Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Fabryka cieni - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
19 lipca 2022
Produkt niedostępny.  Może zainteresuje Cię

Fabryka cieni - ebook

Niewielkie miasto skrywa wiele tajemnic.

W zakładzie produkującym meble dochodzi do serii śmiertelnych wypadków. Sprawę badają prokurator Weronika Wilk i były policjant Jeromir Kowalski, którzy kilka lat wcześniej prowadzili śledztwo w sprawie zabójstwa młodej kobiety. Obie sprawy łączy postać biznesmena Krzysztofa Króla.

W tle unoszą się cienie przeszłości, które usilnie dopominają się o uwagę. Czy sześć lat temu rzeczywiście udało się dotrzeć do prawdy? A może wszystko nie jest takie, na jakie wygląda?

 

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 9788367141727
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PROLOG

Wracała ze sklepu z torbą pełną zakupów. Cieszyła się, że podjęła decyzję o przeprowadzce. Od dawna czuła, że musi zmienić coś w swoim życiu.

To miasto spodobało jej się od razu. Było niewielkie, lecz urokliwe. Słyszała o nim, ale nigdy wcześniej go nie odwiedziła. Nikt jej tu nie znał. Miała czystą kartę.

Nie chciała zatrzymywać się w hotelu. Na szczęście trafiła na ogłoszenie o pokoju, który można było wynająć od zaraz. Zdziwiła się, że wszystkie formalności udało jej się załatwić przez Internet, a klucz dostarczono do niej kurierem. Właściciel kawalerki tłumaczył, że jest za granicą i nie może teraz przyjechać. Było to dla niej idealne rozwiązanie. Pragnęła tylko spokoju.

Na dworze zrobiło się już ciemno. W oddali zobaczyła zarysy murów. Wiedziała, że kryje się za nimi słynny park – nazywano go parkiem tajemnic, bo nieco zniszczone ogrodzenie, duże, ozdobne bramy i zabytkowe fontanny od razu przenosiły człowieka do pełnej zagadek przeszłości.

Obiecała sobie, że rano wybierze się tu na spacer. Nie miała przecież daleko.

Postanowiła podejść bliżej. Stanęła przed tylną bramą. Miejsce wyglądało na nieco zaniedbane. Dodatkowo nigdzie w pobliżu nie było lampy. Musiała wytężać wzrok, żeby cokolwiek zobaczyć.

Nagle poczuła mocne szarpnięcie.

Upadła. Usłyszała dźwięk tłuczonego szkła.

Rzucił się na nią jakiś cuchnący facet. Mamrotał coś, pluł jej do ucha, ale przede wszystkim niemiłosiernie ją szarpał, wbijając swoje długie i ostre paznokcie w jej skórę.

Chciała krzyczeć, ale nie potrafiła wydobyć z siebie żadnego dźwięku.

Po chwili wyłowiła uchem drugi męski głos. Pomyślała, że ktoś przyszedł jej na pomoc. Nie mogła się jednak odwrócić.

Śmierdzący facet zaczął targać ją za włosy.

Rozpłakała się. Przez chwilę nie odnotowywała niczego, co dzieje się wokół.

Nagle znowu dotarł do niej ten drugi głos. Ostatkiem sił odwróciła się, ale natychmiast poczuła ogromny ból głowy. Błyskawicznie traciła wszystkie siły. Kilka sekund później widziała już tylko ciemność.

Był piętnasty lipca 2013 roku. Zegar na wieży ratusza wskazywał dwudziestą trzecią czterdzieści pięć.

Kilkadziesiąt minut później cykanie parkowych świerszczy
zagłuszył dźwięk policyjnych syren.ROZDZIAŁ 1

Obecnie

Jeromir Kowalski stał na balkonie swojego mieszkania, które mieściło się na ósmym piętrze bloku. Patrzył na panoramę miasta. Było lato, choć pogoda na to nie wskazywała. Przez prawie cały dzień słońce ukrywało się za ciemnymi chmurami.

Mężczyzna dopalił papierosa i wrócił do pokoju. Spojrzał na telewizor. Na ekranie przesuwał się żółty pasek informacyjny, a młoda dziennikarka z przejęciem coś relacjonowała.

– Seria wypadków w zakładzie produkującym meble w Duninach w województwie małopolskim. W ciągu tygodnia życie straciło czworo pracowników. Prokuratura wszczęła już śledztwo w tej sprawie. Właściciel firmy nie chciał wypowiadać się przed kamerą – informowała reporterka NonStopTV.

Jeromir rzucił okiem na leżący na stoliku telefon. Zobaczył pięć SMS-ów od prokurator Weroniki Wilk. We wszystkich znajdowała się ta sama wiadomość: „Oddzwoń natychmiast!”.

Wybrał jej numer. Odebrała od razu.

– Czy wreszcie zaczniesz używać telefonu do celu, w którym go wynaleziono? – zapytała z wyrzutem.

– Mam wyciszone dzwonki – próbował się tłumaczyć.

– Nieważne. Słyszałeś o wypadkach w Meblofiksie?

– Właśnie oglądam telewizję. Ciągle o tym mówią. – Spojrzał na ekran. Reporterka nadal perorowała sprzed hali produkcyjnej.

– Możesz być u mnie za piętnaście minut? Jesteś potrzebny.

– Wiesz, że już się tym nie zajmuję – odparł chłodno.

– Nie obchodzi mnie to. Masz tu być – rozkazała. – Do zobaczenia. – Rozłączyła się.

Kowalski założył letnią kurtkę. Spojrzał w lustro. Nie wyglądał źle, choć krótkie, siwe włosy kontrastowały z ciemnym – już dość długim – zarostem. Uznał, że musi wybrać się do barbera.

Wyszedł z mieszkania. Wsiadł do wysłużonego opla i udał się w kierunku gmachu prokuratury. Był to budynek mocno zniszczony z zewnątrz, który bardziej przypominał opuszczoną szkołę niż siedzibę jakiegokolwiek urzędu. Na schodach przed gmachem stała Weronika. Paliła papierosa, mocno się przy tym zaciągając.

– Cześć, Werka! – Jeromir uśmiechnął się i pocałował ją w policzek.

– Dzięki, że przyjechałeś. Sprawa śmierdzi na kilometr.

– Nie dopuszczasz możliwości, że to rzeczywiście wypadki? – Podrapał się po głowie.

– Za dużo trupów, za mało odpowiedzi. – Zaśmiała się.

Zauważył, że Weronika musiała wczoraj zabalować lub źle spała. Jej oczy były podkrążone, a czarne, długie włosy tworzyły artystyczny nieład. Mimo to jak zwykle wyglądała zjawiskowo. Ubrała czarną spódnicę i białą koszulę. Nigdy nie zapominała o czerwonej szmince, która dodawała jej kobiecości.

– Zupełnie przypadkowo właścicielem tego zakładu jest Krzysztof Król – kontynuowała.

– Ten Król? – Kowalski nie potrafił ukryć zdziwienia.

– Ten sam.

– Przecież siedzi.

– Już wyszedł. Dwa miesiące temu, a dwa tygodnie temu kupił Meblofiks. – Wyjęła kolejną fajkę.

Rzuciła paczkę Jeromirowi, którego nie trzeba było namawiać do zapalenia papierosa.

– To rzeczywiście mamy problem. – Spojrzał na prokuratorkę. Z papierosem w ustach wyglądała jeszcze seksowniej. Odkąd ją znał, paliła czerwone marlboro. On później też przerzucił się na tę markę.

– Widzisz, że musiałam poprosić cię o pomoc. Na pewno maczał w tym palce. Tak jak sześć lat temu. Do dziś mam wrażenie, że wtedy nas ograł.

– A zasada domniemania niewinności?

– Nie obowiązuje w przypadku takich sukinsynów – odrzekła. – Słuchaj, Jero, czas się do niego wybrać i go przycisnąć. Pojedziemy moim wozem – nakazała.

Wyrzucili niedopałki do kosza i ruszyli w stronę samochodu.

Jeromir przez cały czas próbował skupić się na wypadkach w Meblofiksie, ale cienie przeszłości od razu dały o sobie znać.

Wiedział już, że serca nie da się oszukać.

***

Podróż pomarańczową toyotą nie była dla Kowalskiego zbyt komfortowa. Po pierwsze, Weronika prowadziła w specyficzny sposób. Przestrzegała przepisów, ale wybiórczo. Zawsze powtarzała, że na drodze i w pracy nie uznaje kompromisów. Po drugie, Jeromir wolał być kierowcą. Na miejscu pasażera czuł się nieswojo.

Zakład produkujący meble znajdował się na obrzeżach miasta. Meblofiks zajmował dwie hale. Obok nich mieścił się niewielki, dwupiętrowy budynek z pomieszczeniami biurowymi.

– Niezłe odludzie – powiedział, rozglądając się po okolicy.

– Idealne miejsce do popełnienia czynu zabronionego. – Zaśmiała się.

Wokół rozciągały się pola i łąki. Do firmy produkującej meble prowadziła niezbyt szeroka droga, mocno już zniszczona przez jeżdżące tędy tiry.

Jeromir ruszył za Werką, która tutejsze wertepy przemierzała w szpilkach. Nie sprawiało jej to żadnych problemów, co mocno go zdziwiło. Sam miał trudności w sprawnym pokonaniu wszechobecnych dziur. Do biura nie prowadził chodnik, a zwykła ścieżka pełna błota.

– To chyba jakaś firma-krzak. Nie stać ich na drogi? – zapytał.

– Z tamtej strony jest betonowy parking, ale tu nas lepiej widać. Zauważ, że co chwilę ktoś spogląda na nas przez okna. – Uśmiechnęła się i wskazała na budynek. – A tak na poważnie, wejście jest tylko tutaj. Dziwnie to zaprojektowano.

– Chyba musimy się pospieszyć. Jest osiemnasta. Czy ktoś jeszcze siedzi w biurze?

– Czy „ktoś” to nie wiem, ale jest najważniejszy. Król na włościach, więc wpadniemy na audiencję.

– Starym znajomym nie może odmówić. – Lekko uniósł kącik ust.

W środku siedziba firmy wyglądała tylko nieco lepiej niż przestrzeń wokół niej. Hol pomalowano na biało. Na ścianach powieszono przeróżne obrazy, a wszędzie powciskano stoliki i fotele, każde z innej kolekcji. Całość bardziej przypominała muzeum niżeli firmę meblarską.

– Co tu tyle rzeczy? Ledwo można przejść. – Jeromir spoglądał na ściany i podłogę.

– Raczej nie jest to zasługa Króla. Nie sądzę, żeby w ciągu dwóch tygodni zrobił tu taką rupieciarnię. To nie w jego stylu – oceniła.

Na samym końcu korytarza urzędowała sekretarka. Stała za szklanym blatem, który oddzielał część dostępną dla wszystkich od pomieszczeń prezesa.

– Tak, słucham. O co chodzi? – zapytała młoda blondynka. Miała nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Jeromir zauważył, że była lekko zdenerwowana. W pośpiechu chowała papiery, które zajmowały blat.

– My do Króla – powiedziała Weronika.

– Do pana prezesa – uściślił.

– Prokurator Weronika Wilk i komisarz Jeromir Kowalski. Wpuści nas pani? Byliśmy umówieni.

– A tak, tak. – Pokiwała głową. – Pan prezes wspominał. Zapraszam za mną.

– Mogłaś dodać, że „komisarz w stanie spoczynku” – szepnął Weronice do ucha.

– Prawdziwy glina nigdy nie przechodzi na emeryturę – odpowiedziała cicho.

Gabinet Krzysztofa Króla różnił się od reszty budynku. Nowy prezes musiał dokonać tu szybkich zmian. W niewielkim pomieszczeniu znajdowało się biurko, krzesło, fotele i stolik do kawy. Ze ścian zdjęto obrazy i dyplomy. Szafka była niemal pusta. Stały na niej tylko pojedyncze segregatory.

– Urządził się pan już w nowym gabinecie? – Werka zapytała z przekąsem, omijając przywitanie.

– Jak państwo widzą, wszystko jest w trakcie zmian – powiedział Król, stojąc przy oknie. – W przyszłym miesiącu planujemy remont. Na razie muszę wdrożyć się w prace firmy.

Mężczyzna nie wyglądał, jakby niedawno wyszedł z więzienia. Był ubrany w elegancki, świetnie dopasowany garnitur. Czarne włosy precyzyjnie ułożył za pomocą żelu.

Jeromir miał go niegdyś za chuchro, ale przez ostatnie lata Krzysztof poprawił sylwetkę. Były komisarz przyglądał mu się dokładnie. Jego plecy były szersze niż kiedyś, a mięśnie klatki piersiowej bardziej rozbudowane. Celowo założył koszulę typu slim fit. Wyglądał na młodziej niż trzydzieści lat, które miał w metryce.

– Panie prezesie, chyba wie pan, z czym tu przychodzimy? – zapytał.

– Podejrzewam, ale nie wiem, jak mogę państwu pomóc. – Rozłożył bezradnie ręce. – W sprawie wypadków więcej wiedzą kierownicy zmian, na których doszło do tych nieszczęśliwych wydarzeń.

– Nieszczęśliwych wydarzeń? – Weronika nie potrafiła ukryć zirytowania. – Przecież tu zginęły cztery osoby.

– Wie pani, to się zdarza przy tego typu produkcji. – Król nie wyglądał na zbitego z tropu.

– Ale nie w ciągu tygodnia i nie w firmie, której właścicielem jest przestępca. – Dawała ponieść się emocjom.

Jeromir wiedział, że musi przejąć inicjatywę. Od początku spraw z udziałem Króla Weronika nie potrafiła podejść do nich na chłodno.

– Panie Krzysztofie... Co pan wie o ofiarach tych wypadków? – powiedział, uprzedzając prokuratorkę.

Krzysztof Król usiadł na krześle za biurkiem, a gościom wskazał fotele, które ci szybko zajęli.

– Niewiele mogę powiedzieć. Wszyscy to mężczyźni w wieku od trzydziestu do czterdziestu lat, ale to państwo wiedzą.

– Dlaczego po pierwszym wypadku nie zlecił pan zamknięcia linii produkcyjnej? – komisarz zmienił ton. Postanowił udawać dobrego glinę. Ta stara policyjna sztuczka często była niezwykle skuteczna.

– Nie było takiej potrzeby. Pierwszy z mężczyzn zmarł na zawał serca.

– Ale najpierw prawie spadł na niego kilkudziesięciokilogramowy pakunek – wtrąciła Weronika.

– Sprawdziliśmy wszystko. Wymieniliśmy wadliwe części. Przyjechali do nas specjaliści z firmy, która dostarczyła nam sprzęt do produkcji. Nie musieliśmy państwa zawiadamiać. Przepisy mówią wprost, że w takim przypadku zgodę na dalsze działanie zakładu wydaje społeczny inspektor pracy. Powołaliśmy też zespół powypadkowy. Podobnie było w drugim i trzecim przypadku – tłumaczył spokojnie, na jego twarzy nie było widać zdenerwowania.

– Zakwalifikowaliście to jak zwykły wypadek? – dociekała.

Powoli się wyciszała. Jednak Jeromir widział, że przychodzi jej to z trudem.

– Tak, zarówno pierwszy, jak i dwa następne nie były wypadkami śmiertelnymi. Zgony nastąpiły z innych przyczyn. Dopiero czwarty rzeczywiście był śmiertelny – mówił w taki sposób, jakby recytował wcześniej przygotowane formułki.

– Przy drugim wypadku doszło do porażenia prądem. Jak pan to wytłumaczy? – zapytała.

– Trudno nam to zweryfikować. – Strzepnął niewidzialny pyłek z klapy marynarki. – Nie było bezpośrednich świadków. Nasz pracownik zgłosił, że taka sytuacja miała miejsce. Chcieliśmy, żeby tego dnia już nie wracał do pracy. Był jednak w zakładzie do końca zmiany. Wewnętrzne śledztwo nie stwierdziło usterki. Maszyna działała poprawnie. Mimo wszystko, w trosce o pracowników, wymieniliśmy ją na nową.

– Ale mężczyzna zmarł. Miał rozrusznik serca, który w nocy odmówił pracy. Jak to możliwe, że człowiek z rozrusznikiem pracował przy maszynie elektrycznej? – dopytywała.

– To nie była maszyna elektryczna, a sprzęt, który korzysta z prądu – doprecyzował. – Jak zresztą większość urządzeń. Ten pan nie miał przeciwwskazań do pracy. Wszystko jest w jego aktach. Posiadał ważne orzeczenie lekarskie. Takie sytuacje się zdarzają. Powtórzę, nie jesteśmy w stanie wykazać, że porażenie prądem miało miejsce. Mamy ekspertyzę firmy, która serwisowała sprzęt. Nie wykryto nieprawidłowości.

– Czyli facet to wymyślił i przypadkowo umarł – zakpił Jeromir.

– Wróćmy do wypadków. – Weronika odchrząknęła. – Trzecia ofiara zginęła podobnie jak pierwsza. Miała zawał w pracy. Nikt tego nie zauważył?

Krzysztof spojrzał na wyświetlacz telefonu leżący na biurku. Przesunął po nim palcem. Po chwili ciszy zabrał głos.

– Znaleźliśmy tego mężczyznę w szatni. Jeszcze żywego zabrała karetka. Nie wiemy, co się stało wcześniej. Nikt nie widział, że opuszcza halę.

– I nadal pan uważa, że tyle trupów w pana firmie to zwykły przypadek? – zapytał były komisarz.

– Jak państwo widzą, te sytuacje to nieszczęśliwe zbiegi okoliczności. Na temat trzeciego mężczyzny nie wiemy nic konkretnego. Nie zakwalifikowaliśmy tego jako wypadek przy pracy. – Król recytował kolejne wyjaśnienia. Robił to mechanicznie.

– No i czwarta ofiara. Mężczyzna potrącony przez ciężarówkę na parkingu. – Weronika sięgnęła do notatek, aby się upewnić. – Znowu nikt nic nie wie. Facet miał być na hali, a w godzinach pracy wpadł pod tira.

– To rzeczywiście wypadek śmiertelny. – Krzysztof lekko westchnął. – Wtedy powiadomiliśmy prokuraturę. Wszystko zgodnie z procedurami i przepisami prawa.

Kowalski miał wrażenie, że Król świetnie się bawi, przedstawiając im ten spektakl. Jego rola może byłaby przekonująca dla kogoś, kto go nie znał. Jero nie miał jednak wątpliwości – była to tylko wyrachowana gra Krzysztofa.

– Panie prezesie, cztery trupy w jednym miejscu to nie jest przypadek. To seria. Nie zostawimy tego. Może pan się spodziewać solidnego śledztwa – zapowiedział. Miał już dość tej szopki.

– Nie chciałbym wykraczać poza swoje obowiązki, ale pan komisarz przecież jest na emeryturze – odpowiedział kąśliwie.

– Komisarz Kowalski został włączony do śledztwa jako niezależny ekspert. – W Weronice znowu zaczęły buzować emocje. – Ostatnio wykpił się pan od kary. Tym razem będzie inaczej. Komisarzu, wychodzimy – poleciła.

Podniosła się z fotela i bez pożegnania ruszyła do wyjścia.

Jeromir spojrzał na Króla. Jego twarz nadal była kamienna.

– Nawet nie powiedziałaś „do widzenia” – wypomniał jej, gdy ją dogonił.

– Jak chcesz, to mu mów. To nie jest konkurs uprzejmości, tylko śledztwo.

– Nie podchodzisz do tego zbyt emocjonalnie?

– A jak mam podchodzić? Wszystko wskazuje na to, że groźny przestępca igra sobie z wymiarem sprawiedliwości. Jego akta są pokaźne. To, że wsadzili go tylko za ostatnią sprawę, jest jakimś nieporozumieniem.

– Ma świetnych adwokatów. Drogich i skutecznych. To najlepsza kancelaria w Warszawie.

– Daj spokój. Pieniądze rządzą światem. A gdzie sprawiedliwość?

– Stoi tutaj, obok mnie. – Uśmiechnął się.

– Żebyś wiedział – odpowiedziała poważnie. – Zrobię wszystko, żeby ten skurwysyn trafił do pierdla i szybko stamtąd nie wyszedł.ROZDZIAŁ 2

Sześć lat wcześniej

Był środek nocy. Komisarz Jeromir Kowalski i prokurator Weronika Wilk przypatrywali się miejscu zbrodni. Na trawie w parku w Duninach leżały zwłoki młodej kobiety. Była to ładna blondynka z włosami do ramion o czysto słowiańskiej urodzie.

– Wygląda jakby spała. – Jeromir nie odrywał wzroku od martwej kobiety.

– Jest nienaturalnie ułożona. Ktoś zadał sobie wiele trudu, żeby ją tu przytaszczyć – zawyrokowała Weronika. – Plamy krwi są przed tylną bramą. Tam też znaleziono ślady szarpaniny: potłuczoną butelkę, rozrzucone zakupy, fragmenty rozerwanej bluzy – porządkowała dotychczasowe ustalenia.

– Po co ktoś przeniósł ją na środek parku? To jakieś kilkaset metrów od wejścia. – Zastanawiał się na głos.

– Nie mam pojęcia. Ten ktoś postarał się nawet o to, żeby umyć ją ze śladów krwi i nakleić opatrunek na skroni. Trupowi.

– Może jeszcze żyła? I próbował ją ratować? – Podszedł bliżej zwłok. – To zupełnie inna bluza niż te strzępki znalezione przed wejściem. Różny kolor, wzór. Ktoś ją przebrał.

– Ktoś na pewno. Tylko kto? Ona nie wygląda jak ofiara zbrodni. Ma perfekcyjnie zrobiony makijaż, nową bluzę i czyste buty, choć przed wejściem do parku są ogromne kałuże.

Teren był ogrodzony policyjnymi taśmami i oświetlony dodatkowymi lampami. Nad zwłokami rozłożono namiot.

– Spójrz. Ona ma coś pod biustonoszem. – Wskazał palcem.

– Gdzie ty się patrzysz? – Chciała rozładować atmosferę, choć wiedziała, że to niewiele pomoże. Sytuacja była napięta. W okolicy nadal mógł grasować morderca.

– Zobacz, ewidentne wybrzuszenie. Technicy już wszystko zabezpieczyli? – dopytywał.

– Tak, widocznie nikt nie zwrócił na to uwagi. Poczekaj, założę rękawiczki i sprawdzę.

– To chyba wbrew przepisom – zauważył.

– Nie przesadzaj. – Machnęła ręką. – Już się pakują, nie będziemy im zawracać głowy pierdołami.

Odchyliła bluzę i stanik ofiary. Pod nimi znajdowała się koperta.

– Zerknij, Jero. Gruby pakunek. To chyba kasa.

Jeromir włożył rękawiczki i wziął do ręki kopertę. Otworzył ją i wyjął plik banknotów.

– Spokojnie są tu z dwa tysiące złotych – orzekł.

– Jak nie więcej. Przecież tu są same setki i dwusetki – doprecyzowała. – To motyw rabunkowy możemy odrzucić. Chyba że morderca nie wiedział o pieniądzach.

– Jak nie wiedział, skoro ją przebierał. Musiał zauważyć kopertę – stwierdził.

– Albo to nie napastnik zmienił jej ubrania. Dowiemy się więcej, gdy przyjdą wyniki. Tę kopertę trzeba oddać chłopakom do analizy. – Wskazała na worek na dowody.

Jeromir włożył do niego kopertę.

– Kudelski! – krzyknął.

Podszedł do nich młody policjant.

– Wiesz komu trzeba to przekazać?

Kudelski skinął głową.

– Jadę. Ledwo stoję na nogach. – Jeromir ziewnął.

– Przyjechałeś oplem? – zapytała.

Potwierdził.

– Nieśmiertelne auto. – Zaśmiała się. – Ja tu jeszcze zostanę. Ktoś musi wszystkiego dopilnować.

– Kolejna pracowita noc?

– Niestety, Jero, taki zawód. Jedni w nocy śpią, a drudzy oglądają trupy w parku.

Zaśmiali się cicho.

***

Jeromir Kowalski, pełniący obowiązki naczelnika Wydziału Kryminalnego Komendy Powiatowej Policji w Duninach, siedział w swoim gabinecie. Nie mógł poskładać wszystkich elementów tej układanki. Wyniki wykazały, że na pieniądzach, ubraniach i butelce, której użyto do popełnienia zbrodni, prawdopodobnie znajdowały się odciski palców tej samej osoby. Nie było ich w bazie, a na dodatek miały formę szczątkową, więc identyfikacja nie była prosta. Wszystko utrudniał fakt, że dziewczyna była anonimowa. Nie znaleziono przy niej dokumentów. Nie zgłoszono zaginięcia. Nikt jej nie znał i wcześniej nie widział w parku. Przesłuchania świadków nie posunęły sprawy do przodu.

– Mamy trupa, ale nikt go nie chce. Tego jeszcze nie grali. – Jeromir pokazał palcem zdjęcie denatki, które leżało na biurku.

– Rzeczywiście, to dziwne – odparła Weronika. – Przeszukano bazę zaginionych. Nikt nie pasuje do opisu.

Prokuratorka siedziała naprzeciwko komisarza na niezbyt wygodnym krześle. Samo pomieszczenie było bardzo skromnie urządzone. Znajdowały się tu tylko pancerne szafy na dokumenty, stare biurko i krzesła, a na parapecie stała doniczka z uschniętymi kwiatkami.

– Może to nie jest Polka? – Kowalski snuł domysły.

– Możliwe, a może po prostu mieszkała sama i nie miała rodziny.

– To co robimy? Mam nadzieję, że nie trzeba będzie umorzyć śledztwa. – Podrapał się po głowie.

– Nawet o tym nie myśl. – Spojrzała na niego wrogo.

– Nie poddajemy się. – Uspokoił ją ruchem ręki. – Jest jeden trop do zbadania. W tym pakunku były nie tylko pieniądze. Na wewnętrznej stronie koperty zapisano imię i nazwisko: Karol Kamieński. – Kowalski spojrzał do notatek. – Sprawdziliśmy to. W Duninach jest tylko jedna osoba o takich personaliach. Mieszka na Kwiatowej 16.

– To przecież ogródki działkowe – zauważyła. – Ktoś jest zameldowany w domku letniskowym?

– Jak widać, tak. Zresztą Naczelny Sąd Administracyjny rozpatrywał taką sprawę. Coś mi się obiło o uszy.

– Jak tam mieszkać? A ogrzewanie?

– Nie przesadzajmy. Jest ciepło, a facet na pewno ma piec. Jeśli w ogóle tam mieszka. To tylko dane z meldunku.

– To na co czekamy? – Wstała z krzesła. – Jedziemy.

– Teraz? Jest siedemnasta – odparł zdziwiony.

– A kiedy? Jutro to on może zniknąć na amen. Pamiętaj, że morderca jest na wolności.

Wsiedli do zielonego opla i pojechali na Kwiatową. Ogródki nie zachęcały do wejścia. Główna brama i furtka były zabezpieczone łańcuchami.

– Jak tu się dostać? Jeśli ktoś tutaj mieszka, to chyba nie przeskakuje przez płot, a wątpię, że każdy ma klucze do kłódek. – Weronika zaglądała za ogrodzenie. Nikogo tam jednak nie było.

– Widocznie wchodzą innym wejściem. Nieoficjalnym – tłumaczył. – Moi dziadkowie mieli kiedyś domek na działce. Zawsze przechodziliśmy przez dziurę w płocie. Było bliżej drogi i szybciej.

– Jero, ale droga jest tu. – Wskazała – A tam są tylko chaszcze.

– Chyba że można wejść tam. – Pokazał opuszczony budynek znajdujący się obok płotu okalającego ogródki działkowe.

– To jakaś rudera – stwierdziła.

– No właśnie. Dlatego pewnie tamtędy wchodzą.

Przypuszczenia Jeromira okazały się słuszne. Wejście na teren, na którym mieścił się zniszczony dom, nie było trudne. Nie postawiono tam płotu i bramy. Zamiast tego gości witała wielka dziura. Komisarz i prokuratorka bez problemu znaleźli się przed budynkiem.

– Spójrz, to nasze wejście do raju. – Wskazał na otwartą drewnianą furtkę przy ogrodzeniu oddzielającym działki od posesji.

– Tak w ogóle to mogliśmy też przeskoczyć tamten płot. Wysoki nie był. – Zaśmiała się.

Szli ścieżką porośniętą trawą.

Jeromir sięgnął do notatnika.

– W urzędzie miasta podał, że mieszka w domku numer dwadzieścia. To ponoć w pierwszej alei.

– Tu chyba jest pierwsza aleja, ale nikt nie numeruje domków – zauważyła.

– Rzeczywiście, żadnych oznaczeń. – Uważnie obserwował okolicę. – Spójrz, jest drogowskaz. – Wskazał drewnianą tabliczkę wbitą w ziemię. – Numery od piętnastego do dwudziestego.

– Czyli to tutaj. Dom numer dwadzieścia musi być na końcu alejki. – Przyspieszyła kroku. – To chyba ten.

Przed ich oczami pojawił się drewniany budynek pomalowany białą, odpadającą już farbą. Nie wyglądał na zamieszkały. Wokół rosły wysokie chwasty. W oknach nie było firanek.

– Chyba ktoś wyprowadził nas w pole. – Weronika wyglądała na zniechęconą.

– Niekoniecznie. Drzwi są jakby otwarte. – Uśmiechnął się.

– Jakby?

Złapał za klamkę. Drzwi ani drgnęły. Chwycił jeszcze raz i z całej siły pchnął je ramieniem. Zamek puścił.

– A to takie „jakby”. – Była zmieszana.

– Ciemno tutaj. – Włączył latarkę w telefonie.

Weszli do środka. Wszędzie leżały puste butelki po alkoholu. W domku panował bałagan. Pachniało stęchlizną.

– Wygląda na to, że dawno tu nikogo nie było. Niezły burdel. – Zatkała nos.

– Nie jest tak źle. Widziałem gorsze i o wiele gorzej pachnące miejsca.

Podszedł do jedynej w domku szafy. Wysunął szuflady. Wszędzie znajdowały się damskie ubrania.

– Widocznie mieszkał tu nie tylko pan Kamieński – orzekł.

– Problem w tym, że to są nowe ubrania. – Omiotła je wzrokiem. – Jeszcze nie zdążyły przesiąknąć tym smrodem. Wszędzie są metki. Markowe ciuchy w takim bałaganie?

– Czyli Karol ma sporo kasy, skoro stać go na ciuchy.

– Patrz. – Głos uwiązł jej w gardle. – To taka sama bluza jak ta, w której znaleziono tę dziewczynę.

– Luz. – Jeromir próbował ją uspokoić. – W końcu to ubrania z jakiejś sieci.

– Tak, ale… – Nagle przerwała. – Na tej bluzie jest nadruk: „Kocham Cię, Pablo”.

– Tylko to nic nie znaczy, Werka.

– Znaczy, Jero. – Nerwowo przygryzła wargę. – To są bluzy unisex. Mogą je nosić i kobiety, i mężczyźni. Można dodawać własne obrazki i napisy.

– Przecież na tamtej bluzie nic nie było – próbował zabrzmieć pewnie, ale sam się zawahał.

– Było. Tylko uznaliśmy, że to napis firmowy. Tam nadrukowano: „Twój Pablo”.

Spojrzeli się na siebie. Czyżby trafili na konkretny trop?

Weronika pomyślała, że być może dziewczyna była zakochana w „Pablu”, a Kamieński był o nią zazdrosny. Może to typowa zbrodnia z miłości. Tylko czemu te ubrania znalazły się w domu Karola?

Wyszli na zewnątrz i zapalili papierosy.

Werka wiedziała już, że to będzie długie i żmudne śledztwo.ROZDZIAŁ 3

Obecnie

Skojarzenie, że Krzysztof Król może mieć związek z tajemniczymi zgonami w zakładzie produkującym meble, nie zajęło miejscowym wiele czasu. Nowy właściciel Meblofiksu, który chwilę temu wyszedł z więzienia, stał się pierwszym tematem plotek w Duninach i okolicy. Wszyscy wiedzieli, że za Królem stoją ogromne pieniądze. Koncern meblowy stanowił tylko część jego finansowego imperium.

W czasie pobytu w więzieniu interesami Krzysztofa zarządzała wynajęta przez niego kancelaria. Ta sama, która broniła go w trakcie procesu.

Trafił do zakładu półotwartego, a większość wyroku i tak spędził w szpitalu na „ratowaniu zdrowia”. Po wyjściu zza krat, a raczej ze szpitalnej sali, rozpoczął ofensywę. Kupił nie tylko Meblofiks, ale także kilka innych okolicznych zakładów. Razem z Transport-Kingiem, jego najważniejszą spółką, tworzył jedną z największych grup przedsiębiorstw w Małopolsce.

– Nie mamy żadnych nowych tropów. Albo to rzeczywiście były wypadki, albo Król świetnie to zatuszował. – Jeromir był wyraźnie zawiedziony. Patrzył na Weronikę, która wertowała kolejne teczki dokumentów.

Gabinet prokuratorki znajdował się na pierwszym piętrze. W przeciwieństwie do elewacji budynku, pomieszczenie zajmowane przez Werkę niedawno przeszło remont. Wszystko było czyste, jasne i pachniało nowością. Jednak wyposażenie pomieszczenia raziło skromnością. Ustawiono tu tylko biurko, krzesła i dwie szafy na dokumenty, a w kącie stała duża palma.

Kowalski siedział naprzeciwko Weroniki. Od wizyty u Króla minęło kilka dni. W tym czasie nie udało się ustalić nic, co mogłoby zaszkodzić prezesowi Meblofiksu. Były komisarz nachylił się nad biurkiem.

– Odłóż te dokumenty. Nic nie znajdziemy.

– Nie możemy się poddać – odparła.

– Ekspertyzy mówią jasno. Nie ma śladów przebicia w instalacji. Maszyna jest sprawna. Usterka dźwigu nie była zamierzona. Zwykłe zużycie części, choć ewidentnie przesadzano z masą pakunków przenoszonych za jego pomocą. To jednak nie wina Króla, a lenistwa pracowników – po co dwa razy ładować, jak można raz. Wypadek na parkingu był z winy kierowcy, który nie zachował należytej uwagi. Odpowiedzialność ponosi też pracownik, którego na parkingu nie powinno wtedy być – perorował.

– Za dużo tych przypadków. Na dodatek ten drugi zawał. Nikt nic nie wie. Facet umiera w hali pełnej ludzi. – Odłożyła teczkę z dokumentami i popatrzyła uważnie na Jeromira.

– W szatni, a nie w hali.

– Ale to było za ścianą. Na Boga! – uniosła się. – Facet znika ze swojej zmiany. Przez dwie godziny nikt tego nie zauważa? To jak ta firma działa?

– W zasadzie to powinniśmy zajmować się tylko wypadkiem na parkingu. Reszta nie jest przedmiotem śledztwa – zauważył.

– Wiem, szef mi dzisiaj o tym przypomniał. Nie uwierzysz, ale Król do niego zadzwonił i powiedział, że pani prokurator robi nie to, co powinna. – Zmarszczyła czoło.

– Po wyjściu z pierdla zaczyna gwiazdorzyć. Chyba chce nadzorować działania prokuratury. – Próbował rozluźnić napiętą atmosferę.

– Jest jedna rzecz, która tu się nie zgadza. Król ma jakieś lipne alibi na czas każdego z wypadków. Zobacz. – Pokazała mu swoje notatki. – Tutaj wszystko rozpisałam. Twierdzi, że w trakcie pierwszego zdarzenia nie było go biurze. To samo przy drugim, trzecim i czwartym. Tyle że za każdym razem wypadek miał miejsce w godzinach rannych lub południowych. Jego sekretarka powiedziała, że nie dysponuje już listą spotkań prezesa z tych dni. Wie tylko, że odbywały się poza biurem.

– Nie ewidencjonują wyjść służbowych?

– Widocznie w przypadku prezesa nie trzeba. Król nie potrafi wskazać, gdzie dokładnie był. Podał co prawda nazwiska jakichś kontrahentów, ale tamci też nie potrafili określić konkretnych godzin. Zbiorowa amnezja? Widełki czasu od jednej do pięciu godzin. W pięć godzin można spokojnie kogoś zabić i wyjechać na drugi koniec Polski.

– Bilingi, logowania komórki?

– Nie mamy zgody. Król formalnie nie jest o nic podejrzany. Mimo to udało mi się nieoficjalnie dowiedzieć u operatora, że każdego z tych dni jego telefon logował się tylko ze stacji w pobliżu biura.

– Tak ci to powiedzieli? Przez telefon? – Nie krył zdziwienia.

– Potrafię być przekonująca. – Zaśmiała się.

Jeromir przyglądał się Weronice. Jej uśmiech był niezwykły. Poruszał najgłębiej schowane w jego sercu struny. Miał wrażenie, że gdy się uśmiecha, sam od razu czuje się lepiej. Chłonął jak gąbka jej radość i zadowolenie.

– Czyli skurwiel jest kryty. Pewnie specjalnie zostawił telefon w biurze – odpowiedział.

– Albo ma więcej smartfonów. Może zarejestrowanych na inne osoby.

– Co robimy? Moim zdaniem trzeba przycisnąć tę sekretarkę. Co o niej wiemy? – zapytał samego siebie i chwycił jedną z teczek z biurka. – Widzę, że niewiele. Podstawowe dane. To jest ciekawe. – Wskazał palcem. – Data zatrudnienia. Dzień po wyjściu Króla z więzienia.

– Ale przecież on kupił tę firmę dużo później. – Rozbudziła się. Poczuła nadzieję na przełom.

– No właśnie. Półtora miesiąca po opuszczeniu pierdla. Zobacz na CV. Kelnerka, sprzedawczyni w sklepie, znowu kelnerka. Ukończone liceum wieczorowe. Jak na sekretarkę w dużej firmie jakoś nie wygląda to imponująco.

– Musimy dokładniej pogrzebać w jej życiorysie. – Włożyła dokumenty do teczki.

Telefon Jeromira zaczął wibrować. Odebrał. Ktoś długo mu coś opowiadał. Były komisarz tylko przytakiwał. Połączenie urwał bez pożegnania.

– Kto to dzwonił? – zapytała zaciekawiona. – Dawno nie widziałam cię tak wsłuchanego w czyjeś słowa.

– Adrian Kudelski. Są wyniki sekcji tego rozjechanego faceta.

– Właściwie to powinien zadzwonić do mnie, ale nieważne. – Machnęła ręką. – Coś ciekawego?

– Bardzo. – Zawiesił głos jak Krzysztof Ibisz przed ogłoszeniem wyników „Tańca z Gwiazdami”. – Bezpośrednią przyczyną śmierci był zawał mięśnia sercowego.

– Co? – Poderwała się z krzesła.

Jeromir dostrzegł, że w oczach Weroniki zaświeciły się malutkie iskierki. Lubił ją w takim stanie. Zawsze była przebojowa i konkretna, ale gdy wpadła na trop, przenosiła się do innego świata. Tu liczyło się tylko to, żeby wymierzyć sprawiedliwość. Była niepoprawną idealistką. To również w niej uwielbiał.

– Prawda, że ciekawe? – zapytał retorycznie. – Obrażenia spowodowane wypadkiem nie były tak poważne. Facet spędziłby w szpitalu trzy tygodnie i byłby cały oraz zdrowy.

– Podsumujmy. Jeden facet ma zawał w szatni. Drugi po tym, gdy prawie miażdży go spadający pakunek. Trzeci ma zawał na parkingu, a czwartemu pada rozrusznik – mówiła i jednocześnie rozpisywała wszystko w notatniku.

– Same zgony z powodu serca. Romantycznie, nieprawdaż?

– Zajebiście romantyczne. Jeśli nadal uważasz, że to przypadki, to jestem zakonnicą w przebraniu.

– Nawet w takim wydaniu byłabyś urocza. – Uniósł lekko kąciki ust.

– Zostaw te komplementy na później. Mamy coś do posprzątania.

– Co? – zapytał zdziwiony.

– Niezły burdel. I to śmierdzący na kilometr. Wstawaj. Jedziemy. – Wzięła torebkę z krzesła i ruszyła w stronę drzwi.

– Gdzie? – Podążył w jej kierunku.

– Do źródła tego nieprzyjemnego zapachu. Do Króla.

Jeromir wiedział, że Weronika przełączyła się na tryb pracy i nic nie zrobi już na niej wrażenia, chyba że będzie to widok Krzysztofa zakuwanego w kajdanki.

***

Krzysztof Król siedział w swoim gabinecie. Przeglądał dokumenty. Pracę przerwało mu pukanie do drzwi.

– Proszę.

– Szefie – odezwała się sekretarka. – Oni znowu tu jadą.

– Kowalski i Wilk?

– Tak.

– Wiesz co robić.

– Oczywiście. – Posłusznie wyszła z gabinetu.

Król podszedł do szafy. Otworzył drzwiczki i wyjął butelkę bardzo drogiej whisky. Nalał obficie do szklanki i powoli delektował się jej smakiem. Nie zdążył skończyć degustacji, bo usłyszał pukanie. Bez czekania na odpowiedź, drzwi się otworzyły.

– Dzień dobry, panie Król – powiedziała Weronika. – Właśnie wchodziliśmy na teren pana firmy, a tu pana sekretarka płacze na parkingu.

W drzwiach pojawił się też Jeromir.

– Zbyt surowo traktuje pan pracowników – stwierdził.

Król usłyszał kolejne kroki. W drzwiach stanęło dwóch umundurowanych policjantów.

– Poprosiłem byłych kolegów z pracy o pomoc. – Jero na chwilę zawiesił głos. – Proszę się ubierać. Jedziemy na komendę. Może tam odświeżymy pamięć panu i pana sekretarce.

Krzysztof Król nie dał się zaskoczyć. W drodze do Dunin był mecenas Zygmunt Wiśniowiecki.

***

– Mój klient złożył już wyjaśnienia. Państwo zadają ciągle te same pytania. – Mecenas Wiśniowiecki powoli i dobitnie wypowiadał każde słowo. Siedział obok Króla w sali przesłuchań.

Zygmunt Wiśniowiecki był prawnikiem starej daty. Nie oznaczało to jednak, że nie potrafił lawirować między przepisami prawa, tak samo jak jego młodsi koledzy. „Wilczki” – jak określał ich Wiśniowiecki – byli zaprogramowani na zwycięstwo. Odhaczali kolejne wygrane sprawy i pieli się po szczeblach kariery. On nie musiał. Miał ugruntowaną pozycję w branży, sześćdziesiąt lat na karku, ponad trzydzieści lat doświadczenia i własną kancelarię – „Wiśniowiecki i Wspólnicy”. To on dawał renomę oraz ściągał klientów. Były to głównie grube ryby. Cennik kancelarii przeciętnego Kowalskiego mógł zwalić z nóg. Tu nie trafiał nikt przypadkowy. Klienci dużo płacili, ale też sporo wymagali.

– Panie mecenasie, bardzo proszę dać nam kontynuować. – Weronika była już zmęczona. Sięgnęła po kawę. Niestety kubek był pusty.

Przesłuchanie Króla trwało drugą godzinę. Prokurator Wilk miała dość Wiśniowieckiego. Wykorzystywał każdą lukę prawną, żeby utrudniać im pracę. Spojrzała na siedzącego obok policjanta, którego znała tylko z widzenia. Również wyglądał na zmęczonego.

Komisarz w stanie spoczynku obserwował wszystko zza lustra weneckiego. Weronika zastanawiała się, czy gdyby był obok niej, wszystko poszłoby sprawniej. Wolałaby pracować z Jeromirem. Czuła się bezpieczniej, gdy był blisko. Teraz znajdował się parę metrów od niej, ale nie odczuwała jego obecności. Wzmagało to w niej niepokój i zdenerwowanie.

Taksowała wzrokiem Wiśniowieckiego. Miał wyraźną nadwagę, prawie łysą głowę i drugi podbródek. Mimo to wyglądał bardzo elegancko. Założył idealnie dobrany garnitur i drogi zegarek. Miał też markową teczkę na dokumenty. Nie mogła nadziwić się, z jaką łatwością rzucał kolejnymi paragrafami. W pewnym momencie wyłączyła się i przestała go słuchać.

– Pani prokurator? – Głos Wiśniowieckiego wyrwał ją z zamyślenia.

– Tak?

– Kończymy? Mój klient nie ma dla państwa całego dnia – odburknął.

– Pana klient w zasadzie nic nam nie powiedział. Słyszałam tylko pana wywody, panie mecenasie. Interesuje nas alibi pana klienta.

– Pani prokurator. Pani chyba żartuje. Mój klient już to wyjaśniał. Podtrzymuje swoje zeznania.

– Panie mecenasie. – Weronikę zaczynała bawić ta konwencja. – Tłumaczenia pana Króla są po prostu niewiarygodne. Tego alibi nikt nie potwierdza.

– To już są pani sugestie, których nie powinna tu pani wypowiadać. – Wiśniowiecki poruszył się na krześle. – Proszę nic nie insynuować. Wersję mojego klienta potwierdziło kilka osób.

– Które nic nie wiedzą, zapomniał pan dodać – przerwała mu. – Chciałabym usłyszeć coś osobiście od pana Króla, bo już zapomniałam, jak brzmi jego głos.

Krzysztof był całkowicie obojętny. Patrzył przed siebie na pustą ścianę.

– Chyba nic się nie dowiem. Może sekretarka będzie bardziej rozmowna. – Wstała z krzesła. – Dziękuję panom.

– A właśnie, w sprawie tej pani... – Mecenas nadal siedział na swoim miejscu. – To ja jestem jej pełnomocnikiem.

– Tak? Nie widziałam umocowania – odparła zaskoczona.

Mecenas sięgnął do teczki i wyjął dokument. Weronika wzięła go do ręki. Nie potrafiła ukryć zdezorientowania.

– Przecież pan mecenas nie widział dziś tej pani. To skąd pełnomocnictwo?

– Jak pani prokurator widzi, reprezentuję panią Martę od kilku miesięcy.

Spojrzała na dokument. Wszystko się zgadzało.

Jakim cudem zwykłą sekretarkę było stać na korzystanie z usług tak drogiej kancelarii? Skąd to pełnomocnictwo? I kim naprawdę była Marta Żelazko?

Wilk miała wrażenie, że ta sprawa zaczyna ją przytłaczać.

Zupełnie jak sześć lat temu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij