Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Equalibrum - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 stycznia 2026
47,99
4799 pkt
punktów Virtualo

Equalibrum - ebook

Śmierć nadciąga. Wypełznie z ciemności i zbierze żniwo.

Przed wiekami potężny nekromanta, zwany Pożeraczem Światów, zapragnął wznieść swoje imperium na ruinach krainy żywych. Pokonany i uwięziony w krypcie, czekał na dzień, gdy jego więzy osłabną… a ktoś pomoże mu powrócić i dokonać zemsty.

Wiele stuleci później Alex budzi się w ciemnym lesie, pozbawiony wspomnień, z kamieniem o tajemniczej mocy w dłoni. Zdezorientowany, wyrusza w głąb nieznanego świata, gdzie napotyka krwiożercze bestie, zaskakujące przeszkody i… niespodziewanych sojuszników. Razem z dociekliwą Anastazją próbuje odkryć prawdę o sobie oraz krainie, która wydaje się chylić ku zagładzie.

Tymczasem królestwa Equalibrum, opuszczone przez bogów, pogrążają się w intrygach politycznych i konfliktach wojennych. Świat spowijają złowrogie cienie.

Nadciąga czas chaosu i wkrótce nikt nie zazna spokoju – ani żywi, ani martwi.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-261-3
Rozmiar pliku: 1,5 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PRO­LOG

Ty­sią­ce lat te­mu, gdy bo­go­wie i lu­dzie ży­li w Pod­nieb­nych Kró­le­stwach, pierw­szy czło­wiek imie­niem Atros sprze­ci­wił się stwór­com i zbun­to­wał część ra­sy ludz­kiej prze­ciw nim. Znie­wa­że­ni bo­go­wie prze­klę­li bun­tow­ni­ków i strą­ci­li ich do wcze­śniej utwo­rzo­nych świa­tów, któ­rych nikt nie za­miesz­ki­wał: Oxe­lum, Equ­ali­brum, Mo­ros, Pa­le­xe­rum, Ha­os i Pe­gaz. Na ich cze­le sta­nę­li pół­bo­go­wie, zwa­ni Za­ło­ży­cie­la­mi lub Pierw­szy­mi, któ­rzy mie­li pil­no­wać po­rząd­ku i wy­zna­czać lu­dziom dro­gę do na­wró­ce­nia. Jed­nym z Za­ło­ży­cie­li zo­stał wy­nie­sio­ny byt Atros, któ­re­go bo­go­wie chcie­li na­uczyć po­słu­szeń­stwa. Atros mu­siał ob­ser­wo­wać po­czy­na­nia lu­dzi i ka­rać ich za prze­wi­nie­nia. To mia­ła być na­ucz­ka da­na ra­sie ludz­kiej, nim z po­wro­tem do­sta­nie po­zwo­le­nie, by za­siąść w Kom­na­tach Chwa­ły.

Bo­go­wie nie do­ce­ni­li jed­nak lu­dzi i ich umie­jęt­no­ści. W jed­nym ze świa­tów, zwa­nym Equ­ali­brum, na­stał cha­os – lu­dzie na­uczy­li się pa­no­wać nad ma­gią, któ­ra sta­no­wi­ła część tam­tej­szej zie­mi. W pierw­szej erze naj­po­tęż­niej­szy z ży­ją­cych wte­dy lu­dzi – ne­kro­man­ta, któ­re­mu nada­no przy­do­mek Po­że­racz Świa­tów – otu­lił mgłą ca­łe Equ­ali­brum tak, że na­wet bo­go­wie nie mo­gli uj­rzeć, co się w nim dzie­je. Po­że­racz za­czął prze­miesz­czać się mię­dzy świa­ta­mi i bu­do­wać swo­je im­pe­rium. Wów­czas bo­go­wie wy­sła­li Atro­sa, naj­po­tęż­niej­sze­go z pół­bo­gów, by po­zbył się za­gro­że­nia i przy­niósł du­szę Po­że­ra­cza do Kom­nat Chwa­ły, gdzie cze­kał go sąd.

Nie­ste­ty Atros nie po­ra­dził so­bie z prze­ciw­ni­kiem. Pod­czas ich star­cia ne­kro­man­ta oka­zał się zbyt po­tęż­ny. Po­ko­na­ny Atros uciekł i pró­bo­wał skryć się przed bo­ga­mi, oba­wia­jąc się ich gnie­wu. Bo­go­wie jed­nak go od­na­leź­li i po­sta­wi­li przed są­dem w Pod­nieb­nych Kró­le­stwach. Gdy Atros opo­wie­dział, co się wy­da­rzy­ło i jak prze­grał wal­kę z Po­że­ra­czem, wście­kli bo­go­wie zde­gra­do­wa­li go i wy­sła­li do Pie­kiel­nej Stre­fy X, od­bie­ra­jąc mu tym sa­mym bo­ską chwa­łę. Za­czę­li oba­wiać się Po­że­ra­cza, wier­ci­li się nie­spo­koj­nie na zło­tych tro­nach i wy­glą­da­li zza osło­ny nie­bios w kie­run­ku pla­net, któ­re stwo­rzy­li. Na­ra­dza­li się w Kom­na­tach Chwa­ły, ob­my­śla­jąc zstą­pie­nie na zie­mię, i dzi­wi­li się przy tym, jak zwy­kły czło­wiek mógł stać się aż tak wszech­moc­ny. W mię­dzy­cza­sie Po­że­racz Świa­tów znik­nął, a mgła opa­dła, roz­pusz­cza­jąc się w ga­lak­ty­ce. Świat Equ­ali­brum za­czął bu­do­wać się na no­wo.

Po pew­nym cza­sie oka­za­ło się, że ne­kro­man­ta zo­stał uwię­zio­ny w sta­ro­żyt­nej kryp­cie przez in­ne­go czło­wie­ka. Do­ko­nał on te­go, cze­go nie mógł zro­bić Za­ło­ży­ciel – za­koń­czył dzia­ła­nia Po­że­ra­cza. Bo­go­wie od­na­leź­li te­go czło­wie­ka i we­zwa­li go do Pod­nieb­nych Kró­lestw, by przed ni­mi sta­nął. Za­pro­po­no­wa­li mu za­szczyt spra­wo­wa­nia pro­tek­to­ra­tu nad świa­tem i moż­li­wość wy­nie­sie­nia do ran­gi pół­bo­ga, lecz sto­ją­cy w Kom­na­tach Chwa­ły czło­wiek od­mó­wił im i po­wró­cił na zie­mię, gdzie ży­je po dziś dzień. Był to ko­lej­ny raz, gdy przed­sta­wi­ciel ra­sy ludz­kiej oka­zał brak sza­cun­ku bo­gom, mi­mo to po­zwo­li­li mu wró­cić do Equ­ali­brum, wy­łącz­nie ze wzglę­du na je­go za­słu­gi.

Nie wie­dzie­li jed­nak, że przed uwię­zie­niem Po­że­racz za­po­wie­dział, że po­wró­ci jesz­cze sil­niej­szy, wte­dy sa­mi bo­go­wie za­drżą w po­sa­dach, a z nie­bios po­pły­ną łzy po­wo­do­wa­ne pa­ra­no­icz­nym stra­chem.ROZ­DZIAŁ 1

Upa­dły Las

Po­wie­trze się za­ła­ma­ło, two­rząc okrąg w tur­ku­so­wym ko­lo­rze kil­ka stóp nad zie­mią. Dziw­nie za­cho­wu­ją­cy się por­tal, nie­znacz­nie prze­miesz­cza­ją­cy się w po­wie­trzu, wy­pluł z sie­bie chłop­ca, któ­ry opadł na pod­ło­że cał­kiem na­gi. Po­wie­trze znów się za­ła­ma­ło, a por­tal znik­nął, jak­by zo­stał wcią­gnię­ty przez in­ny świat lub nie­wi­dzial­ne­go po­two­ra. Chło­pak ock­nął się po chwi­li na mo­krej zie­mi, dłu­gie kru­czo­czar­ne wło­sy le­pi­ły mu się do czo­ła. By­ło ciem­no, więc gdy otwo­rzył oczy, w świe­tle księ­ży­ca zo­ba­czył tyl­ko ko­ły­szą­ce się ko­ro­ny drzew. W jed­nej dło­ni chłop­ca spo­czy­wał pła­ski ka­mień o ciem­nej bar­wie i kształ­cie przy­po­mi­na­ją­cym ośmio­kąt, a w dru­giej – nie­wiel­ka la­tar­ka. Chło­piec pod­niósł się ocię­ża­le i ro­zej­rzał po le­sie. Nie pa­mię­tał, jak się tu­taj zna­lazł, po­sta­no­wił więc ru­szyć przed sie­bie. Gdy tak szedł, zmar­z­nię­ty, prze­stra­szo­ny i zmę­czo­ny, za­czął sły­szeć gło­sy. Po­tem wy­da­wa­ło mu się, że ktoś za nim idzie, rzu­cił się więc bie­giem w po­szu­ki­wa­niu schro­nie­nia.

Bie­gnąc przez las, nie miał na ty­le od­wa­gi, aby obej­rzeć się za sie­bie. Czuł się co­raz bar­dziej zmę­czo­ny, a nie­ustan­ne gło­sy, któ­re sły­szał w gło­wie, nie da­wa­ły mu spo­ko­ju. Coś al­bo ktoś na­wo­ły­wa­ło go, aby się za­trzy­mał, lecz on, na prze­kór tym gło­som, przy­spie­szał za każ­dym ra­zem, gdy je sły­szał. Ale czy by­ły one praw­dzi­we?

Omi­ja­jąc gę­sto ro­sną­ce drze­wa, ucie­kał przed czymś, lecz sam nie wie­dział przed czym. Biegł już dość dłu­go, trud­no by­ło mu okre­ślić mi­ja­ją­cy czas. Dzie­sięć, pięt­na­ście mi­nut… a mo­że czter­dzie­ści, mo­że go­dzi­nę. Pro­mień la­tar­ki spły­wał po drze­wach w po­szu­ki­wa­niu ostat­niej de­ski ra­tun­ku, lecz był bar­dzo sła­by, jak­by ba­te­ria mia­ła się za­raz wy­czer­pać. Jak na iro­nię – aku­rat dzi­siaj.

W koń­cu chło­piec ze­brał w so­bie wy­star­cza­ją­co du­żo od­wa­gi, aby spoj­rzeć za sie­bie, a przy­naj­mniej tak mu się wy­da­wa­ło. Nie za­trzy­mu­jąc się, od­wró­cił gło­wę, jed­nak wte­dy usły­szał głos. W tym mo­men­cie po­tknął się o wy­sta­ją­cy ko­rzeń po­tęż­ne­go drze­wa. Szyb­kim ru­chem pod­niósł się z błot­ni­stej ka­łu­ży, otarł twarz i po zła­pa­niu rów­no­wa­gi za­czął biec da­lej. Pod­czas upad­ku zgu­bił la­tar­kę, ale nie miał naj­mniej­sze­go za­mia­ru po nią wra­cać. Ta noc by­ła zim­na i bar­dzo ja­sna ze wzglę­du na peł­nię. Deszcz mu­siał pa­dać nie­ustan­nie przez kil­ka dni, po­nie­waż bo­se sto­py co­raz bar­dziej za­pa­da­ły się w bło­cie, któ­re­go ca­ły czas przy­by­wa­ło.

Na­gle w od­da­li chło­pak do­strzegł rze­kę, któ­rej nurt wy­glą­dał na dość rwą­cy. Po­my­ślał, że po dru­giej stro­nie mógł­by być bez­piecz­ny, więc gdy tyl­ko zbli­żył się do brze­gu, bez wa­ha­nia wsko­czył do rze­ki, wy­biw­szy się z wiel­kie­go gła­zu. Od ra­zu od­czuł prze­szy­wa­ją­ce zim­no; wo­da by­ła lo­do­wa­ta. Przez mo­ment za­sta­na­wiał się, czy nie za­wró­cić, ale po­dmuch mro­ku na kar­ku wy­da­wał mu się zbyt strasz­ny, by tak ła­two się pod­dać. Chciał uciec, od­po­cząć, za­znać spo­ko­ju przy­naj­mniej przez chwi­lę. Ze­brał się więc w so­bie, a strasz­ne gło­sy mo­ty­wo­wa­ły go do prze­mie­rza­nia rze­ki.

Pły­nął dość dłu­go. Ko­ry­to oka­za­ło się o wie­le szer­sze, niż to so­bie wy­obra­żał. Był już wy­czer­pa­ny, ale po­wo­li zbli­żał się do dru­gie­go brze­gu, aż w koń­cu po­czuł dno. Wów­czas za­czął iść, wy­ma­chu­jąc ner­wo­wo rę­ka­mi i roz­chla­pu­jąc wo­dę na wszyst­kie stro­ny. Sar­ny, któ­re nie­opo­dal pi­ły wo­dę, ucie­kły w po­pło­chu. Nie prze­stra­szy­ły się jed­nak sa­me­go chłop­ca, tak jak my­ślał, tyl­ko zo­ba­czy­ły coś za nim, w od­da­li… ob­rys cze­goś po­tęż­ne­go. Cho­wa­ło się w mro­ku, jak­by cze­ka­ło na od­po­wied­ni mo­ment do ata­ku, a mo­że ce­lo­wo naj­pierw stra­szy­ło swo­ją ofia­rę, ba­wiąc się nią przed nie­unik­nio­ną śmier­cią.

Chło­piec wciąż nie oglą­dał się za sie­bie. Gdy wo­da zna­la­zła się na po­zio­me je­go ko­lan, opadł na nie z wy­czer­pa­nia, a póź­niej prze­wró­cił się, aż cał­kiem go przy­kry­ła. Gło­sy w wo­dzie by­ły cich­sze, ale wy­raź­niej­sze i strasz­niej­sze. Za­nim się wy­nu­rzył, usły­szał jesz­cze coś dziw­ne­go. Na pew­no nie pod­su­nę­ła mu te­go wy­obraź­nia.

– Wi­taj w Equ­ali­brum, Alex.

Prze­ra­żo­ny chło­pak do­czoł­gał się do brze­gu, prze­krę­cił na ple­cy, po czym stra­cił przy­tom­ność. Ock­nął się do­pie­ro po chwi­li. Las wy­da­wał się in­ny. Gło­sy cał­kiem uci­chły, a Alex, wi­dząc, że za­gro­że­nie mi­nę­ło, z tru­dem po­pa­trzył w stro­nę, o któ­rej jesz­cze kil­ka chwil te­mu chciał za­po­mnieć. Ni­cze­go jed­nak tam nie do­strzegł, żad­ne­go mon­strum czy czło­wie­ka. Ni­ko­go – tyl­ko ciem­ność, pust­ka. Ode­tchnąw­szy nie­co, wstał z tru­dem, wszak czuł głód i zmę­cze­nie, a je­go wą­tłe, zmar­z­nię­te cia­ło nie by­ło przy­zwy­cza­jo­ne do ta­kich wy­praw. Ro­zej­rzał się jesz­cze raz, gdyż chciał mieć pew­ność, że nic mu nie gro­zi. Noc by­ła bo­wiem strasz­na, a las za­pew­ne skry­wał wię­cej nie­bez­pie­czeństw; nie­ostroż­ni prze­chod­nie lub po­szu­ki­wa­cze przy­gód mo­gli­by tu mar­nie skoń­czyć.

W tym mo­men­cie za­uwa­żył, że zgu­bił ka­mień, któ­ry miał przy so­bie wcze­śniej. Gdy pły­ną­łem, trzy­ma­łem go jesz­cze w rę­ce – przy­po­mniał so­bie. Ner­wo­wo ru­szył da­lej. Kie­dy stą­pał, ra­nił swo­je bo­se sto­py na nie­wdzięcz­nym pod­ło­żu, a róż­ne­go ro­dza­ju ro­śli­ny ob­cie­ra­ły mu łyd­ki, zo­sta­wia­jąc na nich krwa­we ry­sy. Na­gle Alex do­strzegł tur­ku­so­wą po­świa­tę na ko­na­rze zła­ma­ne­go przez bu­rzę drze­wa. Pod­szedł bli­żej i zo­ba­czył ka­mień. Gdy tyl­ko go do­tknął, blask znik­nął. Dziw­ne – po­my­ślał chło­piec, ale ucie­szył się, że od­zy­skał zgu­bę, któ­ra nie wie­dzieć cze­mu by­ła dla nie­go waż­na. Jesz­cze dziw­niej­sze by­ło to, jak ka­mień zna­lazł się po dru­giej stro­nie rze­ki.

Cał­kiem prze­mo­czo­ny i zzięb­nię­ty, ru­szył da­lej w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś miej­sca do prze­no­co­wa­nia i od­po­czyn­ku. Błą­kał się mię­dzy po­tęż­ny­mi drze­wa­mi, co chwi­lę od­kry­wa­jąc no­we, nie­koń­czą­ce się ścież­ki. Eks­plo­ru­jąc jed­ną z nich, na­po­tkał na­wet ka­mien­ne krę­gi, przy­po­mi­na­ją­ce miej­sca kul­tu. Peł­ne ży­cia ro­śli­ny by­ły tu bar­dziej ży­wio­ło­we niż w zwy­kłych la­sach, lecz Alex sta­rał się o tym nie my­śleć. Za­ro­śla wy­da­wa­ły się ca­ły czas ro­snąć, a nie­któ­re po­ra­sta­ją­ce je grzy­by i mchy świe­ci­ły sła­bym lub mie­ni­ły się moc­niej­szym ja­sno­zie­lo­nym pig­men­tem. Z każ­dym kro­kiem ro­ślin­ność sta­wa­ła się co­raz gęst­sza, jak­by chcia­ła wchło­nąć chłop­ca do wła­snych trze­wi. Prze­py­cha­ją­ce się wy­so­ko nad zie­mią ko­ro­ny drzew nie prze­pusz­cza­ły pra­wie żad­ne­go świa­tła, a moc­no świe­cą­cy księ­życ w peł­ni nie od­wa­żył się zaj­rzeć w głąb la­su. Ten zaś, jak­by nie­spo­koj­ny, co chwi­lę zo­sta­wiał na cie­le chłop­ca co­raz to now­sze otar­cia, pie­ką­ce za­dra­pa­nia i si­nia­ki, któ­re nie­dłu­go mia­ły dać o so­bie znać. Ska­le­cze­nia czy drob­ne prze­cię­cia uwal­nia­ły ry­sy krwi.

W koń­cu, po dłu­gich po­szu­ki­wa­niach, Alex do­strzegł w od­da­li ża­rzą­ce się świa­tło, praw­do­po­dob­nie by­ła to lam­pa umiesz­czo­na na jed­nej ze ścian ja­kie­goś bu­dyn­ku. Zro­bił krok do przo­du, a wte­dy po­czuł na bar­ku lek­ki do­tyk dło­ni. Dał­by so­bie gło­wę uciąć, że to ko­ści­ste pal­ce ja­kie­goś umar­la­ka, ale nie miał za­mia­ru te­go spraw­dzać. Na­tych­miast rzu­cił się do uciecz­ki. Mi­ga­ją­ce świa­tło wy­da­wa­ło się znaj­do­wać cał­kiem bli­sko, wy­star­czy­ło tyl­ko omi­nąć kil­ka drzew i prze­sko­czyć dzi­ki ży­wo­płot.

Dro­ga cią­gnę­ła się jed­nak Ale­xo­wi w nie­skoń­czo­ność, uczu­cie go­nią­cej go śmier­ci na­peł­nia­ło i pa­ra­li­żo­wa­ło ca­łe cia­ło. Prze­la­tu­ją­ce obok czar­ne smu­gi zjaw, czy mo­że de­mo­nów, nie­mal ode­bra­ły chłop­cu ro­zum. Czy one są praw­dzi­we? – wciąż za­da­wał so­bie to py­ta­nie. Ostry smród roz­kła­da­ją­ce­go się mię­sa był nie do wy­trzy­ma­nia, za­krył więc dło­nią po­draż­nio­ny nos i prze­sko­czył przez upra­gnio­ny ży­wo­płot, któ­ry znacz­nie otarł je­go cia­ło.

Opa­ry de­mo­nicz­ne­go la­su za­czę­ły dzia­łać; Ale­xo­wi za­krę­ci­ło się w gło­wie, upadł i zwy­mio­to­wał. Gdy pod­no­sił się na ko­la­na, do­padł go atak kasz­lu, oczy za­czę­ły łza­wić, a ból pod czasz­ką stop­nio­wo na­ra­stał. Oszo­ło­mio­ny ob­ró­cił się, jed­ną dło­nią do­ty­ka­jąc roz­pa­lo­ne­go czo­ła, a dru­gą pod­pie­ra­jąc się o zim­ne, mo­kre pod­ło­że. W jed­nej rę­ce ca­ły czas trzy­mał ka­mień, któ­re­go strzegł, by nie zgu­bić go ko­lej­ny raz. Tuż za so­bą zo­ba­czył prze­ni­ka­ją­cą przez ży­wo­płot po­stać, lecz nie mógł się jej do­kład­nie przyj­rzeć. Za­la­ne łza­mi, po­draż­nio­ne oczy uj­rza­ły je­dy­nie roz­ma­za­ną czar­ną mgłę, wpa­tru­ją­cą się w nie­go dwoj­giem pa­lą­cych się czer­wo­nych śle­piów. Zja­wa wy­cią­gnę­ła ku chłop­cu rę­kę. Alex wzdry­gnął się, szyb­ko prze­tarł swę­dzą­ce oczy i na czwo­ra­ka prze­mie­rzył po­zo­sta­łą dro­gę do bu­dyn­ku, na­stęp­nie po­cią­gnął za srebr­ną okrą­głą klam­kę.

Drzwi otwo­rzy­ły się bez­gło­śnie, a ja­sne świa­tło wy­do­sta­ją­ce się z wnę­trza od­stra­szy­ło po­two­ra. Alex pod­cią­gnął się ocię­ża­le na klam­ce, po czym ner­wo­wo za­ry­glo­wał wej­ście od środ­ka za po­mo­cą gru­bej bel­ki, dla pew­no­ści za­piął jesz­cze łań­cuch. Gło­śno dy­sząc, spły­nął po drzwiach na drew­nia­ny par­kiet. Po obu stro­nach wej­ścia znaj­do­wa­ły się smu­kłe okna w kształ­cie mig­da­łów z ko­lo­ro­wy­mi wi­tra­ża­mi. Alex z lę­kiem po­pa­trzył na jed­no z nich i od­pro­wa­dził wzro­kiem prze­la­tu­ją­cą czar­ną smu­gę. Gdy zja­wa od­le­cia­ła, prze­stra­szo­ny chło­pak po­now­nie prze­tarł oczy i za­czął chu­chać na zmar­z­nię­te dło­nie, któ­rych pra­wie nie czuł. Wciąż opie­ra­jąc się o ciem­ne dę­bo­we drzwi, uniósł gło­wę, by ro­zej­rzeć się po wnę­trzu chat­ki.

Na wprost je­go tur­ku­so­we­go spoj­rze­nia zni­kąd wy­ro­sły dwie pio­no­we źre­ni­ce oto­czo­ne żół­ty­mi tę­czów­ka­mi. Na­le­ża­ły one do smu­kłe­go czar­ne­go ko­ta, któ­ry sie­dział na sto­le i od sa­me­go po­cząt­ku ob­ser­wo­wał Ale­xa. Spo­koj­ny fu­trzak jesz­cze przez chwi­lę mie­rzył go wzro­kiem, a po­tem ze­sko­czył na par­kiet i udał się do po­ko­ju z uchy­lo­ny­mi drzwia­mi.

Wnę­trze, w któ­rym zna­lazł się chło­pak, by­ło ja­sno oświe­tlo­ne przez do­syć spo­ry ży­ran­dol wi­szą­cy na moc­nym sta­lo­wym łań­cu­chu, z so­lid­ny­mi czar­ny­mi ogni­wa­mi. Na okrą­głej me­ta­lo­wej kon­struk­cji rów­niut­ko po­usta­wia­no świecz­ki, te­raz mniej wię­cej w po­ło­wie wy­pa­lo­ne. Każ­da bez wy­jąt­ku się pa­li­ła, nie prze­ry­wa­jąc ide­al­ne­go krę­gu. Pod ży­ran­do­lem dum­nie stał wiel­ki stół, tak pro­sty, że bez pro­ble­mów mógł­by zo­stać wy­ko­na­ny przez każ­de­go mniej lub bar­dziej do­świad­czo­ne­go sto­la­rza. Część bla­tu zaj­mo­wa­ły ko­rze­nie: bia­łe, bor­do­we oraz brą­zo­we, nie­któ­re ubru­dzo­ne zie­mią, jak­by świe­żo wy­rwa­no je z grząd­ki. Obok na drew­nia­nej de­sce dłu­gi nóż cze­kał na po­wrót mi­strza, zaś w klep­sy­drze sto­ją­cej na kra­wę­dzi sto­łu już pra­wie wszyst­kie ziarn­ka pia­sku prze­mie­rzy­ły wą­ski szkla­ny ko­ry­tarz.

Na koń­cu po­miesz­cze­nia, obok uchy­lo­nych drzwi, wi­sia­ły pół­ki ze sło­ika­mi z róż­no­ra­ką za­war­to­ścią. W nie­któ­rych znaj­do­wa­ły się su­szo­ne list­ki kwia­tów i in­nych ro­ślin. Jed­na pół­ka by­ła spe­cjal­nie za­re­zer­wo­wa­na dla ma­łych isto­tek – w szkla­nych po­jem­ni­kach za­mknię­to śli­ma­ki, pi­jaw­ki, mo­ty­le i in­ne ma­łe stwo­rze­nia, a tak­że szczu­ry i wę­że. Znacz­ną część znaj­du­ją­ce­go się obok re­ga­łu zaj­mo­wa­ły bu­tel­ki od­bi­ja­ją­ce świa­tło świec, wy­peł­nio­ne moc­nym sa­mo­go­nem oraz róż­no­rod­ny­mi wi­na­mi. Z nie­do­mknię­tych szu­flad wy­sta­wa­ły glo­ny i wo­do­ro­sty, a wszech­obec­ne zio­ła i przy­pra­wy po­za­sta­wia­ły cie­ka­wy, moc­ny za­pach.

Pod pół­ka­mi na bia­łych ka­fel­kach wi­sia­ły no­że, łyż­ki, sier­py, me­ta­lo­we garn­ki, ta­le­rze, a jesz­cze ni­żej nad pa­lą­cym się drew­nem bul­go­tał ko­cio­łek z po­ma­rań­czo­wą za­war­to­ścią o cud­nym za­pa­chu. Po le­wej stro­nie po­miesz­cze­nia mie­ści­ło się jesz­cze jed­no okno, rów­nież w kształ­cie mig­da­ła, ale du­żo mniej­sze od po­zo­sta­łych. Ze ścia­ny pod nim wy­cho­dził mar­mu­ro­wy pa­ra­pet przy­ozdo­bio­ny pięk­ny­mi kwia­ta­mi o ży­wych ko­lo­rach: czer­wo­nym i nie­bie­skim. Po dru­giej stro­nie uchy­lo­nych drzwi znaj­do­wał się wy­so­ki re­gał z nie­zli­czo­ną licz­bą ksią­żek. Do­dat­ko­wo na wy­cią­gnię­cie le­wej rę­ki chłop­ca sta­ła drew­nia­na ba­lia z pa­ru­ją­cą go­rą­cą wo­dą.

Alex po­pra­wił się w nie­wy­god­nej po­zy­cji i za­czął przy­glą­dać się ka­mie­nio­wi, któ­ry trzy­mał na wy­cią­gnię­tej zim­nej dło­ni. Jed­na stro­na przez chwi­lę za­świe­ci­ła się mor­ską po­świa­tą. Przy jed­nej z kra­wę­dzi ka­mie­nia zdzi­wio­ny czter­na­sto­la­tek do­strzegł wy­gra­we­ro­wa­ne sło­wa: Azen­trion var­ten ma­hel­l­nort, przy dru­giej kra­wę­dzi zaś lśnią­cy, ale już do­go­ry­wa­ją­cy mor­ski na­pis: Wła­sność Ja­co­ba Ra­ve­na.

Alex za­marł. Te­raz miał już pew­ność, że wcze­śniej­sze wy­da­rze­nia w le­sie by­ły praw­dzi­we, wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że be­stia też. Do­pa­dła go pod wo­dą i zo­sta­wi­ła po so­bie pa­miąt­kę, ale dla­cze­go nie za­bi­ła go od ra­zu? Mo­że jest jej po­trzeb­ny, a mo­że ko­muś in­ne­mu? Mo­że tyl­ko go na­zna­czy­ła, a w przy­szło­ści przyj­dzie po nie­go jak po sta­rą za­baw­kę? Chło­pak nie miał już si­ły o tym my­śleć.

Gdy ostat­nie zia­ren­ko pia­sku prze­mie­rzy­ło klep­sy­drę, zza uchy­lo­nych drzwi do po­ko­ju we­szła pięk­na doj­rza­ła ko­bie­ta z dłu­gi­mi, czar­ny­mi, fa­lo­wa­ny­mi wło­sa­mi. W jej na­szyj­ni­ku spo­czy­wał wiel­ki ru­bin, a na pal­cach z wy­sta­ją­cy­mi czar­ny­mi pa­znok­cia­mi w kształ­cie mig­da­łów tkwi­ły lśnią­ce pier­ścion­ki. Nie­zna­jo­ma mia­ła na so­bie śnież­no­bia­łą ko­szu­lę z za du­ży­mi, wręcz na­pom­po­wa­ny­mi rę­ka­wa­mi, któ­re wy­jąt­ko­wo jej pa­so­wa­ły. Czar­ne spodnie opi­na­ły dłu­gie smu­kłe no­gi, a sto­py nie­znacz­nie cho­wa­ły się w ni­skich bu­tach na szpi­cza­stych ko­tur­nach. Ko­bie­ta prze­krę­ci­ła klep­sy­drę, a piw­ne oczy skie­ro­wa­ła na chłop­ca. Alex na­tych­miast wstał, pró­bu­jąc coś po­wie­dzieć, lecz pięk­na nie­zna­jo­ma go ubie­gła.

– A cóż ci się przy­da­rzy­ło, ko­cha­niut­ki? – spy­ta­ła, nie ocze­ku­jąc na od­po­wiedź. Po­de­szła i ła­god­nie do­tknę­ła po­licz­ka chłop­ca cie­płą dło­nią, dłu­gie szczu­płe pal­ce po­wo­li i czu­le prze­mie­rza­ły de­li­kat­ną skó­rę. Na twa­rzy ko­bie­ty po­ja­wi­ło się współ­czu­cie. Po chwi­li jed­nak ob­ró­ci­ła się na pię­cie i od­su­nę­ła krze­sło.

– Ja… – Alex po­now­nie pró­bo­wał coś wy­krztu­sić, przy­sła­nia­jąc kro­cze dłoń­mi.

– Sia­daj! – prze­rwa­ła mu gwał­tow­nie. – Na pew­no je­steś głod­ny, więc… A nie, chwi­lecz­kę, za­cze­kaj, naj­pierw ką­piel, je­steś brud­ny i zmar­z­nię­ty. – Uśmiech­nę­ła się sym­pa­tycz­nie, po czym wska­za­ła na ba­lię, gdzie go­rą­ca, spie­nio­na wo­da już cze­ka­ła. Gdy ko­bie­ta pa­trzy­ła na chło­pa­ka, przy­gry­za­ła pa­lec.

Alex ob­ser­wo­wał ba­daw­czo ko­bie­tę, nie pa­ła­jąc do niej za­ufa­niem. Czar­no­wło­sa mu­sia­ła to wy­czuć, po­nie­waż rzu­ci­ła, jak­by chcąc do­dać mu pew­no­ści:

– Bie­dac­two. Nie bój się, czuj się jak u sie­bie. Nie je­steś pierw­szym za­gu­bio­nym w tym le­sie czło­wie­kiem. – Za­chi­cho­ta­ła, przy­glą­da­jąc się na­gie­mu chłop­cu. – Pój­dę po czy­ste ubra­nia, a ty w tym cza­sie wska­kuj do cie­płej wo­dy. Two­ja mło­da, de­li­kat­na skó­ra po­trze­bu­je te­go – do­da­ła za­do­wo­lo­na, a po­tem za­czę­ła nu­cić pod no­sem dziw­ną me­lo­dię.

Alex nie­pew­nie od­pro­wa­dził ko­bie­tę wzro­kiem, gdy ta wy­cho­dzi­ła z głów­ne­go po­miesz­cze­nia. Na­stęp­nie pod­szedł do ba­lii i odło­żył za nią ka­mień, tak aby nie był wi­docz­ny. Zwil­żył dło­nie w wo­dzie i prze­tarł twarz. Dłu­go nie mu­siał się za­sta­na­wiać – cie­pła ką­piel prze­ko­na­ła go do sie­bie. Spoj­rzał jesz­cze raz w kie­run­ku uchy­lo­nych drzwi, po czym wszedł do wan­ny.

Ko­bie­ta ob­ser­wo­wa­ła go, scho­wa­na w mro­ku za uchy­lo­ny­mi drzwia­mi, przy­gry­za­jąc przy tym ko­niusz­ki pal­ców. Gdy chło­pak le­żał już pod war­stwą pie­nią­cej się wo­dy, od­cze­ka­ła chwi­lę i we­szła do po­ko­ju. Usia­dła nie­da­le­ko nie­go, zno­wu nu­cąc tę sa­mą me­lo­dię.

Spoj­rze­nia Ale­xa i ko­bie­ty się prze­cię­ły i przez ja­kiś czas obo­je wpa­try­wa­li się w sie­bie.

– Je­stem Eve­lynn. Tu masz świe­że ubra­nia. Mo­gą być tro­chę za du­że, są po bra­cie – po­wie­dzia­ła czar­no­wło­sa i wsta­ła z krze­sła, po­zo­sta­wia­jąc na nim odzie­nie, któ­re sta­no­wi­ły czar­ne spodnie, bia­ła ko­szu­la i ja­kieś ob­dar­te brą­zo­we bu­ty na ko­tur­nie, się­ga­ją­ce za kost­kę.

– Gdzie on te­raz jest? – spy­tał bez­wied­nie, kar­cąc się za to w my­ślach.

– Nie ży­je! – wark­nę­ła sta­now­czo, gło­śno ude­rza­jąc ostrym ta­sa­kiem i prze­ci­na­jąc na pół bor­do­wy ko­rzeń, resz­tę wa­rzy­wa za­czę­ła sie­kać na drob­ne ka­wał­ki. – Prze­pra­szam, je­stem wraż­li­wa, nie przej­muj się tym. A jak ty masz na imię, je­śli moż­na wie­dzieć?

– Prze­pra­szam, przy­kro mi… Nie wie­dzia­łem… Ja… je­stem Alex.

– Ład­nie. To po­wiesz mi te­raz, gdzie się tak po­ha­ra­ta­łeś? – spy­ta­ła, zno­wu się uśmie­cha­jąc.

– Zgu­bi­łem się i ca­łą noc prze­mie­rza­łem las w po­szu­ki­wa­niu schro­nie­nia. – Nie chciał mó­wić wię­cej. Po­my­ślał, że je­śli opo­wie o go­nią­cych go mon­strach, ko­bie­ta weź­mie go za sza­leń­ca. Po­za tym od sa­me­go po­cząt­ku wy­da­wa­ła mu się dziw­na, więc nie chciał jej się zwie­rzać. Wpa­tru­jąc się w nie­zna­jo­mą, pró­bo­wał bez­sku­tecz­nie wy­czy­tać z jej twa­rzy, czy mu uwie­rzy­ła.

– Wy­bra­łeś chy­ba naj­gor­sze miej­sce, że­by się zgu­bić. Wszę­dzie wko­ło ro­sną tru­ją­ce grzy­by, od któ­rych moż­na do­stać ha­lu­cy­na­cji. Po tym le­sie trze­ba umieć się po­ru­szać – stwier­dzi­ła Eve­lynn, a na­stęp­nie wy­szła z po­ko­ju ener­gicz­nym kro­kiem, co zdzi­wi­ło Ale­xa.

Alex za­czął się za­sta­na­wiać, czy wi­dzia­ne przez nie­go zja­wy by­ły wy­ni­kiem dzia­ła­nia tru­ją­cych grzy­bów, ale po chwi­li przy­po­mniał so­bie, że prze­cież za ba­lią le­ży ka­mień, któ­ry… Przy­po­mniał so­bie, jak go do­tknął, nim zna­lazł się w le­sie i stra­cił przy­tom­ność. Jak po po­ko­na­niu dłu­gich scho­dów zna­lazł się w kom­na­cie, gdzie za­uwa­żył ka­mień na bia­łym po­stu­men­cie. Jak pod­szedł do nie­go i go do­tknął. Pa­mię­tał, że po­czuł je­go chłod­ne kra­wę­dzie, a po­tem ka­mień za­bły­snął tur­ku­so­wą po­świa­tą roz­świe­tla­ją­cą ciem­ną kom­na­tę. Póź­niej obu­dził się w le­sie na­gi i wy­czer­pa­ny. Nie pa­mię­tał, kie­dy to się sta­ło, jak daw­no te­mu. Te­raz, gdy sie­dział w cie­płej wo­dzie, pró­bo­wał przy­po­mnieć so­bie coś jesz­cze, ale nie zdo­łał. Znów po­my­ślał o ka­mie­niu i obej­rzał się za sie­bie, by zo­ba­czyć, czy wciąż jest ukry­ty za wan­ną. Le­żał tam, zim­ny, zga­szo­ny. Nic mi się nie przy­wi­dzia­ło – po­my­ślał Alex.

Eve­lynn po­now­nie we­szła do po­ko­ju, po­pa­trzy­ła na chło­pa­ka, po­pra­wi­ła wło­sy i wrzu­ci­ła do wy­wa­ru drob­ne ko­rze­nie.

– Za­tem miesz­kasz tu sa­ma? – spy­tał Alex, szo­ru­jąc brud­ną łyd­kę.

– Nie­zu­peł­nie, mam psy i ko­ty, ale już nie­dłu­go… – Uśmiech­nę­ła się. – To strasz­na dziu­ra, praw­da? – do­da­ła. – Po śmier­ci bra­ta mu­sia­łam za­jąć się spad­kiem, obec­nie szu­kam na­byw­cy, ale dom w ta­kim miej­scu… Ech, to bę­dzie nie­zmier­nie trud­ne.

– Bar­dzo tu przy­tul­nie – stwier­dził chło­pak, roz­glą­da­jąc się po wnę­trzu. – Co to za oko­li­ca, masz ja­kichś są­sia­dów?

– Nie­ste­ty nie, brat ko­chał na­tu­rę i spo­kój. Dla­te­go za­miesz­kał nie­mal­że w środ­ku la­su.

– Ro­zu­miem.

– Nie­któ­rzy lu­dzie sie­ją plot­ki, że ten dom jest na­wie­dzo­ny.

– Na­wie­dzo­ny?

– A tak, po wsiach nie­da­le­ko la­su krą­ży prze­ko­na­nie, że Uza­el, mój brat, zo­stał tu za­mor­do­wa­ny i od tam­tej po­ry dom jest prze­klę­ty, dasz wia­rę? Więk­szość na­wet uwa­ża, że ca­ły las jest prze­klę­ty. Ech, lu­dzie to ma­ją wy­obraź­nię. – Po­krę­ci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą.

Po chwi­li ko­bie­ta i chło­piec usły­sze­li ude­rze­nie do drzwi wej­ścio­wych. Alex ob­ró­cił się ner­wo­wo, a ser­ce za­bi­ło mu moc­niej. Eve­lynn wsta­ła. Prze­mie­rzy­ła po­kój, stu­ka­jąc mia­ro­wo ko­tur­na­mi, wyj­rza­ła przez okno, na­stęp­nie po­de­szła do drzwi.

– Nie­źle to po­za­my­ka­łeś, he, he – po­wie­dzia­ła, zdej­mu­jąc za­bez­pie­cze­nia, a po­tem uchy­li­ła drzwi.

Nie­spo­koj­ny Alex prze­łknął śli­nę, ob­ser­wu­jąc ner­wo­wo po­czy­na­nia ko­bie­ty.

– Ach, to ty, De­mon – rzu­ci­ła ze śmie­chem, po czym otwo­rzy­ła ma­łą kla­pę w pod­ło­dze. Uklęk­nę­ła i po­chy­li­ła się nad ko­mór­ką, eks­po­nu­jąc kształt­ne pier­si wy­cho­dzą­ce z roz­pię­tej na trzy gu­zi­ki ko­szu­li.

Alex nie wi­dział, co znaj­du­je się za drzwia­mi, sły­szał je­dy­nie ci­che sa­pa­nie i wi­dział, jak do cie­płe­go wnę­trza prze­do­sta­wał się ob­ło­czek pa­ry, jak­by od­dech ja­kiejś isto­ty.

– Aaaa, tu­taj je­steś! – do­da­ła czar­no­wło­sa, chwy­ta­jąc me­ta­lo­we wia­dro, któ­re z tru­dem wy­tar­ga­ła z ko­mór­ki. By­ło cięż­kie i wy­peł­nio­ne aż po brze­gi po­dej­rza­ną czer­wo­ną sub­stan­cją, któ­rą Alex mógł ob­ser­wo­wać tyl­ko przez uła­mek se­kun­dy. Eve­lynn wy­sta­wi­ła wia­dro na ze­wnątrz, po czym za­mknę­ła drzwi oraz kla­pę i po­szła prze­myć rę­ce.

– To dla mo­ich pie­sków, mam ich pa­rę – wy­ja­śni­ła, wi­dząc prze­stra­szo­ną mi­nę chłop­ca. – Po­wi­nie­neś coś zjeść, nie wy­glą­dasz za do­brze. Zu­pa już pra­wie go­to­wa.

– De­mon? – spy­tał Alex.

– Tak się wa­bi, to po­mysł bra­ta.

– Ro­zu­miem. Już koń­czę, ką­piel by­ła świet­na, dzię­ku­ję – od­po­wie­dział tro­chę ner­wo­wo. – Co to za zu­pa?

– Zu­pa ko­rzen­na. Nie rób ta­kich oczu, sma­ku­je na­praw­dę do­brze. – Uśmiech­nę­ła się zno­wu.

– Je­stem go­to­wy. Czy mo­gła­byś się od­wró­cić? – Alex wska­zał na ubra­nia.

– Nie krę­puj się… ale oczy­wi­ście, je­śli te­go chcesz. – Eve­lynn po­de­szła do pa­le­ni­ska, by spró­bo­wać wy­wa­ru. Chło­piec w tym cza­sie wy­tarł się mięk­ką tka­ni­ną i ubrał się, spo­glą­da­jąc co ja­kiś czas na ko­bie­tę. Ukrad­kiem scho­wał ka­mień do kie­sze­ni spodni.

Na­gle zza uchy­lo­nych drzwi wy­do­był się gło­śny plask.

Ko­bie­ta pod­sko­czy­ła wy­stra­szo­na, aż upu­ści­ła trzy­ma­ny w rę­ku nóż.

– Pro­szę – po­wie­dział Alex, po­da­jąc jej na­rzę­dzie.

– Ach, to pew­nie ko­ty. Dzię­ku­ję – od­par­ła po­śpiesz­nie, po czym wy­szła z po­ko­ju.

Alex ostroż­nie zbli­żył się do uchy­lo­nych drzwi. Za pro­giem do­strzegł wy­so­ko za­wie­szo­ne spi­ral­ne czar­ne scho­dy. Spoj­rzał w gó­rę, opie­ra­jąc rę­kę o me­ta­lo­wą ba­lu­stra­dę. Te­raz głu­cha ci­sza prze­ni­ka­ła ca­łą chat­kę, a naj­mniej­szy sze­lest wy­da­wał się gło­śniej­szy od my­śli. Na­gle po scho­dach stur­lał się kłę­bek włócz­ki, a z gó­ry do­bie­gło miau­cze­nie ko­ta.

Chło­pak wró­cił do głów­ne­go po­miesz­cze­nia, za­sta­na­wia­jąc się, ja­ką ta­jem­ni­cę skry­wa Eve­lynn. Cze­ka­jąc na nią, za­uwa­żył na re­ga­le du­żą fio­le­to­wą księ­gę ze zna­kiem czasz­ki na grzbie­cie. Chwy­cił ją i obej­rzał okład­kę, ale nie do­strzegł nic nad­zwy­czaj­ne­go po­za zdo­bie­nia­mi, po­sta­no­wił więc zaj­rzeć do środ­ka.

W tej sa­mej chwi­li Eve­lynn we­szła bez­sze­lest­nie do po­ko­ju i wy­rwa­ła mu ją de­li­kat­nie.

– Prze­pra­szam, ja… – zmie­szał się chło­piec.

– Nie szko­dzi, za­po­mnia­łam ci po­wie­dzieć, że­byś ni­cze­go nie do­ty­kał. Zu­pa już go­to­wa. – Uśmiech­nę­ła się i wska­za­ła mu krze­sło przy sto­le.

Nie­dłu­go po­tem po­sta­wi­ła ta­lerz z zu­pą tuż przed no­sem Ale­xa, a obok po­ło­ży­ła łyż­kę z pięk­nie zdo­bio­nym trzo­nem. Aro­mat wy­wa­ru był wspa­nia­ły, a uwal­nia­ją­ca się z nie­go pa­ra ła­god­nie ła­sko­ta­ła twarz chłop­ca.

– Smacz­ne­go. Jedz zup­kę, chłop­cze. Je­steś ta­ki spię­ty – po­wie­dzia­ła Eve­lynn, sta­jąc za nim. Za­czę­ła ma­so­wać mu kark, a wi­dząc, że chło­pak się roz­luź­nia, po­ca­ło­wa­ła go w gło­wę, po­tem w ucho i szy­ję, na­stęp­nie za­cią­gnę­ła się je­go za­pa­chem.

Chło­piec był zdzi­wio­ny jej za­cho­wa­niem, ale sam sta­rał się za­cho­wy­wać na­tu­ral­nie. Chwy­cił więc łyż­kę i już miał na­brać sma­ko­wi­cie wy­glą­da­ją­cej zu­py, kie­dy w od­bi­ciu sztuć­ca zo­ba­czył czar­ne pio­no­we źre­ni­ce z żół­ty­mi tę­czów­ka­mi, na bar­kach zaś po­czuł pa­znok­cie, któ­re się wy­dłu­ży­ły i za­ostrzy­ły. Ję­zyk ko­bie­ty za­czął prze­mie­rzać szy­ję chłop­ca. Prze­ra­żo­ny Alex po­wo­li odło­żył łyż­kę i się­gnął trzę­są­cą się rę­ką do kie­sze­ni, by zła­pać za ka­mień.

– Oj, za­po­mnia­łam się. A więc już wiesz, szko­da – rzu­ci­ła ko­bie­ta, po czym wbi­ła dłu­gie kły w de­li­kat­ną szy­ję chłop­ca.

Alex wrza­snął z bó­lu, ale za­raz ude­rzył Eve­lynn w gło­wę ka­mie­niem, któ­ry w tym mo­men­cie jak­by się obu­dził i za­czął lśnić mor­ską po­świa­tą. Wszyst­kie świe­ce na ży­ran­do­lu zga­sły i za­pa­no­wa­ła ciem­ność. Ko­bie­ta wy­da­ła gło­śny ryk, po­ka­zu­jąc przy tym ostre kły. Mon­strum, w któ­re się zmie­ni­ła, bły­ska­wicz­nym ru­chem wy­trą­ci­ło ka­mień na zie­mię, jed­ną rę­ką chwy­ci­ło chłop­ca za ubra­nie i ci­snę­ło nim z im­pe­tem o gru­by blat sto­łu. Zwi­ja­ją­cy się z bó­lu Alex po omac­ku ba­dał stół, aż je­go rę­ka na­po­tka­ła dłu­gi nóż. Na­stęp­nie chwy­cił go i wbił kil­ka ra­zy w pierś Eve­lynn.

– Aaa! Kur­wa! – za­klął de­mo­nicz­ny fe­no­men. – Argh! Gdy wy­pi­ję two­ją krew, skoń­czysz w ko­tle! Two­je ko­ści rzu­cę oga­rom na po­żar­cie!

Dziu­ry po ostrzu zra­sta­ły się szyb­ko, de­mon wy­da­wał przy tym strasz­ne, wy­so­kie dźwię­ki. Alex ru­szył w kie­run­ku drzwi, naj­szyb­ciej jak po­tra­fił ścią­gnął z nich łań­cuch i otwo­rzył je, a wte­dy sta­nął na wprost ża­rzą­cych się czer­wo­nych śle­piów, któ­re po­ja­wi­ły się w miej­scu żół­tych ko­cich oczu. Eve­lynn te­le­por­to­wa­ła się tuż obok, jej ra­ny cał­kiem się za­go­iły. Wrzesz­cząc opę­tań­czo na bę­dą­ce­go w szo­ku chłop­ca, ode­pchnę­ła go nie­wi­dzial­ną mo­cą.

Cia­ło Ale­xa su­nę­ło po pod­ło­dze, aż za­trzy­ma­ło się na ka­mien­nej ścia­nie. Rzad­ka krew wy­pły­nę­ła mu z no­sa, roz­piesz­cza­jąc zmy­sły kre­atu­ry. Rę­ka chło­pa­ka zna­la­zła się w za­się­gu wcze­śniej wy­trą­co­ne­go świe­cą­ce­go ka­mie­nia. Ostat­nia szan­sa – po­my­ślał. Gdy Eve­lynn do­sko­czy­ła do nie­go, Alex przy­ło­żył świe­cą­cy ka­mień do jej gło­wy.

Mon­strum za­czę­ło ry­czeć i szar­pać się obłą­kań­czo. Ka­mień pa­rzył po­li­czek Eve­lynn, roz­ta­pia­jąc jej skó­rę aż do ko­ści. Nik­czem­na krew wy­le­wa­ła się na ka­mień, do­da­jąc mu jesz­cze więk­szej mo­cy. Za­sko­czo­na Eve­lynn uwol­ni­ła się po chwi­li i zmie­niw­szy się w wiel­kie­go kru­ka, od­le­cia­ła, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie śla­dy krwi.

Alex wy­biegł na ze­wnątrz. Wi­dząc, że ka­mień świe­ci co­raz moc­niej, za­czął biec ile sił w no­gach. Świa­tło wy­do­by­wa­ją­ce się z ka­mie­nia roz­pro­szy­ło gę­ste drze­wa, uka­zu­jąc nie­bo i ja­sny księ­życ; otwie­ra­ło chłop­cu ścież­kę do opusz­cze­nia la­su. Biegł zdy­sza­ny, trzy­ma­jąc ca­ły czas ka­mień nad gło­wą, aż w że­brach po­czuł na­ra­sta­ją­cy, pe­ne­tru­ją­cy ból. Od opusz­cze­nia la­su dzie­li­ło go tyl­ko kil­ka­na­ście więk­szych su­sów, a świa­tło wy­do­by­wa­ją­ce się z ar­te­fak­tu sła­bło.

W tym mo­men­cie zre­ge­ne­ro­wa­na już Eve­lynn przy­wo­ła­ła wiel­kie gni­ją­ce oga­ry. Bie­gną­ce z za­trwa­ża­ją­cą pręd­ko­ścią po­two­ry za­czę­ły do­ga­niać chłop­ca. Ka­mień prze­stał świe­cić, a sze­ro­ko otwar­ta dro­ga po­ma­łu się zwę­ża­ła. Uja­da­nie wście­kłych, żąd­nych krwi psów do­pro­wa­dza­ło ser­ce Ale­xa do nie­na­tu­ral­nie szyb­kiej pra­cy.

Chło­piec w przy­pły­wie pa­ni­ki rzu­cił ka­mień w za­ci­ska­ją­ce się przed nim pę­dy, a ar­te­fakt uwol­nił jesz­cze na mo­ment stru­mień świa­tła, któ­ry od­stra­szył mrocz­ne ro­śli­ny. Zba­wien­ny re­likt mi­nio­nej epo­ki za­czął nie­po­ko­ją­co się zsu­wać do ja­kiejś głę­bo­kiej no­ry, na szczę­ście roz­pę­dzo­ny Alex w ostat­niej chwi­li schwy­tał go reszt­ka­mi sił, po­ty­ka­jąc się przy tym o wy­sta­ją­ce pną­cze, i prze­tur­lał się na zie­lo­ną łą­kę. Za­raz po­tem okrę­cił się i usiadł na mo­krej tra­wie, pod­pie­ra­jąc się z ty­łu po­kie­re­szo­wa­ny­mi rę­ka­mi. Trzy kro­ki za nim, na gra­ni­cy la­su, Eve­lynn z gro­bo­wą mi­ną znik­nę­ła w to­wa­rzy­stwie oga­rów w za­my­ka­ją­cym się przez mrocz­ne ro­śli­ny przej­ściu.ROZ­DZIAŁ 3

Krwa­wy Księ­życ

Jak ob­li­czyć si­łę po­trzeb­ną do skru­sze­nia mu­ru Te­zie­go?

To py­ta­nie wy­wo­ły­wa­ło prze­ra­że­nie w umy­słach mło­dych adep­tów Szko­ły Śród­mie­ścia. Jed­nak nie w gło­wie Ana­sta­zji. Jej umysł był czy­sty, spo­koj­ny i lek­ki jak za­zwy­czaj. Dziew­czy­na już daw­no te­mu wy­ko­na­ła za­da­nie, któ­re nie spra­wi­ło jej więk­szych trud­no­ści. Cze­ka­ła więc ze znu­dze­niem, aż resz­ta uczniów do­koń­czy spraw­dzian. Te­raz spo­glą­da­ła przez okno, ob­ser­wu­jąc, jak ziarn­ka pia­sku prze­mie­rza­ją klep­sy­drę, wbu­do­wa­ną we fron­to­wą ścia­nę bu­dyn­ku nad drzwia­mi wej­ścio­wy­mi.

Po­tęż­na kon­struk­cja, wy­so­ka na oko­ło pięć­dzie­siąt łok­ci, pra­wie w ca­ło­ści skła­da­ła się z wy­trzy­ma­łe­go szkła. Po prze­sy­pa­niu się pia­sku zmie­nia­ła po­ło­że­nie dzię­ki dwóm wiel­kim or­bi­tom w ko­lo­rze gra­fi­tu, ozdo­bio­nym zło­ty­mi gli­fa­mi. Or­bi­ta­mi zaś po­ru­szał ma­gicz­ny rdzeń, któ­ry ema­no­wał nie­bie­ską po­świa­tą przy­po­mi­na­ją­cą bły­ska­wi­ce. Dzię­ki nie­mu klep­sy­dra dzia­ła­ła nie­prze­rwa­nie od po­cząt­ku ist­nie­nia szko­ły, czy­li od prze­szło czte­ry­stu lat, i by­ła naj­więk­szą du­mą tu­tej­szych wie­dzą­cych. Sta­no­wi­ła je­den z pierw­szych i nie­licz­nych od­mier­za­czy cza­su, któ­re jesz­cze ni­g­dy w hi­sto­rii nie ule­gły po­psu­ciu.

Klep­sy­drę naj­le­piej by­ło wi­dać z okrą­głe­go dzie­dziń­ca, wy­ło­żo­ne­go kost­ką o ja­snej, nie­mal bia­łej bar­wie. Ucznio­wie za­zwy­czaj spę­dza­li tam prze­rwy na mar­mu­ro­wych ław­kach. Ścia­ny szko­ły wy­ko­na­no z ce­gieł wy­pa­la­nych z bia­łej gli­ny, wy­do­by­wa­nej w ko­pal­niach pod Ve­ratz, nie­da­le­ko Mia­sta Po­stę­pu. Ce­gły z te­go ma­te­ria­łu róż­ni­ły się od in­nych – by­ły za­dzi­wia­ją­co lek­kie i gład­kie, ale też wy­trzy­ma­łe. Dla­te­go w Gra­vadz­z­ku więk­szość pań­stwo­wych bu­dow­li wzno­szo­no z wy­ko­rzy­sta­niem te­go bu­dul­ca.

Ogrom­ny gmach Szko­ły Śród­mie­ścia wy­glą­dem przy­po­mi­nał za­mek z wie­lo­ma wie­życz­ka­mi znacz­nie prze­wyż­sza­ją­cy­mi mu­ry. Pla­ców­kę zbu­do­wa­no na pa­gór­ko­wa­tym te­re­nie ziem Te­ratz, dzię­ki cze­mu bu­dow­la przy­po­mi­na­ła wzbie­ra­ją­ce fa­le na mo­rzu. Po­łu­dnio­wa część szko­ły za­czy­na­ła się nad je­zio­rem i cią­gnę­ła się na pół­noc, gdzie cho­wa­ła się w le­sie. Od głów­nej osi bu­dyn­ku przy­po­mi­na­ją­cej li­te­rę U wy­cho­dzi­ło wie­le mniej­szych od­nóg. Na wy­so­ko osa­dzo­nych da­chach znaj­do­wa­ły się roz­ma­ite Opa­da­ją­ce Ogro­dy, któ­rych ro­ślin­ność przy­kry­wa­ła znacz­ną część mu­rów szko­ły. By­ły to za­zwy­czaj zie­lo­ne pną­czo­spa­dy, ale w nie­któ­rych miej­scach wy­stę­po­wa­ły tak­że pur­pu­ro­we gni­cy­je oraz ró­żo­we i ja­sno­nie­bie­skie blusz­czo­wij­ki. Naj­bar­dziej od­da­lo­ne od sie­bie czę­ści szko­ły po­łą­czo­no wi­szą­cy­mi prze­szklo­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi.

Ca­łą kon­struk­cję ota­cza­ły pre­cy­zyj­nie przy­strzy­żo­ne traw­ni­ki, oczka wod­ne oraz fon­tan­ny ozdo­bio­ne róż­no­rod­ny­mi mar­mu­ro­wy­mi rzeź­ba­mi. Du­żą atrak­cję sta­no­wi­ły krzy­wo ro­sną­ce drze­wa o ga­łę­ziach wy­gi­na­ją­cych się w róż­ne stro­ny, cha­rak­te­ry­stycz­ne dla tu­tej­sze­go kli­ma­tu. Bli­żej sa­mych mu­rów znaj­do­wa­ły się bo­iska do gry w smo­ka, dzi­ki ży­wo­płot, w któ­rym po­tra­fi­ły zgu­bić się na­wet naj­tęż­sze gło­wy, oraz róż­ne­go ro­dza­ju po­la do ćwi­cze­nia szer­mier­ki.

Szko­ła zo­sta­ła okrzyk­nię­ta jed­ną z naj­lep­szych w Gra­vadz­z­ku, nie­któ­rzy twier­dzi­li, że do­rów­ny­wa­ła szko­le Atil­li Glass w Wer­sh­mah­cie, sto­li­cy Gra­vadz­z­ka. Je­śli wie­rzyć ostat­nim do­nie­sie­niom, w dzie­dzi­nie na­uk ści­słych nie­znacz­nie prze­wyż­szy­ła już sto­łecz­ną uczel­nię, jed­nak na kie­run­ku woj­sko­wym na­dal po­zo­sta­wa­ła da­le­ko w ty­le.

Ana­sta­zja, czter­na­sto­let­nia adept­ka ar­chi­tek­tu­ry, nie lu­bi­ła uczyć się w do­mu, choć mia­ła na to czas i moż­li­wo­ści. Jej oj­ciec był wy­bit­nym ar­chi­tek­tem, któ­ry pro­jek­to­wał ma­chi­ny wo­jen­ne, mu­ry obron­ne oraz pro­ste bu­dyn­ki. Mat­ka zaś by­ła ka­płan­ką z po­wo­ła­nia, od­pro­wa­dza­ła du­sze zmar­łych na dru­gi brzeg we­dług sta­rych wie­rzeń. Mi­mo do­bro­by­tu i sprzy­ja­ją­cych wa­run­ków do ucze­nia się w do­mu czter­na­sto­lat­ka więk­szość na­uk przy­swa­ja­ła w szko­le, dzię­ki te­mu, że jej umysł szyb­ko chło­nął wie­dzę. Pod­czas gdy in­ni ucznio­wie bie­ga­li po ko­ry­ta­rzach lub za­ba­wia­li się roz­ma­ity­mi gra­mi, ona sie­dzia­ła w księ­gach.

Bar­dziej wy­ma­ga­ją­ce przed­mio­ty, ta­kie jak ob­szer­na hi­sto­ria czy astro­no­mia, zaj­mo­wa­ły dziew­czy­nie wię­cej cza­su, dla­te­go sia­da­ła do nich tak­że po­za lek­cja­mi, lecz ro­bi­ła to za­zwy­czaj po­za do­mem w dziw­nych miej­scach. Jak sa­ma twier­dzi­ła, do roz­wo­ju umy­słu po­trzeb­ne by­ły świe­że po­wie­trze i wol­na prze­strzeń. Za­bie­ra­ła więc książ­ki ze so­bą i czy­ta­ła je w la­sach lub na ska­li­stych kli­fach. Ostat­nio upodo­ba­ła so­bie sze­ro­ki na trzy­dzie­ści stóp czer­wo­ny dach ma­ga­zy­nu, na któ­re­go koń­cu mie­ścił się warsz­tat z wiel­kim ce­gla­nym ko­mi­nem. Ob­ser­wo­wa­ła z nie­go ogrom­ne stat­ki cu­mu­ją­ce w por­cie dłu­gim na jed­ną trze­cią gra­ni­cy mia­sta. Gdy prze­cho­dzi­ła na dru­gą stro­nę da­chu, mo­gła zo­ba­czyć ćwi­czą­cych w ko­tli­nie lu­dzi, zwa­nych fi­zycz­ny­mi, przy­go­to­wu­ją­cych się do co­rocz­nych za­wo­dów ku czci Mer­ry, Va­de­ta i Syt­nio­na. W ten spo­sób oby­wa­te­le Mia­sta Po­stę­pu od­da­wa­li hołd tym trzem bó­stwom w po­dzię­ko­wa­niu za do­bre plo­ny.

Te­raz ja­sno­zie­lo­ne oczy dziew­czy­ny wpa­try­wa­ły się w szy­bę znaj­du­ją­cą się na wschod­niej ścia­nie po­miesz­cze­nia, skąd mia­ła świet­ny wi­dok na wy­bieg, gdzie o rok star­si adep­ci, głów­nie chłop­cy, ćwi­czy­li jaz­dę kon­ną oraz po­je­dyn­ko­wa­nie się. Za­zdro­ści­ła im, nie mo­gła się do­cze­kać koń­ca lek­cji, któ­ra po­ma­łu za­czy­na­ła ją nu­żyć. Choć lu­bi­ła przed­mio­ty ści­słe i by­ła w nich po­nad­prze­cięt­na, naj­więk­szą ra­dość spra­wia­ły jej za­ję­cia fi­zycz­ne oraz na­uka zna­ków ma­gii sta­tycz­nej.

W tym mo­men­cie uwa­gę dziew­czy­ny przy­kuł Jeff Ta­nis, syn ge­ne­ra­ła Var­to­za Ta­ni­sa z pią­tej dru­ży­ny pie­cho­ty. Chło­pak był wy­jąt­ko­wo wy­spor­to­wa­ny jak na swój wiek. Gra­vadz­z­cy sy­no­wie szyb­ko sta­wa­li się sil­ni i męż­ni, szcze­gól­nie gdy wy­bie­ra­li spe­cja­li­za­cje woj­sko­we, tak jak Jeff. Po­je­dyn­ko­wał się wła­śnie z wyż­szym od sie­bie He­brem, któ­ry wy­da­wał się zbyt pew­ny sie­bie.

– Pst, Ana!

Obej­rza­ła się w stro­nę Ri­vi­na, jed­nak od ra­zu od­wró­ci­ła wzrok. Zdą­ży­ła za­uwa­żyć tyl­ko je­go skom­pli­ko­wa­ny gest dło­ni. W prze­ci­wień­stwie do dziew­czy­ny Ri­vin nie miał ta­len­tu do na­uki. Za­wsze uśmiech­nię­ty ciem­no­skó­ry chło­pak o po­god­nej twa­rzy i krót­kich roz­pro­szo­nych we wszyst­kie stro­ny wło­sach wzbu­dzał za­ufa­nie i był lu­bia­ny do te­go stop­nia, że na­uczy­cie­le li­to­wa­li się nad je­go nie­po­rad­no­ścią, dzię­ki cze­mu za­wsze uda­wa­ło mu się zda­wać waż­ne eg­za­mi­ny w ter­mi­nie.

Ana­sta­zja szyb­ko za­czę­ła kre­ślić licz­by i dziw­nie wy­glą­da­ją­ce zna­ki na mięk­kim per­ga­mi­nie. Po­tem zmię­ła kart­kę i spoj­rza­ła na za­pa­trzo­ne­go w ma­py wie­dzą­ce­go, któ­ry nie wy­da­wał się za­in­te­re­so­wa­ny ucznia­mi, po czym bły­ska­wicz­nym ru­chem rzu­ci­ła ją ko­le­dze. Ri­vin zła­pał po­mię­ty per­ga­min i naj­szyb­ciej jak umiał scho­wał go do rę­ka­wa bia­łej ko­szu­li. Przez chwi­lę nie wy­ko­ny­wał żad­nych ru­chów i ob­ser­wo­wał za­czy­ta­ne­go na­uczy­cie­la. Upew­nił się jesz­cze, czy sie­dzą­ca w pierw­szej ław­ce Ga­vri To­net nie wi­dzia­ła ca­łe­go zaj­ścia, gdyż na pew­no po­skar­ży­ła­by się wie­dzą­ce­mu.

Ana­sta­zja z po­wro­tem wbi­ła wzrok w szy­bę. Przez chwi­lę trwa­ją­cą nie­dłu­żej niż se­kun­dę po­czu­ła wście­kłość na Ri­vi­na, gdyż przez nie­go prze­oczy­ła mo­ment zwy­cię­stwa Jef­fa Ta­ni­sa w po­je­dyn­ku z He­brem, któ­ry te­raz trzy­mał się za pierś. Jeff ga­lo­po­wał już na ko­niec gro­ma­dy, dzier­żąc pięk­ny ro­ga­ty hełm przy bo­ku, a dłu­gie blond wło­sy chło­pa­ka roz­wie­wa­ły po­dmu­chy wia­tru. Wy­glą­dał jak je­den z żoł­nie­rzy oświe­co­nej bry­ga­dy, wal­czą­cy z nie­przy­ja­cie­lem w bi­twie pod We­ne. Ci, któ­rzy oca­le­li, na­zwa­li to miej­sce Do­li­ną Cie­ni.

Wzrok dziew­czy­ny szyb­ko przy­ku­ła jed­nak syl­wet­ka nie­co szczu­plej­sze­go, ale rów­nie atle­tycz­nie zbu­do­wa­ne­go Fla­ver­ta Gro­ma, na­zy­wa­ne­go Strza­łą. Fla­vert pod­niósł wzrok i w oknie uj­rzał Ana­sta­zję. Na­stęp­nie wy­cią­gnął przed sie­bie dłoń, na­kre­ślił w po­wie­trzu znak, któ­ry na­brał gę­sto­ści sła­be­go dy­mu, a na­stęp­nie pchnął go wy­żej. W po­wie­trzu po­ja­wi­ło się dym­ne ser­ce, któ­re po chwi­li się roz­pro­szy­ło. Nie­wie­lu uczniów po­tra­fi­ło stwo­rzyć coś ta­kie­go, Fla­vert był na­praw­dę uta­len­to­wa­ny. Ana­sta­zja mo­men­tal­nie się skrzy­wi­ła. Nie­po­trzeb­nie ostat­nio da­ła się wcią­gnąć w gier­ki chło­pa­ka, za­miast od ra­zu od­rzu­cić je­go za­lo­ty. Mia­ła na gło­wie na­ukę, a te­raz jesz­cze mu­sia­ła wy­my­ślić, jak po­zbyć się upo­rczy­we­go ad­o­ra­to­ra. Mo­gła zdzie­lić go po gło­wie gru­bą na dwa pal­ce książ­ką o trwa­ją­cej pra­wie trzy mie­sią­ce woj­nie na Czar­nym Mo­rzu. W tej chwi­li ża­ło­wa­ła, że te­go nie zro­bi­ła.

– Hej, Ana – wy­szep­tał Ri­vin.

Dziew­czy­na od­wró­ci­ła się raz jesz­cze do ko­le­gi, tym ra­zem z uśmie­chem, jak­by w po­dzię­ko­wa­niu za to, że od­cią­gnął ją od wpa­try­wa­nia się w okrop­ną fa­cja­tę Fla­ver­ta Gro­ma. Ri­vin znów za­czął ży­wo ge­sty­ku­lo­wać. Ana­sta­zja za­zwy­czaj do­brze od­czy­ty­wa­ła je­go ge­sty, jed­nak tym ra­zem nie mo­gła zro­zu­mieć, o co cho­dzi, roz­ło­ży­ła więc rę­ce i unio­sła brwi. Ri­vin otwo­rzył już usta, że­by coś po­wie­dzieć, kie­dy usły­szał zgrzyt me­ta­lu. To by­ła no­ga krze­sła, na któ­rym sie­dział wie­dzą­cy.

– Do­brze, odłóż­cie pió­ra – po­wie­dział na­uczy­ciel nie­co ochryp­nię­tym gło­sem.

Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że sza­no­wa­ny przez in­nych wie­dzą­cy, oświe­co­ny Van Bra­in, prze­żył już wiek, co wy­ja­śnia­ło­by je­go dziw­ne za­cho­wa­nia. Po­cho­dzą­cy ze wschod­niej czę­ści gór Ta­nah, osiem­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­let­ni na­uczy­ciel, był wy­so­ki, szczu­pły, o si­wych wło­sach i krót­kim za­ro­ście. Na cha­rak­te­ry­stycz­nym, dłu­gim or­lim no­sie spo­czy­wa­ły ogrom­ne oku­la­ry, z za­usz­ni­ka­mi za­ha­czo­ny­mi o kan­cia­ste uszy, przez co męż­czy­zna wy­glą­dał nie­co śmiesz­nie. Do te­go ubie­rał się rów­nie dziw­nie i nie­mod­nie, co Ve­znań­czy­cy z Pół­noc­nej Gra­ni. Dziś miał na so­bie ja­sno­zie­lo­ną ko­szu­lę z wiel­kim koł­nie­rzem, ozdo­bio­ną w ja­śniej­sze i ciem­niej­sze rom­by, a tak­że brą­zo­we spodnie oraz bu­ty z kwa­dra­to­wym no­skiem. Ca­ło­ści do­peł­niał za­rzu­co­ny na wierzch brą­zo­wy płaszcz, choć na ze­wnątrz by­ło do­syć cie­pło.

Ri­vin spo­chmur­niał na wi­dok wsta­ją­ce­go wie­dzą­ce­go. Wy­pro­sto­wał się i splótł pal­ce dło­ni na dę­bo­wym biur­ku.

– Czas mi­nął – po­wtó­rzył wie­dzą­cy i ru­szył wzdłuż ła­wek, zbie­ra­jąc per­ga­mi­ny.

Ław­ki Ri­vi­na i Ana­sta­zji znaj­do­wa­ły się obok sie­bie, dzie­li­ła ich tyl­ko ma­ła prze­rwa, jak zresz­tą mię­dzy wszyst­ki­mi biur­ka­mi. Gdy tyl­ko wie­dzą­cy prze­szedł obok nich, Ri­vin rzu­cił na ław­kę Ana­sta­zji zwi­tek pa­pie­ru i od ra­zu od­wró­cił wzrok. Ana szyb­ko go schwy­ci­ła i ukry­ła w dłu­gich ja­sno­blond wło­sach. Wte­dy wie­dzą­cy ob­ró­cił się ener­gicz­nym ru­chem w jej kie­run­ku. Zmie­rzył ją po­dejrz­li­wym wzro­kiem, a póź­niej po­szedł da­lej.

W mię­dzy­cza­sie Ana­sta­zja roz­pro­sto­wa­ła pa­pier otrzy­ma­ny od Ri­vi­na. Chło­piec na­ry­so­wał na nim okno oraz wi­docz­ne za nim mu­ry z za­krzy­wio­ną strzał­ką.

– Przez mu­ry? – wy­szep­ta­ła Ana­sta­zja.

Ri­vin po­ki­wał gło­wą z bły­skiem w oczach i spoj­rzał na klep­sy­drę. W gór­nej czę­ści przy­rzą­du po­zo­sta­ło nie­wie­le pia­sku.

Zmę­czo­ny na­uczy­ciel usiadł i wrzu­cił ster­tę per­ga­mi­nów do swo­jej za­cza­ro­wa­nej tor­by, któ­ra sa­ma się za­mknę­ła. Ścią­gnął zbyt du­że opraw­ki z no­sa i prze­tarł oczy, czym pod­kre­ślił głę­bo­kie zmarszcz­ki na po­licz­kach. Po­tem za­ło­żył z po­wro­tem oku­la­ry i pod­jął:

– Pa­mię­taj­cie, aby…

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij