-
nowość
-
promocja
Expeditionary Force. Tom 17. Grupa Zadaniowa Młot - ebook
Expeditionary Force. Tom 17. Grupa Zadaniowa Młot - ebook
Wesoła Banda Piratów powstrzymała wroga przed przejęciem Strażnika i zniszczyła jego okręt Pradawnych. Dlaczego więc piraci nie świętują zwycięstwa?
Bo wróg okazał się kimś innym, niż zakładali.
Kimś o wiele gorszym.
Nikt nie ma pojęcia, jak z nim walczyć i jak go pokonać – ani czy walka jest w ogóle możliwa. Tylko jedno jest pewne: piraci nie mogą podjąć jej sami.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Science Fiction |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68593-39-6 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Jesse Colter powarkiwał, wykonując kolejną serię przysiadów z hantlami. Ćwiczył w sypialni, więc żeby zrobić sobie miejsce, musiał przysunąć łóżko do ściany. Naturalnie byłoby mu wygodniej trenować w siłowni, ale ponieważ skończył już dzisiejszą sesję fizjoterapii, nie chciał, żeby ktoś doniósł lekarzom, że niby się przeciąża czy coś w tym rodzaju. To nie wojskowi lekarze mieli rozwaloną nogę, tylko on – dlatego też zamierzał zrobić wszystko, co się da, aby odzyskać sprawność i wrócić do czynnej służby. Z powodu urazu utknął za biurkiem i miał już tego serdecznie dość. Szczególnie że jego żona w tym samym czasie prowadziła szkolenia snajperów. Z kolei Dave Czajka przebywał w Belize, gdzie ćwiczył wraz z oddziałem Verd-Krisów. Żona Dave’a, Emily, przygotowywała Mavericks do kolejnego porąbanego i niebezpiecznego zadania. A Joe Bishop? Jesse słyszał plotki, że Wesoła Banda Piratów kontynuuje pościg za Księżycowym Grabieżcą. Tak więc wszyscy byli w akcji lub szykowali się do niej – i tylko Jesse tonął w papierkowej robocie.
Dlatego postanowił, że zamiast gnić w domu, wyruszy z Mavericks na następną misję. Bo to, że wkrótce wrócą do gry, było pewne. Musiał więc być gotowy. Nie wiedział tylko, jakie niewdzięczne zadanie DSOONZ wyznaczy kawalerii tym razem.
Rodzice Shauny cieszyli się, że mogą spędzić czas z wnukiem. Stąd teść Jessego pilnował malca w kuchni, podczas gdy Jesse przygotowywał się do testu sprawnościowego, który odbędzie się za trzy dni. Jeśli go zda, wróci do czynnej służby, a potem być może zdoła przekonać swoją wiecznie szukającą adrenaliny żonę, by odpuściła sobie kolejną misję w kosmosie. Wątpił jednak, że go posłucha.
Z grymasem na twarzy Jesse wykonywał kolejne przysiady. Ponieważ odczuwał jeszcze lekki ból w nodze, skupiał się na poprawnym tempie i technice ćwiczenia.
– Jesse – zawołał teść – masz gości!
Colter odłożył ciężarki i ręcznikiem otarł pot z twarzy. Nie spodziewał się nikogo w sobotni poranek.
– Kto to?
– Chodź i sam zobacz. – W odpowiedzi dało się słyszeć nutę rozbawienia.
Jesse pomyślał, że to pewnie dzieciaki z sąsiedztwa sprzedające ciasteczka. Wziął więc portfel. Jakie lubiła Shauna? Miętowe? Najlepiej będzie kupić kilka rodzajów.
– Tato? – Spojrzał na starszego mężczyznę, który stojąc w drzwiach, zasłaniał mu przybyszy.
– Zdaje się, że to faceci – powiedział obojętnie teść. – Choć z chrząszczami nigdy nie wiadomo. Wiem, że rozpoznaje się ich po czułkach, ale… – Urwał, wzruszając ramionami.
Chrząszcze? Co Jeraptha robią w jego domu? O nie, czyżby przynieśli jakieś złe wieści?
Ale to przecież bez sensu. Chyba że…
Jessemu ścisnął się żołądek.
Otworzył drzwi na oścież i ujrzał dwóch Jeraptha. Mieli na sobie ciemne, formalne stroje z charakterystycznymi luźnymi krawatami i małymi trójkątnymi czapkami, które nosili między parą głównych czułków. Rzeczywiście, byli to „faceci”, jak nazwał ich teść Jessego.
W szponach trzymali coś, co wyglądało jak… książki? W skórzanej oprawie, względnie cienkie. Wystawały z nich kolorowe ulotki.
Jesse momentalnie się odprężył i prawie parsknął śmiechem.
– Cześć, jestem Jesse Colter, w czym mogę wam pomóc? – Zanim obcy zdążyli odpowiedzieć, dodał: – Jeśli chcecie, żebym zapisał się do SkipWay, to darujcie sobie tę gadkę.
– SkipWay? – Obcy stojący po lewej spojrzał na swojego kompana. – Nie, nie dziś. Ale jeśli jesteś zainteresowany dołączeniem do prężnie rozwijającej się…
– Powiedziałem przecież, że nie. I zrobiłem to uprzejmie.
– Owszem, wybacz – potwierdził ten po lewej i kiwnął głową, pochylając czułki. – Jesteśmy tylko skromnymi misjonarzami. Głosimy Dobrą Nowinę w tych trudnych czasach, co uważamy za swój radosny przywilej.
– Rany… Jeśli chcecie opowiedzieć mi o swoim guru Skippym, to wiedzcie, że znam tego dupka i nie chcę…
Obaj Jeraptha zaśmiali się cicho, co zabrzmiało jak rzężenie duszonego człowieka.
– W rzeczy samej Skippy jest dupkiem. Wręcz łachudrą. I mówię to ja, udziałowiec SkipWay diamentowego poziomu.
– Dobrze to słyszeć – stwierdził z zadowoleniem Jesse. – Po co zatem przyszliście?
Jeraptha podnieśli książki i ten po lewej odpowiedział:
– Otóż nasz lud zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele dzielni mieszkańcy Ziemi wycierpieli od wydarzenia, które nazywacie Dniem Kolumba. Co więcej, obecnie wszyscy znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie w związku z pojawieniem się tak zwanego Księżycowego Grabieżcy. Mimo to zauważyliśmy, że Ziemianie wciąż nie w pełni korzystają z tego, co mogłoby im dać pocieszenie w tych trudnych czasach.
– Zaczyna się… – mruknął Jesse. Albo będą próbowali mu coś opchnąć, albo namówić do otwarcia się na nowe formy duchowości. Co to będzie? Raczej nie joga, chrząszcze są na coś takiego zbyt sztywne. – Możecie przejść do rzeczy? Jestem zajęty…
– Czy myślałeś kiedyś o tym, by dołączyć do wesołej, ekscytującej i rosnącej społeczności hazardzistów? Miliony twoich pobratymców dostrzegły już światło…
– Zaraz, zaraz. Jesteście misjonarzami, którzy nawracają na hazard?
– Zgadza się. Reprezentujemy grupę zwaną Anonimowymi Hazardzistami. Wiemy, że część Ziemian poznała już Dobrą Nowinę i chciałaby wstąpić na drogę zakładów. Powstrzymuje ich jednak brak wiedzy, jak to zrobić, lub obawa, że się zbłaźnią. Dlatego wychodzimy naprzeciw ich potrzebom i oferujemy zabawny oraz całkowicie anonimowy sposób na rozpoczęcie podróży ku bardziej satysfakcjonującemu życiu.
– Mogę to przemyśleć?
– Oczywiście. Chcesz ulotkę?
– Może później.
– Do każdej ulotki dołączamy kupon o wartości dziesięciu dolarów na pierwszy zakład.
Jesse zmarszczył czoło i powoli pokręcił głową.
– Jest też kupon na dwa darmowe śniadania w Waffle House.
– Serio?
– Zauważyliśmy, że dzięki takim kuponom zainteresowanie naszymi ulotkami wzrosło o czterdzieści procent.
Jeraptha stojący po prawej uniósł ulotkę i odezwał się po raz pierwszy:
– Mamy też kupony do Taco Bell, jeśli chcesz.
– Nie chcę – odparł Jesse z kwaśną miną.
– W takim razie Waffle House. – Obcy po lewej wcisnął ulotkę w dłoń Jessego.
– Yyy… – Mężczyzna nie zaprotestował, gdyż uznał, że darmowe śniadanie to całkiem niezły pomysł.
– Życzymy udanego pobytu w Waffle House.
– Hm, udany pobyt w Waffle House jest wtedy, kiedy przychodzisz tam nawalony o czwartej rano, a potem zostajesz oblany kawą, bo dwóch wieśniaków postanowiło wyjaśnić sobie coś za pomocą pięści. – Złożył ulotkę i schował do tylnej kieszeni spodni. – Chodzicie tak od domu do domu i próbujecie namówić ludzi, żeby zawarli u was zakłady? Jesteście bukmacherami?
– Niestety, możemy tylko pomarzyć o zdobyciu tak szacownej i godnej zaufania pozycji w naszym społeczeństwie.
– Nie stać nas na łapówki dla Głównego Urzędu Gier Hazardowych, za które moglibyśmy kupić licencje bukmacherskie – mruknął ten po prawej.
Jeraptha po lewej zwiesił czułki i wyznał:
– My też kiedyś straciliśmy zapał do hazardu.
– Razem z domem, pracą i żoną… – dodał jego towarzysz, na co dostał kopniaka od tamtego.
– Jak już mówiłem, odzyskaliśmy jednak pasję i teraz pragniemy szerzyć ją dalej…
– I w ten sposób spłacić część długów. – Tym razem gość po prawej uniknął kopnięcia.
Obcy po lewej postąpił naprzód i odepchnął swego kumpla do tyłu.
– Najważniejsze jest to, że pragniemy zaprosić cię, abyś wraz z rodziną i przyjaciółmi przyszedł do Centrum Bingo. W tym tygodniu spotykamy się co wieczór, aby celebrować jedno z naszych najważniejszych świąt.
