-
nowość
Evia i Królestwo Wardago - ebook
Evia i Królestwo Wardago - ebook
Mam na imię Evia. Przyszłam na świat jako następczyni tronu i długo wyczekiwane dziecko Aldreda i Lysary, ale moja codzienność toczyła się beztrosko, z dala od dworskich obowiązków. Dzięki decyzji rodziców dorastałam w otoczeniu rówieśników z różnych warstw społecznych, abym mogła doświadczyć prawdziwego życia, poza murami bogatych komnat. Selvaris, mój najlepszy przyjaciel, syn nadwornej kucharki, podarował mi na urodziny łańcuszek z drewnianą zawieszką w kształcie serca i obiecał, że nigdy mnie nie zostawi. Jednak czy obietnica złożona w młodości przetrwa próbę czasu? Mam na imię Evia. Ale równie dobrze mogłabym nosić Twoje imię. Bo choć pochodzę z królewskiego rodu, to jestem przede wszystkim zwyczajną dziewczyną, która popełnia błędy i mierzy się z ich konsekwencjami. Na własnym przykładzie chcę Ci pokazać, że to, co nam się przytrafia, zawsze niesie ze sobą jakąś lekcję.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398102513 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Drogi Czytelniku,
nie wiem, w jakim jesteś wieku ani skąd pochodzisz, nie znam Twoich smutków i radości, nie potrafię też zgadnąć, czy swoje dzieciństwo wspominasz z sentymentem czy wielkim żalem, ale pozwól, że sięgnę pamięcią wstecz.
W latach, w których o dostępie do Internetu mogliśmy tylko śnić, jedynymi bajkami, jakie oglądaliśmy w telewizji, były wieczorynki, a wypożyczenie kasety VHS graniczyło z cudem, życie miało inny smak. Kiedy już komukolwiek udało się zdobyć takie trofeum, umawialiśmy się na wspólny seans, ciesząc się jak wygrani na największej loterii. Odpalaliśmy sprzęt, który niejednokrotnie nas zawodził, i zatapialiśmy się w baśniach Disneya. Miały one w sobie pewnego rodzaju magię, rozbudzały naszą dziecięcą wyobraźnię, sprawiały, że mogliśmy się przenieść do innego wymiaru.
Zimą, gdy za oknem temperatury sięgały minus dwudziestu stopni, a mróz malował na szybach lodowe wzory, budowaliśmy „bazę” z krzeseł i koców tuż obok starego pieca kaflowego, by ogrzewać się jego ciepłem. Istnieje taki rodzaj spokoju, kiedy czujesz się bezpiecznie bez względu na to, co aktualnie posiadasz. Trzaskające drewno i pomarańczowa poświata płomyków odbijająca się na ścianie wypełniała nas właśnie taką przyjemną błogością. Zapach ciasta drożdżowego, które piekła mama, sprawiał, że burczało nam w brzuchach i nie mogliśmy się doczekać, żeby skosztować tych specjałów. A że w sklepach nie mogliśmy dostać zbyt wiele, to nagroda była warta każdego poświęcenia. Nie znaliśmy polityki, wirtualnej rzeczywistości i problemów dorosłych. Dla nas liczyło się bardziej to, czy po szkole zjemy ciepły obiad i czy będziemy mogli z przyjaciółmi siedzieć na dworze do zmierzchu, a wieczorem obejrzymy coś na niewielkim ekranie telewizora kineskopowego. Do dziś pamiętam te piękne bajki, błyszczące suknie księżniczek, rycerzy walczących w imię dobra, złe czarownice przygotowujące w kotle zielone mikstury, cudowne melodie i sceny, które po latach wciąż wywołują miłe wspomnienia.
Ta opowieść będzie dla Ciebie właśnie takim powrotem do krainy dzieciństwa. Trzymałam ją w sobie kilka lat, ale w końcu powstała, bo postanowiłam, że nie pozwolę, by niskie poczucie własnej wartości zablokowało moje marzenia. Powstała, choć wewnętrzny krytyk skutecznie podsuwał mi wszelkie argumenty, aby tego nie zrobić. Ale ja ją czułam, ja ją widziałam. I chciałam, żebyś i Ty, Drogi Czytelniku, mógł także tego doświadczyć.
Świat Wardago, jego główni bohaterowie i cała fabuła przyszły do mnie w zaledwie kilka sekund. Pewnego wieczoru, wracając z podróży do domu, zobaczyłam na nocnym niebie ogromny księżyc w pełni. Wtedy też w mojej głowie pojawiła się piosenka, a niedługo później, kładąc się spać, miałam przed oczami zarówno okładkę książki, jak i całą treść. Zamysł jednak, by przelać ją na papier, dojrzewał we mnie bardzo długo… Jak wspomniałam wcześniej, własne blokady skutecznie mnie przed tym powstrzymywały. Na szczęście, w tym samym okresie wpuściłam w moje skromne progi rozwój osobisty, który pozwolił mi spojrzeć w głąb samej siebie i zadać jedno kluczowe pytanie: „Co tracisz, pisząc?”. Wiesz, jak brzmiała odpowiedź? „Nic, absolutnie nic nie tracisz. Zrób to”.
Posłuchałam. Usiadłam do pisania. Efekt tej pracy – drogi, która wcale a wcale nie była usłana różami – trzymasz właśnie w rękach. I przyznam się szczerze: jestem dumna nie tylko z tego, że moja książka ozdobi wiele domowych biblioteczek i że obraz wykreowany w mojej fantazji naprawdę się zmaterializuje, ale przede wszystkim z tego, ile własnych barier pokonałam, żeby być w tym miejscu, w którym jestem.
