Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Filary. Tom 1. Remember Me - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
22 maja 2026
47,99
4799 pkt
punktów Virtualo

Filary. Tom 1. Remember Me - ebook

Wojna ich rozdzieliła. Połączyło – przeznaczenie.

Razem mogą ocalić ludzkość… albo sprowadzić na nią zagładę.

Republika jest ostatnim bastionem ludzkości. Jej mieszkańców strzegą Filary – starożytna technologia chroniąca przed wirusem, który zmienia ludzi w nadludzko silne, bezwolne maszyny do zabijania. Dopóki Filary działają, świat trwa w równowadze.

Chloé Shadowtail, córka byłej podpułkownik i ekspertki ds. skażenia, od lat żyje w cieniu cudzych decyzji. Gdy spotyka kapitana Michaela Caina, rozpoznaje w nim przyjaciela z dzieciństwa – chłopca, którego niegdyś kochała jak brata. Uciekając przed zaaranżowanym małżeństwem, postanawia zaciągnąć się do wojska i odzyskać utraconą relację.

Nie wie jednak, że wojna i lata służby w armii zmieniły Michaela w ponurego, bezwzględnego i zabójczo skutecznego dowódcę niesławnej jednostki taktycznej, znanego jako Rzeźnik ze 113-tki.

Chaos jest tylko kwestią czasu – starożytna technologia słabnie, a w bazie pojawia się pierwszy Skażony. Tymczasem młody, ambitny dowódca batalionu, major Emil Stallard, zdaje się mieć własne powody, by trzymać się jak najbliżej Shadowtail i Caina…

Chloé szybko będzie musiała zdecydować, komu może zaufać. Bo stawką w tej rozgrywce okaże się nie tylko jej życie… ale i serce.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Fantasy
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-491-4
Rozmiar pliku: 1,6 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Close your eyes and call my name,

tho­ugh Time’s trans­for­med our love into pain

and scat­te­red our me­mo­ries like by­go­ne de­bris,

keep me in your he­art – re­mem­ber me.

Clo­se your eyes and take my hand,

let me mark you mine with a bur­ning brand.

Till the cur­sed path le­ads us whe­re I’m bo­und to be,

feel me on your skin – re­mem­ber me.

Clo­se your eyes and make a vow,

seal it with a pray­er, a de­vo­ted bow.

Till the jo­ur­ney’s over and Time sets you free,

tie me to your soul – re­mem­ber me.

Wezwij moje imię, kie­dy przy­mkniesz oczy,

choć Czas na­szą mi­łość w ból prze­isto­czył,

roz­rzu­cił wspo­mnie­nia na prze­szło­ści dnie,

za­cho­waj je w ser­cu – pa­mię­taj mnie.

Uj­mij moją dłoń, kie­dy przy­mkniesz oczy,

przyj­mij znak pa­lą­cy, niech na skó­rze wtło­czy

po­tę­pio­ny trakt, na któ­ry prze­zna­cze­nie pchnie,

wpleć go w swo­je pal­ce – pa­mię­taj mnie.

I złóż mi przy­się­gę, kie­dy przy­mkniesz oczy,

od­daj w mą nie­wo­lę, jej kres Czas od­ro­czy.

Skroń swą po­chyl kor­nie w nie­ła­ska­wym śnie,

zwiąż mnie z swo­ją du­szą – pa­mię­taj mnie.PROLOG

Nie ukry­wam, że gdy my­ślę o tym dniu z per­spek­ty­wy cza­su, mam mie­sza­ne uczu­cia. Nie raz za­sta­na­wia­łem się, jak po­to­czy­ło­by się moje ży­cie, gdy­bym pod­jął wte­dy inną de­cy­zję. Czy to moż­li­we, że mo­głem za­po­biec temu, co się wy­da­rzy­ło? Czy mo­głem ich oca­lić, czy też by­łem po pro­stu nic nie­zna­czą­cym try­bi­kiem w nie­po­wstrzy­ma­nej ma­chi­nie losu?

I – co naj­waż­niej­sze – czy gdy­bym wie­dział to, co wiem te­raz, po­now­nie za­mie­nił­bym swo­je bez­tro­skie ży­cie wśród ro­dzi­ny i przy­ja­ciół na te kil­ka lat z nią, na pust­kę po jej odej­ściu?

Je­den gor­szy dzień. Nie­wła­ści­wy wy­bór. Mło­dzień­czy wy­bryk.

Chwi­la py­chy, któ­ra mia­ła mnie tak wie­le kosz­to­wać.

Gdy wy­ska­ki­wa­łem z łóż­ka tam­te­go dnia, pod­eks­cy­to­wa­ny tym, co na mnie cze­ka, na­wet nie prze­szło mi przez myśl, że dla kil­ku klep­nięć w ple­cy stra­cę za­ufa­nie ojca i za­ry­zy­ku­ję ży­cie nas wszyst­kich.

Za­my­kam oczy i znów je­stem na skra­ju lasu. Po­mię­dzy źdźbła­mi su­chej tra­wy, na tle bez­kre­snych pia­sków Pust­ko­wia, wi­dzę bia­łe ki­tle i ciem­ne mun­du­ry. W uszach dud­ni huk zwal­nia­nych blo­kad Spo­pie­la­czy i wy­cie sil­ni­ków mak­sy­mal­­­nie ob­cią­żo­nych cię­ża­ró­wek.

I wresz­cie są oni.

Ska­że­ni, po­two­ry w ludz­kiej skó­rze.

To praw­da – w koń­cu coś o tym wiem.

Pa­mię­tam, że po­my­śla­łem, że wy­glą­da­ją zu­peł­nie nor­mal­nie.

A po­tem pa­ni­ka, prze­ra­że­nie, cha­os, ciem­ność.

Obu­dzi­łem się w szpi­ta­lu woj­sko­wym.

Chcia­łem usiąść, ale coś blo­ko­wa­ło moje ru­chy. Ro­zej­rza­łem się na wpół przy­tom­nie; mój wzrok był nie­ostry, umysł za­mglo­ny. Zmru­ży­łem oczy. Na łóż­ku obok le­żał Mi­cha­el, wpa­try­wał się w su­fit i po­ru­szał usta­mi, szep­ta­jąc coś do sie­bie. Co kil­ka mi­nut szar­pał sil­nie za gru­be pasy, któ­ry­mi był przy­pię­ty do łóż­ka, i zda­łem so­bie spra­wę, że to dla­te­go ja też nie mogę się ru­szyć.

Na­gle gdzieś w tyle gło­wy po­ja­wi­ło się bo­le­sne pul­so­wa­nie. Mo­ni­tor przy moim łóż­ku za­pisz­czał wście­kle, a ja za­ci­sną­łem zęby, gdy moją skroń prze­szy­ło nie­spo­dzie­wa­ne ukłu­cie. Mia­łem wra­że­nie, jak­by ktoś wsu­nął mi nóż w czasz­kę i po­wo­li nim ob­ra­cał.

To wła­śnie wte­dy usły­sza­łem go po raz pierw­szy – ten zło­wro­gi szept mó­wią­cy moim gło­sem. Szept, któ­ry spra­wiał, że przez moje cia­ło prze­ta­cza­ły się fale prze­ra­że­nia – i z po­cząt­ku nie cho­dzi­ło na­wet o to, co mó­wił, ale że w ogó­le tam był. Że nie po­tra­fi­łem go uci­szyć. Że w pew­nym mo­men­cie nie wie­dzia­łem już, czy to wciąż ja.

Krzyk­ną­łem gło­śno i szarp­ną­łem za trzy­ma­ją­ce mnie wię­zy. Ser­ce wa­li­ło mi w pier­si, a jego echo dud­ni­ło w uszach.

Przy moim łóż­ku po­ja­wi­ła się pie­lę­gniar­ka, rzu­ci­ła krót­kie spoj­rze­nie na wią­żą­ce mnie pasy i le­d­wie do­strze­gal­nie ode­tchnę­ła z ulgą. Przez chwi­lę spo­glą­da­ła na wskaź­ni­ki na sto­ją­cym obok mo­je­go łóż­ka ekra­nie i szyb­ko za­no­to­wa­ła coś na pod­kład­ce.

Za­mkną­łem oczy, a gdy je znów otwo­rzy­łem, stał tam mój oj­ciec. Oparł się o po­ręcz łóż­ka. Jego uło­żo­ne wło­sy prze­ci­nał rów­ny prze­dzia­łek, spod rę­ka­wów ma­ry­nar­ki wy­sta­wa­ły man­kie­ty śnież­no­bia­łej ko­szu­li spię­te zło­ty­mi spin­ka­mi. Głos uwiązł mi w gar­dle. Chcia­łem być dziel­ny – po­ka­zać mu, że się nie boję – ale zdra­dzi­ło mnie urzą­dze­nie mo­ni­to­ru­ją­ce bi­cie mo­je­go ser­ca.

Z jego ust nie pa­dło na­wet jed­no sło­wo wy­rzu­tu. Wiem, że ni­g­dy nie zra­nił­by mnie wprost. Sta­rał się mnie ko­chać. Mnie – dziec­ko, któ­re wy­rwa­ło ostat­nie tchnie­nie spo­mię­dzy warg wy­bran­ki jego ser­ca. Mimo to wi­dzia­łem, że cie­pły blask, z któ­rym za­zwy­czaj na mnie spo­glą­dał, znikł bez­pow­rot­nie.

Za­wio­dłem go.

Choć my­ślę, że w głę­bi du­szy, tam gdzie skry­wa­my swo­je naj­czar­niej­sze my­śli, spo­dzie­wał się, że tak bę­dzie.

Ock­ną­łem się w ko­lej­nym szpi­ta­lu.

Urzą­dze­nia wo­kół mnie szu­mia­ły mia­ro­wo. W gło­wie czu­łem bo­le­sne pul­so­wa­nie, choć nie był to już ten prze­szy­wa­ją­cy, nie­zno­śny ból, któ­ry unie­moż­li­wiał ze­bra­nie my­śli. Na­dal by­łem przy­wią­za­ny, ale pasy były luź­niej­sze. Mu­sia­łem le­żeć już w łóż­ku bar­dzo dłu­go, bo moje mię­śnie zdrę­twia­ły i każ­dy ruch spra­wiał wra­że­nie wy­mu­szo­ne­go. Z wy­sił­kiem unio­słem dłoń i do­tkną­łem opa­trun­ku za uchem.

Drgną­łem, gdy tuż przy nim roz­legł się zna­jo­my szept. Nie wiem, jak dłu­go le­ża­łem nie­ru­cho­mo, prze­ra­żo­ny, pod­czas gdy on prze­ma­wiał do mnie drwią­co, zło­wro­go, mo­no­ton­nie po­wta­rza­jąc moim gło­sem te same sło­wa:

Za­bij ich wszyst­kich. Mu­sisz za­bić ich wszyst­kich.

Wie­dzia­łem już, co to zna­czy.

By­łem ska­żo­ny.

Mój przy­ja­ciel też.

To wte­dy po raz pierw­szy do­tar­ło do mnie, że ni­g­dy już nie zo­ba­czę się z oj­cem, że nie będę mógł wró­cić do swo­je­go ży­cia, że będę le­żał przy­ku­ty do tego łóż­ka aż do śmier­ci, po­wo­li tra­cąc zmy­sły, aż zo­sta­nie tyl­ko po­wło­ka dla po­two­ra, któ­rym się sta­łem.

Po­my­śla­łem, że le­piej by­ło­by, gdy­bym umarł.

Chcia­łem umrzeć.

Nie. Ja za­słu­gi­wa­łem na to, żeby umrzeć.

Usły­sza­łem stłu­mio­ne gło­sy i sze­lest od­su­wa­nych drzwi. Ktoś wszedł do po­ko­ju i sta­nął przy moim łóż­ku. Głos w mo­jej gło­wie na­tych­miast roz­brzmiał pod­eks­cy­to­wa­niem:

Za­bij ich wszyst­kich. Mu­sisz za­bić ich wszyst­kich.

Pod­nio­słem dłoń.

– Za­bij mnie – wy­chry­pia­łem sła­bo. – Je­stem ska­żo­ny. Za­bij mnie. Pro­szę. Nie chcę być po­two­rem…

Klu­cha, któ­ra uro­sła mi w gar­dle, za­blo­ko­wa­ła dal­sze sło­wa. Nikt nie od­po­wie­dział, choć wie­dzia­łem, że nie je­stem sam. Ob­ró­ci­łem lek­ko gło­wę i roz­chy­li­łem po­wie­ki.

Przy moim łóż­ku sta­ła dziew­czyn­ka w moim wie­ku, o naj­bar­dziej błę­kit­nych oczach ja­kie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem. Bu­rza splą­ta­nych brą­zo­wych lo­ków oka­la­ła jej twarz. Pa­trzy­ła na moją dłoń na­chmu­rzo­na, wy­dy­ma­jąc małe usta. Na­po­tka­ła moje spoj­rze­nie. Unio­sła brwi, a jej oczy się roz­sze­rzy­ły.

Dwa ka­wał­ki przej­rzy­ste­go nie­ba. Nie mo­głem ode­rwać od nich wzro­ku.

A po­tem do­tknę­ła mo­jej dło­ni.ROZDZIAŁ 1

Chloé Sha­dow­ta­il otwo­rzy­ła oczy i przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w ota­cza­ją­cą ją ciem­ność. Nie­za­leż­nie od pory roku za­wsze bu­dzi­ła się przed brza­skiem. Ser­ce tłu­kło się w jej pier­si jak dzi­ki ptak za­mknię­ty w klat­ce, za­wsze przez ten sam sen. Za­zwy­czaj pa­mię­ta­ła każ­dy szcze­gół, ale cza­sa­mi – jak dziś – bu­dzi­ła się z pust­ką w gło­wie i po­czu­ciem, że stra­ci­ła coś bar­dzo waż­ne­go. Do­tknę­ła mo­krych po­licz­ków i ode­tchnę­ła z tru­dem przez za­ci­śnię­te gar­dło.

Przez chwi­lę wsłu­chi­wa­ła się w od­gło­sy wy­da­wa­ne przez ich sta­ry drew­nia­ny dom, bo ci­sza po­ran­ka ni­g­dy nie była tu ab­so­lut­na. Wręcz prze­ciw­nie, zda­wa­ła się żywa, wi­bru­jąc dźwię­ka­mi, któ­re moż­na było usły­szeć tyl­ko o tej po­rze dnia. Bel­ki su­fi­tu skrzy­pia­ły lek­ko pod cię­ża­rem da­chu i raz po raz roz­le­gał się ci­chy trzask, jak­by dom prze­cią­gał się po dłu­gim śnie. Wiatr prze­ci­skał się przez szpa­ry i sze­le­ścił skrom­ną fi­ran­ką w oknie. Zbli­ża­ła się je­sień, a wraz z nią krót­sze dni i dłu­gie, chłod­ne wie­czo­ry.

Wes­tchnę­ła ci­cho. Wy­cią­gnę­ła dłoń i do­tknę­ła ple­ców śpią­cej obok ko­bie­ty, szu­ka­jąc kom­for­tu w jej bli­sko­ści.

– Śpij – po­wie­dzia­ła ta ochry­ple, ale od­wró­ci­ła się i za­mknę­ła ją w cie­płym uści­sku. – To tyl­ko zły sen.

Chloé uśmiech­nę­ła się i przy­mknę­ła oczy. Wie­dzia­ła do­brze, że już nie za­śnie, ale po­czu­ła po­wra­ca­ją­cy spo­kój.

Gdy tyl­ko za­czę­ło świ­tać, wy­su­nę­ła się spod cie­płej po­ście­li. Szyb­ko zdję­ła pi­ża­mę i za­ło­ży­ła sta­ran­nie od­wie­szo­ną ubie­głe­go wie­czo­ru zwy­kłą sza­rą su­kien­kę. Ze ści­śnię­tym gar­dłem spoj­rza­ła na wy­chu­dzo­ne cia­ło śpią­cej ko­bie­ty. Okry­ła ją tro­skli­wie do­dat­ko­wym ko­cem i usia­dła na łóż­ku, słu­cha­jąc jej płyt­kie­go od­de­chu. Na­gły atak kasz­lu spra­wił, że ko­bie­ta otwo­rzy­ła oczy.

– Już ra­nek? – za­py­ta­ła na wpół prze­bu­dzo­na.

– Śpij, mamo – od­po­wie­dzia­ła Chloé, ści­ska­jąc jej dłoń. – Za­wo­łam cię na śnia­da­nie.

– Do­brze. Jesz­cze tyl­ko dzie­sięć mi­nut.

Chloé uśmiech­nę­ła się uśmie­chem, któ­ry nie się­gnął jej oczu. Od lat bez­sil­nie ob­ser­wo­wa­ła roz­wój cho­ro­by mat­ki: mo­men­ty, gdy za­czę­ła tra­cić na wa­dze, gdy za­czę­ła się z tru­dem pro­sto­wać z po­wo­du bólu ple­ców, gdy płyt­ki od­dech w nocy prze­cho­dził w du­szą­cy ka­szel. Od kil­ku mie­się­cy po­da­wa­ła jej eks­trakt z ziół na zła­go­dze­nie bólu. Nic wię­cej nie mo­gła dla niej zro­bić.

Spraw­nie roz­nie­ci­ła ogień w kuch­ni i wsta­wi­ła wodę na her­ba­tę. W spi­żar­ni oprócz zgro­ma­dzo­nych nie­wiel­kich za­pa­sów żyw­no­ści wi­sia­ły pęki su­szo­nych ziół, a na pół­kach pię­trzy­ły się sło­iki peł­ne ma­ści, na­le­wek i lecz­ni­czych eks­trak­tów. Jej mat­ka, Ca­mil­la, była nie­gdyś zna­ko­mi­tą le­kar­ką i Chloé czu­ła, że po­win­na pójść w jej śla­dy, po­ma­gać tym, o któ­rych sys­tem za­po­mniał.

