Equalibrum - ebook
Śmierć nadciąga. Wypełznie z ciemności i zbierze żniwo.
Przed wiekami potężny nekromanta, zwany Pożeraczem Światów, zapragnął wznieść swoje imperium na ruinach krainy żywych. Pokonany i uwięziony w krypcie, czekał na dzień, gdy jego więzy osłabną… a ktoś pomoże mu powrócić i dokonać zemsty.
Wiele stuleci później Alex budzi się w ciemnym lesie, pozbawiony wspomnień, z kamieniem o tajemniczej mocy w dłoni. Zdezorientowany, wyrusza w głąb nieznanego świata, gdzie napotyka krwiożercze bestie, zaskakujące przeszkody i… niespodziewanych sojuszników. Razem z dociekliwą Anastazją próbuje odkryć prawdę o sobie oraz krainie, która wydaje się chylić ku zagładzie.
Tymczasem królestwa Equalibrum, opuszczone przez bogów, pogrążają się w intrygach politycznych i konfliktach wojennych. Świat spowijają złowrogie cienie.
Nadciąga czas chaosu i wkrótce nikt nie zazna spokoju – ani żywi, ani martwi.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-261-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Tysiące lat temu, gdy bogowie i ludzie żyli w Podniebnych Królestwach, pierwszy człowiek imieniem Atros sprzeciwił się stwórcom i zbuntował część rasy ludzkiej przeciw nim. Znieważeni bogowie przeklęli buntowników i strącili ich do wcześniej utworzonych światów, których nikt nie zamieszkiwał: Oxelum, Equalibrum, Moros, Palexerum, Haos i Pegaz. Na ich czele stanęli półbogowie, zwani Założycielami lub Pierwszymi, którzy mieli pilnować porządku i wyznaczać ludziom drogę do nawrócenia. Jednym z Założycieli został wyniesiony byt Atros, którego bogowie chcieli nauczyć posłuszeństwa. Atros musiał obserwować poczynania ludzi i karać ich za przewinienia. To miała być nauczka dana rasie ludzkiej, nim z powrotem dostanie pozwolenie, by zasiąść w Komnatach Chwały.
Bogowie nie docenili jednak ludzi i ich umiejętności. W jednym ze światów, zwanym Equalibrum, nastał chaos – ludzie nauczyli się panować nad magią, która stanowiła część tamtejszej ziemi. W pierwszej erze najpotężniejszy z żyjących wtedy ludzi – nekromanta, któremu nadano przydomek Pożeracz Światów – otulił mgłą całe Equalibrum tak, że nawet bogowie nie mogli ujrzeć, co się w nim dzieje. Pożeracz zaczął przemieszczać się między światami i budować swoje imperium. Wówczas bogowie wysłali Atrosa, najpotężniejszego z półbogów, by pozbył się zagrożenia i przyniósł duszę Pożeracza do Komnat Chwały, gdzie czekał go sąd.
Niestety Atros nie poradził sobie z przeciwnikiem. Podczas ich starcia nekromanta okazał się zbyt potężny. Pokonany Atros uciekł i próbował skryć się przed bogami, obawiając się ich gniewu. Bogowie jednak go odnaleźli i postawili przed sądem w Podniebnych Królestwach. Gdy Atros opowiedział, co się wydarzyło i jak przegrał walkę z Pożeraczem, wściekli bogowie zdegradowali go i wysłali do Piekielnej Strefy X, odbierając mu tym samym boską chwałę. Zaczęli obawiać się Pożeracza, wiercili się niespokojnie na złotych tronach i wyglądali zza osłony niebios w kierunku planet, które stworzyli. Naradzali się w Komnatach Chwały, obmyślając zstąpienie na ziemię, i dziwili się przy tym, jak zwykły człowiek mógł stać się aż tak wszechmocny. W międzyczasie Pożeracz Światów zniknął, a mgła opadła, rozpuszczając się w galaktyce. Świat Equalibrum zaczął budować się na nowo.
Po pewnym czasie okazało się, że nekromanta został uwięziony w starożytnej krypcie przez innego człowieka. Dokonał on tego, czego nie mógł zrobić Założyciel – zakończył działania Pożeracza. Bogowie odnaleźli tego człowieka i wezwali go do Podniebnych Królestw, by przed nimi stanął. Zaproponowali mu zaszczyt sprawowania protektoratu nad światem i możliwość wyniesienia do rangi półboga, lecz stojący w Komnatach Chwały człowiek odmówił im i powrócił na ziemię, gdzie żyje po dziś dzień. Był to kolejny raz, gdy przedstawiciel rasy ludzkiej okazał brak szacunku bogom, mimo to pozwolili mu wrócić do Equalibrum, wyłącznie ze względu na jego zasługi.
Nie wiedzieli jednak, że przed uwięzieniem Pożeracz zapowiedział, że powróci jeszcze silniejszy, wtedy sami bogowie zadrżą w posadach, a z niebios popłyną łzy powodowane paranoicznym strachem.ROZDZIAŁ 1
Upadły Las
Powietrze się załamało, tworząc okrąg w turkusowym kolorze kilka stóp nad ziemią. Dziwnie zachowujący się portal, nieznacznie przemieszczający się w powietrzu, wypluł z siebie chłopca, który opadł na podłoże całkiem nagi. Powietrze znów się załamało, a portal zniknął, jakby został wciągnięty przez inny świat lub niewidzialnego potwora. Chłopak ocknął się po chwili na mokrej ziemi, długie kruczoczarne włosy lepiły mu się do czoła. Było ciemno, więc gdy otworzył oczy, w świetle księżyca zobaczył tylko kołyszące się korony drzew. W jednej dłoni chłopca spoczywał płaski kamień o ciemnej barwie i kształcie przypominającym ośmiokąt, a w drugiej – niewielka latarka. Chłopiec podniósł się ociężale i rozejrzał po lesie. Nie pamiętał, jak się tutaj znalazł, postanowił więc ruszyć przed siebie. Gdy tak szedł, zmarznięty, przestraszony i zmęczony, zaczął słyszeć głosy. Potem wydawało mu się, że ktoś za nim idzie, rzucił się więc biegiem w poszukiwaniu schronienia.
Biegnąc przez las, nie miał na tyle odwagi, aby obejrzeć się za siebie. Czuł się coraz bardziej zmęczony, a nieustanne głosy, które słyszał w głowie, nie dawały mu spokoju. Coś albo ktoś nawoływało go, aby się zatrzymał, lecz on, na przekór tym głosom, przyspieszał za każdym razem, gdy je słyszał. Ale czy były one prawdziwe?
Omijając gęsto rosnące drzewa, uciekał przed czymś, lecz sam nie wiedział przed czym. Biegł już dość długo, trudno było mu określić mijający czas. Dziesięć, piętnaście minut… a może czterdzieści, może godzinę. Promień latarki spływał po drzewach w poszukiwaniu ostatniej deski ratunku, lecz był bardzo słaby, jakby bateria miała się zaraz wyczerpać. Jak na ironię – akurat dzisiaj.
W końcu chłopiec zebrał w sobie wystarczająco dużo odwagi, aby spojrzeć za siebie, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nie zatrzymując się, odwrócił głowę, jednak wtedy usłyszał głos. W tym momencie potknął się o wystający korzeń potężnego drzewa. Szybkim ruchem podniósł się z błotnistej kałuży, otarł twarz i po złapaniu równowagi zaczął biec dalej. Podczas upadku zgubił latarkę, ale nie miał najmniejszego zamiaru po nią wracać. Ta noc była zimna i bardzo jasna ze względu na pełnię. Deszcz musiał padać nieustannie przez kilka dni, ponieważ bose stopy coraz bardziej zapadały się w błocie, którego cały czas przybywało.
Nagle w oddali chłopak dostrzegł rzekę, której nurt wyglądał na dość rwący. Pomyślał, że po drugiej stronie mógłby być bezpieczny, więc gdy tylko zbliżył się do brzegu, bez wahania wskoczył do rzeki, wybiwszy się z wielkiego głazu. Od razu odczuł przeszywające zimno; woda była lodowata. Przez moment zastanawiał się, czy nie zawrócić, ale podmuch mroku na karku wydawał mu się zbyt straszny, by tak łatwo się poddać. Chciał uciec, odpocząć, zaznać spokoju przynajmniej przez chwilę. Zebrał się więc w sobie, a straszne głosy motywowały go do przemierzania rzeki.
Płynął dość długo. Koryto okazało się o wiele szersze, niż to sobie wyobrażał. Był już wyczerpany, ale powoli zbliżał się do drugiego brzegu, aż w końcu poczuł dno. Wówczas zaczął iść, wymachując nerwowo rękami i rozchlapując wodę na wszystkie strony. Sarny, które nieopodal piły wodę, uciekły w popłochu. Nie przestraszyły się jednak samego chłopca, tak jak myślał, tylko zobaczyły coś za nim, w oddali… obrys czegoś potężnego. Chowało się w mroku, jakby czekało na odpowiedni moment do ataku, a może celowo najpierw straszyło swoją ofiarę, bawiąc się nią przed nieuniknioną śmiercią.
Chłopiec wciąż nie oglądał się za siebie. Gdy woda znalazła się na poziome jego kolan, opadł na nie z wyczerpania, a później przewrócił się, aż całkiem go przykryła. Głosy w wodzie były cichsze, ale wyraźniejsze i straszniejsze. Zanim się wynurzył, usłyszał jeszcze coś dziwnego. Na pewno nie podsunęła mu tego wyobraźnia.
– Witaj w Equalibrum, Alex.
Przerażony chłopak doczołgał się do brzegu, przekręcił na plecy, po czym stracił przytomność. Ocknął się dopiero po chwili. Las wydawał się inny. Głosy całkiem ucichły, a Alex, widząc, że zagrożenie minęło, z trudem popatrzył w stronę, o której jeszcze kilka chwil temu chciał zapomnieć. Niczego jednak tam nie dostrzegł, żadnego monstrum czy człowieka. Nikogo – tylko ciemność, pustka. Odetchnąwszy nieco, wstał z trudem, wszak czuł głód i zmęczenie, a jego wątłe, zmarznięte ciało nie było przyzwyczajone do takich wypraw. Rozejrzał się jeszcze raz, gdyż chciał mieć pewność, że nic mu nie grozi. Noc była bowiem straszna, a las zapewne skrywał więcej niebezpieczeństw; nieostrożni przechodnie lub poszukiwacze przygód mogliby tu marnie skończyć.
W tym momencie zauważył, że zgubił kamień, który miał przy sobie wcześniej. Gdy płynąłem, trzymałem go jeszcze w ręce – przypomniał sobie. Nerwowo ruszył dalej. Kiedy stąpał, ranił swoje bose stopy na niewdzięcznym podłożu, a różnego rodzaju rośliny obcierały mu łydki, zostawiając na nich krwawe rysy. Nagle Alex dostrzegł turkusową poświatę na konarze złamanego przez burzę drzewa. Podszedł bliżej i zobaczył kamień. Gdy tylko go dotknął, blask zniknął. Dziwne – pomyślał chłopiec, ale ucieszył się, że odzyskał zgubę, która nie wiedzieć czemu była dla niego ważna. Jeszcze dziwniejsze było to, jak kamień znalazł się po drugiej stronie rzeki.
Całkiem przemoczony i zziębnięty, ruszył dalej w poszukiwaniu jakiegoś miejsca do przenocowania i odpoczynku. Błąkał się między potężnymi drzewami, co chwilę odkrywając nowe, niekończące się ścieżki. Eksplorując jedną z nich, napotkał nawet kamienne kręgi, przypominające miejsca kultu. Pełne życia rośliny były tu bardziej żywiołowe niż w zwykłych lasach, lecz Alex starał się o tym nie myśleć. Zarośla wydawały się cały czas rosnąć, a niektóre porastające je grzyby i mchy świeciły słabym lub mieniły się mocniejszym jasnozielonym pigmentem. Z każdym krokiem roślinność stawała się coraz gęstsza, jakby chciała wchłonąć chłopca do własnych trzewi. Przepychające się wysoko nad ziemią korony drzew nie przepuszczały prawie żadnego światła, a mocno świecący księżyc w pełni nie odważył się zajrzeć w głąb lasu. Ten zaś, jakby niespokojny, co chwilę zostawiał na ciele chłopca coraz to nowsze otarcia, piekące zadrapania i siniaki, które niedługo miały dać o sobie znać. Skaleczenia czy drobne przecięcia uwalniały rysy krwi.