– Mam teraz sporo na głowie.
– Będzie poczęstunek. I alkohol. Chyba nie macie tu prohibicji?
– Nie, nie mamy. Anonimowi Hazardziści mają swoje święta?
– Oczywiście. – Chrząszcz był wyraźnie zaskoczony pytaniem Jessego. – Powiedz, proszę, że przyjdziesz poświętować z nami to najwspanialsze wydarzenie zwane Marcowym Szałem. – Obcy klasnął w szpony i wzniósł oczy ku niebu.
*
– Proszę. – Jesse wyrwał kupon z ulotki i podał go teściowi.
Starszy mężczyzna spojrzał najpierw na świstek, po czym ze zdumieniem popatrzył na zięcia.
– To jacyś przedstawiciele Waffle House?
– Nie, reprezentują inną… organizację. Hm, ciekawe.
– Co takiego?
– Myślałem, że po tylu podróżach w kosmosie już nic mnie nie zaskoczy. Tymczasem okazuje się, że tak naprawdę nie widziałem jeszcze niczego – stwierdził Jesse.
*
– Ej, teraz było trzydzieści osiem procent – oznajmił Bilby, gdy liczba wyświetliła się na głównym ekranie tuż po tym, jak wybrzmiał cichy dzwonek. – Kiepsko, generale ziomek.
– Wiem – przytaknąłem, bo nie przychodziła mi do głowy inna odpowiedź. Mieliśmy przesrane i wkrótce zapewne boleśnie się o tym przekonamy.
Wspomniany dzwonek to alarm informujący o kolejnym aktywnym czujniku, który właśnie omiótł wiązką „Walkirię”. To już siódmy raz w ciągu ostatnich dwóch godzin. Z kolei trzydzieści osiem procent to prawdopodobieństwo, z jakim polujący na nas maxolhxański okręt uzyska konkretny odczyt i zorientuje się, że coś znalazł. Każdy komunikat podający wynik powyżej trzydziestu procent przyprawiał nas o szybsze bicie serca, ponieważ obecnie nasz krążownik nie był w stanie wykonać skoku, podjąć walki ani użyć skutecznie czujników. Zresztą nawet gdybyśmy dokładnie namierzyli cel, i tak nie dalibyśmy rady oddać strzału. W dodatku nie mieliśmy tarcz ochronnych ani pola maskującego. Pole Skippy starał się zastąpić bańką maskującą własnej roboty. I chociaż pochłaniało to niemal całą jego uwagę, nie przyniosło zadowalających rezultatów. W ogóle Skippy był w nienajlepszej formie. Bitwa, w której użył broni Pradawnych przeciwko okrętowi Intruza, odcisnęła mocne piętno zarówno na nim, jak i na „Walkirii”.
Mimo to Skippy zdołał ustalić, że system czujników wroga znajdował się zaledwie pięćdziesiąt pięć sekund świetlnych od nas. Z kolei jednostką, która nas szukała, był niszczyciel klasy Herva o nazwie „Duma Karalvos”. Okręt ten był mocno zaangażowany w niedawną wojnę domową kocurów i wymagał remontu. Co ciekawe, odkryliśmy, że wszystkie jednostki oddelegowane do ochrony Grabieżcy wymagały wizyty w stoczni. Kiedy Maxolhxowie wysłali tylko sześćset okrętów do obszaru aktywacji Strażnika w pobliżu 27 Canis Majoris, stwierdziłem, że podjęli spore ryzyko. Owszem, sześćset to wciąż sporo, jednak niewystarczająco, by zagwarantować sobie zwycięstwo. Hegemonia zatrzymała większość swojej floty, w tym najpotężniejsze okręty, w rezerwie – na wypadek, gdyby ich nowy kumpel Grabieżca zamierzał wbić im nóż w plecy.
Czego mogli być w stu procentach pewni.
Głupie, przebrzydłe kocury.
Jak wspomniałem, przez ostatnie dwie godziny, od kiedy wykryliśmy wskakujący w nasze pobliże maxolhxański niszczyciel, wstrzymywaliśmy oddech, ilekroć omiatał nas wiązką czujnika. Wróg powoli się oddalał, o czym świadczył słabnący z każdą minutą sygnał sensora. Nie było więc mowy, żeby przebił się pojedynczym impulsem przez bańkę maskującą Skippy’ego. To jednak nie miało znaczenia. SI wrogiej jednostki kompilowała obraz otoczenia, łącząc kolejne odczyty czujnika. Na tej podstawie w pewnym momencie stwierdzi, że jednak coś widzi. I najprawdopodobniej tym czymś będzie „Walkiria”, gdyż tkwiliśmy w pustej przestrzeni między gwiazdami, a ponadto nie wysyłaliśmy impulsu zwrotnego, który pozwoliłby kocurom zidentyfikować nas jako inną jednostkę Maxolhxów.
– Ile jeszcze? – spytałem z fotela obok Reed, który zwykle zajmuje oficer wykonawczy. Ponieważ okręt znajdował się w niebezpieczeństwie, zaproponowałem, że usiądę w sekcji dla obserwatorów, przy tylnej grodzi mostka, ale Reed szybko wybiła mi ten pomysł z głowy. „Nie ma mowy, sir” – powiedziała. „Pan zepsuł okręt i pan go teraz naprawi”.
Bilby zdawał sobie sprawę, że skierowałem pytanie do niego, i wiedział, o co dokładnie pytam. Ile jeszcze czasu minie, zanim SI wrogiego niszczyciela zbierze dość danych, by stwierdzić, że mają towarzystwo?
– No, kminię, że jeszcze z pięć impulsów, zanim skupi się dokładniej na naszej lokalizacji. Mogę się mylić, ale potrwa to jakieś pół godziny. Teraz pewnie zapytasz, ile czasu zajmie nam przywrócenie sprawności napędu skokowego?
– Tak.
– Sześćdziesiąt osiem minut. Nie ma opcji, żeby to przyspieszyć.
– Jest jak jest.
– Ooo, podoba mi się twoje podejście. Normalnie zen i te sprawy.
– Dupa, a nie zen, ale dzięki, że dopatrujesz się czegoś pozytywnego w tej sytuacji. Kulo Ognia, musimy kupić sobie trochę czasu, żeby naprawić napęd. Zapal świeczki. – Mogłem lepiej dobrać słowa, ale dawniej „świeczkami” nazywałem dopalacze „Walkirii”. Teraz chodziło jednak o coś, co w swoim działaniu nie wykorzystywało ognia, choć miało na celu zwrócić uwagę przeciwnika. – Pozwól, że wyrażę się jaśniej: rozpocząć operację Walnij Kreta.
– Tak jest. Łączność – Reed uniosła rękę, wskazując palcem oficera siedzącego za nią – rozpocząć procedurę Walnij Kreta.
*
Uszkodzenia, jakich „Walkiria” doznała w walce z Intruzem, okazały się poważniejsze, niż zakładał Skippy. A nie spodziewał się byle czego. Największym problemem był wyłączony napęd skokowy, który wymagał pełnej rekalibracji. Jego poszczególne elementy nie tylko nie współgrały, lecz także się nie komunikowały. Dzięki temu, że Skippy bezpośrednio kontrolował cewki napędu, zdołaliśmy wykonać krótki skok i oddalić się od pola bitwy, zanim dorwałyby nas ocalałe okręty kocurów. Niestety, w rzeczywistości Skippy próbował wykonać skok średniego zasięgu, który najzwyczajniej się nie udał, przez co zatrzymaliśmy się sporo przed ustaloną lokalizacją. W dodatku wyskoczyliśmy, zbaczając z kursu o jakieś siedemdziesiąt stopni. W efekcie dobiliśmy napęd skokowy i praktycznie się unieruchomiliśmy. Skippy pracował więc nad przywróceniem napędu do życia, ale jednocześnie musiał osłaniać nas bańką maskującą. Nic dziwnego zatem, że wytworzone przez niego pole ochronne przypominało jakością przeterminowane i przesiąknięte smrodem hot-dogów produkty sprzedawane na stacji benzynowej.
Warto też wspomnieć, że Trzecia Flota Marynarki ONZ nie miała pojęcia, gdzie jesteśmy, i nie dysponowała żadnymi poszlakami, na podstawie których mogłaby podjąć poszukiwania. Nie dotarliśmy do żadnego z czterech zapasowych punktów ewakuacyjnych. Wskutek użycia broni Pradawnych czasoprzestrzeń uległa zniekształceniom, zrywając połączenia między węzłami komunikacyjnymi, na których opierała się komunikacja FTL naszych okrętów. W rezultacie znaleźliśmy się tam, gdzie nie powinno nas być, i nie mieliśmy jak zawiadomić o tym Trzeciej Floty.
Można więc stwierdzić, że radziliśmy sobie świetnie, jeszcze zanim flota Maxolhxów zaczęła na nas polować.
W związku z powyższym musieliśmy zdobyć czas, aby naprawić napęd – przynajmniej w stopniu, który pozwoliłby Skippy’emu nas stąd zabrać. Oczywiście blaszak nie robił wszystkiego sam. Asystował mu Bilby, koordynujący pracę botów remontowych, choć akurat w tym nie było niczego nowego. Nowość stanowiło jednak, że odkąd przekazałem dowodzenie „Walkirią”, Skippy’emu pomagały też śmierdzące małpiszony. I nie mam tu na myśli tylko tego, że nie wchodziły mu w drogę. Nasi inżynierowie testowali generatory cewek i odłączali te, których nie dało się sparować. Zaskoczyło mnie, że robili to z własnej inicjatywy i rozumieli tę technologię na tyle, by umieć ocenić, które elementy nadają się już tylko na złom.
Pomimo jednak zaangażowania dwóch SI oraz zespołu małpiszonów praca nad napędem szła zbyt wolno, byśmy skoczyli, zanim „Duma Karalvos” nas wykryje. Kiedy kocury połapią się, że mają towarzystwo, kapitan niszczyciela – jeśli będzie mądry – wypuści boję z czujnikiem aktywnym, by śledziła cel, a sam skoczy do reszty swojej formacji i wróci z większymi okrętami. Z kolei odważny kapitan przed skokiem pośle w naszym kierunku salwę rakiet, które rozwalą „Walkirię” na kawałki.
Dlatego tak ważny był dla nas czas.
I zamierzaliśmy go zdobyć, prowokując wrogi niszczyciel do zabawy w Walnij Kreta.
*
Nasz sygnał aktywacyjny nie był dającym się wykryć aktywnym impulsem. Miał formę bardzo niewielkiej zmiany w promieniowaniu naturalnym – takiej, którą potrafiły zinterpretować tylko nasze krety rozmieszczone w przestrzeni. W osiem minut po rozczarowującym skoku w pustkę Reed wydała rozkaz wysłania szybkich dronów, które utworzyły kulisty rój mający zmylić przeciwnika. Każda z maszyn wypuściła dodatkowo po pięć automatycznych kretów, czyli niewykrywalnych automatów wielkości piłki baseballowej. Drony przyspieszały i zwalniały na zmianę. Kiedy oddaliły się od nas na sto tysięcy kilometrów, utworzyły kulistą, powoli rozszerzającą się formację, w której wnętrzu, poruszając się losowymi ścieżkami, dryfowały krety. Wtedy je aktywowaliśmy. Pierwszy wyemitował pole, które delikatnie odbiło kolejny impuls czujnika Maxolhxów. Choć sygnał zwrotny był słaby, stał się wyraźniejszy niż wtedy, kiedy odbijał się od naszego pola maskującego. Przypominał echo aktywnego czujnika odbijające się od szwankującego pola maskującego dużego obiektu. Takiego jak krążownik.
Po chwili kret wyłączył reflektor i ponownie ukrył się za polem ochronnym.
Niszczyciel nie złapał przynęty za pierwszym razem. Rozczarowało mnie to i zaskoczyło. Czyżby kapitan kocurów był nadmiernie ostrożny? Wtedy jednak coś zrozumiałem. Otóż załoga niszczyciela wiedziała, że szuka sławnej „Walkirii”, i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jacy jesteśmy podstępni. Niech to szlag, reputacja Wesołej Bandy Piratów zadziałała na naszą niekorzyść.
Następnie głowę z kopca wystawił drugi kret. Jego reflektor oddał jeszcze słabszy sygnał. To najwyraźniej dodało przeciwnikowi pewności, ponieważ kolejne impulsy czujnika Maxolhxów przybrały kształt stożka, zamiast rozchodzić się we wszystkich kierunkach.
Reflektor drugiego kreta rozpostarł się tylko odrobinę, na jedną dziesiątą średnicy. A gdy odbił impuls, maszyna ukryła się ponownie.
– Łapie przynętę! – krzyknął Bilby i wyświetlił swojego awatara, żeby zbić ze mną żółwika. – Na bank! „Karalvos” zmienia kurs, żeby przechwycić drugiego kreta.
– Nie skoczyli? – spytałem. To również mnie zdziwiło. Niszczyciel znajdował się zaledwie kilka sekund świetlnych od kreta, użycie konwencjonalnego napędu do pokonania nawet tak niewielkiej odległości wciąż pochłonie sporo czasu. Dlaczego…
Ach, racja. Ich kapitan najwyraźniej przejrzał nasz zamiar. Czyżby Maxolhxowie znali naszą grę w Walnij Kreta? A może mieli podobną?
– Jeszcze nie skoczył… A nie, czekaj, zniknął.
– Bilby. – Reed zacisnęła usta, jak zawsze, kiedy irytowało ją zachowanie naszej SI. Nauczyła się tego ode mnie. – Co to znaczy, że zniknął? Skoczył czy włączył maskowanie?
– Wziął i skoczył. Wykryłem promieniowanie gamma.
Reed nie traciła czasu:
– Pilot, jedna dziesiąta mocy, kurs jeden, jeden, siedem na zero, dziewięć, zero.
Z racji nie w pełni działającej sztucznej grawitacji wyraźnie odczuliśmy przyspieszenie okrętu. A kiedy silniki zaczęły ryczeć niepokojąco, Reed nakazała zmniejszenie mocy do siedmiu procent. Dwadzieścia sekund później Bilby oznajmił, że wykrył kolejny rozbłysk promieni gamma.
– Jest ledwie widoczny – wyjaśnił – ale rozpoznaję sygnaturę napędu. Niszczyciel skoczył, żeby sprawdzić dwa pierwsze krety.
Reed nakazała wyłączenie silników bezreakcyjnych. Zdążyliśmy już zmienić pozycję i kurs, mając nadzieję, że utrudnimy w ten sposób zadanie niszczycielowi, który zrezygnuje z pogoni za kretami i wróci do skanowania całego obszaru.
W milczeniu patrzyliśmy, jak okręt Maxolhxów leci od jednego kreta do drugiego, wabiony odbijanymi przez nie sygnałami. Sfrustrowane kocury na pewno rwały sobie sierść z głów. Wykrywali przecież dostatecznie dużo danych, żeby podjąć próbę identyfikacji kontaktów, ale jednocześnie owe sygnały były na tyle słabe, że nie potrafili ocenić, czy to coś poważnego, czy może zakłócenie w pracy czujników. Losowość miejsc, z których docierały impulsy, zapewne skłoniła załogę niszczyciela do wniosku, że wykrywają jedynie fałszywe echa będące efektem uszkodzeń ich systemu czujnikowego. W takim wypadku najpewniej polecą dalej i wznowią poszukiwania w innym obszarze. Taką przynajmniej mieliśmy nadzieję.
– Ile jeszcze będą przeczesywać ten teren? – spytała cicho Reed. – Na pewno mają wyznaczoną strefę poszukiwań i limit czasu na sprawdzenie poszczególnych sektorów. Maxolhxowie przecież nie zachęcają swoich dowódców do wykazywania się inicjatywą.
– Zwłaszcza ostatnio – prychnąłem cicho. Dawniej Hegemonia oczekiwała od swoich admirałów i kapitanów, że będą kierować się własnym osądem, zamiast trzymać się sztywno doktryny wojennej.
Ale to było dawniej, zanim owi admirałowie i kapitanowie stali się nieco zbyt samodzielni, czym pchnęli swoje społeczeństwo w brutalną wojnę domową.
Wojnę, którą tak naprawdę ja rozpętałem.
Owszem, Joe Bishop bywa niekiedy prawdziwym dupkiem.
Bo to ja i Skippy wrobiliśmy skądinąd zupełnie niewinnego admirała Reicherta. I żeby była jasność – śpię spokojnie. Reichert był wyjątkowo aroganckim, morderczym draniem o zadziwiająco wrażliwym ego. Ale całe społeczeństwo Maxolhxów składa się z takich pajaców. Dlatego nie należy się przejmować, kiedy dzieje im się jakaś krzywda. Fakt, że Reicherta stracono w oparciu o fałszywe dowody, był jedną z najlepszych rzeczy, jakie mogły się przydarzyć Galaktyce. Żałowałem tylko, że nie wrobiłem go wcześniej.
Tak czy owak, ponieważ tylko ja i Skippy wiedzieliśmy, że Reichert wcale nie zamierzał obalić rządu Hegemonii, dowództwo Maxolhxów mocno przykręciło śrubę swoim podwładnym i całkowicie pozbawiło ich jakiejkolwiek niezależności w podejmowaniu decyzji.
– Miejmy nadzieję – dodałem cicho, by tylko Reed mnie usłyszała – że skończy im się czas i będą musieli skoczyć. – Wykonałem kilka obliczeń w myślach. – Za szesnaście minut spędzi tu maxolhxańską godzinę. To chyba wystarczająco długo na sprawdzenie jednego sektora?
– Dobrze by było – odpowiedziała Reed, choć jej ton świadczył, że nie robi sobie nadziei.
Dwadzieścia dziewięć minut. Tyle potrzebowaliśmy, żeby naprawić napęd skokowy. To znaczy nie naprawić, bo nadal będzie w opłakanym stanie. Ale w niecałe pół godziny zdołamy go usprawnić na tyle, by wykonać średniej długości skok i nie zboczyć z zamierzonego kursu. No, chyba że Skippy znowu się czymś rozproszy albo będzie chciał zaprezentować piosenkę country, którą napisał po bitwie z Intruzem.
– Kurde bele, ziomeczki – westchnął Bilby. – Ten niszczyciel skoczył ponownie.
Nachyliłem się do Reed i zacząłem mówić:
– Powinniśmy spróbować…
– Wiem – uprzedziła mnie, kiwając głową. Naturalnie rozumiała sytuację. Odchrząknęła i oznajmiła: – Zostajemy tutaj.
Zasadniczo „Walkiria” dryfowała w przestrzeni z prędkością poniżej trzystu kilometrów na sekundę. Lecieliśmy kursem, który by sprawił, że gdybyśmy żyli dwieście milionów lat, okrążylibyśmy centrum Drogi Mlecznej. Wszyscy jednak dobrze wiedzieliśmy, co Reed miała na myśli. Okręt nie przyspieszy ani nie zmieni kursu. Nie zrobi też nic, co mogłoby ściągnąć na niego czyjąś uwagę. Być może niszczyciel kocurów wykonał kolejny skok w kierunku następnego kreta. A może skoczył na odległość kilku sekund świetlnych w nadziei, że poczujemy się pewnie i wyłączymy pole maskujące. Dlatego nie mogliśmy włączyć silników. Im szybciej „Walkiria” poruszałaby się w odniesieniu do otaczającego ją międzygwiezdnego pyłu i gazu, tym gorętszy ślad zostawiałaby za sobą, wprawiając odbijające się od kadłuba drobinki w zauważalny ruch.
Poza tym mieliśmy uszkodzony pancerz, którego kawałki mogłyby odrywać się podczas szybszego lotu. Takie drobinki zwiększyłyby gęstość otaczających nas obłoków pyłu i gazu, co zwróciłoby uwagę wrogiego niszczyciela. I właśnie tego próbowaliśmy uniknąć, rzucając kocurom krety jako przynętę.
Sytuacja była jasna. Jeśli niszczyciel liczył na to, że teraz wznowimy lot i się ujawnimy, to musieliśmy oczywiście pozostać w bezruchu. Ale jeśli kapitan Maxolhxów zrozumiał, że z nim pogrywamy, prawdopodobnie podczas swojego krótkiego skoku zawiadomił resztę towarzyszących mu okrętów. W takim wypadku powinniśmy wcisnąć gaz do dechy i wiać jak najdalej.
Uznaliśmy jednak, że ucieczka nie ma sensu, skoro nasze silniki bezreakcyjne rozpadłyby się po zwiększeniu mocy powyżej siedmiu procent. Musieliśmy zatem czekać. I mieć nadzieję, że kapitan niszczyciela nie uzna wykrytych anomalii za coś podejrzanego.
Po kolejnych trzech minutach, kiedy Bilby nie wykrył żadnych sygnatur wskakujących okrętów, zacząłem mieć złe przeczucia. Wymieniliśmy z Reed porozumiewawcze spojrzenie.
– Bilby – przemówiła do jego awatara – powiedz, proszę, że Skippy dwoi się i troi, więc przygotuje napęd na czas.
– Eee, sorry, ale nie da rady szybciej. Chociaż cała fizyczna robota jest skończona, musi teraz skalibrować cewki. Tak między nami – powiedział w obecności całej załogi – Skippy mógł się nieco przeliczyć, jeśli chodzi o czas naprawy.
Reed spojrzała na mnie i szepnęła:
– To dobry moment na jeden z pańskich szalonych pomysłów.
– Wybacz, ale ze wszystkich już się wyprztykałem.
Przygryzła dolną wargę. Jak powiedziałem, mieliśmy przerąbane. Nie mogliśmy nic zrobić. Okręt nie był w stanie latać, skakać, strzelać ani się bronić.
– Może – szepnąłem – ten niszczyciel jest tylko kilka minut świetlnych od nas i nasze styrane czujniki nie potrafią wykryć rozbłysku promieniowania gamma?
– Czy kiedykolwiek mieliśmy tyle szczęścia?
– Eee, nie – przyznałem niechętnie.
*
Dwanaście minut później potwierdziło się, że mamy pecha. Na głównym ekranie zobaczyliśmy ikonki okrętów wskakujących w nasze sąsiedztwo. Gdy tylko napłynęły dane z czujników, Bilby zaczął je identyfikować.
– Siedemnaście jednostek. Osiemnaście – poprawił się. – Maxolhxańskie. W większości krążowniki i niszczyciele.
W formacji znajdował się tylko jeden ciężki krążownik z eskortą. To miało sens. Zanim odpaliliśmy broń Pradawnych, najważniejsze jednostki wroga, takie jak pancerniki, zostały wysłane do strefy aktywacji Strażnika, a krążowniki i niszczyciele rozmieszczono jako osłonę. Przetrwały tylko te lżejsze jednostki.
– Skippy? – wywołałem blaszaka. – Mów do mnie.
– Jestem zajęty, Joe – warknął.
– Potrzebujemy cudu.
– Właśnie nad nim pracuję. Ale poza naprawą napędu nie mam żadnych pomysłów.
– No to pracuj dalej. – Popędzając go, niczego bym nie osiągnął.
Ekran świecił jak bożonarodzeniowa choinka. Impulsy aktywnych czujników wrogich okrętów waliły w naszą bańkę maskującą niczym młoty.
– Ostatni sygnał przydzwonił nam konkretnie – jęknął Bilby. – Wiedzą, gdzie jesteśmy.
A ja nie wiedziałem, co zrobić.
– Nie możemy… – szepnąłem do Reed, kładąc dłoń na osłonie kontrolera układu samozniszczenia „Walkirii”.
Ośmiocyfrowa klawiatura była tylko dodatkiem, ponieważ Bilby lub Skippy również mogli uzbroić arsenał nuklearny znajdujący się w sercu naszego okrętu. Wystarczyło, że otrzymają odpowiednią komendę od dwóch najwyższych rangą oficerów, czyli na przykład ode mnie i Reed. Chociaż Skippy nie potrzebował nawet tego, gdyż mogłem zwyczajnie poprosić go o odpalenie atomówek. Wziąłem głęboki wdech i dokończyłem myśl:
– Nie możemy pozwolić, żeby przejęli ten okręt.
– Nie możemy pozwolić, żeby przechwycili Skippy’ego – poprawiła mnie Reed i powiodła dłonią ku kontrolerowi odpowiadającemu za ewakuację blaszaka.
Zanim oddałem dowodzenie nad „Walkirią”, system ten po prostu wystrzeliwał jego kapsułę. Miała własne pole maskujące, dzięki któremu Skippy mógł się ukryć przed niechcianym towarzystwem. To znaczy mógł, o ile działał na pełnej mocy. Tylko że wtedy naturalnie nie musiałby się ewakuować. Nowy system składał się, oprócz wyrzutni kapsuły, także z działa elektromagnetycznego, którego lufę uzbrojono dodatkowo w pierścieniowaty miotacz na sześć pocisków. Aby wyrzucić Skippy’ego w przestrzeń, działo wystrzeli ślepaka, który spowoduje dezintegrację kapsuły i wyrzut kanistra. Ten zaś poszybuje w otoczeniu owych sześciu pocisków, które zaleją okolicę polem zakłócającym działanie wszelkiej elektroniki, a ostatecznie zdetonują zawarte w nich głowice jądrowe. Podobała mi się ta wizja. Wprawdzie niektórzy stwierdziliby, że zastosowanie takich środków to przesada, jednak w momencie, gdyby „Walkiria” stała się łupem floty wyższego gatunku, powiedziałbym, że to wciąż zbyt łagodne rozwiązanie.
– Najpierw będą chcieli Skippy’ego – przyznałem jej rację. – Ale potem przyjdą po mnie. Na to też nie mogę pozwolić. Jeśli Maxolhxowie chcą… Hm.
– Co? – zdziwiła się Reed.
– Dlaczego nie strzelają? Bilby, co oni robią?
– Ziomek, rozszerzają pola wytłumiające.
Główny wyświetlacz pokrył się siecią nachodzących na siebie pól, które nieubłaganie zmierzały w naszym kierunku. Choć wciąż były za słabe, żeby zatrzymać „Walkirię”, Skippy nie zdąży naprawić napędu, zanim nas otoczą.
– Dlaczego…
– Nie wiedzą, że mamy rozwalony napęd – odpowiedziała Reed.
– Chociaż tyle dobrego. – Było praktycznie po nas, ale nie powiedziałem tego na głos. Zostaliśmy uwięzieni.
Reed spojrzała na panel kontrolny pod swoją lewą ręką, a potem na mnie, jakby pytała: „To co, jedziemy z tym koksem?”.
Nie była na mnie zła. Nie była też rozczarowana.
Ale za to ja byłem wściekły na siebie i rozczarowany własną niemocą.
Mimo to Reed miała rację. Nie było sensu przeciągać tego, co nieuniknione…
– Zaraz, kolejna grupa okrętów dołącza do imprezy! – ostrzegł nas Bilby. – To jest już spód dna! A nie… czekajcie… Ju-huuu!
– Co się dzieje? – Reed denerwowało, że za każdym razem musiała wyciągać z niego informacje.
– Ta druga ekipa to nasi!
*
Cztery sekundy później, wskutek opóźnienia, usłyszeliśmy znajomy głos.
– Mówi admirał Sousa z Trzeciej Floty Marynarki ONZ. Wzywam dowódcę Maxolhxów. Mamy osiem pancerników, podczas gdy wy, jak pokazują nasze czujniki, nie macie żadnych. Jeśli umiecie liczyć i nie jesteście skończonymi idiotami, sugeruję opuścić ten obszar.
Maxolhxowie to aroganccy i agresywni dranie, ale nie są głupi. Nie odpowiadając, wrogie okręty zniknęły pośród rozbłysków promieni gamma.
*
– Admirale Sousa… – Czułem, jak opada mi adrenalina, przez co ogarnął mnie chłód i musiałem zapanować nad drżeniem rąk. – Zjawiliście się w samą porę. Jak nas znaleźliście?
– Chciałbym powiedzieć, że to moja zasługa – uśmiechnął się, unosząc kącik ust, ale błyskawicznie spoważniał – jednak to nie my was znaleźliśmy.
– Zatem jak…
– Zleciliśmy to zadanie komuś innemu. – Tym razem jego uśmiech trwał nieco dłużej.
– Ach. – Od razu domyśliłem się, co miał na myśli. Zlecił któremuś ze swoich okrętów śledzenie formacji Maxolhxów na wypadek, gdyby to oni wywęszyli „Walkirię”. – Rozumiem, że dał pan kocurom ciasteczko w nagrodę?
– Niech się cieszą, że pozwoliłem im odlecieć – odpowiedział, wzruszając ramionami. – Kiedy będziecie gotowi do skoku?
– Byłoby lepiej, gdyby wziął nas lotniskowiec.
– Wkrótce wróg powróci z posiłkami. Duma nie pozwoli Maxolhxom pozostawić tej zniewagi bez reakcji. Jeśli dorwą was podczas dokowania na lotniskowcu, stracę dwie maszyny.
– Słuszna uwaga. Proszę nam dać… Skippy naprawi napęd za co najmniej siedem minut.
– Nie mamy co liczyć na kolejny cud?
– Ejże! – obruszył się blaszak. – Już samo przywrócenie sprawności temu złomowi będzie cudem. Podobnie jak to, że nie wybuchnie.
– Skippy, jestem z ciebie tak dumny, że aż rozsadza mnie od środka. Będę potrzebował szwów.
– Wsadź sobie tę dumę w… wiesz gdzie. Napęd pozwoli nam na jeden skok, potem będzie trzeba go wyłączyć. A teraz daj mi spokój, chyba że sam chcesz naprawić to cholerstwo.