Facebook - konwersja
Czytaj fragment
Pobierz fragment

Expeditionary Force. Tom 7. Renegaci - ebook

Tłumacz:
Data wydania:
28 kwietnia 2022
Format ebooka:
EPUB
Format EPUB
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najpopularniejszych formatów e-booków na świecie. Niezwykle wygodny i przyjazny czytelnikom - w przeciwieństwie do formatu PDF umożliwia skalowanie czcionki, dzięki czemu możliwe jest dopasowanie jej wielkości do kroju i rozmiarów ekranu. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
, MOBI
Format MOBI
czytaj
na czytniku
czytaj
na tablecie
czytaj
na smartfonie
Jeden z najczęściej wybieranych formatów wśród czytelników e-booków. Możesz go odczytać na czytniku Kindle oraz na smartfonach i tabletach po zainstalowaniu specjalnej aplikacji. Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Multiformat
E-booki w Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu. Oznacza to, że po dokonaniu zakupu, e-book pojawi się na Twoim koncie we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu.
(2w1)
Multiformat
E-booki sprzedawane w księgarni Virtualo.pl dostępne są w opcji multiformatu - kupujesz treść, nie format. Po dodaniu e-booka do koszyka i dokonaniu płatności, e-book pojawi się na Twoim koncie w Mojej Bibliotece we wszystkich formatach dostępnych aktualnie dla danego tytułu. Informacja o dostępności poszczególnych formatów znajduje się na karcie produktu przy okładce. Uwaga: audiobooki nie są objęte opcją multiformatu.
czytaj
na tablecie
Aby odczytywać e-booki na swoim tablecie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. Bluefire dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na czytniku
Czytanie na e-czytniku z ekranem e-ink jest bardzo wygodne i nie męczy wzroku. Pliki przystosowane do odczytywania na czytnikach to przede wszystkim EPUB (ten format możesz odczytać m.in. na czytnikach PocketBook) i MOBI (ten fromat możesz odczytać m.in. na czytnikach Kindle).
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
czytaj
na smartfonie
Aby odczytywać e-booki na swoim smartfonie musisz zainstalować specjalną aplikację. W zależności od formatu e-booka oraz systemu operacyjnego, który jest zainstalowany na Twoim urządzeniu może to być np. iBooks dla EPUBa lub aplikacja Kindle dla formatu MOBI.
Informacje na temat zabezpieczenia e-booka znajdziesz na karcie produktu w "Szczegółach na temat e-booka". Więcej informacji znajdziesz w dziale Pomoc.
Czytaj fragment
Pobierz fragment
39,90
3990 pkt
punktów Virtualo

Expeditionary Force. Tom 7. Renegaci - ebook

Zasłużony w boju lotniskowiec Sił Ekspedycyjnych ONZ „Latający Holender” wraca wreszcie na Ziemię, po szeregu wyjątkowo udanych misji, dzięki którym po raz kolejny udało się ocalić świat. Teraz okręt wymaga naprawy, a załoga marzy o chwili wytchnienia od tajnych operacji i zmagań z zaciekłym, potężnym nieprzyjacielem. Czy marzenia się spełniają? W przypadku Wesołej Bandy Piratów – niekoniecznie.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-67053-26-6
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Gdy „Latający Holender”, nasz okręt Frankensteina, wlókł się niezdarnie do ruharskiej stacji przekaźnikowej, ściskałem dłonie, by nie dać po sobie poznać zdenerwowania. Nieobecność major Desai na stanowisku pilota wcale nie pomagała. Teraz fotele zajmowali dwaj Chińczycy. Byli kompetentni, wykwalifikowani, odbyli długie i intensywne szkolenie… ale nie byli Desai. Kiedy poprosiłem ją, żeby zasiadła za sterami w drodze do ostatniego przystanku przed obraniem kursu prosto na Ziemię, odmówiła, uprzejmie i z szacunkiem, ale zdecydowanie. Nie zawsze mogła być na pokładzie, a poza tym musiałem okazać zaufanie innym pilotom. Nie mogłem przekonać Desai do zmiany decyzji, nawet przypominając jej, że główny reaktor wyłączył się dwukrotnie w ciągu ostatnich pięciu dni, nowy system komputerowy napotykał trudności w regulowaniu cewek napędowych po każdym skoku, nie wspominając już o frustrującej, nawracającej usterce generatorów pola maskującego. Skippy nieustannie zapewniał, że panuje nad sytuacją i że ten zgrzyt tak naprawdę pomaga mu dostroić nową sztuczną inteligencję, która mogłaby za nas sterować okrętem. To wszystko brzmiałoby bardziej wiarygodnie, gdyby udało nam się odzyskać płynność lotu, jednak problemów wciąż przybywało.

Nie promieniałem więc pewnością siebie, gdy zbliżaliśmy się do stacji poza odosobnionym układem gwiezdnym. Planowaliśmy zrobić tam ostatni postój przed uprag­nionym powrotem do domu.

– Jesteś pewien, że dobrze robimy, Skippy?

– Tak, jestem pewien, histeryku. – Blaszak również był wyraźnie sfrustrowany. – Siedź w fotelu i, no nie wiem, pograj na telefonie albo coś. Pozwól dorosłym pracować. Już dawno mielibyśmy dane, gdybyś nie upierał się przy zupełnie niepotrzebnych środkach bezpieczeństwa.

Miał rację. Nie co do ostrożności. To była kwestia punktu widzenia. Rozkazałem zakończyć skok w odleg­łości pełnego dnia drogi do stacji przekaźnikowej, aby nasz rozklekotany reaktor miał dość czasu na naładowanie cewek napędu skokowego przed podejściem do stacji. W razie nieprzewidzianych problemów chciałem skoczyć kilka razy, nawet z wyłączonym reaktorem.

– Spędziliśmy poza Ziemią tyle czasu, że jeden dzień nie zrobi różnicy. Niech będzie, działaj.

– Dobrze – prychnął, dając do zrozumienia, że wcale nie czuje się z tym dobrze.

Dane, których potrzebowaliśmy, nie były zastrzeżone ani trudno dostępne. Powinny mieć najwyższy priorytet w ruchu wiadomości. Rzeczywiście tak było.

– Bingo! – wykrzyknął Skippy. – Mam! Sytuacja na Paradise to gorący temat. Danych będzie pod dostatkiem. Streszczę ci je na bieżąco. Skoro już tu jesteśmy, mogę równie dobrze pobrać wszystkie wieści.

– Są dobre? – Wzdrygnąłem się w obawie, że zapeszyłem.

– Jak byś to powiedział z tym swoim koszmarnym akcentem z Maine, „no jacha”. Rzeczywiście są dobre. Program szczepień i tworzenia zapasów leków ruszył pełną parą. Jedna trzecia ludzkiej populacji już się zaszczepiła. Ruharski rząd federalny nalega, żeby wszystkie tamtejsze chomiki przyjęły szczepionkę, trwa również debata nad udostępnieniem jej wszystkim planetom na terytorium Ruharów w ramach profilaktyki. Oczywiście znalazła się też zgraja oszołomów, którzy odrzucają szczepionkę, choć jednocześnie nie przeszkadzają im nanomaszyny medyczne pływające w ich krwi. Ale cóż, tym lepiej dla puli genów, prawda? Podsumowując, Joe, ludzie na Paradise są bezpieczni, a ograniczenia przemieszczania już się luzują, dzięki czemu będzie można wznowić handel. Pułkownik Perkins i jej zespół Mavericks właśnie wrócili na Paradise, a ich obecność przypomina Ruharom, że to ludzie od­kryli plan jaszczurów, którzy zamierzali zaatakować planetę bronią biologiczną. I że ta właśnie grupa Ziemian ocaliła okręt pełen kadetów. Społeczność Paradise po­woli oswaja się z myślą, że ludzie mogą nie być wrogami, a ofiarami Kristangów, tak samo jak Ruharowie.

– To świetna wiadomość… – Odetchnąłem z ulgą, kręcąc się w fotelu, by nie pokazać, jak bardzo byłem roztrzęsiony.

Stojący obok mnie Hans Chotek klasnął w dłonie z satysfakcją, zdobywając się nawet na nerwowy uśmieszek.

– Fakt. Same radosne nowiny – oznajmił Skippy. – Za kilka sekund skończę ściągać dane. Większość z nich to nudy na pudy, które i tak cię nie zainteresują. Jeszcze chwila i… Dobra, mam. Możemy ruszać. Posortuję i odszyfruję dane w drodze na Ziemię.

– Znakomicie. Pilot, skaczemy. Opcja Alfa. – Ponieważ te słowa brzmiały blado w tak wiekopomnej chwili, odchrząknąłem, by zwrócić na siebie uwagę. – Wracamy do domu.

*

To wszystko moja wina. Nie dość, że po skoku ze stacji przekaźnikowej paradowałem z głupim uśmiechem, to jeszcze podpowiedziałem Chotekowi, że warto zorganizować uroczystą kolację. Wszechświat w dalszym ciągu mnie nienawidził i uznał, że wyczerpałem dopuszczalny limit radości. Byłem w kabinie i oglądałem mundur galowy, który zamierzałem założyć na kolację, gdy na mojej koi pojawił się Skippy.

