Etatowa - ebook
„Etatowa” to dojrzała, emocjonalna i niezwykle prawdziwa powieść o samotności ukrytej za codziennością, o potrzebie bliskości, sztuce, która potrafi leczyć, oraz o odwadze, by po latach zacząć malować własne życie od nowa. To książka dla kobiet, które choć raz miały poczucie, że są niezastąpione dla wszystkich… oprócz samych siebie.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 3,1 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Środa, czyli teoria etatu
Biuro o dziewiątej rano: czterdzieści dwie osoby, czterdzieści dwie pary słuchawek, jeden ekspres rzężący jak zepsuty odkurzacz. Rośliny na parapetach, kupione kiedyś w przypływie troski o estetykę przestrzeni biurowej, teraz na wpół uschnięte, bo nikt formalnie nie był za nie odpowiedzialny, a nieformalnie każdy zakładał, że zajmuje się nimi ktoś inny. Anka miała dwadzieścia siedem faktur do sprawdzenia. Pracownia naprzeciwko była dziś aktywna - nowe kolory na palecie, widoczne nawet bez lornetki.
Krysia przechodziła obok.
— Znowu — powiedziała, bez cienia pytania.
— Sprawdzam mur.
— Mur nic nie robi.
— Właśnie dlatego jest najspokojniejszym punktem tego biura.
Bartek zdjął słuchawki o jedenastej.
— Słyszałaś, że Nowak odchodzi? Do Orbitum. Z całym teamem.
— Z kim dokładnie?
— Z Kamilą, z Wojtkiem z rozliczeń, i podobno z kimś z IT, choć nikt nie potwierdza, kto to jest. To już brzmi jak plotka miejska - każdy słyszał, nikt nie widział.
— A ty zostajesz?
— Ja zostaję, bo mam kredyt na mieszkanie i żonę, która lubi stabilność bardziej niż przygody. Ty zostajesz, bo...
— Bo mam swoje powody.
— Zawsze masz swoje powody, których nie chcesz zdradzić. To jest twoja markowa cecha, Anka. Tajemniczość podana w opakowaniu nudy.
— To brzmi jak komplement przebrany za obelgę.
— Albo obelga przebrana za komplement. Sam nie jestem pewien, w którą stronę to poszło.
Krysia, przechodząc akurat obok z plikiem dokumentów, wtrąciła się bez zaproszenia, jak to miała w zwyczaju.
— O czym rozmawiacie?
— O mojej tajemniczości — powiedziała Anka.
— To nie jest tajemniczość. To jest system segregacji informacji, taki sam, jakiego ja używam do akt pracowniczych. Niektóre rzeczy trafiają do teczki "do wglądu", inne do "poufne". Ty po prostu masz więcej teczek poufnych niż większość ludzi.
— To zaskakująco trafna metafora.
— Piętnaście lat w kadrach uczy człowieka myśleć w kategoriach segregacji. Wszystko, co widzę, od razu kategoryzuję.
— A do której kategorii trafiam ja?
Krysia zastanowiła się przez chwilę, z tą powagą, jaką rezerwowała dla naprawdę trudnych pytań kadrowych.
— Do specjalnej. Nienazwanej jeszcze, ale obserwowanej z uwagą.
Anka zaczęła obracać długopisem. Faktury i mur - jej życie zawodowe zredukowane do tego rytmu. A obok, osobno, niewidoczny dla nikogo w tym biurze: Tomek, wtorki i czwartki, wino z Mokotowa.
O siedemnastej trzydzieści, przy wyjściu z budynku, minęła mężczyznę z płócienną torbą w plamach farby. Nie spojrzała na twarz od razu. Torba przyciągnęła wzrok - oranż, granat, biel wygrywająca z każdym tłem. Spojrzała w końcu. Może czterdzieści lat. Szara koszula. Patrzył przed siebie, nie na nią.
Minęli się. Autobus przyjechał. Wsiadła. Przez całą drogę do domu myślała, że pracownia naprzeciwko - ta, którą obserwowała przez lornetkę - należy do tego samego kompleksu budynków co jej biuro. Inne wejście, inna klatka, ten sam adres. Dziesięć lat i nigdy tego nie sprawdziła. Może to były te ręce.
Autobus jechał przez Most Poniatowskiego i przez okno Anka patrzyła na Wisłę, szarą o tej porze roku, z barkami wiążącymi piasek pod prąd. Starszy mężczyzna obok niej czytał gazetę z takim skupieniem, jakby świat zewnętrzny przestał dla niego istnieć, a nastolatka po drugiej stronie przejścia słuchała muzyki na tyle głośno, że fragmenty basu przebijały się przez słuchawki, tworząc tę specyficzną miejską symfonię przypadkowych dźwięków, do której Anka była przyzwyczajona od lat, ale której tego dnia, z jakiegoś powodu, słuchała uważniej niż zwykle.
Wieczorem u Doroty, przy winie i ciasteczkach migdałowych, których przepisu przyjaciółka nikomu nie zdradzała, Paweł zniknął do gabinetu, ale wrócił niespodziewanie po kwadransie, w samych skarpetkach.
— Przepraszam, że przerywam — powiedział, grzebiąc w szufladzie kredensu. — Szukam pilota. Dorota, widziałaś?
— Pod kanapą, jak zawsze.
— Dlaczego zawsze ląduje pod kanapą?
— Bo zawsze go tam chowasz, kiedy zasypiasz przy meczu, a potem obwiniasz grawitację.
Paweł wydobył pilota, spojrzał na obie kobiety z tą podejrzliwością, jaką miał zawsze, kiedy przerywał ich rozmowy.
— O czym rozmawiacie? Znowu o facetach Anki?
— O malarstwie — powiedziała Dorota z kamienną twarzą.
— Też dobrze — powiedział Paweł i zniknął z powrotem do salonu.
— Tomek pytał o malarstwo — powiedziała Anka, kiedy zostały same. — Chce zobaczyć.
— I?
— Odmówiłam. To jedyna rzecz, która nie jest częścią umowy.
— Sprytne. Albo smutne. Jeszcze nie zdecydowałam które.
— Może jedno i drugie.
Dorota nalała więcej wina.
— Miałam też zdarzenie pod biurem — powiedziała Anka. — Malarz z pracowni naprzeciwko. Widziałam go z bliska.
— I?
— Ciekawość. Tylko ciekawość.
— Z tobą nigdy nie jest tylko ciekawość, Anka. Ty nazywasz ciekawością rzeczy, które później okazują się czymś więcej, żeby nie musieć się z nimi mierzyć od razu.
— To nie to samo co Tomek. Nie planuję z nim spać.
— Nie mówię o spaniu. Mówię o tym, że pierwszy raz od lat wspominasz mi o mężczyźnie, z którym nie masz jeszcze żadnej umowy. To już jest coś nowego w twoim katalogu.
Dorota Kamińska od dekady rozwijała swoją teorię na temat Anki, z konsekwencją, jaką naukowiec poświęca hipotezie roboczej: Anka boi się związku, który czegoś od niej wymaga, więc wybiera mężczyzn, którzy z definicji niczego wymagać nie mogą.
— To nie jest bycie kochanką — mawiała. — To jest zarządzanie ryzykiem przebrane za romans.
Znały się od czasów studiów - Dorota studiowała psychologię, choć nigdy nie skończyła praktyki klinicznej, wybierając zamiast tego pracę w agencji reklamowej, gdzie, jak twierdziła, "ludzie są równie połamani, ale przynajmniej płacą lepiej za naprawianie ich kampanii niż ich psychiki". Przez dwadzieścia lat była dla Anki tym, czym nikt inny nie potrafił być: kimś, kto pamiętał wszystkie wersje jej samej, od studentki bojącej się egzaminów po kobietę żonglującą teraz kilkoma równoległymi mężczyznami i kochał każdą z tych wersji z tą samą bezwarunkową uporczywością.
— Wiesz, że mogłabyś była zostać terapeutką, gdybyś skończyła tę specjalizację — powiedziała jej kiedyś Anka.
— I słuchać cudzych problemów za psie pieniądze, zamiast słuchać twoich za darmo, przy dobrym winie? Nie, dziękuję. Wolę pro bono, ale z lepszym cateringiem.
Zanim poznała Pawła, Dorota też miała swoją historię mężczyzn niewłaściwych - mniej liczną niż kolekcja Anki, ale równie pouczającą. Był Rafał, z którym była zaręczona przez rok, zanim odkryła, że ma drugą narzeczoną w Krakowie, o czym opowiadała teraz z tym samym czarnym humorem, z jakim opowiadała o wszystkim, co ją kiedyś zraniło. Był też Wojtek, artysta bez grosza, którego kochała najbardziej ze wszystkich, ale z którym rozstała się, bo, jak to ujęła, "miłość nie płaci czynszu, a ja miałam już dość życia od pierwszego do pierwszego".
— Czasem myślę, że gdybym została z Wojtkiem, byłabym teraz biedna, ale szczęśliwsza — powiedziała kiedyś, już po którymś kieliszku, w noc szczerości rzadszą niż zwykle.
— A z Pawłem?
— Z Pawłem jestem bezpieczna. To inny rodzaj szczęścia, mniej spektakularny, ale bardziej przewidywalny na starość.
— Żałujesz wyboru?
— Nie tego wyboru. Czasem żałuję, że musiałam wybierać w ogóle, że życie nie pozwala mieć jednocześnie bezpieczeństwa i tej szalonej namiętności, jaką miałam z Wojtkiem. Ale to chyba jest właśnie dorosłość — wybieranie, czego się bardziej potrzebuje, nie czego się bardziej pragnie.
Anka słuchała tego wyznania z tym szczególnym rodzajem uwagi, jaką rezerwowała dla rzadkich momentów, kiedy Dorota, zwykle tak pewna swoich teorii o cudzym życiu, odsłaniała coś z własnych wątpliwości.
— Nigdy mi o tym nie mówiłaś w ten sposób.
— Bo zwykle łatwiej jest analizować twoje wybory niż przyznać się do własnych żalów. To chyba nasza wspólna strategia unikania, tylko w różnych kierunkach.
Anka wróciła do domu późno. Sztalugi czekały - czerwony ślad, teraz kobaltowa linia przez środek. Dwa gesty, żaden nie prosił o więcej niż był.
Zanim poszła spać, przeczytała jeszcze raz wiadomość od Doroty, wysłaną chwilę wcześniej: _pamiętaj, że teoria to nie wyrok. Możesz ją obalić w każdej chwili, jeśli zechcesz._
Odpisała: _a jeśli nie chcę jej obalać, bo mi z nią wygodnie?_
To też jest odpowiedź. Tylko upewnij się, że to naprawdę wygoda, a nie strach przebrany za wygodę.
Anka odłożyła telefon, nie odpisując więcej. Niektóre pytania lepiej było zostawić bez natychmiastowej odpowiedzi - nie z unikania, ale z szacunku dla czasu, jakiego uczciwa odpowiedź naprawdę wymaga.
Leżąc w ciemności, słuchając odgłosów Pragi za oknem - odległego szczekania psa, kogoś wracającego późno do domu, śmiechu dobiegającego z sąsiedniego balkonu - pomyślała, że to pytanie Doroty będzie wracać do niej jeszcze wiele razy w najbliższych miesiącach, za każdym razem w nieco innej formie, jakby przyjaciółka zasiała ziarno wątpliwości, które teraz miało własne życie, rosnące powoli, niezależnie od tego, czy Anka chciała je podlewać, czy nie.