Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

  • Empik Go W empik go

Eugenia Kennedy wraca do domu - ebook

Data wydania:
10 marca 2023
Ebook
39,90 zł
Audiobook
39,90 zł
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Eugenia Kennedy wraca do domu - ebook

Gdy Eugenia Bester postanawia wyjść za Williama Kennedy’ego, sporo starszego od siebie Anglika, nie przeczuwa jeszcze, co się święci. Nie wie, że tak naprawdę wchodzi w związek również z nachalną byłą żoną Williama, dwójką niesfornych pasierbów i zrzędliwą matką wybranka. Eugenia zaczyna mieć wątpliwości, czy udźwignie ciężar pierwszego związku męża i wyobcowania wynikającemu z faktu, że jest cudzoziemką w konserwatywnej, angielskiej społeczności.

Po latach dojrzała już Eugenia Kennedy nagle ucieka od męża i wraca do Polski, do rzeszowskiej zabytkowej kamienicy i mieszkania odziedziczonego wraz z bratem po rodzicach. W budynku „rządzi” Stara Pilarska, kobieta postrach, która dobrze pamięta Eugenię. Sprawa wykupu kamienicy, dawne rywalki, zawiedziona miłość, lokatorzy, którzy tu mieszkali, i ich historie, to wszystko wraca do Eugenii ze zdwojoną siłą. Ale może to i tak lepsze niż małżeństwo, w którym tkwiła tyle lat?

„Eugenia Kennedy wraca do domu” to opowiedziana w pierwszej osobie, w sarkastycznym stylu, zabawnym językiem, ujmująca historia Eugenii Kennedy, z domu Bester, i jej próby odnalezienia się w Polsce, w nowych realiach, po wielu latach nieobecności.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-91-8054-048-3
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

W roku, który zmie­nił moje ży­cie, liczba to­piel­ców wy­ło­wio­nych z pol­skich wód zbli­żała się do setki, mimo że był do­piero po­czą­tek czerwca. Tak też skoń­czył Da­rek. Po po­czwór­nym bro­wa­rze spo­ży­tym w cie­niu krza­ków wlazł do rzeki Wi­słok, o któ­rej wszy­scy w oko­licy wie­dzieli, że w tym miej­scu bywa zdra­dliwa. Kum­pla ze sobą cią­gnął, ale ten nie chciał za­mo­czyć so­bie nóg, wo­lał le­żeć z głową opartą na udach Ka­ro­liny i pa­trzeć przed sie­bie po­mię­dzy pącz­kami piersi dziew­czyny. Ona coś tam do niego mó­wiła śmiesz­nego, re­cho­tali na dwa głosy i ob­da­rzali po­żą­dli­wymi spoj­rze­niami naj­bar­dziej roz­pa­lone miej­sca na swych cia­łach. Da­rek, któ­remu ży­cie oszczę­dzało ro­man­tycz­nych przy­gód, pa­trzył na te za­loty z za­zdro­ścią, i szy­dził. Każdą ko­lejną bu­telkę piwa ści­skał w dłoni co­raz moc­niej, jakby chciał ją udu­sić, a liczba pro­mili we krwi ro­sła ni­czym od­le­głość po­ko­ny­wana przez la­ta­wiec szy­bu­jący co­raz wy­żej i wy­żej. Gdy słońce na mo­ment za­trzy­mało się w ze­ni­cie, Da­rek chwiej­nym kro­kiem ru­szył w kie­runku wody. Wcho­dził po­woli, za­ma­szy­ście wio­słu­jąc ra­mio­nami. Ka­ro­lina chęt­nie zgo­dziła się póź­niej sta­nąć przed ka­merą, żeby opo­wie­dzieć wi­dzom, że wła­ści­wie sa­mego mo­mentu uto­nię­cia nie wi­działa, do­piero gdy Darka nie było dłuż­szą chwilę, za­częła wpa­try­wać się w wodę, a ta w ogóle się nie ru­szała. Da­rek nie zdą­żył na­wet krzyk­nąć „ra­tunku!”. To­pił się po ci­chutku, woda o smaku kar­pia wle­wała mu się do płuc i siła nie­wia­do­mego po­cho­dze­nia wy­gi­nała bo­le­śnie krę­go­słup. Po­tem przy­je­chały ga­bloty po­li­cyjne, tech­nicy ogro­dzili te­ren ta­śmą, nur­ko­wie zro­bili swoje, cie­kaw­scy utwo­rzyli szpa­ler i wy­cią­ga­jąc szyje ni­czym ży­rafy, do­ra­dzali nur­kom, gdzie mają szu­kać ciała, bo nikt się ży­wego Darka uj­rzeć już nie spo­dzie­wał. Po trzech go­dzi­nach męż­czyźni w czarno-po­ma­rań­czo­wych kom­bi­ne­zo­nach wy­cią­gnęli na brzeg blade zwłoki męż­czy­zny ubrane w ką­pie­lówki z na­pi­sem: „life”. Krzy­wo­usty oku­lar­nik, rzecz­nik po­li­cji, ża­łob­nym gło­sem ob­wie­ścił, że śmierć już na­stą­piła, pro­szę się ro­zejść.

Stara Pi­lar­ska, Zo­fia, są­siadka to­pielca, za­ci­ska­jąc na pier­siach poły szla­froka, udzie­liła wy­wiadu jako druga. Po­nie­waż w miesz­ka­niu miała nie­po­sprzą­tane, ekipa po­sta­wiła ka­merę na klatce, skąd był ładny wi­dok na kute drzwi ka­mie­nicy, przez które wpa­dały zmę­czone po ca­łym dniu pro­mie­nie słońca.

– Straszne nie­szczę­ście – chli­pała bez jed­nej łzy. – Jak­że­śmy się do­wie­dzieli, że do tej wody wlazł i nie wy­lazł, to szok był. Wielki szok. Jesz­cze wczo­raj ziem­niaki z piw­nicy tar­gał, dziś już trup. Bar­dzo miły chło­pak…

– Czy to­pie­lec miał pro­blem z al­ko­ho­lem? – pa­dło py­ta­nie zza ka­mery.

Stara Pi­lar­ska za­my­śliła się, jakby ją py­tano o datę uro­dze­nia Jana Ma­tejki.

– Matkę bar­dzo sza­no­wał, tyle wam po­wiem. Nie oże­nił się, bo nie chciał jej sa­mej zo­sta­wić. Ja za są­sia­dami nie łażę, mogę stwier­dzić, że cza­sami był wy­pity, ale za­wsze grzeczny i ser­deczny.

Ka­mera po­rzu­ciła Pi­lar­ską i po­ka­zała drzwi miesz­ka­nia Darka obite so­snową bo­aze­rią i wy­dep­taną wy­cie­raczkę.

Wi­dok klatki na­szej za­byt­ko­wej ka­mie­nicy na­prawdę mnie wzru­szył.

Da­rek, ja­kiego zna­łam, nie pa­so­wał do po­śmiert­nej laurki wy­sta­wio­nej przez są­siadkę, ale prze­cież mógł się zmie­nić. Skoro stara Pi­lar­ska ca­łej Pol­sce po­wie­działa, że był ser­deczny i uprzejmy, to wi­docz­nie był. Do nie­uc­twa w czwar­tej kla­sie pod­sta­wówki do­ło­żył pa­le­nie pa­pie­ro­sów, w pią­tej ob­ma­cy­wa­nie ko­le­ża­nek w szatni, a w szó­stej kra­dzież wy­pcha­nych pta­ków z pra­cowni przy­rody, za co dy­rek­tor szkoły oso­bi­ście szar­pał wy­stra­szo­nym Dar­kiem tak długo, aż wy­trzą­snął z niego wszy­stek łu­pież. Cóż to były za czasy, kiedy na­uczy­ciele mo­gli się znę­cać fi­zycz­nie nad uczniami, czer­piąc z tego nie­mało ra­do­ści. Nasz na­uczy­ciel ma­te­ma­tyki, kró­lo­wej nauk w ja­kimś po­rą­ba­nym kró­le­stwie, za­grał kie­dyś głową Darka dziki kon­cert na pia­ni­nie. Chło­pak nic szcze­gól­nego nie prze­skro­bał tego dnia, spóź­nił się, nie miał tar­czy na mun­durku, coś tam gwiz­dał na ko­ry­ta­rzu, to wszystko. Pie­tru­cha, naj­bar­dziej mściwy ma­te­ma­tyk w wo­je­wódz­twie, za­raz Darka do od­po­wie­dzi wy­wo­łał i za­nim ten do ta­blicy do­szedł, ob­śmiał jego buty i fry­zurę, a gdy wrę­czał mu kredę, dziab­nął go w rękę. Da­rek nie umiał roz­wią­zać rów­na­nia z dwiema nie­wia­do­mymi, co, prawdę po­wie­dziaw­szy, sta­no­wiło umie­jęt­ność, która w ży­ciu oso­bi­stym i za­wo­do­wym miała się w przy­szło­ści przy­dać mu mniej wię­cej tak, jak umie­jęt­ność otwie­ra­nia włazu ra­dziec­kiej ło­dzi pod­wod­nej jedną ręką. Pie­tru­cha swoje dia­bel­skie rów­na­nia ma­te­ma­tyczne ukła­dał w te smutne wie­czory, kiedy po kłótni z żoną o brak pie­nię­dzy w port­felu i żaru w spodniach ona zo­sta­wała w du­żym po­koju z po­piel­niczką i paczką klu­bo­wych, a on za­my­kał się w kuchni z ze­szy­tem i ołów­kiem.

Da­rek długo pa­trzył na iksy i igreki, liczby były wy­so­kie, na do­da­tek za­pi­sane w po­staci ułam­ków. W końcu odło­żył kredę, wy­tarł palce w spodnie i wzru­szył ra­mio­nami. Ko­niu­szek ję­zyka wy­su­nął mu się sa­mo­ist­nie. Pie­tru­cha się roz­sier­dził. Otwo­rzyw­szy klapę pia­nina, tłukł głową szó­sto­kla­si­sty w kla­wi­sze tak długo, aż się zmę­czył. Na­stępną lek­cją aku­rat była mu­zyka, więc na­sza uta­len­to­wana ko­le­żanka Wio­letta, miała już pia­nino otwarte, aby za­grać ulu­biony utwór ca­łej klasy VI A – Dla Elizy. Z obrzy­dze­niem wy­cią­gnęła z row­ków po­mię­dzy kla­wi­szami kilka wło­sów ko­legi. Rzu­ciła je na pod­łogę i przy­dep­tała te­ni­sówką.

Wia­do­mość o śmierci Darka przy­ję­łam ze smut­kiem, choć przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat wi­dy­wa­łam go prze­lot­nie, kiedy od­wie­dza­łam ro­dzi­ców w Rze­szo­wie. Za­wsze pod­pity i za­wsze w do­brym hu­mo­rze, wo­łał za mną: „Gie­nia, świat się zmie­nia” i kła­niał się ni­sko. Czyżby to jego miała na my­śli Cy­ganka, która przed ro­kiem na za­ple­czu za­ko­piań­skiej re­stau­ra­cji wy­wró­żyła mi, że z te­le­wi­zji się do­wiem o śmierci ko­goś, kto w moim ży­ciu tro­chę jest, a tro­chę nie? Pod­nie­ciła mnie ta prze­po­wied­nia, więc za­czę­łam ukła­dać fan­ta­styczne sce­na­riu­sze tego, co może się wy­da­rzyć. By­łam sprawcą, świad­kiem, nie­słusz­nie po­dej­rzaną, ści­ganą li­stem goń­czym. Wy­sy­ła­łam li­sty do TVN Uwaga i „Da­ily Mail”, za­ma­sko­wani po­li­cjanci przy­cho­dzili po mnie nad ra­nem, wy­cią­gali w ko­szuli noc­nej na mróz. Kilka dni ukła­da­łam rów­na­nie z dwiema nie­wia­do­mymi i wy­szło mi w końcu, że ten ry­chły trup za­po­wie­dziany przez Cy­gankę to bę­dzie trup Dżuli. Jed­nak ży­cie aż tak miłe nie jest.ROZDZIAŁ 2

Ekran te­le­wi­zora na­gle zgasł, a wraz z nim news o to­pielcu Darku, chło­paku z mo­jego po­dwórka. Już tylko stara Pi­lar­ska, są­siadka z par­teru i sa­mo­zwań­cza do­zor­czyni, po­zo­stała z daw­nych miesz­kań­ców na­szej ka­mie­nicy. Pi­lar­scy wpro­wa­dzili się do trzy­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia w tym sa­mym roku co moi ro­dzice. Do­ra­sta­łam na klatce, gdzie stró­żo­wała stara Pi­lar­ska, doj­rze­wa­łam za jej ple­cami, trzy­ma­jąc się z da­leka od jej rent­ge­now­skich spoj­rzeń szu­ka­ją­cych pod moją bluzką ma­leń­kiego biu­sto­no­sza, pierw­sze pa­pie­rosy wy­pa­li­łam w ta­jem­nicy przed nią, za­py­cha­jąc usta mię­tu­sami. Ta ko­bieta była bar­dzo ważną fi­gurą w na­szym świe­cie, choć nikt nie wie­dział do­kład­nie, skąd po­cho­dziła i gdzie miesz­kała, za­nim prze­pro­wa­dziła się na na­szą ulicę w Rze­szo­wie. Jej pierw­szą spe­cjal­no­ścią było szpie­go­wa­nie, drugą prze­ry­wa­nie naj­lep­szych za­baw dzie­ciom miesz­ka­ją­cym na wyż­szych pię­trach: mnie, Dar­kowi Strzęp­kowi i Iwo­nie Szczy­gło. Jej głos był sy­reną alar­mową i sko­wy­tem wilka, kiedy krzy­czała do nas z okna wy­cho­dzą­cego na po­dwórko: „A idź­cie już do domu! Do­kąd bę­dzie­cie w tych krza­kach sie­dzieć?!”. Do swo­ich có­rek, Gra­żyny i Bo­żeny, zwra­cała się per „pa­niu­sie”: „Pa­niu­sie po­trze­bują spe­cjal­nego za­pro­sze­nia? Do domu, ale już, że­bym nie mu­siała drugi raz okna otwie­rać!”. Młode Pi­lar­skie bar­dzo nie lu­biły tego krzyku matki, od któ­rego wszyst­kie dzieci kur­czyły się jak śli­maki dźgnięte pa­ty­kiem. Przez chwilę uda­wały, że nie sły­szą, roz­glą­dały się na boki, za­głu­szały strach gło­śnym śmie­chem, ale po mi­nu­cie zwi­jały się z ławki i szły do domu.

Da­rek uto­nął, jego mama Zo­fia Strzę­pek spo­koj­nie zmarła we wła­snym łóżku, pan Szczy­gło roz­wiódł się z pa­nią Ros­to­cką, wy­pro­wa­dził się, za­braw­szy ze sobą ple­cak i córkę, pan Ka­zi­mierz Pi­lar­ski zgi­nął tra­gicz­nie w wy­niku upadku z ta­bo­retu, ich córki wy­dały się za mąż i wy­pro­wa­dziły, mój brat Wi­tek wy­je­chał do War­szawy, a ja z mę­żem uda­łam się do An­glii. Na po­ste­runku w ka­mie­nicy przy ulicy 3 Maja 11 zo­stała tylko jedna osoba – stara Pi­lar­ska.

W port­mo­netce nie mia­łam już drob­nych, a moje szpi­talne współ­lo­ka­torki nie do­kła­dały się do ko­lej­nych go­dziny włą­czo­nego te­le­wi­zora. Nie in­te­re­so­wały się po­li­tyką ani pe­ry­pe­tiami roz­wó­dek z kasą. Obie zer­k­nęły na ekran tylko przez mo­ment, kiedy wia­do­mo­ści po­ka­zy­wały zna­nego ak­tora, rol­nika z po­pu­lar­nego pro­gramu albo ja­kie­goś bi­skupa z wiel­kim jak ar­buz brzu­chem pod złotą szatą ce­sa­rza.

Na sali od­działu or­to­pe­dii Szpi­tala Wo­je­wódz­kiego im. Świę­tej Ja­dwigi le­ża­ły­śmy we trzy. Łóżko przy drzwiach zaj­mo­wała we­soła sta­ruszka, przy któ­rej cały dzień sie­dzieli bli­scy. Bab­cię Jan­dzię od­wie­dziła córka, wnuczki z chło­pa­kami oraz wnuk, który wpadł na od­dział tuż przed zga­sze­niem świa­teł. Ro­dzinka przy łóżku ro­biła sporo za­mie­sza­nia swoją obec­no­ścią. Zno­sili krze­sła, wciąż coś upusz­czali na pod­łogę, schy­lali się, pro­sto­wali, po­da­wali so­bie te­le­fony, skórki z po­ma­rań­czy, mo­nety i ani na se­kundę nie prze­sta­wali mó­wić. Opo­wia­dali babci dow­cipy albo żar­to­wali z jej ko­lej­nej ope­ra­cji. Sta­ruszka miała dwie en­do­pro­tezy bio­drowe, pro­tezę w pra­wym ko­la­nie i cze­kała na ope­ra­cję le­wego, za­tem wnuczki mó­wiły na nią Ro­bo­Cop.

– Ale by bab­cia dźwię­czała na bramce na lot­ni­sku… z tym ca­łym że­la­stwem w ko­ściach.

– Nie wy­bie­ram się ni­g­dzie sa­mo­lo­tem. – Bab­cia Jan­dzia mach­nęła ręką.

– Nie za­rze­kaj się, jesz­cze po­le­cisz do Se­ba­stiana, jak ci się pra­wnuk uro­dzi. Na chrzciny, bab­cia, po­le­cisz do An­glii.

– Niech się Se­bek naj­pierw ożeni, kto to wi­dział dzieci przed ślu­bem pło­dzić.

– Nasz Se­bek okrop­nie ko­chliwy, nie wy­trzyma do ślubu…

– Weź babci ta­kich rze­czy nie opo­wia­daj!