– Cześć, Joe – powiedział, poprawiając gigantyczny kapelusz.

– Cześć, Skippy… To znaczy wielmożny Lordzie Admirale. Słuchaj, wiem, że nie cieszysz się na myśl o powrocie na Ziemię, ale…

– Joe, musimy porozmawiać.

Cholera. Odwiesiłem bluzę na wieszak i skupiłem się na Skippym.

– Martwisz się, że dowództwo SEONZ nie będzie się spieszyło z wysłaniem „Holendra” na kolejną misję? Przecież upłynie prawie sześćdziesiąt lat, zanim promienie gamma…

– Nie, nie chodzi mi o kretyńskie decyzje wysoko postawionych małp. Ani nawet o to, że już wkrótce inne rasy dowiedzą się, że tunel w pobliżu Ziemi nie jest całkowicie uśpiony. Mam złe wieści.

– Jeśli chcesz powiedzieć, że szampan zamarzł, kiedy pozbywałeś się wirusa energetycznego, to żart ci się nie udał. Nie potrzebujemy szampana, żeby rozkręcić imprezę. I tak chętniej napiłbym się piwa.

– Nie mówię o dzisiejszej imprezie i nie żartuję. Lepiej usiądź.

Awatar unosił się nad koją i nie chciałem go przysiąść, więc Skippy rozwiązał ten problem, teleportując się nad szafkę.

– O co chodzi? – spytałem.

– W danych, które pobraliśmy ze stacji przekaźnikowej, znajdowały się złe wiadomości. Bardzo, ale to bardzo złe.

– I dopiero teraz mi o tym mówisz? – zapytałem, zerkając na zFona.

– Przecież to nie moja wina! W pierwszej kolejności odszyfrowałem i przeczytałem wszystkie utajnione dane, spodziewając się, że to tam znajdę najważniejsze informacje. Myliłem się, w tych nudnych plikach nie było nic, co mogłoby nas interesować. Kiedy jednak przejrzałem nieszyfrowane dane, znalazłem coś bardzo niepokojącego. Pamiętasz, jak mówiłem, że nie możemy wiecznie bawić się tunelami czasoprzestrzennymi, bo w końcu któreś ze szczytowych istot to zauważą i nabiorą podejrzeń?

– O kurwa…

– Właśnie. Chyba przegięliśmy, niszcząc tunel Pradawnych, choć nie wiem, czy miało to aż takie znaczenie. Maxolhxowie mogli być wystarczająco zafrapowani nietypowym zachowaniem tunelu. Teraz to już nieważne. Joe, Maxolhxowie postanowili wysłać dwie jednostki do tunelu blisko Ziemi. Tego, który zamknąłem.

Słowa uwięzły mi w gardle. Mogłem jedynie siedzieć i gapić się w podłogę.

– W danych znalazłem komunikat rządu federalnego Ruharów do floty i ruharskich układów, przez które mogą przelatywać Maxolhxowie. Rindhalu proszą, czy wręcz błagają, by umożliwić im swobodny przelot. Jeśli jakiekolwiek jednostki Ruharów zauważą siły zadaniowe Maxolhxów, mają to zgłosić, ale bez podejmowania wrogich działań.

– Rindhalu? Dlaczego pająki miałyby wpuszczać kocury na swoje terytorium?

– Ponieważ Maxolhxowie zamartwiają się sytuacją z tunelami Pradawnych tak bardzo, że zaproponowali Rindhalu wspólną misję. Dwa okręty, po jednym od każdej szczytowej rasy, miałyby się spotkać na drugim końcu tunelu i wspólnie go zbadać. Następnie przeleciałyby w stronę Ziemi, używając tunelu na terytorium Ruharów. Rindhalu są zaniepokojeni, ale nie na tyle, by dźwignąć leniwe dupska i coś z tym zrobić. Zamiast tego zbadają dane dostarczone przez Maxolhxów i zdecydują, czy konieczne są dalsze działania.

Wciąż milczałem.

– Joe? Powiedz coś…

– Już po nas… Rozumiesz?! – wrzasnąłem, gdy napięcie stało się nie do zniesienia. – Po nas! Mamy całkowicie i ostatecznie przesrane! To chciałeś usłyszeć?!

Hologram cofnął się o krok. Zauważyłem, że kapelusz zniknął w przepierzeniu. Najwyraźniej Skippy nie zaprogramował go tak, by zachowywał się jak prawdziwe nakrycie głowy.

– Wybacz, Joe. Chciałem raczej usłyszeć, że w twojej małpiej mózgownicy zrodzi się jakiś plan i że wszystko będzie dobrze.

– Nic z tego! Nie tym razem! Tylko nie to… Niech to szlag, nie dam rady, ja… – Głos mi się załamał i przeszedł w szept. – Nie mogę… Nie tym razem…

Wybuchnąłem płaczem i nie wstydzę się do tego przyznać. Wszystkie dokonania Wesołej Bandy Piratów poszły na marne. Co gorsza, nasze działania, mające chronić Ziemię przed pomniejszymi zagrożeniami pokroju Kristangów, zwróciły uwagę najgroźniejszych graczy w Galaktyce. To wszystko nasza wina. Moja wina.

*

Skippy albo zaczął poważnie traktować moje wykłady o empatii, albo był zażenowany, widząc, jak siedzę i ryczę na koi, w każdym razie milczał, dopóki nie odzyskałem mowy.

– Daj mi chwilę… – mruknąłem, a następnie podszed­łem do małej umywalki, żeby ochlapać twarz wodą. Gapiłem się w swoje odbicie w lustrze, w duchu dziękując Bogu, że wracamy na Ziemię, gdzie będę mógł usunąć się w cień i pozwolić, by ktoś inny zajął się tym problemem. Musiał to zrobić ktoś inny, bo ja najwyraźniej zdołałem wydostać nas z jednych tarapatów tylko po to, żeby wpakować w coś gorszego. Ludzkość potrzebowała szeroko zakrojonego planu. Hans Chotek miał rację, zarzucając mi, że reaguję na bezpośrednie kryzysy, zamiast opracować długofalową strategię.

Długofalową…

Wracamy na Ziemię…

Szlag. Czy w ogóle mieliśmy czas na cokolwiek?

– Skippy – wrzuciłem ręcznik do umywalki – ile czasu minie, zanim Maxolhxowie dotrą na drugi koniec tunelu?

– Tego nie wiem. W pliku nie było szczegółów ich planu lotu.

– Kurde, czyli…

– Wiem natomiast, Joe, że Maxolhxowie najprawdopodobniej nie rozpoczną kolejnej misji co najmniej przez najbliższy miesiąc. Przed wyprawą na Ziemię chcą zebrać dane z innych, lepiej dostępnych tuneli. Ma to sens. Byłoby dla nich kiepsko, gdyby pokonali taki szmat drogi i nie wiedzieli, czego mają szukać. Chcą opracować bazowy wzór zachowania tunelu, aby porównać korytarz przy Ziemi z innymi, które wykazywały anomalie. Czyli z takimi, które dziwnie się zachowywały.

– Wiem, czym jest anomalia, Skippy. Mogą to zrobić?

– Co? Dolecieć do Ziemi bez pomocy tunelu Pradawnych? Mogą. Nie zajmie im to tyle czasu co tamtemu thurańskiemu eksploratorowi, ale nie uwiną się też w mgnieniu oka. Maxolhxowie przywykli do działań w obszarach, gdzie ich okręty mogą polegać na kompleksowym zapleczu serwisowym. Aby ruszyć w samodzielną podróż na Ziemię, będą potrzebowali samowystarczalnych, zmodyfikowanych okrętów, na przykład lekkich krążowników.

– Dzięki, dobrze wiedzieć, ale nie o to pytałem. Czy Maxolhxowie mogą pozyskać te… Jak to nazwałeś? Bazowe pomiary z tuneli, przy których majstrowałeś?

– Hmmm… Właściwie to nie. Dobre pytanie, Joe. Dziwne, że sam o tym nie pomyślałem. Nie, nie mogą, ale jeszcze o tym nie wiedzą. Wszystkie tunele, którymi bawiłem się po drodze, zdążyły już wrócić do normalnych ustawień. Tyle tylko, że… Hmmm… Może być problem. Zauważyłem, że te tunele mają trochę mniej stabilne połączenie z siecią i że nawet inne lokalne korytarze straciły nieco na stabilności. Wspomniałem już o tym, pamiętasz?

– No tak. – Wbiłem wzrok w sufit, usiłując sobie przypomnieć, co wtedy mówił. – Twoim zdaniem właśnie dlatego nie możemy bez końca majstrować przy tych samych tunelach, nawet jeśli mają wygodne lokalizacje. Napomknąłeś o ryzyku wywołania przesunięcia w całej sieci.

– Otóż to. Jeśli się zastanowić, zaburzenia połączeń powinny naprawić się samoczynnie, zgodnie z logarytmiczną osią czasu, jednak wrażliwe przyrządy, jakimi dysponują Maxolhxowie, mogą być w stanie nawet teraz wykryć efekty szczątkowe. Kocury z pewnością zaangażują w to zadanie całą swoją najlepszą technologię czujnikową. Dobrze, że zapytałeś. Po raz kolejny zawstydziła mnie bezrozumna małpa.

– Mhm… Nie mówisz tak tylko dlatego, że wiesz, jak beznadziejnie się czuję?

– A niby z jakiej racji? – Awatar wytrzeszczył oczy ze zdziwienia.

– Nie no, z żadnej. – Pokręciłem głową.

– Aha! Wiem! Chodzi o empatię?

– A jak myślisz?

– No dobra… Ekhm, zaraz skombinuję jakąś jałową gadkę na pocieszenie. Joe, wszystko będzie dobrze. I jeszcze… wyobraź sobie, że rzuciłem parę pustych komunałów, jakie ludzie rezerwują na takie okazje. Już ci lepiej?

Wiecie co? Rzeczywiście poczułem się lepiej. Nie dzięki słowom Skippy’ego, ale dlatego, że wyobraziłem sobie, jak skręcam mu ten jego chuderlawy kark.

– Jasne, naprawdę mi pomogłeś, dzięki.

– Punkt dla mnie! – Awatar podskoczył i udał, że przybija piątkę. – Ha! Empatia to bułka z masłem. Nie wiem, czemu wszyscy robią o nią takie afery. Wiesz, to, że Maxolhxowie mogą wykrywać zakłócenia w połączeniach tuneli, może tak naprawdę się nam przysłużyć. Czy raczej wam, małpom. Jeśli kocury natrafią na sporo ciekawych danych, badając tunele, które zmodyfikowałem, być może opóźnią misję na Ziemię i poświęcą więcej czasu na zbieranie i analizę informacji.

– Hmm… Racja, mielibyśmy więcej czasu na przygotowania.

– Jakie znowu przygotowania? – Zdjął absurdalny kapelusz i podrapał się po lśniącej glacy. – Może namalowalibyście na Ziemi wielką tarczę z celem, żeby ułatwić Maxolhxom robotę?

– To nie…

– Ups, sorki, to było chamskie. Przecież lubicie tę żałosną kulę błota. Hmm… Moglibyście zorganizować wielką ceremonię Zamknięcia Historii Ludzkości. Może w Hallmarku mają balony na taką okazję?

Pokazałem mu uniesiony palec, którym z całą pewnością nie był kciuk.

– Mówiłem o przygotowaniu do zniszczenia tych okrętów, zanim dotrą do Ziemi.

– Hahahahaha! Chciałbyś! A to dobre! Małpy miałyby zniszczyć dwa maxolhxańskie krążowniki? Hihihi!

– A jeszcze dwa tygodnie temu mówiłeś, że w starciu pomiędzy wszechświatem a bandą małp to wszechświat ma przerąbane.

– Ach, to. Niby tak, ale głównie wciskałem ten kit, żeby nie było ci smutno. Widzisz? Wtedy też spróbowałem empatii i zupełnie nam się to nie opłaciło.

W milczeniu stuknąłem głową o szafkę przy łóżku.

– A może na razie zostawimy temat Maxolhxów i tego, co można z nimi zrobić?

– Z chęcią, zwłaszcza że wszelkie takie rozważania to kompletna strata czasu.

– Świetnie.

Wstałem i wykonałem kilka wymachów ramionami, żeby pobudzić krążenie krwi. Już za kilka minut miałem przekazać Hansowi Chotekowi druzgocące wieści. Wiedziałem, że zrzuci winę na mnie i, co gorsza, będzie miał rację. Podczas naszej drugiej misji przyszło mi do głowy, że Skippy mógłby trochę pobawić się tunelami Pradawnych i pozmieniać ich połączenia. Nie wziąłem pod uwagę konsekwencji. Ot, kolejny przykład braku perspektywicznego myślenia z mojej strony.

– Maxolhxowie zaproponowali Rindhalu wspólną misję? Tak sami z siebie? Nie wymagał tego od nich jakiś stary pakt?

– Nie ma żadnego paktu. Kiedy Rindhalu odmówili dostarczenia jednostki, Maxolhxowie zaoferowali nawet, że przewiozą na swoim okręcie przedstawiciela pająków. Rindhalu od razu odrzucili propozycję. Nie mają do Maxolhxów krzty zaufania.

– Czyli Maxolhxowie złożyli ofertę, licząc, że pająki jej nie przyjmą?

– Nie. Parszywe kociaki chciały zabrać ze sobą pająka, by uzyskać dostęp do wiedzy, którą nie dysponują. Liczą, że gdyby nie udało im się rozgryźć problemów z siecią tuneli, dane będą zrozumiałe dla Rindhalu.

Na myśl o współpracy dwóch wrogich frakcji potrząs­nąłem głową w zdumieniu.

– Wyjaśnij mi jedno. Dlaczego Rindhalu mieliby nie angażować się w misję Maxolhxów? Wszelkie potencjalne kłopoty z siecią tuneli Pradawnych muszą mocno niepokoić pająki. Niemożliwe, żeby Rindhalu byli aż tak ­leniwi!

– Cóż, rzeczywiście są wyjątkowo opieszali. Ale masz rację, nie tylko dlatego odrzucili ofertę. Są również nieznośnie aroganccy, Joe. Przez długi czas pozostawali sami w Galaktyce, dopóki Maxolhxowie nie opracowali technologii pozwalającej na loty kosmiczne. Pająki wciąż postrzegają Maxolhxów jako prymitywnych gówniarzy, którzy przez zwykły fart dostali w swoje ręce technologię Pradawnych, przydatną jako broń. Gdyby nie mieli tyle szczęścia, Rindhalu odesłaliby ich z powrotem do epoki kamiennej po pierwszym ataku. Obecnie Maxolhxowie zdążyli już wykraść albo skopiować kluczową technologię Rindhalu, więc pająki nie mają tak miażdżącej przewagi. Jednak w swej odwiecznej arogancji Rindhalu uważają, że wiedzą w zasadzie wszystko, co można wiedzieć o sieci tuneli czasoprzestrzennych. A jeśli czegoś nie wiedzą, zakładają, że kocury i tak tego nie zrozumieją. Dlatego sądzą, że badanie tunelu w pobliżu Ziemi to strata czasu.

– Hmmm… Czyli Rindhalu są prastarymi, aroganckimi istotami, które przez długi czas były samotne… – Urwałem, chcąc sprawdzić, czy Skippy załapie aluzję. Nic z tego. – I uważasz, że ta ich arogancja odbije się im czkawką.

– I to jak, Joe. Rindhalu są tak butni, że aż mnie to wkurza.

– Nie lubisz konkurencji?

– Bardzo śmieszne, mądralo. Nie, wkurza mnie to, bo pająki, z całą swoją wiedzą o wszechświecie, dotarły zaledwie do podstaw. Nie mają pojęcia o prawdziwej naturze rzeczywistości.

– Mhmmm… Nie zechciałbyś mi przedstawić tej natury, prawda?

– Nie. Nie mogę o tym z tobą rozmawiać, bo… ekhm… bo mam powody, które muszę zachować dla siebie. Takie trochę błędne koło, ale tak to właśnie wygląda.

– Jasne. Cóż, doktor Friedlander mówił, że objaśniłeś mu zasadę działania thurańskich klamek, więc robimy małe postępy w poznawaniu technologii z twoją pomocą. Możemy poczekać. Taką mam nadzieję. Dobra, teraz muszę przekazać radosne nowiny Chotekowi.

– Hm, może lepiej się wstrzymaj, Joe. Hrabia Cmokula jest teraz z, ekhm, koleżanką, jeśli wiesz, o co mi chodzi. Postanowili zacząć świętować trochę wcześniej…

– Po prostu super! Jasne, niech się bawi! Wszyscy się cieszą z powrotu do domu, a ja tkwię w kabinie z Doktorem Doomem!

– Nie zdemontowałem jeszcze seksbota, Joe. Może pomogłoby, gdyby…

– Żadnych seksbotów!

*

Gdybym miał do wyboru, czy przekazać złe wieści Hansowi Chotekowi, czy ogolić sobie łeb zardzewiałą tarką do sera, zawsze wybrałbym tę drugą opcję. Minęły dwie godziny, zanim Skippy oznajmił, że Chotek wrócił do gabinetu. Facet miał krzepę. A może Cmokula i jego koleżanka postanowili uciąć sobie drzemkę po… no, wiecie, po zabawie. Bardzo chciałem w to wierzyć. Gdy zapukałem w futrynę, dyplomata uśmiechnął się i gestem zaprosił mnie, bym usiadł. Oczywiście był w doskonałym nastroju.

Pięć minut później jego nastrój był już daleki od doskonałości. Postanowiłem się pokajać, zanim dobierze mi się do tyłka.

– Sir, to moja wina. Nie myślałem o ryzyku, gdy prosiłem Skippy’ego o te modyfikacje. Kiedy dotrzemy na Ziemię, poniosę pełną odpowiedzialność.

– Nic podobnego. Nie tylko pan jest za to odpowiedzialny.

Rozdziawiłem gębę. Wiele cech Hansa Choteka doprowadzało mnie do szału. Najbardziej frustrujące było to, że niemal nigdy nie mogłem przewidzieć, jak zareaguje w danej sytuacji. Facet był wziętym dyplomatą, a przecież zaplanował operację rozpętania kosmicznej wojny domowej.

– Jak to, sir? – zapytałem.

– Skippy zaczął zmieniać połączenia tuneli podczas pańskiej drugiej misji, kierując się pańskim pomysłem, prawda? Nie miał pan możliwości skonsultować się z władzami ziemskimi na temat tej koncepcji, zanim trzeba było wprowadzić myśl w czyn. Jednakże… – uniósł palec – po pańskim powrocie nikt na Ziemi nie zgłosił sprzeciwu.

– Ależ zgłaszano go, i to niejednokrotnie – przypomniałem.

– Owszem, ale dotyczył on ryzyka, jakie podjął pan, lądując na planecie Newark. – Uśmiechnął się. Z pewnością, kiedy pracował w siedzibie ONZ w Nowym Jorku, miał przyjemność odwiedzić piękne miasto, od którego wzięła nazwę wspomniana planeta. – Żaden z rzekomych ekspertów nie zwrócił wówczas uwagi, że przestawienie tuneli może stanowić potencjalny problem. Przypomnę im o tym, jeśli zaczną protestować po naszym lądowaniu. Pułkowniku Bishop – spojrzał mi prosto w oczy – nie lubię, gdy ludzie, jak to się mówi, mądrzy po szkodzie, kwestionują moje działania.

– Tak jest.

– Pańskie wieści są… – zastanowił się nad właściwym słowem po angielsku – deprymujące. Znaczyłoby to, że misja w Pułapce na Karaluchy – nie krzywił się już, wypowiadając nazwę, za którą nie przepadał – była stratą czasu i wysiłku. Zaryzykowaliśmy i udaliśmy się tam, chcąc uratować Skippy’ego, by mógł dalej pomagać nam w obronie Ziemi. A skoro Maxolhxowie zmierzają ku naszej planecie, będziemy mogli jedynie przeciwstawić najwyższym istotom w pełni sprawnego Skippy’ego. I to tyle, jeśli chodzi o nasze osiągnięcia.

– Ja… Nie myślałem o tym w ten sposób, sir.

– Schofelkatzen nie są najbardziej palącym problemem – użył niemieckiego określenia oznaczającego „parszywe kocury”. Jego zdanie o Maxolhxach uległo zmianie po nieudanej próbie rozmów i negocjacji z Panem Puszkiem w Pułapce na Karaluchy. „Rozmowy” to chyba za duże słowo, bo Puszek ograniczył się do wywrzaskiwania obelg i gróźb wymierzonych w nas wszystkich, a przede wszystkim w Choteka.

– Nie rozumiem, sir… – Zbił mnie z tropu. Co mogło być większym i istotniejszym zagrożeniem niż dwa potężne okręty lecące w stronę Ziemi?

– Pierwszym problemem, jakiemu będziemy musieli stawić czoła po powrocie do domu, są nasi rządzący. Zanim wylecieliśmy na misję, by upewnić się, że Thuranie nie wyślą w kierunku Ziemi kolejnego eksploratora… – Przewrócił oczami. Pierwszy raz widziałem, by to robił. – Wydaje się, że od tamtego czasu minęły wieki, prawda? Założenie, że wyprawa po informacje będzie szybką i łatwą operacją, okazało się naiwne w swym optymizmie. – Westchnął i parsknął śmiechem, kręcąc głową. – Teraz orientuję się w tym o wiele lepiej. Pułkowniku Bishop, przed naszym wylotem z Ziemi w SEONZ, a także w ONZ, między krajami znającymi prawdę, wywiązała się debata. Jedna frakcja chciała dalej strzec naszej tajemnicy, druga zaś była zdania, że lepiej będzie rozpocząć negocjacje z jedną lub kilkoma obcymi rasami. Wybrano mnie do tej misji w ramach kompromisu, jednak jak już mówiłem, zdecydowanie sprzeciwiam się ujawnieniu prawdy obcym pokroju Ruharów. Zwłaszcza teraz, gdy odbyłem podróż po Galaktyce, jestem przekonany, że zdradzając informacje o „Latającym Holendrze” i Skippym, skazalibyśmy ludzkość na niechybną śmierć.

– Byłem zaskoczony, słysząc te słowa z pańskich ust. Szczerze mówiąc, spodziewałbym się, że jako dyplomata będzie pan optował za negocjacjami.

– Jako dyplomata osobiście poznałem granice negocjacji. Nie mamy możliwości negocjować. Gdy tylko kosmici dowiedzą się o Skippym i module kontrolera tuneli, który nazwaliście magiczną fasolą, po prostu odbiorą nam te zdobycze. Jeśli powiadomimy ziemskie rządy o dwóch maxolhxańskich okrętach zmierzających ku naszej planecie, wiele osób uzna, że jak najszybsze wyciągnięcie ręki do koalicji Rindhalu da nam najlepsze szanse na przeżycie. Musimy jednak przekonać kraje członkowskie ­SEONZ, że to nierozsądny pomysł.

– Ale jak? Na co innego mogą liczyć?

Spojrzał na mnie z uśmiechem. Nie z wyćwiczonym, kontrolowanym uśmiechem dyplomaty, ale mdłym i strach­liwym grymasem kogoś, kto nie do końca wierzy we własne słowa.

– Możemy dać im nadzieję na cud. – Uniósł dłonie. – Ta załoga regularnie dokonuje cudów. Jak powiedział Skippy, małpi spryt nie ma granic.

– O w mordę – powiedziałem na głos, zanim zdążyłem ugryźć się w język. Szlag… Żadnej presji! – Sir, sądzę, że pierwszym cudem, jakiego musimy dokonać, jest sprzedanie tego kitu rządom na Ziemi.

Roześmiał się. Szczerze i serdecznie. Hans Chotek trochę się wyluzował. Pewnie zepsuło go towarzystwo piratów. Następnie zaskoczył mnie ponownie, wyciągając rękę do piątki. Przybiłem, choć poczułem się trochę niezręcznie.

– Gdy tu wchodziłem, sądziłem, że będzie pan bardziej przybity wieściami.

– Pułkowniku, już i tak lecimy do domu z informacją, że za sześćdziesiąt lat nasza tajemnica tak czy inaczej wyjdzie na jaw i że Ziemię czeka zagłada. Ta niefortunna sytuacja jedynie przyspieszy nieuniknione.

„Przyspieszy, i to jak” – pomyślałem, ale nie powiedziałem tego na głos.

– Sir, sądzę, że nie powinniśmy odwoływać dzisiejszej odświętnej kolacji. Niech załoga bawi się choć przez jedną noc. Złe wieści mogą poczekać do jutra.

– Pułkowniku, ja mam wieloletnie doświadczenie w przyklejaniu sztucznego uśmiechu do twarzy, ale czy pan będzie w stanie zachować pozory radości?

– Panie Chotek, teraz jestem pewien tylko tego, że naprawdę muszę się napić.

*

Załoga bawiła się wyśmienicie, a ja, żeby się zaprawić, wychyliłem trzy plastikowe kubki szampana jeszcze przed rozpoczęciem imprezy. Będąc na rauszu, mogłem pozostać wesoły, uśmiechnięty i wyluzowany. Udało mi się nawet na jeden wieczór zapomnieć o nadchodzącej zagładzie ludzkości. Nie oblałem munduru galowego drinkiem, ale na bluzie miałem jakieś tajemnicze czerwone plamki, być może z sosu pomidorowego. Alkohol służył mi tak dobrze, że nawet wszedłem na scenę i zaśpiewałem karaoke w duecie ze Skippym. Nie pamiętam, jaki kawałek wykonaliśmy. Długo nie schodziłem ze sceny, więc możliwe, że nie skończyło się na jednej piosence. Pamiętam za to, że dołączyła do mnie Adams, potem Friedlander i jeszcze kilka innych osób. Kiedy w końcu padłem na koję, dobry humor zdążył mnie opuścić, ale byłem tak zmachany, że aż przespałem budzik. Skippy musiał mnie ocucić, przystawiając mi do karku jakieś elektryczne cholerstwo.

Chotek i ja postanowiliśmy zaczekać z ujawnieniem złych wieści załodze do czasu, aż do Ziemi zostaną dwa dni drogi. Nie było sensu wcześniej psuć ludziom humorów, a dwa dni wystarczały na przetrawienie informacji.
mniej..

BESTSELLERY

Kategorie: