Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Fantastyka bez granic. Tom 2 - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
10 lipca 2026
49,00
4900 pkt
punktów Virtualo

Fantastyka bez granic. Tom 2 - ebook

To już drugi tom antologii „Fantastyka bez granic”, która jest efektem wspólnej pracy 
pasjonatów gatunku. Zbiór prezentuje różnorodne opowiadania, które z pewnością zaintrygują Czytelników. Teksty utrzymane są m.in. w konwencji horroru, science-fiction i fantasy. Czytelnicy odnajdą w  zbiorze historie futurystyczne, osadzone w wymyślonych krainach oraz takie, w których występują wątki nadprzyrodzone. Każdy tekst to odrębna podróż, która pobudza wyobraźnię i skłania do refleksji nad codziennością, naturą człowieka oraz tym, co może przynieść przyszłość.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Science Fiction
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68768-43-5
Rozmiar pliku: 995 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

„Prawie każda książka otwiera przede mną okno na nowy, nieznany świat”.

Maksym Gorki

Wstęp

Kolejny tom antologii „Fantastyka bez granic” to zbiór różnorodnych historii, które przyciągają tematyką, bohaterami, opisami niesamowitych światów i zaskakującymi zwrotami akcji. W książce znalazło się ponad dwadzieścia tekstów, które utrzymane są m.in. w konwencji horroru, fantasy i science fiction. Podobnie jak w pierwszym tomie, Czytelnicy odnajdą w zbiorze historie, w których występuje wątek nadprzyrodzony, baśniowy, grozy lub futurystyczny. W niniejszym tomie utwory prezentują Autorzy znani z wcześniejszej części antologii oraz tacy, którzy rozpoczynają przygodę z tworzeniem tekstów dla „Fantastyki bez granic”. Wszystkie opowiadania zostały napisane z pasją i mimo odmienności tematów i konwencji łączy je łatwość w poruszaniu wyobraźni Czytelników.

Te różnorodne, niesamowite i zaskakujące historie, które często wydają się niemożliwe i nieprzystające do naszej codzienności, inspirują do refleksji nad realnym światem. Często są metaforą tego, z czym mierzymy się na co dzień oraz tego, co czeka nas w najbliższej (i trochę dalszej) przyszłości.

Życzymy emocjonującej lektury!Przedgórze

Pamięci Maćka

Zjeżdżałem z gór prawie po ciemku – na kierownicy roweru tkwiła zaimprowizowana lampka, która oświetlała nie więcej niż trzy metry przed kołem, a plama ohydnie wątłego światła pocięta drgającymi cieniami linek bujała się na prawo i lewo. Widoczność była więc kiepska i większe kamienie wyskakiwały nagle jak kapelusze borowików na grzybobraniu. Jednak nie to okazało się największym problemem. Zjazd był dość szeroki, ale za to bardzo stromy. No i na tej stromiźnie wymagającej ciągłego kontrolowania prędkości przegrzewał się tylny hamulec. Rozgrzewało się powietrze w gorącym oleju i powstawały bąble, można powiedzieć – bąble nietrzymania. Stopując tylnym i kontrując przednim hamulcem, trafiłem na taki bąbel i przeleciałem przez kierownicę mało kontrolowanym saltem. Najpierw lot na granicy jaźni, potem bolesne plaśnięcie i cisza. Powstrzymywany odruch wymiotny i fala mdłości. Świadomość wracała powoli, a wraz z nią coraz większy, rozlewający się od prawego kolana ból. Napięcie ciała i ostrożne sprawdzanie poszczególnych kawałków. Nie wyglądało to aż tak źle, jak sugerowały pierwsze doznania. Nawet szorty nie były porwane. Przekręciłem się na bok, ostrożnie wstałem. Z torby wyciągnąłem jakieś krople do nosa czy ucha, polałem krwawiące kolano i przewiązałem je chustką. Wziąłem głęboki oddech, wyprostowałem skrzywioną kierownicę i ruszyłem dalej w drogę, ostrożnie, w ciągłej kontroli, pilnując sztywniejącej nogi. Powoli zjechałem do doliny. Niestety, nie tej, gdzie zostawiłem samochód. Teraz musiałem przejechać przez pasmo wzgórz, żeby dotrzeć do miejsca postoju. Pagórki rozdzielające doliny na szczęście były niewielkie, raczej płaskie, takie typowe przedgórze. Droga wiła się łagodnymi serpentynami, gdyby więc nie rozwalone kolano, byłoby to miłe zakończenie podróży. Jednak teraz każdy nacisk na pedały przypominał o bolesnej kraksie. Początkowo jechałem przez gęsty, świerkowy las, ale potem nagle wypadłem na rozległą polanę czy już jakieś przedleśne, zasypane gwiazdami łąki. Kolano bolało, noga była prawie sztywna i jazda nie należała do przyjemnych, ale widok kołdry z gwiazdami nad głową i zarys budynków z jasnymi punktami okien poprawiły mi humor. Najpierw minąłem duży, zamknięty na głucho hotel. Jadąc dalej solidną, szutrową drogą, napotkałem ładnie wyglądający, oświetlony, mały pałacyk. Podjechałem bliżej i przez duże okna zobaczyłem wyglądające jak salon lub świetlica jasne wnętrze. W środku, pomiędzy stertami książek, kartonów i paczek, krzątała się młoda kobieta. Po surowej grani, mrocznym lesie, a nawet rozdygotanej gwiazdami łące widok ciepłego wnętrza i dziewczyny w jasnym dresiku był niczym sen. To nie była okoliczność, to była konieczność. Postawiłem rower przy schodach i kuśtykając, wdrapałem się pod drzwi. Dzwonek chyba nie działał, więc zapukałem. Po drugiej stronie usłyszałem szmery, wyraz jakby niespodziewanie naruszonego spokoju.

– Kto tam? – niepewny, niski, ale kobiecy głos przecisnął się przez drzwi.

– Aaa, dobry wieczór, wędrowiec, rowerzysta – powiedziałem najłagodniej, jak potrafiłem.

Drzwi lekko się uchyliły, pojawił się zarys głowy i nastała uroczysta chwila milczenia. Zaraz potem drzwi otworzyły się szerzej i stanęła w nich dziewczyna. Przez moment złapało ją światło lampy, więc mogłem się zorientować, że to nie ta, którą widziałem przez okno.

– Dzień dobry, w czym możemy pomóc? – zapytała.

– Dobry wieczór. Widzi pani, miałem mały wypadek na rowerze, tu i tam jestem poobijany i tak dalej. Może mógłbym się trochę ogarnąć, jeśli to nie sprawi kłopotu?

– Hmmm, nie jesteśmy jeszcze otwarci i w ogóle, ale...

Zawiesiła głos i przypatrywała mi się z nieufną dokładnością, a ja stałem pokornie i czekałem. Trwało to niezręcznie długo.

– Poczekaj moment – powiedziała i bezceremonialnie zatrzasnęła mi drzwi przed nosem.

Po kilku minutach pojawiła się ponownie i uchyliła drzwi.

– Nooo dobra, może coś się uda – powiedziała w końcu, otworzyła szerzej i stanęła bokiem, żeby mnie przepuścić. Tym samym, jak mi się wydawało, moneta wpadła do maszyny, tryby ruszyły.

– No to super. Mógłbym gdzieś w środku postawić rower? Mam tam parę rzeczy.

– Tak, oczywiście. Wtaszcz go do środka i postaw w końcu korytarza.

Przeszła na „ty” bez ceregieli, a jej ton stał się bardziej przyjacielski. Zszedłem po schodkach i chwyciłem rower. _Bike_ był dobry, angielski, karbonowa rama, dobry osprzęt. A hamulec..., cholera, na pewno moje niedbalstwo.

– Eee, nie jest z tobą tak źle, dźwigasz rower jak piórko – powiedziała dziewczyna.

– Cześć, jestem Filip – przedstawiłem się. – Generalnie nie aż tak źle, ale to bardzo lekki rower. Tylko moje kolano jest nie za bardzo.

– Agata – powiedziała. – A faktycznie, czerwone od krwi?

– Teraz już chyba trochę przeschło, ale nie miałem za bardzo czym przemyć. No i puchnie, ale na szczęście jest ruchome.

Teraz ja się jej przyjrzałem. Była zupełnie inna niż dziewczyna widziana w oknie. Taka w typie lekko tyjącej, zdrowej Irlandki, włosy ni to blond, ni to rude, luźno związane z tyłu, jasna cera, rumiane policzki. Ale twarz ładna, zielone oczy, czujne i raczej bezczelne. W sumie sympatyczna. Postawiłem rower w kącie i stanąłem bezradnie w końcu korytarza.

– Trochę jestem zmachany, muszę przyznać – powiedziałem. – Mogę gdzieś umyć ręce?

– Tak, tu jest łazienka. – Wskazała jakieś drzwi w korytarzu. – Umyj łapy i to kolano, i chodź do salonu na herbatę.

Łazienka była w stylu hotelowym – pisuary, umywalki, jakieś drzwi, klopy za kolejnymi, ale ciepłej wody nie było. Umyłem ręce, przepłukałem twarz i kolano, na gębie i łokciach faktycznie miałem kilka otarć i napuchnięty łuk brwiowy, ale wyglądało to raczej malowniczo niż groźnie. Wyszedłem na mroczny teraz korytarz.

– Tutaj, tutaj – usłyszałem głos dobiegający z otwartych drzwi salonu. – Zapraszamy.

Głos był inny, dźwięczny i energiczny. Wszedłem w jasny prostokąt, a za progiem czekał sen, który widziałem przez okno. Szczupła, na oko trzydziestoletnia, kobieta z krótkimi, ciemnymi, kręconymi włosami, w luźnej bluzie i miękkich, eleganckich spodniach, stała wśród sterty książek. W rogu tlił się kominek, okna broniły wnętrze przed ciemnością. Dziewczyna o ciekawej, jakby francuskiej czy włoskiej twarzy, pięknej, mocnej sylwetce, bystrych oczach i ironicznym uśmiechu. Ta druga, Agata, zniknęła. „Może jest w kuchni i parzy herbatę”, pomyślałem.

– Jagoda – powiedziała po prostu szczupła pseudo-Francuzka. – Ty jesteś Filip, tak? Agata mówiła, że miałeś kraksę i że musimy wykazać miłosierdzie.

Zabrzmiało to przyjacielsko i bezpretensjonalnie, tak jakbyśmy znali się od lat. Była też w tym wystarczająca dawka ironii, żebym przestał zgrywać bohatera.

– A nic takiego, zdarzyło się – powiedziałem chyba z lekką tremą.

– Siadaj tutaj, na kanapie, chyba zmieścisz się pomiędzy książkami. – Uśmiechnęła się zachęcająco. – Zaraz przyniosę herbatę. Bardzo tu nieporządnie, przepraszam za ten bałagan.

Dziewczyna wyszła z salonu, a ja wcisnąłem się pomiędzy kartony. Nie było mi jednak wygodnie, więc przestawiłem pudła na inne stojące na podłodze. W pomieszczeniu było chłodnawo, kominek palił się słabo i zacząłem odczuwać zimno, a przepocone ubranie nieprzyjemnie lepiło się do moich pleców. A może rozwijałem już jakąś infekcję.

– Och, pomieszasz nam książki – usłyszałem za plecami Jagodę. – No ale dobra, wyciągnij tę nogę. Proszę, herbata.

– Dzięki. Ciekawe miejsce. A co wy tu właściwe robicie, otwieracie wiejską bibliotekę? – zapytałem.

– Prawie. To dom pracy uniwerku, jeszcze nieczynny, przygotowujemy go do sezonu – powiedziała. – Przyjechałyśmy dzisiaj rano, kierowca zniósł te kartony, rozpalił w kominku i powiedział, że musi wracać. Trzeba to wszystko uporządkować, skatalogować i spadać stąd.

– Ależ to fajna robota, jesień w górach, kominek, cisza i książki – powiedziałem.

– No fajna, tylko że ten cymbał zostawił nas z zimną wodą i brakiem ogrzewania. Powiedział, żebyśmy cieszyły się kominkiem, który i tak chyba zaraz zgaśnie. Napij się wreszcie tej herbaty, widzę, że zaczynasz się trząść – zabrzmiało to spokojnie, bez irytacji, tak jakby siedzenie w zimnym pensjonacie wśród kartonów było zupełnie normalną sprawą. Czułem że przypatruje mi się uważnie. Postawiła kubek na książkach. Wziąłem go w ręce. Rzeczywiście, był gorący, ale herbata jakaś kiepska, smakowała jak parzone zmiotki.

– Dzięki, pyszna herbata – powiedziałem.

– Z pewnością pyszna. Stała w kuchni otwarta pewnie przez całą zimę. W najlepszym wypadku smakuje jak rozgotowany karton. Gdzieś mamy własną, ale nic nie można znaleźć w tym chaosie.

– Noo, nie jest taka zła, fajnie, że gorąca. Dziękuję.

– Tak, przyda się. Robi się zimno, ogrzewanie nie działa, a ten kominek zaraz zdechnie.

Rozejrzałem się dookoła. Ładne wnętrze, sterty książek i kartonów, wygasający kominek.

– Hmm, dużo czasu zajmie wam ta robota z książkami? – powiedziałem, siorbiąc wstręciuchę.

– Kilka dni na pewno, może tydzień. Ale teraz zaczyna się weekend, nikogo tu nie ściągniemy do ogrzewania. A ty dokąd jedziesz? – zapytała.

– Trochę włóczę się po tych górach, ale zostawiłem auto na parkingu, na dole w Przedgórzu. Miałem plan, żeby zjechać tam prosto z grani, ale przez tę kraksę musiałem wybrać najłatwiejszą drogę. I tak trafiłem tutaj – odpowiedziałem.

– A to masz jeszcze kawałek w dół. Lepiej odpocznij i poobserwuj to kolano. Szkoda, że nie wiem, gdzie jest tu apteczka – powiedziała. – A może przypadkiem znasz się na piecach? Ależ skąd, takie rzeczy się nie zdarzają – udzieliła sobie odpowiedzi z pewną rezygnacją.

Muszę przyznać, że brak narzekającego tonu robił wrażenie. No i była taka ładna... A ta idealnie grana bezpośredniość była zniewalająca. Albo ogólnie nie było tu aż tak kiepsko, tylko ja łapałem haczyk jak głodny karp.

– Ależ skąd, jestem... molem książkowym. Widzisz, jak łatwo się tu wpasowałem – powiedziałem.

Zaśmiała się cicho, złapała mój cienki dowcip.

– No tak, hydraulicy nie jeżdżą nocami po górach, tylko siedzą przed telewizorem z piwem w ręku. Szkoda – westchnęła teatralnie.

– Dobra, spróbuję, dajmy sobie szansę. Tylko zmienię bluzę, bo ta jest cała mokra. To gdzie jest ta kotłownia? – powiedziałem szybko, nie chcąc wypaść z obiegu.

– Nie wiem, chyba w piwnicy. Drzwi są na końcu korytarza, tam, gdzie postawiłeś rower.

– Ok, podrzucę też coś do kominka, bo faktycznie wygasa – powiedziałem pewnie.

Wstałem trochę koślawo, cicho sycząc. Taka scenka obliczona na wzbudzenie empatii. Kominek był nowego typu, z zamykaną szybą, dopływem powietrza i popielnikiem. Leżała przy nim sterta polan. Otworzyłem drzwiczki, poruszyłem rusztem i popiół przesypał się do popielnika. Z boku było pokrętło od wlotu powietrza. Ułożyłem drewno w stosik na wygasającym żarze, zamknąłem drzwiczki i otworzyłem dopływ tlenu. Na fali świeżego podmuchu ogień skoczył w górę.

– Ooo, brawo! – usłyszałem głos Jagody. – Może coś z tego będzie.

„Może i będzie”, pomyślałem i dodałem:

– To drobiazg. Działamy dalej.

Wyszedłem na korytarz. Z sakwy wyciągnąłem suchą bluzę oraz piersiówkę z whisky. Zszedłem do piwnicy. Na lewo, pod salonem, było jakieś pomieszczenie techniczne. Stał tam duży piec gazowy z martwym panelem sterowania. Zauważyłem, że piec w ogóle nie jest podłączony do prądu. Kiedy wpiąłem wtyczkę do gniazdka, wyświetlacz na panelu ożył i pokazał brak ciśnienia wody. Obok kotła, na rurach, zobaczyłem zawór, oczywiście zamknięty. Otworzyłem go i głośny szum wody napełnił mnie dumą. Po chwili wyświetlacz pokazał dwie atmosfery, więc zamknąłem zawór i kliknąłem w „ON” na panelu. Piec odpalił, zaszumiał, a pompa zaczęła tłoczyć ciepłą wodę. Błyskawiczny sukces przewrócił mi lekko w głowie. Zaraz potem pojawiło się jednak pytanie, dlaczego wspomniany kierowca prysnął, nie załatwiwszy tak banalnej, a potrzebnej dziewczynom, sprawy. Obok kotłowni była mała, skromna łazienka z prysznicem. Wziąłem więc błyskawiczny prysznic, zmieniłem bluzę i poczułem się jak kawaler na wydaniu. Wróciłem do kotłowni. Piec działał bez zarzutu, wyraźnie już podnosząc temperaturę powietrza.

– No co tam, Filip, na dole? – usłyszałem głos Jagody.

– W porządku, chyba się udało! – odkrzyknąłem. – Jeszcze tylko ustawię właściwe ciśnienie.

Dałem sobie chwilę na ponowne wejście na scenę, a dla kurażu łyknąłem spory łyk z piersiówki, potem drugi, głębszy, na drugą – chorą przecież – nogę. Wsadziłem piersiówkę do bocznej kieszeni szortów i pokuśtykałem na górę. W korytarzu usłyszałem głośny krzyk tej drugiej, Agaty, gdzieś z pierwszego piętra.

– Jagoda! Co tam się stało? Kaloryfery grzeją!

– Góry zesłały nam anioła! – odkrzyknęła Jagoda i z uśmiechem zaprosiła mnie do salonu.

– Yyy, powinna być też ciepła woda – powiedziałem niezobowiązująco.

– Hej, anioł mówi, że będzie też ciepła woda! – krzyknęła w stronę piętra Jagoda, mrugając do mnie.

Jakieś człapanie na górze i po chwili znowu głośne, radosne wrzaski.

– No jest! Zarąbiście! Jesteśmy uratowane! – głos Agaty był pełen ekstazy.

– No to pamiętaj, że to była moja decyzja! – odpowiedziała na górę Jagoda.

– Ale to ja pierwsza otworzyłam drzwi! – dziewczyna na górnym piętrze jakby broniła swojej pozycji.

W tym niepotrzebnym, jak mi się wydawało, sporze zachowałem dostojną neutralność, chociaż...

– No chodź, chodź – powiedziała do mnie Jagoda, kiedy tak stałem skromnie w korytarzu.

Wszedłem do salonu i zobaczyłem, że sofa wcześniej zawalona książkami jest teraz uprzątnięta i przykryta jakimś mięciutkim pledem. Usłyszałem, jak Jagoda wciąga ostrożnie nosem powietrze, jakby badając skład zapachów, ale nie wykazuje żadnej reakcji. Mimo to pogratulowałem sobie błyskawicznego prysznica.

– No to jeszcze raz wielkie dzięki, gratulacje. Mamy kominek, ogrzewanie i ciepłą wodę. Czegóż jeszcze mogą potrzebować dziewczyny w takiej głuszy – niemalże wyszeptała Jagoda.

– Hmmm, chyba kilku dobrych książek – powiedziałem, stojąc jak cielę na środku pokoju.

Znowu chwyciła żart, uśmiechnęła się uroczo.

– Ale zacznijmy ponownie od porządnej herbaty, takiej solidnej, jesiennej, z konfiturami – powiedziała i zakręciła się na pięcie.

W czasie tego piruetu zauważyłem brak stanika pod bluzą i chyba świeży, delikatny makijaż. Niesforne włosy były ciekawie upięte. Dodawały czaru do jej niezwykłej aury.

– A co z kolacją? Pewnie jesteś głodny. My jemy niewiele, ale może zrobimy kilka grzanek? – zapytała, zatrzymując się na chwilę.

– Zjadłem solidny obiad, ale kilka grzanek do mocnej herbatki to świetny pomysł – powiedziałem. Chciałem być zgodny, bezproblemowy i naturalnie potrzebny.

– Dobrze, odpocznij wreszcie chwilę, zaraz wracam – wyszeptała. – Na sofie zrobiłam dużo miejsca – mówiąc to, lekko pchnęła mnie na mebel.

Jej dotyk był mocny, wyrazisty i bardzo miły. Klapnąłem na sofę, ale wygodniej było mi półsiedząc, z nogą wyciągniętą na jakiejś paczce. No i z pewnością nie chciałem wyglądać jak stary piernik drzemiący pod kocem. Na górze, chyba w łazience, szumiała woda. Przy kominku, w wazoniku, tliła się jakaś gałązka, wydzielając przyjemnie gorzkawy zapach. Wieczór zapowiadał się ciekawie. Sięgnąłem do piersiówki i pociągnąłem ponownie spory łyk. Single malt rozmiękczył mnie kompletnie. To była głęboka chwila błogości, z której wyrwał mnie cichy okrzyk.

– Ojej, ty krwawisz. – Usłyszałem głos Jagody i poczułem jej usta na moim napuchniętym łuku brwiowym. A także jej piersi opierające się o mój kark, gdy przechylała się przez oparcie sofy. – Przepraszam – powiedziała, wcale niezażenowana. – Nie wiem, gdzie tu jest apteczka, a hmmm..., ptialina – czyli a-amylaza ślinowa, to przecież też dezynfekcja.

– Ależ nic nie szkodzi, całkiem przyjemne pogotowie ratunkowe – odparłem.

– Tak, to chyba ciepło spowodowało krwawienie, ale zatamowanie łuku brwiowego nie jest wcale takie proste – powiedziała Jagoda. – Czasami potrzebne jest szycie albo klamry.

– Boję się igieł, zdecydowanie wolę naturalne metody – powiedziałem, kiedy dotykałem ręką swojej brwi.

Faktycznie rana chyba się otworzyła. Była wilgotna i mięsista, ale krwawienie ustało. Jagoda obeszła sofę i postawiła tacę z filiżankami, dzbankiem i grzankami na jednej z paczek. Usiadła obok. Bardzo blisko. To już nie była miła pani z drugiej strony lady bibliotecznej, to była paryżanka zagubiona w górach i, jak mi się wydawało, wymagająca troskliwej opieki. Nie wiem, czy ciepło, kadzidełko czy single malt to sprawiły, ale poczułem się jak wielki mistyk. Taki mający z kobieta...mi styk. Czułem wyraźnie jej mocne uda, biodra i piżmowy zapach wilczycy. Chyba od tego mistycyzmu zaczęło kręcić mi się w głowie.

– Ojej, twoje kolano też krwawi. – Słyszałem jakby z oddali i przez mgłę zobaczyłem, jak Jagoda pochyla się nad moimi wyciągniętymi nogami.

– Ooo nie! – mocny krzyk przerwał te mistyczne nastroje. – Co to jest?!

Z trudnością podniosłem oczy ku górze i zobaczyłem rozzłoszczoną twarz Agaty. Stała nad nami w rozchełstanym szlafroczku i miotała piorunami jak córka Odyna.

– Już nawet paryżankę udajemy, taak?! – krzyczała, wymachując rękoma.

Zdawało mi się, że w jednej dłoni trzyma dużą, bardzo dużą strzykawkę. Chciałem załagodzić tę zagmatwaną sytuację: „Dziewczyny, spokojnie, coś wymyślimy”, ale z gardła wydobył mi się tylko cichy bełkocik. Popatrzyłem w dół, na moje kolana, pobrudzone szminką szorty i na siedzącą sztywno Jagodę.

– Hej, hej... – spróbowałem coś zażartować, ale znowu wydałem z siebie tylko ten bełkot.

– Co mu dałeś, że tak bełkocze? – zapytała ze złością Agata.

– No co, wstrzyknąłem mu AsHa4, powinien już spać. – Usłyszałem tym razem ostry jak rozbita szklanka głos Jagody.

„Zaraz, zaraz, kurwa, jaki ashacztery! Komu wstrzyknąłem?!” – tym razem to ja chciałem wrzasnąć, ale znowu tylko ten żałosny bełkot.

– AsHa4?! – Agata była autentycznie wściekła – Przecież wiesz, że potrzebuję szpiku, zdrowego, różowiutkiego szpiku prosto z rdzenia, a nie odgrzewanej papki po jakimś zombi.

– Może wiem, może nie wiem, ale po pierwsze, to ja tu dowodzę, po drugie, znowu te twoje wygłupy! Są żałosne. Sprawiają masę kłopotów...

– Zwariowałeś. Wiesz, co to oznacza...? – próbowała się wtrącić Agata.

– ...A po trzecie, ten palant krwawił, więc chciałem skorzystać z okazji i wpuścić mu trochę enzymu na sen. Bo nie cierpię zakładać sztucznej szczęki i udawać tych kretyńskich, jak to oni nazywają, wampirów. – Głos Jagody był lodowaty, stanowczy i bezwzględny.

Nie mogłem w to uwierzyć, nie mogłem pojąć, o co chodzi. Język prawie przywarł mi do podniebienia. Miałem wytrzeszcz oczu jak ropucha w pełni księżyca, a poczucie absurdu sparaliżowało mi mięśnie. „Jaki palant? Jakie uśpić? Jakie chciałem – myślałem panicznie. – Jakie wampiry? Paranoja!!!”. Ten ciąg myśli dał mi jednak nadzieję, że mój mózg jeszcze pracuje. Postanowiłem nie ruszać się, a nawet udawać brak świadomości. Kłótnia nad moją głową wcale nie wygasła.

– Dowodzisz, no i co z tego. Przecież wiesz, że bez mojej nawigacji nigdy stąd nie odlecimy i przez następne tysiąc lat będziemy polować na frajerów. A co do transformacji, to co taki barbarzyńca może o tym wiedzieć. To, że nas podbiliście, nie znaczy, że macie rządzić. Bandyci z laserowymi młotami, którzy nie widzą nic poza trzema wymiarami – zupełnie jak te stworzenia tutaj. Tylko my, Agathoni, odczytujemy oddech przestrzeni. Tylko my dostrzegamy ukryte fałdy Wszechświata i tylko my kroczymy po diamentowej sieci między jego wymiarami.

– Och, oszczędź mi tych kosmicznych bzdur, nadęty dupku. Pomyśl lepiej, co teraz zrobić. Coś tu nie gra. Czy on śpi? – To była Jagoda, wpatrywała się we mnie, a jej oczy świeciły żywym fosforem.

– Nie wiem, kurwa, jestem nawigatorem, a nie medykiem. A zaraz zamienię się w starego nietoperza, jeśli nie przejdę transformacji.

– To dlaczego nie wzięłaś pigułek? – prawie warknęła Jagoda.

– Mam dosyć tej cholernej chemii, a okres i tak mi przyspieszył. Ten koleś był szansą. Kierowcę rano też musiałaś załatwić?!

– Sam się załatwił. Widział dwie laski na zadupiu, wychlał pół litra i myślał, że zrobi sobie imprezkę. Gdy się zaczął do mnie dobierać, pacnęłam go i chyba przetrąciłam mu obojczyk. Kompletna świnia, zerwał się jak wariat i uciekł. Ale chyba nie ujechał daleko. A ja niestety straciłam powonienie. Nie trawię alkoholu, dosłownie, dostaję po nim sztywności. Zepsuł mi pół dnia, zanim znowu mogłam się ruszać.

– A ten to co? – Głos Agaty był pełen wściekłości.

– Ten to przynajmniej udawał niewiniątko. – Jagoda wskazała na mnie.

– Słuchaj, zostało mi niewiele czasu, może jakieś pół godziny. Nie wzięłam tabletek i jak nie dostanę szpiku, to koniec, _brake_ na jakieś 60 lat. Wymyśl coś – Agata zmieniła ton na błagalny.

– Nie wiem co. Nie wiem, czy on jest pozytywny, czy nie. Ja też mam przechlapane, bez czystej hemoglobiny zaraz zasnę. – Głos domniemanej Jagody nie był już tak pewny siebie.

– Sprawdzimy, może śpi. Tylko dlaczego ma ten dziwny wytrzeszcz? – Agata chwyciła dzbanek z herbatą i podlała mi rozwalone kolano.

Chciałem wrzasnąć z bólu, ale strach, który mnie ogarnął, był od niego większy. „Kurrrrrrrrrr...” – zawyłem w głąb siebie.

– No, nie rusza się – powiedziała z nadzieją Jagoda. – Chyba śpi. Ja go teraz trochę possam, łyknę świeżej hemki, bez nadgryzień, bo przejdę przez te rany. Potem najwyżej zrobimy transfuzję, odwirujemy enzym i pobierzesz swój szpik.

– Jag, ja już tracę siły. Co ty gadasz, patrz, jak wiotczeje mi skóra. – Głos Agaty był słabiutki i skrzypiący. – Kurwa, ty chyba faktycznie lubisz grać Francuzkę, co? Albo nie! Ty lubisz być Francuzką, _fuck you_! Oto cała zagadka! Dlatego siedzimy tu całe wieki!

Rzeczywiście, widziałem to przez moje wytrzeszczone oczy. Pulchna Irlandka powoli wysychała na wiór, piękne rude loki zaczynały wyglądać jak miotła, a jej głos skrzypiał jak stare zawiasy.

– Przykro mi, kochana, nic się nie da zrobić, to twoja wina. Zaniosę cię na strych, zobaczymy się za jakiś czas – beznamiętnie powiedziała Jagoda, dość bezceremonialnie zarzuciła usychającą Agatę na plecy i wyszła z pokoju.

„Moja ostatnia szansa” – pomyślałem. Powoli, bo sam nie byłem pewny aparatu ruchu, sięgnąłem po piersiówkę i wlałem wylałem trochę whisky na moje rozwalone kolano, po czym przybrałem poprzednią pozę. Jagoda – ciągle nie mogłem przezwyciężyć myśli, że to ktoś inny – wróciła i od razu przywarła ustami do mojego kolana. Ale po chwili usłyszałem westchnięcie, takie raczej pijackie.

– Co jest, kurna?! – zapytała bełkotliwie i ciężko opadła na podłogę. Czknęła głośno i próbując powstać, przewróciła się na plecy.

– O ty pijawko – powiedziałem. – Naprawdę szkoda mi tego malta, ale nie mam wyboru.

Ciężko schyliłem się nad leżącą pijaczyną i wlałem jej w gardło resztę whisky. Wbrew utartym schematom ten stwór po piciu nie stawał się miękki, tylko faktycznie wyraźnie sztywniał. Udało mi się wstać, pomyślałem, że zimny wiatr odświeży mi krew i odklei język od podniebienia. Wyszedłem chwiejnie na korytarz i odszukałem swój rower. Było już ciemno, jak to jesienią, ale nie bacząc na słabe światło, puściłem się pędem z góry. Po drodze zobaczyłem dostawczaka leżącego w rowie, ale wiedziałem, że nie mogę już pomóc kierowcy. Zasuwałem najszybciej, jak mogłem w dół i radośnie nuciłem starą pieśń Wikingów:

– Single malt, gdy mróz tęgi, single malt, gdy zmęczenia pora, single malt to umysłu piąta klepka i podpora.

W pewnym momencie jednak, przed zakrętem, przy kontrowaniu poczułem, jak klamka tylnego hamulca trafia w pustkę, a szczęki nie mają siły zacisnąć się na tarczy. Za to przedni, owszem, zadziałał świetnie. Fiknąłem przez kierownicę, tępy ból był mocny, ale krótki. Potem już tylko ciemność. Ocknąłem się, kiedy światło latarki oświetlało mi twarz.

– Hej ty, słyszysz mnie? Widzisz mnie? – Głos młodej kobiety był irytująco natarczywy. Popatrzyłem w górę, w świetle latarki lśniły ciemne, potargane loki. Nie chciałem w to uwierzyć, więc zamknąłem oczy, ale nawet przez zamknięte powieki widziałem dwa żarzące się, fosforyzujące punkty.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij