­brem ża­gli mie­nią­ce się mo­rza,
Wy­brze­ża i lud mno­gi, wśród nie­bios za­trzy­ma
Swe kro­ki i w kraj Li­bii się wpa­trzy oczy­ma.
Gdy ta­kich trosk na­wa­ła pierś cięż­ko mu tło­czy,
Ze smut­kiem, łza­mi wil­żąc na­dob­ne swe oczy,

Rze­cze We­nus doń: „Kró­lu, co lu­dziom na zie­mi
I bo­gom wła­dasz, gro­my śląc, pra­wy wiecz­ne­mi!
Ja­kież to mój Ene­asz po­peł­nić mógł zbrod­nie
Z Tro­ja­ny, iż klęsk tyle cier­pią­cym, nie­god­nie
Za­mknię­ty zo­stał zie­mic Ita­lii krąg cały?
Wszak sam to obie­ca­łeś, że z laty, w dniu chwa­ły
Z krwi Teu­kra – Romy wiel­cy po­wsta­ną mo­ca­rze,
Co w mo­rza i ziem wszyst­kich za­wład­ną ob­sza­rze
Po­tęż­nie; cóż dziś, oj­cze, twe zda­nie od­mie­nia?
W upad­ku smut­nym Troi, wśród gro­zy znisz­cze­nia
Po­cie­sza­łam się my­ślą, że zmien­na jest dola!
Dziś ten­że los pę­dzo­nych przez tylu klęsk pola
Znów ści­ga. Kró­lu wiel­ki, gdzie ko­niec mo­zo­łu?
An­te­nor wszyst­kie stra­że Achi­wów po­spo­łu
Mógł zmy­lić, w il­li­ryj­skich mórz od­męt zbiec chmur­ny,
Ty­ma­wa nurt, gdzie mają kró­le­stwo Li­bur­ny,
Okieł­zać, gdzie przez dzie­więć jam, z wnę­trza ska­li­ska,
Ze szu­mem wzdę­te mo­rze przez pola się ci­ska;
Pa­ta­wy gród on wiel­ki za­ło­żył w tej stro­nie
Dla Teu­krów, imię nadał lu­do­wi, wbił bro­nie
Tro­jań­skie i dziś w bło­gim po­ko­ju spo­czy­wa; –
My, ród twój, któ­rych nie­ba włość cze­ka szczę­śli­wa,
Z gnie­wu jed­nej (wstyd!) ło­dzie stra­ciw­szy wśród fali,
Zdra­dze­ni, od Ita­lii ziem błą­dzim w od­da­li.
Ta­kąż cześć ma na­boż­ność? Tak tron nam sta­no­wisz?"
Ro­dzic lu­dzi i bo­gów uśmiech­nął się Jo­wisz;

Z li­cem, przed któ­rym bu­rzy moc pierz­cha wi­chro­wa,
Ca­łu­je córę, po­tem w te ozwie się sło­wa:

„Rzuć bo­jaźń, Cy­te­rej­ko: trwa dla cię nie­zmien­na
For­tu­na; gród zo­ba­czysz obie­ca­ni len­na
La­wi­nium, Ene­asza w gwiazd gór­ną kra­inę
Wpro­wa­dzisz; raz da­ne­go ci sło­wa nie minę.
Dziś bo­wiem, gdy cię tro­ska drę­czy nad­zwy­czaj­nie,
Sze­ro­ko przy­szłych lo­sów od­sło­nię ci taj­nie:
Bój bę­dzie wieść Ita­lia wiel­ki, praw nie­świa­dom
Lud zwal­czy, ład i gro­dy da wiej­skim gro­ma­dom;
Gdy lat trzy wła­dać bę­dzie nad La­cjum kra­iną,
Gdy od klę­ski Ru­tu­lów trzy zimy prze­mi­ną,
Dzie­cię Askań, dziś Ju­lem zwa­ny, Askań mło­dy
(Ilem był, kie­dy Ilium sta­ło mię­dzy gro­dy),
W rzą­dach swo­ich lat dłu­gich wy­peł­ni trzy­dzie­ści,
Prze­nie­sie tron z La­wi­nium i w Al­bie po­mie­ści,
Zwa­nej Dłu­gą, po­tęż­nie wzmac­nia­jąc ją wały.
Na trzy­sta lat tam peł­nych odzier­ży tron chwa­ły
Hek­to­ra ród, aż Ilia, ka­płan­ka-kró­lo­wa,
Po­czę­tych z Mar­sa dwo­je bliź­nią­tek wy­cho­wa.
Wil­czy­cy pło­wej skó­rą odzian, kar­mi­ciel­ki,
Za­wład­nie Ro­mul lu­dem, za­ło­ży gród wiel­ki,
Swym mia­nem zwąc go: Romy mar­so­wą osa­dę.
Ich władz­twu gra­nic w zie­mi i w cza­sie nie kła­dę:
Bez­kre­sne mają ber­ło – i Juno gniew­li­wa,
Go mo­rze, zie­mię, nie­bo dziś wa­śnią roz­ry­wa,
Myśl w lep­sze mie­niąc, ze mną wraz świa­ta mo­ca­rzy,
To­ga­mi stroj­nych Rzy­mian, swą ła­ską ob­da­rzy.

Tak los chce. As­sa­ra­ka po­tęż­ny dom, z laty,

Kraj Fty­ji i Mi­ce­ny, gród w sła­wę bo­ga­ty

Pod­bi­je – zie­mia Ar­gos mu skło­ni się sta­ra.

Z pięk­ne­go rodu Tro­jan świat uj­rzy Ce­za­ra,

Co sła­wą w gwiaz­dy, pań­stwa krań­ca­mi w ol­brzy­mie

Się­gnie mo­rza, od Jula wiel­kie­go ma imię;

Tego ty z łu­pem Wscho­du do nie­biań­skich za­cisz

Bez trosk przyj­miesz, czcią bo­ską i ślu­by zbo­ga­cisz.
Zła­go­dzą się zwy­cza­je, usta­ną w krąg woj­ny,
A siwa Wier­ność z We­stą, z Re­mu­sem do­stoj­ny
Da Kwi­ryn pra­wa; sro­gie że­la­znym łań­cu­chem
Wrze­cią­dze za­wrą Wo­jen: w po­mro­czu ich głu­chem,

Na bro­ni, ze sku­ty­mi stu wię­zy rę­ko­ma
Na ple­cach, krwa­wą pasz­czą Złość ryk­nie ła­ko­ma".

Tak rzekł i syna Mai z gór­ne­go śle nie­ba,
By Teu­krów – gród Kar­ta­gi nowy i jej gle­ba

Przy­ję­ły, by im Dydo, lo­sów nie­zna­ją­ca,

Nie bro­ni­ła ziem. Szyb­ko ów skrzy­dły roz­trą­ca

Po­wie­trze i w li­bij­skiej wnet sta­je kra­inie.

Roz­ka­zy speł­nia; Pe­nom ze ser­ca złość gi­nie,

Jak bóg chce; nade wszyst­ko życz­li­wa kró­lo­wa

Dla Teu­krów myśl ła­ska­wą i szcze­rą chęć cho­wa.

Po­boż­ny Enej, nocą wie­le wa­żąc w du­szy,
Gdy bły­snął ra­nek miły, wnet w dro­gę wy­ru­szy:
W ja­kie stro­ny go znio­sła fala, wi­chrem wzdę­ta,
Jaki lud w nich (bo pust­kę wi­dzi) i zwie­rzę­ta,
Chce zba­dać, aby dru­hom to od­nieść do ło­dzi.
Pod wklę­słą ska­łę stat­ki, pod le­śny gąszcz wwo­dzi,
Gdzie drze­wa mrok igli­wiem rzu­ca­ją bo­ga­tem
Po­sęp­ny; z jed­nym tyl­ko sam ru­sza Acha­tem,
Dwa w dło­ni z cięż­kim gro­tem wtrzą­sa­jąc oszcze­py.
Doń mat­ka wy­szła prze­ciw, przez lasu gąszcz śle­py:
Twarz i sza­ty ma dzie­wy, w jej ręku broń lśni się
Spar­tan­ki lub Har­pal­ki, co ko­nie w Tre­isie
Prze­ści­ga i nad He­bru by­strzej­sza jest fale;
Łuk skład­ny z bar­ków na dół zwie­si­ła nie­dba­le,
Wiatr uno­si jej wło­sy, na­gie jej ko­la­na,
A lek­ka poła sza­ty wę­złem prze­wią­za­na.
Pierw­sza ich: "0 mło­dzień­cy – spy­ta – czy­ście może
Błą­dzą­cych sióstr mych kędy nie spo­tka­li w bo­rze?
Koł­czan no­szą, odzie­żą ich ry­sia pstra skó­ra –
Może z krzy­kiem w odyń­ca trop gna­ła tu któ­ra?"

Tak We­nus; zaś syn rze­cze: „W pust­ko­wiu tem głu­chem
Nie wzię­lim wie­ści o nich ni okiem, ni uchem.

Jak zwać cię, dziew­czę? Ziem­skiej da­le­ko kró­lew­nie
Do two­ich lic i gło­su; bo­gi­ni tyś pew­nie,

Sio­strzy­ca Feba albo z ple­mie­nia nimf jed­na!
Kim­kol­wiek je­steś, wi­taj i do­bądź nas ze dna
Mo­zo­łów; po­śród ja­kich tu błą­dzim niw? po­wiedz!
Nie zna­jąc miejsc ni lu­dzi, w ten dzi­ki ma­no­wiec
Za­brnę­lim, gnie­wem wi­chru i wzdę­tych fal gna­ni.
Obia­ty za to hoj­ne zło­ży­my ci w dani".

Na to We­nus: „Nie god­nam ja żad­nej obia­ty.
Jest zwy­czaj dzie­wic Tyru nieść koł­czan bo­ga­ty
I gór­nie pur­pu­ro­wym ko­tur­nem kryć go­leń.
Pu­mic­kie wi­dzisz pań­stwo, gród Tyru po­ko­leń
Li­bij­skich, Age­no­ra wo­jo­wie w nim dzi­cy;
Nad gro­dem Dydo wła­da, co z Tyru sto­li­cy
Przed bra­tem uszła. Dłu­ga za­wi­łość jest w spra­wie,
Więc głów­ne jeno rysy jej krzyw­dy wy­ja­wię:
Mał­żon­kiem jej był Sy­chej, naj­bo­gat­szy w łany
Wśród Pe­nów i przez bied­ną wiel­ce mi­ło­wa­ny.
Jemu to ją nie­tknię­tą z wróż­ba­mi pierw­sze­mi
Dał ro­dzi­cie!… Lecz kró­lem wśród ty­ryj­skiej zie­mi
Pig­ma­lion był, nad in­nych wy­la­ny na zbrod­nie;
Mię­dzy nimi gniew wy­buchł. Okrut­nik nie­god­nie
Nie­bacz­ne­go Sy­che­ja przed oł­ta­rza drew­ny
Dla żą­dzy zło­ta za­bił że­la­zem – i pew­ny
Ma­ło­ści sio­stry, dłu­go ukry­wał rzecz przed nią,

Łu­dząc smut­ną ze sztu­ką iście nie­po­śled­nią.
Nie­po­grze­bion mąż prze­cież jej zja­wił się we śnie:
Twarz bla­dą w dziw­ny spo­sób pod­no­sząc bo­le­śnie,
Okrop­ny oł­tarz, pier­si prze­bi­te że­la­zem
Od­sła­nia, taj­ną zbrod­nię ob­ja­śnia jej ra­zem,
Po­tem ra­dzi ucie­kać i rzu­cić swe łany,
Na po­dróż zaś do­by­wa ze zie­mi nie­zna­ny
Skarb sta­ry, wiel­kie sre­bra i zło­ta brze­mio­na.
Z dru­ha­mi po­dróż Dydo go­tu­je str­wo­żo­na.
Wnet ci, któ­rych gniew sro­gi do ty­ra­na bo­dzie
Lub lęk pę­dzi, ze­bra­ni, po­ry­wa­ją ło­dzie,
Zno­szą skar­by: ską­pe­go Pig­ma­lio­na zło­to
Pły­nie mo­rzem. Ko­bie­ta prze­wo­dzi nad flo­tą.
Przy­by­li wresz­cie w miej­sce, gdzie wzgó­rza stok nagi
Mur wień­czy dziś, po­tęż­ny gród no­wej Kar­ta­gi;
Ku­piw­szy zie­mi tyle, ile się za­my­ka –
Byr­są zwą ją stąd – skó­rą ro­ze­sła­ną z byka…
Lecz wy skąd? Z ja­kiej wresz­cie przy­szli­ście tu niwy?
I jaką dro­gą?" – Na jej za­py­tań głos tkli­wy,
Wzdy­cha­jąc cięż­ko, z pier­si te rzu­cił on sło­wa:
„Bo­gi­ni, je­śli słu­chać mnie bę­dziesz go­to­wa,
To za­nim wszyst­kie na­sze wy­li­czę mo­zo­ły,
Wprzód wie­czór w nie­bie zga­si dnia uśmiech we­so­ły:
My z Troi sta­rej; do­szło cię może z od­da­li
To mia­no; dłu­go gna­nych po róż­nych mórz fali
Przy­pad­kiem wi­cher w Li­bię nas rzu­cił, zły sro­dze:

Jam zboż­ny Enej: bogi wy­rwa­ne po­żo­dze

Na flo­cie wio­zę, sła­wa ma nie­bios do­się­ga.

Ita­lii szu­kam, kędy z Jo­wi­sza po­tę­ga

Mo­je­go rodu. Z Fry­gii dwa­dzie­ścia jam ło­dzi

W nurt spy­chał, a bo­gi­ni im, mat­ka, prze­wo­dzi;

Z tych sie­dem Eur zo­sta­wił, zbi­tych przez bał­wa­ny,

Ja, nę­dzarz, wśród puszcz Li­bii tu­łam się nie­zna­ny,

Z Eu­ro­py, z Azji wy­gnam…" Wię­cej We­nus tkli­wa

Nie znio­sła i tak skar­gę mu gorz­ką prze­ry­wa:

„Ktoś­kol­wiek jest, nie wie­rzę, byś bo­gom nie­mi­ły
Wiódł ży­wot, gdy w gród Tyru cię losy 'zwró­ci­ły.
Da­lej jeno, wstąp w pro­gi kró­lo­wej bez zwło­ki,
Bo dru­hów twych i flo­tę (pew­ny­mi wy­ro­ki
Wieść gło­szę) wiatr w bez­piecz­ną gna przy­stań w tej
Chy­ba, że próż­no wró­żyć mnie ojce uczy­li! [chwi­li,
Patrz, leci sześć ła­bę­dzi par skrzy­dłem we­so­łem;
Przed chwi­lą ptak Jo­wi­sza zło­wiesz­czym je ko­łem
Z peł­ne­go spło­szył nie­ba, zwią­za­ne w rząd dłu­gi –
Te opa­dły, te pa­trzą, gdzie opaść w pól smu­gi:
Jak skrzy­dły igra­ją­ce te lot­ne ła­bę­dzie
Ze szu­mem, śpiew pod­no­sząc, przez nie­bo mkną w pę­dzie:

Tak samo two­ja flo­ta, two­jej hu­fiec mło­dzi
Osią­ga port lub peł­nym doń ża­glem do­cho­dzi;
Śpiesz się tędy iść dro­gą, gdzie wszyst­ko ci sprzy­ja!"

Tak rze­kł­szy, skroń.od­wró­ci – ró­żo­wa jej szy­ja
Roz­bły­śnie, woń am­bro­zji od wło­sów ude­rzy,
Czar bo­ski; do stóp fał­dy jej spły­ną odzie­ży.
Bo­gi­nię krok sam wy­dał. Po­znaw­szy ją, wiel­ce
Za­smu­con, tak się zbie­głej skar­żył ro­dzi­ciel­ce
Ene­asz: „Cze­mu sro­gość twa praw­dę mi sło­ni

Złud­ny­mi wid­my? Cze­mu trzy­ma­jąc dłoń w dło­ni,

Praw­dzi­wy­mi się sło­wy roz­mó­wić nie mo­żem?"

Tak wini ją, wska­za­nym w gród dą­żąc wy­dro­żem.
Idą­cych ciem­ną chmu­rą tro­skli­wa bo­gi­ni
Ota­cza, ze mgły gę­stej płaszcz wo­kół im czy­ni,
By nikt do­strzec ich nie mógł, ni czy­nić im szko­dy
Lub opóź­niać, py­ta­jąc o przyj­ścia po­wo­dy.
Sama w Pafu dzie­dzi­ny się wzbi­ła we­so­ła,
Gdzie z oł­ta­rzy stu, kwie­ciem zwień­czo­nych do­ko­ła.
Ka­dzi­deł Saby wo­nie naj­śwież­sze jej pły­ną.