– A co, bab­cia na love story się nie zna? Dwóch mę­żów po­cho­wała…

– Jak po­cho­wała, to się na kry­mi­na­łach zna, nie na love story…

Tłum przy łóżku babci Jan­dzi prze­rze­dził się do­piero wie­czo­rem, kiedy na­sze pie­lę­gniarki ga­siły świa­tło. Po­mię­dzy mną a bab­cią Jan­dzią le­żała pa­cjentka bez imie­nia, którą pa­nie ku­charki roz­wo­żące po­siłki na­zy­wały Cu­krzycą. Kiedy pod­je­chały rano pod na­szą salę że­la­znym sto­łem, gruba krzyk­nęła do chu­dej, choć stały bar­dzo bli­sko sie­bie:

– Jedna cu­krzyca na szó­stce!

Cu­krzycę przy­wiózł do szpi­tala syn. Prze­brała się na na­szych oczach w kwie­ci­stą ko­szulę, usta­wiła pan­to­fle pod łóż­kiem, prze­wie­siła pa­sia­sty ręcz­nik przez po­ręcz i po­ło­żyła się na wznak. Mo­gła mieć sześć­dzie­siąt lat, ale rów­nie do­brze być po pięć­dzie­siątce. Lata cięż­kiej praca na roli prze­je­chały płu­giem po jej twa­rzy, skóra nie tylko się zmarsz­czyła, ale i ściem­niała. Ko­bieta była otyła, w brzu­chu bur­czały jej kar­to­fle, scha­bowy i ki­szona ka­pu­sta z wczo­raj­szego obiadu. Syn, wcho­dząc na salę, nie przy­wi­tał się z nami ani nie po­że­gnał, wy­cho­dząc. Po­sta­wił torbę na pod­ło­dze i spraw­dził, jak cho­dzi szu­flada w me­ta­lo­wej szafce przy łóżku. Wy­su­nął ją i wsu­nął, ale wy­pa­czone że­la­stwo nie wró­ciło już na swoje miej­sce. Od­su­nął szafkę od łóżka.

– Nie wkła­daj tu nic, bo jak się za­tnie, to sama nie otwo­rzysz.

– Tylko mi ró­ża­niec daj, pod po­duszkę scho­wam.

Męż­czy­zna po­dał matce ró­ża­niec, ro­zej­rzał się po sali, spoj­rzał w okno i bez słowa wy­szedł. Jego matka przez na­stępne dwie doby nie ru­szyła się z po­sła­nia. Nie myła się, nie cze­sała, nie roz­ma­wiała, nie pa­trzyła na boki. Le­żała so­bie spo­koj­nie, uśmie­chała się w su­fit, po­tem za­sy­piała, pru­ka­jąc.

O szó­stej rano pie­lę­gniarka zro­biła nam po­budkę, ćwier­ka­jąc od progu:

– Dzień do­bry, sza­now­nym pa­niom!

Ładna bru­netka z le­ciut­kim wą­sem po­de­szła do mo­jego łóżka i rzu­ciła na po­ściel jed­no­ra­zowy ubiór ope­ra­cyjny z żą­da­niem, żeby majtki też wło­żyć, nie zo­sta­wiać na tyłku swo­ich, jak inne pa­cjentki! Otwo­rzy­łam jedno oko i unio­słam zdrowe ra­mię na znak, że przyj­muję do wia­do­mo­ści roz­kaz. Nie zdą­ży­łam po­wie­dzieć nic wię­cej, na­tych­miast za­snę­łam ko­ły­sana reszt­kami sub­stan­cji che­micz­nych z ró­żo­wej ta­bletki, którą łyk­nę­łam za­raz po pół­nocy. Obu­dziło mnie do­piero wkro­cze­nie na salę pro­ce­sji le­kar­skiej. Dwaj mło­dzi le­ka­rze byli mocno ska­co­wani, z tru­dem od­ry­wali białe drew­niaki od ziemi, jakby szli po pia­sku pu­styn­nym, na­to­miast star­szy dok­tor, któ­rego ty­tu­ło­wali or­dy­na­to­rem, kro­czył sprę­ży­ście. Pach­niał jak al­bań­ski tak­sów­karz Ubera w Lon­dy­nie, wy­czu­wało się no­sem, że przed laty czas mu się na noc­nych dy­żu­rach nic a nic nie dłu­żył. Za­częli oglę­dziny od babci Jan­dzi. Or­dy­na­tor słu­chał w sku­pie­niu szcze­biotu pie­lę­gniarki, która usi­ło­wała mu zre­fe­ro­wać stan ogólny osiem­dzie­się­cio­latki, ale prze­rwał jej po kilku zda­niach. Or­dy­na­to­rzy, choć sami sta­rzy i scho­ro­wani, nie byli szcze­gól­nie za­in­te­re­so­wani bab­ciami i dziad­kami ze swo­ich od­dzia­łów, uwa­ża­jąc ich naj­wi­docz­niej za stratę czasu.

– Zrób­cie jesz­cze raz EKG, po­pa­trzę na wy­nik po po­łu­dniu – za­rzą­dził, nie za­szczy­ca­jąc pa­cjentki spoj­rze­niem. Bab­cia Jan­dzia pod­cią­gnęła koł­drę pod brodę, skur­czyła się ze stra­chu, ale nie ode­zwała, dla niej wszystko działo się zbyt szybko. Pie­lę­gniarka skru­pu­lat­nie za­pi­sała na swo­jej pod­ręcz­nej ta­blicy za­le­ce­nia or­dy­na­tora i po­chód ru­szył da­lej, do łóżka Cu­krzycy.

– Wy­niki ba­dań są?

– Do­piero bę­dziemy ro­bić.

– Ju­tro ope­ra­cja.

– Tak jest, pa­nie or­dy­na­to­rze.

Cu­krzyca pod­nio­sła się na po­duszce, ale o nic nie zdą­żyła za­py­tać, dok­to­rzy prze­szli da­lej, nie zwró­cili uwagi na jej unie­sioną rękę pro­szącą o głos. Zre­zy­gno­wana opa­dła na po­du­chy i od­wró­ciła głowę w stronę drzwi.

– Co tu­taj mamy? – Le­karz or­dy­na­tor spoj­rzał w swoje pa­piery i zmarsz­czył czoło. Młody dok­tor, który po­przed­niego dnia przyj­mo­wał mnie na od­dział, wy­su­nął się na­przód i ści­szyw­szy głos, przy­po­mniał or­dy­na­to­rowi, kto ja je­stem i co tu ro­bię. Przy­kła­da­jąc zwi­niętą w trąbkę dłoń do ust, po­wie­dział coś jesz­cze, czego nie do­sły­sza­łam. In­for­ma­cja nie zro­biła na or­dy­na­to­rze wra­że­nia.

– Skoro dok­tor Ka­licki przy­jął pa­cjentkę, to pro­szę na ten te­mat roz­ma­wiać z nim – po­wie­dział chłodno, zło­żył pa­piery na piersi i wy­pro­wa­dził mil­czący po­chód z sali.

Dok­tora Ka­lic­kiego nie wi­dzia­łam od po­przed­niego ranka i nie mia­łam po­ję­cia, co za­mie­rzają ze mną zro­bić w tym strasz­nym szpi­talu. Do­cho­dziła ósma rano, blok ope­ra­cyjny był już do­brze na­grzany, ale nie do­sta­łam ja­snego sy­gnału, że mnie tam za­wiozą. Po­chód or­dy­na­tor­ski prze­szedł do na­stęp­nej sali, a my zo­sta­ły­śmy z ni­czym. Po­czu­łam się, jak mógłby się po­czuć pa­cjent od­działu psy­chia­trycz­nego. Wszystko o nas, ale bez nas.

– Pani… co oni o tym sercu po­wie­dzieli? – Bab­cia Jan­dzia ob­ró­ciła głowę w moją stronę. Pa­trzy­ły­śmy na sie­bie po­nad łóż­kiem Cu­krzycy, która zdą­żyła już za­paść w drzemkę.

– Ba­da­nia będą ro­bić.

– Na sercu?

– Tak po­wie­dział pan or­dy­na­tor. EKG za­wsze przed ope­ra­cją ro­bią.

– Kiedy?

– Nie wiem, trzeba by za­py­tać któ­rąś z pie­lę­gnia­rek.

– Ale mnie serce nie boli… tylko noga…

– Do­bre serce po­trzebne do nar­kozy. Niech się pani nie stre­suje, za­raz się do­wiemy co i kiedy. – Uspo­ko­iłam sta­ruszkę, choć pew­no­ści nie mia­łam żad­nej, czy cze­go­kol­wiek się tego dnia do­wiemy.

Pie­lę­gniarka przy­szła po dru­gim dzwonku. Spoj­rzała na mnie groź­nie, mimo to ze­bra­łam się na od­wagę:

– Czy ja będę mieć dziś ope­ra­cję? – za­py­ta­łam. – Or­dy­na­tor ja­koś tak dziw­nie po­wie­dział, że wła­ści­wie nie zro­zu­mia­łam.

– Trwa ob­chód, jak skoń­czą, to za­py­tam. Niech leży spo­koj­nie – od­parła.

– Star­sza pani też by chciała wie­dzieć, kiedy bę­dzie mieć EKG? Dzi­siaj?

Pie­lę­gniarka wsa­dziła pię­ści do kie­szeni far­tu­cha i wes­tchnęła.

– Ja też bym nie­jedno chciała wie­dzieć, ale co z tego? – Wzru­szyła ra­mio­nami i od­wró­ciła się na pię­cie. – Już mó­wi­łam, po ob­cho­dzie. Co wam się tak pali do tych ope­ra­cji?

– A dok­tor Ka­licki jest?! – krzyk­nę­łam w jej plecy.

– Ope­ruje – od­parła i wy­szła.

Po wyj­ściu pie­lę­gniarki bab­cia Jan­dzia po­zwo­liła so­bie na kilka gorz­kich słów o lo­sie pa­cjen­tów ska­za­nych na ła­skę i nie­ła­skę ob­cych lu­dzi. Przy­ta­ki­wa­łam gor­li­wie, za­sta­na­wia­jąc się, czy do­brze zro­bi­łam, od­da­jąc się pod opiekę dok­tora Ka­lic­kiego, z któ­rym le­d­wie się ze­tknę­łam. Po­ja­wił się na od­dziale po­przed­niego dnia, obie­cał zo­pe­ro­wać bark, za­pew­nił, że je­stem w do­brych rę­kach, i znik­nął. Wie­czo­rem na­pi­sa­łam do niego ese­mesa, ale nie od­po­wie­dział. Dok­tora Ka­lic­kiego po­zna­łam trzy dni wcze­śniej na sta­cji ben­zy­no­wej we Wro­cła­wiu. Zza szyby bia­łego mer­ce­desa ob­ser­wo­wał moje nie­po­radne zma­ga­nia z dys­try­bu­to­rem.

W dro­dze z An­glii do Pol­ski za­trzy­ma­łam się na par­kingu przy au­to­stra­dzie, na Ra­stho­fie, nie­miec­kim MOP-ie, gdzie można zjeść, za­tan­ko­wać, ku­pić cze­ko­ladę, wino i sery pa­ko­wane po kilka sztuk. Chcia­łam się prze­brać i od­świe­żyć, prze­li­czyć pie­nią­dze „ukra­dzione” Wil­lia­mowi, no i przede wszyst­kim od­po­cząć po dzie­się­cio­go­dzin­nej jeź­dzie nocą. Bark wy­padł mi z za­wia­sów pod­czas wyj­mo­wa­nia wa­lizki z ba­gaż­nika. Nie pierw­szy raz za­fun­do­wa­łam so­bie taką kon­tu­zję, ale nie na­uczy­łam się ostroż­no­ści. Ból po­sa­dził mnie na wa­lizce, kilka ja­skra­wych gwiaz­dek po­ja­wiło mi się przed oczami i świ­snęło pio­ru­nem w oko­li­cach skroni. Ob­ję­łam ra­mię ni­czym mama swo­jego nie­mow­laka i przy­tu­li­łam do brzu­cha. Ko­ły­sa­łam się przez chwilę, da­jąc ner­wom szansę na przy­zwy­cza­je­nie się do ostrego bólu. Za­po­wia­dał się sło­neczny dzień, po­wie­trze po­woli na­grze­wało as­falt, lu­dzie krzą­tali się wo­kół swo­ich sa­mo­cho­dów, pa­ko­wali, wy­cią­gali, prze­cią­gali się jak psy wy­cho­dzące po nocy z budy. Ma­sze­ro­wali do re­stau­ra­cji wy­si­kać to, co wy­pili, i zjeść wię­cej, niż po­trze­bo­wali – na za­pas. Cie­kaw­scy Niemcy dys­kret­nie zer­kali w moją stronę. Sie­dząca na wa­lizce ko­bieta ko­ły­sząca się w ryt­mie spa­zmów bólu nie była czę­stym wi­do­kiem w miej­scach ta­kich jak to, ale nie oka­zała się na tyle cie­kawa, żeby się przy niej za­trzy­mać i za­ofe­ro­wać po­moc. Komu po­trzebne uwi­kła­nie w cu­dze pro­blemy, kiedy jest się we wspa­nia­łej po­dróży u progu lata? Gdy mi­nął naj­gor­szy ból, zro­bi­łam z le­gin­sów pro­wi­zo­ryczny tem­blak, zdrową ręką wło­ży­łam wa­lizkę na tylne sie­dze­nie auta i po­czła­pa­łam do re­stau­ra­cji. Ko­lejny od­ci­nek po­dróży od­by­łam odu­rzona le­kami prze­ciw­bó­lo­wymi.

Do­je­cha­łam bez przy­stan­ków aż do Wro­cła­wia. W cen­trum mia­sta na sta­cji ben­zy­no­wej zna­la­złam się przez nie­uwagę, za­jęta roz­my­śla­niami o swo­ich ostat­nich i tych wcze­śniej­szych nie­po­wo­dze­niach ży­cio­wych, a tam cze­kał na mnie ko­lejny przy­pa­dek – dok­tor Ka­licki. Osten­ta­cyj­nie ob­ser­wo­wał moje wy­siłki przy tan­ko­wa­niu przez otwartą szybę swo­jego auta, nie­spe­szony, jak na wy­traw­nego pod­glą­da­cza przy­stało. Po chwili wy­szedł z auta, otrzą­snął się jak pies prze­go­niony z le­go­wi­ska, po­krę­cił szyją na boki, wy­ko­nał kilka ko­li­stych ru­chów ra­mio­nami.

– Po­móc? – za­py­tał, nie prze­ry­wa­jąc ćwi­czeń.

Wy­szar­pa­łam pi­sto­let z wlewu pa­liwa.

– Chyba że pan umie zo­pe­ro­wać wy­la­tu­jący bark, ze wszyst­kim in­nym so­bie po­ra­dzę. Dzię­kuję – od­par­łam. Ta­kie formy pod­rywu bar­dzo mnie iry­to­wały, im by­łam star­sza, tym go­rzej na nie re­ago­wa­łam. Ka­licki się ro­ze­śmiał, pod­niósł prze­ciw­sło­neczne ray-bany na czoło, żeby mi się le­piej przyj­rzeć. Miał cie­kawe, wy­raźne oczy, bar­dzo ciemne, gra­na­towe źre­nice i czarne, gę­ste rzęsy. Gdyby był ko­bietą, mó­wi­łoby się, że pięk­nie pa­trzy spod fi­ra­nek rzęs.

– Do­kąd pani je­dzie?

– Do Rze­szowa.

– Ka­wał drogi, da pani radę jedną ręką?

– Nie wiem. Jak pan na au­to­stra­dzie zo­ba­czy for­mu­jący się ko­ry­tarz ży­cia, to pew­nie dla mnie. – Nie cze­ka­łam na dal­szy ciąg roz­mowy, po­szłam do sklepu za­pła­cić za pa­liwo, a kiedy wró­ci­łam, Ka­licki koń­czył tan­ko­wać swój sa­mo­chód.

– Tak się składa, że pra­cuję w Rze­szo­wie. Niech pani przyj­dzie ju­tro do szpi­tala, mam dy­żur od szes­na­stej, obej­rzę to ra­mię – po­wie­dział, po­da­jąc mi wi­zy­tówkę. Ma­rek Ka­licki, le­karz or­to­peda.

– Se­rio?

– Pro­szę spraw­dzić.

– Mnie się ra­czej nie zda­rzają ta­kie cu­do­wne zbiegi oko­licz­no­ści – tłu­ma­czy­łam swoją nie­uf­ność. – Je­stem na gra­nicy ago­nii od kilku go­dzin i gdy­bym była ciut śmiel­sza, to­bym się roz­pła­kała pu­blicz­nie. Na­prawdę trudno mi uwie­rzyć, że kie­rowca bia­łego mer­ce­desa przy­god­nie spo­tkany na sta­cji ben­zy­no­wej jest le­ka­rzem or­to­pedą. Przy­zna pan, że tro­chę to na­cią­gane…

Ka­licki spoj­rzał na re­je­stra­cję mo­jego sa­mo­chodu.

– Z An­glii pani tak je­dzie jedną ręką?

– Na szczę­ście tro­chę kró­cej. W Niem­czech to mi się przy­tra­fiło.

– W Niem­czech za­wsze się przy­tra­fia coś smut­nego, taki kraj.

– Wła­śnie! – Mię­to­li­łam wi­zy­tówkę. – Za­sta­na­wia­łam się, gdzie się zgło­sić z tą kon­tu­zją. Dwa­dzie­ścia lat nie miesz­kam w Pol­sce, nie wiem, czy z czymś ta­kim na po­go­to­wie, do szpi­tala czy pry­wat­nie?

– Do mnie na od­dział. Jak się pani na­zywa?

– Eu­ge­nia Ken­nedy.

Ka­licki prze­sło­nił usta dło­nią, za­krztu­sił się ze śmie­chu.

– Z któ­rych Ken­ne­dych?

– Z tych ni­komu nie­zna­nych – od­par­łam.

Ka­licki za­dzwo­nił klu­czy­kami.

– Pani Ken­nedy, pro­szę przyjść ju­tro do szpi­tala. Będę o pani my­ślał całą drogę do Rze­szowa. Nie mogę trzy­mać kciu­ków za pani szczę­śliwą po­dróż, ro­zu­mie pani, mu­szę sam szczę­śli­wie do­trzeć do domu… – Za­śmiał się.

– Dzię­kuję. Będę.

Na po­że­gna­nie po­ma­chał mi ręką, jak­bym była dziec­kiem wy­jeż­dża­ją­cym na ko­lo­nie. Pa­trzy­łam przez chwilę, jak od­jeż­dża, za­sta­na­wia­jąc się, czy mi się to zda­rze­nie śniło, czy na­prawdę spo­tka­łam umię­śnio­nego dok­tora. Po krót­kim od­po­czynku ru­szy­łam w dal­szą trasę. Ki­lo­me­try ucie­kały spod kół bar­dzo szybko, gnała mnie po­krze­pia­jąca myśl, że zy­ska­łam kilka dni, za­nim będę mu­siała po­waż­nie się za­sta­no­wić, gdzie roz­pa­ko­wać wa­lizki i co zro­bić ze swoim ży­ciem. Nie mia­łam po­my­słu co da­lej.

Ka­licki do­trzy­mał słowa. Przy­jęli mnie na od­dział, po­tem dok­tor Ma­rek znik­nął i nie bar­dzo wie­dzia­łam, co ze sobą po­cząć.

Wpa­try­wa­łam się na zmianę w pu­stą bu­telkę po kro­plówce i w ta­lerz, na któ­rym le­żały nie­tknięte jajko, dwie kromki chleba i odro­binka ma­sła. Głód już ści­skał mi żo­łą­dek i po­kusa, żeby coś zjeść, na­pchać się gu­mo­wym chle­bem, se­rem, czym­kol­wiek, była co­raz więk­sza. Cu­krzyca dawno po­łknęła swoją por­cję, na­tych­miast usnęła z czy­stym ta­le­rzy­kiem opar­tym na brzu­chu. Jako je­dyna na sali nie miała wła­snego kubka i na­czyń, więc ko­rzy­stała ze szpi­tal­nych, któ­rych nie mu­siała po­tem sama myć. Z domu przy­wio­zła je­dy­nie mały no­żyk do obie­ra­nia ja­błek. Spo­ży­wała je w prze­rwie po­mię­dzy śnia­da­niem a obia­dem.

– Dla­czego pani nie zja­dła? – czy­niła mi wy­rzuty sa­lowa. – Trzeba jeść, jak się chce siłę mieć. Pani taka chu­dziutka… Dzi­siaj wszyst­kie na die­cie, tego nie, tam­tego nie, ja wszystko ja­dłam i zdrowa je­stem, a wy tu le­ży­cie po­ko­tem, to kto ma ra­cję?

– Mam dziś ope­ra­cję, ka­zali być na czczo – od­par­łam.

Sa­lowa spoj­rzała na ze­gar wi­szący na ścia­nie.

– Ope­ra­cja? Dziś? Śmiem wąt­pić. Wszy­scy le­ka­rze po­je­chali na po­grzeb. Matka dok­tora Ba­na­sia umarła – oznaj­miła i wy­szła.

Dzwo­ni­łam do­tąd, aż po­ja­wiła się w drzwiach inna pie­lę­gniarka. Twarda Jola mo­gła z po­wo­dze­niem zro­bić ka­rierę w wię­zien­nic­twie, miała dryg do pil­no­wa­nia, stro­fo­wa­nia oraz do usta­la­nia wy­so­ko­ści kar. Była wy­soka i tęga, wy­dzie­lała dziwny za­pach, coś jakby kom­pi­la­cja ja­ło­wej gazy i sza­rego my­dła.

– Mia­łam mieć rano ope­ra­cję, zbliża się trzy­na­sta, kro­plówka ze­szła, je­stem głodna, nie wiem, co się dzieje, bo nic się nie dzieje.

Wpraw­nym ru­chem odłą­czyła moją dłoń od pu­stej kro­plówki.

– Może obiad zjeść i się prze­brać – po­wie­działa.

– Kto? – za­py­ta­łam, choć wie­dzia­łam, że to do mnie zwraca się w trze­ciej oso­bie.

Jola kon­ty­nu­owała czyn­no­ści pie­lę­gniar­skie przy moim łóżku z wro­gim po­mru­kiem. By­łam dla niej cię­ża­rem, to oczy­wi­ste. O ileż przy­jem­niej­szym miej­scem dla per­so­nelu by­łyby szpi­tale, gdyby nie ci na­trętni pa­cjenci i ich nie­koń­czące się py­ta­nia prze­cho­dzące w prośby. Ni­gdy nie ma dość ta zgraja w pi­ża­mach i szla­fro­kach. Wcho­dzą do po­koju pie­lę­gnia­rek jak do po­cze­kalni na dworcu, ani puk, puk, ani prze­pra­szam, czy można, i od progu do­ma­gają się le­ków! Ta­bletki na za­par­cia, na sen, na uspo­ko­je­nie, na ape­tyt, na ból głowy i jesz­cze szam­pon na po­rost wło­sów. Prze­cież tu jest szpi­tal, po­win­ni­ście mieć wszyst­kie leki, pa­niu­sie wzno­szą oczy do nieba. Pa­nie ze wsi są mniej rosz­cze­niowe, nie przy­sto­so­wało ich ży­cie na roli do wy­gód, cie­szą się z tego, że mają łóżko i szafkę przy łóżku, za­do­wo­lone, że le­karz za szó­stym ra­zem za­pa­mię­tał ich na­zwi­sko.

Jola wrzu­ciła zu­żyte ga­dżety do pa­pie­ro­wej mi­ski i szarp­nęła moim łóż­kiem, by je od­su­nąć od okna. Zgrzyt obu­dził Cu­krzycę.

– Sio­stro, mogę ba­sen? – po­pro­siła.

– Może cho­dzić, to sama niech idzie do to­a­lety.

– Le­karz mó­wił, żeby le­żeć – za­opo­no­wała Cu­krzyca.

– Ale nie plac­kiem! – Jola zro­biła w tył zwrot. – Dziś już żad­nych ope­ra­cji nie bę­dzie, ro­bią nowy gra­fik na ju­tro. Mo­że­cie zjeść obiad i ko­la­cję, do ubi­ka­cji się przejść za po­trzebą, a nie na kaczce sie­dzieć.

Z gło­dem w brzu­chu i zło­ścią w sercu usi­ło­wa­łam za­snąć, ale zgiełk pa­nu­jący na ko­ry­ta­rzu nie po­zwa­lał mi się wy­łą­czyć. Szpi­tal to nie czy­tel­nia, wia­doma rzecz, ale żeby tyle wrza­sku, huku, la­mentu i dziw­nych dźwię­ków trzę­sło szpi­tal­nym ko­ry­ta­rzem przez cały dzień? Wy­obra­ża­łam so­bie, że po­mię­dzy sa­lami ko­lej że­la­zna pę­dzi, z jej wa­go­nów ktoś me­tal i szkło na as­falt co chwilę wy­rzuca, na da­chu wa­go­nów uchodźcy jadą i uczą się pol­skiego abe­ca­dła, na do­da­tek pod ko­łami lo­ko­mo­tywy co mi­nutę ja­kieś dzi­kie zwie­rzę gi­nie, wy­jąc ża­ło­śnie. Dla­czego oni tak wrzesz­czą? Czym tak tłuką?

Na obiad za­ser­wo­wano nam zupę ze ścierki i szny­cel ze zmie­lo­nych pa­ró­wek. Po­wą­cha­łam ta­lerz i po­szłam do ła­zienki prze­brać się w dres. W je­dy­nej „sza­fie gra­ją­cej” na na­szym pię­trze do ku­pie­nia był na­pój frugo i wa­fle grześki. Skle­pik w pod­zie­miach był bo­gato za­opa­trzony. Za szkłem le­żały droż­dżówki z se­rem o wy­su­szo­nych brze­gach, ple­cione bułki, do wy­boru z szynką lub se­ro­po­dob­nym pla­strem żół­tej masy, oraz ka­na­pki z pasz­te­tową. Wszyst­kie ozdo­bione we­dług tego sa­mego wzoru – li­ściem sa­łaty i wy­ła­żą­cym poza brzegi, roz­gnie­cio­nym pla­ster­kiem po­mi­dora. Można tam było rów­nież ku­pić chipsy czosn­kowe, na­poje ga­zo­wane we wszyst­kich ko­lo­rach oraz dżem tru­skaw­kowy i pro­szek do pra­nia, czyli wszystko to, co każ­demu pa­cjen­towi jest nie­zbędne pod­czas po­bytu w szpi­talu. W kan­ty­nie na dru­gim pię­trze uśmiech­nięte ku­charki ser­wo­wały to, co nam, Po­la­kom, naj­wy­bor­niej sma­kuje – pie­rogi, żu­rek, bi­gos, go­łąbki i ko­tlet scha­bowy. Pie­rogi były do­prawdy wy­śmie­nite. Cie­niut­kie cia­sto, bo­gaty w ser i ziem­niaki farsz, por­cja po­lana cie­płym ma­słem z do­dat­kiem ko­perku. Przez te wszyst­kie lata miesz­ka­nia na ob­czyź­nie tę­sk­ni­łam za wie­loma rze­czami, które tylko w Pol­sce można było mieć na za­wo­ła­nie. Jedną z nich była misa do­mo­wych pie­ro­gów ru­skich. Obiad prze­płu­ka­łam cu­dow­nie słod­kim kom­po­tem cze­re­śnio­wym. Tylko w Pol­sce do obia­dów ser­wuje się kom­pot, za­po­mnia­łam o tej pięk­nej tra­dy­cji, miesz­ka­jąc w An­glii i po­pi­ja­jąc po­siłki wodą albo wi­nem, w za­leż­no­ści od pory dnia. W brzu­chu na­tych­miast za­częło mi bul­go­tać, po­to­piły się ru­skie pie­rożki w pol­skim kom­po­cie.

W dro­dze po­wrot­nej na salę za­trzy­ma­łam się przed po­ko­jem le­kar­skim. Był za­mknięty od środka, na krze­seł­kach pod drzwiami cze­kali pa­cjenci w pi­ża­mach i kilka osób po cy­wil­nemu.

– Prze­pra­szam bar­dzo, czy dok­tor Ka­licki jest w środku? – za­py­ta­łam sie­dzą­cej z brzegu ko­biety.

– Nie wi­dzia­łam, żeby wcho­dził – od­parła.

– Pani zna dok­tora Ka­lic­kiego? Wie pani, jak on wy­gląda?

– Znam, znam – prych­nęła ko­bieta. – Do dziś mi się ręce trzęsą ze stra­chu, jak so­bie o nim przy­po­mnę, cho­ciaż już pięć lat mi­nęło od ope­ra­cji. Na szczę­ście tym ra­zem męża bę­dzie kra­jał, nie mnie.

Mąż ko­biety sie­dział obok niej od­wró­cony bo­kiem. Było sporo nie­chęci w tym kil­ku­stop­nio­wym od­wró­ce­niu ciała mał­żon­ków. Męż­czy­zna zgar­bił się i za­czął ner­wowo po­cie­rać ko­lano otwartą dło­nią.

– Dziś mia­łam za­pla­no­waną ope­ra­cję, wła­śnie dok­tor Ka­licki… – za­czę­łam.

Męż­czy­zna w pa­sia­stej pi­ża­mie i klap­kach wsu­nię­tych na szare, prze­tarte na pię­tach skar­petki wstał z krze­sła i pod­szedł do mnie.

– Dok­tora Ka­lic­kiego już dziś nie bę­dzie. Wi­dzia­łem przez okno, jak wy­jeż­dżał, torbę miał ze sobą.

Ko­bieta sie­dząca jako pierw­sza w ko­lejce wy­dęła usta z dez­apro­batą.

– Przed chwilą go wi­dzia­łam na par­te­rze. Z ja­kimś dru­gim dok­to­rem roz­ma­wiał.

Głowy zwró­ciły się w jej kie­runku.

– Koło ap­teki stali, po­ga­dali chwilę i po­szli ko­ry­ta­rzem. W nor­mal­nym ubra­niu był i nie miał torby.

Przez chwilę wszy­scy mil­czeli.

– Ja sły­sza­łam, że po­je­chali na po­grzeb – po­wie­dzia­łam gło­śno i wy­raź­nie, żeby wszy­scy usły­szeli.

– A kto umarł? – za­py­tała ko­bieta w szla­froku. Całe to­wa­rzy­stwo spod drzwi po­koju le­kar­skiego wstrzy­mało od­dech, cze­ka­jąc na moje wy­ja­śnie­nia.

– Matka dok­tora Ba­na­sia – od­par­łam ze smut­kiem.

– Na co? – Męż­czy­znę w prze­tar­tych skar­pet­kach zże­rała cie­ka­wość. Zro­bi­łam zbo­lałą minę i po­ki­wa­łam głową, co w rze­czy­wi­sto­ści nie ozna­czało nic, ale tamci uznali, że znam przy­czynę śmierci mamy Ba­na­sia. Naj­pew­niej był to rak. Lu­bimy wie­dzieć, na co inni umie­rają, żeby przy­czyny zgonu prze­ana­li­zo­wać i spraw­dzić, czy aby śmierć nie za­czyna już krą­żyć po na­szej or­bi­cie. Niby uwa­żamy, że śmierć do­ty­czy za­wsze ko­goś in­nego, ale od czasu do czasu przy­cho­dzi nam na myśl, że może i nas wy­woła. Wtedy wy­py­tu­jemy bar­dziej szcze­gó­łowo – na co umarł i ile miał lat, i czy się mę­czył…

– Lu­dzie te­raz pa­dają jak mu­chy – ode­zwała się ko­bieta, którą kie­dyś ope­ro­wał Ka­licki. – Do­piero mój ta­tuś po­szedł do Bozi, prze­cież jesz­cze w sile wieku był, le­d­wie osiem­dzie­siąt lat skoń­czył, te­raz męża będą mi kroić, a do­puść po­wie­trza do środka ciała i za­raz się wi­ru­sów i bak­te­rii na­mnoży. – Wkrótce ope­ro­wany mąż za­padł się głę­biej na krze­śle, z mi­nuty na mi­nutę czuł się go­rzej, a żona nie prze­sta­wała: – To się tak lekko mówi, jak o ob­cego cho­dzi. Niby ope­ra­cja na ko­lano, ale pod nar­kozą, wszystko się może zda­rzyć. Mało się lu­dzi nie wy­bu­dziło?

– Na kiedy ope­ra­cja za­pla­no­wana? – do­py­ty­wa­łam.

– Na ju­tro, Ka­licki od rana ope­ruje do sa­mego po­po­łu­dnia. Żeby tylko nie przy­wieźli ja­kie­goś po­ła­mańca z wy­padku, bo wtedy, wia­domo, „pjo­ry­tet” bie­rze. Ze mną tak było w tym szpi­talu. Już mi ta­bletkę dali na spa­nie, na salę mnie wzięli, te wiel­kie lampy wi­dzia­łam, co do ope­ra­cji świecą, dok­tor Ka­licki prze­brany był w zie­lony strój, a i tak go od­wo­łali, bo ja­kiś dziad z dra­biny spadł…

Krze­sełka za­re­cho­tały, tylko mąż pani wciąż sie­dział smutny.

– Do­brze, że pani nada­rem­nie nie uśpili.

– Mało bra­ko­wało – wes­tchnęła. – Ka­licki to bar­dzo do­bry le­karz, fa­cho­wiec pierw­szej klasy, tylko nie­miły dla pa­cjen­tów. Taki ważny, jakby skwa­rek li­zał, z góry się pa­trzy na lu­dzi jak na za­razki, i za­wsze mu się śpie­szy, na­wet na spoj­rze­nie w oczy czasu nie ma. Po­do­bno wszy­scy or­to­pe­dzi tacy są, wy­na­tu­rzeni ja­cyś, obo­jętni…

Wszy­scy przy­tak­nęli, ni­czym pa­ję­cza nić po­łą­czyła nas so­li­dar­ność pa­cjencka i przez chwilę lu­bi­li­śmy się i trzy­ma­li­śmy wspólny front. Po­de­szłam bli­żej drzwi.

– Chcia­łam po­roz­ma­wiać z dok­to­rem Ka­lic­kim, może wrócę póź­niej… – Po­ło­ży­łam rękę na klamce i na­ci­snę­łam. – Dla­czego wła­ści­wie po­kój le­kar­ski jest za­mknięty? Może w środku ni­kogo nie ma i cze­ka­cie pań­stwo na próżno?

– Są w środku – ode­zwał się star­szy pan sie­dzący naj­da­lej. Wy­glą­dał na eme­ry­to­wa­nego rol­nika, który za­ha­ro­wał się pra­wie na śmierć. – Ka­lic­kiego może nie ma, ale jest Bo­ro­wiak i ten drugi… Dy­mek.

– To dla­czego się za­mknęli? Porno oglą­dają czy co?

Nikt nie od­po­wie­dział. Star­szy pan w zie­lo­nej woj­sko­wej pi­ża­mie wy­cią­gnął z kie­szeni ba­to­nika i za­czął roz­szar­py­wać opa­ko­wa­nie. Uwaga krze­se­łek prze­nio­sła się na niego, któ­ryś z pa­cjen­tów roz­po­czął nowy wą­tek. Nie że­gna­jąc się, po­czła­pa­łam do po­koju pie­lę­gnia­rek.

Na sto­liku ma­łego, dusz­nego po­miesz­cze­nia pię­trzyły się cze­ko­ladki, pa­czuszki kawy i pta­siego mleczka, w te­le­wi­zo­rze wi­szą­cym na ścia­nie le­ciało Na sy­gnale. Po­kój był pu­sty. Wró­ci­łam do swo­jej sali. Przy łóżku babci Jan­dzi czu­wała zmiana wnu­czek z chło­pa­kami. Dwie do­syć ładne dziew­czyny przy­pro­wa­dziły ze sobą ka­wa­le­rów o ama­tor­skiej uro­dzie. Za­pach potu i nie­pra­nych kur­tek, jaki roz­no­szą stu­denci miesz­ka­ją­cych w aka­de­miku lub na stan­cji, do­cho­dził aż do mo­jego łóżka. Dziew­czyny za­cho­wy­wały się ra­do­śnie, czule gła­skały bab­cię, obie­rały po­ma­rań­cze, wyż­sza wcie­rała w dło­nie sta­ruszki krem alo­esowy, niż­sza mo­de­lo­wała siwe ko­smyki wło­sów na czole. Pa­plały o po­go­dzie, pla­nach na wie­czór, ta­jem­ni­czym wujku Romku, który przy­trza­snął so­bie łapę w ma­szy­nie. Po­zaz­dro­ści­łam babci Jan­dzi to­wa­rzy­stwa. Mnie nikt nie od­wie­dzał, mię­dzy in­nymi dla­tego, że ni­kogo nie po­in­for­mo­wa­łam o po­by­cie w szpi­talu.

Zer­k­nę­łam na Cu­krzycę. Sie­działa na ba­se­nie przy­kryta koł­drą. Wy­raz jej twa­rzy zdra­dzał, że usi­łuje so­bie ulżyć. Wnuczki ćwier­kały co­raz gło­śniej, żeby za­głu­szyć od­głosy do­cho­dzące z łóżka obok, tylko bab­cia Jan­dzia do­py­ty­wała się bez­tro­sko:

– Po­szło?

Dziew­czyna kar­miąca bab­cię kul­kami wi­no­gron od­wró­ciła się osten­ta­cyj­nie ty­łem do Cu­krzycy.

– Nie ma w tym szpi­talu pa­ra­wa­nów?

– Nie patrz – po­ra­dził jej chło­pak.

– To gdzie mam pa­trzeć? W su­fit?

– Ustawmy się w rzę­dzie i chodźmy stąd.

Wy­szli gę­siego. Od­cze­ka­łam kilka se­kund i rów­nież ucie­kłam z za­smro­dzo­nej sali. W drzwiach zde­rzy­łam się z księ­dzem, który co­dzien­nie wcho­dził do nas z krót­kim za­py­ta­niem na ustach: „Komu Pana Je­zusa?”. Sie­dząca na ba­se­nie Cu­krzyca pod­nio­sła rękę.

Pięć nie­ode­bra­nych po­łą­czeń od Wil­liama nie zro­biło na mnie wra­że­nia. Wy­słał też dwie wia­do­mo­ści: „Ka­rzesz mnie mil­cze­niem? Bar­dzo dzie­cinne” oraz „Po­dej­rze­wam, że wy­je­cha­łaś z An­glii. Jak długo to po­trwa?”. Je­śli nie od­pi­szę, po­my­śli, że umar­łam, je­śli od­pi­szę, to za­cznie się na­wa­la­nie przez What­sAppa: co się stało, jak się czu­jesz, wra­caj do domu. Nie mia­łam siły pro­wa­dzić ko­re­spon­den­cji, pi­ka­jący te­le­fon wy­wo­ły­wał u mnie nie­po­kój, bo ni­czego do­brego nie spo­dzie­wa­łam się prze­czy­tać. Wil­liam nie do­my­ślał się prze­cież, dla­czego jego żona Eu­ge­nia Ken­nedy, z domu Be­ster, spa­ko­waw­szy swoje rze­czy oso­bi­ste do czte­rech wa­li­zek, trzech to­reb i dwóch czar­nych wor­ków, wy­je­chała, nie zo­sta­wiw­szy na­wet kartki na stole w kuchni. Osiem­na­ście lat mał­żeń­stwa i tak bez do wi­dze­nia?

Szpi­tal się uspo­ka­jał. Za­pa­dał wie­czór, wraz z nim przy­szedł czas na re­laks i ci­szę. Le­ka­rze po cięż­kim dniu roz­ci­na­nia, ła­ta­nia, wy­ci­na­nia, sztu­ko­wa­nia i za­szy­wa­nia, po­za­my­kali się w swo­ich po­ko­ikach, przy­kryci kra­cia­stymi ko­cami oglą­dali Na do­bre i na złe, a pie­lę­gniarki pa­rzyły im her­batę. Na ko­ry­ta­rzu zro­biło się pu­sto, pa­cjenci wró­cili do łó­żek, znik­nęli wy­stra­szeni człon­ko­wie ro­dzin, ustało stu­ka­nie ob­ca­sami, od­je­chały wózki in­wa­lidz­kie i cho­dziki. Tylko nie­przy­jemny za­pach po­zo­stał, smród szpi­talny, który wy­twa­rzają nie­świeże ludz­kie od­de­chy, pot, rany, ste­rylne ga­ziki i pa­sta do pod­łogi. Pchał się do nosa i na ubra­nie. Prze­szłam ko­ry­ta­rzem do sa­mego wyj­ścia, żeby choć z da­leka po­pa­trzeć na świat, za któ­rym, bę­dąc w szpi­talu, tak bar­dzo się tę­skni. Skra­wek nor­mal­no­ści, par­king, drzewo, ławka, si­nie­jące niebo. Mo­głam wró­cić na salę, za­brać swoje rze­czy i po pro­stu stąd wyjść, zna­leźć ładny ho­tel w cen­trum, wy­ką­pać się, za­mó­wić ko­la­cję do po­koju, wy­pić wino i za­wi­nąć się w białą, świeżą po­ściel. Po­krze­piła mnie myśl, że mogę tak zro­bić, ju­tro lub po­ju­trze za­sta­no­wić się nad in­nym roz­wią­za­niem. Zna­leźć lep­szą wer­sję Ka­lic­kiego, czyst­szy i bar­dziej przy­ja­zny lu­dziom szpi­tal, zjeść jesz­cze jedną por­cję ru­skich pie­ro­gów, za­nim mnie uśpią. Co ja tu­taj ro­bię?

Pie­lę­gniarka dmuch­nęła mi pro­sto w szyję.

– Tu pani jest! Cho­dzę za pa­nią po ca­łym pię­trze.

– Chcia­łam się przejść, świe­żym po­wie­trzem ode­tchnąć, zo­ba­czyć, jaka jest po­goda… – ją­ka­łam się, przy­ła­pana na snu­ciu pla­nów wiel­kiej ucieczki.

– Dok­tor Ka­licki pro­sił prze­ka­zać, że ju­tro bę­dzie pani mieć ope­ra­cję.

– Na pewno? Wła­śnie się za­sta­na­wia­łam, czy…

– Na pewno, przed chwilą dzwo­nił na od­dział. Pój­dzie pani na blok jako pierw­sza, o ósmej rano. Szu­kam pani z in­nego po­wodu, prawdę po­wie­dziaw­szy. Czy mo­głaby pani ze mną po­dejść do dzie­siątki? W se­pa­ratce leży Ame­ry­ka­nin po ope­ra­cji. Nie­stety nie mo­żemy się z nim do­ga­dać, on cze­goś chce i cały czas na nas dzwoni. Przy­wieźli go z wy­padku w nocy, ope­ro­wali, te­raz się obu­dził. Nie ma miej­sca na in­nych od­dzia­łach, więc go pod­rzu­cili na or­to­pe­dię, choć po­wi­nien le­żeć na neu­ro­chi­rur­gii, bo ma krwiaka mó­zgu. Ko­le­żanka mó­wiła, że pani zna an­giel­ski. Pani po­wie, że przyj­dzie do niego neu­ro­chi­rurg, ale do­piero ju­tro. A co do nogi… miał zła­ma­nie ko­ści udo­wej, nic skom­pli­ko­wa­nego. Po­szłaby pani ze mną? To zaj­mie tylko chwilę.

Pie­lę­gniarka miała śliczny głos, cie­pły jak letni po­ra­nek, i była na­prawdę ładna, tak po sło­wiań­sku. Ta­kich ma­łych no­sków, bia­łych, rów­nych ząb­ków i ma­li­no­wych pulch­nych uste­czek nie wi­duje się czę­sto. Ja w każ­dym ra­zie ta­kich nie mia­łam.

– Nie ma sprawy, mo­żemy go obej­rzeć.

Szły­śmy wolno pu­stym ko­ry­ta­rzem.

– Pani po­do­bno An­gielka?

– Miesz­ka­łam w An­glii wiele lat, ale uro­dzi­łam się w Rze­szo­wie.

– Ja miesz­ka­łam we Wło­szech przez trzy lata, opie­ko­wa­łam się sta­rusz­kami po do­mach, ale za­częli mi umie­rać i ja­koś tak dziw­nie… Poza tym dzieci tę­sk­niły, mąż mi się zbie­sił, mu­sia­łam wró­cić. Może jesz­cze po­jadę, Włosi do­brze płacą, tylko ta sa­mot­ność…

– Pie­lę­gniar­stwo to ciężki za­wód – przy­tak­nę­łam.

– Ciężki i źle płatny, ale ja to lu­bię.

– Naj­waż­niej­sze!

Ame­ry­ka­nin le­żał na wznak z za­mknię­tymi oczami. Po­chy­li­łam się nad nim, moje cie­pło go obu­dziło. Otwo­rzył oczy i przez chwilę na sie­bie pa­trzy­li­śmy. Nie miał za­ban­da­żo­wa­nej głowy ani żad­nych za­dra­śnięć na twa­rzy, wy­glą­dał cał­kiem zdrowo, tylko blady był. Po­dzi­wia­łam jego czarne włosy, przy­cięte po żoł­nier­sku, mocny pod­bró­dek, ar­ty­stycz­nie wy­pro­fi­lo­wany nos i nie­bie­skie oczy. Do każ­dego filmu by go wzięli, choćby na pierw­szo­pla­no­wego sta­ty­stę.

– Przy­stojny, nie? – Pie­lę­gniarka za­chi­cho­tała. – Będą się dziew­czyny bić, która go ma umyć.

– Cześć. Jak się czu­jesz? – przy­wi­ta­łam się z męż­czy­zną.

– Nie wiem – po­wie­dział, usi­łu­jąc się uśmiech­nąć.

– Je­steś w szpi­talu.

– Wi­dzę, że nie w te­atrze.

Usia­dłam na krze­sełku obok łóżka, pie­lę­gniarka sta­nęła za moim ple­cami.

– Niech go pani za­pyta, czego on tak cią­gle na nas dzwoni?

– Spo­koj­nie, po­wo­lutku, fa­cet jest w szoku.

W kilku zda­niach przed­sta­wi­łam sie­bie, pie­lę­gniarkę i szpi­tal wo­je­wódzki, za­pew­ni­łam, że bę­dzie żyć, ope­ra­cja się udała, a krwiak w gło­wie to nic po­waż­nego, naj­waż­niej­sze, że obie nogi ma równe i bę­dzie jesz­cze ska­kać. Oczy­wi­ście nie od razu, gdyż re­ha­bi­li­ta­cja tro­chę po­trwa, ale ge­ne­ral­nie miał dużo szczę­ścia, na które so­bie na pewno za­słu­żył swoim do­brym ży­ciem. Pie­lę­gniarka skwa­pli­wie przy­tak­nęła.

– Niech mu pani po­wie, że le­karz bę­dzie ju­tro, w ra­zie py­tań.

– Le­karz, który cię ope­ro­wał, zaj­rzy do cie­bie ju­tro, te­raz od­po­czy­waj. – Do­tknę­łam jego dłoni le­żą­cej na po­ścieli.

– Mu­szę za­dzwo­nić – po­wie­dział.

– Chce za­dzwo­nić. Ma­cie jego te­le­fon?

Pie­lę­gniarka zro­biła smutną minę.

– Nie zna­le­ziono przy nim te­le­fonu. Spraw­dza­łam w de­po­zy­cie. Nie ma ani te­le­fonu, ani port­fela. Pasz­port tylko, stąd wiemy, że Ame­ry­ka­nin.

Wy­cią­gnę­łam wła­sny te­le­fon z kie­szeni.

– Twój te­le­fon prze­padł, mo­żesz sko­rzy­stać z mo­jego. Pa­mię­tasz nu­mer?

Ame­ry­ka­nin od­dy­chał nie­równo, ży­wotne iskierki w oczach na­gle za­częły ga­snąć. Mo­ni­tor, do któ­rego był pod­łą­czony, nie re­je­stro­wał żad­nych zmian, ale męż­czy­zna wy­glą­dał te­raz ina­czej, zu­peł­nie jakby wy­niósł się z sali i prze­niósł w inne miej­sce. Cze­ka­łam, aż się ode­zwie, jed­nak po chwili za­mknął oczy i od­wró­cił głowę w stronę okna.

– Może trzeba ko­goś po­in­for­mo­wać, że on tu leży? Po­wia­do­mi­li­ście ko­goś o wy­padku?

– Nie. Prze­cież nie mamy nu­me­rów.

– Am­ba­sada?

Pie­lę­gniarka prze­sta­wała mnie lu­bić.

– Ja nie będę ni­g­dzie dzwo­nić. Jak ma ro­dzinę, to oni po­winni go szu­kać. Je­śli za­dzwo­nią, to się im oczy­wi­ście po­wie, że u nas leży.

Ame­ry­ka­nin od­pły­nął, więc wy­szły­śmy z sali.

– Co to był za wy­pa­dek?

– Taki, co zda­rza się naj­czę­ściej. Każde drzewo ro­snące przy dro­dze po­twier­dzi. Trzeźwy był, tyle wiem. Nie do­szło do zda­rze­nia, to się stało w szcze­rym polu, ży­wego du­cha do­okoła. Ja­kiś dzia­dek je­chał wo­zem i zna­lazł go wkle­jo­nego w drzewo. Za­nim do­je­chał do cha­łupy, za­nim za­dzwo­nili po ka­retkę, go­dzina mi­nęła. Co on tam ro­bił w nocy? Może się zgu­bił?

– Może.

– Mnie on nie wy­gląda na tu­ry­stę… – Pie­lę­gniarka po­krę­ciła głową. – Bar­dziej na ja­kie­goś biz­nes­mena czy coś.

– Pew­nie ju­tro za­czną go szu­kać – po­wie­dzia­łam.

– Żona albo ktoś z pracy. Taki ładny jest, na pewno ma żonę.

– Do­wiemy się wię­cej ju­tro. Po­ga­damy z nim rano.

Wró­ci­łam na salę i po­ło­ży­łam się na łóżku. Bab­cia Jan­dzia i Cu­krzyca chra­pały gło­śno. Wy­łu­ska­łam z ko­sme­tyczki si­li­ko­nowe za­tyczki i za­bez­pie­czy­łam uszy na noc. Je­śli się ju­tro nie obu­dzę po ope­ra­cji, będą pie­lę­gniarki i mój przy­pa­dek oma­wiać z dresz­czem emo­cji. Skąd ona się tu wzięła? Nie ma ro­dziny? Kogo po­wia­do­mić o zgo­nie? Za­czę­łam się za­sta­na­wiać, co po­win­nam te­raz zro­bić. Moje wszyst­kie rze­czy oso­bi­ste spo­czy­wały w ba­gaż­niku sa­mo­chodu za­par­ko­wa­nego przed szpi­ta­lem. Nie mia­łam bez­piecz­nego ad­resu w Pol­sce, miej­sca, gdzie mo­gła­bym roz­pa­ko­wać wa­lizkę i nie od­po­wia­dać na py­ta­nia o po­wody, przy­czyny, o to, czy do­brze to so­bie prze­my­śla­łam. Co ty te­raz ze sobą zro­bisz, ko­bieto? Ró­żowa ta­bletka za­czy­nała wcho­dzić w nogi, po­tem w głowę, pod po­wieki, zro­biło się na­prawdę bez­piecz­nie i ci­cho.

Pie­lę­gniarka Jola obu­dziła mnie pac­nię­ciem w nogę.

– Halo? Po­budka. Dok­tor Ka­licki po­wie­dział, żeby pa­nią przy­go­to­wać do ope­ra­cji.

– Al­le­luja! – Pod­nio­słam się na łok­ciu zdro­wego ra­mie­nia. – Ale nie będę się przed­wcze­śnie pod­nie­cać, może się w ostat­niej chwili ulot­nić jak wczo­raj.

– Dok­tor Ka­licki to nie gaz, żeby się ulat­niać. Ope­ruje już od go­dziny, pani jest druga w ko­lej­no­ści. Pro­szę się prze­brać.

– Mia­łam być pierw­sza… – mruk­nę­łam.

– Z wy­padku mo­to­cy­kli­stę przy­wieźli, wy­pchnął pa­nią z ko­lejki.

Pie­lę­gniarka Jola była w do­sko­na­łym hu­mo­rze. Wę­dro­wała, pcha­jąc przed sobą wó­zek z le­kami od sali do sali, szu­ka­jąc ofiar. Tu uką­siła, tam nad­gry­zła, w jesz­cze in­nym miej­scu kop­nęła w kro­cze. Ze­szłam z łóżka, pod­trzy­mu­jąc zwi­sa­jącą ga­łązkę ra­mie­nia. „Ban­kart le­sion”, tak po­wie­dział le­karz w Lon­dy­nie i to samo stwier­dził Ka­licki. Nie na­daje się do ope­ra­cji ar­tro­sko­po­wej, trzeba ciąć, otwie­rać i na­pra­wiać, wtedy jest szansa, że nie wy­pad­nie po­now­nie. Po­de­szłam do okna, żeby po­pa­trzeć na bu­dzący się dzień. Za­sta­na­wia­łam się, który to już raz, ska­za­łam się na walkę w po­je­dynkę ze wszyst­kimi wy­zwa­niami losu, do­szedł­szy do wnio­sku, że Boga nie ma. Zni­kąd po­mocy.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: