Feniks na Mieczu - ebook
Zdobył koronę mieczem. Czy zdoła ją mieczem utrzymać? Conan, barbarzyńca, który z dzikich wzgórz Cymmerii doszedł aż na tron Aquilonii, szybko poznaje gorzką prawdę o władzy: korona przyciąga więcej sztyletów niż chwały. W cieniu pałacowych korytarzy zawiązuje się spisek, a niezadowolenie ludu podsycają słowa, których nie sposób uciszyć stalą. Lecz nie wszyscy wrogowie króla są z krwi i kości. W mroku czai się ktoś, kto czekał na tę noc całe lata – i dla kogo zemsta jest warta przywołania sił, jakich żaden władca nie powinien obudzić. Nadciąga noc, która rozstrzygnie los królestwa. Noc, w której barbarzyńca odkryje, że są wrogowie, których nie pokona żadne ostrze – chyba że naznaczy je coś potężniejszego niż człowiek. Pierwsza opowieść o Conanie. Tam, gdzie kończy się polityka, zaczyna się magia – a tam, gdzie zawodzi magia, zostaje miecz.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368914344 |
| Rozmiar pliku: | 372 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
„Wiedz, o książę, że między latami, gdy oceany pochłonęły Atlantydę i jej lśniące miasta, a czasami, gdy wzeszły gwiazdy Synów Aryasa, była Epoka, o jakiej nikomu się nie śniło, kiedy to lśniące królestwa rozpościerały się po świecie niczym błękitne klejnoty pod niebem – Nemedia, Ofir, Brythunia, Hyperborea, Zamora ze swymi ciemnowłosymi niewiastami i wieżami spowitymi pajęczą tajemnicą, Zingara ze swym rycerstwem, Koth graniczący z pasterskimi ziemiami Szemu, Stygia z grobowcami strzeżonymi przez cienie, Hyrkania, której jeźdźcy nosili stal, jedwab i złoto. Lecz najdumniejszym królestwem świata była Akwilonia, panująca niepodzielnie na rozmarzonym zachodzie. Tam to przybył Conan Cymmeryjczyk, czarnowłosy, o posępnym spojrzeniu, z mieczem w dłoni – złodziej, łupieżca i zabójca – pełen przepastnej melancholii i równie przepastnej wesołości, by w swych sandałach deptać klejnotami zdobne trony Ziemi.”
– Kroniki Nemedyjskie
Nad mrocznymi iglicami i lśniącymi wieżycami zaległa widmowa cisza i ciemność, jaka poprzedza świtanie. W ciemny zaułek – jeden z całego labiryntu tajemnych, krętych przejść – czterech zamaskowanych ludzi wsunęło się pospiesznie przez drzwi, które niedostrzegalnie uchyliła smagła dłoń. Nie odzywali się, lecz szybko zniknęli w mroku, szczelnie owinięci w płaszcze; niczym duchy zamordowanych rozpłynęli się w nocnym półcieniu. Za nimi, w szparze drzwi, ukazało się szydercze oblicze; para złych oczu błyszczała złowrogo w półmroku.
– Idźcie w noc, stworzenia nocy – zadrwił głos. – Głupcy, zguba depcze wam po piętach jak ślepy pies, a wy nawet o tym nie wiecie. – Mówiący zamknął drzwi i zaryglował je, po czym ze świecą w dłoni ruszył korytarzem. Był to ponury olbrzym, którego smagła skóra zdradzała stygijskie pochodzenie. Wszedł do wewnętrznej komnaty, gdzie wysoki, szczupły mężczyzna w wytartym aksamicie wylegiwał się na jedwabnej sofie niczym wielki leniwy kot, sącząc wino z ogromnego złotego pucharu.
– A więc, Ascalante – rzekł Stygijczyk, odstawiając świecę – twoi durnie wypadli na ulice jak szczury z nor. Osobliwych narzędzi używasz do swej roboty.
– Narzędzi? – odparł Ascalante. – Cóż, oni też za takowe mnie uważają. Od miesięcy, odkąd Zbuntowana Czwórka przywołała mnie z południowej pustyni, mieszkam w samym sercu siedziby moich wrogów, kryjąc się za dnia w tym podłym domu, a nocą przemykając ciemnymi zaułkami i jeszcze ciemniejszymi korytarzami. I dokonałem tego, czego nie zdołali owi zbuntowani panowie. Działając przez tych i innych agentów, z których wielu nigdy nie widziało mojej twarzy, przeorałem imperium siatką zdrady i niepokojów. Krótko mówiąc, ja, pracując w cieniu, przygotowałem upadek króla zasiadającego na słonecznym tronie. Na Mitrę, byłem mężem stanu, zanim zostałem banitą.
– A ci głupcy, którzy mają się za twoich panów?
– Będą sądzić, że im służę, dopóki nasze obecne dzieło nie zostanie dopełnione. Któż z nich może równać się przebiegłością z Ascalantem? Volmana, karłowaty hrabia Karabanu; Gromel, olbrzymi dowódca Czarnego Legionu; Dion, opasły baron Attalusu; Rinaldo, postrzelony minstrel. To ja jestem siłą, która spoiła stal w każdym z nich, a przez glinę w każdym z nich skruszę ich, gdy nadejdzie pora. Ale to sprawa przyszłości – tej nocy umrze król.
– Kilka dni temu widziałem, jak cesarskie szwadrony opuszczały miasto – rzekł Stygijczyk. – Wyruszyły ku granicy, którą nękają pogańscy Piktowie – a wszystko za sprawą mocnej gorzałki, którą przemyciłem przez rubieże, by doprowadzić ich do szału. Umożliwiło to ogromne bogactwo Diona. Volmana z kolei sprawił, że można było pozbyć się reszty cesarskich wojsk, jakie pozostały w mieście. Dzięki jego książęcym krewniakom w Nemedii łatwo było przekonać króla Numę, by zażądał obecności hrabiego Trocera z Poitain, seneszala Akwilonii; a ten, rzecz jasna, wyruszy z cesarską eskortą, własnym wojskiem oraz Prosperem, prawą ręką króla Conana. W mieście pozostaje więc jedynie osobista straż królewska – prócz Czarnego Legionu. Za pośrednictwem Gromela skaptowałem rozrzutnego oficera tej straży i przekupiłem go, by o północy odprowadził swoich ludzi spod drzwi króla.
Wtedy, w towarzystwie szesnastu moich gotowych na wszystko zabójców, wejdziemy do pałacu sekretnym tunelem. A gdy rzecz zostanie dokonana, choćby nawet lud nie powstał, by nas powitać, Czarny Legion Gromela wystarczy, by utrzymać miasto i koronę.
– A Dion sądzi, że ta korona przypadnie jemu?
– Tak. Ten tłusty głupiec rości sobie do niej prawa z racji odrobiny królewskiej krwi w żyłach. Conan popełnia poważny błąd, pozostawiając przy życiu ludzi, którzy wciąż chełpią się pochodzeniem od dawnej dynastii, której wydarł koronę Akwilonii.