W końcu, po długich poszukiwaniach, Alex dostrzegł w oddali żarzące się światło, prawdopodobnie była to lampa umieszczona na jednej ze ścian jakiegoś budynku. Zrobił krok do przodu, a wtedy poczuł na barku lekki dotyk dłoni. Dałby sobie głowę uciąć, że to kościste palce jakiegoś umarlaka, ale nie miał zamiaru tego sprawdzać. Natychmiast rzucił się do ucieczki. Migające światło wydawało się znajdować całkiem blisko, wystarczyło tylko ominąć kilka drzew i przeskoczyć dziki żywopłot.
Droga ciągnęła się jednak Alexowi w nieskończoność, uczucie goniącej go śmierci napełniało i paraliżowało całe ciało. Przelatujące obok czarne smugi zjaw, czy może demonów, niemal odebrały chłopcu rozum. Czy one są prawdziwe? – wciąż zadawał sobie to pytanie. Ostry smród rozkładającego się mięsa był nie do wytrzymania, zakrył więc dłonią podrażniony nos i przeskoczył przez upragniony żywopłot, który znacznie otarł jego ciało.
Opary demonicznego lasu zaczęły działać; Alexowi zakręciło się w głowie, upadł i zwymiotował. Gdy podnosił się na kolana, dopadł go atak kaszlu, oczy zaczęły łzawić, a ból pod czaszką stopniowo narastał. Oszołomiony obrócił się, jedną dłonią dotykając rozpalonego czoła, a drugą podpierając się o zimne, mokre podłoże. W jednej ręce cały czas trzymał kamień, którego strzegł, by nie zgubić go kolejny raz. Tuż za sobą zobaczył przenikającą przez żywopłot postać, lecz nie mógł się jej dokładnie przyjrzeć. Zalane łzami, podrażnione oczy ujrzały jedynie rozmazaną czarną mgłę, wpatrującą się w niego dwojgiem palących się czerwonych ślepiów. Zjawa wyciągnęła ku chłopcu rękę. Alex wzdrygnął się, szybko przetarł swędzące oczy i na czworaka przemierzył pozostałą drogę do budynku, następnie pociągnął za srebrną okrągłą klamkę.
Drzwi otworzyły się bezgłośnie, a jasne światło wydostające się z wnętrza odstraszyło potwora. Alex podciągnął się ociężale na klamce, po czym nerwowo zaryglował wejście od środka za pomocą grubej belki, dla pewności zapiął jeszcze łańcuch. Głośno dysząc, spłynął po drzwiach na drewniany parkiet. Po obu stronach wejścia znajdowały się smukłe okna w kształcie migdałów z kolorowymi witrażami. Alex z lękiem popatrzył na jedno z nich i odprowadził wzrokiem przelatującą czarną smugę. Gdy zjawa odleciała, przestraszony chłopak ponownie przetarł oczy i zaczął chuchać na zmarznięte dłonie, których prawie nie czuł. Wciąż opierając się o ciemne dębowe drzwi, uniósł głowę, by rozejrzeć się po wnętrzu chatki.
Na wprost jego turkusowego spojrzenia znikąd wyrosły dwie pionowe źrenice otoczone żółtymi tęczówkami. Należały one do smukłego czarnego kota, który siedział na stole i od samego początku obserwował Alexa. Spokojny futrzak jeszcze przez chwilę mierzył go wzrokiem, a potem zeskoczył na parkiet i udał się do pokoju z uchylonymi drzwiami.
Wnętrze, w którym znalazł się chłopak, było jasno oświetlone przez dosyć spory żyrandol wiszący na mocnym stalowym łańcuchu, z solidnymi czarnymi ogniwami. Na okrągłej metalowej konstrukcji równiutko poustawiano świeczki, teraz mniej więcej w połowie wypalone. Każda bez wyjątku się paliła, nie przerywając idealnego kręgu. Pod żyrandolem dumnie stał wielki stół, tak prosty, że bez problemów mógłby zostać wykonany przez każdego mniej lub bardziej doświadczonego stolarza. Część blatu zajmowały korzenie: białe, bordowe oraz brązowe, niektóre ubrudzone ziemią, jakby świeżo wyrwano je z grządki. Obok na drewnianej desce długi nóż czekał na powrót mistrza, zaś w klepsydrze stojącej na krawędzi stołu już prawie wszystkie ziarnka piasku przemierzyły wąski szklany korytarz.
Na końcu pomieszczenia, obok uchylonych drzwi, wisiały półki ze słoikami z różnoraką zawartością. W niektórych znajdowały się suszone listki kwiatów i innych roślin. Jedna półka była specjalnie zarezerwowana dla małych istotek – w szklanych pojemnikach zamknięto ślimaki, pijawki, motyle i inne małe stworzenia, a także szczury i węże. Znaczną część znajdującego się obok regału zajmowały butelki odbijające światło świec, wypełnione mocnym samogonem oraz różnorodnymi winami. Z niedomkniętych szuflad wystawały glony i wodorosty, a wszechobecne zioła i przyprawy pozastawiały ciekawy, mocny zapach.
Pod półkami na białych kafelkach wisiały noże, łyżki, sierpy, metalowe garnki, talerze, a jeszcze niżej nad palącym się drewnem bulgotał kociołek z pomarańczową zawartością o cudnym zapachu. Po lewej stronie pomieszczenia mieściło się jeszcze jedno okno, również w kształcie migdała, ale dużo mniejsze od pozostałych. Ze ściany pod nim wychodził marmurowy parapet przyozdobiony pięknymi kwiatami o żywych kolorach: czerwonym i niebieskim. Po drugiej stronie uchylonych drzwi znajdował się wysoki regał z niezliczoną liczbą książek. Dodatkowo na wyciągnięcie lewej ręki chłopca stała drewniana balia z parującą gorącą wodą.
Alex poprawił się w niewygodnej pozycji i zaczął przyglądać się kamieniowi, który trzymał na wyciągniętej zimnej dłoni. Jedna strona przez chwilę zaświeciła się morską poświatą. Przy jednej z krawędzi kamienia zdziwiony czternastolatek dostrzegł wygrawerowane słowa: Azentrion varten mahellnort, przy drugiej krawędzi zaś lśniący, ale już dogorywający morski napis: Własność Jacoba Ravena.
Alex zamarł. Teraz miał już pewność, że wcześniejsze wydarzenia w lesie były prawdziwe, wszystko wskazywało na to, że bestia też. Dopadła go pod wodą i zostawiła po sobie pamiątkę, ale dlaczego nie zabiła go od razu? Może jest jej potrzebny, a może komuś innemu? Może tylko go naznaczyła, a w przyszłości przyjdzie po niego jak po starą zabawkę? Chłopak nie miał już siły o tym myśleć.
Gdy ostatnie ziarenko piasku przemierzyło klepsydrę, zza uchylonych drzwi do pokoju weszła piękna dojrzała kobieta z długimi, czarnymi, falowanymi włosami. W jej naszyjniku spoczywał wielki rubin, a na palcach z wystającymi czarnymi paznokciami w kształcie migdałów tkwiły lśniące pierścionki. Nieznajoma miała na sobie śnieżnobiałą koszulę z za dużymi, wręcz napompowanymi rękawami, które wyjątkowo jej pasowały. Czarne spodnie opinały długie smukłe nogi, a stopy nieznacznie chowały się w niskich butach na szpiczastych koturnach. Kobieta przekręciła klepsydrę, a piwne oczy skierowała na chłopca. Alex natychmiast wstał, próbując coś powiedzieć, lecz piękna nieznajoma go ubiegła.
– A cóż ci się przydarzyło, kochaniutki? – spytała, nie oczekując na odpowiedź. Podeszła i łagodnie dotknęła policzka chłopca ciepłą dłonią, długie szczupłe palce powoli i czule przemierzały delikatną skórę. Na twarzy kobiety pojawiło się współczucie. Po chwili jednak obróciła się na pięcie i odsunęła krzesło.
– Ja… – Alex ponownie próbował coś wykrztusić, przysłaniając krocze dłońmi.
– Siadaj! – przerwała mu gwałtownie. – Na pewno jesteś głodny, więc… A nie, chwileczkę, zaczekaj, najpierw kąpiel, jesteś brudny i zmarznięty. – Uśmiechnęła się sympatycznie, po czym wskazała na balię, gdzie gorąca, spieniona woda już czekała. Gdy kobieta patrzyła na chłopaka, przygryzała palec.
Alex obserwował badawczo kobietę, nie pałając do niej zaufaniem. Czarnowłosa musiała to wyczuć, ponieważ rzuciła, jakby chcąc dodać mu pewności:
– Biedactwo. Nie bój się, czuj się jak u siebie. Nie jesteś pierwszym zagubionym w tym lesie człowiekiem. – Zachichotała, przyglądając się nagiemu chłopcu. – Pójdę po czyste ubrania, a ty w tym czasie wskakuj do ciepłej wody. Twoja młoda, delikatna skóra potrzebuje tego – dodała zadowolona, a potem zaczęła nucić pod nosem dziwną melodię.
Alex niepewnie odprowadził kobietę wzrokiem, gdy ta wychodziła z głównego pomieszczenia. Następnie podszedł do balii i odłożył za nią kamień, tak aby nie był widoczny. Zwilżył dłonie w wodzie i przetarł twarz. Długo nie musiał się zastanawiać – ciepła kąpiel przekonała go do siebie. Spojrzał jeszcze raz w kierunku uchylonych drzwi, po czym wszedł do wanny.
Kobieta obserwowała go, schowana w mroku za uchylonymi drzwiami, przygryzając przy tym koniuszki palców. Gdy chłopak leżał już pod warstwą pieniącej się wody, odczekała chwilę i weszła do pokoju. Usiadła niedaleko niego, znowu nucąc tę samą melodię.
Spojrzenia Alexa i kobiety się przecięły i przez jakiś czas oboje wpatrywali się w siebie.
– Jestem Evelynn. Tu masz świeże ubrania. Mogą być trochę za duże, są po bracie – powiedziała czarnowłosa i wstała z krzesła, pozostawiając na nim odzienie, które stanowiły czarne spodnie, biała koszula i jakieś obdarte brązowe buty na koturnie, sięgające za kostkę.
– Gdzie on teraz jest? – spytał bezwiednie, karcąc się za to w myślach.
– Nie żyje! – warknęła stanowczo, głośno uderzając ostrym tasakiem i przecinając na pół bordowy korzeń, resztę warzywa zaczęła siekać na drobne kawałki. – Przepraszam, jestem wrażliwa, nie przejmuj się tym. A jak ty masz na imię, jeśli można wiedzieć?
– Przepraszam, przykro mi… Nie wiedziałem… Ja… jestem Alex.
– Ładnie. To powiesz mi teraz, gdzie się tak poharatałeś? – spytała, znowu się uśmiechając.
– Zgubiłem się i całą noc przemierzałem las w poszukiwaniu schronienia. – Nie chciał mówić więcej. Pomyślał, że jeśli opowie o goniących go monstrach, kobieta weźmie go za szaleńca. Poza tym od samego początku wydawała mu się dziwna, więc nie chciał jej się zwierzać. Wpatrując się w nieznajomą, próbował bezskutecznie wyczytać z jej twarzy, czy mu uwierzyła.
– Wybrałeś chyba najgorsze miejsce, żeby się zgubić. Wszędzie wkoło rosną trujące grzyby, od których można dostać halucynacji. Po tym lesie trzeba umieć się poruszać – stwierdziła Evelynn, a następnie wyszła z pokoju energicznym krokiem, co zdziwiło Alexa.
