-
nowość
Filary. Tom 1. Remember Me - ebook
Filary. Tom 1. Remember Me - ebook
Wojna ich rozdzieliła. Połączyło – przeznaczenie.
Razem mogą ocalić ludzkość… albo sprowadzić na nią zagładę.
Republika jest ostatnim bastionem ludzkości. Jej mieszkańców strzegą Filary – starożytna technologia chroniąca przed wirusem, który zmienia ludzi w nadludzko silne, bezwolne maszyny do zabijania. Dopóki Filary działają, świat trwa w równowadze.
Chloé Shadowtail, córka byłej podpułkownik i ekspertki ds. skażenia, od lat żyje w cieniu cudzych decyzji. Gdy spotyka kapitana Michaela Caina, rozpoznaje w nim przyjaciela z dzieciństwa – chłopca, którego niegdyś kochała jak brata. Uciekając przed zaaranżowanym małżeństwem, postanawia zaciągnąć się do wojska i odzyskać utraconą relację.
Nie wie jednak, że wojna i lata służby w armii zmieniły Michaela w ponurego, bezwzględnego i zabójczo skutecznego dowódcę niesławnej jednostki taktycznej, znanego jako Rzeźnik ze 113-tki.
Chaos jest tylko kwestią czasu – starożytna technologia słabnie, a w bazie pojawia się pierwszy Skażony. Tymczasem młody, ambitny dowódca batalionu, major Emil Stallard, zdaje się mieć własne powody, by trzymać się jak najbliżej Shadowtail i Caina…
Chloé szybko będzie musiała zdecydować, komu może zaufać. Bo stawką w tej rozgrywce okaże się nie tylko jej życie… ale i serce.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-491-4 |
| Rozmiar pliku: | 1,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
though Time’s transformed our love into pain
and scattered our memories like bygone debris,
keep me in your heart – remember me.
Close your eyes and take my hand,
let me mark you mine with a burning brand.
Till the cursed path leads us where I’m bound to be,
feel me on your skin – remember me.
Close your eyes and make a vow,
seal it with a prayer, a devoted bow.
Till the journey’s over and Time sets you free,
tie me to your soul – remember me.
Wezwij moje imię, kiedy przymkniesz oczy,
choć Czas naszą miłość w ból przeistoczył,
rozrzucił wspomnienia na przeszłości dnie,
zachowaj je w sercu – pamiętaj mnie.
Ujmij moją dłoń, kiedy przymkniesz oczy,
przyjmij znak palący, niech na skórze wtłoczy
potępiony trakt, na który przeznaczenie pchnie,
wpleć go w swoje palce – pamiętaj mnie.
I złóż mi przysięgę, kiedy przymkniesz oczy,
oddaj w mą niewolę, jej kres Czas odroczy.
Skroń swą pochyl kornie w niełaskawym śnie,
zwiąż mnie z swoją duszą – pamiętaj mnie.PROLOG
Nie ukrywam, że gdy myślę o tym dniu z perspektywy czasu, mam mieszane uczucia. Nie raz zastanawiałem się, jak potoczyłoby się moje życie, gdybym podjął wtedy inną decyzję. Czy to możliwe, że mogłem zapobiec temu, co się wydarzyło? Czy mogłem ich ocalić, czy też byłem po prostu nic nieznaczącym trybikiem w niepowstrzymanej machinie losu?
I – co najważniejsze – czy gdybym wiedział to, co wiem teraz, ponownie zamieniłbym swoje beztroskie życie wśród rodziny i przyjaciół na te kilka lat z nią, na pustkę po jej odejściu?
Jeden gorszy dzień. Niewłaściwy wybór. Młodzieńczy wybryk.
Chwila pychy, która miała mnie tak wiele kosztować.
Gdy wyskakiwałem z łóżka tamtego dnia, podekscytowany tym, co na mnie czeka, nawet nie przeszło mi przez myśl, że dla kilku klepnięć w plecy stracę zaufanie ojca i zaryzykuję życie nas wszystkich.
Zamykam oczy i znów jestem na skraju lasu. Pomiędzy źdźbłami suchej trawy, na tle bezkresnych piasków Pustkowia, widzę białe kitle i ciemne mundury. W uszach dudni huk zwalnianych blokad Spopielaczy i wycie silników maksymalnie obciążonych ciężarówek.
I wreszcie są oni.
Skażeni, potwory w ludzkiej skórze.
To prawda – w końcu coś o tym wiem.
Pamiętam, że pomyślałem, że wyglądają zupełnie normalnie.
A potem panika, przerażenie, chaos, ciemność.
Obudziłem się w szpitalu wojskowym.
Chciałem usiąść, ale coś blokowało moje ruchy. Rozejrzałem się na wpół przytomnie; mój wzrok był nieostry, umysł zamglony. Zmrużyłem oczy. Na łóżku obok leżał Michael, wpatrywał się w sufit i poruszał ustami, szeptając coś do siebie. Co kilka minut szarpał silnie za grube pasy, którymi był przypięty do łóżka, i zdałem sobie sprawę, że to dlatego ja też nie mogę się ruszyć.
Nagle gdzieś w tyle głowy pojawiło się bolesne pulsowanie. Monitor przy moim łóżku zapiszczał wściekle, a ja zacisnąłem zęby, gdy moją skroń przeszyło niespodziewane ukłucie. Miałem wrażenie, jakby ktoś wsunął mi nóż w czaszkę i powoli nim obracał.
To właśnie wtedy usłyszałem go po raz pierwszy – ten złowrogi szept mówiący moim głosem. Szept, który sprawiał, że przez moje ciało przetaczały się fale przerażenia – i z początku nie chodziło nawet o to, co mówił, ale że w ogóle tam był. Że nie potrafiłem go uciszyć. Że w pewnym momencie nie wiedziałem już, czy to wciąż ja.
Krzyknąłem głośno i szarpnąłem za trzymające mnie więzy. Serce waliło mi w piersi, a jego echo dudniło w uszach.
Przy moim łóżku pojawiła się pielęgniarka, rzuciła krótkie spojrzenie na wiążące mnie pasy i ledwie dostrzegalnie odetchnęła z ulgą. Przez chwilę spoglądała na wskaźniki na stojącym obok mojego łóżka ekranie i szybko zanotowała coś na podkładce.
Zamknąłem oczy, a gdy je znów otworzyłem, stał tam mój ojciec. Oparł się o poręcz łóżka. Jego ułożone włosy przecinał równy przedziałek, spod rękawów marynarki wystawały mankiety śnieżnobiałej koszuli spięte złotymi spinkami. Głos uwiązł mi w gardle. Chciałem być dzielny – pokazać mu, że się nie boję – ale zdradziło mnie urządzenie monitorujące bicie mojego serca.
Z jego ust nie padło nawet jedno słowo wyrzutu. Wiem, że nigdy nie zraniłby mnie wprost. Starał się mnie kochać. Mnie – dziecko, które wyrwało ostatnie tchnienie spomiędzy warg wybranki jego serca. Mimo to widziałem, że ciepły blask, z którym zazwyczaj na mnie spoglądał, znikł bezpowrotnie.
Zawiodłem go.
Choć myślę, że w głębi duszy, tam gdzie skrywamy swoje najczarniejsze myśli, spodziewał się, że tak będzie.
Ocknąłem się w kolejnym szpitalu.
Urządzenia wokół mnie szumiały miarowo. W głowie czułem bolesne pulsowanie, choć nie był to już ten przeszywający, nieznośny ból, który uniemożliwiał zebranie myśli. Nadal byłem przywiązany, ale pasy były luźniejsze. Musiałem leżeć już w łóżku bardzo długo, bo moje mięśnie zdrętwiały i każdy ruch sprawiał wrażenie wymuszonego. Z wysiłkiem uniosłem dłoń i dotknąłem opatrunku za uchem.
Drgnąłem, gdy tuż przy nim rozległ się znajomy szept. Nie wiem, jak długo leżałem nieruchomo, przerażony, podczas gdy on przemawiał do mnie drwiąco, złowrogo, monotonnie powtarzając moim głosem te same słowa:
Zabij ich wszystkich. Musisz zabić ich wszystkich.
Wiedziałem już, co to znaczy.
Byłem skażony.
Mój przyjaciel też.
To wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że nigdy już nie zobaczę się z ojcem, że nie będę mógł wrócić do swojego życia, że będę leżał przykuty do tego łóżka aż do śmierci, powoli tracąc zmysły, aż zostanie tylko powłoka dla potwora, którym się stałem.
Pomyślałem, że lepiej byłoby, gdybym umarł.
Chciałem umrzeć.
Nie. Ja zasługiwałem na to, żeby umrzeć.
Usłyszałem stłumione głosy i szelest odsuwanych drzwi. Ktoś wszedł do pokoju i stanął przy moim łóżku. Głos w mojej głowie natychmiast rozbrzmiał podekscytowaniem:
Zabij ich wszystkich. Musisz zabić ich wszystkich.
Podniosłem dłoń.
– Zabij mnie – wychrypiałem słabo. – Jestem skażony. Zabij mnie. Proszę. Nie chcę być potworem…
Klucha, która urosła mi w gardle, zablokowała dalsze słowa. Nikt nie odpowiedział, choć wiedziałem, że nie jestem sam. Obróciłem lekko głowę i rozchyliłem powieki.
Przy moim łóżku stała dziewczynka w moim wieku, o najbardziej błękitnych oczach jakie kiedykolwiek widziałem. Burza splątanych brązowych loków okalała jej twarz. Patrzyła na moją dłoń nachmurzona, wydymając małe usta. Napotkała moje spojrzenie. Uniosła brwi, a jej oczy się rozszerzyły.
Dwa kawałki przejrzystego nieba. Nie mogłem oderwać od nich wzroku.
A potem dotknęła mojej dłoni.ROZDZIAŁ 1
Chloé Shadowtail otworzyła oczy i przez chwilę wpatrywała się w otaczającą ją ciemność. Niezależnie od pory roku zawsze budziła się przed brzaskiem. Serce tłukło się w jej piersi jak dziki ptak zamknięty w klatce, zawsze przez ten sam sen. Zazwyczaj pamiętała każdy szczegół, ale czasami – jak dziś – budziła się z pustką w głowie i poczuciem, że straciła coś bardzo ważnego. Dotknęła mokrych policzków i odetchnęła z trudem przez zaciśnięte gardło.
Przez chwilę wsłuchiwała się w odgłosy wydawane przez ich stary drewniany dom, bo cisza poranka nigdy nie była tu absolutna. Wręcz przeciwnie, zdawała się żywa, wibrując dźwiękami, które można było usłyszeć tylko o tej porze dnia. Belki sufitu skrzypiały lekko pod ciężarem dachu i raz po raz rozlegał się cichy trzask, jakby dom przeciągał się po długim śnie. Wiatr przeciskał się przez szpary i szeleścił skromną firanką w oknie. Zbliżała się jesień, a wraz z nią krótsze dni i długie, chłodne wieczory.
Westchnęła cicho. Wyciągnęła dłoń i dotknęła pleców śpiącej obok kobiety, szukając komfortu w jej bliskości.
– Śpij – powiedziała ta ochryple, ale odwróciła się i zamknęła ją w ciepłym uścisku. – To tylko zły sen.
Chloé uśmiechnęła się i przymknęła oczy. Wiedziała dobrze, że już nie zaśnie, ale poczuła powracający spokój.
Gdy tylko zaczęło świtać, wysunęła się spod ciepłej pościeli. Szybko zdjęła piżamę i założyła starannie odwieszoną ubiegłego wieczoru zwykłą szarą sukienkę. Ze ściśniętym gardłem spojrzała na wychudzone ciało śpiącej kobiety. Okryła ją troskliwie dodatkowym kocem i usiadła na łóżku, słuchając jej płytkiego oddechu. Nagły atak kaszlu sprawił, że kobieta otworzyła oczy.
– Już ranek? – zapytała na wpół przebudzona.
– Śpij, mamo – odpowiedziała Chloé, ściskając jej dłoń. – Zawołam cię na śniadanie.
– Dobrze. Jeszcze tylko dziesięć minut.
Chloé uśmiechnęła się uśmiechem, który nie sięgnął jej oczu. Od lat bezsilnie obserwowała rozwój choroby matki: momenty, gdy zaczęła tracić na wadze, gdy zaczęła się z trudem prostować z powodu bólu pleców, gdy płytki oddech w nocy przechodził w duszący kaszel. Od kilku miesięcy podawała jej ekstrakt z ziół na złagodzenie bólu. Nic więcej nie mogła dla niej zrobić.
Sprawnie roznieciła ogień w kuchni i wstawiła wodę na herbatę. W spiżarni oprócz zgromadzonych niewielkich zapasów żywności wisiały pęki suszonych ziół, a na półkach piętrzyły się słoiki pełne maści, nalewek i leczniczych ekstraktów. Jej matka, Camilla, była niegdyś znakomitą lekarką i Chloé czuła, że powinna pójść w jej ślady, pomagać tym, o których system zapomniał.
Po przegranej dziesięć lat temu wojnie całe siły i środki państwowe zostały skierowane na odbudowę miast, ochronę Filarów i rozwój militarny Republiki. Małe wioski, takie jak ta, w której mieszkały, zostały pozostawione samym sobie. Większość ludzi miała do wyboru przeprowadzkę i życie w nędzy na ulicach wielkich miast albo wegetację w skazanych na zapomnienie, pozbawionych ochrony społecznościach. I choć życie, które prowadziły, należało do relatywnie spokojnych ze względu na bliskość miasta stołecznego, brakowało im wielu rzeczy dostępnych tylko dla mieszczan i wojska – między innymi elektryczności i środków medycznych. To dlatego Camilla umierała i Chloé nie mogła się z tym pogodzić.
Najgorszy los jednak czekał na tych, którzy zostali wygnani na Pustkowie. Ten, kto raz przekroczył wyznaczone przez Spopielacze granice, nigdy nie wracał.
– Mamo, zejdź na śniadanie – zawołała, kiedy wszystko było już gotowe, i cierpliwie czekała, aż Camilla bezpiecznie zeszła po drabinie prowadzącej na poddasze, gdzie miały niewielką sypialnię. Pomyślała, że już niedługo będą musiały się przenieść na dół. Wprawdzie matka zapewniała Chloé, że ta wspinaczka nie sprawia jej trudności, ale ona widziała, że z każdym dniem miała coraz mniej sił; obawiała się też, że pod jej nieobecność mogłaby spaść.
Camilla usiadła przy stole, zakaszlała i otuliła się szczelnie ciepłą chustą. Chloé odmierzyła na łyżeczkę pięć kropli ekstraktu i wymieszała je z herbatą matki. Spojrzała na flakonik pod światło.
– Zostało już tylko kilka dawek. Na szczęście widziałam już kwitnące okazy w pobliżu rzeki. Pójdę je nazbierać po południu i przygotuję nowy ekstrakt. Powinien działać skuteczniej.
Camilla kiwnęła głową.
– Przy okazji sprawdź, czy orzechy są już wystarczająco zielone i nadają się do zebrania. Wydaje mi się, że w spiżarni została już tylko jedna butelka nalewki.
– Dobrze, mamo. Spróbuj coś zjeść, proszę. Ostatnio chudniesz w oczach.
Ich rozmowę przerwało donośne pukanie do drzwi. Chloé z westchnieniem otworzyła drzwi, wpuszczając pierwszych pacjentów. Czekał je pracowity dzień.
Było już dobrze po południu, gdy wyszedł ostatni z nich – syn pobliskiego gospodarza, który zranił się w zeszłym tygodniu w nogę i wymagał ściągnięcia szwów oraz zmiany opatrunku. Chloé z wdzięcznością przyjęła dwie drobne monety i bochenek świeżo upieczonego chleba. Ludzie płacili im, czym mogli, i choć żyły skromnie, nigdy nie głodowały – za samo to były zawsze wdzięczne losowi.
Zaparzyła matce świeżą porcję herbaty. Camilla musiała przyjmować środek przeciwbólowy co sześć godzin, by normalnie funkcjonować.
– Chyba przez pomyłkę dałaś mi dwie łyżeczki, możesz jedną schować.
Chloé zamarła i spojrzała na stół. Z przerażeniem patrzyła, jak matka przesuwa palcami po pustym blacie, próbując podnieść łyżeczkę, której tam nie było.
– O… Więc to już – stwierdziła Camilla, kiedy pierwszy moment zaskoczenia minął.
– Mamo… – szepnęła Chloé, ale ta uniosła tylko uspokajająco dłoń.
Bez słów wiedziały, że właśnie pojawił się jeden z ostatnich objawów. Miały mniej czasu, niż sądziły.
– Porozmawiamy o tym później.
– Ale przecież…
– Porozmawiamy o tym później! – przerwała jej Camilla stanowczo i widząc napiętą twarz córki, dodała ze spokojem: – Idź, proszę, zebrać zioła, a ja w tym czasie odetchnę w ogrodzie. Kilka chwil na słońcu dobrze mi zrobi.
– Ale mamo…
– Koniec dyskusji, Chloé.
Chloé rzuciła jej urażone spojrzenie, choć wiedziała, że nic nie przekona teraz matki do rozmowy. Wzburzona chwyciła koszyk i wypadła z domu bez słowa. Ledwie weszła na znajomą ścieżkę prowadzącą nad rzekę, a gniew minął i do oczu napłynęły jej łzy bezsilności. Żałowała teraz swojej reakcji. Lata spędzone na służbie medycznej w wojsku nauczyły Camillę nie okazywać emocji przy innych i nawet jej córka nie była wyjątkiem. Chloé zatrzymała się na ścieżce rozdarta pomiędzy chęcią powrotu do domu i przytulenia matki a świadomością, że ona chce być teraz sama.
Szła powoli skrajem niewielkiego zagajnika, zawieszony na przedramieniu koszyk obijał się lekko o jej biodro z każdym krokiem. Pochyliła się nad skupiskiem ziół, dotknęła ich liści, a potem uniosła kwiatostan i przyjrzała mu się dokładnie, zanim wprawnym ruchem ucięła łodygę tuż przy ziemi. Jej dłonie poruszały się szybko, z wprawą, więc jej koszyk szybko wypełnił się wonnymi ziołami. Wyprostowała się i otarła czoło.
Wreszcie miała chwilę dla siebie.
Nogi same poniosły ją wydeptaną wśród traw ścieżką i zanim się obejrzała, stała w swoim ulubionym miejscu nad rzeką. Przy kamienistym brzegu rósł rozłożysty klon, jakby stworzony do tego, by w cieniu jego powyginanych konarów zapomnieć o czasie. Usiadła na gęstej trawie i oparła się o jego pień.
Uwielbiała widok, który się przed nią roztaczał – połyskliwą taflę przemieszczającej się powoli wodnej masy, zielone łąki przetykane złotymi wiechami wrotyczu i białymi główkami rumianku, kępy drzew przycupnięte na skraju pól roztaczających się na drugim brzegu i majaczący w oddali mur miasta stołecznego.
Zamknęła oczy, czując napływające pod powieki łzy, i sięgnęła na dno koszyka. Jej palce zacisnęły się na wypłowiałej, podniszczonej okładce książki. Wyciągnęła ją ostrożnie, starając się nie zgnieść zebranych wcześniej darów natury. Przesunęła palcami po wyblakłych złotych literach. Czytała ją tyle razy, że zdawało jej się, iż mogłaby wyrecytować ją na pamięć.
Drgnęła, gdy poczuła lekkie kopnięcie w udo. Uniosła głowę i westchnęła z zaskoczeniem na widok męskiej sylwetki. Pogrążona w myślach, nie usłyszała jego kroków. Szybko otarła słoną wilgoć z rzęs i obrzuciła nieznajomego zaciekawionym spojrzeniem.
Czarne spodnie miał wojskowym sposobem wsunięte w wysokie, wypolerowane buty. Szara koszula była nienagannie wyprasowana, ale niedbale rozpięta przy szyi, przez ramię przerzucił kurtkę z wojskowymi oznaczeniami, których nie rozpoznawała.
– To moje miejsce – oznajmił sucho, niby obojętnie.
Przez chwilę wpatrywała się w niego bez słowa, zastanawiając się, czy aby na pewno powiedział to do niej. Jego oczy zakrywała gęsta, zupełnie niewojskowa rozczochrana grzywa czarnych włosów, ale zauważyła orli kształt nosa i mocno zarysowaną, gładko ogoloną szczękę.
– Przykro mi, ale ja byłam tutaj pierwsza, więc…
– To moje miejsce – powtórzył bardziej stanowczo, opierając zaciśniętą pięść o pień drzewa.
Westchnęła z oburzeniem. Widziała, że nie mógł być wiele starszy od niej, a do tego, biorąc pod uwagę jego niski wzrost i szczupłą budowę ciała, bardziej sprawiał wrażenie pretensjonalnego mieszczucha niż groźnego żołnierza. Z lekkim prychnięciem nieznacznie się poprawiła, by siedziało się jej wygodniej.
– Cóż, wygląda na to, że będziesz musiał poszukać sobie innego, bo tak się składa, że…
Urwała, gdy pochylił się gwałtownie, chwycił ją za przód koszuli i poderwał bez wysiłku do góry z trzaskiem materiału. Książka wysunęła się jej z palców, a plecy boleśnie otarły o twardą korę drzewa. Jak oniemiała patrzyła na groźny błysk w lekko zmrużonych zielonych oczach, widocznych teraz między czarnymi kosmykami gęstej grzywki.
Żołnierz oparł rękę obok jej głowy i pochyliwszy się ku jej twarzy, wycedził z lodowatym spokojem:
– Gówno mnie to obchodzi. Spieprzaj stąd!ROZDZIAŁ 3
Major szczegółowo omówił plan działania, odwołując się do map terenu i planów budynków. Cain zerknął na niego z uznaniem; jak dotąd nie miał zastrzeżeń. Musiał przyznać, że młody dowódca miał łeb na karku i przewidział wiele sytuacji, jakie mogły się wydarzyć. Mimo to nadal w tyle głowy błyskało mu czerwone światło ostrzegawcze.
– Czy mają państwo jakieś pytania? – zapytał oficer na koniec, zbierając dokumenty w równy stosik. Omiótł spojrzeniem ludzi Caina, którzy jak jeden mąż przenieśli wzrok na swojego dowódcę, to w nim szukając odpowiedzi. Dla Stallarda był to jasny sygnał: zrobimy to, co postanowi nasz kapitan.
Najstarszy z nich, potężnej postury brodacz, kapral Mark Silva – specjalista od ładunków wybuchowych – przez cały czas siedział bez ruchu, z łokciami wspartymi o blat stołu i dłońmi złączonymi na wysokości swojej rudawej brody, wpatrując się w majora uważnie, jakby w szarych oczach miał zainstalowany skaner, którym chciał prześwietlić jego intencje. Po jego prawej stronie, bezgłośnie postukiwał zwinnymi palcami o blat ciemnowłosy szeregowy Seo Jisoo, którego umiejętności we władaniu bronią białą bez problemu zapewniłyby mu miejsce trenera w najlepszych ośrodkach szkoleniowych i relatywnie prostą ścieżkę do awansu, którego to uparcie odmawiał. Po lewej natomiast, z dłońmi założonymi na piersi i odstręczającym grymasem na twarzy, siedział szeregowy Igor Hicks – z potężnymi ramionami, które ledwie mieściły się w rękawach munduru, był niekwestionowanym mistrzem w siłowaniu się na rękę w bazie, ale podobno potrafił też trafić nożem w dowolny cel z kilkunastu metrów. Dalej usadowiło się dwóch jasnowłosych szeregowych – Emel Darby, zwiadowca, oraz kierowca Tim Anwar.
Obok szeregowego Seo miejsce zajmował ciemnoskóry kapral Chris Emmerson, specjalista od walki wręcz, który swego czasu odrzucił propozycję stanowiska w Westfall, obecnej stolicy Republiki, na rzecz dołączenia do jednostki 113B. Naprzeciwko kapitana Caina zaś siedziało jeszcze dwóch szeregowych: cały czas wiercący się na krześle Ian Snow, o rozbieganym spojrzeniu i twarzy upstrzonej piegami, oraz Ben Hamir, którego ostre rysy zdawały się być wykute w kamieniu; raporty niewiele mówiły o ich umiejętnościach, ale sam fakt, że należeli do jednostki 113B, świadczył o tym, że coś w nich zainteresowało Caina na tyle, by zaproponować im miejsce w oddziale. Na samym końcu stołu siedział jeszcze starszy szeregowy Adam Milkovic, karnie usunięty z centrali wywiadowczej po bójce z synem jednego z Generałów Broni.
Emil Stallard widział ich akta i wiedział doskonale, co ich łączyło – każdy z nich miał problemy z dyscypliną; bójki oraz awantury były w ich poprzednich oddziałach na porządku dziennym i każdy z nich niejeden raz otarł się o usunięcie ze służby. Co jednak ciekawe, nie odnotowano u nich ani jednego wpisu karnego od dnia, w którym dołączyli do jednostki kapitana Caina.
Najbardziej natomiast interesowały majora Stallarda dwie postaci siedzące po obu stronach kapitana. Najmłodszy w oddziale, szeregowy Arthur Vargas, strzelec wyborowy, którego ciemne, lekko opuszczone oczy nieustannie uciekały spojrzeniem, jakby każda próba kontaktu wzrokowego była dla niego wyzwaniem, i wreszcie prawa ręka kapitana Caina – chorąży Milo Yang, utalentowany taktyk, który cieszył się w bazie nieposzlakowaną opinią i powszechnie uważano, że marnuje się w jednostce 113B. Mimo imponującej postury jego szczery uśmiech i pełne uwagi niebieskie oczy sprawiały, że roztaczał wobec siebie aurę niegroźnego olbrzyma, i Stallard nie potrafił dojść, w jaki sposób udawało mu się zapanować nad pozostałymi członkami jednostki.
– Myślę, że kapitan zgodzi się ze mną, że na chwilę obecną nie możemy przewidzieć innych możliwości – dodał z lekkim uśmiechem.
– Tak. – Cain zastukał dwa razy w stół palcem i podniósł się z krzesła, oznajmiając tym samym koniec spotkania. – Wyruszamy za godzinę. Yang zostań na chwilę.
Mężczyźni czekali w ciszy, aż zostali w sali sami. Chorąży zerknął na dowódcę i zmarszczył czoło. Cain usiadł i ściszonym głosem wyjaśnił mu całą sytuację. Yang słuchał ze skupieniem; nie zadawał pytań, wiedział, że dowie się wszystkiego, co było konieczne. Na koniec kiwnął głową i zapytał:
– Jakie wyposażenie zabieramy?
– TPP.
– W mordę! Aż tak źle?
Cain tylko rzucił mu znaczące spojrzenie.
– O cholera! – zaklął Yang i wyszedł szybko z sali.
Cain ruszył do swojego pokoju. W skupieniu zmienił mundur na taktyczny i sprawnie nałożył części pancerza z nanowłókien noszących sygnaturę Korpusu S5. Nie podobało mu się, że jego niezawodny pancerz został stworzony przez korpus, którym dowodził Stallard. Sprawdził broń, dwa długie noże na plecach, maskę. Przejrzał zawartość plecaka. O wyznaczonej godzinie był gotów.
Zanim jednak zdążył opuścić budynek, stanął przed nim podporucznik Moer.
– Pułkownik wzywa do siebie – oznajmił sucho.
Cain próbował ominąć go bez słowa, ale Moer ponownie zastąpił mu drogę.
– Natychmiast – warknął. – Tym razem to rozkaz, kapitanie Cain. Proszę mnie nie zmuszać do użycia… siły.
Kapitan uniósł brwi, ale ruszył za nim z cichym prychnięciem. Gdy tylko otworzyli drzwi do biura Moera, skrzywił się i zaklął pod nosem. Z gabinetu pułkownika dobiegał rozwścieczony głos majora Bale’a.
– …mówię po raz ostatni, pułkowniku. Żądam ukarania Caina zgodnie z regulaminem. Nie zamierzam więcej tolerować jego zachowania. Jeśli pan nad nim nie zapanuje, to…
– Pan wzywał, pułkowniku – wszedł mu w słowo Cain, stając w drzwiach.
– Zapraszam, kapitanie – wycedził pułkownik Lee, a w tym cichym stwierdzeniu zawarł więcej grozy niż w jakimkolwiek wrzasku. Twarz miał napiętą, z wyraźnie zarysowaną żyłą pulsującą na skroni, w oczach zimny ogień. – Zechce mi pan wyjaśnić, dlaczego po raz kolejny nie powiadomił pan majora Bale’a o spotkaniu.
– Z całym szacunkiem, panie pułkowniku, powiadomiłem. Zgodnie z obowiązującymi zasadami.
Lee zerknął na majora. W powietrzu zawisło napięcie – gęste i duszne, jak przed burzą.
– Czy to prawda, majorze? Czy został pan powiadomiony zgodnie z procedurami?
– No… tak – zająknął się Bale – ale jego zachowanie…
Cain prychnął pod nosem.
– Bale, kurwa… – Lee pochylił się do przodu i opuścił dłonie na biurko z głośnym plaśnięciem. Każde jego kolejne słowo było niczym uderzenie pięścią w stół. – Chyba ci się głowa z dupą pomieszała, że przychodzisz do mnie z takim gównem! Chciałeś, żeby wpisywał się w twoje pieprzone rubryczki, wpisuje się. Czego jeszcze chcesz?! Zawiadomienia złotym drukiem na papierze, kurwa, czerpanym? Oczekujesz, że ci się będzie cymbał kłaniał, to pisz skargę choćby do samego Generała Broni. Powodzenia, kurwa mać! Tylko nie zawracaj mi więcej dupy!
Major poczerwieniał i otworzył usta, ale widząc wzrok pułkownika, natychmiast je zamknął. Wcisnął czapkę na głowę i wyszedł, trzaskając drzwiami. Cain uśmiechnął się drwiąco.
– Ja pierdolę, Cain! – zwrócił się do niego dowódca. W jego głosie nie było już tylko gniewu, był też zawód i zmęczenie, jakby miał już dość tej samej rozmowy, tej samej walki z kimś, kto znał obowiązujące granice, a mimo to celowo je przekraczał. – Jesteś nieuleczalnym wrzodem na mojej dupie. Wieczny przeciąg w gabinecie, zamontuję sobie niedługo drzwi obrotowe, bo te od rana się nie zamykają. Bo Cain, kurwa, to, bo Cain, kurwa, tamto. Nie chcesz się kłaniać palantowi, zapisz się na egzamin na majora. Albo nie, najlepiej od razu na pułkownika. Usiądź, kurwa, choć na jeden dzień w tym fotelu i posmakuj, jaki to miód! Ostatni raz, mówię to ostatni, kurwa, raz, bo więcej nie będzie! Tylko dlatego, że masz łeb na karku i jakieś umiejętności, nie znaczy, że możesz pluć na dyscyplinę. To jest wojsko, do cholery! Tu nie jesteś jakimś bohaterem. Jesteś trybem, a tryby, które nie pasują, się wymienia, jasne?!
Cain wcisnął dłonie w kieszenie i wbił wzrok w podłogę.
– Tak jest.
– Tak jest, kurwa, kto?!
– Tak jest, panie pułkowniku.
Lee podniósł się z fotela i odwrócił się do niego plecami, stając przy oknie.
– Spieprzaj mi stąd! I pilnuj lalusia! – warknął.
Cain wyszedł z gabinetu i zamknął cicho drzwi, ignorując zadowolony uśmieszek sekretarza Moera, który udawał, że uzupełnia jakiś formularz, choć kapitan wiedział, że bezwstydnie podsłuchiwał, gdyż dokument był do góry nogami.
Gdy tylko pojawił się na korytarzu, jakby spod ziemi wyrósł obok niego major Bale.
– Nie myśl sobie, że to koniec, dupku. Lee nie będzie tutaj zawsze, by pilnować twojego tyłka – warknął lodowato, uśmiechając się jednocześnie, jakby opowiadał jakąś zabawną historię, gdyż na korytarzu kręciło się wiele osób. – I wybij sobie z głowy awans na majora. Gdy tylko zdasz egzamin, osobiście załatwię ci przydział do najbardziej zapyziałej dziury w górach, przy samiutkim Pustkowiu. Aha, i pilnuj pleców, dupku, bo nawet się nie zorientujesz, kiedy cię dorwę.
– Dziękuję za dobrą radę – skwitował krótko Cain i nie oglądając się za siebie, wyszedł z budynku. Dopiero tam odetchnął głęboko i cmoknął poirytowany. – Palant – mruknął pod nosem. Splunął z niesmakiem i niespiesznie ruszył przez plac przed gmachem dowództwa. Już i tak był spóźniony, więc nie zamierzał marnować sił.
Gdy dotarł na miejsce zbiórki, zobaczył dwa okryte ciemną plandeką samochody i swoich ludzi zajmujących miejsca na pace. Każdy z nich, zgodnie z jego rozkazem, oprócz wyznaczonego wyposażenia bojowego miał ze sobą również długą, półprzezroczystą tarczę z sygnaturą S5. Ławki na pace zostały przez Anwara dostosowane do tego, by na czas przejazdu można było zatknąć je za plecami, co stanowiło również doskonałą barierę kuloodporną.
Sam Tim Anwar siedział za kierownicą jednego z pojazdów, obok niego miejsca zajęli dwaj oficerowie Stallarda. Major stał przy drugim samochodzie, ewidentnie czekając na niego. Kapitan zerknął na kierowcę, spod czapki uśmiechały się do niego znajome, otoczone długimi rzęsami niebieskie oczy.
Westchnął poirytowany.
Stallard uprzejmym gestem wskazał mu środek kabiny, więc odpowiedział mu tym samym, ale gdy tylko major zajął miejsce na środku, zatrzasnął za nim drzwi, po czym bez pośpiechu ruszył w kierunku pojazdu Anwara. Podniósł opartą o tył auta tarczę i podpierając się dłonią, zwinnie wskoczył na pakę. Zerknął na umieszczone w rogu pojazdu skrzynie. Nikt nie odezwał się słowem, kiedy zajął swoje miejsce przy kabinie i uderzeniem w przegrodę dał znak do odjazdu. Gdy tylko opuścili bazę, wyciągnął nogi przed siebie i oparł głowę na plecaku.
Po chwili odniósł wrażenie, że ktoś go ukradkiem obserwuje. Przyzwyczajony do takich spojrzeń, nauczył się ignorować większość z nich, ale energia płynąca od tej osoby była zdecydowanie wroga. Uchylił powieki i napotkał wzrok siedzącego przy wyjściu porucznika Morgana Stale’a. Pochylił się powoli do przodu, oparł łokcie na kolanach i spojrzał na niego otwarcie.
Nie rozpoznawał tej podłużnej, nienaturalnie bladej niczym wyrzeźbionej z lodu twarzy. Skóra, chorobliwie przezroczysta, odsłaniała siatkę niebieskawych żył na jego skroniach i szyi, a brak brwi i rzęs potęgował wrażenie pustki w wodnistoniebieskich oczach, śledzących jednakże każdy jego ruch z zimną, obojętną precyzją. Przez policzek Stale’a biegła poszarpana blizna, zaczynająca się tuż nad lewą brwią i kończąca tuż przy kąciku ust, jakby ktoś jednym ruchem chciał zetrzeć z niej ostatni rys człowieczeństwa.
Cain nie miał pojęcia, dlaczego ten człowiek miałby mieć mu cokolwiek za złe, ale też nie obchodziły go jego powody. Im dłużej mu się jednak przyglądał, tym wyraźniejsze wrażenie odnosił, że było w tej niepokojącej twarzy coś znajomego, jakby gdzieś widział już go wcześniej. Nie potrafił tylko przypomnieć sobie gdzie.
Porucznik uśmiechnął się lekceważąco. Potarł pozbawioną włosów, lśniącą niczym wypolerowana kość głowę, założył trzymany w rękach hełm, skrzyżował ramiona na piersi i zamknął oczy.
Cain prychnął pod nosem i wrócił do poprzedniej pozycji. Pogrążył się w półdrzemce. Potrzebował odpoczynku, a sen nigdy nie nadchodził.
Otworzył oczy, kiedy samochód zahamował dwukrotnie – umówiony sygnał Anwara, że dotarli na miejsce. Żołnierze nie ruszyli się z miejsc, dopóki nie wyskoczył z lekkim szelestem na ziemię. Nałożył maskę i aktywował noktowizor. W ciszy obserwował rozładowujący się oddział, nie przegapił również bacznego spojrzenia majora i doskonale zorganizowanych czynności jego zespołu. Usłyszał znajome stęknięcie i zwinnym ruchem schwytał upadającą na ziemię postać. Arthur Vargas, najmłodszy i najdrobniejszy członek jego oddziału, uginał się pod ciężarem długiego futerału.
– Przepraszam, kapitanie – mruknął chłopak pod nosem, poprawiając uchwyt na tarczy.
Cain bez słowa zdjął mu z barków futerał i rzucił Yangowi, który przechwycił go zwinnie i zarzuciwszy sobie na plecy, wrócił do swoich obowiązków.
– Trzymaj się Yanga – powiedział i ścisnął pokrzepiająco zawstydzonego chłopaka za ramię. – Poradzisz sobie, jak zawsze.
– Tak jest – odpowiedział Arthur, nasuwając na twarz maskę.
W niecałe dziesięć minut samochody zostały zabezpieczone maskującą plandeką, a cały oddział był gotów do działania. Stallard kiwnął głową i dał znak do wymarszu. Od pierwszego posterunku dzieliły ich niecałe dwa kilometry drogi przez rzadki las. Po kilkunastu minutach sprawnego marszu ujrzeli otaczający posiadłość mur. Zgodnie z przewidywaniami wysoka brama z kutego w roślinne wzory metalu była zamknięta.
Oddział zatrzymał się na skraju otwartej przestrzeni. Cain ruszył bezszelestnie przed siebie, jego zadaniem było obezwładnienie potencjalnych strażników w stróżówce i otworzenie bramki.
Zwinnie wspiął się na porośnięty mchem, skruszały, dawno niereperowany mur i już po chwili, z lekkim szelestem suchej trawy, wylądował po jego drugiej stronie. Zatrzymał się, czując głuche tąpnięcie, rozpoznał sylwetkę porucznika Stale’a – Stallard ewidentnie chciał go mieć cały czas na oku.
Cain przykucnął i obrzucił spojrzeniem budynek stróżówki, w jednym z okien paliło się światło. Mężczyźni podeszli bliżej i ukradkiem zajrzeli do środka. Wewnątrz, rozpartych na fotelach, siedziało dwóch wyrostków w podniszczonych ubraniach, rozmawiali przyciszonymi głosami i co chwila wybuchali nerwowym śmiechem. Cain nakręcił tłumik na pistolet i dał znak Stale’owi, by zajął miejsce przy drzwiach. Szarpnął za spust. Rozległ się trzask pękającej szyby i żarówki. Zapadła ciemność. Naciągnął maskę na twarz i skoczył w stronę drzwi, ale natknął się w nich na plecy porucznika.
– Pieprzeni rebelianci – prychnął ten pogardliwie i machnął mu przed nosem kluczem, dając znak, że idzie otworzyć bramę.
Cain rzucił okiem na leżące na fotelach ciała. Ramiona i nogi mieli rozrzucone na bok jak porzucone w pośpiechu manekiny. Przy nogach foteli leżały nowe karabiny, zza ich pleców wystawały wojskowe maski. W zielonkawym ekranie noktowizora koszule rozkwitały powoli czarnymi plamami wokół sterczących z ich piersi rękojeści. Kucnął przy jednym z rebeliantów. Chłopak miał krótko, starannie podcięte włosy i gładko ogoloną twarz, która zastygła w wyrazie zdziwienia, jakby nie do końca docierało do niego, że to już koniec. W starym, połatanym, pozbawionym insygniów mundurze na pierwszy rzut oka wyglądał jak dzieciak zabłąkany w cudzym konflikcie, ale wystarczyło przyjrzeć się bliżej: jego buty były zbyt nowe, zbyt dobrze dopasowane. To nie byli rebelianci. To byli żołnierze udający rebeliantów.
Cain zerknął na swoją jednostkę prześlizgującą się przez uchyloną bramę. Znał to uczucie – ciężkie, tłuste jak gęsty, duszący dym, wypełniło jego płuca, utrudniając mu oddychanie. Coś było nie tak. A mimo to musiał grać dalej, udawać, że wciąż jeszcze nie dostrzega sznura, który powoli, nieubłaganie zaciskał się na jego szyi. Westchnął ciężko i zanim wyszedł, zamknął zabitym oczy.
W drodze do głównego celu Cain przekalkulował wszystko, każdy strzęp informacji, który udało mu się dotąd zdobyć. Raz. Drugi. Trzeci. Każdy możliwy wariant był zbyt ryzykowny, niczym droga prowadząca dalej i dalej, ku kolejnym rozdrożom. Zorientował się zbyt późno. Rozum podpowiadał mu jedno, instynkt drugie, a ciało parło naprzód jak na autopilocie. Nieświadomie zaciskał tylko coraz mocniej zęby.
Zatrzymali się na skraju piaszczystej ziemi, która niegdyś była zielonym rozległym trawnikiem. Tam, na tle czerni lasu, stał Pałac Rosenthaalów – dawniej pełen życia, teraz zaledwie skorupa – wypalony relikt innego świata, innych, lepszych czasów. Księżyc rozlewał srebrną poświatę na jasną bryłę budynku. Dumne swego czasu kolumny portyku przypominały teraz połamane kości olbrzyma, mury krzyczały czarnymi ustami okien, okolonymi śladami pocisków i plamami, które nie były tylko dymem.
W oddali lśnił Filar Centralny – smukły niczym igła wbita w niebo, miał w sobie coś boskiego, a jednocześnie emanował złowieszczą aurą, jakby stworzono go bardziej dla kontroli niż ochrony. Jego powierzchnia połyskiwała w blasku księżyca. Nikt nie wiedział jaki materiał został wykorzystany do jego budowy – ni to metal, ni szkło, żywy i martwy jednocześnie. Na ogromnych wysokościach Filar rozszerzał się nieznacznie, tworząc pierścienie, w których znajdowały się potężne emitery – nadajniki w regularnych impulsach rozsyłające w atmosferę ochronne fale.
Wokół panowała nieprzenikniona cisza. Filar nie wydawał dźwięku i nie było już nikogo, kto byłby w stanie stwierdzić, czy wciąż działał pełną mocą. Dopóki jednak stał, mieszkańcy Republiki mogli zasypiać spokojnie.
Cisza przed burzą z piorunami, pomyślał Cain ponuro, ale zgodnie z planem pokazał Yangowi umówiony sygnał formacji.
Jego oddział natychmiast rozdzielił się na trzy grupy. Yang z czwórką żołnierzy zniknął w mroku otaczających ich drzew. Arthur, uginając się pod ciężarem odzyskanego futerału, zanurzył się w zarośla po lewej stronie razem z towarzyszącym mu Milkovicem.
– Ten mały da sobie radę? – zapytał półszeptem Stallard.
Cain rzucił mu chłodne spojrzenie. W jednostce Arthur Vargas był niepozornym kurduplem, przewracał się o własne nogi i wyglądał, jakby mógł się zgubić w kolejce po chleb. Typowa oferma. Cain z początku zastanawiał się, jakim cudem w ogóle został przyjęty do wojska. Ale okazało się, że gdy tylko miał w rękach karabin znikała niepewność, znikały drżące dłonie i potknięcia. Przykładał oko do lunety i jego ciało stawało się ramą czegoś większego – absolutnego spokoju, skupienia, precyzji.
– Ręczę za swoich ludzi, Stallard – odparł. – A ty za swoich?
Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy.
– Chorąży jest już na pozycji – zameldował Stale półgłosem.
Stallard kiwnął głową.
– Ruszamy za sześćdziesiąt, ty, Cain, za sto dwadzieścia.
– Zrozumiałem.
Cain zacisnął zęby, patrzył, jak Stallard ze swoimi ludźmi przemyka ku lewemu narożnikowi budynku. Gdy znajdowali się w połowie drogi, ruszył z czwórką swoich żołnierzy po drugiej stronie. Biegli nisko pochyleni, jakby mogli dzięki temu schować się we własnych cieniach. Buty miarowo zgniatały wyschnięte kępy trawy i każdy krok przybliżał ich do ścian budynku.
W jednej chwili rozpętało się piekło.
Rozdzierający powietrze huk był ogłuszający. Pociski uderzały wokół nich i raz za razem sięgały celu. Odpowiedzieli ogniem. Łuski spadały na ziemię niczym puste łupiny. Uderzenia w tarczę były potężne, za każdym trafieniem prawie gubił krok. Dobrze znał jej parametry – siedem pocisków, mniej, jeśli kule przypadkiem trafiły w to samo miejsce, potem tarcza stawała się krucha jak szkło. Kątem oka zobaczył, że Darby się potknął. Doskoczył ku niemu i pociągnął za sobą bez słowa.
Nagle ogień przeciwnika zelżał, Cain domyślił się, że to Arthur metodycznie zdejmował ostrzeliwujących ich niezmordowanie wrogów. Ruszyli do przodu z nową siłą; wciąż byli atakowani, ale każdy kolejny krok był już trochę mniej samotny, bo gdzieś tam, w cieniu drzew i bujnych krzewów, był ktoś, kto usuwał z nich celownik, zanim spust został wciśnięty.
Byli już w połowie drogi, gdy tarcza znajdującego się po jego lewej stronie kaprala Silvy pękła na kawałki. Mężczyzna zatoczył się do tyłu, ale nie upadł. Natychmiast w kolumnie zastąpił go szeregowy Hicks. Każda sekunda, każdy krok zbliżały ich do celu. Cain przyjął kolejny strzał na tarczę. Siódmy. Obrócił ją i przygotował się na uderzenie. Pocisk przeleciał przez tarczę, roztrzaskał ją i otarł się o jego udo. Emel Darby natychmiast skrył go w cieniu własnej tarczy, aż do chwili, gdy dopadli ściany budynku.
– Status – rzucił Cain, łapiąc oddech. Czuł lepką mokrość sączącej się po nodze krwi.
– Silva: postrzał w ramię – zameldował kapral, ściskając ranę.
– Darby: okej.
– Hicks: okej.
– Anwar: okej.
Cain odbezpieczył granat ogłuszający i wrzucił go przez okno. Po chwili cała piątka sprawnie znalazła się wewnątrz zniszczonego pomieszczenia. Było puste, głuche i nieruchome, jakby nawet kurz obawiał się unieść swoje drobinki. W kącie pokoju stały resztki eleganckiej komody. Wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, zostało rozkradzione dawno temu. Pozostały tylko ściany pokryte łuszczącą się tapetą, której wzory znikły pod warstwą brudu, sadzy i wilgoci, oraz zwisający z sufitu fragment kryształowego żyrandola – żałosny strzęp dawnej elegancji i splendoru.
– Hicks, Anwar, okna. Darby, zajmij się Silvą – rozkazał Cain i podszedł do drzwi. Powoli uchylił je i wyjrzał na korytarz. Wszędzie panowała cisza, rozpraszana tylko ich ciężkimi oddechami. Zamknął drzwi i oparł się o ścianę. – Anwar, jak twoja tarcza?
– Wytrzyma cztery.
– Idziesz pierwszy, ja za tobą. Hicks zabezpieczasz lewą stronę, Darby prawą, Silva tyły.
Mężczyźni skinęli głowami potwierdzająco. Ruszyli korytarzem, wolno, niemal bezszelestnie, stłumieni jak cienie, przystawali przy każdych drzwiach. Metodycznie sprawdzali kolejno wszystkie pomieszczenia, pokój po pokoju. Oczy czujne, palce na spustach. Budynek był ogromny i rozpoznanie zabierało im dużo czasu. Z każdym pustym wnętrzem Cain czuł wyraźniej ogarniający go chłodny spokój. Wiedział jednak zbyt dobrze, jak zdradliwe mogą być takie momenty, by pozwolić sobie nawet na chwilę utraty skupienia.
Klepnął kroczącego przed nim Anwara w ramię, grupa zatrzymała się i zajęła wyznaczone pozycje obronne. Plecami przylgnął do ściany i wysunął się do przodu. Szybko rozejrzał się po pustej przestrzeni za rogiem. Palcami lekko wystukiwał rytm na kolbie karabinu. Jego serce biło równo, oddech był spokojny, wzrok skupiony. Wyostrzył zmysły i zanurzył się we własny instynkt. Lubił ten stan. Był gotowy, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Dobrze wiedział, co potrafi.
Uniósł dłoń i Anwar ruszył dalej, zasłaniając się tarczą.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.