Oni w dro­gę tym­cza­sem dą­żąc za ście­ży­ną,
Wstą­pi­li na naj­wy­żej pię­trzą­ce się wzgó­rze
Nad mia­stem, skąd gród wi­dać i za­mek w la­zu­rze.
Za­dzi­wią wo­dza gma­chy, przed laty rząd cha­łup;
Ścisk lu­dzi, bra­my, bru­ki; z za­pa­łem – jak na łup
Lud ci­śnie się ty­ryj­ski: Ci mury ocho­czo
Zam­ko­we wzno­szą, tam­ci rę­ko­ma głaz to­czą,
Tam ro­wem za­my­ka­ją ob­szar ob­ran na dom,
Miej­sca ty­czą, słu­żą­ce se­na­tu ob­ra­dom;
Tu port ko­pią, pod­wa­lin te­atru tam tłum­ny
Rój do­glą­da, a inni ogrom­ne ko­lum­ny
Ze skał rą­bią, ca będą ozdo­bą na sce­nie:
Tak wio­sną na wsi kwiet­nej psz­czół sły­chać brzę­cze­nie
Ro­ją­cych się na słoń­cu, gdy peł­ne swo­bo­dy
Doj­rza­ły płód wy­wo­dzą, lub płyn­ne z ziół mio­dy
Przy­no­szą, na­peł­nia­jąc ko­mór­ki sło­dy­czą,
Po­ma­ga­ją wno­szą­cym albo wo­jow­ni­czo
Trut­ni ciż­bę precz pę­dzą od mio­do­wych tka­nek:

„O szczę­śni, któ­rym mur już sie­dzi­by wy­ra­sta!”
Rzekł Enej – i oglą­da wy­nio­sły szczyt mia­sta.
Za­kry­ty mgłą (o dzi­wy!), prze­ci­ska się dro­gą
1 w tłum mie­sza, nie­wi­dzian zgo­ła przez ni­ko­go.

Był gaik w środ­ku mia­sta pe­łen mi­łych cie­ni,
Gdzie Pe­no­wie, fa­la­mi i bu­rzą pę­dze­ni,
Znak z zie­mi wy­ko­pa­li, w miej­scu od Ju­no­ny
Wska­za­nym: łeb ru­ma­ka; tak w bo­jach ćwi­czo­ny
Miał być lud, co przez wie­ki zwy­cię­stwy za­sły­nie.
Tu Ju­no­nie Dy­do­na ogrom­ną świą­ty­nię
Sta­wia­ła, znacz­ną dary i bo­ską opie­ką:
Spi­żo­we stop­nie pro­gów jej błysz­czą da­le­ko,
Spiż bel­ki spi­na, chrzęsz­czą po­dwo­je ze spi­żu.
W tym gaju naj­pierw Enej zo­ba­czył w po­bli­żu
Rzecz nową, któ­rej wi­dok zła­go­dził bo­jaź­nie
I w klę­sce brzask wy­zwo­leń zwia­sto­wał wy­raź­nie..
Gdy się bo­wiem roz­glą­da w ol­brzy­miej świą­ty­ni,
Cze­ka­jąc na kró­lo­wą, gdy po­dziw mu czy­ni
Prze­pych mia­sta, ar­ty­stów dłoń i cięż­kie dzie­ła –
Iliac­kie wi­dzi bi­twy, któ­re w kształt za­klę­ła
Roz­gło­śna sła­wa, echem pły­ną­ca w świat cały:
Atry­dów i Pry­ja­ma, i wro­ga ich chwa­ły,
Achil­la. Ze łzą sta­jąc: „Gdzież gród – rzekł – Acha­cie,

Gdzie na­szych nie­zna­ją­ce klęsk zie­mi po­ła­cie?
Oto Pry­jam! Za­słu­ga bywa na­gro­dzo­na,
Są łzy rze­czy – i wzru­sza czło­wie­czy ból łona!

Rzuć bo­jaźń – i ta sła­wa ochło­dy cień da ci!"

Tak rzekł i złu­dą nie­mych wzrok pa­sie po­sta­ci,
Cięż­ko ję­cząc i łza­mi zle­wa­jąc swe lica.
Per­ga­mu boje jego oglą­da źre­ni­ca:
Tu Gre­cy ucie­ka­ją, młódź Troi na­ci­ska,
Tam Fry­gi z groź­ną kitą Achil pę­dzi z bli­ska
Ry­dwa­nem; ze łzą wi­dzi na­mio­tów rząd bia­ły
Re­zo­sa, w któ­re nocą, gdy pierw­szym snem spa­ły,
Na rzeź krwa­wą Ty­dy­dy wtar­gnę­ła za­sadz­ka
I w obóz dziel­ne ko­nie uwio­dła znie­nac­ka,
Nim Troi pa­szę ja­dły i Ksan­tu nurt piły;
Ów­dzie, zbro­ję stra­ciw­szy swo­ją, Tro­il miły,
Bied­ny mło­dzian, nie­zdo­len z Achil­lem biec w star­cie,
Nie­sion koń­mi, tkwi w wo­zie po­chy­ły, upar­cie
Dzier­żąc wo­dze – w ku­rza­wie kę­dzio­ry mu toną
I kark, zie­mię zaś orze włócz­nią od­wró­co­ną;
Tym­cza­sem z sza­tą w gniew­nej świą­ty­nię Pal­la­dy,
Włos roz­wiaw­szy, Ilia­dek wy­ru­sza tłum bla­dy
W łzach się ko­rząc i w pier­si się bi­jąc rę­ko­ma:
Bo­gi­ni wzrok utkwi­ła w zie­mię – nie­ru­cho­ma;
Hek­to­ra trzy­kroć Achil w krąg Troi baszt oto
Wle­cze koń­mi i cia­ło sprze­da­je za zło­to. –

Ze dna pier­si mu jęki żal do­był głę­bo­ki,.

Gdy łup uj­rzał i ry­dwan z przy­ja­cie­la zwło­ki –

Pry­ja­ma, jak wy­cią­ga bez­bron­ne swe dło­nie.

Wśród wo­dzów grec­kich wła­sna mu po­stać za­pło­nie,

Oglą­da wschod­nie szy­ki, Mem­no­na twarz czar­ną

Ama­zon­ki z krą­gły­mi tar­cza­mi się gar­ną

Z groź­ną Pen­te­zi­leą, co w środ­ku ry­cer­stwa,

Pod­piąw­szy zło­tem pier­si, ru­mia­na i czer­stwa

Z mę­ża­mi, dziew­ką bę­dąc, w bój śpie­szy ocho­czy.

Gdy tymi ob­ra­za­mi Ene­asz swe oczy

Na­sy­ca, po­dzi­wie­niem zdję­ty w głę­bi łona,

Kró­lo­wa sama, cud­nej po­sta­ci Dy­do­na,

W świą­ty­ni z dzie­wic licz­ną po­ja­wia się rze­szą.

Jak nad brze­gi Eu­ro­tu lub w Cyn­tu kraj śpie­szą

Dy­ja­ny tłum­ne chó­ry, roz­brzmie­wa gór gra­nit

Pod plą­sa­mi ty­sią­ca rzeź­kich Oce­anid –

Ona, koł­czan zwie­siw­szy, nad cały tłum bo­giń

Wzno­si się, w pier­siach ma/tka szczę­ścia pło­nie ogień:

Tak pięk­ną była Dydo, tak raź­nie się nio­sła

W tłum lu­dzi, oglą­da­jąc za­czę­te rze­mio­sła.

Wresz­cie w głę­bi świą­ty­ni, pod cie­niem jej po­wał

Za­ję­ła tron; rój zbroj­nych w krąg szy­ki zgru­po­wał,

Ona mę­żom wy­ro­ki ogła­sza i pra­wa,

Za­ję­cia słusz­nym dzia­łem lub lo­sem roz­da­wa.

Wtem Enej uj­rzy z na­gła, jak wśród zbie­go­wi­ska

An­tej, Ser­gest i dziel­ny Klo­ant idą z bli­ska

Wraz z in­ny­mi Teu­kra­mi, któ­rych or­kan siny
Roz­pró­szył w mo­rzach, w obce uno­sząc kra­iny.
Osłu­piał wraz sam, ra­zem Acha­ta dreszcz zdej­mie
Ra­do­ści i oba­wy; chcąc ści­snąć uprzej­mie
Bra­ter­ską dłoń, lecz rze­czy nie­ja­sność ich wstrzy­ma.
Spo­wi­ci w ob­łok śle­dzą pil­ny­mi oczy­ma,
Jaki mę­żów los? W ja­kiej ich flo­ta przy­sta­ni?
Bo co idą? Bo z wszyst­kich okrę­tów wy­bra­ni
Szli bła­gać ła­ski, z krzy­kiem dą­żąc do świą­ty­ni.

Gdy we­szli w głąb i mó­wić im dała wład­czy­ni,
Naj­star­szy Ili­jo­nej kor­ny­mi rzekł sło­wy:

„Kró­lo­wo, któ­rej Jo­wisz dał sta­wiać gród nowy
I har­dy lud słusz­no­ścią miar­ko­wać w za­pę­dzie,
Nę­dza­rze z Troi, gna­ni przez mor­ską toń wszę­dzie
Or­ka­nem, pro­sim, od­dal po­żo­gi złość chy­żej
Od ło­dzi, broń po­boż­nych, rzecz po­znać chciej bli­żej:
Nie przy­szlim, by pu­sto­szyć li­bij­ski kraj mie­czem,
Ni łu­pów żad­nych od was ku brze­gom nie zwle­czem.
Nie mają py­chy tyle i sił zwy­cię­że­ni.
Jest zie­mia, He­spe­ry­ją lud Gra­jów ją mie­ni,
Kraj sta­ry, bi­twy wsła­wion, gdzie ży­zny łan sie­ją
Eno­trzy; jak wieść nie­sie, ród młod­szych dziś zwie ją
Ita­lią, swe­go wo­dza na­da­jąc jej imię.
Tam dą­ży­lim.

Wtem Orion, wsta­jąc, fale z dna ru­szy ol­brzy­mie,
Wi­chra­mi rzu­ci ło­dzie na mie­lizn głąb śle­py,
Wzdę­ty­mi nur­ty kry­je i w skal­ne wer­te­py
Roz­pę­dza. Co tu zbie­gło, na pal­cach do­li­czaj! –
Co za ród?! W ja­kim kra­ju tak cham­ski oby­czaj

Zno­szon bę­dzie? Od brze­gów wstrzy­mu­ją nas zgra­ją,

Bi­twą gro­żą, na zie­mi brzeg wstą­pić nie dają!

Gdy ludź­mi i ich bro­nią gar­dzi­cie nie­god­nie,

Po­mnij­cie: bogi wi­dzą czyn do­bry i zbrod­nie!

Ene­asz był nam kró­lem, na świe­cie nikt dru­gi

Nie zrów­nał mu ni z cno­ty, ni z mie­cza za­słu­gi.

Je­że­li los mu słu­ży i do­tąd od­dy­cha

Po­wie­trzem, gdy go w cie­nie nie, wwio­dła noc ci­cha,

Bez trwo­gi my – i to­bie żal pierw­szej nie bę­dzie

Przy­słu­gi. Na Sy­cy­lii nie­jed­nych ziem pię­dzie

I mia­sta mamy, Acest z krwi Tro­jan je gro­dzi.

Na brze­gi ścią­gnąć do­zwól znę­ka­nych rząd ło­dzi,

Wy­rą­bać z lasu bel­ki, wy­stru­gać w nim wio­sła,

By, gdy­by dru­hów z – kró­lem for­tu­na przy­nio­sła

I los dał, do Ita­lii iść, na La­cjum niwy.

Je­że­li zaś po­chło­nął cię, oj­cze nasz tkli­wy,

Nurt Li­bii i na­dziei nie sta­je nam, Jula,

W Sy­cy­lii niech nas zie­mia go­to­wa przy­tu­la,

Skąd przy­szlim: do­zwól wte­dy w kraj pły­nąć Ace­sty!"

Tak Ili­jo­nej; za­wtó­rzą słów zgod­nych sze­le­sty
Dar­da­ni­dzi.

Na­ten­czas Dydo krót­ko, skła­nia­jąc skroń, po­wie:
„Od­dal­cie z ser­ca bo­jaźń i tro­ski, Teu­kro­wie:
Los twar­dy, no­wość pań­stwa, te da­wać mi każą
Zle­ce­nia i sze­ro­ko ob­sa­dzać brzeg stra­żą,
Któż nie zna Ene­adów? Kto Troi? I komu
Ob­cy­mi są ród, mę­stwo i gro­za po­gro­mu?
Nie ta­kie twar­de ser­ca ta żywi kra­ina,
Nie tak tu od­wró­co­ne słoń­ce ko­nie spi­na!
Gzy He­spe­rii, Sa­tur­na wdzięk znę­ci was bło­ni,

Czy w Eryk­sa kraj Acest król ser­ce na­kło­ni,
Bez­piecz­nie was wy­pra­wię i mie­niem wspo­mo­gę.
Gdy ze mną zo­stać chce­cie, tu koń­cząc swą dro­gę,
Gród mój wa­szym – czas, by­ście okrę­ty ścią­ga­li;
Lud Tro­jan rów­no z Ty­rem ja ważę na sza­li!
O, gdy­by sam król Enej wszedł na to wy­brze­że,
Tym­że wi­chrem gnan! Za­raz wy­traw­ne ry­ce­rze
Ro­ze­ślę, krań­ce Li­bii niech bada straż czu­ła,
Czy rzu­con gdzie się w le­sie lub w gro­dach nie tuła!"

Po­ru­szon sło­wy, Achat wa­lecz­ny swą po­stać
I oj­ciec Enej daw­no już z chmu­ry wy­do­stać
Pra­gnę­li. Pierw­szy Achat Ene­ja za­gad­nie:

„Bo­gi­ni synu, ja­kąż myśl w du­szy masz na dnie?
Bez­piecz­nym wi­dzisz wszyst­ko, flo­ta, dru­hy z nami;
Jed­ne­go brak, któ­re­go wi­dzie­lim wprzód sami,
Jak to­nął, zresz­tą mat­ki speł­ni­ły się sło­wa!" –

Le­d­wie wy­rzekł to, zna­gła pry­snę­ła tę­czo­wa
Śre­żo­ga chmur­ki; lek­kiej wy­dar­ty ob­słon­ce
Pro­mien­ny Enej w ja­sne pod­no­si skroń słoń­ce,
Z po­sta­ci ró­wien bogu, bo od swej ma­cie­rzy
Kę­dzio­ry wziął prze­ślicz­ne, ru­mie­niec lic świe­ży,
A z oczu wdzięk mło­do­ści mu try­ska we­so­ły:
Tak zdo­bią kość sło­nio­wą prze­my­słu mo­zo­ły,
Tak w zło­cie sre­bro bły­ska lub z Paru lśni ka­mień.
Kró­lo­wej więc i wszyst­kim, wśród dzi­wu oma­mień,
Rzekł z na­gła: „Tu­taj je­stem! wy­wia­dów nie sta­nów,
Kró­lo­wo! – Enej z Troi jam, z Li­bii bał­wa­nów
Wy­rwan! 0 ty, co Tro­jan li­tu­jesz się jed­na,
Co nas, reszt­ki Da­na­ów, przez mor­skie bez­ed­na

I lądy gna­nych klę­ską, nę­dza­rzy – do za­cisz
Do­mo­wych swych przyj­mu­jesz i gro­dem bo­ga­cisz,
Dzięk god­nych słać ci, Dydo, nasz ję­zyk nie zdo­ła,
Ni cały ród Dar­da­nów, po świe­cie do­ko­ła
Roz­pró­szon. Je­śli bogi czczą zboż­nych, je­że­li
Coś zna­czy pra­wość, cno­ty świa­do­mość we­se­li.
Bądź wszyst­kim na­gro­dzo­na! Ja­kiż, w szczę­snej chwi­li
Wiek cię wy­dał i jacy oj­co­wie zro­dzi­li?
Póki rze­ki biec będą w mo­rza i gór sto­cza
Zwie­dzać cie­nie, a nie­bo gwiazd trzód­ka uro­cza,
Za­wsze imię twe wdzięcz­nym pierw­szeń­stwem za­szczy­cę,

W ja­ki­kol­wiek kraj pój­dę!" To rze­kł­szy, pra­wi­cę
Śle w stro­nę Ilio­ne­ja, lewą Ser­ge­sto­wi
Dłoń poda, toż Gi­ja­sa, Klo­an­ta po­zdro­wi
I in­nych.

Za­dzi­wio­na wi­do­kiem kró­lo­wa,
A po­tem lo­sem męża, w te ozwie się sło­wa:
„Ja­kiż synu bo­gi­ni, za­wist­ny los gna cię
Przez klęsk tyle? Co rzu­ca w tych pu­stek po­ła­cie?'
Ty­żeś Enej, któ­re­go.An­chi­zo­wi miła
Nad falą Sy­mo­en­tu We­ne­ra po­wi­ła?
Pa­mię­tam, Teu­cer przy­był w sy­doń­si­kie za­go­ny,
Wy­pę­dzon z ziem oj­czy­stych, by szu­kać ko­ro­ny
Z po­mo­cą Bela; ro­dzic mój, Be­lus, na po­piół
Ob­ró­cił Cypr bo­ga­ty i wła­dzy tam do­piął
Po­gro­mem. Od­tąd losy wa­sze­go znam gro­du,
Twe imię, wo­dzów grec­kich pa­mię­tam od mło­du,'
I wro­gów wie­lu – Teu­krów nad inny lud ceni:
Stąd mó­wią, że ze sta­rych są Teu­krów zro­dze­ni.
Wstę­puj­cie więc, mło­dzień­ce, pod moje pod­da­sza!

I mnie rów­nież for­tu­na tak sro­ga jak wa­sza
Po wie­lu tru­dach spo­cząć na zie­mi tej każe.
Nie­ob­ca klę­sce, umiem wspo­ma­gać nę­dza­rze!"

Tak mówi i Ene­ja w kró­lew­skie wrze­cią­dza
Pro­wa­dzi, ra­zem bo­gom obia­ty za­rzą­dza.
Tym­cza­sem na brzeg dru­hom śle wy­bór naj­lep­szy:
Dwa­dzie­ścia wo­łów, set­kę szcze­cia­stych da wie­przy
Z gru­bym kar­kiem, sto tłu­stych z mat­ka­mi ja­gnią­tek,
We­so­łe dnia po­dar­ki.

We wnę­trzu domu suto ścian każ­dy za­ką­tek
Przy­stro­ją, sto­ły sta­wią po­mię­dzy ko­lum­ny,
Szat szkar­łat, sztucz­nie tka­nych, po­ły­ska w krąg dum­ny,

Ogrom­ne sre­bra świe­cą, w zło­cie bez uste­rek
Rzeź­bio­ne czy­ny oj­ców lśnią, dłu­gi dzieł sze­reg,
Przez tylu mę­żów wie­dzion do rodu ich źró­dła.

Ene­asz, bo oj­cow­ska mi­łość nie wy­chłó­dła
W jego ser­cu, Acha­ta śle szyb­ko, by całą
Aska­nio­wi rzecz od­niósł i w mia­sto go śmia­ło
Spro­wa­dził. Tro­ska ojca w Aska­niu je­dy­nie!
Wraz dary też, iliac­kiej wy­rwa­ne ru­inie,
Nieść każe: tka­ny zło­tem płaszcz sztyw­ny, nie­spla­mion
I akan­tem ob­szy­tą za­sło­nę dla ra­mion,
He­le­ny strój, Ar­giw­ki, któ­ry z My­cen sama
Uwio­zła, gdy na zwią­zek wzbro­nio­ny w Per­ga­ma
Dą­ży­ła, mat­ki Ledy dary nie­zmie­rzo­ne;
Prócz tego ber­ło, któ­re no­si­ła Ilio­ne,

Naj­star­sza z cór Pry­ja­ma, i na­szyj­nik zło­ty

Z per­ła­mi, i ko­ro­nę po­dwój­ną z klej­no­ty. –

Z tym zle­ce­niem szedł Achat spiesz­nie w stro­nę ło­dzi

Lecz We­nus nowe sztu­ki, plan nowy zna­cho­dzi
W swej my­śli, by Ku­pi­dyn, od­mie­niw­szy po­stać,
Mógł miast Jula mi­łe­go z da­ra­mi się do­stać
Do kró­lo­wej, nie­zga­słe w niej nie­cąc za­rze­wie;
Lęka się bo­wiem Tyra ob­łu­dy i nie wie,
Co knu­je Juno – tro­skę noc­na zwięk­sza pora;
Tak za­tem skrzy­dla­te­go za­gad­nie Amo­ra:

„Syn­ku mój, ma je­dy­na mocy i roz­ko­szy,
Któ­re­go grot Jo­wi­sza ty­fej­ski nie pło­szy,
Two­je­go wzy­wam bó­stwa, byś kor­nie ubła­gan
Mnie wspo­mógł: Brat twój, Enej, mo­rzem przez hu­ra­gan

Gnan wszę­dy, dla Ju­no­ny prze­wrot­nej się tuła.
Znasz ją, z tobą jam nie­raz ból przez nią od­czu­ła.
Fe­nic­ka Dydo trzy­ma go, sło­wy słod­kie­mi
Nę­cąc, prze­cież lęk cią­gły Ju­noń­ska ta śle mi
Go­ścin­ność: nie usta­nie, gdy rze­czy tak sto­ją.
Kró­lo­wę więc ja zdra­dą usi­dlić chcę moją
I pło­mie­niem, by ser­ca nie zmie­ni­ła pło­cha
Przez Ju­no­nę; Ene­ja niech ze mną wraz ko­cha!
Jak tego do­piąć, rada wy­ja­śni ci szcze­ra:
Z woli ojca w sy­doń­skie się mia­sto wy­bie­ra
Kró­lew­ski chło­piec, z wszyst­kich naj­wię­cej mi dro­gi,
Nio­sąc dary wy­rwa­ne z mo­rza i po­żo­gi;
Jego ja uśpio­ne­go na Cy­te­ry szczy­cie
Prze­cho­wam, lub w idal­ski chram za­nio­sę skry­cie,
By pod­stę­pu nie po­znał przed sto­sow­ną chwil­ką;

Ty po­stać jego przy­bierz na jed­ną noc tyl­ko
Pod­stę­pem; chło­piec, chłop­ca weź wdzięcz­ne zna­mio­na.
A kie­dy cię na łono swe przyj­mie Dy­do­na
Przy uczcie, gdy po wi­nie jest w my­śli we­se­lej,
Ca­łu­jąc wśród uści­sków słod­kich, wte­dy prze­lej
W jej ser­ce pło­mień skry­ty, zwod­ni­cze twe wina!"

Amor słu­cha słów mat­ki dro­giej, wnet od­pi­na
Skrzy­deł­ka i we­so­ło uda­je chód Jula.
Tym­cza­sem We­nus bło­gim snem człon­ki utu­la
Aska­nia i przy pier­siach nie­sie na wy­so­ki
Idal­ski szczyt, gdzie dzie­cię mi­ły­mi po­mro­ki
Kwie­ci­sty gaj osła­nia i poją ziół wo­nie.

Ku­pi­do, peł­niąc proś­bę, w ty­ryj­skie ustro­nie
We­so­ło dar kró­lew­ski niósł we­spół z Acha­tem,
Gdy wcho­dził, już kró­lo­wa, w tle prze­słon bo­ga­tem,
Na zło­tej so­fie w pierw­szym się miej­scu uło­ży;
Już oj­ciec Enej wcho­dzi, już Tro­jan tłum hoży
Przy­by­wa, na roz­sia­nej się ście­ląc pur­pu­rze.
Słu­żą­cy nio­są wodę do rąk, ko­sze duże
Z pie­czy­wem i weł­nia­ne ręcz­ni­ki bez ska­zy;
Pięć­dzie­siąt dziew­cząt we­wnątrz pół­mi­ski i wazy
Rzę­dem kła­dzie i bo­gom ka­dzi­deł woń pali;
Sto in­nych i sług ty­leż ró­wie­śnych im w sali
Roz­no­si ja­dło, sta­wia pu­cha­ry do­ko­ła.
Nie mniej i Ty­ryj­czy­ków w po­dwo­je we­so­ła
Młódź się kupi, na so­fach ście­ląc za roz­ka­zem.
Dzi­wi ich dar Ene­ja, dzi­wią się za­ra­zem
Pro­mien­nej twa­rzy Jula i złud­ne­mu sło­wu;
Płaszcz po­tem i z akan­tem strój nęci ich zno­wu.
Szcze­gól­nie bied­na Dydo, od­da­na złej doli,

Ni oczu, ani ser­ca nie może do woli

Na­sy­cić: rów­nie dar ją, jak chło­piec za­chwy­ca.

On, na szyi nie swe­go zwi­snąw­szy ro­dzi­ca,

Gdy mi­łość jego piesz­czot uko­ił za­pa­łem,

Do niej bie­ży; oczy­ma i ser­cem już ca­łem

Tkwi w nim Dydo, na ło­nie pie­ści, nie wie­dzą­ca,

Jaki bóg czy­ha na nią; jemu nic nie zmą­ca

Po­le­ceń Acy­da­lii: Sy­che­ja więc zwol­na

Za­cie­ra w jej pa­mię­ci, by była znów zdol­na

W od­wy­kłe ser­ce no­wej wziąć pło­mień mi­ło­ści.

Po uczcie, gdy już sto­ły za­bra­no, wśród go­ści
Sta­wia­ją wiel­kie cza­sze i wina uwień­czą.
Wstał ha­łas, wrza­wą ze­wsząd roz­brzmia­ły mło­dzień­czą
Przy­byt­ki; pod­cią­gnię­te pod pu­ła­py wierzch­nie
Bły­sną lam­py, od żaru po­chod­ni noc pierzch­nie.
Kró­lo­wa pu­char Be­lów, per­ła­mi i zło­tem
Ozdob­ny, bie­rze, wi­nem na­peł­ni go po­tem
I w dło­nie uj­mie – ci­sza do­ko­ła na­sta­wa:

„Jo­wi­szu, któ­ry da­jesz go­ścin­no­ści pra­wa,
Spraw, nie­chaj dzień ten Tyru i Tro­jan lud świę­ci
Jako bło­gi, niech w dzia­tek on żyje pa­mię­ci,
Niech ra­dość Bak­chus zsy­ła i do­bra Ju­no­na!
Wy ucztę, Ty­ryj­czy­cy, święć­cie z głę­bi łona!"

Rze­kła, kro­plę dla bo­gów strą­ca­ła w stół pu­sty
I pierw­sza, lek­ko cza­szy do­tknąw­szy się usty,
Z za­chę­tą daje Bi­cji; ów, pe­łen ocho­ty,
Szu­mią­cy wi­nem do dna speł­nił pu­char zło­ty.
Za nim moż­ni; na cy­trze zło­tej – z wło­sem po pas.
Ćwi­czo­ny przez wiel­kie­go Atla­sa gra Jo­pas:

Trud słoń­ca błą­dzą­ce­go śpie­wa i księ­ży­ca;
Skąd lu­dzi ród i by­dło, żar i na­wał­ni­ca,
Ark­tur, słot­ne Hy­ja­dy, po­dwój­ne Trio­ny;
Cze­mu zimą tak spiesz­nie w oce­an spie­nio­ny
Scho­dzi słoń­ce, a let­nia noc idzie mniej żwa­wo. –
Klasz­cze Tyru lud, Tro­ja hucz­ne bije bra­wo.
Nie­mniej, noc prze­róż­ny­mi spę­dza­jąc roz­mo­wy,
Bied­na Dydo mi­ło­ści żar pije wciąż nowy.
O Pry­ja­ma, Hek­to­ra wciąż pyta się wie­le,
To na ja­kich Ju­trzen­ki syn przy­był wojsk cze­le,
To ja­kie Dio­me­da ko­nie? Jaki Achil?

„Owszem – rze­cze – o, go­ściu, do mych próśb się na­chyl,
Złość Gre­ków od po­cząt­ku, oraz jaki trud ma
Twa po­dróż, po­wiedz; wio­snać to zbie­gła już siód­ma,
Jak tu­łasz się po zie­miach wszyst­kich i mórz fali".
mniej..

BESTSELLERY