Eryk Scott. Klątwa żywiołów - ebook
Trzeci tom bestsellerowej serii dla młodzieży, w której najważniejsza jest magia!
Zachwycająca kontynuacja porywająca czytelników w nowe rejony czarodziejskiego świata.
W trzecim roku szkolnym Eryk Scott trafia do magicznej akademii położonej w Japonii, gdzie będzie się uczył nowych przedmiotów, m.in. szpiegostwa oraz obrony przed nekromancją i czarną magią. Coraz mroczniejsze czasy zmuszą go, by wykorzystał je w praktyce.
Lady Muerte odczytała Kodeks Chaosu i coraz śmielej korzysta z przeklętej magii. Gorączkowo poszukuje artefaktów umożliwiających wzmocnienie dziedzictwa dającego władzę nad śmiercią. Doskonale wie, że kluczem do ich znalezienia jest Eryk.
Jak wysoką cenę zapłaci nastolatek za to, co w przeszłości zrobił dla niego ojciec?
I czy ma to jakiś związek z klątwą żywiołów?
Z zapartym tchem śledźcie losy Eryka i jego przyjaciół. Pełne magii żywiołów, sekretów, niezwykłych potworów i niespodziewanych zwrotów akcji.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Dla młodzieży |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8449-477-6 |
| Rozmiar pliku: | 12 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
W PUŁAPCE
Japonia, Kirinomura, magiczna wysepka
obok Hokkaido, obchody święta żywiołów
Czerwiec, pod koniec trzeciego roku nauki Eryka
Łowca rzucił do góry linę zakończoną hakiem. Celował w dach. Hak zaczepił się za pierwszym razem, a mężczyzna sprawnie się podciągnął. Przykucnął i wyrównał oddech. Czekał na wybuch fajerwerków. Wtedy zamierzał ruszyć. Odruchowo rozejrzał się w poszukiwaniu strażników. Nie zauważył nikogo.
„Pewnie większość zabezpiecza plac, na którym odbywają się uroczystości. To dobrze” – pomyślał.
Wreszcie rozległ się huk, a deszcz kolorowych iskier rozświetlił nocne niebo. W tym momencie czarodziej zaczął biec po dachach budynków. Przeskakiwał z jednego na drugi, a żeby nie dać się złapać, ukrywał się w cieniu. Czarny przylegający płaszcz i kaptur pozwalały mu wtapiać się w ciemność. Na buty założył szpony ułatwiające wspinaczkę i poruszanie się po śliskich powierzchniach. Do pasa przymocował katanę z insetytu, różdżkę, krótkie noże do rzucania oraz kilka sakw z petardami dymnymi, eliksirami i runami. Zazwyczaj likwidował potwory, ale długi i nienajlepsze życiowe wybory zmusiły go do wykonywania misji na zlecenie złych ludzi.
Dziś miał zabić prezydenta.
Zeskoczył z dachu i wylądował w ciemnej uliczce. Na jednym z budynków dojrzał dwa cienie, po czym w skupieniu zakradł się w ich kierunku. Gdy był już blisko, wyszeptał inkantację i cisnął w ich stronę dwa zaklęcia oparte na magii ziemi. Zielone paraliżujące pociski błyskawicznie unieszkodliwiły obie postacie, które zdrętwiały i spadły z hukiem na brukowaną uliczkę. Nikt tego nie usłyszał, bo mieszkańcy i turyści byli zajęci świętowaniem. Łowca ruszył dalej, a po kilku zakrętach znalazł się w imponującym ogrodzie: z zadbanymi drzewami, kamiennymi ścieżkami, ogromnym stawem i równo przyciętymi krzewami. Wewnątrz umieszczono kilka pawilonów i wzniesiono świątynię na cześć Hermesa Trismegistosa, ojca żywiołów i twórcy magicznego świata.
Rozejrzał się czujnie. Ogród wydawał się pusty, ale w ciszy dał się słyszeć drobny szelest. Łowca nie był pewien, skąd dobiegał. Ukrył się w cieniu, a po chwili – za szpalerem drzew – spostrzegł czterech patrolujących strażników. Bezgłośnie wyjął zza pasa petardę dymną i rzucił ją wprost pod ich nogi. Gęsty, gryzący dym wzbił się chmurą i zasłonił otoczenie. Wartownicy nerwowo chwycili kostury i wszczęli alarm. Łowca wiedział, że ma coraz mniej czasu na wykonanie zadania, bo zaraz pojawią się posiłki. Choć pawilon był oddalony od miejsca, w którym przebywał prezydent, nie mógł dopuścić, żeby hałas zaniepokoił jego ochroniarzy. Przyspieszył i przebiegł tuż obok wartowników.
Na skraju ogrodu stała kilkupiętrowa pagoda, a każde piętro świątyni miało własną, wygiętą ku górze linię dachu. Ze szczytu na okolicę patrzył złocony posąg smoka, opiekuna żywiołu ognia. Pagoda składała się z pięciu kondygnacji, z których cztery symbolizowały każdy z żywiołów: ziemię, wodę, ogień i powietrze. Ostatnie piętro uosabiało wzajemne przenikanie się tych sił. Tylko wtajemniczeni czarodzieje wiedzieli, że tak naprawdę najwyższa kondygnacja symbolizowała chaos. Tą przeklętą siłą władała Lady Muerte – była uczennica magicznych akademii, obecnie nekromantka zafascynowana czarną magią – i całkowicie lekceważąca śmiertelnie niebezpieczne konsekwencje posługiwania się nią. Teraz ryzykowała mniej, bo odczytała Kodeks Chaosu dający dostęp do nieznanych wcześniej zaklęć, klątw i receptur alchemicznych. Znalazła w nim sposób na zminimalizowanie zgubnego wpływu przeklętej magii.
Wysokość świątyni kogoś innego zapewne przyprawiłaby o zawrót głowy. Łowcy jednak zdarzało się pokonywać już wyższe przeszkody. Był przygotowany. Wykorzystując kolce na butach, wskoczył na jedną ze ścian. Drewniana konstrukcja ułatwiała wspinaczkę, mimo to dobył zza pasa krótkich noży, których używał jak czekanów. Pierwsze metry szły opornie, ale szybko złapał rytm. Nawet nie spostrzegł, kiedy znalazł się na najwyższym piętrze. Zdziwiło go, że na mijanych przez niego tarasach nie ma strażników.
„Dlaczego byli tylko na dole?”, pomyślał.
Schował noże i wyjął różdżkę zaklętą magią chaosu. Z jej powierzchni unosił się dym. Dyskretnie wszedł do środka. Puste pomieszczenie rozświetlał jedynie delikatny błysk lamp, a w centralnym punkcie holu stał marmurowy posąg Hermesa Trismegistosa. Wysokiego czarodzieja z brodą przedstawiono w spiczastym kapeluszu i długim płaszczu. W jednej ręce trzymał księgę symbolizującą Kodeks Chaosu, na palcu drugiej widniała sfera. Niektórzy z członków Loży Chaosu wiedzieli, że oznaczała ona źródło nieskończoności podzielone na dwa amulety: znak żywiołów i znak chaosu.
Łowca ostrożnie stawiał kroki na skrzypiącej drewnianej podłodze przykrytej matami. Im dłużej był w pomieszczeniu, tym bardziej się denerwował. Czuł, że coś jest nie tak. Było tu zbyt spokojnie. Zdecydowanym ruchem, przygotowany do rzucenia zaklęcia, odchylił papierowy parawan oddzielający prowizoryczny gabinet od miejsca kultu Architekta. Spojrzał na prezydenta siedzącego na fotelu. Polityk miał zamknięte oczy.
„Czyżby spał? Przecież powinien niedawno wrócić po zakończeniu obchodów”, pomyślał łowca.
Zgodnie z tradycją na pokazie sztucznych ogni rozpoczynającym mniej oficjalne świętowanie prezydenta reprezentował komisarz zarządzający tymi terenami. W tym czasie głowa państwa udawała się do świątyni na medytację, żeby w odosobnieniu oddać cześć ojcu żywiołów.
Polityk jednak nijak nie zareagował na wejście łowcy.
Kiedy ten był tu kilka nocy wcześniej, dokładnie sprawdził teren. Znał rozkład pomieszczeń. Wiedział, jak się po nich poruszać bez zwracania na siebie uwagi. Zdawał sobie sprawę z istnienia ukrytego przycisku ratunkowego w fotelu prezydenta. Zerknął w tamtym kierunku. Dłoń polityka zdawała się sięgać do guzika, ale nie zdążyła go wcisnąć. Pospiesznie pochylił się nad mężczyzną i sprawdził mu tętno.
Orion Roy nie żył.
Ktoś go uprzedził. Odruchowo włożył dłoń do kieszeni w poszukiwaniu złotej monety z wizerunkiem harfy na awersie oraz inicjałami RR. Miał ją zostawić pod fotelem, żeby zasugerować, że to Rufus Russel zlecił zamach. Problem w tym, że identyczna moneta już tam leżała. To nie miało sensu.
Z korytarza dobiegły go odgłosy kroków.
„Wrobili mnie?”
Zostawił monetę w kieszeni i zacisnął dłoń na różdżce.
Kolejne wydarzenia rozegrały się błyskawicznie.
Zanim pomyślał, jakiego zaklęcia użyć do obrony, ktoś zawołał:
– Łapać go! Nie dajcie mu uciec!
Łowca znał ten głos. Do środka w asyście strażników wbiegł przewodniczący Rady Bezpieczeństwa Magów. Mimo piastowanej funkcji James Blackwood nosił taką samą zbroję jak wartownicy. Twierdził, że nigdy nie przestał być jednym z nich. Teraz cały oddział w kunsztownych samurajskich zbrojach z maskami i rogatymi hełmami mierzył w łowcę kosturami. Czarodziej wiedział, że walka z nimi nie ma sensu.
– Stój! Rzuć broń! Jesteś zatrzymany! – oznajmił stanowczym tonem James Blackwood, wpatrując się z przerażeniem w ciało prezydenta.
„Komu jeszcze zależało na zmianie władzy?”, pomyślał łowca, rzucając na podłogę różdżkę.ROZDZIAŁ 2
LEKKIE PRZEGIĘCIE
Japonia, Akademia Szpiegów Spellmore
Początek września, dziewięć miesięcy
przed zabójstwem prezydenta
Eryk i Jay D stali przed ogromnym automatem wypełnionym magicznymi butami. Byli już na trzecim roku, ale magiczny świat wciąż potrafił ich zaskoczyć. W japońskiej Akademii Szpiegów Spellmore każdy uczeń mógł wybrać jedną zaklętą parę butów, uzupełniającą tegoroczny mundurek.
„Przecież one nie pasują do mojej nowej fryzury”, żachnął się Jay D, rosły nastolatek, kiedy po raz pierwszy zobaczył w szkolnej szafie luźne spodnie i kimono. Oba ciuchy były w kolorze zielonym, przypisanym do żywiołu ziemi. Ciemnoskóry Amerykanin pochodził z półmagicznej rodziny: jego ojciec był człowiekiem, znanym raperem, a matka – wiedźmą.
Zrezygnowany, włożył nowy szkolny mundurek tuż przed wyjściem z sypialni. Jak co roku nieco zmienił styl. Tym razem nie miał już na głowie afrykańskich warkoczyków, tylko dredy, a raczej jeden wielki dred. Eryk pomyślał, że kumpel wygląda tak, jakby wyhodował na głowie wielki ananas, ale zachował tę uwagę dla siebie.
Jay D był najlepszym przyjacielem Eryka. Rozpoczął naukę później niż reszta uczniów. Teraz miał prawie siedemnaście lat. To on objaśnił mu zasady bitewniaka – magicznej gry uwielbianej przez czarodziejów. Występowały w niej dwa rodzaje rozgrywki: drużynowa, gdy troje graczy mierzyło się z potworami, oraz wyczynowa, podczas której gracze rywalizowali między sobą. Pierwszą z nich praktykowało się w akademiach jako jeden z egzaminów na zakończenie roku. W drugiej przeprowadzano profesjonalne zawody.
– Które wybierasz? – Jay D przebiegł wzrokiem po różnych modelach butów, zastanawiając się, które najlepiej będą pasować do jego looku.
– Czerwone jordany jedynki – odpowiedział Eryk. – Dostałem takie w zeszłe wakacje od dziadka Wiki. Zawsze o takich marzyłem, ale tamte nie są magiczne. No wiesz, brudzą się i niszczą. Trochę się też już zużyły. Nie jak te przerobione przez naszych zaklinaczy. A ty?
– Żeby ratować stylówę, wybiorę coś pasującego do kimona i luźnych spodni. – Jay D westchnął teatralnie. – Dobrze, że nie kazali nam w tym roku chodzić w szlafrokach – zakpił.
– Nie narzekaj, nie jest tak źle. Poza tym nie wiemy, jakie stroje czekają na nas w Akademii Łowców w Yellowheim. – Erykowi z kolei kimono od razu przypadło do gustu.
Doceniał to, że jest luźne, a cały strój pasuje kolorystycznie do kryształów w ich amuletach żywiołów. Magowie ziemi mieli w nich zielone szmaragdy, władający żywiołem powietrza – żółte topazy, wodniacy – niebieskie szafiry, a ci od ognia – czerwone rubiny.
– W Yellowheim będzie coś rockowego, zobaczysz. Moja mama najbardziej lubiła właśnie tę amerykańską akademię. Mówiła, że nigdy nie wiadomo, na jakie mundurki się tam trafi, bo się zmieniają.
Przez pierwsze cztery lata uczniowie poznawali podstawy magii w szkołach zlokalizowanych na Islandii, w Irlandii, w Japonii i w Stanach Zjednoczonych. Po zdaniu egzaminu końcowego każdy wybierał dwuletnią specjalizację w jednej z tych szkół. Młodzi adepci magii mogli zostać strażnikami, alchemikami, szpiegami lub łowcami. Pierwszeństwo wyboru mieli ci z wyższą liczbą punktów. Po opanowaniu podstaw i skończeniu specjalizacji zaczynali pracę. Tylko najlepsi otrzymywali propozycje zgodne z wybraną profesją. Reszta musiała się zadowolić innymi zajęciami oferowanymi przez magiczny świat.
– Pewnie będzie w kolorach amerykańskiej flagi i dodadzą do niego kowbojski kapelusz – zaśmiał się Eryk, bo przypomniał sobie oglądaną z babcią paradę z okazji Dnia Niepodległości.
– A może będziemy mogli przybrać barwne imiona jak niegdyś rdzenni mieszkańcy tych ziem? – Jay D się rozmarzył.
– Wiki będzie się nazywać Rozpieszczona Strzała, a Omar Tańczący z Książkami – wymyślił na poczekaniu Eryk.
– Erykowi nadadzą imię Nienażarty Niedźwiedź. A jego najwierniejszy kumpel Jay D będzie znany jako Zalotny Bawół zdobywający kobiece serca – zakpiła Wiki, która właśnie dołączyła do chłopaków w towarzystwie swoich koleżanek. – Jeśli już musicie wiedzieć, w Yellowheim czasem nosi się po prostu dżinsy i T-shirt, innym razem hawajskie koszule i szorty. Ważne, żeby czuć się swobodnie. – Przewróciła oczami, jakby to było oczywiste.
– Amerykański luz – podsumował Eryk.
Ułożył palce w pistolecik, udał, że strzela, a potem dmucha na lufę.
– Czujesz go, ziomek, i o to chodzi. – Jay D się uśmiechnął i wystawił pięść do żółwika.
Dziewczyny wepchnęły się w kolejkę przed chłopców. Prawie wszystkie wybrały wysokie trampki. Przekrzykiwały się, która jak podrasuje buty, żeby były wyjątkowe. Wiktoria postawiła na klasyczną parę czarnych tenisówek za kostkę i oznajmiła reszcie, że nic z nimi nie zrobi, bo tak wyglądają dobrze. Nastolatka urosła przez lato i była teraz jedną z najwyższych dziewczyn na roku. Z czarnymi warkoczami, bladą twarzą, amuletem ognia i piwnymi oczami o łobuzerskim wyrazie wyglądała trochę jak starsza siostra Eryka.
W wakacje prawie nie bywała w rezydencji dziadka. Od razu po zakończeniu Evermore popłynęły z matką na urlop na rajską wyspę. W tym czasie słynnych salonów piękności Molly Blackwood pilnowała jej nowa asystentka, młoda wiedźma zafascynowana branżą beauty. Okazała się godna zaufania i tak obrotna, że mama Wiki pierwszy raz nie spędziła wakacji w pracy, tylko naprawdę mogła się zrelaksować.
Mimo że Wiki nie dotrzymywała Erykowi towarzystwa, ten nie skarżył się na nudę. Latał na skrzydlatych koniach należących do Rufusa Russela i pomagał w stajni. Najmocniejsza więź połączyła go z Grzmotkiem; byli w zasadzie nierozłączni. Koń zdawał się wręcz zazdrosny, kiedy chłopiec kilka razy latał na innym wierzchowcu.
Eryk odrobił wszystkie zadane na lato prace domowe i studiował uważnie dziennik łamacza czarów. Zdawał sobie sprawę, że zawarte w nim informacje mogą się przydać. Rozmawiał z Mią przez szklaną kulę i wiedział, że przyjaciółka chciałaby wrócić do szkoły. Odzyskała moc, więc na przeszkodzie stał tylko niezaliczony materiał. Jej mama wystąpiła do samego prezydenta z prośbą o zgodę na rozpoczęcie przez dziewczynę roku szkolnego w Spellmore. Mia miała nadrobić zaległości w wakacje i zdać zaległe egzaminy, z czym poradziła sobie śpiewająco. Nie miała jednak pojęcia, że pozytywna decyzja i przychylność prezydenta Oriona Roya wiązała się z dokumentami obciążającymi Rufusa Russela, które dostarczył mu jej ojciec. Prezydent trzymał je w sejfie w swoim gabinecie i zamierzał wykorzystać na finiszu kampanii wyborczej.
– Zastanówcie się lepiej, jak poradzicie sobie z Mroczniakami. – Do rozmowy dołączył Omar Akbas, chłopak o brązowej cerze i krótkiej fryzurze, władający żywiołem powietrza.
Nigdy nie rozstawał się z podręcznikami. Teraz pod pachą taszczył Podstawy magii defensywnej w praktyce.
– Z kim? – Oczy Eryka rozszerzyły się ze zdziwienia.
– Dowiesz się na lekcji obrony przed nekromancją i czarną magią, ale uwierz mi, że to nie przelewki – odpowiedział tajemniczo Omar.
Eryk westchnął, ale szybko pogodził się z tym, że kumpel nie powie mu nic więcej.
Przypomniał sobie, jak ogromne wrażenie zrobiła na wszystkich czerwona brama prowadząca do magicznej akademii. Nie mówiąc o samej szkole, a raczej o zamku tonącym w chmurach, z linią dachów wygiętą ku górze. Akademia Spellmore znajdowała się na szczycie wygasłego wulkanu. Po tym, jak uczniowie wraz z wychowawcami przybili do brzegu zaczarowanym szkolnym galeonem, wsiedli do balonowych koszy zawieszonych na linach i dostali się do szkoły specjalnym wyciągiem.
To było naprawdę ekstra.
Każdy z trzech koszy z ogromną prędkością zabierał ich na sam szczyt, wprost do ogrodu, pośrodku którego stał budynek szkoły.
Niestety to pozytywne wrażenie szybko zatarł wystrój sypialni.
– Sypialnie w tym roku są tragiczne. – Jay D spojrzał na znajomych, którzy przymierzali buty i zastanawiali się, czy dokonali dobrego wyboru.
– O co ci chodzi, Jay? – spytał Eryk.
– Szału nie ma – prychnął Jay D.
Tęsknił za pokojami w Irlandii, dostosowanymi do żywiołów, którymi władali. Za domkami na drzewach, dżunglą, jeziorem i wnętrzem wulkanu.
– Jest gorzej niż u mnie w domu – skwitowała Wiki.
– To akurat nietrudne – zaśmiał się Eryk. – Twój dom to luksusowa posiadłość.
– Nie chciałam się wywyższać. Pracuję nad sobą. – Dziewczyna spojrzała na niego i mrugnęła.
Choć docinali sobie na każdym kroku, darzyli się sympatią. Przeżyli wspólnie wiele przygód i wiedzieli, że mogą na siebie liczyć. Jay D tylko się uśmiechnął, a Omar zachichotał.
W odróżnieniu od irlandzkich sypialni, zaklętych z nieprawdopodobną fantazją, w tych nie było nic szczególnego. Każdy uczeń mieszkał osobno, żeby mógł wypocząć i skupić się na nauce. Musiał zadowolić się wysokim łóżkiem, pod którym stało biurko, i pościelą z wizerunkiem opiekuna swojego żywiołu: krakena w przypadku drużyny wody, smoka u władających ogniem, sfinksa u tych, którzy zaklinali wiatr, i niedźwiedziołaka w pokoju Eryka, Jaya D i innych władających żywiołem ziemi. Prosty wystrój uzupełniały fotel, regał na książki i pomoce naukowe, szafka nocna z lampką naftową oraz szafa z kompletem ubrań. Eryk nie był wymagający, ale przeszkadzała mu pnąca się po suficie wisteria, na którą miał alergię, przez co strasznie ciekło mu z nosa. Gdy powiedział o tym Jayowi D, ten rzucił na nią czar z magii podstawowej i przestała pachnieć.
– Spodziewałem się czegoś bardziej… – zaczął znów Amerykanin.
– Zajeżystego? – wtrącił się Eryk.
– Tak gadają tylko boomerzy. – Wiki przewróciła oczami i pokręciła głową.
– Zajeżyste pokoje. Tak mówi profesorka Aurora. Chyba nie śmiesz nazywać nauczycielki boomerką, Wiktorio Blackwood? – zaśmiał się Jay D, parodiując ton głosu niskorosłej wychowawczyni drużyny ziemi.
Wiki chciała coś odpowiedzieć, ale wtedy wśród uczniów zapanowało jakieś poruszenie. Do sali weszła nowa uczennica. Zoe, bo tak miała na imię ta blada blondynka z napuszonymi lokami do ramion, w różowej pelerynce i lakierkach w pudrowym kolorze, poruszała się pewnym krokiem. Na szyi nosiła amulet żywiołu ognia. Obok niej dryfował w powietrzu latający dywan zwinięty w rulon.
– Cześć, wybieracie magiczne buty? – spytała, uśmiechając się nienaturalnie i badając wzrokiem innych uczniów.
– A coś ci nie pasuje? – spytała zaczepnym tonem Wiki, która zrobiła kilka kroków naprzód.
Zoe przez chwilę patrzyła na nią w milczeniu.
– Ty pewnie jesteś Wiktoria Blackwood. Wybacz, że od razu nie poznałam. Kojarzę cię z bankietu twojego dziadka. Dziwi mnie, że pchasz się z resztą po darmowe gadżety. Myślałam, że po kimś z takiej rodziny można spodziewać się więcej klasy. Chyba stać cię na buty, co? – spytała z przekąsem.
