-
nowość
Erutejczyk: Biały Kruk - ebook
Erutejczyk: Biały Kruk - ebook
Lądy Zauryjskie, rok 1420 Ery Gadów. W ogarniętym brutalną wojną świecie genialny detektyw i tropiciel dinozaurów, Orest Vizetian, otrzymuje misję odnalezienia zaginionego następcy tronu. W zamian ma poznać prawdę o morderstwie swojego ojca sprzed dwudziestu lat. Wyruszając przez krainy pełne dzikiej megafauny, Orest podejmuje wyzwanie, które zadecyduje o przyszłości królewskiej dynastii i mrocznych sekretach jego przeszłości. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich (18+)
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384554555 |
| Rozmiar pliku: | 1,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Następnego dnia rano Barnaba podszedł do nary, na której spał Orest i przystawiając do ust ręce ułożone w kształt leja krzyknął:
— Czas wstawać zuchu! Słonko świeci, a król się niecierpliwi!
— A niech Ciebie licho weźmie i pogrzebie! — odburknął podirytowany Erutejczyk, próbując nieskutecznie osłonić oburącz uszy przed niskorosłym przyjacielem.
— Nie dąsaj się tak śpiąca królewno i chodź, ludzie naszego super agenta już szykują zwierzynę do wyjazdu. — dodał Kevler, tym razem uspakajając nieco głos. Mężczyźni wyszli przed budynek karczmy i przywitali się z oddziałem Finczera, który zgodnie z zapowiedziami Bernarda rzeczywiście był już niemalże gotowy do wyjazdu.
— Nie ma na co czekać Panowie. Prowiant na drogę macie przygotowany i schowany w jukach Waszych wierzchowców. — rzekł z życzliwością Egaar.
Przyjaciele skinęli w podziękowaniu szefowi wywiadu, po czym skierowali się do zwierząt. Bernard wspiął się z zaskakującą gracją na wymyślną konstrukcję siodła, dostosowaną do swojego wzrostu. Posiadany przez niego cud myśli jeździeckiej wyposażony był obustronnie w drabinki do łatwego dosiadania wierzchowca oraz strzemiona osadzone odpowiednio w zasięgu jego nóg. Nietypowy projekt był oczywiście dziełem Oresta, który usprawniał go dla przyjaciela latami. Gdy Kevler znalazł się już na grzbiecie parazaura począł poganiać detektywa, rechocząc przy tym wesoło. Niedługo potem drużyna ruszyła w kierunku celu podróży. Po dwóch dniach drogi znaleźli się pod murami stolicy jamrutejskiego państwa,
u której progów zawitali gdy zegar ratusza wybijał godzinę siedemnastą. W tej części świata ośrodki miejskie łatwo pomylić z potężną twierdzą, czy też innym wojskowym przybytkiem. Ogromne mury posiadały jedynie cztery bramy chronione bronami i wieżami doń przylegającymi, dwie z nich dodatkowo znajdowały się bezpośrednio nad rozlewiskami rzeki Karangi, w delcie której położone było całe miasto. Kwiztoria z lotu ptaka przywodziła na myśl przekrojoną na pół cebulę, rozszerzającą się warstwa po warstwie od środka o kolejne, coraz większe pierścienie. W samym centrum znajdował się królewski zamek wybudowany na wzniesieniu, wokół którego okręgami promieniującymi od wzgórza rozciągały się na wzór tarczy strzeleckiej kamienice, urzędy, banki, sklepy i inne zabudowania niezbędne tak rozwiniętej aglomeracji. Od południa ta dosyć regularna struktura ulegała załamaniu i pęknięciu w postaci dużego portu, otulonego z dwóch stron przez zakotwiczone w wodzie wieże warowne, pełniące funkcję latarni morskich. Pomiędzy tymi skrzydłami rozpościerały się żagle handlowych fregat oraz królewskiej floty wojskowej, odbijającej się w tafli wody rażącymi w oczy odcieniami oranżu. Oddział Finczera wraz z przybyszami zajechał do miasta jednak od strony północnej dzielnicy, nazywanej Północną Altaną. Każda większa mieścina charakteryzuje się tą samą cechą, mianowicie posiada część reprezentatywną oraz tereny zamieszkałe przez zwykłą ludność, znacznie biedniejsze i kontrastujące z pozornym pięknem witającym gości za główną bramą. Północna Altana należała do tych pierwszych. Było to miejsce niezwykle zadbane. Od znajdującej się od tej strony Bramy Ruttończyków wprost pod mury zamku prowadziła piękna aleja obsadzona drzewami liściastymi. Pomiędzy roślinnością dumnie wisiały sztandary prezentujące herb Jamruty. To zapewne tym szlakiem podejmowano ważnych gości w królewskie progi, tak samo postanowiono uczynić w przypadku przybyszów z Eruty…
— Byłeś już kiedyś w Kwiztorii? — Finczer krzyknął z konia w stronę Oresta.
— Tak i z całym szacunkiem, nie mam zbyt dobrych przeżyć związanych z tym miejscem.
— Doprawdy? — zdziwił się szef wywiadu -A cóż to się Tobie przydarzyło w naszych stronach?
— Kilka lat temu ukradziono mi tutaj Kokosankę. Potem złodziej próbował oddać ją na targi megafauny, organizowane na podzamczu przez dom aukcyjny Jeremiasza Goltera. O mały włos nie doszło do licytacji, bo wielu kupców rzuciło się na tak rzadki okaz iguanodona.
— W takim razie miałeś nieszczęście poznać gorszą stronę miasta. — z pokorą przyznał Egaar — Ale spokojnie, tym razem osobiście dopilnuję byś opuścił te mury z lepszymi doświadczeniami i na swoim wierzchowcu, oczywiście.
Po przejechaniu przez główną aleję oddział znalazł się wkrótce na dziedzińcu u bram zamku, który prędzej wyglądem przypominał dobrze zaopatrzone koszary. Królewski pałac otoczony był murami piętrzącymi się na różnych wysokościach względem siebie, tworząc trzy kręgi. Na każdym z nich znajdowały się balisty oraz stanowiska łucznicze, będące w pełni gotowości na ewentualny atak wroga.
— Król twierdzi, że wojna jest w kulminacyjnym punkcie. Imperialne wojska pod dowództwem Ankevauma stacjonują w okolicach stolicy, dlatego miejskie oddziały nieustannie trzymają rękę na pulsie w razie potrzeby odparcia czerwonych pluskiew. — wytłumaczył Egaar, widząc z jakim zainteresowaniem Orest przygląda się strażnikom doglądającym okolicy z wysoka.
— Ankevaum? To nie był przypadkiem minister na dworze imperatora? Myślałem, że tacy jak on siedzą w Novi Cetori z władcą, przesuwając po mapie pionki i ustalając treści nowych rozporządzeń.
— Do tego zapijając wszystko gorzałką aż pod korek! — dodał od siebie Barnaba.
— Zgadza się Orest, ten sam. Emett Ankevaum, minister wojny i obrony. Jakby tego było mało jeden z głównych generałów dowodzących armią najeżdżającą Jamrutę… i byłbym zapomniał o najważniejszym. Prywatnie zadufany w sobie, uparty kurwi syn. — odpowiedział agent wywiadu, w którego oczach na samo wspomnienie o tym człowieku pojawiły się iskry złości — Obejmowany urząd nie przeszkadza mu w bezpośrednim kontrolowaniu wojska. Kutas zawsze lubił zajmować miejsca w pierwszym rzędzie i zbierać uznanie za wszelkie sukcesy.
— No właśnie. Jak wygląda sytuacja na froncie? Niestety nie jestem na bieżąco. — Orest uniósłszy jedną brew spojrzał na Finczera.
— Oficjalnie sytuacja wygląda stabilnie. Ale jesteśmy tutaj w gronie swoich, więc darujmy sobie podszyte propagandą niezłomności komunały. Jest źle, bardzo źle. — przyznał agent —
W zeszłym roku zaczęło się niewinnie. Z końcem października wskutek nieporozumienia, że tak to ładnie ujmę, jakie zaszło między naszym królem a imperatorem, Nieme Legiony Ermantrauda wkroczyły na teren Trójrzecza, do którego Imperator rościł sobie prawa już znacznie wcześniej. Na ulicach Trivii Novii zawisły czerwone sztandary z herbem spinozaura, czyniąc Wolne Miasto ofiarą okupacji. Vegraff jak się możesz domyślać, nie zareagował optymistycznie na ambicje uczynienia trójrzeckich ziem nową marchią Kwegarianu. Wypowiedział wojnę, której wynikiem była ofensywa, tym razem już daleko zakrojona na tereny samej Jamruty. Nim spadły pierwsze śniegi, czerwoni zajęli i doszczętnie zniszczyli faktorię w Rozwidlu i przyległe jej tereny oraz przetrzebili w krwawych bitwach błonia pomiędzy rzekami, Małą Karangą i Pyrią. To była prawdziwa rzeź, w której poległo wielu naszych dowódców i wybornych taktyków, jak choćby marszałek polowy Jan Tauter, czy też hetman jazdy Vislav Redoric. Cudem ocalała w tym wszystkim Warenia, a wraz z nią jeden z ważniejszych portów.
— Zima była ponoć dość surowa jak na Wasze strony, co pewnie też nie sprzyjało sytuacji? — wtrącił Orest.
— Na szczęście imperialni mają bardziej ciepłolubne dupy od nas. — odparł Finczer — Gdy przyszły mrozy, wojska czerwonych osiadły na gruzach Rozwidla by przeczekać tam cięższy okres. To była chwila, która pozwoliła nam na jakiś czas odzyskać względne panowanie nad sytuacją. Partyzantka oraz bitwy toczone w powietrzu, głównie w okolicach Gór Granicznych sprawiły, że poleciało też kilka głów cennych dla Ermantrauda. Ale wraz z nadejściem wiosny wszystko znowu zaczęło się pierdolić. — Egaar ponuro spojrzał przed siebie — Gdy zrobiło się nieco cieplej, Ankevaum przeprawił wojska przez karangejskie mokradła. Udało mu się tego dokonać zanim grząski grunt zdążył się do końca rozmrozić. Trzeba przyznać, albo skurwysyn miał niezwykłe szczęście, albo dobre wyczucie. I tak mamy teraz połowę maja, Książę zaginął, a wojska Imperium rozbiły obóz w okolicach miasteczka Zateck, nieco ponad dzień drogi od stolicy. Czekają tam na dalsze rozkazy. Apetyt Ermantrauda tylko rośnie, więc oblężenie stolicy pozostaje jedynie kwestią czasu.
— I król świadomy tego, że najeźdźca stoi u bram, organizuje jak gdyby nigdy nic bankiet dla dyplomatycznej oficjeli? — zdziwił się Bernard.
— Jakby kiepsko to nie wyglądało, miasto jest uzbrojone aż po zęby. Co prawda nie obyłoby się bez pomocy ludzi o których nie wspomina się z dumą, ale udało się. Jak widzisz jesteśmy dobrze przygotowani. Poza tym, Kwiztoria może się poszczycić jednym z najgrubszych murów kazamatowych jakie wzniesiono na świecie. Po informacji o ekspansji wojsk imperialnych na zachód, król dodatkowo zlecił zasypanie magazynów w kazamatach rumoszem i gruzem. Choćby czerwoni się zesrali, tej konstrukcji nie naruszą zbyt prędko.
— Obyś miał rację… — detektyw odpowiedział zachowawczo.
— Wiem co mówię — stanowczo odparł Finczer — Gdy przyjdzie taka potrzeba to obijemy kilka mord spod herbu spinozaura tak, że nawet nie uchronią ich te paskudne przyłbice wyobrażające Kwegarra. Bankiet nie został zresztą zorganizowany dla przyjemności króla i arystokracji. Mają być na nim omawiane bardzo ważne kwestie z sojusznikami w postaci Feliharu i państw Trójni, w tym także Wizetyru.
— Wizetyr wysłał do Was swoich dyplomatów? — wtrącił się Barnaba.
— Z tego co mi wiadomo Trójnię ma reprezentować król Rudetii, Syrgyt.
— No tak, jak zwykle w ważnych kwestiach Rudaweryk jest traktowany jak chłopiec, którego należy wyprosić od stołu gdy pojawia się jakiś ważny temat. — odburknął niskorosły rycerz.
— Z całym szacunkiem Bernardzie, ale przy królu lepiej nie wygłaszaj uwag tego typu. W naszych stronach podważanie decyzji dworu nie jest dobrze widziane, zwłaszcza gdy pada z ust gości. — ostrzegł Egaar. — Ale dobrze Panowie, królewski stajenny zajmie się Waszymi zwierzętami, a my chodźmy bo Jego Wysokość nas wyczekuje.
Kilkanaście minut później podróżni byli już przed drzwiami gabinetu Vegraffa. Szambelan widząc że goście dotarli, zapukał przy pomocy ciężkiej, mosiężnej kołatki we wrota i otrzymując zezwolenie na wejście ukłonił się, po czym zapowiedział przybycie Erutejczyka:
— Wasza Wysokość, stawił się Waszmość Egaar Finczer oraz najęty przez Waszą Mądrość indagator z północy wraz ze swoim giermkiem.
— Jakim giermkiem?! Ja jestem jego towarzyszem broni, równy szabla w szablę, psia mać.. — przeklął cicho pod nosem Barnaba.
— Na litość, chociaż przez chwilę daruj sobie te matołeckie uwagi. — szybko ustawił go do pionu detektyw.
— Wejść! Zapraszam! — usłyszeli dobiegający z pomieszczenia donośny, niski głos.
Szambelan poprowadził Oresta, Bernarda oraz Egaara przed oblicze władcy, otoczonego wianuszkiem kwiztorskiej arystokracji.
— Pokłońcie się przed Jego Królewską Mością, dziedzicem tronu Wielkiego Królestwa Odrodzonej Jamruty, złączonego z ziem Yamtów i Ruttonów, Vegraffem Egertem Orenholmem! — rzekł również się kłaniając.
Wszyscy zgodnie z rozkazem ukłonili się z szacunkiem przed monarchą, który siedział za swoim wielkim, dębowym biurkiem. Siedział i uważnie się im przyglądał.
Król Jamruty był człowiekiem typowej dla tych stron urody. Miał ciemne, zielone oczy ze zmęczeniem obserwujące interesantów. Na jego głowie trwała korona z materiałowym, pomarańczowym szczytem, niezbyt efektywnie przykrywająca siwiznę, z której po obydwu stronach rozchodziły się gęste bokobrody. Na środku twarzy miał wąski i ostry jastrzębi nos, podobnie jak reszta widocznie nadszarpnięty zębem czasu, który zdołał wyżłobić w królewskim obliczu liczne zmarszczki, przemierzające jego poliki i czoło niczym drążące doliny koryta rzek.
Poniżej zza biurka wyłaniała się jedynie górna część jego zdobnych szat dworskich oraz zawieszony na szyi, wielki łańcuch z medalionem wyobrażającym łeb triceratopsa, w odróżnieniu od przedstawienia heraldycznego ukazany od frontu.
Król wstał z fotela, odwrócił się plecami do wszystkich i zadzierając lekko do góry głowę spojrzał na wiszący nad biurkiem sztandar z wielkim herbem królestwa.
— Wiesz Erutejczyku czemu akurat ten okaz stał się symbolem po zjednoczeniu naszego państwa? — skierował pytanie w stronę gościa nie spuszczając wzroku z herbu.
— Heraldyka mówi głównie o jednej genezie, ale osobiście jestem sceptyczny wobec historii o tym, jakoby samica triceratopsa miała opiekować się dwójką porzuconych braci, którzy po dorośnięciu rozdzielili się tworząc państwa Yamtę i Ruttonię. Tym zwierzętom ze względu na ciężar i małą finezyjność ruchów zdarza się przypadkiem zabić swoje własne potomstwo, nie mówiąc już o ludzkich niemowlakach. — odpowiedział detektyw, nie ukrywając wyrazu ironii. Władca zaśmiał się, po czym kontynuował:
— Ta legenda to jedynie opowiastka, którą karmi się prosty lud chcący wierzyć, że jego naród zapoczątkowało wybranie przez same siły natury… Trzy rogi tego zdumiewającego stworzenia symbolizują trzy filary, tworzące Jamrutę i zapewniające jej poddanym ochronę oraz stabilność: wiarę cyratejską, prawo zjednoczone oraz jego opiekunów w postaci władcy i podlegającego mu wojska.
— A co w takim razie symbolizuje kryza, Wasza Wysokość? — zapytał bez zastanowienia Vizetian.
— Kryza? — powtórzył ze zdziwieniem król, odwracając się w stronę przybysza z Eruty.
— Triceratops to dosyć temperamentny gatunek, u którego z całym szacunkiem, rogi służą częściej jako broń do podejmowania ofensywy bądź odpierania ataków z zewnątrz. Prawdziwym elementem obronnym jest kryza, czyli wyglądające jak kołnierz wydłużenie czaszki z tyłu głowy, osłaniające najbardziej narażony punkt jakim jest kark. Dlatego też wspomniana metafora mimo iż piękna, nie jest zbyt trafiona, jeśli mam być szczery.
— Orest wytłumaczył z charakterystyczną dla siebie pewnością w głosie.
— No tak, przez okoliczności w jakich Ciebie wezwano prawie zapomniałem, że mam przyjemność rozmawiać z wybornym znawcą dinozaurów! — władca uśmiechnął się, mimo że w oczach widoczne miał podirytowanie.
— Rozumiem, że odczytano Tobie treść wezwania. — dodał po chwili urywając temat, po czym zasiadł ponownie przy biurku.
— Tak, oddział obecnego tu Egaara Finczera spisał się bardzo dobrze. Mimo wszystko wolę rozmowy w cztery oczy. Bywają konkretniejsze od kwieciście spisanych zaproszeń. Zdaje się, że nie tylko ja tak uważam. W końcu Wasza Wysokość chciał rozmawiać ze mną osobiście.
— W rzeczy samej. — przytaknął król — Skoro o tym mowa.. Erutejczyk zostaje, reszta wyjść! — nakazał po chwili, wskazując pozostałym drzwi gestem ręki — Finczer oraz Pan Kevler także.
Gdy w sali pozostał już tylko Orest wraz z władcą Jamruty, detektyw od razu postanowił przejść do rzeczy.
— Podobno Wasza Wysokość posiada informacje na temat mojego przyrodniego brata.
— Owszem. I gwarantuję, że przekażę Ci je wówczas, gdy sprowadzisz mojego syna do Kwiztorii. Wszystko zostało zebrane tutaj i poczeka na wykonanie przez Ciebie zadania — odrzekł, wskazując na opasły dokument leżący tuż przed nim. Gruby wolumin obszyty skórzaną oprawą był dodatkowo owinięty krzyżującymi się pomarańczowymi wstęgami, zapieczętowanymi od góry królewskim stemplem.
— Jeśli mogę wiedzieć. Skąd te informacje? — śledczy powiódł wzrokiem po zamkniętych aktach — Szukam tego człowieka dwadzieścia lat i nic nie znalazłem, trop zawsze się urywał. Jaką mam pewność, że dane będące w posiadaniu Jamruty są prawdziwe? A gdyby ciężko było zaprzeczyć ich autentyczności, skąd mam wiedzieć czy są to dane aktualne?
— Bardzo dużo w Tobie zwątpienia, co jest zrozumiałe. Bądź pewny, że są aktualne. Widzisz, jakiś czas temu zawitał do mnie człowiek z propozycją pomocy w tych ciężkich czasach. Powiedzmy, że przedstawił mi swoje możliwości i kontakty sprawiając, że uwierzyłem w sens tej współpracy. Potem jednak mnie wystawił. Rozumiesz? Dureń miał czelność okłamać królewski majestat. Ale nie w tym rzecz. Zanim do tego doszło zdążył zapoznać mnie z jednym ze swoich zaufanych ludzi, który miałby pracować na terenie Jamruty w roli emisariusza. Człowiek ten z początku niechętnie o sobie opowiadał, jednak ostatecznie przedstawił mi się jako niejaki Terrivald Vizetian. No, może nie wprost. Ale wystarczająco by mój wywiad odkrył jego tożsamość.
— Więc tak po prostu Wasza Wysokość nawiązał współpracę z człowiekiem, który od lat jest poszukiwany listem gończym za zabójstwo doradcy wizetryskiego króla? — detektyw nie krył oburzenia.
— Byłego doradcy. — skorygował monarcha — W momencie śmierci Wasz ojciec był rektorem erutejskiej akademii. To jednak nieistotne. Jak wspominałem, zwierzchnik Waszego popadłego w infamię brata zaoferował mi bardzo cenne środki do walki z Imperium. W sytuacji wojny racja stanu zawsze ma pierwszeństwo, więc z całym szacunkiem. Tak, przyjąłem ofertę ze świadomością kim jest i co zrobił Terrivald. Ale niestety, dobrymi chęciami piekło brukowane, jak mawia stare, cyratejskie przysłowie. Gwarantowana mi pomoc nie nadeszła, więc musiałem pośpiesznie przystać na mniej chwalebną propozycję. Potem zaś dowiedziałem się, że wiadomość o miejscu jego pobytu może być dla Ciebie cenna Detektywie, więc jak mówiłem. Gdy Ty pomożesz mi, wtedy ja pomogę Tobie.
— Wasza Wysokość wybaczy mi bezpośredniość. Niestety ciężko mi uwierzyć we wszystko co jest mi tu zapewniane. Do tej pory jedynie słyszę, że na kwiztorskim dworze widziano Terrivalda. Teraz mam przed sobą zamknięte akta, rzekomo odnośnie jego osoby.
Jak już zdążono zauważyć jestem śledczym, królu. Potrzebuję dowodów, nie zapewnień.
— Zdaję sobie z tego sprawę. — monarcha odparł przeciągle — Dostaniesz swoje dowody. Chodź za mną. — dodał, wskazując Orestowi drzwi prowadzące bezpośrednio do kolejnego pomieszczenia, przyległego do królewskiego gabinetu.
Mężczyźni przeszli do niewielkiego saloniku. W pokoju czekał na nich tajemniczy człowiek w długiej szacie, otoczony przez straże królewskiej gwardii. Stał przy dwóch fotelach ustawionych naprzeciw siebie na środku. Dookoła foteli rozstawiono pięć stojaków z pomarańczowymi gałkami. Pozostałe meble tłoczyły się pod ścianami. Łatwo dało się zauważyć, że to nie było ich normalne ustawienie.
— Erutejczyku, poznaj Fergusa Willmora. — król spojrzał na wyczekującego ich jegomościa — To mój nadworny specjalista od telepatoskopu. Zapewne nie jest Ci obce to cudowne narzędzie. Czego to nie wymyślą zaklinacze, co? Trzeba nie lada tęgiej głowy, by skonstruować urządzenie będące w stanie zapisać czyjąś myśl. Urządzenie potrafiące wysłać ją na setki mil w dal i to w przeciągu zaledwie kilku minut. Bez gońca i tygodni drogi na szlaku.
— Tak, znam to ustrojstwo. — śledczy urwał wywód monarchy.
— Tylko nie ustrojstwo — oburzył się zaklinacz — Patrzy Pan na telepatoskop pentakryształowy. Nasady i podpory wykuto z vettińskiej stali z domieszką tytanu. Neurokalitowe kule z kolei szlifowano w najlepszym zakładzie jubilerskim w Melicie. Na Północy istnieją jedynie trzy tak dobrze wykonane egzemplarze.
— Doprawdy, jest to niezwykle interesujące — Erutejczyk rzucił z ironią — Ale co to ma wspólnego z dowodami jakie miałem tu zobaczyć?
— Telepatoskop tego typu można również użyć do przeprowadzenia bardzo dokładnej sesji onejropatii.
— Wasza Wysokość chce wprowadzić mnie w trans? — Orest spojrzał podejrzliwie na władcę.
— Nie tylko Ciebie. — Vegraff odparł z serdecznością — By móc wejrzeć we śnie w czyjeś wspomnienia potrzeba jeszcze drugiej osoby. Nieprawdaż? Dlatego też pokażemy Ci moje wspomnienie.
— Czy był Pan już wcześniej poddawany onejropatii? — głos ponownie zabrał Fergus Willmor.
— Może dwa razy w życiu. Wystarczająco by się przekonać, jak bardzo nie znoszę tej praktyki.
Zaklinacz nic nie odpowiedział. Uśmiechnął się dziwacznie, po czym skinął głową na strażników. Dwóch z nich wzięło wiklinowe kosze, zbliżyło się do mężczyzn.
— Prosiłbym Waszą Wysokość oraz Pana Vizetiana o zdjęcie z siebie wszelakich przedmiotów zawierających grenafryt. W innym wypadku wszyscy trzej doświadczymy przykrych konsekwencji fizycznych i mentalnych, czego odradzam sprawdzać.
Orest niechętnie rozstał się ze swoim wisiorkiem. Wciąż nie wiedział, czy powinien ufać obcym ludziom. Nie sądził, by mącenie w jego głowie było niezbędne. Widział jednak, że Orenholm bardzo poważnie traktuje całą sytuację. Nieśpiesznie zdjął z głowy koronę, co nikogo nie dziwiło. Wszakże to w nakryciach głowy możni tego świata najczęściej skrywali minerał strzegący umysł przed zaklinaniem. Jamrutejski władca zdawać się mogło dopiero zaczynał. Po koronie zsunął z palców rząd pierścieni, po nich wydobył spod koszuli dwa naszyjniki. Oddał gwardzistom klamrę od pasa, ozdobną broszę, spinki skryte w zmarszczeniach delii. Jeden bibelot nieznanego przeznaczenia wydobył nawet z królewskiego zakątka przeznaczonego dla oczu wyjątkowo wąskiego grona.
— To wszystko. — obwieścił wreszcie pozostałym.
— Teraz prosiłbym Panów o zajęcie miejsc naprzeciw siebie. — uprzejmie poinstruował Willmor — Następnie niech Wasza Wysokość zechce chwycić Erutejczyka w nadgarstku. Pan naturalnie odwzajemni ten gest. — spojrzał na detektywa.
Zaklinacz chwycił niewielki łańcuch wysadzany neurokalitem, oplótł nim przedramiona mężczyzn. Następnie przywołał do siebie dwóch strażników z mosiężnymi miednicami w rękach.
— A to po co? — zainteresował się Orest.
— Na wszelki wypadek. Być może się przyda. — zdawkowo odpowiedział Fergus — Proszę byście rozluźnili ciała, zamknęli oczy. Wsłuchujcie się uważnie w mój głos i nie opierajcie nadchodzącej senności.
Willmor wypowiedział szeptem sentencję w starszej mowie. Powtarzał kilka razy to samo zdanie, które zaczęło wirować w myślach Erutejczyka. Słowa po chwili zaczęły się zlewać w niezrozumiały bełkot, jakby nie mogły dojść jego uszu przez zgęstniałe powietrze.
Orest otworzył po chwili oczy. Jednak nie był w tym samym pokoju. Siedział za ciężkim, dębowym biurkiem, wsparty oburącz na jego blacie. Znajdował się w królewskim gabinecie, na miejscu Vegraffa. Przed nim w równym rzędzie stało kilka postaci, nie był jednak w stanie dojrzeć ich twarzy. Były rozmazane i czarne, wyglądały jak wypalone pola na obrazie. Ledwie był w stanie dostrzec jak ruszają się im usta, najpewniej więc coś mówili. Mimo to nie mógł usłyszeć żadnego słowa.
— Wasza Wysokość, chciałbym przedstawić swojego bliskiego współpracownika — odezwał się nagle jakby przez grubą ścianę dziwny, stłumiony głos. — Również pochodzi z Północy. Terrivaldzie, pozwól do nas.
Do gabinetu wkroczył od korytarza mężczyzna. Jego oblicze jako jedyne było doskonale widoczne. Orest od razu go poznał. Mimo że był wyraźnie starszy niż go zapamiętał, to nie sposób było pomylić go z kimś innym. Te same oczy, kolor włosów. Te same brzydko skrzywione usta, mimo że ich posiadacz nie uchodził za brzydkiego. Bez wątpienia stał przed nim jego wyklęty brat. Zechciał wstać, pochwycić łachudrę i zadusić na oczach towarzyszących mu cieni. Jednak nie był w stanie. Nieznana moc kazała mu siedzieć i wpatrywać się w tą znienawidzoną twarz. Patrzył na nią jeszcze kilka sekund, po czym mimowolnie zamknął oczy.
Gdy otworzył je ponownie znów znalazł się w salonie, naprzeciw króla Vegraffa. Zdławił się w odruchu wymiotnym, wykrzywił głowę na bok fotela. Jeden z gwardzistów podsunął mu pod twarz mosiężne naczynie. Orest momentalnie wypełnił je wymiocinami.
— Jak mówiłem, miednica czasem się przydaje. — ze śmiechem podjął Fergus Willmor — Na prośbę króla musiałem bardzo mocno wpłynąć na treść wizji, tak by Szanowny nie dostrzegł za dużo. Wszakże chcemy, by skupił Pan całą swoją uwagę na poszukiwaniach księcia. Na obławę towarzyszy waść Terrivalda przyjdzie jeszcze czas. W każdym bądź razie, taka ingerencja wzmaga niestety skutki uboczne.
— Jego Wysokość jak widzę nie wzruszył się zbytnio tymi skutkami. — detektyw zamruczał z głębi miednicy.
— Przed naszym spotkaniem testowałem z Fergusem przebieg sesji. Zdołałem się przyzwyczaić. — Vegraff wyprężył się dumnie w fotelu, nakładając na siebie uprzednio zdjęte elementy garderoby — Jak widziałeś, nie oszukałem Ciebie w kwestii Terrivalda — ciągnął dalej — Możemy w takim razie przejść do mojego gabinetu i kontynuować rozmowę?
— No dobrze — Orest podjął od progu — W takim razie proszę Waszą Wysokość o wprowadzenie mnie w sprawę do której rozwiązania mnie najęto.
— W rzeczy samej. — odparł monarcha, wydając skinieniem głowy rozkaz strażnikowi skrytemu dotąd w kącie. Ten otrzymując sygnał wezwał ponownie na salę Finczera oraz Kevlera.
— Jak już wiecie, Książę Florian, mój syn, zaginął. Wywiad prowadził poszukiwania, jednak ślady po nim urywają się w miejscu, gdzie nawet najlepszy pies myśliwski zgubiłby trop — na morzu, gdy wraz z poselstwem podróżował do Koryfeny.
— W jakim celu królewicz planował udać się do Koryfeny?
— To tajemnica państwowa. — zwięźle odpowiedział Vegraff.
— Tajemnica, która jak widać zgubiła Waszego syna, królu. — odparł detektyw — A mnie wynajęto po to, by go znaleźć. Oczekuję zatem, że będę poważnie traktowany przez Waszą Wysokość i co za tym idzie, otrzymam pewien kredyt zaufania. Zresztą, wieści o zaginięciu Floriana też nie są jawne o ile dobrze się orientuję, a mimo to podzielono się ze mną tą informacją.
— Wy, trójnickie ludy, naprawdę za nic macie dworski protokół i nad obyczaj cenicie sobie bezpośredniość… Ale niech będzie, Erutejczyku. — niechętnie wycedził monarcha — Florian miał poprosić w moim imieniu królową Semiramidę o udzielenie Jamrucie pożyczki. Na dofinansowanie armii i inne wojskowe precjoza.
— A mimo to Książę wypłacił pieniądze ze skarbca Vespucina przed wyjazdem. — zauważył Orest.
— Skąd Ty to wiesz? Nie wspominałem Tobie o tym fakcie. — z podejrzliwością burknął na niego Finczer.
— Wspominałeś za to, że Vespucin martwi się o swoje pieniądze. A potem coś, że ma to związek z naszą sprawą. Wniosek zatem nasunął mi się sam. — spokojnie wytłumaczył mu śledczy.
— Zgadza się, wypłacił. — westchnął monarcha — Dlatego między innymi tak mnie niepokoją okoliczności w jakich ślad po nim zaginął.
— Jak mam to rozumieć?
— Ze względów na wojnę wszelkie podróże dyplomatyczne prowadzone oficjalnie niosłyby za sobą zbyt duże ryzyko. Dlatego Florian działał pod przykrywką. Do tego celu udało nam się nawiązać współpracę z największą hanzą kupiecką, pochodzącą z Akrezji Sanguerrą. Zgodnie z ich kursem Florian przemieścił się drogą lądową do miasta portowego Krucji, gdzie wsiadł na pokład okrętu należącego do Sanguerry. Jednak tym razem nie dopłynął do Trivii, która była celem podróży. Statek zacumował w tamtejszym porcie już bez mojego syna, doradcy oraz kilku rycerzy przydzielonych do ochrony księcia.
— Jak to możliwe, że statek dotarł na miejsce bez części załogi?
— W trakcie rejsu jakiś człowiek poczęstował wszystkich napitkiem, prawdopodobnie z odurzającymi ingrediencjami. Gdy obsługa statku straciła przytomność, porywacze przystąpili do akcji i w nieznany nam sposób pojmali mojego syna.
— Skoro porywacze opuścili statek z delegacją w trakcie rejsu, to w jaki sposób ten dobił bezpiecznie do przystani? — zdziwił się detektyw.
— Moi agenci ustalili, że jednostkę podstawiło do brzegu trzech mężczyzn.
Nikt jednak nie jest w stanie określić kim byli. Zniknęli zaraz potem zapuszczając się w głąb miasta, gdzie słuch po nich zaginął. Dopiero po jakimś czasie straże miejskie zdziwione, że na okręcie nie ma ruchu, poszły sprawdzić co się dzieje. Wtedy też odnaleziono nieprzytomną załogę. Co może być istotne, nikogo nie zabito. — wytłumaczył Egaar, wtrącając się do rozmowy.
— Potrzebuję poznać nazwę tej jednostki. Pozostaje również jeszcze jedna kwestia.
Czy okręt posiadał jakiegoś nadzorcę? Człowieka będącego świadkiem tego wydarzenia i na tyle kompetentnego, by z nim porozmawiać?
— Tak, agent Finczer już przesłuchiwał pewnego jegomościa. Statek nosi nazwę „Galpadria”, zaś poza kapitanem dowodzi nim kupiec z hanzy, niestety nie pamiętam nazwiska. — król spojrzał pytająco na szefa wywiadu.
— Jakub Flourenbourt. — dodał Finczer.
— Gdzie obecnie cumuje Galpadria?
— Z tego co nam wiadomo dalej kursuje według wyznaczonego szlaku, aktualnie między Krucją a Trivią. Wcześniej statek obsługiwał również nasze dyplomatyczne poselstwa płynące do Tir Szavar, stolicy Koryfeny. Jednak przez wzgląd na udział okrętu w porwaniu, na chwilę obecną odwołano jego dalsze rejsy. Gildia kupiecka w ten sposób stara się wspomóc śledztwo, do którego przyczyniło się ich zaniedbanie. — król ubrał swoją twarz w grymas wyraźnego niezadowolenia.
— O jakim zaniedbaniu dokładnie mowa?
— Niedługo przed wyprawą w której miał uczestniczyć Florian, hanza wymieniła personel między dwoma regionami. W wyniku tego działania wynajęto również dwóch nowych parobków. Jednego z północy do załadunków i drugiego w roli asystującego kupca. Jego karnacja wskazywała na pochodzenie z południowych krain. Jak się okazało w toku dochodzenia, ci mężczyźni nie byli zarejestrowani w księgach Sanguerry. Ślad po nich zaginął wraz z moim synem i obecnie nie wiadomo kim tak naprawdę byli. Poza oczywistym wnioskiem, że to oni muszą stać za uprowadzeniem.
— Wiadomo coś jeszcze na temat tych mężczyzn? — Orest spojrzał w stronę Egaara.
— Ten który podawał się za kupca kazał nazywać siebie Karamejczykiem.
— Jest jeszcze sprawa, który nie daje mi spokoju… — wtrącił król — Jak już się domyśliłeś, tuż przed wyjazdem z Kwiztorii mój syn udał się do banku Vespucinów i tam wypłacił dużą sumę pieniędzy. Zrobił to rzekomo w moim imieniu na dozbrojenie jakiegoś oddziału. Rzecz w tym, że ja nie miałem pojęcia o żadnej pożyczce. Dopiero zdezorientowany bankier upominający się o spłatę uświadomił mnie, że taka sytuacja miała w ogóle miejsce.
— Czy król twierdzi, że królewicz pod czyimś naciskiem mógł ukraść część złota ze skarbu państwa? — niepewnie spytał Erutejczyk, jakby czuł że zadając to pytanie stąpa po kruchym lodzie.
— Ależ skąd! — krzyknął stary Orenholm. — Znając uparcie i oddanie mojego syna, chciał wspomóc wojsko za moimi plecami, zapewne obawiając się odmowy. Odziedziczył po mnie bardzo ważną jak i ciężką cechę. Dla niego zawsze na pierwszym miejscu stoi racja stanu, często nawet przed moim zdaniem.
— Rozumiem — z nietypowym sobie ukorzeniem odparł detektyw — Wasza Wysokość wspominał, że królewiczowi w podróży towarzyszył doradca. Czy mógłbym prosić o opisanie jego wyglądu? Chodzi mi o cechy szczególne, wyróżniające go znaki.
— Tak. Ze względu na bezpieczeństwo wysłałem z synem Ramiela Naredaina. Ramiel to zaufany człowiek, dodatkowo jest zaklinaczem. Uznałem, że jego umiejętności przydadzą się Florianowi w trakcie podróży. Nie wyróżnia się spośród ludzi niczym szczególnym, no może poza jednym detalem. Kilka lat temu podczas sprzeczki z arystokracją jeden magnat wybił mu ząb. Nie był to chwalebny incydent, poróżniła ich opinia na temat pewnego rozporządzenia. Od tamtej pory Ramiel posiada złoty zamiennik.
— Wasza Wysokość wybaczy, ale muszę zadać również dosyć bezpośrednie pytanie. Czemu na wyprawy poselskie postanowiono wysyłać akurat królewicza?
— Sam się uparł. — monarcha ciężko westchnął — Z początku byłem temu bardzo przeciwny. Ale Florian jest nieugięty, jak na czymś mu zależy to nie odpuści. Kolejna ciężka cecha Orenholmów. Mądre miał pomysły, więc z czasem mu pozwoliłem podróżować, jak już wiesz, pod przykrywką. Mało kto spoza dworu wie jak wygląda, więc ryzyko było nikłe.
— No dobrze, w takim razie wiem chyba wszystko. Musimy wrócić na przetarte szlaki, może tam dowiemy się czegoś nowego, albo znajdziemy jakiś pominięty szczegół. Tymczasem bardzo dziękuję Waszej Wysokości za poświęcony czas. — Vizetian ukłonił się z grzeczności.
— Oreście, zostań jeszcze na chwilę, proszę. Wszyscy pozostali wyjść, chciałem omówić dalej sprawę z Erutejczykiem na osobności. — Vegraff stanowczo wskazał swoim podwładnym drzwi. Wszyscy pośpiesznie skłębili się w okolicach wejścia do gabinetu.
— Chcę dokończyć rozmowę bez niepotrzebnych par uszu. Słyszałem o Tobie bardzo wiele, wiem również że zwykłeś unikać ścierania swoich zawodowych poczynań z polityką.
— Nie ukrywam, że dobrze poinformowano Waszą Wysokość. — Vizetian skinął twierdząco.
— Jesteśmy teraz sami pośród tych czterech ścian, więc etykieta dworska nie będzie Ciebie przez chwilę obowiązywać. Mów mi na ty. — zarządził władca. — Bardzo mi zależy na tym, żebyś nie traktował mojego zlecenia jak monarszego rozkazu. To ojcowska prośba.
Syn to jedyne co mi pozostało w życiu po Tamarze, mojej zmarłej żonie. Zaginął w trakcie pełnienia powierzonych mu przeze mnie obowiązków, nie daruję sobie jeśli… — Orenholm nie dokończył, jego wypowiedź zdławiło nagłe zaciśnięcie gardła. Zapewne chciał powiedzieć coś co nie powinno wybrzmieć na głos.
— Wiem co znaczy obawiać się o życie najbliższych. Dlatego też dołożę wszelkich starań, by doprowadzić sprawę do końca.- oznajmił, spoglądając ze współczuciem na mężczyznę, który pokazał przed nim swoje ludzkie oblicze, zdawać się mogło niespodziewane ze strony tak potężnego człowieka. W oczach monarchy pojawił się radosny wyraz, coś jakby tchnienie wiary w poprawienie sytuacji w jakiej się znajdował. Szybko jednak ustąpił on miejsca powadze. Vegraff wyprostował się w swoim fotelu, oparł łokcie o biurko po czym dodał:
— Darujmy sobie hipokorystyki i pozory. — stanowczo uciął władca — Obaj wiemy, że jesteś tutaj przez wzgląd na leżący przede mną dokument. Mimo wszystko, bardzo doceniam tę decyzję, zapewniam że jej nie pożałujesz. W ramach zapłaty oferuję nie tylko cenne informacje. Ostatnio do skarbu państwa wróciła nieruchomość przy głównym rynku miasta. Kamienica jest wąska, ale ze względu na lokalizację wielu ludzi będzie zainteresowanych kupnem za przyzwoitą sumę. W normalnych okolicznościach opłatę za Twoją pracę uiściłbym tradycyjnie w denarach, jednak w czasach wojny ruchomy pieniądz jest po pierwsze niepewny, a po drugie potrzebny do opłacenia wojsk. Mam nadzieję że taka alternatywa zadowoli Twoje oczekiwania względem wynagrodzenia.
— O wynagrodzeniu porozmawiamy gdy w tym pokoju stanie obok mnie książę, cały i zdrowy. — Orest spojrzał na portret Floriana zawieszony nad królewskim kominkiem. Dziedzic tronu był na nim zapewne znacznie młodszy niż obecnie, bo obraz przedstawiał piegowatego chłopca z jasnobrązowymi włosami i zielonymi oczami, którego książęcy diadem był zdecydowanie za duży rozmiarem. Sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał zsunąć się z główki królewicza i wypaść z ram na podłogę gabinetu.
— Dobrze, w takim razie audiencję uważam za zakończoną. Jutro wieczorem odbędzie się bankiet z dyplomatami z Feliharu i Trójnii, na który jesteś zaproszony w charakterze mojego gościa. Pojutrze zaś spotkasz się z Vespucinem. Wytłumaczy Tobie szczegóły związane z pożyczką zaciągniętą przez Floriana. Następnie wyruszysz z Finczerem do Krucji. Dorim, zaprowadź detektywa do jego komnaty! — władca krzyknął w stronę drzwi, w których po chwili pojawił się szambelan z lekkim ukłonem skierowanym do władcy.
— Waszmość pozwoli za mną. — poprosił grzecznie królewskiego gościa. Vegraff z kolei skierował wzrok nad kominek i zastygł, wpatrując się w milczeniu w portret syna.
— Oreście! — krzyknął u progu królewskiego gabinetu Finczer. — zanim udasz się do siebie, chciałem żebyś poznał mojego serdecznego przyjaciela, hetmana koronnego jazdy powietrznej Zygmunta Kellhorna. Może kiedyś o nim słyszałeś. To nasz największy as przestworzy, bez którego pomocy po naszej stronie nie powstałyby tak prężne oddziały latające. — dodał, wskazując na stojącego obok mężczyznę. Towarzysz Egaara był młodym facetem ubranym w brązową skórzaną kurtkę, przepasaną czarnymi gurtami. Przez jedno ramię i przeciwne mu biodro miał z kolei przewieszony powróz, służący najpewniej do prowadzenia zwierzyny. Na jego szyi mościł się dbale zawiązany pomarańczowy szal, zaś na czoło miał nałożone sporych rozmiarów lotnicze gogle, wykonane ze szlifowanych, niebiesko zabarwionych kryształów, targające chaotyczne kasztanowe włosy generała.
— Kellhorn? Kojarzę to nazwisko. Czytałem jakiś czas temu o Amelii Kellhorn, pierwszej kobiecie, która samodzielnie przeleciała na pteranodonie Morze Międzylądowe. Jest Pan z nią może spokrewniony? — Erutejczyk nie krył zaintrygowania.
— Nie tylko spokrewniony. Opowiada Pan o mojej świętej pamięci matce. — odpowiedział mężczyzna, prostując się z dumnym wyrazem na twarzy.
— Przykro mi to słyszeć. Nie pisano o jej śmierci.
— Niestety, piętnaście lat temu zaginęła ze swoim oddziałem w trakcie lotniczej ekspedycji. Za cel obrała sobie zbadanie dzikich terenów na wschód od Imperium, daleko za Górami Dinozaurzymi. — wyjaśnił z elegancją i spokojem w głosie jeździec. — Wiele lat czekaliśmy na ich powrót. Ostatecznie całą drużynę uznano za martwą i wyprawiono im pogrzeb z państwowymi honorami. Zresztą, to na ich cześć król utworzył dziesięć lat temu Kwiztorską Jednostkę Powietrzną, której mam zaszczyt przewodzić. Jako kontynuator wybitnych dokonań matki. — dodał.
— No tak, teraz poznaję ten ubiór. Słynne Pomarańczowe Szale. Słyszałem o Waszej bohaterskiej bitwie pod Górami Granicznymi, zaraz na początku wojny z Imperium.
— Wspaniały moment dla jamrutejskiego jeździectwa powietrznego. Pteranodony z Masser Schvit padały jak muchy od bełtów wystrzeliwanych przez naszych podniebnych strzelców. — lotnik westchnął podniośle. — Teraz zostaliśmy przydzieleni do bezpośredniej obrony stolicy. Ankevaum obozuje ze swoimi czerwonymi wszami w pobliżu, więc trzymamy rękę na pulsie… Ale dosyć o mnie. — stwierdził hetman. — Słyszałem, że słynie Pan nie tylko z wyśmienitej metodyki prowadzenia swoich śledztw. Ponoć i na dinozaurach zna się Pan jak mało kto.
— Zgadza się. Zasadniczo megafauna na początku mojej kariery była tym, na czym głównie skupiałem swoją uwagę. — przytaknął Erutejczyk.
— Wyśmienicie! Jak tylko skończy się wojna, przydałby mi się taki spec od dzikiej zwierzyny. — Kellhornowi zabłyszczały oczy.
— Doprawdy? Sądziłem, że jamrutejska armia posiada wysoce wykwalifikowanych zaklinaczy. Nie wiem na co ja miałbym się zdać, wszakże nie potrafię nawet zaklinać.
— Nie potrzebuję zaklinacza, tylko dobrego tropiciela! — krzyknął lotnik.
— A co chciałby Pan tropić?
— Od lat planuję wcielić do swojej jednostki kecalkoatla, na pewno Pan słyszał. Mowa o ogromnym pterozaurze, który swą nazwę zawdzięcza pretopijskiemu bóstwu powietrza. — odpowiedział.
— Nie chcę psuć Pańskich nadziei, ale ten gatunek jest zbyt płochliwy i dziki, by można było go trwale oswoić. Musiałby znajdować się pod stałym wpływem telepatii intencjonalnej naprawdę dobrze wyszkolonego fachowca. A najlepiej kilku naraz.
— Kilkanaście lat temu lot na pteranodonie również wydawał się być chorą fantazją! Każde zwierzę da się przyzwyczaić do człowieka, kwestia zaparcia i szkoleń. — rzekł z przekonaniem Kellhorn. — A taki zwierz w szeregach wojska byłby dopiero czymś! Wyobraża Pan sobie oddział złożony z tych wielkich, latających stworzeń? Podobno żyrafy zamieszkujące niegdyś południe były porównywalnie duże co one.
— Wyobrażam sobie wiele rzeczy, jednak ta wizja mnie niezbyt przekonuje. — wzruszył ramionami Vizetian.
— Kiedyś jak spotkamy się ponownie zadziwię Pana! — Zygmunt stwierdził z przekonaniem — Zobaczy Pan, że jeszcze zasiądę na grzbiecie tego majestatycznego stworzenia.
— Póki co trzymam za słowo. — uśmiechnął się Orest. — A tymczasem muszę Panów przeprosić, szambelan się niecierpliwi. — dodał.
— Do zobaczenia jutro na bankiecie, detektywie. — odparł Egaar — Jak będziesz mieć odrobinę szczęścia to może poznasz nawet feliharyjską księżniczkę Jaimini. Mawiają, że to najpiękniejsza kobieta południa. I dużo w tym racji między nami mówiąc. Gdyby nie protokół dyplomatyczny to bym dokładniej opisał Tobie jej zalety. — zaśmiał się, jednak po chwili przestał, skarcony spojrzeniem hetmana Kellhorna.
— W takim razie i ja nie mogę się już doczekać jutra. — rzekł śledczy, po czym ruszył z królewskim urzędnikiem w kierunku przydzielonej mu komnaty.
Sale dla goszczących u króla dyplomatów były wyposażone z wielką starannością. Pod ścianą naprzeciw wejścia stało wielkie łoże, obok którego po dwóch stronach swoje miejsce znajdowały etażerki. Po prawej stronie całą ścianę zajmowały wysokie, wąskie okna z zamkniętymi drzwiami, prowadzącymi na balkon od strony atrium, które znajdowało się wewnątrz zamku. Równolegle do łoża znajdował się rozległy, bogato zdobiony, kamienny komin, zza którego w rogu pokoju wystawał drewniany, trzyskrzydłowy parawan, zapewniający intymność korzystającym z umieszczonej za nim kąpielowej balii. Erutejczyk tego dnia nie myślał jednak o kąpieli. Będąc pozostawionym w komnacie samemu sobie, zdjął pośpiesznie pancerz i położył się zaraz na łóżku, gdzie momentalnie usnął, umęczony trudami dopiero co przebytej podróży.