Alex zaczął się zastanawiać, czy widziane przez niego zjawy były wynikiem działania trujących grzybów, ale po chwili przypomniał sobie, że przecież za balią leży kamień, który… Przypomniał sobie, jak go dotknął, nim znalazł się w lesie i stracił przytomność. Jak po pokonaniu długich schodów znalazł się w komnacie, gdzie zauważył kamień na białym postumencie. Jak podszedł do niego i go dotknął. Pamiętał, że poczuł jego chłodne krawędzie, a potem kamień zabłysnął turkusową poświatą rozświetlającą ciemną komnatę. Później obudził się w lesie nagi i wyczerpany. Nie pamiętał, kiedy to się stało, jak dawno temu. Teraz, gdy siedział w ciepłej wodzie, próbował przypomnieć sobie coś jeszcze, ale nie zdołał. Znów pomyślał o kamieniu i obejrzał się za siebie, by zobaczyć, czy wciąż jest ukryty za wanną. Leżał tam, zimny, zgaszony. Nic mi się nie przywidziało – pomyślał Alex.
Evelynn ponownie weszła do pokoju, popatrzyła na chłopaka, poprawiła włosy i wrzuciła do wywaru drobne korzenie.
– Zatem mieszkasz tu sama? – spytał Alex, szorując brudną łydkę.
– Niezupełnie, mam psy i koty, ale już niedługo… – Uśmiechnęła się. – To straszna dziura, prawda? – dodała. – Po śmierci brata musiałam zająć się spadkiem, obecnie szukam nabywcy, ale dom w takim miejscu… Ech, to będzie niezmiernie trudne.
– Bardzo tu przytulnie – stwierdził chłopak, rozglądając się po wnętrzu. – Co to za okolica, masz jakichś sąsiadów?
– Niestety nie, brat kochał naturę i spokój. Dlatego zamieszkał niemalże w środku lasu.
– Rozumiem.
– Niektórzy ludzie sieją plotki, że ten dom jest nawiedzony.
– Nawiedzony?
– A tak, po wsiach niedaleko lasu krąży przekonanie, że Uzael, mój brat, został tu zamordowany i od tamtej pory dom jest przeklęty, dasz wiarę? Większość nawet uważa, że cały las jest przeklęty. Ech, ludzie to mają wyobraźnię. – Pokręciła głową z dezaprobatą.
Po chwili kobieta i chłopiec usłyszeli uderzenie do drzwi wejściowych. Alex obrócił się nerwowo, a serce zabiło mu mocniej. Evelynn wstała. Przemierzyła pokój, stukając miarowo koturnami, wyjrzała przez okno, następnie podeszła do drzwi.
– Nieźle to pozamykałeś, he, he – powiedziała, zdejmując zabezpieczenia, a potem uchyliła drzwi.
Niespokojny Alex przełknął ślinę, obserwując nerwowo poczynania kobiety.
– Ach, to ty, Demon – rzuciła ze śmiechem, po czym otworzyła małą klapę w podłodze. Uklęknęła i pochyliła się nad komórką, eksponując kształtne piersi wychodzące z rozpiętej na trzy guziki koszuli.
Alex nie widział, co znajduje się za drzwiami, słyszał jedynie ciche sapanie i widział, jak do ciepłego wnętrza przedostawał się obłoczek pary, jakby oddech jakiejś istoty.
– Aaaa, tutaj jesteś! – dodała czarnowłosa, chwytając metalowe wiadro, które z trudem wytargała z komórki. Było ciężkie i wypełnione aż po brzegi podejrzaną czerwoną substancją, którą Alex mógł obserwować tylko przez ułamek sekundy. Evelynn wystawiła wiadro na zewnątrz, po czym zamknęła drzwi oraz klapę i poszła przemyć ręce.
– To dla moich piesków, mam ich parę – wyjaśniła, widząc przestraszoną minę chłopca. – Powinieneś coś zjeść, nie wyglądasz za dobrze. Zupa już prawie gotowa.
– Demon? – spytał Alex.
– Tak się wabi, to pomysł brata.
– Rozumiem. Już kończę, kąpiel była świetna, dziękuję – odpowiedział trochę nerwowo. – Co to za zupa?
– Zupa korzenna. Nie rób takich oczu, smakuje naprawdę dobrze. – Uśmiechnęła się znowu.
– Jestem gotowy. Czy mogłabyś się odwrócić? – Alex wskazał na ubrania.
– Nie krępuj się… ale oczywiście, jeśli tego chcesz. – Evelynn podeszła do paleniska, by spróbować wywaru. Chłopiec w tym czasie wytarł się miękką tkaniną i ubrał się, spoglądając co jakiś czas na kobietę. Ukradkiem schował kamień do kieszeni spodni.
Nagle zza uchylonych drzwi wydobył się głośny plask.
Kobieta podskoczyła wystraszona, aż upuściła trzymany w ręku nóż.
– Proszę – powiedział Alex, podając jej narzędzie.
– Ach, to pewnie koty. Dziękuję – odparła pośpiesznie, po czym wyszła z pokoju.
Alex ostrożnie zbliżył się do uchylonych drzwi. Za progiem dostrzegł wysoko zawieszone spiralne czarne schody. Spojrzał w górę, opierając rękę o metalową balustradę. Teraz głucha cisza przenikała całą chatkę, a najmniejszy szelest wydawał się głośniejszy od myśli. Nagle po schodach sturlał się kłębek włóczki, a z góry dobiegło miauczenie kota.
Chłopak wrócił do głównego pomieszczenia, zastanawiając się, jaką tajemnicę skrywa Evelynn. Czekając na nią, zauważył na regale dużą fioletową księgę ze znakiem czaszki na grzbiecie. Chwycił ją i obejrzał okładkę, ale nie dostrzegł nic nadzwyczajnego poza zdobieniami, postanowił więc zajrzeć do środka.
W tej samej chwili Evelynn weszła bezszelestnie do pokoju i wyrwała mu ją delikatnie.
– Przepraszam, ja… – zmieszał się chłopiec.
– Nie szkodzi, zapomniałam ci powiedzieć, żebyś niczego nie dotykał. Zupa już gotowa. – Uśmiechnęła się i wskazała mu krzesło przy stole.
Niedługo potem postawiła talerz z zupą tuż przed nosem Alexa, a obok położyła łyżkę z pięknie zdobionym trzonem. Aromat wywaru był wspaniały, a uwalniająca się z niego para łagodnie łaskotała twarz chłopca.
– Smacznego. Jedz zupkę, chłopcze. Jesteś taki spięty – powiedziała Evelynn, stając za nim. Zaczęła masować mu kark, a widząc, że chłopak się rozluźnia, pocałowała go w głowę, potem w ucho i szyję, następnie zaciągnęła się jego zapachem.
Chłopiec był zdziwiony jej zachowaniem, ale sam starał się zachowywać naturalnie. Chwycił więc łyżkę i już miał nabrać smakowicie wyglądającej zupy, kiedy w odbiciu sztućca zobaczył czarne pionowe źrenice z żółtymi tęczówkami, na barkach zaś poczuł paznokcie, które się wydłużyły i zaostrzyły. Język kobiety zaczął przemierzać szyję chłopca. Przerażony Alex powoli odłożył łyżkę i sięgnął trzęsącą się ręką do kieszeni, by złapać za kamień.
– Oj, zapomniałam się. A więc już wiesz, szkoda – rzuciła kobieta, po czym wbiła długie kły w delikatną szyję chłopca.
Alex wrzasnął z bólu, ale zaraz uderzył Evelynn w głowę kamieniem, który w tym momencie jakby się obudził i zaczął lśnić morską poświatą. Wszystkie świece na żyrandolu zgasły i zapanowała ciemność. Kobieta wydała głośny ryk, pokazując przy tym ostre kły. Monstrum, w które się zmieniła, błyskawicznym ruchem wytrąciło kamień na ziemię, jedną ręką chwyciło chłopca za ubranie i cisnęło nim z impetem o gruby blat stołu. Zwijający się z bólu Alex po omacku badał stół, aż jego ręka napotkała długi nóż. Następnie chwycił go i wbił kilka razy w pierś Evelynn.
– Aaa! Kurwa! – zaklął demoniczny fenomen. – Argh! Gdy wypiję twoją krew, skończysz w kotle! Twoje kości rzucę ogarom na pożarcie!
Dziury po ostrzu zrastały się szybko, demon wydawał przy tym straszne, wysokie dźwięki. Alex ruszył w kierunku drzwi, najszybciej jak potrafił ściągnął z nich łańcuch i otworzył je, a wtedy stanął na wprost żarzących się czerwonych ślepiów, które pojawiły się w miejscu żółtych kocich oczu. Evelynn teleportowała się tuż obok, jej rany całkiem się zagoiły. Wrzeszcząc opętańczo na będącego w szoku chłopca, odepchnęła go niewidzialną mocą.
Ciało Alexa sunęło po podłodze, aż zatrzymało się na kamiennej ścianie. Rzadka krew wypłynęła mu z nosa, rozpieszczając zmysły kreatury. Ręka chłopaka znalazła się w zasięgu wcześniej wytrąconego świecącego kamienia. Ostatnia szansa – pomyślał. Gdy Evelynn doskoczyła do niego, Alex przyłożył świecący kamień do jej głowy.
Monstrum zaczęło ryczeć i szarpać się obłąkańczo. Kamień parzył policzek Evelynn, roztapiając jej skórę aż do kości. Nikczemna krew wylewała się na kamień, dodając mu jeszcze większej mocy. Zaskoczona Evelynn uwolniła się po chwili i zmieniwszy się w wielkiego kruka, odleciała, pozostawiając po sobie ślady krwi.
Alex wybiegł na zewnątrz. Widząc, że kamień świeci coraz mocniej, zaczął biec ile sił w nogach. Światło wydobywające się z kamienia rozproszyło gęste drzewa, ukazując niebo i jasny księżyc; otwierało chłopcu ścieżkę do opuszczenia lasu. Biegł zdyszany, trzymając cały czas kamień nad głową, aż w żebrach poczuł narastający, penetrujący ból. Od opuszczenia lasu dzieliło go tylko kilkanaście większych susów, a światło wydobywające się z artefaktu słabło.
W tym momencie zregenerowana już Evelynn przywołała wielkie gnijące ogary. Biegnące z zatrważającą prędkością potwory zaczęły doganiać chłopca. Kamień przestał świecić, a szeroko otwarta droga pomału się zwężała. Ujadanie wściekłych, żądnych krwi psów doprowadzało serce Alexa do nienaturalnie szybkiej pracy.
Chłopiec w przypływie paniki rzucił kamień w zaciskające się przed nim pędy, a artefakt uwolnił jeszcze na moment strumień światła, który odstraszył mroczne rośliny. Zbawienny relikt minionej epoki zaczął niepokojąco się zsuwać do jakiejś głębokiej nory, na szczęście rozpędzony Alex w ostatniej chwili schwytał go resztkami sił, potykając się przy tym o wystające pnącze, i przeturlał się na zieloną łąkę. Zaraz potem okręcił się i usiadł na mokrej trawie, podpierając się z tyłu pokiereszowanymi rękami. Trzy kroki za nim, na granicy lasu, Evelynn z grobową miną zniknęła w towarzystwie ogarów w zamykającym się przez mroczne rośliny przejściu.ROZDZIAŁ 3
Krwawy Księżyc
Jak obliczyć siłę potrzebną do skruszenia muru Teziego?
To pytanie wywoływało przerażenie w umysłach młodych adeptów Szkoły Śródmieścia. Jednak nie w głowie Anastazji. Jej umysł był czysty, spokojny i lekki jak zazwyczaj. Dziewczyna już dawno temu wykonała zadanie, które nie sprawiło jej większych trudności. Czekała więc ze znudzeniem, aż reszta uczniów dokończy sprawdzian. Teraz spoglądała przez okno, obserwując, jak ziarnka piasku przemierzają klepsydrę, wbudowaną we frontową ścianę budynku nad drzwiami wejściowymi.
Potężna konstrukcja, wysoka na około pięćdziesiąt łokci, prawie w całości składała się z wytrzymałego szkła. Po przesypaniu się piasku zmieniała położenie dzięki dwóm wielkim orbitom w kolorze grafitu, ozdobionym złotymi glifami. Orbitami zaś poruszał magiczny rdzeń, który emanował niebieską poświatą przypominającą błyskawice. Dzięki niemu klepsydra działała nieprzerwanie od początku istnienia szkoły, czyli od przeszło czterystu lat, i była największą dumą tutejszych wiedzących. Stanowiła jeden z pierwszych i nielicznych odmierzaczy czasu, które jeszcze nigdy w historii nie uległy popsuciu.
Klepsydrę najlepiej było widać z okrągłego dziedzińca, wyłożonego kostką o jasnej, niemal białej barwie. Uczniowie zazwyczaj spędzali tam przerwy na marmurowych ławkach. Ściany szkoły wykonano z cegieł wypalanych z białej gliny, wydobywanej w kopalniach pod Veratz, niedaleko Miasta Postępu. Cegły z tego materiału różniły się od innych – były zadziwiająco lekkie i gładkie, ale też wytrzymałe. Dlatego w Gravadzzku większość państwowych budowli wznoszono z wykorzystaniem tego budulca.
Ogromny gmach Szkoły Śródmieścia wyglądem przypominał zamek z wieloma wieżyczkami znacznie przewyższającymi mury. Placówkę zbudowano na pagórkowatym terenie ziem Teratz, dzięki czemu budowla przypominała wzbierające fale na morzu. Południowa część szkoły zaczynała się nad jeziorem i ciągnęła się na północ, gdzie chowała się w lesie. Od głównej osi budynku przypominającej literę U wychodziło wiele mniejszych odnóg. Na wysoko osadzonych dachach znajdowały się rozmaite Opadające Ogrody, których roślinność przykrywała znaczną część murów szkoły. Były to zazwyczaj zielone pnączospady, ale w niektórych miejscach występowały także purpurowe gnicyje oraz różowe i jasnoniebieskie bluszczowijki. Najbardziej oddalone od siebie części szkoły połączono wiszącymi przeszklonymi korytarzami.
Całą konstrukcję otaczały precyzyjnie przystrzyżone trawniki, oczka wodne oraz fontanny ozdobione różnorodnymi marmurowymi rzeźbami. Dużą atrakcję stanowiły krzywo rosnące drzewa o gałęziach wyginających się w różne strony, charakterystyczne dla tutejszego klimatu. Bliżej samych murów znajdowały się boiska do gry w smoka, dziki żywopłot, w którym potrafiły zgubić się nawet najtęższe głowy, oraz różnego rodzaju pola do ćwiczenia szermierki.
Szkoła została okrzyknięta jedną z najlepszych w Gravadzzku, niektórzy twierdzili, że dorównywała szkole Atilli Glass w Wershmahcie, stolicy Gravadzzka. Jeśli wierzyć ostatnim doniesieniom, w dziedzinie nauk ścisłych nieznacznie przewyższyła już stołeczną uczelnię, jednak na kierunku wojskowym nadal pozostawała daleko w tyle.
Anastazja, czternastoletnia adeptka architektury, nie lubiła uczyć się w domu, choć miała na to czas i możliwości. Jej ojciec był wybitnym architektem, który projektował machiny wojenne, mury obronne oraz proste budynki. Matka zaś była kapłanką z powołania, odprowadzała dusze zmarłych na drugi brzeg według starych wierzeń. Mimo dobrobytu i sprzyjających warunków do uczenia się w domu czternastolatka większość nauk przyswajała w szkole, dzięki temu, że jej umysł szybko chłonął wiedzę. Podczas gdy inni uczniowie biegali po korytarzach lub zabawiali się rozmaitymi grami, ona siedziała w księgach.
Bardziej wymagające przedmioty, takie jak obszerna historia czy astronomia, zajmowały dziewczynie więcej czasu, dlatego siadała do nich także poza lekcjami, lecz robiła to zazwyczaj poza domem w dziwnych miejscach. Jak sama twierdziła, do rozwoju umysłu potrzebne były świeże powietrze i wolna przestrzeń. Zabierała więc książki ze sobą i czytała je w lasach lub na skalistych klifach. Ostatnio upodobała sobie szeroki na trzydzieści stóp czerwony dach magazynu, na którego końcu mieścił się warsztat z wielkim ceglanym kominem. Obserwowała z niego ogromne statki cumujące w porcie długim na jedną trzecią granicy miasta. Gdy przechodziła na drugą stronę dachu, mogła zobaczyć ćwiczących w kotlinie ludzi, zwanych fizycznymi, przygotowujących się do corocznych zawodów ku czci Merry, Vadeta i Sytniona. W ten sposób obywatele Miasta Postępu oddawali hołd tym trzem bóstwom w podziękowaniu za dobre plony.
Teraz jasnozielone oczy dziewczyny wpatrywały się w szybę znajdującą się na wschodniej ścianie pomieszczenia, skąd miała świetny widok na wybieg, gdzie o rok starsi adepci, głównie chłopcy, ćwiczyli jazdę konną oraz pojedynkowanie się. Zazdrościła im, nie mogła się doczekać końca lekcji, która pomału zaczynała ją nużyć. Choć lubiła przedmioty ścisłe i była w nich ponadprzeciętna, największą radość sprawiały jej zajęcia fizyczne oraz nauka znaków magii statycznej.
W tym momencie uwagę dziewczyny przykuł Jeff Tanis, syn generała Vartoza Tanisa z piątej drużyny piechoty. Chłopak był wyjątkowo wysportowany jak na swój wiek. Gravadzzcy synowie szybko stawali się silni i mężni, szczególnie gdy wybierali specjalizacje wojskowe, tak jak Jeff. Pojedynkował się właśnie z wyższym od siebie Hebrem, który wydawał się zbyt pewny siebie.
– Pst, Ana!
Obejrzała się w stronę Rivina, jednak od razu odwróciła wzrok. Zdążyła zauważyć tylko jego skomplikowany gest dłoni. W przeciwieństwie do dziewczyny Rivin nie miał talentu do nauki. Zawsze uśmiechnięty ciemnoskóry chłopak o pogodnej twarzy i krótkich rozproszonych we wszystkie strony włosach wzbudzał zaufanie i był lubiany do tego stopnia, że nauczyciele litowali się nad jego nieporadnością, dzięki czemu zawsze udawało mu się zdawać ważne egzaminy w terminie.
Anastazja szybko zaczęła kreślić liczby i dziwnie wyglądające znaki na miękkim pergaminie. Potem zmięła kartkę i spojrzała na zapatrzonego w mapy wiedzącego, który nie wydawał się zainteresowany uczniami, po czym błyskawicznym ruchem rzuciła ją koledze. Rivin złapał pomięty pergamin i najszybciej jak umiał schował go do rękawa białej koszuli. Przez chwilę nie wykonywał żadnych ruchów i obserwował zaczytanego nauczyciela. Upewnił się jeszcze, czy siedząca w pierwszej ławce Gavri Tonet nie widziała całego zajścia, gdyż na pewno poskarżyłaby się wiedzącemu.
Anastazja z powrotem wbiła wzrok w szybę. Przez chwilę trwającą niedłużej niż sekundę poczuła wściekłość na Rivina, gdyż przez niego przeoczyła moment zwycięstwa Jeffa Tanisa w pojedynku z Hebrem, który teraz trzymał się za pierś. Jeff galopował już na koniec gromady, dzierżąc piękny rogaty hełm przy boku, a długie blond włosy chłopaka rozwiewały podmuchy wiatru. Wyglądał jak jeden z żołnierzy oświeconej brygady, walczący z nieprzyjacielem w bitwie pod Wene. Ci, którzy ocaleli, nazwali to miejsce Doliną Cieni.
Wzrok dziewczyny szybko przykuła jednak sylwetka nieco szczuplejszego, ale równie atletycznie zbudowanego Flaverta Groma, nazywanego Strzałą. Flavert podniósł wzrok i w oknie ujrzał Anastazję. Następnie wyciągnął przed siebie dłoń, nakreślił w powietrzu znak, który nabrał gęstości słabego dymu, a następnie pchnął go wyżej. W powietrzu pojawiło się dymne serce, które po chwili się rozproszyło. Niewielu uczniów potrafiło stworzyć coś takiego, Flavert był naprawdę utalentowany. Anastazja momentalnie się skrzywiła. Niepotrzebnie ostatnio dała się wciągnąć w gierki chłopaka, zamiast od razu odrzucić jego zaloty. Miała na głowie naukę, a teraz jeszcze musiała wymyślić, jak pozbyć się uporczywego adoratora. Mogła zdzielić go po głowie grubą na dwa palce książką o trwającej prawie trzy miesiące wojnie na Czarnym Morzu. W tej chwili żałowała, że tego nie zrobiła.
– Hej, Ana – wyszeptał Rivin.
Dziewczyna odwróciła się raz jeszcze do kolegi, tym razem z uśmiechem, jakby w podziękowaniu za to, że odciągnął ją od wpatrywania się w okropną facjatę Flaverta Groma. Rivin znów zaczął żywo gestykulować. Anastazja zazwyczaj dobrze odczytywała jego gesty, jednak tym razem nie mogła zrozumieć, o co chodzi, rozłożyła więc ręce i uniosła brwi. Rivin otworzył już usta, żeby coś powiedzieć, kiedy usłyszał zgrzyt metalu. To była noga krzesła, na którym siedział wiedzący.
– Dobrze, odłóżcie pióra – powiedział nauczyciel nieco ochrypniętym głosem.
Niektórzy twierdzili, że szanowany przez innych wiedzący, oświecony Van Brain, przeżył już wiek, co wyjaśniałoby jego dziwne zachowania. Pochodzący ze wschodniej części gór Tanah, osiemdziesięciodziewięcioletni nauczyciel, był wysoki, szczupły, o siwych włosach i krótkim zaroście. Na charakterystycznym, długim orlim nosie spoczywały ogromne okulary, z zausznikami zahaczonymi o kanciaste uszy, przez co mężczyzna wyglądał nieco śmiesznie. Do tego ubierał się równie dziwnie i niemodnie, co Veznańczycy z Północnej Grani. Dziś miał na sobie jasnozieloną koszulę z wielkim kołnierzem, ozdobioną w jaśniejsze i ciemniejsze romby, a także brązowe spodnie oraz buty z kwadratowym noskiem. Całości dopełniał zarzucony na wierzch brązowy płaszcz, choć na zewnątrz było dosyć ciepło.
Rivin spochmurniał na widok wstającego wiedzącego. Wyprostował się i splótł palce dłoni na dębowym biurku.
– Czas minął – powtórzył wiedzący i ruszył wzdłuż ławek, zbierając pergaminy.
Ławki Rivina i Anastazji znajdowały się obok siebie, dzieliła ich tylko mała przerwa, jak zresztą między wszystkimi biurkami. Gdy tylko wiedzący przeszedł obok nich, Rivin rzucił na ławkę Anastazji zwitek papieru i od razu odwrócił wzrok. Ana szybko go schwyciła i ukryła w długich jasnoblond włosach. Wtedy wiedzący obrócił się energicznym ruchem w jej kierunku. Zmierzył ją podejrzliwym wzrokiem, a później poszedł dalej.
W międzyczasie Anastazja rozprostowała papier otrzymany od Rivina. Chłopiec narysował na nim okno oraz widoczne za nim mury z zakrzywioną strzałką.
– Przez mury? – wyszeptała Anastazja.
Rivin pokiwał głową z błyskiem w oczach i spojrzał na klepsydrę. W górnej części przyrządu pozostało niewiele piasku.
Zmęczony nauczyciel usiadł i wrzucił stertę pergaminów do swojej zaczarowanej torby, która sama się zamknęła. Ściągnął zbyt duże oprawki z nosa i przetarł oczy, czym podkreślił głębokie zmarszczki na policzkach. Potem założył z powrotem okulary i podjął:
– Pamiętajcie, aby…
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.