Pozwól więc, że podpowiem Ci, co możesz tutaj znaleźć.
Historia Evii zaczyna się jak baśń, którą można obejrzeć w kinie. Celowo nie skupiałam się na jednej ramie czasowej, abyś mógł, Drogi Czytelniku, prześledzić poszczególne wydarzenia i zaznajomić się z postaciami od samego początku. Po kilku pierwszych stronach może Ci się wydawać, że to bajka dla najmłodszych, ponieważ poznajesz Evię w chwili jej narodzin, a potem towarzyszysz jej w dzieciństwie, okresie dorastania i dorosłości. Taki był zamiar. Nie odkładaj książki w połowie, twierdząc, że to opowiastka dla siedmiolatków, bo ona rozwija się stopniowo. Pozwól się jej poprowadzić. Daj swojemu wewnętrznemu dziecku czerpać z powrotu do lat niewinności.
Sama również zmieniałam się razem z moimi bohaterami, przeżywałam ich wzloty i upadki, wzruszałam się i płakałam. Przecież my też kiedyś byliśmy maluchami i dorośliśmy, prawda? To nieważne, czy jesteś dziś szanowaną panią dyrektor, chirurgiem, pilotem, maklerem czy milionerką… Zdejmij tę maskę i pozwól sobie na to, by znów poczuć się beztrosko. To celowy zabieg, że książka wygląda tak, a nie inaczej. Każda scena odgrywa tutaj swoją rolę, a jej znaczenie odnajdziesz w odpowiednim momencie.
Muszę Cię jednak ostrzec. Jeśli kochasz kryminały, mroczne thrillery i wartkie zwroty akcji… Tutaj na próżno tego szukać. Nastaw się raczej na snucie, powolne bajanie o sile miłości, o wybaczaniu, o podejmowaniu złych i dobrych decyzji, o tym, czego doświadczamy na co dzień, mimo że nie każdy z nas pochodzi z rodziny królewskiej. Ale to nie jest też tak, że nic się tutaj nie wydarza, oj nie. Jestem przekonana, że wielu sytuacji się nie spodziewasz, a zakończenie nie będzie takie, jak oczekiwałeś.
A skoro już ten utwór trafił do Ciebie w jakichś okolicznościach, to wiedz, że to nie przypadek. To znak, że może trzeba zwolnić? Może dręczy Cię jakieś pytanie, na które akurat tutaj znajdziesz odpowiedź? A może jest w Tobie rana, która potrzebuje się zagoić, a dzięki wskazówkom zawartym między wierszami wyszuka ku temu sposobność?
Wsłuchaj się zatem w swoje wnętrze, zrób pyszną herbatę, przykryj nogi ulubionym kocem i zatop się w magicznym uniwersum.
Życzę Ci przyjemnego czytania!
KasiaPROLOG
Stoi nad przepaścią. Tylko jeden krok dzieli ją od otchłani czarnej, bezkresnej dziury. Podświadomie wie, że jeśli się poruszy, pogrąży ją mrok, z którego nie ma już powrotu.
W tej samej chwili do środka wpada kilka drobnych kamieni, które osuwają się spod jej stóp. Przełyka głośno ślinę, ta scena wywołuje w niej paniczny lęk. Chce się wycofać, ale korzenie roślin wystające z ziemi owijają się wokół jej nóg, skutecznie ją unieruchamiając. Wyrywa się, szarpie z całych sił, bezskutecznie szukając ratunku. Gdy podnosi głowę, dostrzega kontury tysięcy drzew. Jest w samym środku lasu, ciemność ogranicza jej widzenie. Nie ma obok siebie niczego, czego mogłaby użyć, żeby odciąć splątane kłącza.
Nagle zdaje sobie sprawę, że trzyma w objęciach coś owiniętego białym prześcieradłem. Czy wcześniej to tam było? Jest jakieś znajome. Jedną ręką próbuje odchylić skrawek materiału, by zobaczyć, co się pod nim znajduje, ale wtem…
– Oddaj mi to! – Słyszy krzyk dochodzący z oddali.
Rozgląda się przerażona, ale nikogo nie dostrzega. Pętle wokół jej nóg luzują się na tyle, że może odwrócić się tyłem do urwiska, ale nadal nie jest w stanie uciec. Mocniej przyciąga do siebie zawiniątko i modli się o cud. Wtedy docierają do niej odgłosy stąpania po suchych liściach. Wie i czuje, że ktoś się zbliża. Z gąszczu wyłania się sylwetka z twarzą przysłoniętą czarnym kapturem i zmierza prosto na nią.
– Oddaj mi to – warczy nieludzkim głosem.
Jest coraz bliżej i bliżej.
– Nie! Nie! Nie! – krzyczy z całych sił Evia, ale dźwięki więzną jej w gardle.
Kiedy postać wyciąga ku niej rękę, ona szamocze się i nie pozwala odebrać swojej własności, jednak przywiązana pędami do ziemi nie ma szans w starciu z nieznajomym bytem.
– To już nie należy do ciebie – mówi mroczna zjawa. Wyrywa zawiniątko i popycha dziewczynę wprost w czeluść otchłani.
– Nieee! – krzyczy Evia, spadając coraz niżej…NARODZINY EVII WARDAGO
Mieszkańcy Królestwa Wardago od samego rana gromadzili się na głównym placu przed zamkiem, przygotowując się na jedyną w swoim rodzaju wiadomość. Ludzi przybywało, jedni przepychali się przez drugich, chcąc dotrzeć jak najbliżej królewskich balkonów, inni spokojnie czekali na obwieszczenie nowiny. Na samym środku forum posłaniec w purpurowym płaszczu wspiął się na podwyższenie i rozwinął rulon pergaminu, który trzymał w dłoni. W tle rozbrzmiały donośne fanfary.
– Uwaga, uwaga! – Jego potężny, wysoki głos dotarł nawet do najdalej oddalonych osób. – Król i królowa mają zaszczyt ogłosić, że dziś na świat przyszła ich córka, Evia Wardago!
Ludzie wznieśli okrzyk radości. Kobiety przytulały się do mężów, dzieci biegały wśród rozsypanych płatków kwiatów, starsze kobiety unosiły ręce, dziękując opatrzności za to błogosławieństwo.
Panowanie Aldreda i Lysary uczyniło krainę Wardago miejscem pełnym dobrobytu i pokoju. Król był nie tylko strategiem i mężem stanu, ale także człowiekiem czynu. Widywano go na polach, gdzie własnoręcznie pomagał rolnikom przy żniwach, przysiadał w warsztatach rzemieślników, słuchał ich zwierzeń o trudach i planach na przyszłość, a także służył im radą i wsparciem. Ludzie darzyli go ogromnym szacunkiem za to, że miał w sobie niebywałą skromność. Choć pierwsze siwe włosy pojedynczo pojawiały się już na jego skroniach, to nadal nie można było odmówić mu uroku. Postawny i wysoki, z szerokimi ramionami i silnymi dłońmi, młodzieńczą iskrą w oku i często zawadiackim uśmiechem. Jego źrenice przybierały kolor w zależności od pogody, ale najprościej byłoby określić je jako szare. Pociągła szczęka dodawała charakteru, podobnie jak idealnie symetryczny nos. Był przystojny i sympatyczny.
Lysarę natomiast nie bez powodu uznawano za najpiękniejszą kobietę w królestwie. Miała gładką, oliwkową cerę, delikatnie zaokrągloną twarz, niebieskie oczy przysłoniętę wachlarzem ciemnych rzęs i pełne różowe usta. Długie, brązowe włosy zazwyczaj opadały jej na plecy i tylko niekiedy wiązała je jedwabną wstążką, zaplatając kokardę. Przyciągała do siebie ludzi swoją dobrocią oraz chęcią niesienia pomocy. Wraz z Aldredem tworzyli dobraną, wspierającą się parę.
Stojąc teraz w zamkowej komnacie, pochylali się nad kołyską, w której spała Evia. Wraz z jej narodzinami spełnił się cud, a zarazem największe marzenie władców. Zostali rodzicami.
Król, który zazwyczaj nie okazywał emocji, tym razem nie zdołał ich ukryć. Gdy ujął delikatnie maleńką dłoń dziewczynki, tak aby jej nie zbudzić, łzy napłynęły mu do oczu.
– Witaj, kruszynko – wyszeptał. – Będę o ciebie dbał najlepiej, jak potrafię.
Królowa się pochyliła, by pocałować noworodka w czoło.
– Czekałam na ciebie całe życie, kochana dziewczynko. Dziękuję, że wybrałaś mnie na swoją mamę.
***
Wieczór spowijał Wardago. Czerwone promienie nikły za horyzontem, zostawiając za sobą pastelowe smugi. Na jednym z odległych wzgórz błysnęło światło – migocząca pochodnia w dłoni zakapturzonej sylwetki. Niebo, dotąd czyste i spokojne, pokryło się chmurami, przybierając ciężki, granatowy odcień zwiastujący burzę.
Na twarzy nieznajomej postaci pojawił się nieprzyjazny uśmiech.
– Evia… – wycharczała. – Takie piękne imię…
Lud Wardago świętował, monarchowie napawali się swoim szczęściem, Evia drzemała słodko w sosnowej kołysce z kciukiem wsadzonym do buzi i nikt z nich nie przypuszczał, że w cieniu nocy czai się byt, który mógłby zburzyć tę sielankę. Ktoś, kto pod czarnym kapturem skrywał mroczne zamiary, zagrażające nie tylko przyszłej następczyni tronu, ale i całemu imperium.DZIECIŃSTWO
Już jako niemowlę Evia zyskała miłość i sympatię całego dworu. Rosła w otoczeniu najlepszych nianiek i troskliwej służby, ale król wraz z królową mieli świadomość, że prawdziwe życie toczy się poza murami zamku. Chcieli, by ich córka poznała je takim, jakim jest, dlatego ustalili, że Evia będzie spędzać czas wśród rówieśników z różnych warstw społecznych i wszystkich zakątków ich ziem. Tylko wtedy zazna innej perspektywy i nauczy się zupełnie nowych rzeczy.
Któregoś dnia siedzieli w ogrodzie i zastanawiali się, jaka przyszłość czeka ich córkę.
– Mniemasz, że dobrze ją wychowamy? – zapytała Lysara.
Aldred uniósł filiżankę z herbatą, aby się napić, ale zatrzymał ją w połowie drogi.
– Skąd takie pytanie?
– Wiesz, wydaje mi się, że zawsze mogłabym zrobić coś lepiej – westchnęła. – Czy to uczucie kiedyś minie?
Król odłożył naczynie i ujął jej dłonie.
– Moja najdroższa, Evię spotkało prawdziwe błogosławieństwo. Ma wspaniałą matkę. Dlaczego w siebie wątpisz?
– Po prostu… chciałabym zawsze móc ją chronić i jej towarzyszyć, choć wiem, że to niemożliwe. Przeraża mnie, że kiedyś sama będzie podejmować decyzje. Nie będę miała na nic wpływu.
– Lysaro – rzekł najłagodniej, jak potrafił – ona jest jeszcze maleństwem. Po co wybiegasz tak daleko w przyszłość? Ciesz się tym, co dzieje się tu i teraz, zamiast roztrząsać całą resztę.
Królowa strzepnęła z sukni żółty pyłek, który przyleciał wraz z wiatrem z okolicznych drzew. Spojrzała na córkę zwinnie raczkującą po trawie. Dziewczynka próbowała zwiększyć tempo, choć małe rączki i nóżki jeszcze na to nie pozwalały. Matka, widząc jej energię i nieustępliwość, roześmiała się głośno.
– Masz rację. Za dużo rozważam, zdecydowanie za dużo.
Upiła łyk soku malinowego, pocałowała Aldreda w policzek i pobiegła do swojego dziecka.
***
Trzyletnia Evia, w trakcie jednego z przyjęć w ogrodzie, poznała Selvarisa, syna królewskiej kucharki. Chłopiec miał ciemne, zaczesane na bok włosy, brązowe oczy, przypominające dwa połyskujące węgielki, i charakterystyczny pieprzyk na prawym policzku. Tego dnia matka założyła mu białą koszulę, granatowe spodnie na szelkach i starannie wypolerowane buty, przeznaczone wyłącznie na wyjątkowe okazje. Zazwyczaj nieśmiały i zamknięty w sobie Selvaris przy księżniczce z dnia na dzień otwierał się coraz bardziej. Jego spokojna natura idealnie uzupełniała energiczny charakter Evii, a wspólne zabawy szybko przerodziły się w dziecięcą przyjaźń. Dorastali razem i razem doświadczali przygód. Wymyślali harce, w których zostawali bohaterami, udawali poszukiwaczy skarbów pokonujących potwory i wojowników wyruszających na ważne misje.
Mając po sześć lat, umówili się, że „zdobędą” każde drzewo znajdujące się w królewskim ogrodzie.
– Selvarisie, szybciej! – wołała Evia, balansując na gałęzi starego dębu. – Nie bój się, to tylko kilka kroków.
– Tylko kilka kroków? Ty jesteś na wysokości połowy zamkowej wieży! – odpowiadał chłopiec, niepewnie wspinając się za nią.
Codziennie podglądali także stajennego, który z pasją zajmował się rumakami, a następnie galopował na nich przez łąki. Evia się uparła, że chce robić to samo. Była jeszcze za mała, a ojciec obawiał się o jej bezpieczeństwo, jednakże znał żywiołowy temperament córki i miłość do zwierząt, więc się zgodził.
– Patrz, Selvarisie! – zawołała pewnego dnia, kłusując na kasztanowym Barrabusie.
– Jak ty to robisz? – krzyknął, podziwiając jej zręczność.
– To proste – roześmiała się, a jej włosy rozwiał wiatr. – Wystarczy tylko ufać koniowi i mocno się trzymać.
– Nauczysz mnie kiedyś?
Evia pociągnęła za wodze, zawracając Barrabusa.
– Jasne. Wsiadaj. – Zatrzymała się i z pomocą stajennego zeszła z siodła.
– Ale ja nie mówiłem, że dziś… że teraz…
– Wsiadaj! Jesteś chłopakiem, musisz umieć jeździć.
Nie mógł się sprzeciwiać, nie było sensu. Jej ton świadczył o tym, że podjęła decyzję, zanim on sam zdążył się zastanowić. Wsadził stopę w strzemiono, jedną ręką uczepił się ramienia stajennego, drugą przytrzymał bok konia i z wysiłkiem wdrapał się na jego grzbiet.
– Tobie coś powiedzieć…
– Co tam mruczysz? – Odruchowo otrzepała kolana, choć nie było takiej potrzeby.
– Że to wspaniały pomysł! – Pokazał zęby w wybitnie nieszczerym uśmiechu, ale nie zwróciła na to uwagi.
Dziewczyna jako nauczycielka radziła sobie całkiem nieźle. Cierpliwie pokazywała mu, jak utrzymać równowagę, chwycić lejce i prawidłowo ustawić nogi. Nauka przyniosła efekty już po kilku dniach.
– Widzisz, to nie takie straszne, prawda? – rzuciła żartobliwie, nalewając rumakowi wody do koryta.
– Nie aż tak – przyznał z trudem. Nie lubił, kiedy się okazywało, że miała w czymś rację.
– Czyli cieszysz się, że spróbowałeś?
– Trochę – odpowiedział bez przekonania, mimo że naprawdę spodobały mu się lekcje.
– Ale kłamiesz, Selvarisie. Jesteś niemożliwy.
– Za to ty jesteś strasznie uparta.
– Gdybym nie była, to nigdy nie nauczyłbyś się jeździć. – Odwróciła się obrażona, odłożyła puste wiadro i ruszyła przed siebie.
– Pewnie, obraź się! – krzyknął za nią. – Wcale nie jesteś moją koleżanką!
Zaczepka przyniosła niepożądany efekt. Evia nie zareagowała, a on zaczął się denerwować. Przestąpił z nogi na nogę, wahając się, czy ma za nią biec.
„A idź sobie” – pomyślał.
Sam także był zawzięty. Ale kiedy dziewczyna dochodziła do dziedzińca, nie wytrzymał i rzucił się za nią pędem. Dogonił ją na schodach, z trudem łapiąc oddech.
– Dobra, przepraszam – wysapał, chwytając się barierki. – Cieszę się, że pokazałaś mi, co umiesz. Chlapnąłem bez namysłu. Między nami zgoda? – Wyciągnął do niej rękę.
Była trochę nadąsana, ale podała przyjacielowi dłoń.
– Zgoda.
I jak gdyby nigdy nic wrócili do stajni czesać rumaki.
***
Po długich godzinach wspólnej zabawy, jazdy konnej i nieustających kłótni Selvaris zabierał ją do kuchni zamkowej. Tam, razem z jego matką, przygotowywali posiłki, piekli ciastka i bułeczki, a także poznawali obłędnie pachnące przyprawy, których aromat roznosił się po całym pomieszczeniu. Odkrywali tajne przepisy, znane tylko nielicznym, i słuchali dworskich nowinek. Najbardziej jednak kochali to, że mogli się ubrudzić od stóp do głów. To bezdyskusyjnie stało się dla nich głównym powodem częstych odwiedzin tej części zamku.
– Pani Mariko! Pani robi najpyszniejsze pyszności na całym świecie! – wołała Evia, wpychając do ust jeszcze ciepły kawałek szarlotki.
– Bo wkładam w nie całe swe serce – zwykła mówić Marika.
Dzieci nie do końca rozumiały, co to znaczy, „wkładać serce w jedzenie”, ale nie przeszkadzało im to. Marika była mistrzynią potraw i nawet gdyby przez przypadek wsadziła w ciasto nogę, nic by to nie zmieniło. Nadal smakowałoby wybornie.
Barwne i beztroskie dzieciństwo Evii zakłócała jedynie myśl, że czeka ją coś więcej niż słodkie wieczory w kuchni i jazda stępem przez pola. Myśl, że przyjdzie jej odziedziczyć tron po rodzicach. Przytłaczało ją to, bo już wtedy przypuszczała, jak wielkie wiąże się z tym poświęcenie. Wolała, żeby nic się nie zmieniało.
– Mamo, a jak dorosnę, czy nadal będę mogła robić to, co chcę? – zakwiliła cienkim głosem, siadając na jej kolanach.
– Mój skarbie – Lysara przytuliła mocno córkę – bycie władczynią to wielki zaszczyt. Tak, to także obowiązki i praca na rzecz wspólnego dobra, ale najlepszym wynagrodzeniem, jakie dostaniesz, jest wdzięczność ludzi. – Pogłaskała ją po włosach. – Niepotrzebnie się tym martwisz. Gwarantuję ci, że zawsze znajdziesz czas dla siebie i swoich pasji.SIÓDME URODZINY
Evia obudziła się wraz ze wschodem czerwonego słońca. Rozpierała ją energia, bo w końcu nadszedł ten szczególny dzień – jej siódme urodziny.
Leżała jeszcze chwilę w łóżku, a potem wstała i podbiegła do okna. Przylepiła twarz do szyby, malując parą z ust okrągłą smugę na jej powierzchni. Na zewnątrz pierwsze kolorowe pąki zdobiły gałęzie drzew, potężna magnolia złożyła różowe płatki w zaokrąglone kielichy, żółta, przycięta jak żywopłot forsycja odznaczała się swoją intensywną barwą, maleńkie, niebieskie szafirki niepewnie wystawiały z ziemi główki, a tęczowe tulipany wiły się między ciernistymi krzakami berberysu. Gdyby ktoś kiedykolwiek zapytał Evię, w jakim zakątku można było poczuć magię, odpowiedziałaby bez wahania, że właśnie w ogrodzie. Przyroda ochoczo budziła się do życia, rozpoczynając najpiękniejszą porę roku – wiosnę.
Wtem rozległo się pukanie i dziewczynka odsunęła się od szyby, zwracając ku drzwiom.
– Panienko, pora się ubierać. – Garderobiana weszła do pokoju i położyła na łóżku przygotowane szaty.
– Weroniko, jestem taka szczęśliwa! – wykrzyknęła Evia, rzucając się jej na szyję.
– Wiem, aniołku, wiem. Wszyscy się cieszymy, że nasza księżniczka wyrosła na taką piękną i mądrą damę.
Evia dała garderobianej buziaka w policzek, usiadła przy toaletce, a Weronika chwyciła za grzebień i przeczesała jej włosy. Zwinnymi ruchami palców oddzieliła pojedyncze pasma, które splotła w staranny, gruby warkocz, a następnie pomogła dziewczynce założyć pomarańczową suknię z koronkowym wykończeniem. Na koniec sięgnęła po tiarę z perłami, umieszczając ją na głowie solenizantki.
– Może księżniczka przejrzeć się w dużym lustrze – rzekła dumna ze swojej pracy służka.
Evia podeszła do wielkiego zwierciadła w złotej ramie, stojącego w samym rogu komnaty. Kiedy ujrzała w nim swoje odbicie, zapiszczała i obróciła się kilka razy, wprawiając suknię w ruch.
– Weroniko, jesteś czarodziejką. Jak długo ją szyłaś?
– Oj, panienko. – Garderobiana sprzątała spinki ze stolika. – Nieważne jak długo, tylko ważne, czy się podoba? – Puściła oko.
– Jest cudowna, dziękuję.
Drzwi się uchyliły i do środka weszli rodzice Evii.
– Gotowa na dzisiejsze świętowanie? – Lysara klasnęła w ręce. – Chyba tak, bo błyszczysz jak gwiazda!
– To prawda – zgodził się z żoną Aldred. – Urodę ewidentnie odziedziczyłaś po mamie. A teraz chodź, nasza najwspanialsza córko, na dziedzińcu już czekają goście.
Główny plac przeistoczył się w krainę pełną powiewających wstęg, ozdobnych wianków i stołów uginających się od smakołyków. Na każdym z nich porozstawiano półmiski z wyrośniętymi, czerwonymi babeczkami, kruchymi ciasteczkami posypanymi cukrem pudrem i plackami z dżemem jabłkowym. Na specjalnie przygotowanym stojaku przykrytym jasną tkaniną ustawiono dwupiętrowy tort ozdobiony białymi stokrotkami i pomarańczowymi nagietkami z masy maślanej. Stanowił arcydzieło cukiernicze i choć dzieci podchodziły do niego z otwartymi z wrażenia ustami, żadne nie odważyło się go dotknąć, mimo że perspektywa oblizania palców w ukryciu była niezmiernie kusząca.
Po uroczystym odśpiewaniu Sto lat i zdmuchnięciu przez Evię świeczek wszyscy ustawili się w kolejce, aby złożyć dziewczynce życzenia. Ostatnim w długim sznurze oczekujących był Selvaris, pochodzący ze skromniejszego i pełnego obowiązków świata, ale znający wartość przyjaźni lepiej niż niejeden książę.
– To dla ciebie. – Speszył się, wręczając jej małe, białe pudełko. – Sam zrobiłem.
Evia podniosła ostrożnie wieczko. W środku znajdował się naszyjnik z prostym, ale niezwykle uroczym drewnianym amuletem w kształcie serca. Nie miała wątpliwości, że Selvaris poświęcił mu wiele godzin pracy.
– Jaki piękny! – Jej oczy zalśniły, rozpromieniając twarz. – Dziękuję, Selvarisie. To najwspanialszy prezent, jaki kiedykolwiek dostałam.
Chłopiec się zarumienił, założył ręce z tyłu pleców i wstydliwie przetarł ziemię czubkiem buta.
– Miło mi, że ci się podoba. Chciałem, żebyś miała coś, co zawsze będzie ci o mnie przypominać, nawet kiedy będę daleko.
– Czy możesz mi go założyć? – poprosiła od razu. – Będzie pasował do mojej sukienki.
Odwróciła się do niego plecami. Z początku Selvaris mocował się z zapięciem, ale ostatecznie zdołał trafić haczykiem do oczka.
– Faktycznie, wygląda idealnie – podsumował, kiedy dziewczynka stanęła przodem do niego. – Mam nadzieję, że ponosisz go chociaż kilka dni.
– Selvarisie! – oburzyła się. – Ja go w ogóle nie będę ściągać.
Wieczorem, gdy przyjęcie z wolna dobiegało końca, Evia wraz z przyjacielem usiedli na ławce przy fontannie. Nie sięgali jeszcze nogami do ziemi, więc luźno machali nimi w powietrzu. Zmęczenie brało górę, a szum wody dodatkowo sprawiał, że robili się senni. Evia potrzebowała jednak coś z siebie wyrzucić.
– Selvarisie – zaczęła niepewnie. – Kiedyś zostanę królową, ale… – zawahała się – nie wiem, czy podołam, czy spełnię oczekiwania ludzi.
Chłopiec przyjrzał się jej badawczo.
– No coś ty! Jesteś najwspanialszą osobą, jaką znam. I nie masz się czego bać, bo ja zawsze będę przy tobie… – zawiesił głos. – A nawet jeśli nie, to wystarczy, że dotkniesz naszyjnika, a ja zaraz pojawię się w twoich myślach, czyli prawie tak, jakbym był obok.
Evia mocno się do niego przytuliła. Byli jeszcze dzieciakami, ale to wyznanie miało w sobie nieprawdopodobną moc. Zapoczątkowało ich wyjątkową więź trwającą wiele późniejszych lat.DOMEK MŁODEJ ARTYSTKI
Król siedział w bibliotece na swoim ulubionym, choć nieco już poprzecieranym fotelu, z półokrągłym oparciem i mosiężnymi podłokietnikami, zaczytując się w dawnych dziejach rycerzy. Na komodzie obok stała bordowa skrzynia z listami od dygnitarzy, wypalona do połowy kremowa świeczka, pieczęć z koroną, reprezentująca Królestwo Wardago, i farbione na czerwono gęsie pióro, zanurzone w kałamarzu. Aldred miał kilka ważnych aktów do podpisania, ale wątek zbuntowanych dowódców pochłonął go tak mocno, że kompletnie o tym zapomniał. Wchodząca do pomieszczenia Lysara zasklepiła mu lukę w pamięci.
– Dlaczego te pergaminy jeszcze tutaj leżą? – Wskazała na starannie ułożone, nawet nieodpieczętowane pisma.
– Ach… No tak, zupełnie mi to umknęło.
Skarciła go wzrokiem, ale nie zamierzała prawić morałów. Zamiast tego podsunęła mu pod nos kartkę z obrazkiem przedstawiającym psa.
– Zobacz, co ona namalowała.
Król zamknął opasłą księgę, wcisnął ją między swoją nogę a oparcie fotela i zabrał rysunek od żony. Spojrzał na niego uważnie.
– Coś mi się zdaje, że nasza córka maluje lepiej od nas – rzucił półżartem, półserio.
– Doszłam do takiego samego wniosku – przytaknęła. – Albo to my jesteśmy kompletnymi beztalenciami w dziedzinie sztuki, albo nasza księżniczka jest wybitnie uzdolniona.
– Obstawiałbym to drugie – odrzekł rozbawiony, oddając jej kartkę.
– W takim razie będziemy musieli stworzyć jej przestrzeń, aby mogła rozwijać to, czym my nie zostaliśmy obdarowani – oznajmiła bez ogródek.
– Czekaj, czekaj… Co to znaczy, „będziemy musieli”?
Zanim zdążyła otworzyć usta, mruknął pod nosem.
– Sugerujesz, że to ja będę musiał. Za długo cię znam.
– Jak zwykle węszysz podstęp. – Uniosła kąciki ust. – Pomogę ci.
– Pomożesz mi w czym? – Zacisnął oczy w wąskie szparki, jakby miało mu to pomóc rozwiązać zagadkę. – Zaplanowałaś coś, o czym jeszcze nie wiem?
Usiadła mu na kolanach, zarzucając ręce na szyję.
– Kiedy byłam małą dziewczynką, marzyłam o kąciku przeznaczonym tylko dla mnie. Gdzie będę mogła uciec od wszystkiego i gdzie nikt nie wejdzie, jeśli nie dostanie mojego pozwolenia.
– A to ciekawe. – Podrapał się po brodzie. – Opowiesz mi o tym więcej?
– Wyobrażałam sobie, że ten mój własny kąt wygląda jak domek mojej zmarłej prababci, do której często zabierała mnie mama. Miałabym w nim pełno bibelotów, haftowanych serwetek, koronkowych firanek w oknach i barwnych filiżanek. Moje koleżanki przychodziłyby tam na spotkania herbaciane, piłybyśmy napar z kolorowych kubeczków i udawały zamożne damy dworu. W mojej wizji wieszałam w pastelowoniebieskiej szafie swoje piękne suknie, których nie miałam, a o których śniłam. I fortepian. Biały fortepian, na którym ktoś nauczyłby mnie grać…
– Wydaje mi się, że twoje pomieszczenie musiałoby być całkiem sporych rozmiarów – wtrącił uszczypliwie Aldred.
– Och, daj spokój – żachnęła się. – Dziecięce wymysły nie znają pojęcia rozmiarów ani granic, więc bujałam w obłokach.
– Jak widać, wymarzyłaś sobie znacznie więcej. – Ruchem dłoni wskazał pokaźną bibliotekę, w której siedzieli.
– Tak, masz rację. Ale wtedy… Wtedy mogłam o tym tylko śnić.
Przerwała, wracając myślami do minionych czasów. Jej uwagę przyciągnął obraz wiszący na ścianie po przeciwległej stronie. Przedstawiał parę, kobietę i mężczyznę, siedzących na marmurowych schodach otoczonych krużgankami. Dama odchylała się w bok, prawdopodobnie zawstydzona komplementami towarzysza, który opierał harfę o swoje kolano. Malarz ukazał go jako pewnego, wręcz zadufanego w sobie człowieka ubiegającego się o względy niewiasty. Mimo niezliczonej ilości barw, obraz wydawał się jakiś taki… smutny. Lysara nie wiedziała, czy zawsze odbierała go w ten sposób, czy akurat dziś.
– Czy uważasz, że to, o czym dumamy każdego wieczoru, kiedyś się spełni? Czy nasze marzenia mogą stać się rzeczywistością? – spytała niespodziewanie męża.
– Trudne wątki dziś poruszasz, o pani – zażartował Aldred. – Nie znam odpowiedzi na to pytanie. A ty? Jak sądzisz?
– Sądzę, że przyciągasz to, na czym skupiasz uwagę – odparła bez zastanowienia. – Jeżeli jest w tobie niemoc i ciągle powtarzasz, że czegoś nie zrobisz, to właśnie tak się stanie. Nic nie zrobisz, nigdy nawet nie spróbujesz. Jednakże jeśli twoje pragnienie będzie wyjątkowo mocne i uprzesz się, że je zrealizujesz, to osiągniesz cel.
– Fiu, fiu – gwizdnął król. – Ale mam przy sobie filozofkę! – Roześmiał się czule. – Może i nie potrafisz malować, ale za to rozmowy z tobą są dla mnie największą przyjemnością. – Przysunął ją bliżej siebie. – I wiele się od ciebie uczę.
– Kończąc mój wywód, który kolejny raz mi przerwałeś – dodała przekornie – życzę sobie, abyś wybudował dla Evii domek artystki. Moja pomoc będzie polegać na tym, że przedstawię ci swoją wizję, a ty ją zrealizujesz. Co ty na to? – Wstała z jego kolan, pochyliła się i pocałowała go w usta.
Sprawa została przypieczętowana.
***
Kilka miesięcy później Aldred spoglądał na swoje dzieło z zachwytem. Sam zadbał zarówno o materiały, budowę, jak i wyposażenie całego wnętrza. Domek był drewniany i niewielki, ale miał duże okna, przez które wpadało mnóstwo światła. Pod jednym z nich ustawił kanapę, na której w przyszłości księżniczka mogłaby uciąć sobie popołudniową drzemkę i na której mogliby siedzieć jej znajomi. Na stole w równym rządku postawił farby w każdym możliwym kolorze, pędzle powkładał do glinianych kubków o różnych kształtach i rozmiarach, na ścianach porozwieszał puste ramki, a w kątach upchnął wielkie rolki płócien.
– Gotowa dowiedzieć się, co dla ciebie stworzyliśmy? – Lysara przyprowadziła córkę na miejsce za rękę.
Evia, z oczami zasłoniętymi chustą, sięgnęła do supełka zawiązanego z tyłu głowy, aby go rozplątać. Kiedy materiał spadł na ziemię, dziewczynka zaniemówiła.
– I jak? Podoba ci się? Nie trzymaj nas dłużej w niepewności. – Królowa przebierała nogami z taką werwą, jakby to była niespodzianka dla niej.
– On jest niesamowity i naprawdę mój?
– Na wyłączność. – Aldred podał jej srebrny kluczyk do kłódki. – Przychodź tutaj, gdy tylko poczujesz taką potrzebę.
– Jesteście tacy kochani. Dziękuję! – Z dziecięcą radością wpadła w ich objęcia.
Każdy poranek rozpoczynała w swojej pracowni. Wstawała wcześnie, jeszcze przed śniadaniem, i biegła co sił w nogach, by móc zanurzyć się w swojej wyobraźni. Miała talent do malowania realistycznych obrazów, odwzorowując to, co ją otaczało, ale lubiła też kreować całkiem nowe postaci istniejące tylko w jej fantazji.
Z biegiem lat ta przestrzeń stawała się coraz bardziej osobista. Zapełniała się nowymi szkicami, rysunkami, starymi książkami, muszlami przywiezionymi z wybrzeża, a także drobiazgami o charakterze sentymentalnym.
Jedyną osobą, która mogła odwiedzać ją bez zapowiedzi, był Selvaris. Codziennie przynosił jej świeże, rozpływające się w ustach bułeczki jagodowe według tajnego przepisu swojej matki. Evia oczekiwała ich zawsze z niecierpliwością i gdy tylko jej przyjaciel przekraczał próg drzwi, od razu łapczywie chwytała za jedną, wpychając ją do ust.
Tego dnia chłopak był wyjątkowo zmęczony po pracy przy czyszczeniu koni, więc zagadnął:
– Możesz mnie namalować?
– Nie – odpowiedziała, nie odrywając się od pracy.
– Ale dlaczego?
– Bo ty za bardzo się ruszasz.
– Będę siedział jak kamień, nawet nie drgnę. Obiecuję. – Położył rękę na sercu.
– Selvarisie, nie ma mowy. Nie wysiedzisz nawet pięciu minut.
– Założymy się? – Rozłożył się wygodnie na łóżku. – Maluj!
Przybrał taką pozę, że kiedy Evia na niego spojrzała, parsknęła głośnym śmiechem.
– Jesteś zabawny! I ja mam to przelać na płótno?
– Maluj, nie gadaj tyle. – Wyprostował się lekko.
– Jak możesz rozkazywać przyszłej królowej? – udała zagniewaną.
– Mogę, nie boję się ciebie. Jesteś za mała. – Wiedział, że ją tym sprowokuje, i zrobił to celowo.
Nie mylił się. Zanim zdążył dokończyć zdanie, kątem oka dostrzegł lecącą na niego poduszkę. Tę samą, na której Evia wcześniej siedziała i którą położyła tam specjalnie, bo krzesło było wyjątkowo niewygodne.
– Przyszłej królowej nie uchodzi takie zachowanie. – Selvaris krztusił się od chichotu.
– A tobie nie wypada się z niej śmiać. Walcz!
Rozpoczęli bitwę na poduszki, która trwała dotąd, dopóki oboje nie padli ze zmęczenia.
– Masz szczęście, że cię trochę lubię – wyznał zasapany chłopiec. – Inaczej już byś miała kłopoty.
– I wzajemnie.MAGA
Kiedy Evia przekręcała kluczyk w kłódce, zaproponowała wieczorne spotkanie w tym samym miejscu. Selvarisowi nie trzeba było powtarzać dwa razy.
– Jasna sprawa – odrzekł zadowolony.
Wtem z oddali dało się słyszeć ciche miauczenie.
– Kiciuś! – zawołała przejęta dziewczynka. – Chodźmy go znaleźć.
Zanim chłopiec wygłosił swoją opinię, ona już biegła w stronę lasu.
– Czekaj! – krzyknął i pospieszył za nią.
Dogonił ją dopiero, gdy przystanęła na skraju gęstwiny. Prowadzona impulsem dziewczyna nie zastanawiała się, dokąd zmierza. Raptem, kiedy się zatrzymała, spostrzegła, że dotarła do terenu, który wśród mieszkańców miasta budził respekt.
– Selvarisie? Ludzie mówią, że to Dziwny Las – wyszeptała spłoszona.
– Nawet nie zdążyłem otworzyć ust, bo wystrzeliłaś jak petarda – odparł, łapiąc oddech. – Tak, zdaję sobie z tego sprawę.
– Sądzisz, że coś nam się stanie, jak tam wejdziemy?
– Nie wiem. – Wzruszył ramionami, choć w głębi duszy wolał być gdzie indziej.
– Boisz się? Ja się trochę boję – przyznała.
– No co ty! Jestem chłopakiem, chłopaki się nie boją. No i mam już dziesięć lat – usiłował brzmieć pewnie, ale w głowie krążyły mu historie o niewyjaśnionych wypadkach, które rzekomo miały się tu wydarzyć. Nie chciał tam iść, wolałby wracać do domu, ale Evia popatrzyła na niego błagalnie.
– On nas woła. Może potrzebuje pomocy? Selvarisie, musimy go znaleźć.