Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Falling For A Pucking Player - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 stycznia 2026
4390 pkt
punktów Virtualo

Falling For A Pucking Player - ebook

Czasem miłość pojawia się wtedy, gdy najmniej jesteśmy na nią gotowi.

Emily Morris ma za sobą trudną przeszłość i jedno postanowienie – nigdy więcej miłości. Po tym, co spotkało jej siostrę, i po toksycznym związku, który skończył się prześladowaniem, kobieta nie ufa już żadnemu mężczyźnie. Zwłaszcza sportowcom. Zwłaszcza hokeistom.

Tyler Green jest jednym z najlepszych zawodników w lidze – uwielbianym przez fanów, ale pogubionym w życiu prywatnym. Po rozwodzie próbuje odbudować relację z córką, pięcioletnią Izzy, która ma tylko jedno marzenie: znaleźć tacie nową żonę.

Kiedy drogi Emily i Tylera się krzyżują, nikt nie spodziewa się, że między nimi zaiskrzy. Ona zostaje opiekunką jego córki, on odkrywa, że pierwszy raz od dawna przy kimś naprawdę potrafi być sobą. Z początku to tylko układ – przyjaźń z bonusem. Ale kiedy granice zaczynają się zacierać, a serca biją coraz szybciej, oboje muszą odpowiedzieć na jedno pytanie: czy można zaufać miłości po przejściach?

Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Romans
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8417-571-2
Rozmiar pliku: 1,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

PLAYLISTA

Circles * Post Malone

Better Now * Post Malone

Synchronize * Milky Chance

GAMEFACE * Eric Lives Here

The Rising * Dallas Stars (oficjalna piosenka)

HandClap * Fitz and the Tantrums

Miles On It * Marshmello

High Road * Koe Wetzel

Wild Child * The Black Keys

For Cryin’ Out Loud! * FINNEAS

Slow It Down * Benson Boone

Won’t Back Down * YoungBoy Never Broke Again

High * Stephen Sanchez

Espresso * Sabrina Carpenter

Jump Around * House of Pain1

Tyler

Ogień.

Mięśnie palą mnie żywym ogniem, kiedy ponownie rozpędzam się na lodzie, jednak każdy mój ruch jest świetny technicznie, co pozwala mi wyprzeć ból. Sunę coraz szybciej w kierunku krążka, robię zamach i uderzam tak mocno, że Mitch nie ma szansy zareagować. Guma wpada do bramki, a ja zadowolony unoszę rękę odzianą w rękawicę i zaciskam pięść.

– Wal się, Green. Przez ciebie przegrywamy.

Jaxson podjeżdża z prawej i pokazuje mi środkowy palec. Jest jednym z najmłodszych zawodników w naszej drużynie. Zastąpił Adiena po tym, gdy ten postanowił zostawić nas dla pieprzonych Nafciarzy. Gra od niedawna, jeszcze się docieramy.

– Przypomnij mi, jak się dostałeś na lód – odbijam zaczepkę.

Tak naprawdę wynik jest gówno wart, bo obaj jesteśmy po prostu w połowie rutynowego treningu, ale z jakiegoś powodu nie umiem odpuścić młodemu. Niedawno świętował urodziny. Palant ma dwadzieścia trzy lata i sądzi, że jest bogiem tafli. Cóż, nie mogę go za to winić, bo w jego wieku myślałem podobnie. A to było… no, już jakiś czas temu. Trzydziestka nie oznacza starości, o ile nie jesteś zawodowym hokeistą. Ile jeszcze pogram? Pięć, sześć lat? Kurwa, nienawidzę o tym myśleć. Zaciskam zęby, wzmacniam chwyt i atakuję krążek, mimo że jeszcze nie zaczęliśmy. Jestem w szczytowej formie, a moje wieloletnie doświadczenie pozwala nam zdobywać przewagę w niemal wszystkich rozgrywkach. Pieprzeni dwudziestolatkowie.

– Zostałem zauważony.

Jaxson podjeżdża i trąca mnie ramieniem. Może ma rację, może Skauci rzeczywiście go wypatrzyli i ma ponadprzeciętne zdolności, ale dla mnie wciąż jest tylko irytującym młodzikiem.

– Hej, panowie. Spuśćcie trochę pary, co? – Felix, kapitan, materializuje się tuż obok i patrzy na mnie z naganą. Przysięgam, ten człowiek jest porządniejszy od samego papieża. Zawsze wie, kiedy należy rozładować atmosferę, i naprawdę go uwielbiam, ale w tym momencie wolałbym, żeby po prostu pozwolił mi na kontynuowanie tych durnych przepychanek.

– Nic się nie stało, młody. – Mitch wychodzi z pozycji bramkarza i zatrzymuje się przy sfrustrowanym dzieciaku. – Następnym razem skopiesz mu dupę.

Taa, jasne. W twoich snach, M!

Eric, nasz napastnik, łypie wzrokiem w kierunku Jaxsona.

– Stawiasz się starszym, młody?

– Zostaw go. – Uśmiecham się w stronę kumpla. – Jeśli da dupy z Rycerzami, będziemy mieli pełne prawo publicznie go zjebać – stwierdzam, nie odrywając wzroku od chłopaka.

Niespodziewanie James trąca kijem mój kij i zmusza, bym przestał świdrować spojrzeniem Jaxsona.

– Co tam? – zagaduje. – Ile cipek już przeleciałeś, Green?

Jim słynie ze swoich świńskich żartów i tego, że wszystko kojarzy mu się z seksem. Jest trzy lata starszy od Jaxsona i w ostatnim meczu zgarnął dla nas bramkę. Zawsze pyta mnie, z iloma kobietami ostatnio spałem, a ja zawsze odpowiadam, że ta liczba wynosi równe zero. Kiedy miałem osiemnastkę i zacząłem zawodowo grać w hokeja, zachowywałem się jak zwierzę i niejednokrotnie wykorzystywałem fakt, że sporo zarabiam. Moje libido szalało, a każda noc pachniała ostrym seksem. Do czasu, aż poznałem Alice Walker. Później już nic nie było takie samo. Zakochałem się bez pamięci w uroczej dziewczynie o długich brązowych włosach. Wzięliśmy ślub, doczekaliśmy się cudownej córeczki i… wszystko rozpadło się jak domek z kart. Alice nie chciała się opiekować dzieckiem, mówiła, że nie damy sobie rady, że potrzebuje więcej przestrzeni dla siebie, ale ostatecznym powodem rozwodu był… jej romans z baristą.

Taa, okazało się, że facet, który każdego ranka parzył mi jebaną kawę, pieprzy moją żonę w naszym małżeńskim łóżku.

Od czasu rozwodu myślę jedynie o Izzie, mojej pięcioletniej córeczce. Tylko z nią chcę spędzać czas i tylko z nią planuję randki (najczęściej na placu zabaw). Nie potrzebuję już uwagi kobiet, choć ta nadal przyjemnie łechta moje ego. Wiem, że jestem atrakcyjny i dziewczyny stają się wilgotne, gdy zaszczycę je spojrzeniem, ale w życiu liczy się coś więcej niż posuwanie króliczków.

– Powinieneś skończyć z tym celibatem – stwierdza Jim. – Cardi ma przyjaciółkę, mógłbym ją o to zagadnąć.

– Cardi? To już nie Vivienne? – Eric się śmieje.

– Vi musiała wracać do Francji – odpowiada – ale na szczęście jej przyjaciółka nigdzie się nie wybiera. Co ty na to, Green?

– Jestem zajęty.

– Opiekujesz się córką? – Eric uśmiecha się w moim kierunku.

Chłopaki z drużyny wiedzą o moim rozwodzie, o walce o prawa do opieki nad Izzie. Gdy byłem przybity, otrzymywałem od nich solidne wsparcie. Nawet Jim powstrzymywał się ze swoimi durnymi tekstami o ruchaniu. Szkoda, że teraz już tego nie robi.

– Tak, mała zostaje u mnie na cały miesiąc.

– Świetnie! Była nie robiła problemów?

– To decyzja sądu, więc niewiele miała do gadania. Wkurwia mnie, że wydzieramy ją sobie z rąk. Najpierw jest u niej, potem u mnie i tak w kółko. A kiedy mamy mecze wyjazdowe, moja kolej zwyczajnie przepada.

– Chujowo – zauważa Mitch.

– Dlatego sorry, ale nie jestem zainteresowany żadną Vi czy Cardi. Obiecałem, że spędzę resztę dnia z moją małą księżniczką, i właśnie tak będzie.

Schodzimy z lodu, idziemy do szatni, a tam szybko zdejmuję strój hokejowy i ochraniacze. Biorę ręcznik i idę pod prysznic. Gdy tylko wchodzę pod strumień chłodnej wody, czuję, jak moje mięśnie ulegają całkowitemu rozluźnieniu. Nie mam zbyt wiele czasu, więc w pośpiechu doprowadzam się do porządku, a następnie zakładam szorty i koszulkę. Wsuwam łyżwy pod ławkę, a pozostały sprzęt pakuję do torby sportowej, zastanawiając się, czy uda mi się ominąć korek na Houston Street.

– Która godzina? – pytam Mitcha.

– Za pięć dwunasta. Lunch?

– Nie, zjem razem z Izzie.

– Serio? Carlo dziś serwuje steka.

Rozumiem jego zdziwienie. Każdy na moim miejscu skorzystałby z okazji i zwyczajnie został na lunchu, żeby napełnić żołądek przepysznym stekiem wagyu o maślano-karmelowym aromacie. I choć propozycja jest kusząca, to twardo stoję przy swoim postanowieniu. Przybijamy z Mitchem piątkę, a potem wychodzę z szatni i ruszam w stronę tylnego wyjścia z hali. Wsiadam do windy i zjeżdżam na ostatnie piętro, gdzie mieści się podziemny parking naszego klubu. To dobre rozwiązanie, zwłaszcza kiedy chce się uniknąć tłumów. Po paru sekundach udaje mi się zlokalizować samochód i szybko wsiadam za kierownicę. Jadę przez delikatnie zakorkowaną Houston Street i niemalże taką samą Maple Avenue, skręcam w prawo na Kings Road i po dziesięciu minutach zatrzymuję się przed bramą prywatnego przedszkola Seven Wonders. Wbijam krótki kod na domofonie, a później pcham furtkę i energicznym krokiem przemierzam pomalowany kolorową kredą chodnik. Na szczęście drzwi wejściowe są otwarte, więc odnajduję salę Tygrysków, grupy Izzie, i naciskam klamkę. Na widok umazanych farbą stołu, krzeseł i dzieci mam ochotę odwrócić się na pięcie i zwiać. Przyznaję, order rodzica roku i tym razem mnie ominie, lecz mimo licznych niedoskonałości wciąż robię wszystko, żeby moje dziecko było zadowolone.

– Dzień dobry, czy mogę w czymś pomóc? – odzywa się młodziutka dziewczyna. Zgaduję, że jest asystentką Almy Brown, nauczycielki Izzie.

– Dzień dobry, przyjechałem po… – Nie kończę, ponieważ pełen radości wrzask wypełnia mi uszy, a zaraz potem w moje ramiona wpada sto dziesięć centymetrów nieposkromionego chaosu.

– Tatuś! – Wzdycha, chowając twarz w mojej piersi. – Czemu tak długo cię nie było?

– Odbiera już pan córkę? – dopytuje dziewczyna.

– Co będziemy robić? Dokąd pojedziemy? Możemy kupić watę cukrową?

– Tak, zabieram Izzie – mówię lekko podniesionym tonem z nadzieją, że uda mi się przebić przez rozemocjonowany głosik dziecka.

– Tato, to co z tą watą?

– Wata cukrowa? Fuj. Ohyda. – Wykrzywiam usta w grymasie. – Nie jadamy takich rzeczy, są szkodliwe.

– Jenny miała na urodzinach i mówiła, że jest pycha. Chciałam spróbować.

– Mózg Jenny został pożarty przez cukier – mruczę pod nosem, pomagając jej założyć buty. – Tona barwników na drewnianym patyku.

– Co to są barwniki?

– Substancje, które kolorują jedzenie.

– Kolorują jedzenie? To wata wcale nie jest różowa?

– Jest biała.

– Biała? Jak włosy babci Erin?

Erin to moja była teściowa, panują między nami raczej chłodne stosunki, więc pytanie Izzie bawi mnie bardziej, niż powinno.

– Dokładnie tak.

Łapię za drobną dłoń, choć nieustannie mam wrażenie, że ją uszkodzę przy byle ściśnięciu, i wychodzimy z przedszkola. Słońce przyjemnie ogrzewa nasze twarze, gdy wolnym krokiem idziemy w kierunku samochodu. Izzie rozgląda się wokół, zapewne podziwiając kwitnące drzewa.

– Widziałeś? – pyta nagle zdumionym głosem.

– Co takiego?

– Przelatującego ognistego smoka! – Rozciąga usta w szerokim, nieco psotnym uśmieszku.

– Jesteś pewna, że to był smok? Ja widziałem tylko samolot.

– Tato! No pewnie, że to był smok. Taki jak z tej bajki! Był czarny i miał takie wielgachne skrzydła! – Izzie bardzo chce, żebym jej uwierzył. Widzę, jak wiele wysiłku wkłada w zademonstrowanie, jak ów stwór latał. – Widzisz? Tak robił! Patrz! – Biega z szeroko rozstawionymi ramionami. – I tak! – Przeskakuje niewidzialny obiekt. – Widzisz, jaki szybki?! Prawie jak ty, kiedy grasz w hokeja!

Patrzę na nią, na jej urocze koślawe ruchy i ledwo powstrzymuję rozbawienie, gdy wyobrażam sobie, jak bardzo kumple z drużyny byliby zadowoleni, gdybym zaprezentował podobny poziom podczas nadchodzących rozgrywek. Otwieram przed nią drzwi i wskazuję ruchem głowy na fotelik.

– Dobra, smoku, pakuj się do środka.

Izzie szybko wdrapuje się na miejsce, zapina pasy i patrzy na mnie z wyraźnym oczekiwaniem.

– Ale nie powiedziałeś mi, dokąd jedziemy.

– Nie musisz wszystkiego wiedzieć – odpowiadam, muskając opuszkiem palca czubek jej nosa. – Daj się zaskoczyć, okej?

– Nie lubię niespodzianek.

– Ta ci się spodoba – zapewniam, zamykając drzwi.

Mogłem się domyślić, że będzie ostrożna. Izzie przeszła cholernie wiele. Prawdę mówiąc, żaden dzieciak nie powinien być wystawiany na tak traumatyczne doświadczenia. Jest mi przykro, że nie potrafimy się dogadać z Alice, a każda z początku spokojna rozmowa kończy się awanturą.

– Mama też tak mówiła, a potem nic z tego nie wyszło – stwierdza cicho, kiedy zasiadam za kierownicą. – Spóźniła się i nie obejrzałyśmy filmu.

– Przeprosiła cię – przypominam łagodnie.

– Tak, ale już nie chcę niespodzianek. Są głupie.

Coś ściska mi serce, gdy słucham jej zrezygnowanego tonu.

– W porządku. – Zerkam na nią. – Zabieram cię do zoo. Może być?

Denerwuję się, czekając na odpowiedź. Wiem, że niedawno zaczęła się bardzo interesować zwierzętami, w szczególności słoniami, i gdy rezerwowałem wejściówki do ogrodu zoologicznego, plan wydawał się wspaniały, lecz teraz, kiedy milczy, dopadają mnie wątpliwości. Może wolałaby coś innego? Nieświadomie zaciskam mocniej dłonie na kierownicy i próbuję zrozumieć, gdzie popełniłem błąd. Jasne, nie spędzamy ze sobą tyle czasu, ile oboje byśmy chcieli, ale każdego dnia wypytuję opiekunkę o… właściwie o wszystko i z tych zasłyszanych fragmentów układam naszą trochę zakrzywioną rzeczywistość.

– Świetny pomysł. Uwielbiam zoo – odzywa się po długiej przerwie.

Jestem zaskoczony, bo gdzieś w głębi ducha już godziłem się z porażką. Nawet byłem skory anulować naszą rezerwację.

– Serio?

– Tak! – Uśmiecha się. – Mogłabym tam zamieszać.

– W zoo?

– Tak. – Chichocze. – W klatce z tygrysem. Kocham tygrysy!

– Myślałem, że słonie?

– Już nie. Słonie były w zeszłym tygodniu, tato. Teraz wolę tygrysy!

– Zmieniasz zainteresowania szybciej niż Jim laski – mruczę pod nosem zdumiony tym, jak szybko zmienia swoje obiekty westchnień. – Czyli tygrysy, dobra.

– Jakie laski, tato?

Niech mnie, ze wszystkich słów musiała wyłapać akurat to. Nie mam zamiaru wyjaśniać ani broń Boże zagłębiać się w to, co robi Jim, więc próbuję zmienić temat:

– Co robiłaś dziś w przedszkolu? Co u Annie? To twoja koleżanka, prawda? Ta z kręconymi włosami.

– To Betty – poprawia mnie. – Annie ma zawsze warkoczyki.

– Ach.

– Zrobisz mi takie warkoczyki?

– Kotku, z największą radością, ale wówczas będziesz bać się własnego odbicia w lustrze.

Docieramy do Dallas Zoo parę minut przed czasem i parkuję na wyznaczonym miejscu. Zakładam okulary przeciwsłoneczne z durną nadzieją, że dzięki temu stanę się mniej rozpoznawalny. Gdyby był z nami Ben, mój agent, to z pewnością słyszałbym teraz jego cholernie irytujące: „A nie mówiłem?”. No mówił, i to nie raz. Cholera, właściwie to zabronił mi przyjeżdżać do tego zoo i sugerował wynajęcie parku zabaw, ale ja chciałem dać córce coś więcej niż dmuchańce, kulki i zjeżdżalnie. Pragnąłem dla niej normalności. Wydaje mi się, że oboje łakniemy tych prostych, codziennych rzeczy.

– Gotowa?

– A ty? – Mierzy mnie spojrzeniem. – Masz dziwną minę. Byłeś już kiedyś w zoo?

– Jasne, że tak.

– Ale tutaj? W Dallas?

– Nie, chodziłem do zoo, kiedy byłem mały – wyjaśniam. – Moja mama, a twoja babcia zabierała mnie do zoo w Vancouver. Zresztą my też tam byliśmy, pamiętasz?

Marszczę brwi, dokonując szybkich obliczeń. Gdy ostatni raz lecieliśmy we trójkę do Kanady, mała miała dwa latka. Dwa jebane latka, to oczywiste, że przygląda mi się z niezrozumieniem i myśli, że zwariowałem, bo tego nie pamięta. Nie miała nawet szansy zapamiętać. Świetnie, jeśli tak dalej pójdzie, to znowu ją stracę. Na samo wyobrażenie sali sądowej dostaję gęsiej skórki.

– Chyba nie. – Krzywi się, wyjmując spinki z włosów. – Nie są wygodne, bardzo swędzi mnie głowa – mówi rzeczowo, a potem przez chwilę przygląda się mojej ręce. – Czy ja też będę mogła mieć takie rysunki jak ty?

Uśmiecham się dziwnie rozczulony. Rysunkami nazywa moje tatuaże. Mam ich kilka. No dobra, właściwie to mam ich sporo. Naprawdę je lubię. Alice, moja była żona, nie podzielała tej pasji, lecz w tym przypadku nie miała zbyt wiele do powiedzenia. Moje ciało, moja decyzja. Spoglądam na córkę, która teraz sunie opuszkiem palca po wytatuowanych skrzydłach anioła, i za wszelką cenę próbuję okiełznać wzruszenie.

– Czemu tutaj jest anioł? – pyta, przekrzywiając głowę.

– Żeby miał nas w opiece.

– A ten napis?

– To mój ulubiony cytat z wiersza Williama Ernesta Henleya – odpowiadam, przesuwając palcem po literach. Prawdą jest, że czytam poezję, ale przez bardzo długi czas robiłem to w ukryciu, obawiając się, że zostanę wyśmiany. Trochę trwało, zanim uświadomiłem sobie, że nie interesuje mnie opinia innych. A ten tatuaż miał mi w tym pomóc. I pomaga do dziś.

I chociaż kroczę wśród chaosu,

błądzę w cierpienia mrocznej głuszy,

Jestem kowalem swego losu

i kapitanem swojej duszy*.

Dalej, aż do ramienia, ciągnie się krajobraz mojego rodzinnego miasta Vancouver, mam też liść klonu, nad którym widnieje napis „Prawdziwy Kanadyjczyk. Silny i wolny”. Kiedyś media posądziły mnie, że po cichu kibicuję Toronto Maple Leafs, ale proszę, nie idźcie tą drogą. To (o dziwo) nie ma nic wspólnego z hokejem.

Drugą rękę też mam zrobioną. Na przedramieniu wytatuowałem drzewo genealogiczne, w którym między gałęziami przeplatają się słowa wskazujące moje największe wartości: „siła”, „odwaga”, „honor”, „bezinteresowność” i „braterstwo”. Na ramieniu z kolei znajdują się dwa wilki, które reprezentują mnie i mojego starszego brata Jamesa, także grającego w NHL.

– A gdzie jestem ja? – Izzie patrzy na mnie z nadzieją, że podciągnę koszulkę i zobaczy na moim lewym żebrze małe serce ze swoją datą urodzin. Nie muszę dodawać, że to jej ulubiony tatuaż, prawda? – Pokaż mi!

– Później. – Uśmiecham się. Nie żebym nie chciał. Po prostu wolę nie narażać nas na niepotrzebne ryzyko. Media nigdy nie śpią. To, że ich nie widzimy, nie oznacza, że ich tu nie ma.

– A tam? – Stuka mnie palcem w goleń.

Na prawej wytatuowałem dziewiętnastkę, swój klubowy numer. Są też dwa skrzyżowane kije hokejowe i nasze drużynowe motto: „Tam, gdzie nie ma walki, nie ma siły”. Na lewej daty najważniejszych zwycięstw. W tym igrzyska olimpijskie w 2014.

– Narysujesz mi takie? – prosi słodkim głosikiem.

– Narysuję.

Czarny marker to przecież nie to samo co tusz. Chwytam ją za rękę i szybko podchodzimy do wolnego okienka.

– Dzień do… – Kobieta niespodziewanie urywa, a na jej policzkach kwitną rumieńce. – O Jezu, to pan.

Izzie wspina się na palce i próbuje dosięgnąć lady.

– Czemu ta pani powiedziała, że jesteś Jezusem? – pyta, mrugając.

– Pomyliła się – wypalam bez namysłu. – Dzień dobry, chcielibyśmy potwierdzić naszą rezerwację na nazwisko G…

– Green! – wykrzykuje kobieta. – Jestem pana największą fanką. Oglądałam powtórkę meczu z Krakenem. Och, ten gol w drugiej tercji! Czy mogłabym autograf? Albo dwa? Moja koleżanka też jest pana fanką. Nie tak wielką jak ja, ale sumiennie śledzi wszystkie mecze.

– Czy możemy wejść na teren zoo? – W moim głosie na pewno słychać błagalne nuty.

– Bo chcemy oglądać tygrysy! – dodaje Izzie. – Halo!? Ile można czekać?

– Panie Green, z największą przyjemnością zapraszamy pana na teren naszego wspaniałego zoo!

– Nie wzięła pani wejściówek.

– Ach, to tylko zbędna biurokracja. Proszę, można zwiedzać!

Czy jestem zdziwiony zachowaniem tej kobiety? Ani trochę. Sława potrafi jednocześnie ułatwić i utrudnić życie. Chowam bilety do kieszeni i czym prędzej wchodzimy do ogrodu zoologicznego. Boże, powinienem zamiast okularów wziąć jakąś czapkę. Albo maskę. Najlepiej tę z zeszłorocznej halloweenowej imprezy. „Kapitan Hook porywa pięcioletnią dziewczynkę w Dallas Zoo”. Mhm. Dokładnie tak krzyczałyby nagłówki gazet w całym Teksasie.

– Małpy! – Izzie ciągnie mnie w kierunku klatki z szympansami. – Wow, spójrz na nie!

Kątem oka widzę zbliżające się tłumy, więc pochylam się w stronę dziecka i udaję zainteresowanie zwierzętami.

– Super.

– Ale śmiesznie chodzi! Prawie jak ta sąsiadka po drugiej stronie ulicy!

– Nie powinnaś się z tego śmiać – zwracam jej uwagę. – To niemiłe.

– Ech, tato. Nie wszystko w życiu jest miłe – odpowiada niemal profesorskim tonem. – No co? Sam mi to powtarzasz.

Pokonany swoją własną bronią. Kurtyna. Z ukłuciem w sercu wspominam czasy, kiedy jeszcze nie potrafiła mówić. Te chwile wydają się tak odległe, że niemal wyssane z palca.

– Chodźmy dalej!

Bez oporów pozwalam Izzie przejąć dowodzenie i skręcamy na jakąś ścieżkę edukacyjną, która kończy się przy wybiegu dla zebr. Spinam się za każdym razem, gdy mijają nas liczne grupy, i by uniknąć kontaktu, zwykle udaję, że wiążę buty. Pomysł tylko z pozoru wydaje się głupi, bo ku mojemu zdumieniu działa. I to całkiem dobrze.

– Jaki kolor włosów podoba ci się u dziewczyn?

Chyba się przesłyszałem, to niemożliwe, żeby zapytała mnie o…

– Takie ciemne jak moje i mamy?

Szlag, ona naprawdę chce to wiedzieć!

– Dlaczego pytasz?

– Bo muszę znaleźć ci nową żonę – odpowiada spokojnie. – Zostanie z tobą, kiedy wrócę do mamusi, i już nie będziesz smutny.

Ze zdumienia zasycha mi w ustach. Nie wiem, jak zareagować na jej słowa, więc zachowując milczenie, kucam przed córką i spoglądam uważnie w jej lśniące brązowe oczy.

– Nie potrzebuję nowej żony – zapewniam, łapiąc ją za rękę.

– Ale ty i mama przestaliście się kochać i teraz mieszkasz sam. A nikt nie lubi być sam.

– Mam ciebie. – Uśmiecham się. – Nawet jeżeli wrócisz do mamy, to nic się nie stanie, bo tutaj – klepię się po piersi – jest twoje miejsce.

– A gdzie trzymasz babcię i dziadka? Wiesz, że serce jest bardzo malutkie? Nie pomieści wszystkich.

– Serca rosną, gdy są kochane. Mam wokół siebie dobrych ludzi.

– Jak Clifford? – Marszczy brwi. – To chyba nie jest prawda, tato.

Kiedy stała się taka mądra, do cholery? Nie mogę wyjść z podziwu. Rozkładam ramiona i przygarniam ją do swojego ciała, a moja wcześniejsza radość ustępuje smutkowi, kiedy dociera do mnie, jak wiele takich wspaniałych momentów utraciliśmy.

* William Ernest Henley, Invictus, przeł. Maciej Froński, „Nowy Filomata”, r. 22, nr 1 (2018), s. 79.3

Szpital. Kurwa mać.

Wiem, że to właśnie tutaj lekarze czuwają nad moją małą córeczką, ale gdy tylko wchodzę do środka, atakują mnie ostre zapachy środków odkażających i ledwo się powstrzymuję, aby nie zwiać. Przytłaczająca sterylność, długie kolejki do recepcji, płacz niemowląt. Wszystko to zbija się w jeden chaos, który wypełnia mój umysł. Nienawidzę szpitali i z pewnością nie jestem w tym odosobniony. Czuję się dziwnie w hokejowej bluzie, spodniach i butach na siłownię, ale ostatnie, na co mam teraz ochotę, to doprowadzanie się do porządku. Stresuję się, nie mam pojęcia, co zrobić z rękoma, więc podchodzę do automatu i kupuję Dra Peppera w puszce, a potem idę szerokim korytarzem wyłożonym błękitnymi płytkami. Spoglądając na pomarańczowe ściany, mam wrażenie, że zaraz zemdleję. Bębnię palcami w metalową zawleczkę, przekonując samego siebie, że wszystko jest okej. Spuszczam wzrok na podłogę i prawie parskam histerycznym śmiechem, widząc wzór układający się w żyrafę. Gapię się na zwierzę powołane do życia przez błyszczące płytki i w tej samej chwili dociera do mnie dźwięk otwieranych drzwi. Nie tracąc czasu, ruszam energicznie naprzód, gdzie znajduje się sala obserwacyjna. Zanim jednak udaje mi się skręcić w stronę drzwi, coś z impetem odbija się od mojej piersi. Zatrzymuję się, ale to nic nie daje. Z przerażaniem patrzę na burzę różowych włosów, które wirują w powietrzu, a potem następuje nieprzyjemny huk i…

– Cholera jasna! Patrz, jak chodzisz, palancie!

Spoglądam na drobną kobietę mierzącą nie więcej niż jakieś metr siedemdziesiąt. Koślawo zbiera się z podłogi, posyłając mi wściekłe spojrzenie.

– No i co się gapisz!? Pomóż mi!

Zadziera podbródek i jednocześnie wyciąga dłoń w moją stronę.

– Przepraszam – mruczę, pochylając się. – Nie zauważyłem cię.

Chwytam ją za rękę i najdelikatniej, jak tylko potrafię, pomagam jej wstać.

– Och, doprawdy? – sarka gniewnie, otrzepując dżinsy.

– To pewnie dlatego, że wciąż myślę o córce. Została tutaj przewieziona, a mnie wyproszono z sali na czas badań i… – Wzdycham głęboko. – Naprawdę jest mi przykro.

Stajemy naprzeciw siebie. Ona nadal patrzy na mnie jak na drania, a ja czuję się coraz gorzej, bo przecież nie przyjechałem tutaj przewracać ludzi. Rany, co za paskudny dzień.

Tydzień. Miesiąc.

Kolejny raz przypominam sobie słowa Alice, a potem pozwalam, żeby wchodziły mi głęboko w serce i cięły je jak ostrze. Jak mogłem dopuścić do tej sytuacji? Czemu zostawiłem Izzie pod okiem trenera? Z drugiej strony to nie był pierwszy raz. Mam zaufanie do Halla. Czy to robi ze mnie nieodpowiedzialnego rodzica?

– Co z twoją córką?

Zaskakuje mnie jej pytanie. Naprawdę sądziłem, że już się do siebie nie odezwiemy.

– Poślizgnęła się, upadła i straciła przytomność.

– Och, to rzeczywiście straszne. Długo była nieprzytomna?

– Nie, zaledwie sekundę. Może dwie. – Przeczesuję palcami włosy. – Całe szczęście, że ty nie odleciałaś. Szlag, nawet nie spytałem, czy wszystko w porządku.

– Przeżyję – zapewnia, wykrzywiając pełne usta w grymasie, a zaraz dodaje: – Mój podopieczny też jest na obserwacji.

– Coś poważnego?

– Narzekał na ból brzucha, ale wcześniej po kryjomu pochłonął przynajmniej z dziesięć batoników, więc nie do końca wiemy, czy coś się dzieje, czy po prostu płaci za swoje obżarstwo.

– Dzieci, co?

– Taa… – odpowiada, masując ramię. – Z nimi nigdy nie ma nudy.

Przyglądam się kobiecie. Wygląda na młodszą ode mnie, może o jakieś pięć lat. A jej różowe włosy wcale nie okazują się różowe. To refleksy. I sięgają jej do połowy ramienia. Mój wzrok szybko ucieka w kierunku obojczyka. Materiał obszernej koszulki z motywem wściekłego byka zsunął się podczas upadku, przez co teraz mogę dostrzec fragment tatuażu. To zaledwie jakaś linia, ale z jakiegoś powodu to wystarczy, bym poczuł się zaintrygowany. Z trudem odrywam oczy od szczupłego obojczyka i dyskretnie zerkam w kierunku jej nóg. Są… ja pierdolę, są naprawdę seksowne. Do głowy przychodzą mi durne myśli. Zastanawiam się, czy coś trenuje, bo przecież tak idealnego kształtu nie wyrabia się, siedząc przed telewizorem. Robi mi się gorąco, kiedy wyobrażam sobie, jak zdejmuje obcisłe dżinsy i sunie dłonią po gładkiej, jędrnej skórze ud. Jezu, dlaczego w ogóle o tym myślę? Wcześniej aż tak bardzo nie podniecały mnie tatuaże na kobiecym ciele, a już z pewnością nie robił tego pieprzony fragmencik. Co się ze mną stało? To wina stresu? Na pewno. Wspomnienie wypadku Izzie w mgnieniu oka studzi moje dziwnie podwyższone libido.

– Idę do automatu – odzywa się dziewczyna po chwili niezręcznej ciszy.

– Spoko, nie mam zamiaru tam na ciebie wpadać czy coś.

„Nie mam zamiaru na ciebie wpadać”? Co za kretyński tekst. Potrzebuję odpoczynku. Mój umysł zamienił się w papkę. Pieką mnie koniuszki uszu, przesuwam dłonią po twarzy, jednocześnie ścieram cienką warstwę potu. A potem kobieta znika. No może nie tak dosłownie, bo automat znajduje się na końcu tego błękitno-pomarańczowego korytarza, ale jestem pewny, że przyspieszyła, gdy musiała mnie ominąć. Uznała, że jestem niemiły? Szczerze mówiąc, trochę godziłoby to w moje ego. Mimo to staram się nie analizować przesadnie jej zachowania. To tylko jednorazowe spotkanie. Szansa, że znowu się zetkniemy, jest mniejsza niż zero, więc zdecydowanie nie powinienem się przejmować. Otrząsam się i ruszam w kierunku uchylonych drzwi. Sala obserwacyjna jest wypełniona po brzegi pacjentami i personelem w seledynowych uniformach, który biega od jednej kozetki do drugiej.

– Przepraszam, co z moją córką? – zaczepiam pielęgniarkę.

Kobieta zatrzymuje się w pół kroku, a na jej twarzy maluje się zdumienie, gdy krzyżujemy spojrzenia.

– Z pana córką? – powtarza, oblewając się rumieńcem.

– Isabelle Green. Zabrano ją na jakieś badania.

– Tak, tak. – Wzdycha cicho. – Proszę mi wybaczyć, ja… ja jestem zagorzałą fanką Dallas Stars i… panie Green… o Boże, nadal nie wierzę, że to pan.

– Co z Izzie? – pytam, ledwo powstrzymując irytację.

– Dziewczynka miała zleconą tomografię komputerową.

– Mogę się z nią zobaczyć?

– Jasne. – Chrząka. – Proszę za mną.

Kobieta prowadzi mnie w głąb sali. Przechodzimy obok różnych pikających aparatur, aż w pewnym momencie odwraca się gwałtownie w moją stronę.

– Brakuje pańskiej zgody na badanie. Proszę to założyć, dobrze? – Podaje mi niebieską maseczkę ochronną.

– Zgadzam się na wszystko – mówię, zasłaniając twarz włókniną. Nienawidzę tego gówna od czasu pandemii covidu, ale postanawiam zachować swoje nerwy dla siebie.

– Wspaniale – odpowiada i kontynuuje marsz po sali.

Nie wiem, dokąd idziemy, ale nagle wychodzimy z pomieszczenia i znajdujemy się w niewielkim pokoiku z ogromną szklaną ścianą. Chcę zapytać pielęgniarkę, po co tutaj przyszliśmy, lecz wówczas potężny sprzęt medyczny po drugiej stronie szyby zaczyna wydawać mało przyjemne dźwięki.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij