Epidemia - ebook
Ludzie XXI wieku uważają, że nic nie jest w stanie ich zaskoczyć. Nowoczesne środki higieny i wysoko rozwinięta medycyna uśpiły naszą czujność. Ogłoszono wielki sukces współczesnego stylu życia. Przedwcześnie. Coraz więcej dzieci nie zostaje zaszczepionych, patogeny mutują, a antybiotyki wykazują mniejszą skuteczność… Zagrożenie rośnie, a my nie wiemy, jak z nim walczyć.
Światowa Organizacja Zdrowia kieruje się interesem prywatnych inwestorów. Rządy państw bardziej dbają o budżety niż o zdrowie swoich obywateli. Firmy farmaceutyczne i lekarze zapewniają sobie niekończące się źródło pieniędzy, zalecając chorym nieskuteczne sposoby leczenia. A pacjenci dalej chorują i przenoszą wirusy.
Epidemiolodzy twierdzą, że za kilkadziesiąt lat wybuchnie pandemia, która może zabić 165 milionów osób. Przewaga liczebna drobnoustrojów nad nami już teraz wynosi sto tysięcy do jednego. Czy jesteśmy w stanie wygrać tę nierówną walkę?
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-5740-5 |
| Rozmiar pliku: | 4,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Potomkowie cholery
Cholera zabija szybko. W jej przypadku nie ma mowy o ciągnącym się długo i postępującym osłabieniu organizmu. Zakażona osoba czuje się początkowo całkiem dobrze. Ale wystarczy pół dnia, żeby cholera całkowicie opróżniła ciało z płynów, pozostawiając jedynie zasuszone sine zwłoki.
I właśnie dlatego nawet po tym, jak zostaniesz zakażony, zdążysz na przykład zjeść w swoim hotelowym pokoju smaczne śniadanie składające się z sadzonych jajek i chłodnego soku. Może pojedziesz zakurzonymi wyboistymi drogami na lotnisko. Będziesz się czuć na tyle dobrze, że zdołasz wytrzymać stanie w długiej kolejce. W czasie gdy cichy zabójca będzie powoli opanowywał twoje jelita, przejdziesz spokojnie przez odprawę celną, może nawet skoczysz po croissanta do lotniskowej kawiarni i zdążysz ucieszyć się chwilą wytchnienia na chłodnym plastikowym krześle przy bramce, aż głos dobiegający z trzeszczących głośników oznajmi, że czas już wejść na pokład.
A kiedy przemierzysz wąskie przejście między siedzeniami i znajdziesz wreszcie swoje miejsce z lekko wystrzępioną tapicerką, nagle znajdujący się w twoim ciele obcy da o sobie znać za sprawą zabójczej eksplozji cielesnych wydzielin, a twoja zagraniczna podróż dość nagle i brutalnie zostanie zakłócona. Bez szybkiego dostępu do zdobyczy nowoczesnej medycyny twoje szanse na przeżycie wyniosą pięćdziesiąt na pięćdziesiąt.
Taki właśnie los spotkał latem 2013 roku stojącego przede mną w kolejce pasażera lotu Spirit Flights 952 z Port-au-Prince na Haiti do Fort Lauderdale na Florydzie. Kiedy mężczyznę dopadła cholera, reszta z nas tłoczyła się w dusznym korytarzu prowadzącym od bramki do samolotu, oczekując wejścia na pokład. Musieliśmy tam czekać do czasu, aż samolot nie został poddany awaryjnemu procesowi dezynfekcji. Nie powiedziano nam, co spowodowało to nagłe niemal godzinne opóźnienie, ale kiedy pracownik linii lotniczych wybiegł z samolotu i pospieszył korytarzem po więcej środków do czyszczenia, zniecierpliwieni pasażerowie zarzucili go gradem pytań. Odpowiedział przez ramię zdawkowo: „Jakiś facet się zesrał”. Na Haiti, w samym środku wyniszczającej epidemii cholery, nikt nie miał wątpliwości, co to oznacza.
Gdyby ten nieszczęśnik zaraził się choć godzinę lub dwie później i gdyby choroba dopadła go po tym, jak wszyscy inni pasażerowie zajęli miejsca w samolocie, jak nasze ręce stykały się ze sobą na wąskich oparciach, jak ocierały się o siebie nasze kolana, jak nasze dłonie dotykały tego samego schowka na bagaż, patogen mógłby zagnieździć się również w naszych ciałach. Cały pobyt na Haiti spędziłam, odwiedzając kliniki leczenia cholery i najbardziej doświadczone przez nią dzielnice, żeby zobaczyć epidemię na własne oczy. Tymczasem ten groźny patogen o mało nie dorwał mnie podczas podróży do domu.
Chorobotwórczy drobnoustrój lub patogen, który wywoła na świecie kolejną pandemię, czai się wśród nas już dzisiaj. Nie wiemy, jak się nazywa ani skąd pochodzi. Na razie zatem nazwijmy go „potomkiem cholery”, bo wiadomo przynajmniej tyle, że prawdopodobnie pójdzie właśnie w jej ślady.
Bakteria cholery jest jednym z niewielu patogenów – obok dżumy, grypy, ospy prawdziwej i HIV – które nawet współcześnie wciąż zachowały zdolność do wywoływania pandemii, czyli występowania wśród ludzi chorób zakaźnych na wielką skalę. Wyróżnia się jednak spośród reszty. W przeciwieństwie do dżumy, ospy i grypy pojawienie się i rozprzestrzenienie cholery od samego początku dobrze udokumentowano. Teraz, niemal 200 lat od jej pojawienia się, wciąż pozostaje wyjątkowo silna, manifestując niesłabnącą zdolność do powodowania śmierci i zamieszania, jak udowadnia historia lotu 952. A w odróżnieniu od stosunkowo młodych patogenów, jak wirus HIV, pandemie są cholerze nieobce. Do tej pory wywołała ich aż siedem, przy czym ostatnia wybuchła na Haiti w 2010 roku.
Współcześnie cholera uznawana jest za chorobę dotykającą głównie biedne kraje, ale nie zawsze tak było. W XIX wieku zaatakowała najbardziej nowoczesne i zamożne miasta na świecie, pozbawiając życia zarówno bogatych, jak i biednych, od Paryża przez Londyn aż do Nowego Jorku oraz Nowego Orleanu. W 1836 roku zabiła króla Karola X Burbona we Włoszech, w 1849 prezydenta Jamesa Polka w Nowym Orleanie, a w 1893 kompozytora Piotra Iljicza Czajkowskiego w Petersburgu. W XIX wieku na cholerę zachorowały setki milionów ludzi i ponad połowa zarażonych zmarła. Był to jeden z najszybciej rozprzestrzeniających się i najgroźniejszych patogenów na świecie!
Drobnoustrój, który powoduje zachorowanie, _Vibrio cholerae_, czyli przecinkowiec cholery, rozpowszechnił się wśród populacji ludzkiej w okresie kolonizacji przez Wielką Brytanię wilgotnych podmokłych terenów Azji Południowej. Ale dopiero gwałtowne zmiany zapoczątkowane przez rewolucję przemysłową umożliwiły temu mikroorganizmowi przekształcenie się w wywołujący pandemię patogen. Nowe środki transportu – parowce, kanały i kolej – otworzyły _Vibrio cholerae_ drogę w głąb Europy i Ameryki Północnej. Zatłoczenie i niehigieniczne warunki życia w rozrastających się miastach pozwoliły bakterii skutecznie zarażać ogromną liczbę osób naraz.
Powtarzające się epidemie cholery stanowiły poważne wyzwanie dla instytucji politycznych i społecznych w dotkniętych przez nie zbiorowościach. Opanowanie choroby wymagało międzynarodowej współpracy, skutecznego zarządzania na szczeblu lokalnym oraz społecznej spójności, której w nowo uprzemysłowionych miastach i miasteczkach do tej pory nie znano. Odkrycie leku na cholerę – czystej wody – stało się możliwe dopiero wtedy, gdy lekarze i naukowcy wyszli poza dawno przyjętą konwencjonalną wiedzę na temat zdrowia i rozprzestrzeniania się choroby.
Trzeba było niemal 100 lat śmiercionośnych pandemii, żeby metropolie, takie jak Nowy Jork, Paryż czy Londyn, wreszcie uporały się z problemem cholery. Zanim do tego doszło, konieczne było wprowadzenie zmian związanych z budownictwem, zarządzaniem wodą pitną oraz odpadami, działalnością służby zdrowia, stosunkami międzynarodowymi, a także podniesienie poziomu wiedzy o zdrowiu i chorobach.
Na tym właśnie polega zdolność pandemii do kształtowania świata.
Postęp w medycynie i służbie zdrowia, który się dokonał w XIX wieku w celu zahamowania ówczesnych patogenów, takich jak cholera, okazał się do tego stopnia skuteczny, że przez znaczną część XX wieku wśród epidemiologów, historyków medycyny i innych ekspertów powszechne było przekonanie, iż społeczeństwa rozwinięte na dobre zdołały pokonać wszelkie choroby zakaźne. Zachodnie społeczeństwo „praktycznie wyeliminowało choroby zakaźne jako nieodłączny element codziennego życia”, jak w 1951 roku pisał wirusolog sir Macfarlane Burnet. „Pisanie o chorobie zakaźnej jest w praktyce pisaniem o czymś, co przeszło do historii”, dodał w 1962 roku. Statystyczny Amerykanin, który na początku XX wieku żył około 50 lat, pod koniec tego samego wieku dożywał średnio już 80 lat.
Zgodnie z popularną teorią „przejścia epidemiologicznego”, sformułowaną przez egipskiego naukowca Abdela Omrana, wygasanie pandemii chorób zakaźnych w zamożnych społeczeństwach było nieodłącznym efektem rozwoju ekonomicznego. W miarę rozwoju tych społeczności zmieniał się także rodzaj nękających je chorób. W miejsce chorób zakaźnych pojawiły się wolno postępujące, przewlekłe, niezakaźne dolegliwości, jak na przykład choroby serca i nowotwory.
Przyznam, że sama swego czasu głęboko wierzyłam w słuszność tej teorii. Z wyjazdów w miejsca takie jak getto w południowym Bombaju, w którym dorastał mój ojciec, wiedziałam, że społeczności najbardziej naznaczone piętnem chorób zakaźnych rzeczywiście żyją w tłoku, niehigienicznych warunkach i ubóstwie. Spędzaliśmy tam każde lato, stłoczeni z krewnymi w dwupokojowym mieszkaniu w podniszczonej kamienicy. Podobnie jak setki innych mieszkańców wyrzucaliśmy śmieci na podwórze, nosiliśmy wodę w starych plastikowych wiadrach do wspólnych wychodków i przymocowywaliśmy do progów wysokie na pół metra deski, żeby uniemożliwić szczurom wejście do mieszkania. W tamtym miejscu – podobnie zresztą jak w innych przeludnionych, zaśmieconych, pozbawionych kanalizacji – zakażanie się chorobami było właściwie na porządku dziennym.
Ale pod koniec lata, kiedy wsiadaliśmy do samolotu powrotnego, mieliśmy poczucie, że na dobre zostawiamy za sobą ten grożący zakażeniem sposób życia, podążając ścieżką wytyczoną przez moich rodziców, kiedy po raz pierwszy wyjechali z Indii do Nowego Jorku z oprawionymi w plastikowe ramki dyplomami uczelni medycznych w bagażu. W amerykańskich miasteczkach, w których mieszkaliśmy, był dostęp do czystej wody pitnej, ścieki odprowadzane do kanalizacji, oczyszczane oraz usuwane gdzieś daleko, zbudowano też infrastrukturę publicznej służby zdrowia, toteż tam choroby zakaźne wydawały się problemem należącym do przeszłości.
Nagle jednak, za sprawą mechanizmów podobnych do tych, które umożliwiły cholerze dotarcie do Nowego Jorku, Paryża i Londynu w XIX wieku, drobnoustroje dały o sobie ponownie znać. Postęp dokonujący się w odległych siedliskach umożliwił wprowadzenie nowych patogenów do populacji ludzkiej. Gwałtownie rozwijająca się światowa gospodarka doprowadziła do powstania szybszych środków międzynarodowej komunikacji, dając jednocześnie patogenom nowe sposoby rozprzestrzeniania się po globie. Urbanizacja, a także rozrastanie się slumsów oraz ferm zwierzęcych zapoczątkowały epidemie. Tak jak cholera skorzystała na rewolucji przemysłowej, tak jej potomkowie zaczęli czerpać korzyści z efektów ubocznych industrializacji, czyli ze zmian klimatycznych wywołanych przez nadmiar dwutlenku węgla w atmosferze uwalnianego w efekcie spalania paliw kopalnych od setek lat.
Pierwszą pośród nowych chorób zakaźnych, które uderzyły w zamożny Zachód, jednocześnie zaburzając obraz „poinfekcyjnego” świata, był ludzki wirus niedoboru odporności (HIV), który pojawił się we wczesnych latach 80. XX wieku. Choć nikt nie wiedział, skąd się on wziął ani w jaki sposób go leczyć, wiele mądrych głów wyrażało niezachwianą wiarę w to, że zwycięstwo medycyny nad tym wirusowym parweniuszem jest wyłącznie kwestią czasu. Leki go wyleczą, a szczepienia unicestwią. Publiczna debata skupiała się raczej na tym, jak doprowadzić do szybkiej reakcji środowiska medycznego, niż na tym, jak poważne zagrożenie biologiczne stanowi HIV. Co więcej, wczesna nomenklatura zdawała się całkowicie negować zakaźny charakter wirusa. Niektórzy obserwatorzy, niechętni uznaniu HIV za chorobę zakaźną (i jednocześnie skłonni do podszytego homofobią poszukiwania kozła ofiarnego), ogłosili go „gejowskim rakiem”.
Później zaczęły się pojawiać kolejne patogeny, równie odporne na środki zapobiegawcze i strategie ograniczające ich rozprzestrzenienie, na których polegaliśmy od tak dawna. Obok HIV pojawiły się wirus Zachodniego Nilu, SARS, ebola oraz nowe odmiany ptasiej grypy, które miały zdolność przenoszenia się na ludzi. Odrodzone drobnoustroje nauczyły się obchodzić działanie leków, które dotychczas stosowano w celu ich opanowania, wśród nich pojawiła się lekooporna gruźlica, odradzająca się malaria, a także cholera. Podsumowując: między 1940 a 2004 rokiem ponad 300 chorób zakaźnych pojawiło się po raz pierwszy lub odrodziło się w miejscach oraz społecznościach, w których dotychczas nie były znane. Problem ten stał się tak potężny, że wirusolog Stephen Morse z Uniwersytetu Columbia przyznał, iż rozważał możliwość przybycia tych dziwnych nowych mikroorganizmów z kosmosu. Niczym szczep Andromedy padający na nas prosto z niebios.
Wreszcie w 2008 roku wiodące pismo medyczne ogłosiło to, co dla wielu było już od dawna oczywiste: zanik chorób zakaźnych w społeczeństwach rozwiniętych był „mocno przesadzony”. Patogeny powróciły, i to nie tylko w zaniedbane ubogie zakątki świata, ale także do najbardziej zaawansowanych pod względem rozwoju miast i na ich zamożne przedmieścia. Również w 2008 roku eksperci od chorób zakaźnych za pomocą czerwonych kropek oznaczyli na mapie świata miejsca, w których pojawiły się nowe patogeny. Czerwień rozlała się po mapie w pasie od 30–60 stopnia na północ od równika po 30–40 stopień na południe. Całe serce światowej gospodarki pokryło się czerwienią: północno-wschodnie wybrzeże USA, Europa Zachodnia, Japonia oraz południowo-wschodnia Australia. Omran się mylił – rozwój gospodarczy wcale nie gwarantuje zniknięcia chorób zakaźnych.
Podczas gdy środowisko medyczne musi pogodzić się z tym faktem, na sile przybiera potęga drobnoustrojów – czyli armii organizmów tak małych, że nie sposób dostrzec ich gołym okiem, jak na przykład bakterie, wirusy, grzyby, pierwotniaki i mikroskopijne glony. Zamiast o zwycięstwie nad patogenami eksperci od chorób zakaźnych mówią obecnie raczej o zmniejszeniu prawdopodobieństwa zakażenia nimi, a także o możliwości, że być może nawet nowotwory i choroby psychiczne, które zwykliśmy uznawać za pochodne stylu życia i dziedziczności, w rzeczywistości mogą być efektem działania innych drobnoustrojów, dotąd niewykrytych. O pokonaniu tego przeciwnika nikt już nie mówi. „Nieraz słyszeliśmy, że musimy zwyciężyć w wojnie przeciw drobnoustrojom ‒ powiedział w 2012 roku do widowni pełnej kolegów po fachu Brad Spellberg, ekspert do spraw chorób zakaźnych Uniwersytetu Kalifornijskiego w Los Angeles. ‒ Czyżby? Jest ich tak dużo, że ich przewaga liczebna nad nami wynosi sto tysięcy do jednego. Zwycięstwo nie wydaje mi się możliwe”.
Proporcjonalnie do wzrostu liczby nowych patogenów rośnie liczba ofiar śmiertelnych. Między 1980 a 2000 rokiem liczba zgonów wywołanych przez patogeny wyłącznie w Stanach Zjednoczonych wzrosła o niemal 60 procent. Za znaczną ich część, choć nie za wszystkie, odpowiadał HIV, ale jeśliby go nawet pominąć, odsetek osób zabitych przez patogeny wzrósł o 22 procent.
Wielu ekspertów wierzy, że wisi nad nami podobna do cholery pandemia. W ankiecie przeprowadzonej przez epidemiologa Larry’ego Brillianta aż 90 procent epidemiologów stwierdziło, że w ciągu życia dwóch najbliższych pokoleń wystąpi pandemia, która wywoła zachorowanie miliarda osób, zabije około 165 milionów ludzi i spowoduje globalną recesję, której koszty mogą wynieść nawet 3 biliony dolarów. Na razie żadna z dwóch pandemii wywołanych przez nowo powstałe patogeny – HIV oraz H1N1 – nie wykazała się taką prędkością rozprzestrzeniania i śmiertelnością jak cholera. Choć HIV oczywiście jest zabójczy, poszerza zasięg raczej powoli. Natomiast grypa H1N1 w 2009 roku rozeszła się bardzo szybko po całym świecie, lecz przyczyniła się do śmierci jedynie pięciu ofiar na tysiąc. Nowe patogeny wywołały za to zabójcze dla niektórych gatunków pandemie wśród zwierząt. Z powodu chytridiomikozy, po raz pierwszy zaobserwowanej w 1998 roku, obecnie wielu gatunkom płazów grozi wyginięcie. W 2004 roku owady zapylające zaczęły zanikać wskutek wciąż niewyjaśnionego zespołu masowego ginięcia pszczoły miodnej. Z kolei po 2006 roku zespół białego nosa wywoływany przez grzybiczy patogen _Pseudogymnoascus destructans_ zaczął dziesiątkować występujące w Ameryce Północnej nietoperze.
Poczucie nieubłaganie nadciągającej pandemii częściowo wynika z coraz większej liczby patogenów, które potencjalnie miałyby biologiczną zdolność do jej wywołania. Ale jednocześnie stanowi ono odzwierciedlenie niedociągnięć w naszej infrastrukturze zdrowotnej, modelach współpracy międzynarodowej, jak również w zdolności do utrzymania solidarności społecznej w obliczu epidemii choroby zakaźnej. To, jak współczesne społeczeństwa dotychczas radziły sobie z ogniskami nowych chorób, nie wróży dobrze na przyszłość. Wirus ebola pojawił się w odległej wiosce w środku gwinejskiego lasu na początku 2014 roku. Bardzo łatwo można było go opanować za pomocą najprostszych i najtańszych środków, gdyby tylko zechciano pozbyć się go u źródła we wczesnym stadium rozwoju. Zamiast tego wirus, który dotąd nigdy nie zakaził więcej niż najwyżej kilkaset osób naraz, w ciągu zaledwie roku rozprzestrzenił się do pięciu sąsiednich krajów, wywołał zakażenie u ponad 26 tysięcy ludzi, a jego opanowanie ostatecznie kosztowało miliardy dolarów. Powszechnie znane choroby możliwe do poskromienia za pomocą leków i szczepień wymykają się niestety spod kontroli także w bogatych krajach posiadających wszelkie predyspozycje do ich opanowania. Epidemia odry, której zapobiegać można przecież na drodze szczepień, miała początek w Disneylandzie w okresie świątecznym 2014 roku i rozprzestrzeniła się do siedmiu stanów USA, narażając na zakażenie tysiące osób. Między 1996 a 2011 rokiem w Stanach Zjednoczonych doszło do aż 15 tego rodzaju epidemii.
To, który z nowych patogenów wywoła wśród populacji ludzkiej kolejną pandemię i czy w ogóle do tego dojdzie, pozostaje pytaniem bez odpowiedzi. Zanim weszłam na pokład tamtego samolotu na Haiti, miałam styczność z kilkoma potencjalnymi kandydatami.
W 2010 roku moi dwaj synowie, 10- i 13-latek, byli niczym dwa chodzące strupki. Z odkrytymi nogami wystającymi z krótkich spodenek biegali za piłką po asfalcie, skakali z mostów do kamienistego strumyka za domem, urządzali zapasy na podłodze z szorstkiego łupka.
Nie zwróciłam początkowo uwagi na plaster, który mój starszy syn nakleił sobie tamtej wiosny na kolano. Kiedy zaczął się uskarżać, brzegi plastra już się odlepiały, a do kleju pozostałego na skórze przyczepiła się kilkudniowa warstwa brudu. Mówił, że boli go kolano, ale znaleźliśmy na to łatwe wytłumaczenie. Strupek musiał się znajdować gdzieś tuż nad rzepką, a mało prawdopodobne się wydawało, że mój syn zdoła usiedzieć nieruchomo tak długo, by rana zdążyła się porządnie zrosnąć. Wystarczył rzut oka na brązowawy kleks na środku plastra, abym utwierdziła się w przekonaniu, że ten konkretny strupek już wiele razy był rozdrapywany. „Nic dziwnego, że go to boli”, pomyślałam sobie.
Kilka dni później mój syn krzywił się za każdym razem, kiedy obciążał nogę. „Ale mazgaj”, pomyślałam. Następnego ranka przykuśtykał do kuchni.
Zdjęliśmy plaster z jego kolana. Nie było na nim strupka. Zamiast tego naszym oczom ukazało się całe pasmo górskie wściekłych zaropiałych pęcherzy. Największy był gruby na 2 – 2! – centymetry i lepka wydzielina sączyła się z niego na oblepiony plaster.
Jak się wkrótce dowiedzieliśmy, patogen odpowiedzialny za powstanie tych pęcherzy to gronkowiec złocisty odporny na metycylinę, czyli MRSA (czy też „mursa”, jak wymawiają jego nazwę amerykańscy eksperci). To odporna na działanie antybiotyków bakteria, która pojawiła się w 1960 roku, a do 2010 była odpowiedzialna za śmierć większej liczby Amerykanów niż AIDS. Zazwyczaj pogodna pani pediatra po jednym spojrzeniu na kolano mojego syna spoważniała mocno. Jeszcze zanim przyszły wyniki badań laboratoryjnych, wręczyła nam plik recept na leki. Wśród nich był silny antybiotyk klindamycyna, stary dobry bactrim oraz wyjątkowo brutalny rytuał polegający na wydobywaniu ropy z pęcherzy za pomocą gorących kompresów i wyciskania ich z siłą imadła. Było to zarówno nieprawdopodobnie bolesne, gdyż warstwa ropy zagnieździła się głęboko pod tkanką skórną (na samą myśl o tym mój syn zalał się łzami), jak i niebezpieczne z uwagi na to, że w ropie roiło się wręcz od bakterii gronkowca. Każdą kroplę należało z wielką dokładnością przechwycić i usunąć, żeby przypadkiem nie dostała się do jakiejś mikroskopijnej szczeliny w naszej skórze albo co gorsza, nie utknęła gdzieś na dywanie, kanapie lub blacie kuchennym, gdzie mogłaby czaić się w stanie spoczynku nawet przez rok.
Po kilku tygodniach wyciskania i stosowania leków infekcję udało się opanować. „Twój syn miał szczęście ‒ stwierdziła pewna doskonała mikrobiolożka. ‒ Mógł nawet stracić nogę”. Ale kiedy pani pediatra wezwała nas do swojego gabinetu na wizytę kontrolną, zapewniła nas, że to jeszcze nie nasze ostatnie doświadczenie z tym nieprzewidywalnym, trudnym do opanowania nowym patogenem.
Jak wyjaśniła lekarka, całym rodzinom zdarza się zakazić gronkowcem złocistym i przez wiele lat zarażać nim siebie nawzajem. Z przeprowadzonych na własną rękę poszukiwań wiedziałam już wtedy, że ta bakteria potrafi również zabijać. Ale żaden z odwiedzonych przez nas lekarzy nie wiedział, jak zapobiec ponownemu wystąpieniu infekcji ani przeniesieniu się bakterii z mojego syna na resztę rodziny. Jeden lekarz zasugerował 20-minutową kąpiel w roztworze wybielacza dwa razy w tygodniu. „To nie jest zabieg kosmetyczny”, dodał, jakby nie było to oczywiste. Poradził nam kontynuować kąpiele tak długo, aż będziemy absolutnie pewni, że nie występują kolejne zakażenia gronkowcem – czyli przez kilka miesięcy, a nawet lat. Inny lekarz zaproponował ten sam rodzaj leczenia, tylko z nieco zmienionymi wytycznymi. Mianowicie do pełnej wanny wody należało dodać około 100 mililitrów wybielacza. Nie miał za to żadnych wskazówek co do długości ani częstotliwości takiej terapii, o co zresztą w stanie sporego szoku zapomniałam go spytać.
Ten brak konsensusu wśród specjalistów, niejasne ramy czasowe oraz odstraszający charakter terapii wywoływały w nas nieufność. Zaczęliśmy się zastanawiać: czy oni sobie to wymyślili? W tamtym czasie istniało tylko jedno, przeprowadzone w 2008 roku badanie dowodzące efektywności kąpieli w wybielaczu. Wykazało, że zażywanie kąpieli w dość skoncentrowanych ilościach wybielacza pomaga w eradykacji gronkowca złocistego. Nikt za to nie wiedział, jak długo trwają skutki tych kąpieli, czy ich efekty na ludzkiej skórze są takie same jak na materiale wykorzystanym w badaniu i co najważniejsze, czy rzeczywiście ograniczają częstotliwość występowania zakażeń MRSA. Być może gronkowiec żyje w ludzkim ciele albo jego ofiary są jakoś bardziej podatne na zakażenie nim z innego źródła, a w takim wypadku chlorowane kąpiele nie robiłyby absolutnie żadnej różnicy. A może, jak zauważył mój mąż, ten sam efekt dałoby się osiągnąć dzięki regularnemu pływaniu w silnie chlorowanym osiedlowym basenie, który neutralizuje gronkowca złocistego. Albo poprzez regularne wystawianie skóry na działanie słońca.
Czułam się osobiście urażona niepewnością medycyny co do tego, jak radzić sobie w takiej sytuacji. Jako dziecko lekarzy (psychiatry i patologa) dorastałam w przekonaniu, że medycyna potrafi uleczyć wszelkie bolączki. Jak to możliwe, że dawną pewność zastąpiły tak prędko wyrażenia „być może” i „kto wie”?
Poczucie bezradności spotęgowało we mnie wspomnienie sytuacji, która wydarzyła się na rok przed tym, jak w naszym życiu zagościł gronkowiec złocisty. W 2009 roku nowa odmiana wirusa grypy o nazwie H1N1 pojawiła się w miejscowych szkołach podstawowych i gimnazjach. Tłoczyłam się w klinice razem z tłumami rozgorączkowanych rodziców w nadziei na zaszczepienie moich dzieci przeciw H1N1. Ale wirus pojawił się za szybko i był zbyt silny, a szczepionek prędko zabrakło. Kiedy wreszcie zostały zaszczepione, było już za późno. Grypa (prawdopodobnie typu H1N1, jako że szczep ten był dominujący tamtej zimy) zdążyła zagościć w ich organizmach. Przez kilka dni dwóch zazwyczaj nieposkromionych chłopców leżało nieruchomo, podczas gdy 40-stopniowa gorączka trawiła ich ciała, starając się odeprzeć atak wirusa. Podobnie jak w przypadku gronkowca nie dało się nic zrobić, nie mogłam im w żaden sposób pomóc. Ostatecznie wrócili do zdrowia, ale ponad 0,5 miliona ludzi na całym świecie zmarło na H1N1 – w tym ponad 12 tysięcy osób w samych Stanach Zjednoczonych. Przez resztę tamtego sezonu podczas podwożenia moich synów i ich kolegów na szkolne mecze piłki nożnej auto wypełniało się odgłosami chłopców zanoszących się identycznym pogrypowym suchym kaszlem.
Wtedy też, zaledwie kilka miesięcy po wtargnięciu do mojego domu H1N1 oraz MRSA, cholera pojawiła się na Haiti, gdzie nie odnotowano żadnego przypadku od ponad wieku.
Szybkie następowanie po sobie tych wydarzeń utwierdziło mnie w przekonaniu, że doświadczone przez nas nowe dziwne infekcje nie były odosobnionym przypadkiem, a raczej częścią większego, globalnego zjawiska. Wzbudziło to natychmiast moje zainteresowanie, jako że przez ostatnich kilka lat pisałam o jednym z najstarszych znanych ludzkości patogenów: o malarii. W większości przypadków historia pandemicznych chorób rozpoczyna się już po tym, jak patogeny zakorzenią się w populacji i zaczynają domagać się swego. Kontekst tego, jak się tam pojawiły i skąd przyszły, trzeba następnie zlepić w całość z mętnych wskazówek i śladów, a to nieprzeciętnie wymagające zadanie, kiedy przedmiot badań jest niezwykle dynamiczny i nieustannie ulega zmianom, ale właśnie kontekst jest najważniejszym elementem patogenu, bo daje nam wiedzę niezbędną do powstrzymania wybuchu pandemii, zanim zdąży uderzyć. Pojawienie się szeregu nowych patogenów umożliwiło uchwycenie tego kontekstu w czasie rzeczywistym. I pozwoliło bezpośrednio zaobserwować niejasne mechanizmy działania i procesy, które umożliwiają drobnoustrojom przemianę w patogeny wywołujące pandemie.
Początkowo jednak zmagałam się z kwestią, jak to zrobić. Jedna z metod zakładała wybranie nowego patogenu i prześledzenie jego stadiów rozwoju. Tyle że wydało mi się to jednocześnie ryzykowne i nieobiektywne. Bo który patogen wybrać? Choć generalnie ryzyko wystąpienia kolejnej pandemii stopniowo wzrasta, trudno powiedzieć, który z pojawiających się nowo lub ponownie patogenów ‒ jeśli w ogóle którykolwiek z nich ‒ będzie odpowiedzialny za jej wywołanie. Mogłabym zgadywać – niejeden już to zrobił – ale statystycznie rzecz biorąc, o pomyłkę nie byłoby trudno. Bo wiele pojawiających się po raz pierwszy patogenów nie doprowadza do wybuchu pandemii. To po prostu kwestia statystyki: jest tak w przypadku większości czynników chorobotwórczych.
Inną możliwość stanowiłoby zagłębienie się w historię patogenu, który już zdołał zdobyć doświadczenie w wywoływaniu pandemii. To bezpieczniejsza strategia, tyle że mimo wszystko umożliwiłaby jedynie częściowy wgląd w to, co dzieje się obecnie. Choć opowieści na temat cholery, ospy lub malarii są niewątpliwie fascynujące, każda z nich zakorzeniona jest w danym czasie i miejscu. Poza tym towarzyszy im swego rodzaju paradoks: im lepsza i bardziej szczegółowa jest historia danego patogenu, tym bardziej prawdopodobne, że warunki, które doprowadziły do wybuchu danej pandemii, okażą się wyjątkowe i tym samym nieistotne dla opowieści o przyszłych pandemiach.
Przeglądałam któregoś dnia pisma dotyczące pojawiających się chorób i natknęłam się na artykuł mikrobiolożki Rity Colwell opublikowany w 1996 roku w piśmie „Science”. Był to protokół z jej wykładu dla Amerykańskiego Towarzystwa na rzecz Rozwoju Nauki. W przemówieniu Colwell wspomniała o czymś, co nazwała paradygmatem cholery: jej zdaniem w historii cholery, którą zajmuje się naukowo od lat, znajdują się wszystkie niezbędne wskazówki potrzebne do zrozumienia zasadniczych mechanizmów działania leżących u podstaw wszystkich powstających chorób. Czytając o tym, uświadomiłam sobie, że powinnam właściwie połączyć dwie strategie działania, które przedtem pojedynczo odrzuciłam. Opowiadając historie nowych patogenów przez pryzmat historycznych pandemii, mogłabym wykazać, jak powstają i rozprzestrzeniają się nowe patogeny oraz w jaki sposób czynnik chorobotwórczy korzystający z tych samych ścieżek wywoływał pandemie już w przeszłości. Miejsce, w którym drobnoustrój staje się patogenem, znajduje się na skrzyżowaniu tych dwóch ścieżek.
Dlatego też odwiedziłam slumsy w Port-au-Prince, targi zwierzęce w Chinach, oddziały szpitalne w Nowym Delhi w poszukiwaniu miejsca narodzin patogenów starych i nowych. Wniknęłam w historię pandemii, zarówno spisaną na kartkach, jak i zapisaną w naszym genomie. W swoich poszukiwaniach zagłębiłam się w takie dziedziny nauki, jak teoria ewolucji, epidemiologia, kognitywistyka oraz historia polityczna, nie wspominając o mojej osobistej historii.
W trakcie tych poszukiwań odkryłam, że choć dzisiejsze tempo zmian gospodarczych, społecznych i politycznych jest niezwykle podobne do tego, które towarzyszyło XIX-wiecznemu okresowi industrializacji, istnieje jedna zasadnicza różnica. W przeszłości mechanizmy kierujące pandemiami były niejasne dla ich ofiar. W XIX wieku ludzie przenosili cholerę statkami i kanałami przez ocean, pozwalając jej rozprzestrzeniać się w zatłoczonych slumsach i podczas transakcji handlowych, a także nieświadomie pogarszali jej objawy stosowanymi lekami. Dzisiaj, kiedy kolejna pandemia zdaje się czaić tuż za rogiem, wielostopniowa ścieżka od nieszkodliwego drobnoustroju do wywołującego pandemię patogenu nie jest już niewidzialna. Każdy z etapów może zostać ukazany tak, aby wszyscy mogli się z nim zapoznać.
Niniejsza książka śledzi właśnie tę podróż: od dzikich terenów kolonialnej Azji Południowej, przez XIX-wieczne slumsy Nowego Jorku, aż po dżungle Afryki Środkowej i współczesne podmiejskie podwórka domowe na amerykańskim Wschodnim Wybrzeżu. A w przypadku cholery i jej potomków rozpoczyna się w organizmach otaczających nas dzikich zwierząt.
R.R. Colwell, _Global Climate and Infectious Disease: The Cholera Paradigm_, „Science”, vol. 274, 1996, nr 5295, s. 2025–2031.
M. Burnet, _Natural History of Infectious Disease_, Cambridge: Cambridge University Press 1962, cyt. za: G.B. Pier, _On the Greatly Exaggerated Reports of the Death of Infectious Diseases_, „Clin Infectious Diseases”, vol. 47, 2008, nr 8, s. 1113–1114.
M. Drexler, _Secret Agents: The Menace of Emerging Infections_, Washington DC: Joseph Henry Press 2002, s. 6.
K. Harper, G. Armelagos, _The Changing Disease-Scape in the Third Epidemiological Transition_, „International Journal of Environmental Research and Public Health”, vol. 7, 2010, nr 2, s. 675–697.
P. Washer, _Emerging Infectious Diseases and Society_, New York: Palgrave Macmillan 2010, s. 47.
K.E. Jones et al., _Global Trends in Emerging Infectious Diseases_, „Nature”, vol. 451, 2008, nr 7181, s. 990–993.
S. Morse, wykład plenarny na konferencji International Society for Disease Surveillance, Atlanta, Georgia, USA, 7–8 grudnia 2011.
M. Burnet, _Natural History of Infectious Disease_, _op. cit_.
K.E. Jones et al., _Global Trends in Emerging Infectious Diseases_, _op. cit._
P.W. Ewald, G.M. Cochran, _Chlamydia pneumoniae and Cardiovascular Disease: An Evolutionary Perspective on Infectious Causation and Antibiotic Treatment_, „The Journal of Infectious Diseases”, vol. 181, 2000, supp. 3, s. S394–S401.
B. Spellberg, _Antimicrobial Resistance: Policy Recommendations to Save Lives_, wykład na konferencji International Conference on Emerging Infectious Diseases, Atlanta, Georgia, USA, 13 marca 2012.
M. Drexler, _Secret Agents_, _op. cit._, s. 7.
W. Bruine de Bruin et al., _Expert Judgments of Pandemic Influenza Risks_, „Global Public Health”, vol. 1, 2006, nr 2, s. 179–194.
F.S. Dawood et al., _Estimated Global Mortality Associated with the First 12 Months of 2009 Pandemic Influenza A H1N1 Virus Circulation: A Modelling Study_, „The Lancet Infectious Diseases”, vol. 12, 2012, nr 9, s. 687–695.
R. Barrett et al., _Emerging and Re-emerging Infectious Diseases: The Third Epidemiologic Transition_, „Annual Review of Anthropology”, vol. 27, 1998, s. 247–271.
WHO, _Ebola Response Roadmap – Situation Report_, 6 maja 2015; _UN Says Nearly $1.26 Billion Needed to Fight Ebola Outbreak_, „The Straits Times”, 16 września 2014; D. Schwartz, _Worst-ever Ebola Outbreak Getting Even Worse: By the Numbers_, „CBCnews”, CBC/Radio-Canada, 16 września 2014; D. Grady, _U.S. Scientists See Long Fight Against Ebola_, „The New York Times”, 12 września 2014.
CDC, _U.S. Multi-State Measles Outbreak 2014–2015_, 12 lutego 2015; CDC, _Notes from the Field: Measles Outbreak – Indiana, June–July 2011_, „MMWR”, 2 września 2011.
M. McKenna, _Superbug: The Fatal Menace of MRSA_, New York: Free Press 2010, s. 34; A. Pollack, _Looking for a Superbug Killer_, „The New York Times”, 6 listopada 2010.
N. Cimolai, _MRSA and the Environment: Implications for Comprehensive Control Measures_, „European Journal of Clinical Microbiology & Infectious Diseases”, vol. 27, 2008, nr 7, s. 481–493.
Wywiad z Ritą Colwell przeprowadzony 23 września 2011.
F.S. Dawood et al., _Estimated Global Mortality_, _op. cit._; C. Viboud et al., _Preliminary Estimates of Mortality and Years of Life Lost Associated with the 2009 A/H1N1 Pandemic in the US and Comparison with Past Influenza Seasons_, „PLoS Currents”, 2, marzec 2010.