Ewolwer - ebook
Kiedy Rezonans uderzył, każdy człowiek obudził prahistoryczny archetyp zapisany w DNA. Tylko Jarek dostał błąd: „Instynkt Zerowy – niezdefiniowany”. Świat po Rezonansie Źródła wymaga przetrwania dzięki osobistym Gałęziom Prainstynktu – biologicznym schematom starszym niż język. Jarek jako jedyny posiada Instynkt Zerowy, pozwalający mu przepisywać własne limity, przejmować cechy innych archetypów i ewoluować szybciej, niż System potrafi reagować. Rośliny zaczynają patrzeć, zwierzęta manipulują empatią, a strefy głębokiego Rezonansu przepisują fizykę. Jarek staje się łupem frakcji, które uważają jego błąd za klucz do bóstwa lub ostatnią szansę przeciwko wyginięciu. Dla fanów Solo Leveling, The Primal Hunter i Defiance of the Fall – Ewolwer oferuje brutalne walki, hard-science body horror i bohatera, którego prawdziwym wrogiem jest sam system rzeczywistości. LitRPG, którego akcja dzieje się w Polsce!
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384330173 |
| Rozmiar pliku: | 710 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Płuca paliły mnie żywym ogniem, a każdy wdech smakował jak mieszanka spalonej elektroniki i gnijących liści. Moje nogi, wyćwiczone lata temu na siłowniach i podczas maratonów, teraz przypominały dwa kawałki ołowiu, które jakimś cudem wciąż rytmicznie uderzały o popękany asfalt Marszałkowskiej. Nie mogłem przestać. Jeśli bym się zatrzymał, Ekstraktor dogoniłby mnie w niecałe trzy sekundy, a potem przestałbym być Jarkiem Krawczykiem, a stałbym się kolejną porcją surowej biomasy.
Za moimi plecami rozległ się dźwięk rozrywanego betonu. To monstrum nie bawiło się w omijanie przeszkód. Przebijało się przez ściany dawnych kawiarni i butików z taką łatwością, z jaką ja kiedyś przebijałem folię na opakowaniu jogurtu. Słyszałem jego miarowy, gardłowy pomruk, który rezonował w moich kościach. To nie był ryk zwierzęcia. To był dźwięk pracującej maszyny oblężniczej obciągniętej mokrą, pulsującą skórą.
Próbowałem wywołać interfejs. Po raz setny tego wieczoru.
CRITICAL_ERROR: UI_OVERLAY_NOT_FOUND
STATUS: KORUPCJA DANYCH (84%)
REBOOT_IN_PROGRESS...
Przekląłem w myślach, bo na głos nie miałem już siły. Mój system, ta cudowna obietnica ewolucji, którą trzy lata temu dostał każdy ocalały, w moim przypadku był kupą złomu. Podczas gdy inni sprawdzali swoje statystyki siły, zręczności i many, ja widziałem tylko migoczące paski błędów i kody, których nie rozumiałby nawet najzdolniejszy programista przed Rezonansem. Byłem błędem w kodzie świata. Glitchem na mapie Warszawy-Nekropolis.
Skręciłem gwałtownie w gęstwinę Tkanki Pierwotnej, która oplotła resztki rotundy. Czerwone, pulsujące żyły grzybni pod moimi stopami były śliskie i zdradliwe. Musiałem uważać na każdy krok. Jeden fałszywy ruch, jedno potknięcie o korzeń, który jeszcze dekadę temu był rurą kanalizacyjną, a Ekstraktor wbije we mnie swoje chitynowe odnóża.
Zatrzymałem się na ułamek sekundy, by złapać oddech w cieniu zrujnowanego wieżowca. Moje serce biło w tempie, które według podręczników fizjologii powinno skutkować natychmiastowym zawałem. Czułem, jak pot zalewa mi oczy, piekąc niemiłosiernie. Przetarłem twarz drżącą dłonią. Moje nadgarstki, nawykowo masowane, pulsowały tępym bólem. To był stary odruch z czasów, gdy pracowałem jako fizjoterapeuta. Wtedy naprawiałem ludziom stawy. Teraz ledwo radziłem sobie z utrzymaniem własnych w całości.
Gdzieś z góry, z fioletowych chmur Pyłu Ewolucyjnego, spadła kropla gęstej, lepkiej cieczy. Trafiła prosto w mój interfejs, który wisiał w powietrzu przed moimi oczami jako półprzezroczysty, zglitchowany prostokąt.
WYKRYTO AGRESYWNĄ ENTITĘ: EKSTRAKTOR (KLASA: ALFA)
DYSTANS: 12 METRÓW
SZANSA NA PRZETRWANIE: %
Dwanaście metrów. To mniej niż długość autobusu.
Wyskoczyłem zza filaru dokładnie w momencie, gdy ściana, przy której stałem, eksplodowała w chmurze pyłu i odłamków cegieł. Ekstraktor wyłonił się z dymu. Był obrzydliwy. Miał sześć kończyn zakończonych hakami, a jego korpus przypominał gigantyczny, obdarty ze skóry odwłok owada, przez który prześwitywały pracujące organy. Zamiast głowy miał pionową szczelinę wypełnioną rzędami zębów, które mieliły powietrze.
To nie był zwykły mob do grindu. To był drapieżnik szczytowy, zaprojektowany przez System do usuwania anomalii. A ja byłem największą anomalią w promieniu kilkunastu kilometrów.
Wpadłem w wąską alejkę między dwoma biurowcami. Beton pod moimi stopami zaczął wibrować. To był ten niski, buczący dźwięk tła, który towarzyszył nam od Dnia Zero. Rezonans Źródła. Czułem go w zębach, w gałkach ocznych, w każdej komórce ciała. Nocą ten dźwięk stawał się głośniejszy, a potwory dostawały szału. System pompował w nie energię, czyniąc je szybszymi i silniejszymi.
BUFF: NOCNY REZONANS (+50% DO STATYSTYK PRZECIWNIKA)
DEBUFF: WYCZERPANIE (REGENERACJA WYTRZYMAŁOŚCI ZABLOKOWANA)
Świetnie. Po prostu idealnie. Moje statystyki, których i tak nie widziałem, prawdopodobnie szorowały po dnie. Moja jedyna umiejętność, o ile można to było tak nazwać, nie miała nawet nazwy w interfejsie. Była tylko pustym slotem, który czasem świecił się na szaro.
Biegłem dalej, ale ulica nagle się skończyła. Przede mną wyrastała ściana Tkanki Pierwotnej, wysoka na dziesięć metrów, twarda jak stal i nieprzepuszczalna. Znalazłem się w pułapce. Ślepy zaułek. Klasyka gatunku. Gdyby to był film, pewnie teraz pojawiłby się bohater na białym koniu. Ale to nie był film. To była Warszawa, gdzie jedyne, co mogło nadlecieć z nieba, to deszcz żrącej esencji albo patrol Nowej Genezy, który dobiłby mnie z litości.
Odwróciłem się powoli. Ekstraktor nie spieszył się już. Wiedział, że mnie ma. Przesuwał się po asfalcie z mechaniczną precyzją, a jego haki zostawiały głębokie bruzdy w nawierzchni. Śmierdziało od niego ozonem i starą krwią.
Moje ręce zaczęły drżeć silniej niż zwykle. To nie był tylko strach. To była ta dziwna wibracja, która zawsze poprzedzała ataki paniki... albo coś znacznie gorszego. Próbowałem uspokoić oddech. Jako fizjoterapeuta wiedziałem wszystko o kontroli ciała. Wiedziałem, jak działają mięśnie, jak płynie krew, jak sygnały nerwowe pędzą do mózgu. Ale teraz moje ciało przestawało być moje. Stawało się zbiorem danych, które System próbował nadpisać.
Potwór uniósł dwa przednie haki. Przygotowywał się do skoku. Jego pionowa paszcza otworzyła się szerzej, ukazując pulsujące, czerwone światło w głębi przełyku. To tam zbierała się esencja, którą chciał ze mnie wyssać.
Wycofaj się. Znajdź lukę. Wykorzystaj otoczenie. Moje analityczne myślenie próbowało pracować, ale instynkt przetrwania krzyczał tylko jedno słowo: KONIEC.
Wspomnienie brata przemknęło mi przez głowę jak uszkodzony kadr starego filmu. Widziałem jego twarz w Dniu Zero, gdy próbowałem go ratować, gdy moje dłonie po raz pierwszy zrobiły to coś. Gdy zamiast uleczyć jego rany, po prostu... wymazałem przyczynę jego bólu razem z połową jego klatki piersiowej. To był mój dar. Moja klątwa.
Ekstraktor skoczył.
Czas zwolnił. Nie dlatego, że miałem jakąś umiejętność manipulacji czasem. To mój mózg, przeciążony adrenaliną i błędem Systemu, zaczął przetwarzać rzeczywistość klatka po klatce. Widziałem każdą płytkę chityny na ciele bestii. Widziałem mikroskopijne pęknięcia w jej pancerzu. Widziałem sploty mięśni, które nie miały prawa istnieć w ziemskiej biologii.
Zamiast uniku, zamiast zasłonięcia twarzy, po prostu wyciągnąłem ręce przed siebie. To nie był gest obrony. To był gest kogoś, kto chce coś zresetować. Kogoś, kto widzi błąd w strukturze wszechświata i chce nacisnąć przycisk „Cofnij”.
Moje gardło ścisnęło się w bezgłośnym krzyku. W moich żyłach nie płynęła już krew, tylko płynny lód. Poczułem, jak coś wewnątrz mnie pęka. To nie była kość. To była bariera, którą trzymałem w ryzach od trzech lat.
OSTRZEŻENIE: PROTOKÓŁ KRYTYCZNY AKTYWOWANY
INSTYNKT ZEROWY: INICJACJA...
SYNCHRONIZACJA:
CEL: EKSTRAKTOR_001
Świat stracił kolory. Wszystko stało się czarno-białe, a potem przeszło w negatyw. Ekstraktor, który był już centymetry od mojej twarzy, nagle zastygł w powietrzu. Nie, on nie zastygł. On zaczął się rozmywać.
Z moich dłoni wystrzeliła fala, której nie dało się opisać jako światło. To była pustka. Brak danych. Czyste zero, które rozchodziło się w przestrzeni jak krąg na wodzie, tyle że ten krąg pożerał wszystko, co napotkał.
Kiedy fala uderzyła w potwora, stało się coś niemożliwego. Jego potężny, chitynowy pancerz, który wytrzymałby trafienie z granatnika, po prostu przestał istnieć. Nie pękł, nie rozpadł się na kawałki. On został odinstalowany. W ułamku sekundy klasowy drapieżnik zmienił się w kłębowisko miękkiej, różowej tkanki, pozbawionej jakiejkolwiek ochrony. Jego haki stały się wiotkimi wypustkami, a zęby zmieniły się w galaretowate wypustki.
Bestia zwaliła się na mnie, ale nie poczułem ciężaru jej cielska. Poczułem tylko mokrą, gorącą masę, która ślizgała się po moim ubraniu. Ekstraktor wydał z siebie dźwięk, który sprawił, że moje bębenki w uszach niemal pękły. To był skowyt czegoś, co nagle straciło swoją definicję. Czegoś, co przestało pasować do zasad gry.
Upadłem na kolana, ciężko dysząc. Moje dłonie wciąż były wyciągnięte przed siebie. Dymiły. Dosłownie. Z moich palców unosiły się pasemka szarego dymu, a skóra była tak blada, że niemal przezroczysta.
Próbowałem coś powiedzieć. Chciałem krzyknąć z ulgi, z przerażenia, z czegokolwiek. Ale moje struny głosowe były martwe. Nie czułem ich. Kiedy otwierałem usta, wydobywał się z nich tylko suchy świst, jak z nieszczelnego zaworu. Moje gardło zostało „wyzerowane” razem z pancerzem potwora. Koszt użycia mocy był natychmiastowy i bezlitosny.
Podniosłem wzrok na to, co zostało z Ekstraktora. To coś wciąż żyło, ale nie przypominało już potwora. Było bezkształtną masą mięsa, która wiła się na asfalcie, bezskutecznie próbując odzyskać swoją formę. Widziałem, jak System próbuje naprawić ten błąd. Nad ciałem bestii migotały czerwone paski kodu, próbując na nowo wyrenderować pancerz, ale za każdym razem, gdy pojawiała się płytka chityny, natychmiast znikała, pożerana przez resztki mojej anomalii.
NOTYFIKACJA: POKONANO PRZECIWNIKA (EKSTRAKTOR KLASY ALFA)
NAGRODA:
DOŚWIADCZENIE: 0 (BŁĄD ALOKACJI)
UWAGA: WYKRYTO KORUPCJĘ LOKALNĄ RZECZYWISTOŚCI.
Roześmiałbym się, gdybym mógł. System nawet nie wiedział, jak mnie nagrodzić za zabicie czegoś, co teoretycznie było nieśmiertelne dla kogoś na moim poziomie. Nie dostałem esencji. Nie dostałem punktów doświadczenia. Dostałem tylko kilka dodatkowych minut życia i trwałe uszkodzenie ciała.
Wstałem chwiejnie, opierając się o ścianę Tkanki Pierwotnej. Była teraz miękka w miejscu, gdzie uderzyła fala. Moja dłoń zagłębiła się w nią jak w ciepłe ciasto. To było przerażające. Mógłbym zmienić całe to miasto w papkę, gdybym tylko stracił kontrolę na dłużej niż sekundę.
Cisza, która zapadła w alejce, była nienaturalna. Nawet Rezonans Źródła jakby przycichł, wycofując się przed miejscem, w którym dokonałem gwałtu na prawach Systemu. Czułem się pusty. Nie tylko emocjonalnie, ale fizycznie. Jakby ktoś wyciągnął ze mnie kręgosłup i zastąpił go zardzewiałym drutem.
Spojrzałem na swoje statystyki. A raczej na to, co z nich zostało.
SYNCHRONIZACJA: 1%
STATUS: DEGRADACJA BIOLOGICZNA
CZAS DO CAŁKOWITEGO RESETU: 00:59:58...
Zegar zaczął odliczać. Godzina. Miałem godzinę, zanim moje ciało prawdopodobnie przestanie rozpoznawać samego siebie jako jednostkę biologiczną i rozpadnie się na atomy. Musiałem znaleźć Marka. Musiałem dostać się do bezpiecznej strefy, zanim łowcy Nowej Genezy wyczują sygnaturę anomalii.
Zrobiłem krok, potem drugi. Moje ruchy były szarpane, nieskoordynowane. Czułem, jakbym sterował marionetką za pomocą zbyt długich sznurków. Każdy sygnał z mózgu do mięśni przechodził przez filtr szumów i błędów.
Gdzieś w oddali, za ścianami zrujnowanych kamienic, usłyszałem dźwięk, którego bałem się bardziej niż Ekstraktora.
To był wysoki, czysty ton syreny. Nie tej policyjnej, starej i swojskiej. To była syrena łowców. Pulsowała w rytm Rezonansu, namierzając wszelkie odchylenia od normy. A ja po użyciu Instynktu Zerowego świeciłem na mapie Systemu jak cholerna supernowa.
Próbowałem przyspieszyć, ale moje ciało odmówiło posłuszeństwa. Moja wizja zaczęła drżeć. To nie był zawrót głowy. To był błąd renderowania. Widziałem świat w niskiej rozdzielczości, z krawędziami budynków postrzępionymi jak w starej grze na uszkodzonej karcie graficznej.
Przystanąłem przy kałuży czarnej wody. Spojrzałem w swoje odbicie.
Moja twarz była blada, niemal biała, a oczy... oczy straciły źrenice. Były teraz dwiema szarymi plamami, które pulsowały w rytm odliczania na moim interfejsie. Blizna na mojej szyi, ten dziwny kod kreskowy, który był pamiątką po mojej pierwszej ewolucji, teraz świecił intensywnym, błękitnym światłem.
Podniosłem dłoń do twarzy.
Moje palce migotały. Przez ułamek sekundy widziałem przez nie kamienie, jakby moja skóra stała się matowym szkłem. A potem wróciły, ciężkie i namacalne, ale już nie do końca moje. Gdzieś w oddali, za ścianami zrujnowanych kamienic, zawyły syreny łowców Nowej Genezy.SYMBIOZA BÓLU
Ciężar ołowianych drzwi był jedyną rzeczą, która kotwiczyła mnie w rzeczywistości. Moje dłonie, wciąż lekko przezroczyste na krawędziach, ślizgały się po zimnej stali. Każdy centymetr przesunięcia rygla kosztował mnie więcej energii, niż sprint przez dwie przecznice w pełnym rynsztunku. System wył w mojej głowie, serwując mi kaskadę błędów, które przesłaniały pole widzenia czerwonymi powidokami.
KRYTYCZNA NIESTABILNOŚĆ STRUKTURALNA
STATUS: DEGRADACJA KOMÓRKOWA 14%
CZAS DO RESETU: 00:42:12
Więcej niż kwadrans straciłem na omijanie patrolu Nowej Genezy przy moście. Ich drony przeczesywały teren z precyzją, której nie powinien posiadać żaden algorytm. Czułem ich obecność jako swędzenie wzdłuż kręgosłupa, tam, gdzie interfejs próbował połączyć się z siecią, a moja anomalia brutalnie zrywała to połączenie.
Wpadłem do środka, niemal przewracając się o próg. Zapach chloru i wilgotnej cegły uderzył mnie w nozdrza z siłą fizycznego ciosu. To był zapach domu. A przynajmniej tego, co z niego zostało. Stacja Filtrów „Azyl” była labiryntem rur, zbiorników i strachu, ale tutaj, pod trzema metrami ziemi i warstwą ołowiu, szum Rezonansu cichł do znośnego pomruku.
– Jarek? – Głos był niski, dudniący, przypominający tarcie dwóch płyt chodnikowych.
Marek wyłonił się z mroku korytarza. Wyglądał jak góra mięsa i chityny, która jakimś cudem nauczyła się chodzić w pionie. Jego skóra na przedramionach była twarda, zrogowaciała, o sinym odcieniu, który świadczył o zaawansowanej ewolucji w stronę klasy Dominanta. Zawsze był wielki, ale System wycisnął z jego genetyki wszystko, co kojarzyło się z nieustępliwością.
Chciałem odpowiedzieć. Otworzyłem usta, ale wydobył się z nich tylko żałosny, suchy charkot. Moje struny głosowe wciąż były „wyzerowane”. Przeklęty koszt użycia Instynktu Zerowego. Moje ciało potraktowało własny aparat mowy jako zbędny proces procesora podczas walki z Ekstraktorem.
Marek dopadł do mnie w dwóch krokach. Jego ogromna dłoń spoczęła na moim ramieniu. Poczułem, jak jego siła niemal wgniata mnie w ziemię. Zauważyłem, że lewą rękę trzyma nienaturalnie blisko korpusu. Jego bark był obniżony, a klatka piersiowa falowała w rytm tłumionego bólu.
– Wyglądasz jak gówno wyplute przez serwer – mruknął, pomagając mi usiąść na starym, plastikowym kanistrze. – Gdzieś ty był? Syreny wyły przez pół godziny. Myśleliśmy, że cię namierzyli.
Wskazałem na swoje gardło, potem na jego bark. Marek skrzywił się, próbując udawać, że wszystko jest w porządku, ale mięśnie na jego szyi drgały. To był nawyk, który znałem jeszcze z czasów przed Rezonansem, gdy obaj graliśmy w lidze amatorskiej. Marek nigdy nie przyznawał się do kontuzji, dopóki kość nie przebiła skóry.
– To nic. Mały incydent na wschodniej flance. Jakiś Cień-Skoczek rzucił się z rury. Skręciłem go, ale skubaniec zdążył mi wybić staw. Próbowałem nastawić, ale System twierdzi, że mam „blokadę urazową”. Potrzebuję esencji regeneracyjnej, a Profesor mówi, że zapasy są na wyczerpaniu.
Pokręciłem głową. Moje dłonie przestały migotać, odzyskując stałą formę, choć wciąż były trupio blade. Wstałem powoli, ignorując zawroty głowy. Jako fizjoterapeuta wiedziałem o stawach więcej, niż jakakolwiek funkcja autoleczenia Systemu mogła zaoferować na tym poziomie. System był leniwy – oferował magię tam, gdzie wystarczyła prosta mechanika.
Marek chciał zaprotestować, ale uciszyłem go uniesioną dłonią. Podszedłem do niego, czując, jak pot spływa mi po skroni. Moja wiedza anatomiczna była teraz mapą wyświetlaną bezpośrednio na jego ciele. Widziałem napięcie powięzi, przykurcz mięśnia naramiennego i to, jak głowa kości ramiennej wysunęła się z panewki.
Chwyciłem jego ramię. Marek był gorący, jego skóra pulsowała energią Dominanta. Musiałem działać szybko, zanim moja własna niestabilność znów da o sobie znać.
– Jarek, nie masz siły. Odpuść – szepnął, ale nie stawiał oporu.
Użyłem techniki dźwigni, opartej na ciężarze własnego ciała, a nie na sile mięśni. Marek jęknął, gdy zablokowałem jego łopatkę. W tym momencie poczułem to znowu. To nie był impuls medyczny. To była moja anomalia. Instynkt Zerowy nie tylko niszczył pancerze potworów. On dążył do stanu idealnego, usuwając „błędy”. A zwichnięty bark był błędem w strukturze Marka.
Przez ułamek sekundy moje dłonie rozbłysły zimnym, szarym światłem. Nie poczułem oporu tkanki. Poczułem, jakbym przesuwał element układanki w pustej przestrzeni.
*Klik.*
Bark wskoczył na miejsce z dźwiękiem, który odbił się echem od ceglanych ścian. Marek zamrugał gwałtownie. Wyprostował ramię, obracając je w pełnym zakresie ruchu. Na jego twarzy odmalowało się czyste niedowierzanie.
– Co ty... Jarek, to nie powinno tak działać. Nawet z twoim skillem medycznym. Ból zniknął całkowicie. Nawet nie mam debuffa do mobilności.
Cofnąłem się o krok, czując, jak moje wnętrzności skręcają się w supeł. Cena. Zawsze była cena. Spojrzałem na swój interfejs.
TRANSFER OBRAŻEŃ ZAKOŃCZONY (MODYFIKATOR: ZEROWANIE)
STATUS: OTRZYMANO „TRAUMA MECHANICZNA BARKU” (EMULACJA)
Mój lewy bark zapłonął nagłym, rozrywającym bólem. To nie była magia. To była symbioza. Moja anomalia uznała, że najprostszym sposobem na „wyzerowanie” problemu Marka jest przeniesienie wektora uszkodzenia na mnie. System nie naprawił jego ciała; on po prostu nadpisał dane o bólu z jego partycji na moją.
Zacisnąłem zęby, by nie krzyknąć. Marek patrzył na mnie z wdzięcznością, nieświadomy, że właśnie ukradłem mu jego cierpienie. To była moja tajemnica. Jeśli dowiedzieliby się, że moje „leczenie” polega na transferze, nigdy nie pozwoliliby mi sobie pomagać. A w tym świecie bezużyteczność była wyrokiem śmierci.
– Dzięki, stary. Jesteś cudotwórcą – Marek klepnął mnie w zdrowe ramię, niemal posyłając mnie na kolana. – Idź do Profesora. Czeka na te zioła, które miałeś przynieść. I na ciebie. Martwi się bardziej, niż chce przyznać. Te jego rośliny ostatnio dziwnie się zachowują, jakby czuły coś w powietrzu.
Skinąłem głową, masując nadgarstek. To był stary nawyk, jeszcze z gabinetu, gdy po dziesięciu pacjentach dziennie moje stawy odmawiały posłuszeństwa. Teraz jednak masowałem nie zmęczenie, a strach. Strach przed tym, że pewnego dnia nie będę miał już na co przenieść kolejnego zranienia.
Ruszyłem w głąb stacji, mijając rzędy rur pokrytych mapami rysowanymi kredą. Każda kreska oznaczała bezpieczną ścieżkę, każdy krzyżyk – gniazdo bestii lub strefę wpływu Nowej Genezy. Warszawa nie była już miastem. Była gigantyczną, biologiczną płytką drukowaną, a my byliśmy tylko pasożytami próbującymi nie zostać wykrytymi przez program antywirusowy.
Laboratorium Profesora znajdowało się w dawnej hali pomp. Powietrze tutaj było cięższe, przesycone zapachem ziemi i czegoś słodkiego, co kojarzyło się z gniciem, ale w ten dobry, leśny sposób. Witold Sadowski siedział na swoim wózku inwalidzkim pośrodku dżungli, która nie miała prawa istnieć pod ziemią.
Pnącza o neonowo zielonych żyłkach oplatały rury, zwieszając się z sufitu jak żywe kable. Profesor, starszy mężczyzna o twarzy pociętej zmarszczkami jak kora dębu, głaskał liść ogromnej paproci, która zdawała się mruczeć pod jego dotykiem. Jego nogi, bezużyteczne od lat, były teraz częściowo zrośnięte z konstrukcją wózka za pomocą grubych, zdrewniałych korzeni. Gałąź: Rozsiewca. Profesor był bardziej rośliną niż człowiekiem, co pozwalało mu czuć tętno Systemu w sposób, którego ja nigdy nie zrozumiem.
– Spóźniłeś się, Jarosławie – powiedział, nie odwracając głowy. Jego głos szeleścił jak suche liście na wietrze. – Moje dzieci były niespokojne. Czuły pulsowanie pustki. Bardzo silne.
Podszedłem do niego i położyłem na metalowym stole worek z ziołami, które zebrałem w ruinach Ogrodu Botanicznego. Piołun o srebrzystych liściach, zmutowana szałwia i kilka pędów czarnego bzu, który wchłonął zbyt dużo Esencji.
Profesor odwrócił się powoli. Jego oczy, całkowicie zielone, pozbawione białek, przeszyły mnie na wylot. Skrzywił się, widząc moją bladą twarz i sposób, w jaki trzymałem lewe ramię.
– Znowu to zrobiłeś. Przeniosłeś błąd – westchnął, kaszląc lekko. Z jego ust wyleciała chmura złotawych pyłków. – Marek jest prostym człowiekiem, ale ty... ty powinieneś być mądrzejszy. Nie jesteś naczyniem na cudze nieszczęścia, Jarosławie. Jesteś anomalią. A anomalie mają tendencję do zapadania się w sobie.
Wyciągnąłem notatnik i szybko skreśliłem kilka słów. Głos wciąż nie wracał.
„Co z krwią? Sprawdziłeś próbki?”
Witold wskazał na dziwne urządzenie stojące na blacie. Był to stary mikroskop optyczny, ale zamiast soczewek miał zamontowane kryształy wydobyte z oczu Skoczy. Pod spodem pulsowało błękitne światło Esencji.
– Twoja krew to fascynujący bałagan – zaczął Profesor, podjeżdżając bliżej. – Usiądź. Musimy to zrobić teraz, póki twój kod jest jeszcze wzburzony po użyciu Instynktu.
Wyciągnąłem ramię. Profesor wbił mi w żyłę kolec wyrastający bezpośrednio z jego palca. Nie poczułem bólu, tylko dziwne mrowienie, jakby tysiące małych owadów wędrowało pod moją skórą. Krew spłynęła do szklanej płytki.
Pod okiem „mikroskopu” działo się coś, co przeczyło wszelkiej logice biologicznej. Zamiast krwinek widziałem drobne, geometryczne kształty, które nieustannie zmieniały formę. Nie płynęły – one się rewidowały.
– Widzisz to? – Profesor szepnął, niemal z zachwytem. – To nie jest choroba. To nie jest nawet mutacja w tradycyjnym sensie. Twoje komórki próbują istnieć poza protokołem Systemu. Każda inna istota w tym mieście, od Marka po najmniejszego szczura, jest częścią bazy danych. Mają swoje ID, swoje miejsce w hierarchii, swój koszt. Ty... ty jesteś błędem składniowym, Jarosławie. Niestabilnym kodem, który System próbuje naprawić, ale nie wie jak, bo nie potrafi cię zdefiniować.
Wziąłem notatnik.
„To dlatego nie dostaję expa? Dlatego nie ma loot-u?”
– Dokładnie. System przyznaje nagrody za akcje, które rozumie. Zabijasz potwora mieczem? Prosta sprawa. Dodajemy punkty do Siły, odejmujemy punkty wytrzymałości potwora. Ale ty? Ty nie zabijasz. Ty usuwasz definicję bytu. Dla Systemu to tak, jakbyś wyciągnął wtyczkę z kontaktu w trakcie trwania programu. Nie ma rezultatu, bo proces został przerwany, a nie zakończony.
Profesor zamilkł na chwilę, patrząc na próbkę krwi, która nagle zaczęła dymić, wypalając dziurę w szklanej płytce.
– Niepokoi mnie coś innego – kontynuował, gładząc się po brodzie, w którą wrosły drobne kwiaty mchu. – Rezonans Źródła narasta. Nowa Geneza szuka „Czystego Formatu”. Jeśli dowiedzą się, że po Warszawie biega ktoś, kto potrafi Zerować ich struktury... nie spoczną, dopóki nie rozłożą cię na części pierwsze w swoich laboratoriach. Twoja anomalia jest dla nich jak wirus w idealnym systemie operacyjnym.
Poczułem chłód, który nie miał nic wspólnego z temperaturą w piwnicy. Nowa Geneza nie była tylko grupą kultystów czy korporacją. To byli ludzie, którzy uwierzyli, że System jest bogiem, a oni jego prorokami. Chcieli pełnej integracji, porzucenia resztek człowieczeństwa na rzecz czystej, cyfrowej wydajności. Ja byłem wszystkim, czym gardzili – błędem w ich raju.
– Musisz jeść, Jarosławie – Profesor podał mi małą fiolkę z gęstym, fioletowym płynem. – To esencja z moich roślin. Nie jest tak silna jak drop z Alfy, ale pomoże ci utrzymać synchronizację. Jeśli spadnie poniżej jednego procenta... cóż, obawiam się, że po prostu przestaniesz być renderowany. Znikniesz z tej rzeczywistości bez śladu.
Wziąłem fiolkę. Płyn był gorzki, smakował jak ziemia i stare monety. Czułem, jak energia powoli rozchodzi się po moich żyłach, łagodząc ból w barku, który ukradłem Markowi. Ale to było tylko tymczasowe rozwiązanie. Jak zaklejanie pękniętej tamy taśmą klejącą.
Wyszedłem z laboratorium, czując na plecach wzrok Profesora. Wiedziałem, że patrzy na mnie jak na okaz badawczy, który może lada chwila wybuchnąć. Albo zwiędnąć.
W głównej części „Azylu” panowała pora posiłku. Przy ognisku bezdymnym, zasilanym przez stare akumulatory, siedziało kilka osób. Marek właśnie opowiadał jakąś anegdotę o tym, jak udało mu się przechytrzyć patrol, gestykulując przy tym energicznie swoim naprawionym barkiem. Natalia, nasza zwiadowczyni, ostrzyła swoje noże, rzucając mi krótkie, badawcze spojrzenie. Była szczupła, niemal chorobliwie chuda, ale w jej ruchach była szybkość, której nie dało się kupić za żadne punkty statystyk.
Usiadłem obok Marka. Podał mi miskę z czymś, co przypominało owsiankę, ale pachniało syntetycznymi witaminami.
– Jedz, chudzielcu. Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zemdleć – rzucił Marek z uśmiechem.
Wziąłem pierwszą łyżkę. Jedzenie było jałowe, ale konieczne. W tym świecie głód nie był tylko ssaniem w żołądku. To był komunikat Systemu o kończącym się paliwie. Jeśli nie dostarczysz kalorii, twoje statystyki zaczną spadać. Najpierw siła, potem inteligencja, na końcu... egzystencja.
Nagle poczułem, jak obraz przed moimi oczami zaczyna drżeć. To nie był zawrót głowy. To było to samo uczucie, co w alejce po walce z Ekstraktorem.
Moja dłoń trzymająca łyżkę zaczęła pulsować. Widziałem przez nią ogień. Nie była przezroczysta jak szkło – była po prostu niekompletna. Brakowało w niej tekstur, brakowało definicji krawędzi.
– Jarek? – Głos Marka dobiegł do mnie jak zza grubego muru.
Chciałem go uspokoić, ale moje ciało nagle wygięło się w nienaturalnym łuku. Łyżka upadła na beton z brzękiem, który brzmiał jak wybuch granatu. Czułem, jak każda komórka mojego ciała próbuje uciec w innym kierunku. To nie były drgawki. To była walka o formę.
Mój interfejs oszalał.
KRYTYCZNY BŁĄD SYNCHRONIZACJI
PROTOKÓŁ NAPRAWCZY: NIEPOWODZENIE
WYKRYTO NIELEGALNĄ MODYFIKACJĘ MATRYCY BIOLOGICZNEJ
ROZPOCZYNANIE KWARANTANNY TKANKOWEJ...
– Trzymajcie go! – krzyknęła Natalia, rzucając się w moją stronę.
Poczułem na sobie ciężar Marka. Przygniótł mnie do ziemi, próbując unieruchomić moje szalejące kończyny. Ale moje ciało nie było już solidne. Kiedy Marek chwycił mnie za nadgarstki, jego dłonie częściowo przeniknęły przez moją skórę.
Krzyknąłem, a raczej spróbowałem. Z mojego gardła wydobył się dźwięk statycznego szumu, biały szum, który sprawił, że lampy chemiczne w całej sali zaczęły migotać i pękać. Ból był nie do opisania. To było tak, jakby ktoś próbował przepuścić ocean przez rurkę do napojów. Moja anomalia odrzucała ludzką formę, uznając ją za zbędne ograniczenie.
– Jarek, walcz z tym! – Marek ryczał mi do ucha, jego twarz była wykrzywiona wysiłkiem. Widziałem, jak jego własna skóra Dominanta pęka pod wpływem kontaktu z moją niestabilną energią. – Nie puszczaj!
Czułem zapach ozonu i palonego mięsa. Moja własna moc zaczęła „zerować” tkankę Marka, który próbował mnie ratować. Widziałem, jak jego palce zaczynają tracić definicję, jak stają się szare i bezkształtne w miejscu, gdzie mnie dotykał.
Przestań. Proszę, przestań – błagałem w myślach, próbując siłą woli narzucić sobie strukturę. Skupiłem się na anatomii. Na kościach, na ścięgnach, na każdym mięśniu, który kiedyś masowałem pacjentom. Przypomniałem sobie atlas anatomiczny, każdą stronę, każdy rysunek. Musiałem się narysować na nowo w kodzie rzeczywistości.
Stopniowo drgawki zaczęły ustępować. Szum w uszach ucichł, zastąpiony przez głośne, nierówne bicie mojego serca. Moje ciało znów stało się materialne, twarde i ciężkie. Marek odsunął się gwałtownie, dysząc ciężko. Patrzył na swoje dłonie – opuszki palców miał pozbawione linii papilarnych, gładkie jak polerowany kamień.
W sali zapadła martwa cisza. Natalia stała z wyciągniętymi nożami, niepewna, czy wciąż jestem jej towarzyszem, czy czymś, co należy zlikwidować.
Podniosłem się powoli, czując niesamowity wstyd. Byłem zagrożeniem. Nawet tutaj, w sercu naszej małej społeczności, byłem bombą, której nikt nie potrafił rozbroić. Spojrzałem na Marka, chcąc go przeprosić, ale on nie patrzył na moje dłonie ani na swoją ranę.
Jego wzrok był utkwiony w mojej szyi.
– Jarek... – zaczął szeptem, a w jego głosie usłyszałem coś, czego u niego nie znałem. Strach. – Co to jest?
Podniosłem dłoń do szyi, tam, gdzie zawsze była blizna w kształcie kodu kreskowego. Ale skóra była tam gładka i nienaturalnie zimna.
Marek podał mi kawałek pękniętego lustra, który służył nam do golenia. Spojrzałem w odbicie.
Stara blizna zniknęła. Zamiast niej, na mojej skórze pulsował nowy symbol. Nie był to znak żadnej z klas Systemu. Nie był to herb Dominanta, Rozsiewcy ani Zwiadowcy. To była prosta, idealnie wykalibrowana cyfra, która zdawała się wypalać dziurę w samej rzeczywistości.
Zero.
– Boże... – szepnął Marek, cofając się o krok. – Jarek, to jest... to jest pierdolone zero.OGRÓD, KTÓRY PATRZY
Łazienki Królewskie przestały być królewskie w dniu, w którym System postanowił, że zieleń miejska potrzebuje więcej zębów. Teraz to Ogrody Cierni. Miejsce, gdzie każdy liść ma ochotę cię wychłostać, a zapach bzu potrafi sparaliżować układ oddechowy w trzy sekundy.
Szłam przodem, starając się nie oddychać zbyt głęboko. Moje noże spoczywały w pochwach na udach, ale dłonie miałam wolne. Jako Transmutor potrzebowałam bezpośredniego kontaktu. Dotyk był moją bronią, moją wytrychem i moją przekleństwem. Każdy centymetr mojej skóry był gotowy, by zmienić strukturę materii, o ile System nie postanowi wyrzucić błędu synchronizacji.
Za moimi plecami Beton sapał jak stary parowóz. Jego chitynowy pancerz tarł o siebie przy każdym kroku, wydając dźwięk przypominający miażdżenie kamieni. Marek był dobrą kotwicą, ale w tym zielonym piekle rzucał się w oczy bardziej niż neon w środku nocy.
I był jeszcze on. Jarek.
Zerknęłam przez ramię. Szedł na końcu, dziwnie sztywny, z tym swoim nowym znakiem na szyi. Zero. Prosta, biała cyfra, która wydawała się nie pasować do reszty interfejsu. Wyglądał, jakby ktoś wyciął kawałek rzeczywistości i wkleił tam pustkę. Od dwóch dni prawie się nie odzywał. Nic dziwnego, skoro jego gardło po ostatniej akcji przypominało pole bitwy po przejściu dywizji pancernej.
Zatrzymałam się przed ścianą pnączy. Wyglądały jak drut kolczasty, tyle że te kolce pulsowały jadowitą czerwienią i lekko drżały.
– Beton, osłaniaj tyły. Te chwasty mają uszy – rzuciłam cicho.
Marek skinął głową i odwrócił się, zaciskając pięści. Jego skóra na kłykciach natychmiast stwardniała, tworząc naturalne kastety.
Podeszłam do pnączy. Wyciągnęłam dłoń, czując na palcach mrowienie. To był moment, w którym System przeliczał moją wolę na zmiany molekularne.
```
UMIEJĘTNOŚĆ: TRANSMUTACJA DOTYKOWA (POZ. 4)
CEL: PNĄCZA CIERNISTE (BIO-MATERIA)
KOSZT: 15 PKT ENERGII / SEKUNDA
STATUS: INICJALIZACJA STRUKTURY...
```
Dotknęłam najgrubszego pędu. Czerwone kolce natychmiast wygięły się w moją stronę, szukając mięsa, ale zanim zdążyły mnie drasnąć, moja moc rozeszła się po roślinie. Czułam, jak twarda celuloza mięknie. Jak ostre jak brzytwa krawędzie tracą swoją gęstość. W ciągu kilku uderzeń serca jadowita bariera zmieniła się w pasma miękkiej, szarej gumy.
Chwyciłam pnącza i rozsunęłam je na boki. Nie stawiały oporu. Zwisały bezwładnie, tracąc swoją drapieżność.
– Droga wolna – szepnęłam, ocierając pot z czoła. Transmutacja bio-materii zawsze kosztowała więcej niż praca na metalu czy betonie. Życie stawiało opór. Życie nie chciało być zmieniane.
Jarek przeszedł obok mnie. Nawet na mnie nie spojrzał. Jego wzrok był utkwiony w gęstwinie, ale nie patrzył na liście czy pnie drzew. Mrużył oczy, jakby czytał coś, co wisiało w powietrzu. Widziałam to już wcześniej. Inni gracze skanowali otoczenie w poszukiwaniu statystyk, on wyglądał, jakby debugował świat.
– Hej, anomalia – mruknęłam, chowając dłonie do kieszeni bluzy. – Może byś tak czasem pomógł, zamiast gapić się w próżnię? Moja energia nie regeneruje się na drzewach.
Jarek zatrzymał się przy starym dębie, którego kora była pokryta świecącym mchem. Wyciągnął rękę, ale nie dotknął drzewa. Jego palce drżały lekko, zatrzymując się milimetry od powierzchni.
– To... nie jest... drzewo – wychrypiał. Jego głos brzmiał jak tarcie papieru ściernego o suchy lód. Każde słowo wydawało się sprawiać mu fizyczny ból.
– No jasne, to pewnie statek kosmiczny – prychnęłam, przewracając oczami. – Marek, widzisz to? Nasz wybawca ma wizje.
Beton podszedł bliżej, krusząc pod ciężkimi butami zmutowane szyszki.
– Daj mu spokój, Natalia. Profesor mówił, że on widzi rzeczy inaczej. Jarek, o co chodzi?
Jarek wreszcie dotknął kory. W miejscu styku jego palców ze świecącym mchem, światło natychmiast zgasło. Nie zwiędło. Po prostu przestało istnieć. Szary kolor zaczął rozchodzić się po pniu niczym atrament w szklance wody.
– Kod... zapętlony – wydusił Jarek. – Pułapka.
W tej samej chwili ziemia pod naszymi stopami drgnęła. Mech, który wcześniej wydawał się tylko dekoracją, zaczął gwałtownie pęcznieć. Z korzeni drzewa wystrzeliły w górę długie, mięsiste macki, zakończone czymś, co przypominało ludzkie szczęki.
– Cofnąć się! – wrzasnęłam, odskakując w tył.
Marek zareagował instynktownie. Wbił się barkiem w najbliższą mackę, przyjmując uderzenie na swój pancerz. Rozległ się huk, jakby kowadło uderzyło w mięso. Beton ani drgnął, ale macka owinęła się wokół jego talii, zaciskając chitynowe płytki.
– Natalia! Tnij to! – rzucił Marek, zapierając się nogami w grząskiej ziemi.
Dobyłam noży. Moje ostrza były wykonane z czystego wolframu, ciężkie i zabójcze. W biegu aktywowałam transmutację krawędzi.
```
MODYFIKACJA PRZEDMIOTU: NOŻE WOLFRAMOWE
EFEKT: MONOMOLEKULARNA OSTROŚĆ
CZAS TRWANIA: 30 SEKUND
```
Zawirowałam w powietrzu, tnąc mackę trzymającą Marka. Ostrze przeszło przez tkankę jak przez ciepłe masło. Z rany nie trysnęła krew, ale gęsta, czarna maź, która parowała w kontakcie z powietrzem. Smród był obrzydliwy – jak palona guma zmieszana z padliną.
Spojrzałam na Jarka. Stał dokładnie w tym samym miejscu, niewzruszony, podczas gdy wokół niego wyrastały kolejne drapieżne pędy. Wyglądał, jakby był w transie. Jedna z macek wystrzeliła prosto w jego pierś.
– Jarek, rusz się, do cholery! – wrzasnęłam.
Macka uderzyła. Ale zamiast przebić go na wylot, po prostu... rozpadła się. Zniknęła w chmurze szarych pikseli, zanim w ogóle dotknęła jego ubrania. Jarek nawet nie mrugnął. Trzymał dłoń na pniu drzewa, a szarzyzna pożerała dąb z przerażającą prędkością. Świecący mech gasł, liście zamieniały się w pył, a potężne konary kruszyły się, jakby stały tam od tysiąca lat bez kropli wody.
Cała „pułapka” zaczęła więdnąć w oczach. Macki, które przed chwilą próbowały nas pożreć, opadły na ziemię, tracąc napięcie.
– Co ty zrobiłeś? – zapytałam, opuszczając noże. Moje serce tłukło się o żebra. To nie była walka. To było wymazywanie.
Jarek odsunął rękę od drzewa. Z dębu został tylko sczerniały kikut, który rozsypał się pod wpływem lekkiego podmuchu wiatru. Spojrzał na swoje palce. Końcówki były przezroczyste, migoczące, jakby interfejs nie nadążał z ich renderowaniem.
– Wyzerowałem... błąd – szepnął, masując nadgarstki. To był jego nawyk. Fizjoterapeuta, który zamiast masować mięśnie, masował strukturę wszechświata.
– Wyzerowałeś? – Beton otrzepał się z resztek czarnej mazi. Patrzył na Jarka z mieszanką podziwu i czystego przerażenia. – Chłopie, to drzewo miało pewnie dziesiąty poziom. Zabiłeś je jednym dotykiem.
– Nie zabiłem – Jarek pokręcił głową, a jego oczy znów stały się puste i szare. – Ono... nigdy nie istniało. To była... projekcja. Systemowa... narośl.
– Narośl czy nie, prawie nas zjadła – mruknęłam, chowając noże. – Idźmy dalej. Im dłużej tu sterczymy, tym większa szansa, że coś większego zauważy twoje sztuczki.
Szliśmy głębiej w Ogrody Cierni. Powietrze stawało się coraz gęstsze, przesycone zapachem nektaru, który sprawiał, że kręciło mi się w głowie. Musiałam aktywować filtrację płuc, co dodatkowo obciążało moje zapasy energii. Esencja, którą mieliśmy zebrać, była tuż przed nami – w sercu dawnej Oranżerii.
Ale Ogrody nie zamierzały nas puścić bez walki.
Słyszałam ich, zanim ich zobaczyłam. Miękki chrobot pazurów o betonowe alejki. Niskie, gardłowe warczenie, które niosło się echem między zmutowanymi krzewami róż.
– Mamy towarzystwo – rzuciłam, zwalniając. – Stado. Duże.
Z mgły wyłoniły się pierwsze sylwetki. Wilczarze. Kiedyś pewnie były psami, może nawet owczarkami niemieckimi, ale Rezonans zmienił je w coś znacznie gorszego. Ich ciała były pozbawione skóry, odsłaniając gęste sploty mięśni, które pulsowały na czerwono. Zamiast oczu miały świecące szczeliny, a ich pyski były nienaturalnie wydłużone, wypełnione rzędami zębów z hartowanego szkła.
```
PRZECIWNIK: WILCZARZ REZONANSOWY (POZ. 12)
TYP: BESTIA / MUTANT
CECHA SZCZEGÓLNA: REGENERACJA TKANKOWA (PASYWNA)
```
Było ich co najmniej osiem. Otoczyły nas półkręgiem, odcinając drogę powrotną. Beton natychmiast wysunął się przed nas, jego skóra zaczęła ciemnieć, nabierając stalowego połysku.
– Osłaniam! – ryknął, uderzając pięścią w otwartą dłoń. Fala uderzeniowa rozeszła się po ziemi, zmuszając bestie do chwilowego zatrzymania. – Natalia, bierz te z lewej! Jarek... po prostu przeżyj!
Wilczarze skoczyły jednocześnie. To był skoordynowany atak, typowy dla istot sterowanych przez algorytm stada. Pierwszy z nich uderzył w Marka, ale Beton przyjął impet na klatkę piersiową. Słyszałam chrzęst łamanych żeber – nie Marka, ale bestii. Wilczarz odbił się od niego jak od ściany, ale zanim upadł, rany na jego ciele zaczęły zarastać.
To był problem. Regeneracja. Te bydlaki potrafiły lizać rany w trakcie walki.
Wyskoczyłam w bok, unikając kłów drugiego mutanta. Moje noże rozcięły mu bok, ale cięcie, które powinno być śmiertelne, zamknęło się niemal natychmiast. Przeklęty system.
– Beton, one się leczą szybciej, niż my zadajemy obrażenia! – krzyknęłam, tnąc kolejnego wilczarza w pysk. – Musimy je wykończyć jednym uderzeniem!
– Łatwo powiedzieć! – Marek sapnął, odpychając dwa kolejne stwory. Jego pancerz zaczął pękać pod naporem szklanych zębów. – Jarek! Zrób coś!
Jarek stał w środku chaosu. Nie wyciągnął broni. Nie aktywował żadnej tarczy. Patrzył na wilczarze z tą samą analityczną pasją, z jaką fizjoterapeuta patrzy na skomplikowane złamanie. Jego dłonie poruszały się w powietrzu, jakby przesuwał niewidzialne okna dialogowe.
Jeden z wilczarzy, ten największy, Alfa, zauważył, że Jarek jest najsłabszym ogniwem. Skoczył, celując prosto w jego gardło.
– Jarek! – wrzasnął Marek, próbując się przebić, ale pozostałe bestie go blokowały.
Jarek nie odskoczył. Zrobił coś przeciwintuicyjnego. Wyciągnął rękę i złapał lecącą bestię za kark. To powinno mu urwać ramię. Siła pędu wilczarza była ogromna.
Ale w momencie kontaktu czas jakby zwolnił.
Symbol na szyi Jarka rozbłysł trupiobiałym światłem. Widziałam to wyraźnie – z jego dłoni wystrzeliły szare nitki, które oplotły ciało potwora. Wilczarz zawisł w powietrzu, wierzgając łapami, ale jego ruchy stawały się coraz bardziej chaotyczne.
```
WYKRYTO KONTAKT Z JEDNOSTKĄ ZEWNĘTRZNĄ
ROZPOCZĘTO PROCEDURĘ: DESTRUKCJA LOGIKI BIOLOGICZNEJ
STATUS: REGENERACJA WYŁĄCZONA
```
Wrzask wilczarza był nieludzki. To nie był ból fizyczny. To był dźwięk rozpadającej się egzystencji. Czerwone mięśnie bestii zaczęły tracić kolor, stając się szare i kruche. Rany, które wcześniej zarastały w sekundę, teraz otworzyły się szeroko, a tkanka zaczęła się łuszczyć i odpadać płatami.
Jarek puścił potwora. Alfa upadł na beton i rozsypał się na drobne, szare granulki.
Pozostałe wilczarze zatrzymały się w miejscu. Ich instynkt przetrwania, zazwyczaj stłumiony przez agresję Systemu, nagle się przebudził. Zaczęły się wycofywać, skomleć, podwijając ogony. Patrzyły na Jarka nie jak na ofiarę, ale jak na błąd w rzeczywistości, który może je pochłonąć.
– Co ty im zrobiłeś? – zapytał Beton, opuszczając gardę. Jego oddech był ciężki, a z pęknięć w pancerzu sączyła się krew.
Jarek nie odpowiedział. Osunął się na kolana, ciężko dysząc. Jego skóra była teraz tak blada, że niemal prześwitywały przez nią kości. Widziałam, jak jego interfejs migocze na czerwono, wyrzucając setki powiadomień o błędach, których nie potrafiłam odczytać.
– Jarek! – podbiegłam do niego, chwytając go za ramiona. – Żyjesz?
Podniósł na mnie wzrok. Jego oczy nie miały źrenic. Były po prostu dwiema szarymi plamami, w których odbijał się cały ten przeklęty ogród.
– Za dużo... danych – wychrypiał. – Musiałem... nadpisać... ich funkcję... życia.
– Nadpisać funkcję życia? – powtórzyłam pod nosem. – Chłopie, ty ich po prostu usunąłeś z bazy danych.
Pomogłam mu wstać. Marek zebrał to, co zostało z wilczarzy – kilka grudek Esencji, które dziwnym trafem ocalały. Zazwyczaj takie stado dawało mnóstwo lootu, ale po interwencji Jarka większość przedmiotów po prostu przestała istnieć. Zostały tylko te, które System uznał za zbyt proste, by ulec zerowaniu.
Szliśmy dalej w milczeniu. Dotarliśmy do Oranżerii tuż przed zmierzchem. Budynek, niegdyś piękny, teraz był porośnięty gigantycznymi, mięsożernymi storczykami, które zwisały z pękniętego szklanego dachu jak ogromne, kolorowe języki. W środku, w centralnym punkcie, pulsowało źródło Esencji – kryształowy kwiat, który zbierał energię z całego parku.
– Bierzemy to i spadamy – powiedział Beton, wyciągając specjalny pojemnik. – Nie podoba mi się, jak te rośliny na nas patrzą.
Miał rację. Kwiaty w Oranżerii nie tylko pachniały. One reagowały na nasz ruch, obracając swoje kielichy w naszą stronę. Czułam na karku czyjś wzrok, chociaż w promieniu kilometra nie powinno być żadnego człowieka.
Kiedy Marek zajmował się Esencją, ja podeszłam do Jarka. Stał pod ścianą, oparty o zardzewiałą ramę okienną. Wyglądał na wykończonego, ale w jego oczach wciąż tlił się ten dziwny, analityczny ogień.
Moja cierpliwość się skończyła. To nie był moment na bycie miłą. Od początku wyprawy czułam, że Jarek jest bombą zegarową, a dzisiejsze wydarzenia tylko to potwierdziły.
Złapałam go za przód bluzy i pchnęłam na ścianę. Nie użyłam siły Transmutora, tylko czystej, fizycznej agresji. Jarek był lżejszy, niż się spodziewałam. Jego ciało wydawało się pozbawione gęstości.
– Gadaj – syknęłam, zbliżając twarz do jego twarzy. – Czym ty, do cholery, jesteś? Bo na pewno nie człowiekiem z uszkodzonym interfejsem. Widziałam, co zrobiłeś z tym drzewem i z wilczarzami. To nie była magia. To nie była umiejętność z żadnej znanej mi klasy.
Jarek patrzył na mnie bez strachu. Jego spokój był najbardziej irytujący.
– Natalia... puść... – spróbował powiedzieć, ale jego głos znów zawiódł. Złapał się za gardło, twarz wykrzywił mu grymas bólu.
– Nie puszczę cię, dopóki mi nie wyjaśnisz, co się dzieje! – docisnęłam go mocniej. – Marek ci ufa, bo jesteście starymi kumplami. Ale ja? Ja widzę zagrożenie. Widzę coś, co może nas wszystkich wymazać, jeśli stracisz kontrolę. Ten symbol na twojej szyi... Co to jest? Dlaczego System cię nie widzi?
Jarek zamknął oczy na chwilę. Widziałam, jak walczy o oddech. Potem, powoli, wyciągnął rękę. Nie w moją stronę, ale w stronę ziemi, która była pokryta grubą warstwą pyłu i resztek roślin.
Puściłam go, cofając się o krok. Jarek upadł na kolana, ale natychmiast zaczął coś kreślić palcem w pyle. Robił to z niesamowitą precyzją, jakby rysował schemat techniczny.
Podeszłam bliżej, mrużąc oczy w słabnącym świetle.
To, co narysował, nie było napisem. To był skomplikowany, podwójny heliks. DNA. Ale nie takie, jakie pamiętałam ze szkoły. Pomiędzy nitkami kwasu deoksyrybonukleinowego wrysował proste linie kodu binarnego. Jedynki i zera przeplatały się z biologiczną strukturą.
A potem, pod całym schematem, narysował wielkie, wyraźne zero.
– Chcesz powiedzieć, że twoje DNA zostało nadpisane przez System? – zapytałam szeptem. – Że jesteś... kodem?
Jarek pokręcił głową. Wskazał palcem najpierw na rysunek, potem na siebie, a na końcu na cały ogród wokół nas.
– Nie... nadpisane – wychrypiał z ogromnym wysiłkiem. – Ja jestem... formatem. Wszystko... co dotknę... wraca do... stanu wyjściowego. Do zera.
Poczułam zimny dreszcz na plecach. Formatowanie. To, co zrobił z tymi bestiami, to nie było zabijanie. On po prostu cofał ich strukturę do punktu, w którym przestały istnieć jako obiekty w tym świecie.
– Jarek, to brzmi jak wyrok śmierci – powiedziałam ciszej. – Jeśli to się wymknie spod kontroli, jeśli ty się wymkniesz spod kontroli...
– Wiem – przerwał mi, a jego głos na sekundę odzyskał ludzkie brzmienie. Było w nim tyle smutku, że na moment zapomniałam o swojej nieufności. – Dlatego... muszę... zrozumieć... Źródło.
Marek podszedł do nas, niosąc pojemnik wypełniony pulsującą, niebieską esencją.
– Mamy to. Esencja najwyższej klasy. Profesor będzie wniebowzięty. Możemy stąd spadać, zanim nocny Rezonans dobije do stu procent.
Spojrzałam na Jarka, potem na rysunek w pyle. Szybkim ruchem buta zatarłam schemat DNA. Nie chciałam, żeby ktokolwiek inny go zobaczył. Nawet Marek. Nie wiedziałam jeszcze, czy Jarek jest naszym zbawieniem, czy końcem wszystkiego, ale wiedziałam jedno – Nowa Geneza zabiłaby go w sekundę, gdyby dowiedzieli się, co potrafi. Albo co gorsza, zamknęliby go w laboratorium i próbowali skopiować ten jego „format”.
– Ruchy – powiedziałam, odwracając się w stronę wyjścia. – I trzymaj ręce przy sobie, Jarek. Nie mam ochoty zostać „wyzerowana” po drodze do bazy.
Wyszliśmy z Oranżerii, kierując się w stronę wyjścia z parku. Słońce niemal całkowicie zniknęło za horyzontem, a cienie drzew wydłużyły się nienaturalnie, przybierając drapieżne kształty. Rezonans narastał. Czułam go w zębach, to nieprzyjemne mrowienie, które oznaczało, że świat staje się bardziej niestabilny, a bestie silniejsze.
Szliśmy szybko, omijając główne alejki. Beton prowadził, torując nam drogę przez gęstniejące krzaki. Jarek szedł w środku, zgarbiony, jakby dźwigał na plecach cały ciężar swojej anomalii.
Nagle coś przykuło moją uwagę. Mały, metaliczny błysk wysoko nad koronami drzew.
Zatrzymałam się, odruchowo chwytając za rękojeść noża.
– Co jest? – szepnął Marek, zatrzymując się obok mnie.
– Cicho – uciszyłam go, mrużąc oczy.
Nad ogrodem, niemal całkowicie nieruchomo, unosił się niewielki obiekt. Miał kształt wydłużonej kropli, gładką, lustrzaną powierzchnię i trzy pulsujące na błękitno silniki manewrowe. Nie wydawał żadnego dźwięku, ale widziałam, jak soczewka na jego spodzie obraca się powoli, skanując teren.
Moje serce zamarło. Znałam ten model.
– Dron zwiadowczy Nowej Genezy – wyszeptałam, a krew odpłynęła mi z twarzy. – Model „Argus”.
– Widzi nas? – zapytał Beton, instynktownie próbując zasłonić Jarka swoim ciałem.
– On nie tylko nas widzi. On nas nagrywa – poczułam, jak dłonie zaczynają mi drżeć. – Jeśli zarejestrował walkę z wilczarzami... Jeśli widział, co Jarek zrobił z Alfą...
Dron wykonał gwałtowny obrót. Przez ułamek sekundy jego obiektyw zatrzymał się bezpośrednio na nas. Czerwona dioda na jego przodzie zamigała dwa razy, co oznaczało potwierdzenie celu i przesyłanie danych do centrali.
Potem, bez żadnego ostrzeżenia, maszyna gwałtownie przyspieszyła. Silniki rozbłysły jasnym światłem i dron wystrzelił w górę, zostawiając za sobą tylko cienką smugę zjonizowanego powietrza.
Kierował się prosto do centrum. Do wieżowców Nowej Genezy.