Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Enola Holmes. Sprawa cmentarnego dzwonka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
25 marca 2026
3199 pkt
punktów Virtualo

Enola Holmes. Sprawa cmentarnego dzwonka - ebook

Dzwonek z grobu, Moriarty na horyzoncie i Enola, która nie zna strachu

Nowa książka z serii, którą kocha Netflix

Czy da się pokonać samego Moriarty’ego? Młoda detektywka właśnie zamierza to sprawdzić! Bohaterka bestsellerów wraca w nowej, elektryzującej odsłonie.

Tym razem stawka jest śmiertelnie wysoka. Podczas pogrzebu na londyńskim cmentarzu rozlega się tajemniczy dźwięk dzwonka. Enola odkrywa coś, co nie powinno się wydarzyć nigdy: z grobu ktoś wzywa pomocy. Uratowana dziewczyna nie pamięta, kim jest ani dlaczego została pogrzebana żywcem. Jeden z tropów prowadzi do największego przeciwnika Holmesów – Moriarty’ego.

Wciągnięta w niebezpieczną grę pełną intryg, pościgów i fałszywych śladów, Enola prowadzi śledztwo wbrew ostrzeżeniom Sherlocka, który nakazuje jej trzymać się z dala od tej sprawy. Depczą jej po piętach zbiry, czas ucieka, a przeciwnik… nie popełnia błędów. By ocalić niewinną dziewczynę, Enola będzie musiała sięgnąć po całą swoją inteligencję, odwagę i spryt.

Dwie świetne ekranizacje przygód Enoli Holmes z Millie Bobby Brown w roli tytułowej 
i Henrym Cavillem jako Sherlockiem należą do najchętniej oglądanych filmów na platformie Netflix. Trzeci film z serii już wkrótce - zapowiada się równie wyśmienicie!

Recenzje
Enola Holmes wchodzi na najwyższy poziom gry przeciwko samemu Moriarty’emu — najgroźniejszemu umysłowi zbrodni w Londynie. Szybka akcja, zagadki i nieustanne napięcie - idealne dla fanów tajemnic, adrenaliny, silnych dziewczyn i dla wszystkich sherlockowców. Joanna Bażyńska, wydawca

Londyn ożywa na naszych oczach, a rozwiązywanie zagadki razem z Enolą to wielka frajda. Amazon Adviser

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

 

Kategoria: Dla młodzieży
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68472-07-3
Rozmiar pliku: 2,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

_SPISANY PRZEZ NIESZCZĘSNĄ KOBIETĘ, 1891_

Ponieważ moja pełna dobroci i życzliwości wybawicielka Enola Holmes poprosiła mnie o skreślenie paru słów o mnie i mojej pechowej rodzinie, okazałabym się ze wszech miar niewdzięczna, gdybym nie spełniła jej życzenia. Niewdzięczności należy się wystrzegać! Zatem bez zbędnych dywagacji... Ale od czego by tu zacząć?

Myślę, że należałoby się cofnąć do moich najwcześniejszych wspomnień, czyli czasów, kiedy byłam jeszcze małym dzieckiem. Mój ojciec zajmował się handlem artykułami przemysłowymi i całkiem nieźle mu się wiodło. Mieszkaliśmy w uroczym starym domu na wsi. Rodzice dochowali się czwórki potomstwa: Jamesa, Roberta, Philipa i mnie. Przyszliśmy na świat w tej właśnie kolejności, a po ostatnim porodzie ojciec umieścił naszą matkę w zakładzie dla obłąkanych, tłumacząc to jej „brakiem posłuszeństwa”. Kiedyś, w przypływie złości, pokazał mi zapis o „braku posłuszeństwa” dokonany ręką lekarza, który zatwierdził przyjęcie jego żony do zakładu. Przeraziłam się wówczas, i na taki efekt liczył. Kiedy ja i bracia byliśmy mali, wielokrotnie groził, że i nas „umieści w odosobnieniu”, jeśli ściągniemy na siebie jego gniew. Mam wrażenie, że tylko ja brałam sobie te pogróżki do serca, co było dość dziwne, bo prawie nie pamiętałam chwili wywiezienia matki z domu. Miałam wówczas zaledwie trzy lata, James dziesięć, Robert siedem, a Philip pięć. Z pewnością rozstanie z mamą było dla moich braci wstrząsem! A jednak nigdy o tym nie wspominali. W końcu dotarło do mnie, że „brak posłuszeństwa” to zarzut stawiany wyłącznie osobom płci żeńskiej.

Wszyscy trzej chłopcy byli bardzo niesforni. Moja opowieść skupi się na osobie Roberta, choć w dzieciństwie nie wyróżniał się szczególnie spośród braci, jeśli chodzi o złe zachowanie. Istna piekielna trójka! Ojciec był despotą i tłukł ich rózgą za brak manier przy stole, jednak to, co robili poza domem, było mu obojętne. Największą frajdę sprawiało im darcie kotów, zarówno między sobą, jak i z chłopakami, którzy weszli im w drogę. A mówiąc o darciu kotów, nie mam wcale na myśli kłótni, o nie! Grzmocili się do krwi pięściami, kamieniami, kijami, a kiedy podrośli, sięgnęli po pałki, żerdzie, kastety, kostury, laski i – ku mojemu przerażeniu – także po noże! Ranili się wzajemnie, obrastali w blizny, łamali sobie kości, a wszystko to napawało ich wielką dumą. Tak, dumą! Hołdowali jakiejś wypaczonej wizji honoru, która nakazywała rządzenie siłą, usprawiedliwiała każdą nikczemność, jeśli ta prowadziła do zwycięstwa, i zobowiązywała do roztaczania opieki nad kobietami, które jednak mieli za nic. Ponieważ nie widywaliśmy się z matką ani nie mieliśmy o niej żadnych wieści – równie dobrze mogła nie żyć! – w naszym domu brakowało łagodzącego obyczaje kobiecego ducha. Jedynymi przedstawicielkami płci pięknej były służące, z których żadna nie zagrzała u nas długo miejsca z powodu tyrańskich zapędów ojca. A ja nie liczyłam się w rodzinnym domu ani na jotę, byłam warta tyle co okruch lub pyłek, ot, podrzędna istota. Bracia od czasu do czasu zauważali, że zabawnie jest mnie pogłaskać albo się ze mną podroczyć, i nic poza tym.

Nie uczyliśmy się razem; do nich przychodzili korepetytorzy, ja miałam guwernantkę. Kiedy byli starsi, rozjechali się do szkół, a ja zostałam w domu. James i Philip otrzymywali zadowalające świadectwa, jeśli akurat mieli ochotę przyłożyć się do nauki, natomiast Robert, ku zaskoczeniu wszystkich, brylował bez wysiłku, zdradzając wielki talent matematyczny. Po ukończeniu liceum podjął studia na uniwersytecie. Nikomu dotąd do tego się nie przyznałam, ale podejrzewam, że ja również wykazywałam zdolności matematyczne, ale przydawały mi się one jedynie do tworzenia skomplikowanych szydełkowych koronek, czyli nonsensownych babskich robótek. Zamieniałam zwykłe nici w piękno, i to wszystko. Zajmowałam się tym przez całe życie, zwłaszcza w latach, kiedy byłam więziona przez Roberta. Może to zbyt dosadne określenie, ale czułam się jak skazaniec, chociaż niczego mi w tym więzieniu nie brakowało.

Robert jako jedyny z braci skończył studia. James zaciągnął się do wojska. Doskonale sobie radził i nieustannie awansował, służąc godnie Jej Królewskiej Mości w terytoriach zamorskich; przez długie lata nie mieliśmy z nim żadnego kontaktu. Robert pozostał w kraju i opublikował traktat naukowy, który zapewnił mu posadę wykładowcy matematyki na prestiżowej uczelni. Natomiast najmłodszy z chłopców, Philip, mimo że z trudem przebrnął przez liceum, został zawiadowcą jednej ze stacji Kolei Londyńsko-Północnozachodniej. Po podjęciu pracy ustatkował się, poślubił miłą kobietę i żyło mu się w miarę dostatnio. Rzadko odwiedzał dom rodzinny (ojciec szczerze go nienawidził), w przeciwieństwie do Roberta, który bywał u nas częstym gościem. Ojciec był z niego bardzo dumny na swój chłodny sposób. Robert zasiadał z nami do kolacji, chwalił się swoimi osiągnięciami, skarżył się na zmowę niechętnych mu zazdrośników i snuł plany zemsty.

Gdybym wówczas uważniej się wsłuchiwała w jego słowa, być może zauważyłabym u niego zmiany na gorsze, chociaż trudno powiedzieć, czy nastąpiło to właśnie w tamtym okresie. Niewykluczone, że zło tkwiło w nim od samego początku, mimo iż od niechcenia okazywał mi czasem dobroć. Tak czy owak, stan duszy męskiej części rodzeństwa nie był moją sprawą; młodsza siostra nie może się nazwać stróżem braci swoich. Szczęśliwym zrządzeniem losu, choć ojciec nie zadał sobie trudu, by zadbać o moją przyszłość, udało mi się poznać przemiłego mężczyznę, nauczyciela, który był łaskaw mi się oświadczyć, a ja zgodziłam się zostać jego żoną i moje myśli zaprzątnęły zupełnie inne sprawy.

Wypełniały mi one życie przez ładnych parę lat. Wesele, szczęście małżeńskie i cudowne chwile po narodzinach córeczki! Niestety, mniej więcej w tym samym czasie Robert zaczął schodzić na manowce. Został zmuszony – wskutek podejrzeń o jakieś szemrane przedsięwzięcia, o których wiem tylko z krążących plotek – do odejścia z uczelni i wyprowadzki. Przeniósł się do Londynu i zaczął zarobkować, udzielając adeptom szkół oficerskich korepetycji z podstaw matematyki. Myślę, że czuł się bardzo rozgoryczony tym, jak go potraktowano. A nawet wiem, że go to ubodło, bo po śmierci ojca zaczął mnie odwiedzać i skarżyć się na swoje kłopoty. Miał wrażenie, że sprzysiągł się przeciwko niemu cały świat! A ja szczerze bolałam nad jego losem, co zresztą było moim obowiązkiem. W przeciwieństwie do naszej matki starałam się rozwijać wszystkie cechy kobiety idealnej. Ani James, ani Philip i jego żona nie okazywali Robertowi współczucia; wiem o tym, ponieważ skarżył mi się ze smutkiem na ich bezduszność. W ten sposób stałam się ulubienicą Roberta, a pozostali bracia wykpiwali mnie za to w listach.

Podczas jednej z wizyt Robert pokazał mojej córeczce rysunek pięcioramiennej gwiazdy wpisanej w pięciokąt i kazał jej policzyć znajdujące się na nim trójkąty. Nie znosił dzieci i zrobił to, żeby z niej zakpić, licząc, że ją zapędzi w kozi róg i rozzłości. Tymczasem dziecko policzyło z entuzjazmem trójkąty i udzieliło prawidłowej odpowiedzi: trzydzieści pięć. To wbiło Roberta w fotel. Moja córeczka miała wówczas cztery lata! Zaczął stawiać jej najtrudniejsze wyzwania, jakie mu przychodziły do głowy, a ona spokojnie układała kostki domina, zapamiętywała przedmioty umieszczone na tacy, liczyła trójkami, czwórkami, szóstkami i siódemkami, podawała błyskawicznie liczbę sześcianów zawartych w większym sześcianie, recytowała tabliczkę mnożenia i tym podobne. Mogłam uprzedzić Roberta, że to bystra dziewczynka, która uwielbia się przyłączać do wieczornej partyjki wista albo tryktraka i gra z rodzicami jak dorosła.

– Ale to jednak dziewczynka! – oponował z niedowierzaniem Robert. – Jesteś pewna co do jej płci?

– Jak najbardziej – odpowiedziałam, starając się ukryć rozbawienie. Robert nie znosił, gdy się z niego wyśmiewano.

I tak narodziła się jego fascynacja moją córką. Do każdego z pisanych do mnie listów dołączał łamigłówki matematyczne, a kiedy przyjeżdżał w odwiedziny, uczył ją i egzaminował. Rok po roku. Nie obchodziło go to, że nauczyła się szyć i haftować, prawie nie dostrzegał tego, jak sprawnie idzie jej czytanie i pisanie, ale im większe czyniła postępy w matematyce, tym większą sprawiało mu to uciechę. Martwiło mnie, że nasza córka jest dla niego zabawką, a mój mąż zżymał się, że traktuje ją jak swoją własność. Choć zawsze przyjmował szwagra z chłodną uprzejmością, nie darzył swego kolegi po fachu zbytnią sympatią. Robert zakładał z góry, że przewyższa mego męża wiedzą, i drażnił go swoim sposobem bycia. Mimo to udawało im się unikać spięć aż do chwili, gdy zainteresowanie Roberta naszą córką przerodziło się w obsesję. Mąż coraz częściej dawał Robertowi do zrozumienia, że nie ma o nim najlepszego zdania.

– Jak tam twoje kryminalne przedsięwzięcia? – wypytywał. – Masz na oku jakąś nową malwersacyjkę? Z wyzysku można mieć całkiem spore profity, nieprawdaż?

Z odpowiedzi Roberta wynikało, że nie są to czcze pomówienia. Przyznawał się do zarzucanych mu czynów i był z nich w przewrotny sposób dumny. No cóż, musiałam się pogodzić z przykrą prawdą, że brat naprawdę zszedł na złą drogę, a pogłoski, przez które stracił posadę wykładowcy, znalazły potwierdzenie w faktach. Mimo to Robert był i pozostał do końca moim ukochanym bratem.

To przywiązanie stało się kością niezgody między mną a mężem, który chciał zakazać Robertowi wstępu do naszego domu. Sugerował nawet, że powinniśmy się przeprowadzić, nie zdradzając mu nowego adresu. Nie mogłam przystać na tak radykalne rozwiązanie i w końcu postawiłam na swoim. Brat nadal był u nas mile widzianym gościem.

Gdybym tylko wiedziała...

Córka skończyła właśnie jedenaście lat – wciąż była małą dziewczynką z warkoczami, noszącą spódniczki sięgające za kolana – kiedy pewnego kwietniowego ranka, bez uprzedzenia, banda londyńskich opryszków, a było ich co najmniej tuzin, wdarła się do naszego domu i... Do dziś nie jestem w stanie spokojnie o tym myśleć. Obcesowi, ryczący i brutalni zbóje, przypominający bardziej dzikie bestie niż ludzi! Przypuścili szturm, wzięli to, po co przyjechali, zawlekli do pociągu i strzegli jak oka w głowie przez całą drogę do Londynu. A ja stałam się więźniem i na wiele lat straciłam córkę z oczu.

Była w rękach Roberta. Poinformowała mnie o tym służba, a potwierdził to sam Robert, kiedy przyszedł mnie odwiedzić i porozmawiać na jej temat. Zapowiedział, że nie pozwoli mi się z nią spotkać – podkreślił to bardzo stanowczo – a ona nie pozna miejsca mojego pobytu, ponieważ – jak sam to któregoś dnia ujął:

– Ma być całkowicie ode mnie zależna, podporządkować mi się jako panu i władcy i posłusznie spełniać moje życzenia, bo w przeciwnym razie, jak mawiał nasz drogi papa, zostanie „umieszczona w odosobnieniu”.

– Czy chociaż wie, że żyję?

– Nie. Nie wie nic o tobie ani o twoim kochanym małżonku.

Nie miałam odwagi myśleć, co się stało z moim mężem. Musiałam wyprzeć to z pamięci, żeby nie zwariować.

– A co będzie ze mną? – spytałam brata bez cienia wyrzutu w głosie. Miałam jeszcze dość rozsądku. – Czego ode mnie oczekujesz?

– Jak to czego? Tego, co zawsze, moja droga. – Pogładził mnie po głowie. – Masz być moją dobrą młodszą siostrą, a niczego ci nie zabraknie.

Tu jednak mijał się z prawdą. Marzyłam o słońcu, ale nie było mi dane go oglądać. Miałam do dyspozycji wszystkie lampy świata, najwspanialsze wyżywienie, puchowe materace i poduszki, własny piecyk z zapasem rozpałki i węgla oraz stroje, które mogłam sobie wybierać z najnowszych żurnali mód. Służące darzyły mnie sympatią i opowiadały mi więcej, niż powinny, mimo lęku, jaki budził w nich Robert. (Ale też skąd mógłby się dowiedzieć, o czym ze mną rozmawiają w cztery oczy?) Robert zadbał też o to, by otaczały mnie ładne przedmioty, zapewniał mi książki do czytania i zapasy kordonka do moich wymyślnych robótek. Kupił mi nawet latarnię magiczną, żebym miała dodatkową rozrywkę. Był dla mnie naprawdę dobry i odwiedzał mnie tak często, jak mu na to pozwalał nawał obowiązków.

– Twoja nad wiek rozwinięta córeczka jest na najlepszej drodze, by stać się żywą maszyną analityczną Lovelace! – zapewniał mnie niejeden raz z żarem, choć nie miałam pojęcia, czym jest to, o czym mówił. Moja córka była dla niego przedmiotem kultu, czymś w rodzaju Świętego Graala. – Dziewczyna opanowała już równania różniczkowe i rachunek prawdopodobieństwa. – Tak się sprawy miały po pierwszym roku. – Jest jak algorytmiczna machina kalkulująca! Szacuje zyski o połowę szybciej niż ja i to z dwukrotnie większą precyzją! – Minęło kilka kolejnych lat, gdy stwierdził: – Wprawdzie jestem geniuszem i mistrzem myślenia abstrakcyjnego, jednak to bystre dziecko potrafi uporządkować szczegóły jak nikt inny! – przechwalał się.

– Robercie, ile godzin dziennie każesz jej pracować? – spytałam.

– Nie więcej niż dwanaście. Ma czas na trefienie włosów, pudrowanie policzków i tym podobne bzdurki.

– Czyżby stawała się kobietą?

– Też coś! Nie gadaj głupot! Niektóre obszary jej mózgu działają na najwyższym poziomie, ale ma skłonności do typowego dla waszej płci fiu-bździu.

Pokojówki, które przynosiły mi posiłki, gorącą wodę na kąpiel i dbały o moje codzienne potrzeby, były o wiele bardziej skłonne dzielić się ze mną informacjami na temat mojej córki. Zapewniały mnie, że zmienia się w uroczą młodą pannę o łagodnym usposobieniu, acz niepozbawioną hartu ducha i umiejącą postawić na swoim. Budzi w jaśnie panu wściekłość i frustrację, jakby była jakimś kuriozalnym stworem, nad którym nie potrafi zapanować. Sprawiał jej damskie fatałaszki, ale był niezadowolony, kiedy w nich chodziła. Zachwycał się jej umysłem, ale traktował ją jak dziecko. Domyśliłam się, że Robert, podobnie jak inni „szanowani” mężczyźni, których znałam, przejawia osobliwy lęk przed istotami, które uznaje za słabe i głupie. Kobiety są dla takich panów zakazaną, cudaczną pułapką, wybrykiem natury, tematem tabu. Osobami, które być może zasługują na to, jak je się traktuje.

W niewoli straciłam poczucie czasu. Nikt nie przyniósł mi kalendarza, nikt nie świętował ze mną rocznic. Ale pojawienie się świeżych truskawek zapowiadało początek lata, a huk fajerwerków mający odpędzać złe duchy oznajmiał nastanie nowego roku, więc zorientowałam się, że Trevina wkrótce osiągnie wiek uprawniający do udziału w balu debiutantek na królewskim dworze. Już jako dziecko przejawiała skłonności do samowoli, dlatego spodziewałam się, że w miarę dorastania może mieć coraz więcej kłopotów. Bałam się, że w końcu doprowadzi Roberta do szału i wuj zacznie trzymać ją pod kluczem albo odeśle do jakiegoś zakładu zamkniętego. Ale pewnego dnia, ku mojemu zaskoczeniu i zmartwieniu, służba powiadomiła mnie, że moje dziecko złożyła ciężka choroba. Wkrótce potem doniósł mi o tym sam Robert, ale w bardzo zdawkowy sposób, nie odpowiadając na pytanie, co jej dolega.

Po kilku dniach ponownie zawitał do mojego więzienia, by oznajmić, że moja córka umarła! Poinformował mnie o tym z chłodem, nie okazując mi najmniejszego współczucia.

– Zmarła i spoczęła w grobie – usłyszałam. – Przestań się mazgaić, babo, bo cię wyślę do zakładu.

Od tamtej chwili mazgaiłam się wyłącznie w nocy i w najgłębszej tajemnicy. Szpital dla obłąkanych byłby o wiele gorszy niż przyjemne i wygodne więzienie.

------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij