Ferwor - ebook
Regina Brywczyńska wiedzie uporządkowane życie — przynajmniej według własnego przekonania. Wszystko zmienia jedno przypadkowe spotkanie na ulicy w Wilnie, które uruchamia lawinę zdarzeń, nad którymi szybko traci kontrolę.
Wciągnięta w świat politycznych napięć i niebezpiecznych zależności, Regina staje do gry o własną reputację — i o powstrzymanie katastrofy, która wisi nad Warszawą połowy lat dwudziestych.
U boku wiernego sekretarza, Juliusza Tumanka, będzie musiała stawić czoła nie tylko teraźniejszości, lecz także temu, co dawno uznała za zamknięte. Przeszłość potrafi przecież wrócić w najmniej spodziewanym momencie — a zdrada często ma różne oblicza…
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384304068 |
| Rozmiar pliku: | 946 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Wilno, maj 1925
Atmosfera w klasie była duszna i gęsta.
Otwarte okna jednak nie pomagały – z ulicy Mickiewicza, jednej z głównych ulic Wilna, do środka wpływało ciepłe, rozgrzane powietrze, pachnące miejskim kurzem i kwitnącymi bzami.
Dla większości mieszkańców miasta był to po prostu piękny, pełen słońca dzień, jednak dla ponad czterdzieściorga uczniów Gimnazjum im. Lelewela był to sądny dzień – pisemna matura z algebry. Janusz Obrąpalski wytarł spocone nagle dłonie o spodnie. Rzucał nerwowe spojrzenia na boki, zezując często w stronę nieodległej ławki, którą zajmował Staś Ławrynowicz. Staś, jak gdyby nigdy nic, odwracał się właśnie do siedzącego za nim ucznia i coś mu mówił półgłosem. Uczeń jednak nie był wcale skory do rozmowy, zerkał z widoczną obawą w stronę komisji maturalnej, w której zasiadali profesorowie z ich szkoły, na czele z dyrektorem Biegańskim, postrachem całego gimnazjum. Dyrektor miał pociągłą twarz, którą wydłużało jeszcze wysokie czoło, a pod nosem pyszniły się szczotki wąsów. Jego głowa wydawała się nieproporcjonalnie duża w stosunku do reszty raczej drobnego ciała. Nie liczył sobie nawet czterdziestu lat, ale mimo to był najsroższym pedagogiem w całej szkole i podobno nawet w kuratorium woleli się z nim zgadzać, bo zwyczajnie się go bali. Jednocześnie ceniono go za twarde podejście i wysokie wymagania wobec uczniów, którzy, chcąc nie chcąc, musieli dawać z siebie wszystko, by spełnić jego wyśrubowane oczekiwania.
Biegański rozmowę, oczywiście, już zauważył. Jego sokole oko zawiesiło się na Ławrynowiczu i siedzącym za nim młodzieńcu, który, dostrzegłszy czujny wzrok dyrektora, skulił się nieco i pochylił głowę nad kartką z zadaniami z algebry. Ławrynowicz jednak jakby tego nie zarejestrował i wciąż gadał.
Dyrektor chrząknął głośno.
– Pan Ławrynowicz zajmie się łaskawie swoim egzaminem – odezwał się. Staś spojrzał na niego hardo, po jego twarzy błąkał się uśmieszek. Uniósł lekko brodę i odwrócił się na krześle do kolegi za nim, który teraz starał się być wręcz niewidoczny.
Obrąpalski nerwowo obracał ołówek w dłoni.
– Przypominam panom, że trwa egzamin maturalny, a jego zasady panowie powinni mieć świetnie przyswojone, zwłaszcza że jeden z panów podchodzi do niego już po raz drugi – oznajmił dyrektor tubalnym głosem. Uczniowie zerkali rozproszeni znad swoich egzaminów – wiadomo było, że to był przytyk do Stasia, który nie dość, że był mocno starszy od większości maturzystów, liczył sobie bowiem aż dwadzieścia trzy wiosny, to już w zeszłym roku próbował zdać egzamin. Jak widać – bezskutecznie.
Napomnienia nie pomogły, więc dyrektor wstał zza stołu komisyjnego i z groźną miną ruszył wzdłuż ławek, w których siedzieli uczniowie, nagle skupieni na zadaniach z algebry.
Obrąpalski skamieniał.
Czy to już?!
Dyrektor Biegański stanął nad Stasiem, z kciukami wsuniętymi w kieszonki kamizelki.
– Pan Ławrynowicz właśnie zakończył egzamin maturalny – oznajmił sucho i wziął z blatu arkusz egzaminacyjny. Stasiu odwrócił się gwałtownie, ale było już za późno, Biegański spojrzał na pustą kartę Ławrynowicza, poruszył wąsami i uniósł brwi, przez co jego twarz zaczęła przypominać smutnego spaniela. – Proszę, proszę, jak zwykle, widzę, że intelektem pan nie błyszczy – skomentował, odchodząc powoli w stronę stołu komisji. – Może po prostu niektórzy nie nadają się do nauki. Może gdyby zamiast balować i jeździć automobilem jak wariat po Wilnie, przyłożyłby się pan do podręcznika, to choć jeden wzór byłby pan w stanie wyprowadzić, no ale cóż, tego się już nie dowiemy. – Uśmiechnął się złośliwie.
Maturzyści zamarli nad swoimi kartami egzaminacyjnymi. Ich dyrektor nie cieszył się sympatią wśród uczniów. Choć porządnie przygotowywał do egzaminów, jednocześnie potrafił każdemu dopiec do żywego jakąś kąśliwą uwagą.
Obrąpalski odłożył ołówek na blat, wsunął rękę do kieszeni i wymacał zimny, metalowy przedmiot.
Staś Ławrynowicz zerwał się z ławki i wyszarpnął z kieszeni rewolwer.
I wtedy zapanował chaos.
Staś wycelował w dyrektora, ich kolega Adaś Zagórski, z którym tak pysznie chodziło się pić wino nad Wilejką, wykazał się nie lada refleksem, zerwał się bowiem z miejsca i rzucił, by zasłonić dyrektora Biegańskiego. Huk wystrzałów rozdarł egzaminacyjną ciszę. Dwie kule uderzyły w pierś Adama, kolejne dwie – w dyrektora. Pozostali uczniowie i członkowie komisji zrywali się z miejsc, krzesła upadały na podłogę, krew rozbryzgiwała się po sali. Staś wciąż strzelał, inni rzucili się, by go obezwładnić, próbowali chwycić go za ramiona i odebrać broń, jeszcze inni próbowali uciekać, ktoś próbował wyskoczyć w panice przez okno, ktoś przewrócił ławkę i krył się za nią.
Janusz siedział wciąż na swoim miejscu, nieruchomo. Wiedział, przecież wiedział…! A mimo to nie był w stanie się ruszyć. Strzały go nie przerażały, ćwiczyli przecież w Związku Strzeleckim „Strzelec”, ale to – strzały w pomieszczeniu, upadające ciała, zalewająca wszystko krew… na to chyba nie był gotowy. Nie był w wojsku, nie brał udziału w walkach, ale…
Nienawidził swojego życia. Nienawidził tego miejsca, nienawidził tej szkoły i tego miasta.
Kule w rewolwerze Stasia wyczerpały się, co było okazją dla tych, którzy próbowali Ławrynowicza obezwładnić. Przyskoczyli do niego i zabrali mu broń, Staś jednak działał z misją – wyszarpnął z kieszeni granat i wyrwał zawleczkę. Potężny wybuch wstrząsnął budynkiem, sala wypełniła się dymem i smrodem krwi i prochu. Huk ogłuszył wszystkich.
Paradoksalnie huk i wybuch otrzeźwiły Janusza. W mgnieniu oka jakby znalazł się ponownie pod Mińskiem, w rodzinnym majątku – majątku, który przepadł po 1921 roku i traktacie pokojowym, który zredukował całą ich rodzinę do ledwo wiążących koniec z końcem bankrutów na garnuszku litościwych dusz.
Nienawidził tego całym sobą.
Ignorując uporczywy pisk i ból w uszach, zerwał się z miejsca i rzucił do drzwi, by je zatarasować. Kątem oka dostrzegł, że Staś bez ruchu leżał poszarpany przez wybuch kilka metrów dalej, krew mieszała się z pyłem i resztkami drewna, a na podłodze szybko rozlewała się kałuża czerwieni, wsiąkając w deski podłogi. Były też inne ciała, ale nie skupiał się na nich.
– Człowieku, odsuń się! – Jak przez watę do Janusza dotarł krzyk jednego z kolegów. Obrąpalski wyszarpnął z kieszeni rewolwer i wystrzelił do tego, który próbował wydostać się z sali.
– Wszyscy zginiecie! – zawołał, jego własny głos tak dziwnie rezonował mu w głowie. Jednocześnie mierzył z rewolweru. – Nikt stąd żywy nie wyjdzie!
Było kilka minut po jedenastej 6 maja 1925 roku.