Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Festiwal zmian - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 maja 2026
10,10
1010 pkt
punktów Virtualo

Festiwal zmian - ebook

Festiwal zmian to powieść obyczajowa o konfrontacji z oczekiwaniami otoczenia. Dwudziestosiedmioletnia architektka żyje według precyzyjnego planu narzuconego przez rodzinę. Wyjazd na festiwal muzyczny i przypadkowe spotkanie z tajemniczym M. stają się impulsem do przewartościowania dotychczasowej drogi. Zagubienie w tłumie i utrata kontaktu ze światem zewnętrznym wymuszają szczery dialog z własnymi potrzebami. To historia o odwadze porzucenia cudzych marzeń na rzecz budowania własnej tożsamości.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8455-388-6
Rozmiar pliku: 1,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Pociąg przyjechał wcześniej. Wanda z dziewczynami wysiadła na małym dworcu, gdzie powietrze pachniało kurzem, starym drewnem i tanią kawą z automatu. Stała z plecakiem pamiętającym jeszcze jej maturę i torbą z ubraniami na festiwal — miała tam świętować dwudzieste siódme urodziny przyjaciółki. Słońce odbijało się od metalowych ławek, a w cieniu kryły się pajęczyny. Wyglądało na to, że pająki całkowicie przejęły to miejsce.

Pod wiatą, na ziemi, siedział chłopak w spranych dżinsach i czarnej koszulce Iron Maiden. Miał długie włosy, a plecak wcisnął między kolana. Ziewnął, po czym wyjął z torby mały głośnik. Po chwili w powietrzu unosił się cichy szum, a zaraz potem pierwsze charakterystyczne akordy „The Passenger” Iggy’ego Popa. Leniwy, pulsujący głos rozlał się po peronie. Refren brzmiał jak obietnica podróży w nieznane — rytm sam pchał stopę do wystukiwania taktu.

Wanda przymknęła oczy. Poczuła, że sama jest trochę jak ten pasażer: patrzy przez szybę na mijające obrazy, nie do końca wiedząc, dokąd zmierza. Dworzec, ze swoimi pęknięciami, startymi tablicami i ławkami z wygrawerowanymi inicjałami, wydawał się częścią tej samej opowieści. Patrzyła na niego jak architekt, dostrzegając linie, faktury i proporcje, a jednocześnie jak ktoś stojący na rozdrożu.

Po stażu dostała propozycję pracy w wymarzonym biurze w Düsseldorfie. Brzmiało to jak wolność i nowe życie, ale powrót do domu przypomniał jej, jak bardzo rutyna potrafi przydusić. Ledwo wróciła, a rodzina już zaplanowała jej przyszłość — i to w najdrobniejszych szczegółach, włącznie z nią i Filipem: praca u wujka w biurze architektonicznym, najlepiej wkrótce ślub z Filipem (w końcu są ze sobą pięć lat), poza tym, żeby dziecko nie pojawiło się „za późno”. Idealnie byłoby zdążyć z dwójką przed trzydziestymi pierwszymi urodzinami. A ona miała dopiero dwadzieścia siedem lat. Kilka lat z góry rozpisane. I w sumie nikt nie pytał jej o zdanie.

Telefon zawibrował.

„Baw się dobrze” — napisał Filip.

Krótko. Jak życzenia imieninowe dla cioci. Kiedyś wysyłał żarty, zdjęcia, zapewnienia o miłości i tęsknocie. Teraz tylko te trzy słowa. Wanda wciąż pytała siebie: kiedy to się zmieniło? Kiedy przegapiła ten moment? Czy można jeszcze wrócić do tego, co było?

Przez chwilę patrzyła w ekran, jakby szukając w tych słowach czegoś, czego tam nie było. Wzięła głęboki wdech i schowała urządzenie. W tle słychać było śmiechy i rozmowy dziewczyn — jak echo innego świata, w którym nie trzeba było się jeszcze na nic decydować.

Monika, jedna z najbliższych przyjaciółek, zerknęła na ekran.

— No, Wanda… studia skończone, staż zaliczony, wspaniała praca na horyzoncie… to teraz, tak jak powinno być, czas na zaręczyny, co? — mrugnęła i szturchnęła ją łokciem.

Wanda uśmiechnęła się krzywo, udając, że wszystko jest w porządku.

— Tak. Jak powinno być.

Ale w środku wiedziała, że nie chce „jak powinno być”. Ten dworzec, stary i pełen rys, był jak jej życie — solidny, lecz gotowy do przebudowy. Tylko nie miała pewności, czy starczy jej odwagi, by ruszyć pierwszy kamień. Mógłby przecież wszystko zburzyć, a tyle osób na nią liczyło. Nie chciała nikogo rozczarować. Wzięła głęboki wdech i kiedy chowała telefon, spojrzała na niego. Ekran pokazał, że zostało jej ostatnie 10% baterii.

— Świetnie… — mruknęła cicho. To milczenie, które niebawem nastąpi, miało być najlepszym prezentem, jaki mogła dostać.

Zza rogu dobiegł głośny śmiech pozostałych dziewczyn. Kolejny pociąg nadjechał z piskiem hamulców. Wanda złapała swoją torbę, weszła w tłum — jeszcze nie wiedząc, że właśnie zaczyna się historia, którą będzie nosić w sobie przez całe życie.3

Maja szła za mężczyzną. Mimo że miała buty, czuła pod stopami suchy, piaszczysty grunt, który przy każdym kroku skrzypiał lekko, jakby podpowiadał jej, że wciąż idzie w nieznane. Drobinki kurzu unosiły się w powietrzu i osiadały na jej sneakersach oraz spodniach, zostawiając matowy nalot. W rozgrzanym powietrzu mieszały się zapachy: lepka woń słońca, dym papierosowy i aromat rozlanego piwa. Do tego dochodził intensywny zapach smażonych kiełbasek, kukurydzy z masłem i waty cukrowej — wszystko razem tworzyło kakofonię woni, jak muzyka grana jednocześnie z pięciu scen.

Mijali rzędy kolorowych namiotów, z których każdy próbował przyciągnąć uwagę bardziej niż poprzedni. Jeden obwieszono plastikowymi flamingami, z drugiego dobiegało głośne disco lat osiemdziesiątych, a obok ktoś rozłożył prowizoryczny „salon” tatuażu z henny pod gołym niebem. W powietrzu drżał cichy śmiech ludzi. Maja na moment przystanęła, spoglądając na chłopaka, który tatuował coś dziewczynie na kostce. Pomyślała, że zawsze chciała mieć tatuaż, ale nigdy nie potrafiła znaleźć motywu, który zostałby z nią na dłużej niż jeden dzień.

— No i jak, zgadzasz się, że to trochę jak miasteczko w miniaturze? — odezwała się po chwili, chcąc przełamać ciszę. Jej głos zabrzmiał nieco zbyt głośno, jakby próbowała nadać ich spacerowi bardziej cywilizowany ton. — Drewniane konstrukcje, wąskie uliczki… trochę jak w Rumunii, a może nawet jak w południowej Francji.

— Może — odparł, odwracając się przez ramię. W jego oczach mignęło rozbawienie. — Masz szczęście, to jedno z najlepszych miejsc, żeby się zgubić. Chaos jest niedoceniany. — Zrobił krótką pauzę, po czym dodał z lekkim przekąsem: — Ale ty chyba wolisz mieć wszystko pod kontrolą, co?

Maja uniosła podbródek, jakby chciała ukryć lekkie zakłopotanie za pozą pewności siebie.

— Wcale nie. Po prostu lubię wiedzieć, dokąd idę.

— I dlatego zgubiłaś się w labiryncie festiwalu? — spytał z tym tonem, który sprawiał, że przez sekundę miała ochotę przyznać mu rację. Zacisnęła jednak usta i milczała.

Ktoś w przebraniu królika przebiegł obok, trzymając w dłoniach dwie gigantyczne porcje frytek. Maja roześmiała się pod nosem, potrząsając głową. Kiedy spojrzała na mężczyznę, zauważyła, że też się uśmiecha. Właśnie wtedy dotarli do małego browaru ukrytego w bocznej uliczce. Drewniany szyld, chwiejący się na wietrze, skrzypiał cicho, a z wnętrza dobiegał gwar rozmów i brzęk kufli.

— To jest to, które zawsze tu piję — powiedział, wskazując na jedno z piw w menu zapisanym kredą na tablicy. — Rzemieślnicze, trochę droższe, ale ma w sobie coś… — zawahał się, mrużąc oczy, jakby szukał odpowiedniego słowa — …coś wyjątkowego. Duszę.

— A jednak filozofujesz! — Maja uniosła brwi z lekkim uśmiechem, zamawiając to samo. — No dobra, jeśli w piwie jest dusza, to spróbuję. Masz na imię Platon?

— Właściwie to Elvis Presley, ale nie mów nikomu. Staram się unikać fanów — skwitował, unosząc kącik ust.

— Ha, ha. Bardzo śmieszne. To ty zacząłeś filozofować — odpowiedziała, poprawiając włosy, które przykleiły się jej do policzka.

— Ja? Skądże! — roześmiał się, a jego śmiech zabrzmiał lekko i ciepło. — Po prostu w piwie, jak w życiu, szukam czegoś więcej niż tylko… płynu. Takimi rzeczami trzeba się delektować, cieszyć z tego, co się ma.

M. przyniósł po chwili dwa piwa. Gdy stawiał je na stole, piana przelała się delikatnie przez krawędź plastiku. Maja, obserwując go ukradkiem, zastanawiała się, jakie imię mogłoby do niego pasować.

— Ricardo? — rzuciła z udawaną pewnością, opierając łokieć o stół.

— Ricardo?! — parsknął śmiechem tak głośno, że kilka osób przy barze odwróciło głowy. — Brzmi jak z telenoweli. Chyba sporo takich oglądałaś.

— No dobra… czyli nie egzotycznie. To może Norbert?

Skrzywił się teatralnie, unosząc brew.

— Tak miał na imię mój nauczyciel matematyki. Był koszmarny. I codziennie nosił tę samą koszulę w czerwoną kratę.

Maja zachichotała, podnosząc kufel do ust. Zanim zdążyła wymyślić kolejną propozycję, z głośników popłynęła nowa piosenka.

— „She Moves in Her Own Way” zespołu The Kooks — powiedział z dumą.

Melodia ze sceny wypełniła wnętrze prowizorycznego browaru lekkością, której Maja potrzebowała po całym upale i kurzu. Zamknęła na chwilę oczy i pozwoliła, by rytm utworu rozluźnił jej ramiona. Delikatnie kiwała głową, a on, widząc to, uśmiechnął się pod nosem, jakby zapamiętywał ten moment.

— No proszę — mruknął z udawaną powagą. — Jednak potrafisz się wyluzować. Myślałem już, że jesteś robotem.

— Czasem zachowaj komentarze dla siebie — odparła spokojnie, a jej spojrzenie zatrzymało się na jego twarzy. W jego oczach migotało coś pomiędzy żartem a ciekawością, coś, co sprawiało, że trudno było oderwać wzrok.

Wyjęła z plecaka notatnik i kilka ołówków.

— No to już wiem, kim jesteś — powiedział z przekornym uśmiechem. — Artystką. To by wiele wyjaśniało.

— Przestań — machnęła ręką, ale jej policzki delikatnie zaróżowiły się. Gdy położyła notes na stoliku, on pochylił się, by zajrzeć do środka. Oglądał szkice: pałace, wiejskie domki, wąskie kamienne uliczki. Wszystko rysowane ze starannością i czułością.

— Są świetne — powiedział cicho, bardziej do siebie niż do niej. — Naprawdę to ty naszkicowałaś?

— Tak. To mnie odpręża…

Zanim zdążyła dokończyć, zabrał jej ołówek i zaczął szkicować prowizoryczną mapę festiwalu — z polami namiotowymi, straganami, sceną główną i diabelskim młynem.

— Maja, tutaj diabelski młyn? — jej oczy rozbłysły.

— Na pewno nie masz pięciu lat? — zażartował, ale uśmiechnął się kącikami ust.

— A ty jesteś stary! — odparła natychmiast.

— Oczywiście, że jest. Jak na każdym festiwalu. Naprawdę go nie zauważyłaś? Patrz tam.

Spojrzała w stronę, którą wskazał. Gdy zobaczyła błysk świateł nad tłumem, jej twarz rozjaśnił uśmiech.

— Muszę tam iść! — zawołała, a jej oczy błyszczały jak u dziecka. Mężczyzna przyglądał się jej, lekko przechylając głowę. Zastanawiał się, kim właściwie jest ta dziewczyna. Z jednej strony pragnęła kontroli, z drugiej — potrafiła cieszyć się drobiazgami, które inni dawno przestali zauważać. Zaczeła go intrygować.

Ich kufle były już prawie puste, gdy z głośników popłynął kolejny utwór. Tym razem Maja nie miała szans.

— „Snap Out of It” — Arctic Monkeys — powiedział błyskawicznie, unosząc ręce w geście triumfu. — Prowadzę! Piwo i muzyka — to moje specjalizacje.

— Jeszcze nie znaleźliśmy namiotu — odparła, unosząc brew. — Wszystko się jeszcze może zdarzyć.

Poza prowizorycznym browarem festiwal pulsował życiem: gwar rozmów, pojedyncze okrzyki, śmiechy, mieszanka muzyki z różnych stron. W środku browaru czas płynął wolniej, jakby ktoś przyciszył świat. Maja czuła jednak, że to tylko chwilowy oddech przed kolejną falą chaosu. Nie była pewna, co ma zrobić. Zaufać mu? Tylko problem, bo nie potrafiła być sama, no i ten jej całkowity brak planu.

Po wyjściu M. wyciągnął z kieszeni narysowaną mapę festiwalu. Papier zagiął się na rogu, a linie rysowane ołówkiem wyglądały jak ścieżki z dziecięcej zabawy. Uśmiechnął się, widząc jej lekkie wahanie, czy mu zaufać.

— Nie martw się, jestem niegroźny — starał się ją uspokoić.

Maja zaczynała czuć się swobodnie. W jej sercu nie było już miejsca na wstyd. Wanda — jej prawdziwe imię — została gdzieś daleko. On znał tylko Maję, i tak miało pozostać. Sama zaczynała lubić tę wersję siebie — odważną, pewną, potrafiącą postawić na swoim. Była ciekawa, na co jeszcze stać Maję.

— Dobra, generale — powiedziała z lekkim uśmiechem, unosząc brew. — Prowadzisz nas do zwycięstwa? O, wiem! Masz na imię Władysław! — zawołała triumfalnie.

— Chyba nie ta generacja. Dziewczyno, skąd ty bierzesz te imiona? Ja przynajmniej mam plan, a ty masz tylko Władysława — zaśmiał się, po czym spoważniał. — Słuchaj, jesteśmy w pierwszym kwartale. Przejdziemy przez to pole namiotowe, a potem skierujemy się na pola w pobliżu głównej sceny.

Maja, już dużo bardziej rozluźniona niż wcześniej, roześmiała się szczerze.

— To chyba nie najlepszy moment, żebyś tak dumnie się wypowiadał — powiedziała, mrużąc oczy. — Zwłaszcza że ja, w przeciwieństwie do ciebie, wiem, jak wygląda mój namiot.

— Chcesz przejąć dowodzenie? — podał jej mapę.

— Nie, zachowaj ją. Pozwolę ci się wykazać.

Spojrzał na nią poważniej, ale w kącikach jego ust czaił się uśmiech.

— Właśnie. Mam plan. Tak więc — niech mnie poprowadzą!

Ruszyli w głąb pola namiotowego. Mijali namioty obwieszone flagami różnych państw: Polski, Włoch, Hiszpanii, a nawet Argentyny. Zewsząd dobiegały głosy w wielu językach, mieszające się z rytmem bębnów i gwarem tłumu. Maja miała wrażenie, że dopiero teraz dostrzega prawdziwą różnorodność tego miejsca — kalejdoskop ludzi, dźwięków i barw, w którym przez chwilę czuła się częścią czegoś większego.

— Co widzisz? — zapytał M. z ciekawością.

Ona, wciąż patrząc oczami architekta, zawahała się na moment, po czym zaczęła mówić cicho, jakby komentowała plan miasta.

— Ten z flagą Włoch ma konstrukcję jak małe, kamienne domki w Toskanii. A ten z flagą Argentyny… — zmrużyła oczy — …ma w sobie coś z ich barwnej, chaotycznej energii.

— A ludzie? — dopytał łagodnie, pochylając się lekko w jej stronę, jakby chciał, by zobaczyła coś więcej niż tylko formy i kolory.

Zamilkła, przestępując z nogi na nogę. Jej spojrzenie powędrowało po twarzach mijających ich ludzi.

— Niektórzy są zmęczeni słońcem, inni już trochę podpici, ale wszyscy mają ten sam błysk w oczach. Śpiewają, śmieją się, patrzą w niebo… — urwała, po czym dodała ciszej: — Wszyscy są tu po to, żeby przez chwilę poczuć się wolnymi.

Z głośników popłynęły pierwsze nuty kolejnego utworu. Maja uniosła głowę, a w jej oczach pojawiła się iskra.

— To znam! — powiedziała z entuzjazmem. — Zawsze słucham tego w drodze do pracy. „I Will Wait”, Mumford & Sons. Punkt dla mnie, i to w jakim stylu! Panie i panowie ta dama jest znów w grze.

M. uśmiechnął się pod nosem.

— Możesz przecież udawać, że znasz tytuł — zażartował, obserwując, jak przez jej twarz przenika dumny uśmiech.

— Nie udaję. Pewnie wstyd ci się przyznać, że nie znasz takiej piosenki. — Zmrużyła oczy i uniosła kącik ust. — No dobra, a ty co widzisz, M.? A może… Marcin? Co widzisz, Marcin?

— Nie mam pojęcia, co widzi Marcin — odparł spokojnie. Maja uniosła brew, czekając na ciąg dalszy. — Marcin to imię dla miłego sąsiada, którego spotyka się na spacerze z psem. A ja… — jego głos na moment złagodniał — …ja widzę ludzi, którzy naprawdę są „tu i teraz”. Słyszę ich śmiechy, muzykę, rozmowy. Czuję ten puls, który drży w powietrzu. I widzę też to, co się stanie, gdy to wszystko się skończy — kiedy trzeba będzie wrócić do codzienności, w której śmiech nie brzmi już tak często.

Zamilkł. Poczuła, że się odsłonił, choć starał się tego nie okazać. On również to wyczuł i odchrząknął, zmieniając temat. Idąc chwilę w ciszy, Maja myślała o tym, co powiedział. Rzeczywiście, już się tyle nie śmiała co kiedyś, a dziś — tak. I to przez niego. Po głowie chodziła jej myśl, że może nie powinna się tak dobrze bawić.

Scena znów odezwała się z nowymi dźwiękami.

— „What You Know” — Two Door Cinema Club — rzucił, odzyskując lekkość. — I dama znów w tyle.

— Masz rację, trzeba będzie kiedyś wrócić — odpowiedziała cicho, z czułością, której sama się nie spodziewała. — Ale do tego czasu spróbujmy się już nie zgubić. A ja ci pokażę, co ta dama potrafi.

M. spojrzał na nią z miękkim uśmiechem.

— Mam tylko nadzieję, że naprawdę wiesz, jak wygląda twój namiot. I że setki innych ludzi nie kupiły identycznego.

Maja roześmiała się, potrząsając głową. W duchu pomyślała, że on pewnie ma rację. Co, jeśli takich namiotów ja Sary, były dziesiątki? Kiedy Sara go kupiła? I gdzie?

Ruszyli dalej w głąb festiwalowego zgiełku. Maja czuła, że misja poszukiwawcza potrwa dłużej, więc w końcu przyznała:

— Właśnie sobie przypomniałam, że muszę coś zjeść. Zaczynam tracić siły — powiedziała, przeciągając się lekko. — Jak jestem głodna, robię się marudna.

— Tylko jak jesteś głodna? — M. przewrócił oczami, ale w jego tonie brzmiała rozbawiona troska. — A jesteś pewna, że twoje przyjaciółki cię nie zgubiły celowo? — dodał z przekąsem.

— Jestem fantastyczną towarzyszką! Na pewno tęsknią i się martwią. — Udając oburzenie, oparła dłonie na biodrach. — Poza tym jesteś okropny! Właśnie dlatego musimy coś zjeść. Bo nie chcę się zmienić w Zgredka.

— W takim razie przerwa strategiczna — podsumował i zaczął się rozglądać za stoiskami z jedzeniem. — Z tym nie mogę dyskutować.

Szli przez tłum — obok ktoś biegł owinięty we flagę i tylko w nią, inny tańczył z butelką w dłoni. W powietrzu unosił się pył, a z głośników popłynęły znajome akordy.

— „Scar Tissue”, Red Hot Chili Peppers — rzuciła natychmiast. — Jestem w tym naprawdę świetna.

On spojrzał na nią i otworzył usta, by coś powiedzieć, a wtedy jego telefon zawibrował. Spojrzał na ekran. Nie odszedł, rozmawiał przy niej.

— Tak, muszę coś zjeść i ogarnąć parę rzeczy, ale zaraz będę. Tak, namiot jest tam, gdzie w zeszłym roku. — powiedział do słuchawki. — Odezwę się, jak będzie po wszystkim.

Gdy odłożył telefon, Maja uniosła brew.

— Twoi znajomi nie mogą pomóc w poszukiwaniach? — w głosie było słychać nadzieję.

— Gdyby pomogli, poznałabyś moje imię — odparł z lekkim uśmiechem. — A przecież masz je odgadnąć sama.

— Okej, czyli nie jesteś Dawid? — zapytała z rozbawieniem.

— Tak, oczywiście, jestem Dawid. Raz do roku uciekam z muzeum we Florencji, żeby wpaść tu na festiwal. — Pokiwał głową z udawaną powagą.

Maja parsknęła śmiechem.

— Chciałbyś być Dawidem. Ja do dziś mam jego miniaturową kopię na biurku.

— Nigdy nie chciałbym nim być. Wyobraź sobie cały czas stać nago. Na co masz ochotę? — zapytał, nagle poważniejąc. — Nie pozwolę, żebyś mi tu padła z głodu.

— Skoro ty wybierałeś piwo, ja wybiorę jedzenie. Burgera — szybko, konkretnie i bez zbędnych filozofii.

Stanęli w kolejce do food trucka, który znajdował się niedaleko. Z wnętrza dobiegał syk tłuszczu, zapach mięsa mieszał się z karmelizowaną cebulą i dymem z grilla, co sprawiło, że oboje poczuli się bardzo głodni. Ludzie wokół śmiali się, ktoś grał na ukulele, a dziewczyna obok śpiewała refren piosenki w języku, którego oboje nie rozpoznali.

— Dwa burgery i jedną porcję frytek — zamówiła Maja.

— Jedną? — uniósł brew M.

— Tak, będziemy się dzielić. Nie zjem całej, a nie wyrzucam jedzenia. I nie dyskutuj, to decyzja ostateczna.

M. tylko uśmiechnął się pod nosem.

— Tak jest szefowo.

Po chwili siedzieli w cieniu, z tackami w rękach. Maja oparła głowę o drzewo, wsłuchując się w melodię — znajomą, ale nie potrafiła dopasować tytułu i wykonawcy.

— „Last Nite” — The Strokes — dodał bez pośpiechu.

— No nie! — zaprotestowała Maja. — Przez ten hałas nie mogłam się skupić!

— Wymówki. Trzeba umieć przegrywać z godnością — stwierdził z szelmowskim uśmiechem.

Jedli w milczeniu. Sos spływał po jej dłoni, a Maja oblizała palce, śmiejąc się cicho.

— To najlepsze burgery, jakie jadłam — stwierdziła z zachwytem.

— Jadłem lepsze — odparł beznamiętnie, choć w oczach błyszczał mu uśmiech.

— Czy jest coś, co kiedykolwiek cię zadowoliło?

— Jeszcze nie — rzucił, a potem dodał ciszej: — Ale może dziś. Jak się w końcu ciebie pozbędę.

Maja wiedziała, że on żartuje. Poczuła ciepło, które nie miało nic wspólnego z upałem. Skupili się na jedzeniu, czuli jakby znali się od lat. W tle rozbrzmiały nowe dźwięki, które przerwały im posiłek.

— „Gold on the Calling”! — krzyknęła z entuzjazmem.

M. zachichotał.

— Prawie. „Gold on the Ceiling” — The Black Keys.

— Pan mądrala — mruknęła, szturchając go łokciem. — Na pewno masz na imię Teodor? Jak mój nauczyciel geografii — taki wszystko wiedzący.

— Znowu pudło. — Uśmiechnął się, rozsiadając wygodniej.

— Uwielbiam festiwale — westchnęła, przymykając oczy. — Zawsze czułam się na nich jak na innej planecie. Muzyka, która przechodzi aż do duszy… i ludzie, którzy zachowują się, jakby znali cię od lat.

— Ja lubię siedzieć i słuchać muzyki — powiedział cicho, niemal szeptem. — Zamykam oczy i przenoszę się. Tutaj czas płynie inaczej. — W prawdziwym świecie biegasz z telefonem i kalendarzem w ręku. A tutaj liczy się tylko to, czy twoje ciało poczuje tę piosenkę. W codzienności słuchasz czegoś i przechodzisz obok. Tutaj… tutaj stajesz się częścią muzyki.

Oni siedzieli i słuchali a wokół toczyło się życie — piłka plażowa wędrowała od rąk do rąk, ktoś podrzucał dziewczynę w powietrze. Jakaś para robiła sobie selfie na tle tłumu. Ktoś szukał Zbyszka.

— A jak tam twoje okno architekta? Co widzisz teraz? — zapytał półżartem.

Maja rzuciła mu spojrzenie spod przymkniętych powiek.

— Oko, nie okno. I może przestań wszystko wyszydzać. Nie miałeś nigdy czegoś, co naprawdę miało dla ciebie sens?

W tym momencie obok nich przeszedł chłopak z gitarą — ten sam, który wcześniej stroił instrument. Zagrał „Have You Ever Seen The Rain”. Maja zamknęła oczy. Czując spokój, który sam ją zaskoczył.

— Ten utwór zaczyna mi się naprawdę podobać — powiedziała. — Nie wiem tylko, czy jest wesoły, czy smutny.

Siedzieli obok siebie, ale z przestrzenią między nimi. W ich ciszy było teraz coś naturalnego, coś co łaczy ludzi, którzy znają się od lat. Słońce było jeszcze wysoko na niebie, a światło ślizgało się po ich twarzach. Gdzieś w oddali słychać było wiwatujący tłum, jak oddech samego festiwalu.

Maja czuła, że pierwszy raz od dawna jest „tu i teraz”. Nie myślała o Filipie, o namiocie, ani o tym, kim naprawdę jest. Była Mają — lekką, wolną, obecną, słuchająca muzyki.

M. przyglądał się jej ukradkiem, zaskoczony tym, jak dobrze się przy niej czuje. W końcu odchrząknął.

— Chodź księżniczko — powiedział cicho. — Musimy iść dalej. Zostało jeszcze kilka miejsc a do północy niedaleko.

— A co? O dwunastej musisz byc w śpiworze? — była dumna ze swojej uwagi.

— Auć, na pewno się najadłaś? Niemiła jesteś — M. nie dawał za wygraną.

Powoli przedzierali się w stronę strefy koncertowej, a każdy krok wciągał ich głębiej w wir festiwalu. Wokół pulsowało życie — z oddali dobiegały basy, które drżały w powietrzu, jakby serce całego wydarzenia biło gdzieś przed nimi. Zapach smażonych burgerów, przypalonego sera i słodkiego, lepkiego piwa mieszał się w gęstym powietrzu, które aż tętniło kurzem.

Maja miała na sobie czarny T-shirt i ulubione ciemnoniebieskie jeansy, które do połowy łydek były już szare. Włosy, rozjaśnione słońcem, były lekko splątane od wiatru, a na nadgarstkach brzęczały kolorowe festiwalowe opaski. M., idący obok, trzymał dłonie w kieszeniach luźnej bluzy z podwiniętymi rękawami; na jego lewym przedramieniu widniał tatuaż gitary, a ciemne włosy miał potargane, jakby wiatr specjalnie układał je w artystyczny nieład.

— Mogę zapytać, jak to w ogóle możliwe, że się zgubiłaś? — odezwał się po chwili, z uśmiechem, w którym nie było już kpiny. — Chyba że zrobiłaś to specjalnie?

Maja teatralnie przewróciła oczami.

— Oczywiście, że nie! — odparła, a jej głos na moment przycichł. — To… trochę wstydliwe.

Nagle zza tłumu dobiegły charakterystyczne akordy. Zmrużyła oczy, nasłuchując.

— The Killers, „Mr. Brightside”! — krzyknęła, a jej twarz rozświetlił uśmiech. — Jeden z moich ulubionych!

M. spojrzał na nią z czymś, co wyglądało jak czysta sympatia.

— Punkt dla ciebie. Więc? Co się takiego wstydliwego stało?

Podmuch wiatru przyniósł z pobliskiego stoiska zapach przyprawionych frytek. Maja, czując, że moment jest dobry, zaczęła mówić:

— Zatrzymałam się przy stoisku z rękodziełem. Był tam obraz… obrazek, ilustracja. Sama nie wiem, jak się nazywał, ale wiem, że to była akwarela. Wszystko wydawało się rozmyte, jak we śnie — jakby ktoś malował wodą na wodzie. W centrum znajdowała się scena — maleńka, delikatnie zaznaczona kilkoma pociągnięciami pędzla. Muzycy byli ledwie szkicami, sylwetkami, które prawie znikały w barwach. Ale pod sceną… pod sceną kłębił się tłum. Nie ludzie, tylko plamy i smugi kolorów, setki rąk wzniesionych ku górze, jakby malarz uchwycił nie ciała, a samo uniesienie. Nad nimi ciemne, granatowe niebo rozmywało się w strugach deszczu. Krople nie były kroplami — wyglądały jak strzępy atramentu rozlewające się po papierze, jak muzyka, która spływała z góry razem z wodą. Wszyscy na tym obrazie tańczyli. Tańczyli w deszczu, który nie gasił ich, ale stawał się częścią muzyki. Byli wolni, mieli energię. Patrzyłam na to tak długo, że kiedy się odwróciłam, dziewczyn już nie było.

Przy ostatnich słowach nieświadomie dotknęła karku — jakby chciała się upewnić, że sama nie rozpływa się w tym wspomnieniu.

M. słuchał w milczeniu, a jego wzrok złagodniał, jakby naprawdę widział ten obraz.

— Deszcz to dla mnie po prostu woda. Mokra, zimna. Plus taki, że nie muszę podlewać ogródka — mruknął, ale w jego tonie nie było kpiny.

— Wiem, że to brzmi głupio, ale zawsze chciałam zatańczyć w deszczu — przyznała, splatając dłonie na kolanach, jakby bała się zabrzmieć zbyt naiwnie. — Powiedziałam kiedyś o tym Filipowi… uznał, że to bez sensu.

— Widziałaś to w filmie?

— Nie, to znacz tak, ale dla mnie to takie oczyszczenie, takie magiczne. Ma w sobie coś, o czym się dziś zapomina.

W tłumie obok nich ktoś wybuchnął śmiechem, a niedaleko rozległ się dźwięk otwieranej w pośpiechu puszki. Za nimi grupa ludzi w kapeluszach z papieru bez koszulek machała transparentem z napisem FREE HUGS.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij