Félix i niewidzialne źródło - ebook
Félix i niewidzialne źródło - ebook
Jego imię znaczy „szczęśliwy” – Felix wie to od mamy, Fatou, która mieszka w Paryżu i prowadzi kawiarnię, ale pochodzi z Afryki i ma moc nadawania znaczeń, bo widzi i rozumie więcej.
Felix o swoim szczęściu nie myśli do czasu, gdy pewnego dnia wszystko w jego życiu się zmienia. Mama przestaje się uśmiechać, a w jej oczach gaśnie życie. Sprawia wrażenie martwej w środku. Chłopiec postanawia ratować ją za wszelką cenę – zabiera Fatou do magicznej, migoczącej kolorami Afryki, gdzie na kobietę czekają duchy przodków.
Pustynna ziemia skrywa potężne tajemnice, o których zachodni medycy nie mają pojęcia. Wśród nocy, w jasnym świetle księżyca do głosu dochodzą pradawne siły – tylko one mogą wskrzesić w Fatou wolę istnienia i na powrót zjednoczyć ją z ziemią, która dała jej życie.
Czy mały Félix zdąży doprowadzić matkę do niewidzialnego źródła, zanim będzie za późno? Czy znów będzie szczęśliwy?
***
Najnowsza powieść Erica-Emmanuela Schmitta to nowa odsłona bestsellerowego Cyklu o Niewidzialnym. Podobnie jak niegdyś bohater Oskara i pani Róży Félix musi odkryć sens życia, a ma na to niewiele czasu.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-240-7171-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Nie widzisz, że twoja matka jest martwa?
Mój wujek wskazywał stojącą przed zlewozmywakiem wysoką, wyprostowaną, zbyt bladą Mamę, która kończyła wycierać naczynia, odkładając kolejny talerz na górę sterty.
– Martwa? – wyszeptałem.
– Martwa!
Wujek powtórzył to słowo swym grobowym głosem tak stanowczo, że wypełniło kuchnię, cięższe od kruka, trącając meble, obijając się o ściany i uderzając w sufit, a potem umknęło przez okno, żeby porwać się na sąsiadów. Ów gardłowy, przejmujący, ochrypły dźwięk podzielił się na części, rozbrzmiewając echem na podwórzu.
Pod rozkołysaną żarówką ponownie zapanowała cisza.
To krakanie nie zrobiło żadnego wrażenia na Mamie, która była teraz pochłonięta liczeniem spodków. Zagryzłem wargi na myśl, że doznała kolejnego ataku kalkulizmu – ostatnimi czasy, gdy przeprowadzała inwentaryzację, zaczynała ją od nowa co kilka godzin.
– Martwa, mój chłopcze, martwa. Twoja matka nie reaguje na nic.
– Przecież się rusza!
– Dajesz się zwieść nieistotnym szczegółom. Już ja się znam na truposzach. Widywałem ich u nas dziesiątki.
– U nas?
– We wsi.
– Chcesz powiedzieć, że u siebie! Dla Mamy i dla mnie u nas to jest tutaj!
– W Mocheville?
– Belleville! Mieszkamy w Belleville!
Wykrzyczałem to. Nie mogłem znieść, że mój wujek gardzi tym, co mnie napawa dumą, Paryżem, ośmiornicą, której byłem macką, Paryżem, stolicą Francji, Paryżem z jego alejami, jego obwodnicą, jego dwutlenkiem węgla, korkami, manifestacjami, policjantami, strajkami, Pałacem Elizejskim, jego podstawówkami, liceami, kierowcami, którzy szczekają na siebie, i psami, które nie szczekają, podstępnymi rowerami, wysokimi ulicami, jego popielatymi dachami, na których kryją się szare gołębie, lśniącym brukiem, zmęczoną smołą, gwarnymi sklepami, nocnymi spożywczakami, wyjściami z metra, potwornym odorem rynsztoków, rtęciową atmosferą po deszczu, zmierzchem różowym od spalin, mandarynkowymi latarniami, jego hulakami, żarłokami, włóczęgami, pijakami. Co do wieży Eiffla, naszej cichej olbrzymki, stalowej niani, która nad nami czuwała, każdy, kto jej nie szanował, zasługiwał moim zdaniem na naganę.
Wujek wzruszył ramionami i mówił dalej:
– Twoja matka nie urodziła się tutaj, ujrzała światło dnia w buszu. Och, uwielbiam ten zwrot, „ujrzeć światło dnia”, jakże stosowny w odniesieniu do Fatu, która wyśliznęła się z brzucha swojej matki pewnej upalnej niedzieli. Pamiętam, bo pociłem się jak szczur. A ty o której godzinie się urodziłeś?
– O wpół do pierwszej w nocy.
– Tak myślałem: nie zobaczyłeś światła dnia, zobaczyłeś noc.
Podrapał się po szczęce.
– Gdzie to było?
– W szpitalu.
– W szpitalu! W szpitalu, jakby twoja matka konała… W szpitalu, jakby ciąża oznaczała chorobę… Pielęgniarki i lekarze, oto co dostrzegłeś najpierw, aż litość bierze! Mój biedny Félixie, zastanawiam się, jak możesz zrozumieć swoją matkę.
Łzy napłynęły mi do oczu bez mojego pozwolenia, co mnie oburzyło. Dość! Żadnej słabości! Wystarczająco ciążyło mi to, że jestem dwunastoletnim smarkaczem, nie było potrzeby pogarszać sytuacji, zmieniając się w beczącego gówniarza… Złość powstrzymała płacz, pozwalając mi wypalić:
– Uwielbiam Mamę.
Wujek położył mi rękę na łepetynie. Wydawało mi się, że zgniecie mi mózg, ale po chwili ogarnął mnie płynący z jego dłoni i sękatych stawów spokój.
– Nie wątpię, mój chłopcze. Ale kochać to nie to samo, co rozumieć. Czy zdajesz sobie sprawę, że twoja matka goni resztkami sił?
– Oczywiście! Właśnie dlatego do ciebie napisałem, wujciu, i błagałem cię, żebyś przyjechał z Senegalu.
– Bardzo dobrze. Porozmawiajmy jak mężczyzna z mężczyzną.
Usiadł okrakiem na krześle naprzeciwko mnie i przyjrzał mi się uważnie.
– Co powiedział lekarz?
– Że ma depresję.
Wujek Bamba otworzył szeroko oczy i wykrzyknął:
– A cóż to jest ta depresja? W Afryce tego nie mamy.
– To choroba ze zmartwienia. Lekarze używają określenia „depresja”, kiedy ktoś popada nagle w większe przygnębienie niż poprzedniego dnia, chociaż nic się nie zmieniło. Pojawia się wszechogarniające zniechęcenie i wszystko blokuje.
– Jaką kurację proponują?
– Antydepresanty.
– To działa?
– Sam zobacz, jaki jest rezultat.
Przyjrzeliśmy się Mamie, która właśnie usiadła na stołku – a raczej na niego opadła – niczym kukiełka porzucona przez lalkarza. Miała zwiotczały tułów, przygarbione ramiona, rozluźnione biodra, wykrzywione nogi, zgięty kark. Już żadna energia nie trzymała poszczególnych części Mamy razem.
Wujek Bamba ponownie odezwał się po cichu:
– Błąd w diagnozie. Zaręczam ci, że Fatu jest martwa. Mieszkasz z zombie, które jest twoją matką.
– Przestań!
– I udowodnię ci to. Czym charakteryzuje się umarły? Po pierwsze, już nie słyszy.
Wujek uderzył pięścią w stół. Mama ani drgnęła.
– Twoja matka jest głucha jak pień.
– Może ma jakiś problem z uszami…
– Po drugie, umarły już niczego nie widzi, nawet jeśli ma otwarte oczy. Po trzecie, jego spojrzenie jest puste.
Musiałem przyznać, że oczy Mamy szkliste niczym oczy ryby na straganie, były równie pozbawione wyrazu jak u makreli leżącej na warstwie kostek lodu.
– Po czwarte, skóra umarłego zmienia kolor.
Wskazując ręką swoją młodszą siostrę, wujek zwrócił uwagę na jej cerę kojarzącą się z popiołem – szarawą, zielonkawą – choć jeszcze niedawno Mama mogła się poszczycić karmelową karnacją. Westchnął.
– Po piąte, umarły zupełnie ignoruje innych. Nie ma większych egoistów niż umarli, to naprawdę zakute pały. Czy ona się o ciebie troszczy?
Pobladłem i zapewniłem:
– Przygotowuje posiłki, sprząta mieszkanie…
– Odruchowo, z przyzwyczajenia, jak kura, która nadal biega, chociaż poderżnięto jej gardło.
Spuściłem głowę, przyjmując do wiadomości jego argumenty. Kontynuował tę wyliczankę, wystawiając kciuk lewej dłoni:
– Po szóste, umarły nie mówi. Kiedy rozmawiałeś z matką?
Łzy ponownie napłynęły mi do oczu i zatrzymały się na krawędzi rzęs. Chociaż wujek gotów był wydłużać tę swoją listę, zrezygnował, widząc moją rozpacz. Chwycił mnie za kolana.
– Twoja matka sprawia wrażenie żywej, ale jest martwa, Félixie.
Łkanie się nasiliło. Tym razem pozwoliłem, by mnie pokonało. Żegnaj, honorze! Trudno… Poddałem się, co wprawiło mnie w osłupienie i przyniosło mi ulgę: wreszcie ktoś dzielił ze mną troskę, która przytłaczała mnie od miesięcy, ktoś czuł zaniepokojenie, już nie będę się zamartwiał sam! Chociaż brat Mamy użył przerażających słów, te słowa dręczyły mnie mniej, gdy już zostały wypowiedziane, niż gdy były uwięzione w zakamarkach mojej duszy. Tak, wujek miał rację: straciłem Mamę, porzuciła mnie, mieszkałem u obcej osoby. Gdzie przebywała ta, która opuściła mnie bez pożegnania? Brakowało mi jej… Istniała gdzieś jeszcze? Między dwoma napadami czkawki bąknąłem:
– Da się ją wyleczyć?
– Leczy się żywych, nie umarłych.
– Więc?
– Co?
– Co robimy?
– Hm…
– Nic?
– Wskrzesimy ją!
Wujek wstał, wysmukły, o dumnej postawie, asfaltowej skórze, włosach jak sadza. Przeciągnął się sprężyście, podszedł do okna, wypluł prymkę, którą żuł od deseru – oby tylko dozorczyni nie myła akurat pojemników na śmieci na podwórzu – i wdychał zapach nocy, pocierając kark. Przypomniało mi się, że według Mamy w swojej wiosce ten wysoki, szczupły siłacz był uważany za niezwyciężonego wojownika, nieustraszonego i zawziętego, za ostatnią deskę ratunku w obliczu spadających na mieszkańców nieszczęść. Trochę zaufania! Przede wszystkim nie mogę się kierować jego chwilowym wyglądem, jego powierzchownością rozbawionego Afrykanina, jego stylem króla kiczu, zwłaszcza tego wieczoru, kiedy paradował w szpiczastych karminowych butach z krokodylej skóry stanowiących dodatek do trzyczęściowego kanarkowego garnituru.
Odwrócił się do mnie z niezmąconym spokojem.
– Znasz kogoś, kto wskrzesza zmarłych?
– Nie.
– Okej – odparł flegmatycznie – ja poszukam. Gdzie trzymasz spis?
– Spis? Jaki spis?
– Taką grubą książkę, w której figurują numery telefonów. Tę żółtą, szeregującą ludzi według zawodów.
– Ale… ale nie ma już czegoś takiego!
– Co?
– Korzysta się z internetu.
– Okej, nie ma problemu, daj mi wobec tego swój komputer.
Jego nonszalancja wyprowadziła mnie z równowagi.
– Cholera, wujciu! – wrzasnąłem. – Kogo będziesz szukał? „Wskrzesiciela”?
Zamiast odpowiedzieć, tylko się uśmiechnął.
*
Przez wiele lat Mama przejawiała dokładną odwrotność melancholii, która ją dziś ogłupiała. Była żwawa, tryskająca energią, ciekawska, promienna, wylewna i świergotała jedwabistym, soczystym, dziarskim głosem, który osłabiał jej tropikalny akcent, dziwiła się, oburzała, wszystkim się interesowała, śmiała się z większości rzeczy i obsypywała mnie pocałunkami od świtu – gdy budziła mnie, masując mi plecy – do wieczora, kiedy opowiadała mi zachłannym tonem anegdoty minionego dnia, bo jak powtarzała, „zawsze trzeba opowiadać historie, zanim wystygną”.
Mama prowadziła kawiarnię przy ulicy Ramponneau w dzielnicy Belleville. Była to wąska sala o szafranowych ścianach, w której gromadzili się mieszkańcy z sąsiedztwa. Mama przezornie nazwała swój lokal „W Robocie”, toteż gdy ktoś ze stałych bywalców, oparty łokciami o bar, z telefonem w dłoni gawędził z małżonką, mężem, współpracownikiem czy szefem, którzy pytali go, gdzie jest, odpowiadał całkiem szczerze: „W robocie!”.
– Oto dlaczego do mnie przychodzą i tu jedzą. Nikt nie ośmiela się ich zanudzać ani wzywać, bo są „W Robocie”.
Mama potrafiła nazywać przedmioty, zwierzęta, ludzi. Dzięki temu darowi omijała pułapki egzystencji. Ledwie otworzyła swoje bistro, zerwała tabliczkę „WC” z wiadomych drzwi i nakleiła na nich plakacik z napisem „Sam w zaciszu”. Kotu z sąsiedniego sklepu spożywczego, rudemu kudłatemu kocurowi zwiniętemu w kłębek przy kasie, który drażnił klientów, krztusząc się cztery razy na minutę, nadała nowe imię – Apsik, przezwisko z mety zaakceptowane przez kupujących. Odtąd strofowali go, pękając ze śmiechu, zamiast irytować się przez niego jak wcześniej, zadowoleni, że Apsik kicha, stosownie do swoich skłonności wynikających z imienia.
Siłą rozpędu uratowała lesbijki z ulicy Bisson, dwie postawne gburowate trzydziestolatki, których ostentacyjny związek wywoływał niegrzeczne komentarze chamów, jak się okazało, licznych nawet w naszej dzielnicy. Mama przechrzciła lesby bez ich wiedzy na Belotkę i Rebelotkę. Te określenia szybko się rozpowszechniły, wywołując spontaniczne uśmiechy u tych, którzy mijali obie kobiety – uśmiechy, które z czasem zaczęły w końcu odwzajemniać. Któż teraz wyobrażał sobie ulicę Ramponneau bez Belotki i Rebelotki? Poskarżono by się na ich zniknięcie w merostwie. Dzięki zwykłemu talentowi nazewniczemu Mama sprawiła, że ta para stała się tyleż akceptowana, co zabawna.
Niczym dobra wróżka upiększała życie. Jej dar słów uwolnił od samotności pewną stałą bywalczynię naszego baru, filigranową pannę Tran, zachwycającą Euroazjatkę o mahoniowych tęczówkach, zdecydowanie zbyt powściągliwą, żeby mogła nawiązać z kimkolwiek znajomość. Przychodziła codziennie delektować się kieliszeczkiem sake. Pewnej soboty, gdy przemknęła obok kontuaru z figlarnym szczeniakiem, którego właśnie kupiła, Mama zasugerowała jej, żeby nazwała go „Monsieur”.
– Monsieur?
– Monsieur! Skorzystaj z mojej rady.
Panna Tran posłuchała, nic nie rozumiejąc, i odtąd mężczyźni tłoczyli się wokół niej. Gdy szła na spacer ze swoim pudlem i spuszczała go ze smyczy, wołała psiaka, krzycząc
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.