– Wychowawczyni nam kazała… – Eryk chyba po raz pierwszy widział, żeby Wiktoria była zbita z tropu.
– Nie wszyscy dorośli chcą dla ciebie dobrze – odparła Zoe.
Wiki nadal stała jak wryta.
– Ona jest niesamowita – szepnął Erykowi do ucha Jay D.
– Kim ty jesteś? I co sobie wyobrażasz? – Wiktoria odzyskała nieco werwy, zakłopotana tym, jak patrzą na nią przyjaciółki.
– Nazywam się Zoe T-A-Y-L-O-R – zaakcentowała dokładnie dziewczyna.
– Jesteś krewną Niki Taylor? – spytał odruchowo Eryk, który słyszał to nazwisko podczas transmisji magicznych wyścigów.
– Niki Taylor to najszybsza zawodniczka zeszłorocznego Air Grand Prix skrzydlatych koni z Celtics Boys – wyrecytował Jay D.
– Ta sama, ale już nie ściga się dla Celtów. – Zoe uśmiechnęła się złośliwie. – Dziadek Wiktorii za słabo płacił. W tym sezonie mama przeszła do American Hawks i to dla nich zdobędzie puchar – dodała z przekonaniem.
– Taylor mknie po zwycięstwo! Wyprzedza przeciwników i zostawia ich w tyle. Jest na ostatniej prostej i… wygrywa! – zacytował wypowiedź dziennikarza komentującego ostatni wyścig Niki Jay D, największy fan tej dyscypliny.
– I na wszystko zapracowała sama. – Zoe spojrzała wymownie na Wiki.
Policzki czarnowłosej dziewczyny zapłonęły.
– Może twoja matka jest za słaba, żeby ścigać się w naszej drużynie? – spróbowała się odgryźć.
– Chyba sobie kpisz, dziewczynko. – Zoe wyciągnęła otwartą dłoń i trzymała ją na wysokości twarzy Wiktorii.
Potem z wyższością odwróciła się na pięcie i ruszyła do sekretariatu dopełnić formalności.
– Widzieliście minę Wiki? – zapytał Jay D, kiedy już wszyscy wybrali buty, a chłopcy szli w kierunku swoich sypialni.
– Nikt jej nigdy tak nie pocisnął. Ciekawe, dlaczego Zoe przerwała indywidualne szkolenie u rodziców i dołączyła do nas na trzecim roku? – zastanawiał się na głos Eryk.
– To zdarza się rzadko. Zazwyczaj magiczne rodziny odpowiadają nawet za specjalizacje – stwierdził Omar.
– Ważne, że Wiki w końcu dostała za swoje – wtrącił Aki Tanaka, niski Azjata władający żywiołem wody.
Chłopak od dawna miał na pieńku z Wiktorią. Nie podobały mu się jej wyniosłość i to, jak traktowała innych.
– Zapowiada się ciekawy rok – podsumował Jay D.
Kiwnął pozostałym głową i wszedł do swojego pokoju, a inni poszli w jego ślady.ROZDZIAŁ 3
POWITALNE SUSHI
Japonia, Akademia Szpiegów Spellmore
Erykowi znowu śnił się ten sam sen. Był w więzieniu. Błąkał się pośród setek kamiennych figur ustawionych w szyku bojowym. Posągi przypominały szkielety, zdeformowane człekokształtne istoty i kilkumetrowe golemy. Unosił się z nich, jakby z niedogaszonych ognisk, charakterystyczny dla magii chaosu dym. Za armią, niczym generał, stał kamienny zakapturzony żniwiarz. W kościstej dłoni jednej ręki trzymał kosę, drugą ręką wskazywał kierunek ataku. Eryk czuł bijący od niego chłód. Przysiągłby, że chodząc obok posągów, słyszał szepty zlewające się w niezrozumiały syk.
„Jak to możliwe, przecież to rzeźby?”, myślał.
Nagle zza jednej z figur wyłonił się czarodziej. Wydawał się znajomy. Eryk poczuł, jak wzbierają w nim emocje. Tak wyobrażał sobie swojego ojca, którego nigdy nie widział. Rozczochrany siwowłosy mężczyzna szedł w jego stronę. Chciał coś powiedzieć, ale kiedy otworzył usta, sen nagle się urwał.
W zeszłym roku chłopak dowiedział się, że jego ojciec żyje. Dostał od niego list, w którym ojciec wyjaśnił, co Eryk musi zrobić, żeby go uratować. Ian Hunt popełnił straszną zbrodnię. Zabił nieśmiertelną wróżkę, żeby ocalić brzemienną żonę. Jego przyjaciel Arsen, alchemik, uwarzył eliksir podtrzymujący życie jej i dziecka. Dzięki niemu Eryk przeżył. Jego matka Olga nie miała jednak tyle szczęścia i zmarła zaraz po porodzie. Teraz Ian i jego siostra, która pomogła mu zatuszować zbrodnię, ukrywali się poza Unią Magów.
Eryk czuł, że ojciec znów się do niego odezwie. Pewnie, jak wielu innych, będzie chciał wykorzystać jego niewrażliwość na żywioły. Nie mógł bezczynnie czekać na kontakt, dlatego na mapie otrzymanej w ekwipunku łamacza czarów szukał wizerunku strusia, na który przestawił się zrywacz pieczęci. Zrywacz był kluczem do odnalezienia artefaktów potrzebnych do wzmocnienia dziedzictwa pozostawionego czarodziejom przez Hermesa Trismegistosa. Po przeprowadzeniu transmutacji przy wykorzystaniu tych wszystkich elementów dawał właścicielowi władzę nad żywiołami, chaosem, a nawet śmiercią. Do tej pory doprowadził już chłopca do Kodeksu Chaosu i szmaragdowej tablicy. Przy pierwszej okazji Eryk postanowił powiedzieć o tym ojcu. Wierzył, że dzięki wzmocnieniu dziedzictwa, o którym słyszał, jego ojciec i ciotka będą mogli wrócić do Unii Magów.
Od pierwszego roku nauki Eryk w każde wakacje i ferie mieszkał w posiadłości Rufusa Russela. Większość czasu spędzał tam z gargulcem Stefanem, który pełnił funkcję kamerdynera. Do zestawu chorób leciwego Stefana doszły ostatnio problemy z korzonkami. Często uskarżał się też na migreny, złe samopoczucie, artretyzm i brak wigoru spowodowany wiekiem. Erykowi było go żal. Traktował go jak przyjaciela, nigdy jak sługę. Pomagał mu, a odkąd Stefan wprowadził się do jego pokoju, przywykł nawet do jego chrapania. Nie mógł doczekać się przerwy świątecznej, kiedy znowu się z nim spotka, a do tego polata na Grzmotku.
•
Eryk przebudził się, bo coś wskoczyło mu na twarz. Mała jaskrawofioletowa żabka nie chciała z niego zejść. Zasłaniała mu oczy i rechotała wniebogłosy. Kiedy to nie przyniosło skutku, zaczęła kąsać chłopaka po policzku. To był Rechotek – magiczny budzik samodzielnie decydujący, o której godzinie będzie zrywać właściciela z łóżka. Najpierw budził uczniów do szkoły, a potem, w dorosłym życiu, do pracy. Każdy z uczniów otrzymał go na zakończenie drugiego roku nauki od dyrektora Ulyssesa Bennetta z Akademii Alchemików. Sumienny właściciel Rechotka mógł liczyć na prezent – magiczny cukierek, który zastępował poranne mycie zębów.
– Daj żyć, Rechotku. Zaraz wstaję – sapnął Eryk.
– Rech… Rech…