Erazmus - ebook
Pieniądze pęczniały w jej portfelu, a tożsamość rozpływała się w dymie papierosowym barcelońskiego klubu. Alessandro, mężczyzna równie inteligentny, co nieuchwytny, proponuje jej stypendium w Alpach, które jest w istocie kupnem jej izolacji. W szklanej willi nagi kurzu Barcelona jest tylko początkiem drogi, na której musi zmierzyć się z kontrolą, pożądaniem i wściekłością Isabelli. To nie jest książka o malarstwie, to anatomia upadku, w którym każda linia bólu prowadzi do nowego, mrocznego triumfu.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 2,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
ZAPACH TERPENTYNY I TANIEGO WINA
Mówią, że malarstwo to sztuka patrzenia. Jeśli tak, to przez ostatnie trzy lata w Gdańsku nauczyłam się widzieć tylko to, co chciałam. Widziałam pociągnięcia pędzla, widziałam światłocień na twarzach modeli w pracowni, ale zupełnie nie dostrzegałam tego, co działo się pod moją własną skórą. Nazywam się Monika i zanim stałam się tym, kim jestem dzisiaj, byłam tylko obiecującą studentką ASP, która wierzyła, że Erasmus w słonecznej Hiszpanii to bilet do raju.
JAK MNIE WIDZĄ, A JAK SIĘ CZUJĘ
Zanim przejdę do tego, co stało się w Barcelonie, musisz wiedzieć, jak wyglądam. Gdy patrzę w lustro, widzę kogoś, kto nie pasuje do brudnych pędzli i wiecznie ufaflanych farbą dłoni.
POCZĄTEK KOŃCA: PERON W GDAŃSKU
Kiedy pociąg ruszał z Gdańska Głównego, czułam w brzuchu to charakterystyczne ssanie. Wiedziałam, że zostawiam za sobą bezpieczną przystań, dwójkę dzieci sąsiadki, które czasem pilnowałam, i rutynę siedzenia przy sztalugach. Barcelona miała być inna. Miała pachnieć morską bryzą i wolnością.
Mój plan był prosty: rano zajęcia na lokalnej uczelni, popołudniami malowanie w plenerze, a wieczorami praca w uroczej, katalońskiej restauracji „El Espejo”. Znajomy znajomego obiecał, że szukają kelnerki. 12 euro za godzinę plus napiwki. Brzmiało jak majątek dla dziewczyny, która do tej pory liczyła każdy grosz na tubkę kadmu.
Kiedy wysiadłam na stacji Sants, uderzyło we mnie gorące, wilgotne powietrze. Byłam podekscytowana. Miałam ze sobą tylko jedną walizkę i teczkę z moimi szkicami. Nie wiedziałam, że ta teczka przez najbliższe miesiące nie zostanie nawet otwarta.
Znalazłam adres w bocznej uliczce niedaleko La Rambla. Budynek nie wyglądał jak typowa restauracja. Front był dyskretny, zasłonięty ciężkimi, bordowymi kotarami. Nad wejściem widniał tylko neon z nazwą, który w ciągu dnia wydawał się wyblakły.
Weszłam do środka. Zapach… to nie była bazylia i czosnek. To był zapach mocnych perfum, tytoniu i czegoś, co kojarzyło mi się z zapleczem teatru. Kurzu i potu ukrytego pod warstwą brokatu.
— Hola? — zawołałam cicho, zaciskając dłoń na rączce walizki.
Z mroku wyłonił się mężczyzna. Miał na sobie nienaganny garnitur, ale jego oczy były zimne jak lód. Przyjrzał mi się od stóp do głów, zatrzymując wzrok na moich odsłoniętych kolanach. Czułam się, jakby wyceniał obraz na aukcji, którego autor nie ma pojęcia o swojej wartości.
— Monika? — zapytał z niskim, chropowatym akcentem. — Czekaliśmy na ciebie. Wyglądasz lepiej niż na zdjęciach. Bardziej… plastycznie.
Nie zrozumiałam wtedy, co miał na myśli. Myślałam, że komplementuje moją urodę malarki. Uśmiechnęłam się naiwnie, myśląc o tacy, którą zaraz będę nosić.
— Chodź za mną — rzucił, nie czekając na odpowiedź. — Pokażę ci twoje stanowisko pracy. Tylko uprzedzam: tu nie serwujemy tapas. Tu serwujemy marzenia.
Mężczyzna w garniturze przedstawił się jako Marco. Szedł przodem, a stukot jego drogich butów o marmurową podłogę odbijał się echem w pustej o tej porze sali. Nie prowadził mnie do kuchni. Nie widziałam barmanów polerujących szkło ani zapachu świeżo parzonej kawy. Zamiast tego minęliśmy ciężkie, welurowe kotary i weszliśmy do pomieszczenia, które wyglądało jak garderoba w starym, podupadłym teatrze.
Wszędzie wisiały lustra. Setki luster. W Gdańsku, w mojej pracowni, miałam tylko jedno małe, pęknięte szkiełko, w którym sprawdzałam, czy nie mam twarzy umazanej błękitem kobaltowym. Tutaj widziałam siebie z każdej strony: z profilu, od tyłu, pod kątem, którego nigdy wcześniej nie badałam. Moja prosta, bawełniana koszula nagle wydała mi się śmieszna, niemal dziecinna.
— Tu będziesz pracować — powiedział Marco, wskazując na rząd szafek. — To nie jest zwykła restauracja, Monika. Twój znajomy chyba nie dopowiedział ci szczegółów albo ty nie chciałaś ich słyszeć. Ludzie nie przychodzą tu jeść. Przychodzą patrzeć. A ty jesteś najpiękniejszym obiektem, jaki ostatnio widziałem.
Poczułam zimny dreszcz. Moje dłonie, te same, które potrafiły godzinami prowadzić precyzyjną linię na płótnie, teraz lekko drżały.
— Nie rozumiem — wykrztusiłam. — Miałam być kelnerką. Roznosić drinki…
Marco zaśmiał się cicho, a był to dźwięk pozbawiony jakiejkolwiek wesołości. Podszedł do jednej z szafek i rzucił na blat coś, co przypominało skrawek czarnej mgły. To była bielizna. Koronkowa, prześwitująca, tak kusa, że ledwo mieściła się w dłoni. Obok wylądowały buty na niebotycznie wysokiej szpilce.
— Będziesz roznosić drinki — potwierdził, przysuwając się niebezpiecznie blisko. — Ale będziesz to robić tak, żeby każdy mężczyzna w tym lokalu chciał zostać tu do rana. Będziesz się ruszać, będziesz ich czarować. A kiedy muzyka przyspieszy, wejdziesz na scenę. Zdejmiecie z siebie te zbędne warstwy, Monika. Pokażesz im to, co do tej pory chowałaś pod tymi swoimi luźnymi szmatami.
Świat zawirował. Moje serce waliło o żebra jak uwięziony ptak. Myślałam o moich obrazach, o wystawie, którą planowałam, o rodzicach w Polsce, którzy byli tacy dumni, że ich córka „robi karierę” za granicą.
— Ja nie… ja nie potrafię. Nie jestem tancerką — szepnęłam, cofając się o krok.
Marco chwycił mnie delikatnie pod brodę i zmusił, bym spojrzała w jedno z luster.
— Spójrz na siebie. Jesteś piękna. Masz tę melancholię w oczach, którą faceci uwielbiają. Myślą, że mogą cię uratować, a za tę iluzję płacą ogromne pieniądze. Jeśli będziesz grzeczna, zarobisz w tydzień tyle, ile w tej swojej Polsce przez rok. Jeśli będziesz bardzo grzeczna i pójdziesz z wybranym gościem na górę, do „pokoi rozmów”… kupisz sobie własną galerię w Barcelonie, zanim skończysz ten swój Erasmus.
Wyszłam z garderoby oszołomiona. Nie uciekłam. To był mój pierwszy błąd. Może to była ciekawość artystki? A może po prostu strach przed powrotem do domu z pustymi rękami i poczuciem porażki?
Wieczór nadszedł szybciej, niż się spodziewałam. Światła w „El Espejo” przygasły, a lokal wypełnił się zapachem drogich cygar i jeszcze droższego alkoholu. Muzyka była niska, basowa, wibrująca w podłodze tak mocno, że czułam ją w podeszwach tych przeklętych szpilek.
Ubrali mnie. Czułam się naga, choć technicznie rzecz biorąc, miałam na sobie tę czarną koronkę. Moje długie włosy, które zawsze były moją tarczą, teraz zostały rozpuszczone i pofalowane. Wyglądałam jak postać z moich własnych mrocznych szkiców – piękna, ale złamana.
— Pierwsza zasada — szepnęła mi do ucha Elena, inna dziewczyna, którą poznałam na zapleczu. Była z Brazylii i miała ciało jak wyrzeźbione z brązu. — Nigdy nie patrz im prosto w oczy zbyt długo, chyba że chcesz, żeby zapłacili za pokój. Uśmiechaj się, ale bądź nieosiągalna. Jesteś obrazem, Monika. Obrazy się podziwia, ale nie dotyka bez pozwolenia.
Wyszłam na salę z tacą. Moje nogi, przyzwyczajone do płaskich sandałów, trzęsły się na wysokich obcasach. Czułam na sobie setki spojrzeń. To nie było to samo, co na wernisażu w Gdańsku. Tam ludzie oceniali moją duszę przelaną na płótno. Tutaj oceniali moją skórę, linię moich bioder, sposób, w jaki odgarniałam włosy z twarzy.
Podeszłam do pierwszego stolika. Siedziało tam trzech mężczyzn w średnim wieku. Jeden z nich, z tłustymi włosami i grubym sygnetem na palcu, złapał mnie za nadgarstek, gdy podawałam mu szklankę whisky.
— Nowa? — zapytał, przyciągając mnie do siebie. Pachniał anyżem i czymś kwaśnym. — Jakaś taka… wystraszona. Lubię takie.
Chciałam mu wyrwać rękę, chciałam krzyknąć, że jestem studentką malarstwa, że potrafię mieszać kolory tak, by oddać głębię nieba przed burzą. Ale zamiast tego przypomniałam sobie o pustym stanie konta i o tym, że nie mam dokąd pójść.
— Tak, nowa — odpowiedziałam głosem, którego sama nie rozpoznałam. Był niski, niemal chrapliwy.
— To chodźmy na zaplecze — mruknął, sięgając do portfela i wyciągając plik banknotów o nominałach, których nigdy nie trzymałam w ręku. — Pokażesz mi, co jeszcze potrafisz, poza rozlewaniem drinków.
Spojrzałam w stronę Marco, który stał przy barze. Skinął głową. To było przyzwolenie. Moja pierwsza konfrontacja z „dodatkowym zarobkiem” stała się faktem. Prowadząc go po schodach na górę, czułam, jakby ta Monika z Gdańska, ta z pędzlem w ręku, została na dole, w mroku, płacząc nad utratą niewinności.
Weszliśmy do pokoju. Był czerwony. Wszystko tam było czerwone – ściany, pościel, światło. To był kolor pasji, ale dla mnie stał się kolorem alarmowym.
— Rozbieraj się — rzucił, siadając na skraju łóżka. — Chcę zobaczyć, czy pod tą skórą też jesteś taka blada.
I wtedy zrozumiałam. Mój Erasmus właśnie się skończył. Zaczęła się walka o przetrwanie w świecie, w którym moje ciało stało się jedynym płótnem, jakie miało znaczenie.
Czerwony pokój dusił mnie zapachem stęchłej lawendy i potu poprzednich gości. Kiedy zamknęły się za nami ciężkie, wygłuszone drzwi, nagle dotarło do mnie, że nie ma tu okien. Moja przestrzeń, moje bezpieczne terytorium, które zawsze wyznaczały ramy podobrazia, skurczyło się do rozmiarów tego dusznego wnętrza.