Po prze­gra­nej dzie­sięć lat temu woj­nie całe siły i środ­ki pań­stwo­we zo­sta­ły skie­ro­wa­ne na od­bu­do­wę miast, ochro­nę Fi­la­rów i roz­wój mi­li­tar­ny Re­pu­bli­ki. Małe wio­ski, ta­kie jak ta, w któ­rej miesz­ka­ły, zo­sta­ły po­zo­sta­wio­ne sa­mym so­bie. Więk­szość lu­dzi mia­ła do wy­bo­ru prze­pro­wadz­kę i ży­cie w nę­dzy na uli­cach wiel­kich miast albo we­ge­ta­cję w ska­za­nych na za­po­mnie­nie, po­zba­wio­nych ochro­ny spo­łecz­no­ściach. I choć ży­cie, któ­re pro­wa­dzi­ły, na­le­ża­ło do re­la­tyw­nie spo­koj­nych ze wzglę­du na bli­skość mia­sta sto­łecz­ne­go, bra­ko­wa­ło im wie­lu rze­czy do­stęp­nych tyl­ko dla miesz­czan i woj­ska – mię­dzy in­ny­mi elek­trycz­no­ści i środ­ków me­dycz­nych. To dla­te­go Ca­mil­la umie­ra­ła i Chloé nie mo­gła się z tym po­go­dzić.

Naj­gor­szy los jed­nak cze­kał na tych, któ­rzy zo­sta­li wy­gna­ni na Pust­ko­wie. Ten, kto raz prze­kro­czył wy­zna­czo­ne przez Spo­pie­la­cze gra­ni­ce, ni­g­dy nie wra­cał.

– Mamo, zejdź na śnia­da­nie – za­wo­ła­ła, kie­dy wszyst­ko było już go­to­we, i cier­pli­wie cze­ka­ła, aż Ca­mil­la bez­piecz­nie ze­szła po dra­bi­nie pro­wa­dzą­cej na pod­da­sze, gdzie mia­ły nie­wiel­ką sy­pial­nię. Po­my­śla­ła, że już nie­dłu­go będą mu­sia­ły się prze­nieść na dół. Wpraw­dzie mat­ka za­pew­nia­ła Chloé, że ta wspi­nacz­ka nie spra­wia jej trud­no­ści, ale ona wi­dzia­ła, że z każ­dym dniem mia­ła co­raz mniej sił; oba­wia­ła się też, że pod jej nie­obec­ność mo­gła­by spaść.

Ca­mil­la usia­dła przy sto­le, za­kasz­la­ła i otu­li­ła się szczel­nie cie­płą chu­s­tą. Chloé od­mie­rzy­ła na ły­żecz­kę pięć kro­pli eks­trak­tu i wy­mie­sza­ła je z her­ba­tą mat­ki. Spoj­rza­ła na fla­ko­nik pod świa­tło.

– Zo­sta­ło już tyl­ko kil­ka da­wek. Na szczę­ście wi­dzia­łam już kwit­ną­ce oka­zy w po­bli­żu rze­ki. Pój­dę je na­zbie­rać po po­łu­dniu i przy­go­tu­ję nowy eks­trakt. Po­wi­nien dzia­łać sku­tecz­niej.

Ca­mil­la kiw­nę­ła gło­wą.

– Przy oka­zji sprawdź, czy orze­chy są już wy­star­cza­ją­co zie­lo­ne i na­da­ją się do ze­bra­nia. Wy­da­je mi się, że w spi­żar­ni zo­sta­ła już tyl­ko jed­na bu­tel­ka na­lew­ki.

– Do­brze, mamo. Spró­buj coś zjeść, pro­szę. Ostat­nio chud­niesz w oczach.

Ich roz­mo­wę prze­rwa­ło do­no­śne pu­ka­nie do drzwi. Chloé z wes­tchnie­niem otwo­rzy­ła drzwi, wpusz­cza­jąc pierw­szych pa­cjen­tów. Cze­kał je pra­co­wi­ty dzień.

Było już do­brze po po­łu­dniu, gdy wy­szedł ostat­ni z nich – syn po­bli­skie­go go­spo­da­rza, któ­ry zra­nił się w ze­szłym ty­go­dniu w nogę i wy­ma­gał ścią­gnię­cia szwów oraz zmia­ny opa­trun­ku. Chloé z wdzięcz­no­ścią przy­ję­ła dwie drob­ne mo­ne­ty i bo­che­nek świe­żo upie­czo­ne­go chle­ba. Lu­dzie pła­ci­li im, czym mo­gli, i choć żyły skrom­nie, ni­g­dy nie gło­do­wa­ły – za samo to były za­wsze wdzięcz­ne lo­so­wi.

Za­pa­rzy­ła mat­ce świe­żą por­cję her­ba­ty. Ca­mil­la mu­sia­ła przyj­mo­wać śro­dek prze­ciw­bó­lo­wy co sześć go­dzin, by nor­mal­nie funk­cjo­no­wać.

– Chy­ba przez po­mył­kę da­łaś mi dwie ły­żecz­ki, mo­żesz jed­ną scho­wać.

Chloé za­mar­ła i spoj­rza­ła na stół. Z prze­ra­że­niem pa­trzy­ła, jak mat­ka prze­su­wa pal­ca­mi po pu­stym bla­cie, pró­bu­jąc pod­nieść ły­żecz­kę, któ­rej tam nie było.

– O… Więc to już – stwier­dzi­ła Ca­mil­la, kie­dy pierw­szy mo­ment za­sko­cze­nia mi­nął.

– Mamo… – szep­nę­ła Chloé, ale ta unio­sła tyl­ko uspo­ka­ja­jąco dłoń.

Bez słów wie­dzia­ły, że wła­śnie po­ja­wił się je­den z ostat­nich ob­ja­wów. Mia­ły mniej cza­su, niż są­dzi­ły.

– Po­roz­ma­wia­my o tym póź­niej.

– Ale prze­cież…

– Po­roz­ma­wia­my o tym póź­niej! – prze­rwa­ła jej Ca­mil­la sta­now­czo i wi­dząc na­pię­tą twarz cór­ki, do­da­ła ze spo­ko­jem: – Idź, pro­szę, ze­brać zio­ła, a ja w tym cza­sie ode­tchnę w ogro­dzie. Kil­ka chwil na słoń­cu do­brze mi zro­bi.

– Ale mamo…

– Ko­niec dys­ku­sji, Chloé.

Chloé rzu­ci­ła jej ura­żo­ne spoj­rze­nie, choć wie­dzia­ła, że nic nie prze­ko­na te­raz mat­ki do roz­mo­wy. Wzbu­rzo­na chwy­ci­ła ko­szyk i wy­pa­dła z domu bez sło­wa. Le­d­wie we­szła na zna­jo­mą ścież­kę pro­wa­dzą­cą nad rze­kę, a gniew mi­nął i do oczu na­pły­nę­ły jej łzy bez­sil­no­ści. Ża­ło­wa­ła te­raz swo­jej re­ak­cji. Lata spę­dzo­ne na służ­bie me­dycz­nej w woj­sku na­uczy­ły Ca­mil­lę nie oka­zy­wać emo­cji przy in­nych i na­wet jej cór­ka nie była wy­jąt­kiem. Chloé za­trzy­ma­ła się na ścież­ce roz­dar­ta po­mię­dzy chę­cią po­wro­tu do domu i przy­tu­le­nia mat­ki a świa­do­mo­ścią, że ona chce być te­raz sama.

Szła po­wo­li skra­jem nie­wiel­kie­go za­gaj­ni­ka, za­wie­szo­ny na przed­ra­mie­niu ko­szyk obi­jał się lek­ko o jej bio­dro z każ­dym kro­kiem. Po­chy­li­ła się nad sku­pi­skiem ziół, do­tknę­ła ich li­ści, a po­tem unio­sła kwia­to­stan i przyj­rza­ła mu się do­kład­nie, za­nim wpraw­nym ru­chem ucię­ła ło­dy­gę tuż przy zie­mi. Jej dło­nie po­ru­sza­ły się szyb­ko, z wpra­wą, więc jej ko­szyk szyb­ko wy­peł­nił się won­ny­mi zio­ła­mi. Wy­pro­sto­wa­ła się i otar­­­­ła czo­ło.

Wresz­cie mia­ła chwi­lę dla sie­bie.

Nogi same po­nio­sły ją wy­dep­ta­ną wśród traw ścież­ką i za­nim się obej­rza­ła, sta­ła w swo­im ulu­bio­nym miej­scu nad rze­ką. Przy ka­mie­ni­stym brze­gu rósł roz­ło­ży­sty klon, jak­by stwo­rzo­ny do tego, by w cie­niu jego po­wy­gi­na­nych ko­na­rów za­po­mnieć o cza­sie. Usia­dła na gę­stej tra­wie i opar­ła się o jego pień.

Uwiel­bia­ła wi­dok, któ­ry się przed nią roz­ta­czał – po­ły­skli­wą ta­flę prze­miesz­cza­ją­cej się po­wo­li wod­nej masy, zie­lo­ne łąki prze­ty­ka­ne zło­ty­mi wie­cha­mi wro­ty­czu i bia­ły­mi głów­ka­mi ru­mian­ku, kępy drzew przy­cup­nię­te na skra­ju pól roz­ta­cza­ją­cych się na dru­gim brze­gu i ma­ja­czą­cy w od­da­li mur mia­sta sto­łecz­ne­go.

Za­mknę­ła oczy, czu­jąc na­pły­wa­ją­ce pod po­wie­ki łzy, i się­gnę­ła na dno ko­szy­ka. Jej pal­ce za­ci­snę­ły się na wy­pło­wia­łej, pod­nisz­czo­nej okład­ce książ­ki. Wy­cią­gnę­ła ją ostroż­nie, sta­ra­jąc się nie zgnieść ze­bra­nych wcze­śniej da­rów na­tu­ry. Prze­su­nę­ła pal­ca­mi po wy­bla­kłych zło­tych li­te­rach. Czy­ta­ła ją tyle razy, że zda­wa­ło jej się, iż mo­gła­by wy­re­cy­to­wać ją na pa­mięć.

Drgnę­ła, gdy po­czu­ła lek­kie kop­nię­cie w udo. Unio­sła gło­wę i wes­tchnę­ła z za­sko­cze­niem na wi­dok mę­skiej syl­wet­ki. Po­grą­żo­na w my­ślach, nie usły­sza­ła jego kro­ków. Szyb­ko otar­ła sło­ną wil­goć z rzęs i ob­rzu­ci­ła nie­zna­jo­me­go za­cie­ka­wio­nym spoj­rze­niem.

Czar­ne spodnie miał woj­sko­wym spo­so­bem wsu­nię­te w wy­so­kie, wy­po­le­ro­wa­ne buty. Sza­ra ko­szu­la była nie­na­gan­nie wy­pra­so­wa­na, ale nie­dba­le roz­pię­ta przy szyi, przez ra­mię prze­rzu­cił kurt­kę z woj­sko­wy­mi ozna­cze­nia­mi, któ­rych nie roz­po­zna­wa­ła.

– To moje miej­sce – oznaj­mił su­cho, niby obo­jęt­nie.

Przez chwi­lę wpa­try­wa­ła się w nie­go bez sło­wa, za­sta­na­wia­jąc się, czy aby na pew­no po­wie­dział to do niej. Jego oczy za­kry­wa­ła gę­sta, zu­peł­nie nie­woj­sko­wa roz­czo­chra­na grzy­wa czar­nych wło­sów, ale za­uwa­ży­ła orli kształt nosa i moc­no za­ry­so­wa­ną, gład­ko ogo­lo­ną szczę­kę.

– Przy­kro mi, ale ja by­łam tu­taj pierw­sza, więc…

– To moje miej­sce – po­wtó­rzył bar­dziej sta­now­czo, opie­ra­jąc za­ci­śnię­tą pięść o pień drze­wa.

Wes­tchnę­ła z obu­rze­niem. Wi­dzia­ła, że nie mógł być wie­le star­szy od niej, a do tego, bio­rąc pod uwa­gę jego ni­ski wzrost i szczu­płą bu­do­wę cia­ła, bar­dziej spra­wiał wra­że­nie pre­ten­sjo­nal­ne­go miesz­czu­cha niż groź­ne­go żoł­nie­rza. Z lek­kim prych­nię­ciem nie­znacz­nie się po­pra­wi­ła, by sie­dzia­ło się jej wy­god­niej.

– Cóż, wy­glą­da na to, że bę­dziesz mu­siał po­szu­kać so­bie in­ne­go, bo tak się skła­da, że…

Urwa­ła, gdy po­chy­lił się gwał­tow­nie, chwy­cił ją za przód ko­szu­li i po­de­rwał bez wy­sił­ku do góry z trza­skiem ma­te­ria­łu. Książ­ka wy­su­nę­ła się jej z pal­ców, a ple­cy bo­le­śnie otar­ły o twar­dą korę drze­wa. Jak onie­mia­ła pa­trzy­ła na groź­ny błysk w lek­ko zmru­żo­nych zie­lo­nych oczach, wi­docz­nych te­raz mię­dzy czar­ny­mi ko­smy­ka­mi gę­stej grzyw­ki.

Żoł­nierz oparł rękę obok jej gło­wy i po­chy­liw­szy się ku jej twa­rzy, wy­ce­dził z lo­do­wa­tym spo­ko­jem:

– Gów­no mnie to ob­cho­dzi. Spie­przaj stąd!ROZDZIAŁ 3

Ma­jor szcze­gó­ło­wo omó­wił plan dzia­ła­nia, od­wo­łu­jąc się do map te­re­nu i pla­nów bu­dyn­ków. Cain zer­k­nął na nie­go z uzna­niem; jak do­tąd nie miał za­strze­żeń. Mu­siał przy­znać, że mło­dy do­wód­ca miał łeb na kar­ku i prze­wi­dział wie­le sy­tu­acji, ja­kie mo­gły się wy­da­rzyć. Mimo to na­dal w tyle gło­wy bły­ska­ło mu czer­wo­ne świa­tło ostrze­gaw­cze.

– Czy mają pań­stwo ja­kieś py­ta­nia? – za­py­tał ofi­cer na ko­niec, zbie­ra­jąc do­ku­men­ty w rów­ny sto­sik. Omiótł spoj­rze­niem lu­dzi Ca­ina, któ­rzy jak je­den mąż prze­nie­śli wzrok na swo­je­go do­wód­cę, to w nim szu­ka­jąc od­po­wie­dzi. Dla Stal­lar­da był to ja­sny sy­gnał: zro­bi­my to, co po­sta­no­wi nasz ka­pi­tan.

Naj­star­szy z nich, po­tęż­nej po­stu­ry bro­dacz, ka­pral Mark Si­lva – spe­cja­li­sta od ła­dun­ków wy­bu­cho­wych – przez cały czas sie­dział bez ru­chu, z łok­cia­mi wspar­ty­mi o blat sto­łu i dłoń­mi złą­czo­ny­mi na wy­so­ko­ści swo­jej ru­da­wej bro­dy, wpa­tru­jąc się w ma­jo­ra uważ­nie, jak­by w sza­rych oczach miał za­in­sta­lo­wa­ny ska­ner, któ­rym chciał prze­świe­tlić jego in­ten­cje. Po jego pra­wej stro­nie, bez­gło­śnie po­stu­ki­wał zwin­ny­mi pal­ca­mi o blat ciem­no­wło­sy sze­re­go­wy Seo Ji­soo, któ­re­go umie­jęt­no­ści we wła­da­niu bro­nią bia­łą bez pro­ble­mu za­pew­ni­ły­by mu miej­sce tre­ne­ra w naj­lep­szych ośrod­kach szko­le­nio­wych i re­la­tyw­nie pro­stą ścież­kę do awan­su, któ­re­go to upar­cie od­ma­wiał. Po le­wej na­to­miast, z dłoń­mi za­ło­żo­ny­mi na pier­si i od­strę­cza­ją­cym gry­ma­sem na twa­rzy, sie­dział sze­re­go­wy Igor Hicks – z po­tęż­ny­mi ra­mio­na­mi, któ­re le­d­wie mie­ści­ły się w rę­ka­wach mun­du­ru, był nie­kwe­stio­no­wa­nym mi­strzem w si­ło­wa­niu się na rękę w ba­zie, ale po­dob­no po­tra­fił też tra­fić no­żem w do­wol­ny cel z kil­ku­na­stu me­trów. Da­lej usa­do­wi­ło się dwóch ja­sno­wło­sych sze­re­go­wych – Emel Dar­by, zwia­dow­ca, oraz kie­row­ca Tim An­war.

Obok sze­re­go­we­go Seo miej­sce zaj­mo­wał ciem­no­skó­ry ka­pral Chris Em­mer­son, spe­cja­li­sta od wal­ki wręcz, któ­ry swe­go cza­su od­rzu­cił pro­po­zy­cję sta­no­wi­ska w West­fall, obec­nej sto­li­cy Re­pu­bli­ki, na rzecz do­łą­cze­nia do jed­nost­ki 113B. Na­prze­ciw­ko ka­pi­ta­na Ca­ina zaś sie­dzia­ło jesz­cze dwóch sze­re­go­wych: cały czas wier­cą­cy się na krze­śle Ian Snow, o roz­bie­ga­nym spoj­rze­niu i twa­rzy upstrzo­nej pie­ga­mi, oraz Ben Ha­mir, któ­re­go ostre rysy zda­wa­ły się być wy­ku­te w ka­mie­niu; ra­por­ty nie­wie­le mó­wi­ły o ich umie­jęt­no­ściach, ale sam fakt, że na­le­że­li do jed­nost­ki 113B, świad­czył o tym, że coś w nich za­in­te­re­so­wa­ło Ca­ina na tyle, by za­pro­po­no­wać im miej­sce w od­dzia­le. Na sa­mym koń­cu sto­łu sie­dział jesz­cze star­szy sze­re­go­wy Adam Mil­ko­vic, kar­nie usu­nię­ty z cen­tra­li wy­wia­dow­czej po bój­ce z sy­nem jed­ne­go z Ge­ne­ra­łów Bro­ni.

Emil Stal­lard wi­dział ich akta i wie­dział do­sko­na­le, co ich łą­czy­ło – każ­dy z nich miał pro­ble­my z dys­cy­pli­ną; bój­ki oraz awan­tu­ry były w ich po­przed­nich od­dzia­łach na po­rząd­ku dzien­nym i każ­dy z nich nie­je­den raz otarł się o usu­nię­cie ze służ­by. Co jed­nak cie­ka­we, nie od­no­to­wa­no u nich ani jed­ne­go wpi­su kar­ne­go od dnia, w któ­rym do­łą­czy­li do jed­nost­ki ka­pi­ta­na Ca­ina.

Naj­bar­dziej na­to­miast in­te­re­so­wa­ły ma­jo­ra Stal­lar­da dwie po­sta­ci sie­dzą­ce po obu stro­nach ka­pi­ta­na. Naj­młod­szy w od­dzia­le, sze­re­go­wy Ar­thur Var­gas, strze­lec wy­bo­ro­wy, któ­re­go ciem­ne, lek­ko opusz­czo­ne oczy nie­ustan­nie ucie­ka­ły spoj­rze­niem, jak­by każ­da pró­ba kon­tak­tu wzro­ko­we­go była dla nie­go wy­zwa­niem, i wresz­cie pra­wa ręka ka­pi­ta­na Ca­ina – cho­rą­ży Milo Yang, uta­len­to­wa­ny tak­tyk, któ­ry cie­szył się w ba­zie nie­po­szla­ko­wa­ną opi­nią i po­wszech­nie uwa­ża­no, że mar­nu­je się w jed­no­st­ce 113B. Mimo im­po­nu­ją­cej po­stu­ry jego szcze­ry uśmiech i peł­ne uwa­gi nie­bie­skie oczy spra­wia­ły, że roz­ta­czał wo­bec sie­bie aurę nie­groź­ne­go ol­brzy­ma, i Stal­lard nie po­tra­fił dojść, w jaki spo­sób uda­wa­ło mu się za­pa­no­wać nad po­zo­sta­ły­mi człon­ka­mi jed­nost­ki.

– My­ślę, że ka­pi­tan zgo­dzi się ze mną, że na chwi­lę obec­ną nie mo­że­my prze­wi­dzieć in­nych moż­li­wo­ści – do­dał z lek­kim uśmie­chem.

– Tak. – Cain za­stu­kał dwa razy w stół pal­cem i pod­niósł się z krze­sła, oznaj­mia­jąc tym sa­mym ko­niec spo­tka­nia. – Wy­ru­sza­my za go­dzi­nę. Yang zo­stań na chwi­lę.

Męż­czyź­ni cze­ka­li w ci­szy, aż zo­sta­li w sali sami. Cho­rą­ży zer­k­nął na do­wód­cę i zmarsz­czył czo­ło. Cain usiadł i ści­szo­nym gło­sem wy­ja­śnił mu całą sy­tu­ację. Yang słu­chał ze sku­pie­niem; nie za­da­wał py­tań, wie­dział, że do­wie się wszyst­kie­go, co było ko­niecz­ne. Na ko­niec kiw­nął gło­wą i za­py­tał:

– Ja­kie wy­po­sa­że­nie za­bie­ra­my?

– TPP.

– W mor­dę! Aż tak źle?

Cain tyl­ko rzu­cił mu zna­czą­ce spoj­rze­nie.

– O cho­le­ra! – za­klął Yang i wy­szedł szyb­ko z sali.

Cain ru­szył do swo­je­go po­ko­ju. W sku­pie­niu zmie­nił mun­dur na tak­tycz­ny i spraw­nie na­ło­żył czę­ści pan­ce­rza z na­now­łó­kien no­szą­cych sy­gna­tu­rę Kor­pu­su S5. Nie po­do­ba­ło mu się, że jego nie­za­wod­ny pan­cerz zo­stał stwo­rzo­ny przez kor­pus, któ­rym do­wo­dził Stal­lard. Spraw­dził broń, dwa dłu­gie noże na ple­cach, ma­skę. Przej­rzał za­war­tość ple­ca­ka. O wy­zna­czo­nej go­dzi­nie był go­tów.

Za­nim jed­nak zdą­żył opu­ścić bu­dy­nek, sta­nął przed nim pod­po­rucz­nik Moer.

– Puł­kow­nik wzy­wa do sie­bie – oznaj­mił su­cho.

Cain pró­bo­wał omi­nąć go bez sło­wa, ale Moer po­now­nie za­stą­pił mu dro­gę.

– Na­tych­miast – wark­nął. – Tym ra­zem to roz­kaz, ka­pi­ta­nie Cain. Pro­szę mnie nie zmu­szać do uży­cia… siły.

Ka­pi­tan uniósł brwi, ale ru­szył za nim z ci­chym prych­nię­ciem. Gdy tyl­ko otwo­rzy­li drzwi do biu­ra Mo­era, skrzy­wił się i za­klął pod no­sem. Z ga­bi­ne­tu puł­kow­ni­ka do­bie­gał roz­wście­czo­ny głos ma­jo­ra Bale’a.

– …mó­wię po raz ostat­ni, puł­kow­ni­ku. Żą­dam uka­ra­nia Ca­ina zgod­nie z re­gu­la­mi­nem. Nie za­mie­rzam wię­cej to­le­ro­wać jego za­cho­wa­nia. Je­śli pan nad nim nie za­pa­nu­je, to…

– Pan wzy­wał, puł­kow­ni­ku – wszedł mu w sło­wo Cain, sta­jąc w drzwiach.

– Za­pra­szam, ka­pi­ta­nie – wy­ce­dził puł­kow­nik Lee, a w tym ci­chym stwier­dze­niu za­warł wię­cej gro­zy niż w ja­kim­kol­wiek wrza­sku. Twarz miał na­pię­tą, z wy­raź­nie za­ry­so­wa­ną żyłą pul­su­ją­cą na skro­ni, w oczach zim­ny ogień. – Ze­chce mi pan wy­ja­śnić, dla­cze­go po raz ko­lej­ny nie po­wia­do­mił pan ma­jo­ra Bale’a o spo­tka­niu.

– Z ca­łym sza­cun­kiem, pa­nie puł­kow­ni­ku, po­wia­do­mi­łem. Zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cy­mi za­sa­da­mi.

Lee zer­k­nął na ma­jo­ra. W po­wie­trzu za­wi­sło na­pię­cie – gę­ste i dusz­ne, jak przed bu­rzą.

– Czy to praw­da, ma­jo­rze? Czy zo­stał pan po­wia­do­mio­ny zgod­nie z pro­ce­du­ra­mi?

– No… tak – za­jąk­nął się Bale – ale jego za­cho­wa­nie…

Cain prych­nął pod no­sem.

– Bale, kur­wa… – Lee po­chy­lił się do przo­du i opu­ścił dło­nie na biur­ko z gło­śnym pla­śnię­ciem. Każ­de jego ko­lej­ne sło­wo było ni­czym ude­rze­nie pię­ścią w stół. – Chy­ba ci się gło­wa z dupą po­mie­sza­ła, że przy­cho­dzisz do mnie z ta­kim gów­nem! Chcia­łeś, żeby wpi­sy­wał się w two­je pie­przo­ne ru­brycz­ki, wpi­su­je się. Cze­go jesz­cze chcesz?! Za­wia­do­mie­nia zło­tym dru­kiem na pa­pie­rze, kur­wa, czer­pa­nym? Ocze­ku­jesz, że ci się bę­dzie cym­bał kła­niał, to pisz skar­gę choć­by do sa­me­go Ge­ne­ra­ła Bro­ni. Po­wo­dze­nia, kur­wa mać! Tyl­ko nie za­wra­caj mi wię­cej dupy!

Ma­jor po­czer­wie­niał i otwo­rzył usta, ale wi­dząc wzrok puł­kow­ni­ka, na­tych­miast je za­mknął. Wci­snął czap­kę na gło­wę i wy­szedł, trza­ska­jąc drzwia­mi. Cain uśmiech­nął się drwią­co.

– Ja pier­do­lę, Cain! – zwró­cił się do nie­go do­wód­ca. W jego gło­sie nie było już tyl­ko gnie­wu, był też za­wód i zmę­cze­nie, jak­by miał już dość tej sa­mej roz­mo­wy, tej sa­mej wal­ki z kimś, kto znał obo­wią­zu­ją­ce gra­ni­ce, a mimo to ce­lo­wo je prze­kra­czał. – Je­steś nie­ule­czal­nym wrzo­dem na mo­jej du­pie. Wiecz­ny prze­ciąg w ga­bi­ne­cie, za­mon­tu­ję so­bie nie­dłu­go drzwi ob­ro­to­we, bo te od rana się nie za­my­ka­ją. Bo Cain, kur­wa, to, bo Cain, kur­wa, tam­to. Nie chcesz się kła­niać pa­lan­to­wi, za­pisz się na eg­za­min na ma­jo­ra. Albo nie, naj­le­piej od razu na puł­kow­ni­ka. Usiądź, kur­wa, choć na je­den dzień w tym fo­te­lu i po­sma­kuj, jaki to miód! Ostat­ni raz, mó­wię to ostat­ni, kur­wa, raz, bo wię­cej nie bę­dzie! Tyl­ko dla­te­go, że masz łeb na kar­ku i ja­kieś umie­jęt­no­ści, nie zna­czy, że mo­żesz pluć na dys­cy­pli­nę. To jest woj­sko, do cho­le­ry! Tu nie je­steś ja­kimś bo­ha­te­rem. Je­steś try­bem, a try­by, któ­re nie pa­su­ją, się wy­mie­nia, ja­sne?!

Cain wci­snął dło­nie w kie­sze­nie i wbił wzrok w pod­ło­gę.

– Tak jest.

– Tak jest, kur­wa, kto?!

– Tak jest, pa­nie puł­kow­ni­ku.

Lee pod­niósł się z fo­te­la i od­wró­cił się do nie­go ple­ca­mi, sta­jąc przy oknie.

– Spie­przaj mi stąd! I pil­nuj la­lu­sia! – wark­nął.

Cain wy­szedł z ga­bi­ne­tu i za­mknął ci­cho drzwi, igno­ru­jąc za­do­wo­lo­ny uśmie­szek se­kre­ta­rza Mo­era, któ­ry uda­wał, że uzu­peł­nia ja­kiś for­mu­larz, choć ka­pi­tan wie­dział, że bez­wstyd­nie pod­słu­chi­wał, gdyż do­ku­ment był do góry no­ga­mi.

Gdy tyl­ko po­ja­wił się na ko­ry­ta­rzu, jak­by spod zie­mi wy­rósł obok nie­go ma­jor Bale.

– Nie myśl so­bie, że to ko­niec, dup­ku. Lee nie bę­dzie tu­taj za­wsze, by pil­no­wać two­je­go tył­ka – wark­nął lo­do­wa­to, uśmie­cha­jąc się jed­no­cze­śnie, jak­by opo­wia­dał ja­kąś za­baw­ną hi­sto­rię, gdyż na ko­ry­ta­rzu krę­ci­ło się wie­le osób. – I wy­bij so­bie z gło­wy awans na ma­jo­ra. Gdy tyl­ko zdasz eg­za­min, oso­bi­ście za­ła­twię ci przy­dział do naj­bar­dziej za­py­zia­łej dziu­ry w gó­rach, przy sa­miut­kim Pust­ko­wiu. Aha, i pil­nuj ple­ców, dup­ku, bo na­wet się nie zo­rien­tu­jesz, kie­dy cię do­rwę.

– Dzię­ku­ję za do­brą radę – skwi­to­wał krót­ko Cain i nie oglą­da­jąc się za sie­bie, wy­szedł z bu­dyn­ku. Do­pie­ro tam ode­tchnął głę­bo­ko i cmok­nął po­iry­to­wa­ny. – Pa­lant – mruk­nął pod no­sem. Splu­nął z nie­sma­kiem i nie­spiesz­nie ru­szył przez plac przed gma­chem do­wódz­twa. Już i tak był spóź­nio­ny, więc nie za­mie­rzał mar­no­wać sił.

Gdy do­tarł na miej­sce zbiór­ki, zo­ba­czył dwa okry­te ciem­­ną plan­de­ką sa­mo­cho­dy i swo­ich lu­dzi zaj­mu­ją­cych miej­sca na pace. Każ­dy z nich, zgod­nie z jego roz­ka­zem, oprócz wy­zna­czo­ne­go wy­po­sa­że­nia bo­jo­we­go miał ze sobą rów­nież dłu­gą, pół­prze­zro­czy­stą tar­czę z sy­gna­tu­rą S5. Ław­ki na pace zo­sta­ły przez An­wa­ra do­sto­so­wa­ne do tego, by na czas prze­jaz­du moż­na było za­tknąć je za ple­ca­mi, co sta­no­wi­ło rów­nież do­sko­na­łą ba­rie­rę ku­lo­od­por­ną.

Sam Tim An­war sie­dział za kie­row­ni­cą jed­ne­go z po­jaz­dów, obok nie­go miej­sca za­ję­li dwaj ofi­ce­ro­wie Stal­lar­da. Ma­jor stał przy dru­gim sa­mo­cho­dzie, ewi­dent­nie cze­ka­jąc na nie­go. Ka­pi­tan zer­k­nął na kie­row­cę, spod czap­ki uśmie­cha­ły się do nie­go zna­jo­me, oto­czo­ne dłu­gi­mi rzę­sa­mi nie­bie­skie oczy.

Wes­tchnął po­iry­to­wa­ny.

Stal­lard uprzej­mym ge­stem wska­zał mu śro­dek ka­bi­ny, więc od­po­wie­dział mu tym sa­mym, ale gdy tyl­ko ma­jor za­jął miej­sce na środ­ku, za­trza­snął za nim drzwi, po czym bez po­śpie­chu ru­szył w kie­run­ku po­jaz­du An­wa­ra. Pod­niósł opar­tą o tył auta tar­czę i pod­pie­ra­jąc się dło­nią, zwin­nie wsko­czył na pakę. Zer­k­nął na umiesz­czo­ne w rogu po­jaz­du skrzy­nie. Nikt nie ode­zwał się sło­wem, kie­dy za­jął swo­je miej­sce przy ka­bi­nie i ude­rze­niem w prze­gro­dę dał znak do od­jaz­du. Gdy tyl­ko opu­ści­li bazę, wy­cią­gnął nogi przed sie­bie i oparł gło­wę na ple­ca­ku.

Po chwi­li od­niósł wra­że­nie, że ktoś go ukrad­kiem ob­ser­wu­je. Przy­zwy­cza­jo­ny do ta­kich spoj­rzeń, na­uczył się igno­ro­wać więk­szość z nich, ale ener­gia pły­ną­ca od tej oso­by była zde­cy­do­wa­nie wro­ga. Uchy­lił po­wie­ki i na­po­tkał wzrok sie­dzą­ce­go przy wyj­ściu po­rucz­ni­ka Mor­ga­na Sta­le’a. Po­chy­lił się po­wo­li do przo­du, oparł łok­cie na ko­la­nach i spoj­rzał na nie­go otwar­cie.

Nie roz­po­zna­wał tej po­dłuż­nej, nie­na­tu­ral­nie bla­dej ni­czym wy­rzeź­bio­nej z lodu twa­rzy. Skó­ra, cho­ro­bli­wie prze­zro­czy­sta, od­sła­nia­ła siat­kę nie­bie­ska­wych żył na jego skro­niach i szyi, a brak brwi i rzęs po­tę­go­wał wra­że­nie pust­ki w wod­ni­sto­nie­bie­skich oczach, śle­dzą­cych jed­nak­że każ­dy jego ruch z zim­ną, obo­jęt­ną pre­cy­zją. Przez po­li­czek Sta­le’a bie­gła po­szar­pa­na bli­zna, za­czy­na­ją­ca się tuż nad lewą brwią i koń­czą­ca tuż przy ką­ci­ku ust, jak­by ktoś jed­nym ru­chem chciał ze­trzeć z niej ostat­ni rys czło­wie­czeń­stwa.

Cain nie miał po­ję­cia, dla­cze­go ten czło­wiek miał­by mieć mu co­kol­wiek za złe, ale też nie ob­cho­dzi­ły go jego po­wo­dy. Im dłu­żej mu się jed­nak przy­glą­dał, tym wy­raź­niej­sze wra­że­nie od­no­sił, że było w tej nie­po­ko­ją­cej twa­rzy coś zna­jo­me­go, jak­by gdzieś wi­dział już go wcze­śniej. Nie po­tra­fił tyl­ko przy­po­mnieć so­bie gdzie.

Po­rucz­nik uśmiech­nął się lek­ce­wa­żą­co. Po­tarł po­zba­wio­ną wło­sów, lśnią­cą ni­czym wy­po­le­ro­wa­na kość gło­wę, za­ło­żył trzy­ma­ny w rę­kach hełm, skrzy­żo­wał ra­mio­na na pier­si i za­mknął oczy.

Cain prych­nął pod no­sem i wró­cił do po­przed­niej po­zy­cji. Po­grą­żył się w pół­drzem­ce. Po­trze­bo­wał od­po­czyn­ku, a sen ni­g­dy nie nad­cho­dził.

Otwo­rzył oczy, kie­dy sa­mo­chód za­ha­mo­wał dwu­krot­nie – umó­wio­ny sy­gnał An­wa­ra, że do­tar­li na miej­sce. Żoł­nie­rze nie ru­szy­li się z miejsc, do­pó­ki nie wy­sko­czył z lek­kim sze­le­stem na zie­mię. Na­ło­żył ma­skę i ak­ty­wo­wał nok­to­wi­zor. W ci­szy ob­ser­wo­wał roz­ła­do­wu­ją­cy się od­dział, nie prze­ga­pił rów­nież bacz­ne­go spoj­rze­nia ma­jo­ra i do­sko­na­le zor­ga­ni­zo­wa­nych czyn­no­ści jego ze­spo­łu. Usły­szał zna­jo­me stęk­nię­cie i zwin­nym ru­chem schwy­tał upa­da­ją­cą na zie­mię po­stać. Ar­thur Var­gas, naj­młod­szy i naj­drob­niej­szy czło­nek jego od­dzia­łu, ugi­nał się pod cię­ża­rem dłu­gie­go fu­te­ra­łu.

– Prze­pra­szam, ka­pi­ta­nie – mruk­nął chło­pak pod no­sem, po­pra­wia­jąc uchwyt na tar­czy.

Cain bez sło­wa zdjął mu z bar­ków fu­te­rał i rzu­cił Yan­go­wi, któ­ry prze­chwy­cił go zwin­nie i za­rzu­ciw­szy so­bie na ple­cy, wró­cił do swo­ich obo­wiąz­ków.

– Trzy­maj się Yan­ga – po­wie­dział i ści­snął po­krze­pia­ją­co za­wsty­dzo­ne­go chło­pa­ka za ra­mię. – Po­ra­dzisz so­bie, jak za­wsze.

– Tak jest – od­po­wie­dział Ar­thur, na­su­wa­jąc na twarz ma­skę.

W nie­ca­łe dzie­sięć mi­nut sa­mo­cho­dy zo­sta­ły za­bez­pie­czo­ne ma­sku­ją­cą plan­de­ką, a cały od­dział był go­tów do dzia­ła­nia. Stal­lard kiw­nął gło­wą i dał znak do wy­mar­szu. Od pierw­sze­go po­ste­run­ku dzie­li­ły ich nie­ca­łe dwa ki­lo­me­try dro­gi przez rzad­ki las. Po kil­ku­na­stu mi­nu­tach spraw­ne­go mar­szu uj­rze­li ota­cza­ją­cy po­sia­dłość mur. Zgod­nie z prze­wi­dy­wa­nia­mi wy­so­ka bra­ma z ku­te­go w ro­ślin­ne wzo­ry me­ta­lu była za­mknię­ta.

Od­dział za­trzy­mał się na skra­ju otwar­tej prze­strze­ni. Cain ru­szył bez­sze­lest­nie przed sie­bie, jego za­da­niem było obez­wład­nie­nie po­ten­cjal­nych straż­ni­ków w stró­żów­ce i otwo­rze­nie bram­ki.

Zwin­nie wspiął się na po­ro­śnię­ty mchem, skru­sza­ły, daw­no nie­re­pe­ro­wa­ny mur i już po chwi­li, z lek­kim sze­le­stem su­chej tra­wy, wy­lą­do­wał po jego dru­giej stro­nie. Za­trzy­mał się, czu­jąc głu­che tąp­nię­cie, roz­po­znał syl­wet­kę po­rucz­ni­ka Sta­le’a – Stal­lard ewi­dent­nie chciał go mieć cały czas na oku.

Cain przy­kuc­nął i ob­rzu­cił spoj­rze­niem bu­dy­nek stró­żów­ki, w jed­nym z okien pa­li­ło się świa­tło. Męż­czyź­ni po­de­szli bli­żej i ukrad­kiem zaj­rze­li do środ­ka. We­wnątrz, roz­par­tych na fo­te­lach, sie­dzia­ło dwóch wy­rost­ków w pod­nisz­czo­nych ubra­niach, roz­ma­wia­li przy­ci­szo­ny­mi gło­sa­mi i co chwi­la wy­bu­cha­li ner­wo­wym śmie­chem. Cain na­krę­cił tłu­mik na pi­sto­let i dał znak Sta­le’owi, by za­jął miej­sce przy drzwiach. Szarp­nął za spust. Roz­legł się trzask pę­ka­ją­cej szy­by i ża­rów­ki. Za­pa­dła ciem­ność. Na­cią­gnął ma­skę na twarz i sko­czył w stro­nę drzwi, ale na­tknął się w nich na ple­cy po­rucz­ni­ka.

– Pie­prze­ni re­be­lian­ci – prych­nął ten po­gar­dli­wie i mach­nął mu przed no­sem klu­czem, da­jąc znak, że idzie otwo­rzyć bra­mę.

Cain rzu­cił okiem na le­żą­ce na fo­te­lach cia­ła. Ra­mio­na i nogi mie­li roz­rzu­co­ne na bok jak po­rzu­co­ne w po­śpie­chu ma­ne­ki­ny. Przy no­gach fo­te­li le­ża­ły nowe ka­ra­bi­ny, zza ich ple­ców wy­sta­wa­ły woj­sko­we ma­ski. W zie­lon­ka­wym ekra­nie nok­to­wi­zo­ra ko­szu­le roz­kwi­ta­ły po­wo­li czar­ny­mi pla­ma­mi wo­kół ster­czą­cych z ich pier­si rę­ko­je­ści. Kuc­nął przy jed­nym z re­be­lian­tów. Chło­pak miał krót­ko, sta­ran­nie pod­cię­te wło­sy i gład­ko ogo­lo­ną twarz, któ­ra za­sty­gła w wy­ra­zie zdzi­wie­nia, jak­by nie do koń­ca do­cie­ra­ło do nie­go, że to już ko­niec. W sta­rym, po­ła­ta­nym, po­zba­wio­nym in­sy­gniów mun­du­rze na pierw­szy rzut oka wy­glą­dał jak dzie­ciak za­błą­ka­ny w cu­dzym kon­flik­cie, ale wy­star­czy­ło przyj­rzeć się bli­żej: jego buty były zbyt nowe, zbyt do­brze do­pa­so­wa­ne. To nie byli re­be­lian­ci. To byli żoł­nie­rze uda­ją­cy re­be­lian­tów.

Cain zer­k­nął na swo­ją jed­nost­kę prze­śli­zgu­ją­cą się przez uchy­lo­ną bra­mę. Znał to uczu­cie – cięż­kie, tłu­ste jak gę­sty, du­szą­cy dym, wy­peł­ni­ło jego płu­ca, utrud­nia­jąc mu od­dy­cha­nie. Coś było nie tak. A mimo to mu­siał grać da­lej, uda­wać, że wciąż jesz­cze nie do­strze­ga sznu­ra, któ­ry po­wo­li, nie­ubła­ga­nie za­ci­skał się na jego szyi. Wes­tchnął cięż­ko i za­nim wy­szedł, za­mknął za­bi­tym oczy.

W dro­dze do głów­ne­go celu Cain prze­kal­ku­lo­wał wszyst­ko, każ­dy strzęp in­for­ma­cji, któ­ry uda­ło mu się do­tąd zdo­być. Raz. Dru­gi. Trze­ci. Każ­dy moż­li­wy wa­riant był zbyt ry­zy­kow­ny, ni­czym dro­ga pro­wa­dzą­ca da­lej i da­lej, ku ko­lej­nym roz­dro­żom. Zo­rien­to­wał się zbyt póź­no. Ro­zum pod­po­wia­dał mu jed­no, in­stynkt dru­gie, a cia­ło par­ło na­przód jak na au­to­pi­lo­cie. Nie­świa­do­mie za­ci­skał tyl­ko co­raz moc­niej zęby.

Za­trzy­ma­li się na skra­ju piasz­czy­stej zie­mi, któ­ra nie­gdyś była zie­lo­nym roz­le­głym traw­ni­kiem. Tam, na tle czer­ni lasu, stał Pa­łac Ro­sen­tha­alów – daw­niej pe­łen ży­cia, te­raz za­le­d­wie sko­ru­pa – wy­pa­lo­ny re­likt in­ne­go świa­ta, in­nych, lep­szych cza­sów. Księ­życ roz­le­wał srebr­ną po­świa­tę na ja­sną bry­łę bu­dyn­ku. Dum­ne swe­go cza­su ko­lum­ny por­ty­ku przy­po­mi­na­ły te­raz po­ła­ma­ne ko­ści ol­brzy­ma, mury krzy­cza­ły czar­ny­mi usta­mi okien, oko­lo­ny­mi śla­da­mi po­ci­sków i pla­ma­mi, któ­re nie były tyl­ko dy­mem.

W od­da­li lśnił Fi­lar Cen­tral­ny – smu­kły ni­czym igła wbi­ta w nie­bo, miał w so­bie coś bo­skie­go, a jed­no­cze­śnie ema­no­wał zło­wiesz­czą aurą, jak­by stwo­rzo­no go bar­dziej dla kon­tro­li niż ochro­ny. Jego po­wierzch­nia po­ły­ski­wa­ła w bla­sku księ­ży­ca. Nikt nie wie­dział jaki ma­te­riał zo­stał wy­ko­rzy­sta­ny do jego bu­do­wy – ni to me­tal, ni szkło, żywy i mar­twy jed­no­cze­śnie. Na ogrom­nych wy­so­ko­ściach Fi­lar roz­sze­rzał się nie­znacz­nie, two­rząc pier­ście­nie, w któ­rych znaj­do­wa­ły się po­tęż­ne emi­te­ry – na­daj­ni­ki w re­gu­lar­nych im­pul­sach roz­sy­ła­ją­ce w at­mos­fe­rę ochron­ne fale.

Wo­kół pa­no­wa­ła nie­prze­nik­nio­na ci­sza. Fi­lar nie wy­da­wał dźwię­ku i nie było już ni­ko­go, kto był­by w sta­nie stwier­dzić, czy wciąż dzia­łał peł­ną mocą. Do­pó­ki jed­nak stał, miesz­kań­cy Re­pu­bli­ki mo­gli za­sy­piać spo­koj­nie.

Ci­sza przed bu­rzą z pio­ru­na­mi, po­my­ślał Cain po­nu­ro, ale zgod­nie z pla­nem po­ka­zał Yan­go­wi umó­wio­ny sy­gnał for­ma­cji.

Jego od­dział na­tych­miast roz­dzie­lił się na trzy gru­py. Yang z czwór­ką żoł­nie­rzy znik­nął w mro­ku ota­cza­ją­cych ich drzew. Ar­thur, ugi­na­jąc się pod cię­ża­rem od­zy­ska­ne­go fu­te­ra­łu, za­nu­rzył się w za­ro­śla po le­wej stro­nie ra­zem z to­wa­rzy­szą­cym mu Mil­ko­vi­cem.

– Ten mały da so­bie radę? – za­py­tał pół­szep­tem Stal­lard.

Cain rzu­cił mu chłod­ne spoj­rze­nie. W jed­no­st­ce Ar­thur Var­gas był nie­po­zor­nym kur­du­plem, prze­wra­cał się o wła­sne nogi i wy­glą­dał, jak­by mógł się zgu­bić w ko­lej­ce po chleb. Ty­po­wa ofer­ma. Cain z po­cząt­ku za­sta­na­wiał się, ja­kim cu­dem w ogó­le zo­stał przy­ję­ty do woj­ska. Ale oka­za­ło się, że gdy tyl­ko miał w rę­kach ka­ra­bin zni­ka­ła nie­pew­ność, zni­ka­ły drżą­ce dło­nie i po­tknię­cia. Przy­kła­dał oko do lu­ne­ty i jego cia­ło sta­wa­ło się ramą cze­goś więk­sze­go – ab­so­lut­ne­go spo­ko­ju, sku­pie­nia, pre­cy­zji.

– Rę­czę za swo­ich lu­dzi, Stal­lard – od­parł. – A ty za swo­ich?

Przez chwi­lę pa­trzy­li na sie­bie w ci­szy.

– Cho­rą­ży jest już na po­zy­cji – za­mel­do­wał Sta­le pół­gło­sem.

Stal­lard kiw­nął gło­wą.

– Ru­sza­my za sześć­dzie­siąt, ty, Cain, za sto dwa­dzie­ścia.

– Zro­zu­mia­łem.

Cain za­ci­snął zęby, pa­trzył, jak Stal­lard ze swo­imi ludź­mi prze­my­ka ku le­we­mu na­roż­ni­ko­wi bu­dyn­ku. Gdy znaj­do­wa­li się w po­ło­wie dro­gi, ru­szył z czwór­ką swo­ich żoł­nie­rzy po dru­giej stro­nie. Bie­gli ni­sko po­chy­le­ni, jak­by mo­gli dzię­ki temu scho­wać się we wła­snych cie­niach. Buty mia­ro­wo zgnia­ta­ły wy­schnię­te kępy tra­wy i każ­dy krok przy­bli­żał ich do ścian bu­dyn­ku.

W jed­nej chwi­li roz­pę­ta­ło się pie­kło.

Roz­dzie­ra­ją­cy po­wie­trze huk był ogłu­sza­ją­cy. Po­ci­ski ude­rza­ły wo­kół nich i raz za ra­zem się­ga­ły celu. Od­po­wie­dzie­li ogniem. Łu­ski spa­da­ły na zie­mię ni­czym pu­ste łu­pi­ny. Ude­rze­nia w tar­czę były po­tęż­ne, za każ­dym tra­fie­niem pra­wie gu­bił krok. Do­brze znał jej pa­ra­me­try – sie­dem po­ci­sków, mniej, je­śli kule przy­pad­kiem tra­fi­ły w to samo miej­sce, po­tem tar­cza sta­wa­ła się kru­cha jak szkło. Ką­tem oka zo­ba­czył, że Dar­by się po­tknął. Do­sko­czył ku nie­mu i po­cią­gnął za sobą bez sło­wa.

Na­gle ogień prze­ciw­ni­ka ze­lżał, Cain do­my­ślił się, że to Ar­thur me­to­dycz­nie zdej­mo­wał ostrze­li­wu­ją­cych ich nie­zmor­do­wa­nie wro­gów. Ru­szy­li do przo­du z nową siłą; wciąż byli ata­ko­wa­ni, ale każ­dy ko­lej­ny krok był już tro­chę mniej sa­mot­ny, bo gdzieś tam, w cie­niu drzew i buj­nych krze­wów, był ktoś, kto usu­wał z nich ce­low­nik, za­nim spust zo­stał wci­śnię­ty.

Byli już w po­ło­wie dro­gi, gdy tar­cza znaj­du­ją­ce­go się po jego le­wej stro­nie ka­pra­la Si­lvy pę­kła na ka­wał­ki. Męż­czy­zna za­to­czył się do tyłu, ale nie upadł. Na­tych­miast w ko­lum­nie za­stą­pił go sze­re­go­wy Hicks. Każ­da se­kun­da, każ­dy krok zbli­ża­ły ich do celu. Cain przy­jął ko­lej­ny strzał na tar­czę. Siód­my. Ob­ró­cił ją i przy­go­to­wał się na ude­rze­nie. Po­cisk prze­le­ciał przez tar­czę, roz­trza­skał ją i otarł się o jego udo. Emel Dar­by na­tych­miast skrył go w cie­niu wła­snej tar­czy, aż do chwi­li, gdy do­pa­dli ścia­ny bu­dyn­ku.

– Sta­tus – rzu­cił Cain, ła­piąc od­dech. Czuł lep­ką mo­krość są­czą­cej się po no­dze krwi.

– Si­lva: po­strzał w ra­mię – za­mel­do­wał ka­pral, ści­ska­jąc ranę.

– Dar­by: okej.

– Hicks: okej.

– An­war: okej.

Cain od­bez­pie­czył gra­nat ogłu­sza­ją­cy i wrzu­cił go przez okno. Po chwi­li cała piąt­ka spraw­nie zna­la­zła się we­wnątrz znisz­czo­ne­go po­miesz­cze­nia. Było pu­ste, głu­che i nie­ru­cho­me, jak­by na­wet kurz oba­wiał się unieść swo­je dro­bin­ki. W ką­cie po­ko­ju sta­ły reszt­ki ele­ganc­kiej ko­mo­dy. Wszyst­ko, co mia­ło ja­ką­kol­wiek war­tość, zo­sta­ło roz­kra­dzio­ne daw­no temu. Po­zo­sta­ły tyl­ko ścia­ny po­kry­te łusz­czą­cą się ta­pe­tą, któ­rej wzo­ry zni­kły pod war­stwą bru­du, sa­dzy i wil­go­ci, oraz zwi­sa­ją­cy z su­fi­tu frag­ment krysz­ta­ło­we­go ży­ran­do­la – ża­ło­sny strzęp daw­nej ele­gan­cji i splen­do­ru.

– Hicks, An­war, okna. Dar­by, zaj­mij się Si­lvą – roz­ka­zał Cain i pod­szedł do drzwi. Po­wo­li uchy­lił je i wyj­rzał na ko­ry­tarz. Wszę­dzie pa­no­wa­ła ci­sza, roz­pra­sza­na tyl­ko ich cięż­ki­mi od­de­cha­mi. Za­mknął drzwi i oparł się o ścia­nę. – An­war, jak two­ja tar­cza?

– Wy­trzy­ma czte­ry.

– Idziesz pierw­szy, ja za tobą. Hicks za­bez­pie­czasz lewą stro­nę, Dar­by pra­wą, Si­lva tyły.

Męż­czyź­ni ski­nę­li gło­wa­mi po­twier­dza­ją­co. Ru­szy­li ko­ry­ta­rzem, wol­no, nie­mal bez­sze­lest­nie, stłu­mie­ni jak cie­nie, przy­sta­wa­li przy każ­dych drzwiach. Me­to­dycz­nie spraw­dza­li ko­lej­no wszyst­kie po­miesz­cze­nia, po­kój po po­ko­ju. Oczy czuj­ne, pal­ce na spu­stach. Bu­dy­nek był ogrom­ny i roz­po­zna­nie za­bie­ra­ło im dużo cza­su. Z każ­dym pu­stym wnę­trzem Cain czuł wy­raź­niej ogar­nia­ją­cy go chłod­ny spo­kój. Wie­dział jed­nak zbyt do­brze, jak zdra­dli­we mogą być ta­kie mo­men­ty, by po­zwo­lić so­bie na­wet na chwi­lę utra­ty sku­pie­nia.

Klep­nął kro­czą­ce­go przed nim An­wa­ra w ra­mię, gru­pa za­trzy­ma­ła się i za­ję­ła wy­zna­czo­ne po­zy­cje obron­ne. Ple­ca­mi przy­lgnął do ścia­ny i wy­su­nął się do przo­du. Szyb­ko ro­zej­rzał się po pu­stej prze­strze­ni za ro­giem. Pal­ca­mi lek­ko wy­stu­ki­wał rytm na kol­bie ka­ra­bi­nu. Jego ser­ce biło rów­no, od­dech był spo­koj­ny, wzrok sku­pio­ny. Wy­ostrzył zmy­sły i za­nu­rzył się we wła­sny in­stynkt. Lu­bił ten stan. Był go­to­wy, co do tego nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści. Do­brze wie­dział, co po­tra­fi.

Uniósł dłoń i An­war ru­szył da­lej, za­sła­nia­jąc się tar­czą.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij