Fioletowy - ebook
Jedno miejsce.
Dwa czasy.
Tajemnice, które nigdy nie zostały wyjaśnione.
Lawendowa Osada pachnie latem, spokojem i obietnicą szczęścia.
Małgosia przyjeżdża tu na wakacje, wierząc, że zaczyna się najpiękniejszy rozdział jej życia.
Nie wie jednak, że ziemia, po której stąpa, pamięta coś zupełnie innego.
Krew. Strach. Zdradę.
Milczenie sprzed lat powoli zaczyna pękać. Dawne winy wracają.
A historie, które miały zostać zapomniane, znów domagają się prawdy.
„Fioletowy” to poruszająca opowieść o dziedziczonym bólu, o miłości wystawionej na próbę i o tym, że nawet najpiękniejszy krajobraz potrafi skrywać mrok.
I że niektóre tajemnice nigdy nie zasypiają.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8310-921-3 |
| Rozmiar pliku: | 1,8 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
1946, koniec sierpnia
Niewielki drewniany kościół przez wieki widział wszystko. Były śluby, w czasie których panna młoda, połykając łzy, cichym, drżącym głosem wypowiadała słowa przysięgi, matka wzdychała niemo, wiedząc, że za torebkę brzęczących monet sprzedaje córkę okrutnikowi i skazuje ją na ciężkie życie, a ojciec cieszył się, że dziewczyna w końcu okazała się inwestycją i pozwoliła spłacić długi. Były i takie, gdy zakochani patrzyli sobie w oczy z miłością i wstępowali w święty związek małżeński ze szczerą wiarą w dobrą, wspólną przyszłość. Kolorowo mieniły się stroje, mnóstwo tasiemek, wstążek, bursztynów. W oczy rzucały się białe koszule, gorsety, kaftany. Były chrzciny, z nieodłącznym płaczem dzieci polewanych zimną wodą, były komunie, bierzmowania, spowiedzi. Był zapach kadzidła, jałowca, szałwii i lawendy, czasem octu, gdy gospodynie sprzątały kościół przed świętami. No i leżały kwiaty, ogrom kwiecia, szczególnie w takie dni jak dzisiaj, kiedy to bez liku pachnących bukietów ułożono przed ołtarzem.
Każdy kościół wybrzmiewa modlitwą. Zwykle żarliwą, czasem interesowną. Ludzie proszą o powodzenie dla siebie i o to, żeby sąsiadowi zdechła krowa. O zdrowie dla dziecka. I o dobrą partię dla córki. Handlują z Bogiem datkiem na mszę, obietnicą bycia dobrym dla żony przez miesiąc albo wsparciem przy remoncie dachu kościoła.
Czasami jednak dom pański wypełnia cisza tak intensywna, że aż dzwoni w uszach. Pełna strachu, żałości, złości i nienawiści. I choć gęsto stłoczeni ludzie zawsze wypełniają świątynię dźwiękami – oddychaniem, wzdychaniem, szuraniem, kasłaniem – to zdarza się, że i tak są to brzmienia, które giną w ciszy. Ona dusi bezwzględnie wszelkie odgłosy.
Tak jak tego dnia.
Trumna z ciałem Franka stała w domu jego rodziców przez dwie doby. O jedną za długo. Człowiek po śmierci psuje się jak porzucone truchło zagryzionego psa. W upale szybciej. A jeśli wnętrzności wylały się z człowieka i potem już nijak nie chciały się zmieścić w środku, jeżeli cały czas, choć przykryte nową koszulą i ozdobnym pasem, pozostawały gdzieś poza brzuchem, poza człowiekiem, na niewłaściwym miejscu – śmierdziały jak najgorsza padlina. Nie pomagał skwar, który jak na złość objął ziemię gorącym uściskiem, odbierającym oddech i chęć do życia.
A życie miało swoje prawa, bez względu na śmierć i ludzkie łzy. Bez względu na rozpacz matki. Żniwa wymagały wyjścia na pola. Zboże się złociło, jeszcze kilka dni i już będzie czas, bo wiadomo, że prace najlepiej zacząć w środę lub sobotę, może także być we wtorek bądź w czwartek, ale pod żadnym pozorem w poniedziałek ani piątek. Łany muszą zniknąć po przejściu gromady uzbrojonej w sierpy. Najstarsi we wsi gadali, że taka pogoda to tylko jeszcze przez tydzień, może osiem dni, a potem burze przygniotą do ziemi to, co zostanie na polach.
Codziennie więc gospodarze wychodzili, oglądając i czule głaszcząc kłosy, oceniając, czy już gotowe, czy dojrzałe, czy czas żąć.
Anna nie wychodziła w pole i nic jej nie obchodziło, że Józef z duszą jak przywaloną kamieniem młyńskim sprawdzał, czy to już. Stawał na miedzy i przyglądał się kłosom. Ziarna były twarde, a łodygi złote. Śpiew przepiórek zaś już niósł się po polach. Jego pole było na górce, u niego zawsze dojrzewało najszybciej. Ale on nie miał serca, by zwołać żniwiarzy.
Zajęli się tym sąsiedzi. Musieli przecież zacząć na jego polu, bo to jego ziemia była najbliżej krzyża i to tam zawsze wychodziła całą wieś prowadzona przez księdza, który święcił pola w cztery strony świata. Stamtąd ruszała gromada odziana w białe lniane szaty, choć pierwszy pokos powinien wykonać gospodarz lub najstarszy członek rodziny. Co z tego. Józef tylko patrzył, więc najbliższy sąsiad zaczął za niego, za przyzwoleniem księdza, który dodatkowo poświęcił tego roku Józefowe pole. Dopiero wtedy ruszyły ze śpiewem kobiety, zaczynając od _Matka Boska była mała, tyz przy zniwach pomagała, a ty, Zosiu i Małgosiu, znijze sybciej, nie po trosu_.
Nie pytając, weszli na pole Józefa, zżęli i powiązali w snopki, odstawili do stodoły. Pamiętali nawet o tym pierwszym, najbardziej okazałym snopku, który w Wigilię musi stanąć w każdej izbie, by zapewnić gospodarstwu dobrobyt przez cały nadchodzący rok. Zostawili także przepiórkę, niezżętą garść zboża, który kobiety pięknie udekorowały polnymi kwiatami i wstążkami. Nie zapomnieli nawet o płaskim kamieniu pozostawionym na samym środku przepiórki, w wypielonym starannie miejscu, położyli na nim chleb i sól, by w gospodarstwie Józefa chleb rozmnażał się nawet na kamieniu.
Ale nikt już nie oborywał przepiórki. Nikt nie kwapił się do złapania najpiękniejszej nawet dziewczyny i do ciągnięcia jej na plecach przez przepiórkę. Radość na polu Józefa była nie na miejscu.
A gdy zjeżdżali do Józefowego gospodarstwa, zapadała nabożna cisza, bo przecież Franek leżał za tym oknem, w którym paliła się gromnica. Omijali centrum podwórza, przestępując ostrożnie tuż przy ścianie obory, obok kurnika, byle nie wejść w ten pył na samym środku.
Józef nie wyszedł odebrać plonu. Nikt mu zresztą nie zaśpiewał: _Otwórzcie nam szerokie wolu, niesiemy wianek ze szczerego złota. Plon niesiem, plon!_ I nie grała muzyka, nie oblano gospodarzy wodą i nie było poczęstunku dla żniwiarzy. Nic nie było jak zwykle.
Franek nie przyjął ostatniego namaszczenia i choć w kościele ostatnimi czasy nie bywał, to ksiądz znalazł dla niego miejsce na cmentarzu tuż obok kościoła. Najlepsze z możliwych. I zgodził się, żeby sosnowa trumna, ale z lepszego drewna i niemal za darmo przez najlepszego cieślę sprawiona, stanęła na środku kościoła. I by wokół rozłożono wszystkie możliwe kwiaty zebrane na polach w całej okolicy.
Duchowny zgodził się na wszystko, co najlepsze, choć nikt go nawet o to nie prosił. Franek miał pogrzeb niczym najbogatszy bogacz, jakich to pochówków od dawna tutaj nie widziano. Ksiądz długo odprawiał mszę żałobną, a kazanie prawił o tych, co uczciwi, wierni i bogobojni. I że oni zbawieni będą, a zdrajcy nie przestąpią progu Królestwa Pańskiego, choćby na odpuście zupełnym, tym od Matki Boskiej Zielnej, sypnęli groszem na odnowienie chrzcielnicy.
Kazanie wygłosił z zaangażowaniem, używając wielu zawiłych zwrotów, bo choć bardzo chciał, to bał się mówić wprost. Marian Wargul siedział w trzecim rzędzie i patrzył księdzu w oczy, ubrany w mundur. Gdyby mógł, to pewnie spocząłby na samym przedzie, tam jednak rodzina zajęła miejsca już wcześniej i choćby bardzo chciał – a chciał – wcisnąć się między nich, to tak się porozsiadali, że nawet szpilki by nie włożył.
Marian zatem słuchał księżowskiego kazania z pogardliwym wyrazem twarzy, prychając lekceważąco od czasu do czasu, zwykle wtedy, gdy pojawiały się słowa „Polska” lub „patriota”.
Ksiądz celebrował każdy ruch, słowo i przeciągał śpiewy, szczególnie że – wiedział to doskonale – choć nie zawinszował sobie zapłaty, to i tak ją otrzyma. Sowitą, bo Józef do skąpych nie należał, a i jego gospodarstwo, pilnowane i skrzętnie prowadzone przez całą pracowitą rodzinę – kwitło. Ksiądz od razu uznał, że jeśli nic nie zażąda, otrzyma więcej, niż gdyby oczekiwał najwyższej daniny. Bo pogrzeb pogrzebem, rozpacz rozpaczą, a życie trwa dalej i ma swoje bezwzględne prawa.
Wyprowadził trumnę z kościoła w krótkiej, bardzo krótkiej ostatniej podróży, bo kiedy już doszli do wykopanego grobu, to końcówka długiego konduktu, w którym zgromadziła się cała niemal wieś, jeszcze nie opuściła kościelnych ławek.
Anna stała nad grobem pochylona i pewnie wpadłaby do lekko osypującej się dziury, gdyby nie mocne ramię Józefa, podtrzymującego ją stanowczo. Zaciskał dłonie na ciele żony tak mocno, aż pozostawiał siniaki, ale ani ona tego nie czuła, ani on nie był świadom.
Ksiądz śpiewał, modlił się, wierni odpowiadali. Nawet Marian wypowiadał automatycznie wyuczone od dziecka przyśpiewki, bo jego ciotka trącała go, gdy tego nie robił. Ona w ogóle nie chciała, by jej siostrzeniec tu przychodził. Bała się. Same z nim były kłopoty, i to już od dzieciństwa! Zresztą, nie tylko z nim, z całą tą rodziną. Od siostry, Heleny, przez Stanisława, jej niewydarzonego męża samobójcę, aż po gromadkę dzieciaków, którą musiała się zaopiekować. Same z nimi problemy!
A gdyby ksiądz wprost potępił Wargula z ambony? Odium ekskomuniki dotknęłoby także ją i jej dorastające smyki, a tego bardzo, ale to bardzo by nie chciała. W głębi duszy wiedziała przecież, że duchowny miał prawo. Że nawet powinien. Że za złe czyny należą się złe słowa. Nie chciała jednak, by skierowane zostały do dziecka jej siostry. Nawet takiego, które pobłądziło.
Marian jednak się uparł, że przyjdzie na ten pogrzeb.
– Popatrzę w oczy wszystkim, którzy są wrogami ojczyzny – oznajmił buńczucznie. – Którzy przeciwstawiają się tym, co budują nowy, socjalistyczny ład. A oni tam wszyscy… – Aż się zaperzył. – Ja tam i tak wiem, który i co ma na sumieniu, ale teraz, szczury jedne, już tak łatwo się nie podniosą. Już zobaczyli, jak karząca ręka sprawiedliwości dopada tych, którzy powstają przeciwko ojczyźnie. Muszę na tym pogrzebie być, żeby wszystkim to pokazać. Kara spotka każdego zdrajcę!
– Oj głupiś ty, głupiś. – Ciotka westchnęła tylko i zawiązała chustkę na głowie. Już wiedziała, że nic nie poradzi na jego upór. Musiała z tym żyć, choć było jej niełatwo, niełatwo… A i ksiądz twardą pokutę zadawał.
Nad grobem wszyscy pokornie pochylili głowy, tylko Marian wciąż patrzył hardo. Księdzu prosto w oczy i wszystkim pozostałym też. Jedynie rodziców Franka omijał wzrokiem. Nie miał siły spojrzeć na nich, choć zadufany w sobie nie zastanawiał się dlaczego.
Wszystko trwało długo. Każdy chciał rzucić garść ziemi na dębową trumnę, każdy chciał pożegnać Franka. Każdy się bał następnego dnia. Co będzie? Co będzie? Co będzie? Każdy myślał, nikt nie mówił.
Żałobnicy odchodzili od trumny powoli. Tłum rzedniał stopniowo, aż w końcu została tylko najbliższa rodzina. I Marian. Też podszedł, by rozsypać garść ziemi na trumnę, Józef jednak zatrzymał jego rękę.
– Nie waż się, gnido – powiedział.
– Nie zabronisz mi.
– A paszoł mi won! – rzucił ojciec zamordowanego.
– Zrobię, co będę chciał – warknął Wargul.
– Uważaj, bo ludzka cierpliwość ma swoje granice.
– Grozić mi będziesz? Grozić? To ty uważaj. Władza ma swoje sposoby na takich jak ty.
– Ty już pokazałeś, szujo, jakie masz sposoby.
– Jak mi się będziesz stawiał, to jeszcze zobaczysz. Przekonasz się. Jeszcze nie skończyłem z tą waszą zapyziałą rodzinką. Na razie z jednym syneczkiem zrobiłem porządek, jeszcze trzech masz, jeszcze można dużo zrobić. I córeczki masz! Jak im? Krysia i Rysia, jak ładnie, i wnuczki, a wszystkie śliczne, śliczne, nie powiem…
Józef zerwał się, puszczając ramię Anny. Ta zachwiała się, podtrzymał ją syn, Michał, pozostali polecieli za ojcem.
Nie zdążyli.
Józef już zdążył i unieść, i opuścić rękę. Już z nosa Mariana cienką strugą ciekła krew. Już Marian przyłożył swoją dłoń do własnego policzka. Zanim zrobił coś więcej i zanim tamten znów uniósł rękę, już trzymali ich bracia i synowie Józefa.
– Jeszcze zobaczysz – warknął Wargul. – Uważaj, jeszcze zobaczysz.
Splunął pod nogi i odszedł, nie oglądając się za siebie.
Józef patrzył na niego długo, zaciskając zęby i pięści. Doczekał się satysfakcji, choć marnej i niewystarczającej. Marian, idąc szybko, stąpał nieuważnie. Potknął się i zamachał śmiesznie rękami.
Rozległo się kilka wątłych śmiechów.
Wróg ośmieszony przestaje być groźny.
Czy naprawdę?ROZDZIAŁ 2
Teraz
Małgosia Lisiak czekała na ten dzień już od kilku tygodni. Wakacje! To słowo zawsze elektryzowało, i to każdego ucznia.
Wakacje to wolność. Wyjazd. Zmiana. Przygoda. A te konkretne wakacje niosły ze sobą szczególną obietnicę…
Lubiła Sebastiana. Tak po prostu. A nawet, należy to uczciwie powiedzieć, lubiła go znacznie bardziej niż po prostu. I czuła się z nim jak w rodzinie. Przede wszystkim od początku drugiej klasy siedzieli w tej samej ławce. Dwa lata szturchania się łokciami, delikatnych, niby przypadkowych dotknięć, podpowiadania na klasówkach i pożyczania sobie zeszytów. Nie od początku było to oczywiste. W pierwszej klasie liceum zaledwie się sobie przyglądali, od czasu do czasu trącając się ramieniem na przerwach. Potem tak jakoś wyszło, właściwie bezwiednie, że siadali w sąsiednich ławkach. Niby przypadkiem, a jednak coraz częściej i chętniej. W drugiej klasie już wprost chodzili po korytarzach ramię w ramię, przezywano ich „zakochaną parą”, ale nikomu to szczególnie nie przeszkadzało. Obydwoje uczyli się dobrze, a że czasem chwycili się za dłonie? Albo siadali razem przy stole w stołówce?
Już od dłuższego czasu Małgosia się zastanawiała, czy nie spędzić chociaż kilku dni, może tygodnia, w towarzystwie Sebastiana. Byłoby cudownie, jak jednak miałaby to załatwić? Dopiero niedawno odważyła się porozmawiać na ten temat z mamą.
– Z Sebastianem? – zdziwiła się Barbara. – Rojkowskim?
Małgosia kiwnęła głową.
– Jasne, córeczko, przecież to żaden problem. Jego rodzice prowadzą plantację lawendy, do Kulesz Kościelnych jest raptem osiemdziesiąt kilometrów.
– To wiem – odpowiedziała Małgosia.
– A ja chodziłam z ojcem Sebastiana do szkoły.
– Słucham?
– Nie wiesz? Przecież dziadkowie mieszkali w Kuleszach.
– Nie wiem nawet, czy kiedyś tam byłam.
– Oczywiście! Dziadkowie przeprowadzili się do Łysych, kiedy miałaś cztery lata. Naprawdę nie pamiętasz?
Dziewczyna pokręciła przecząco głową.
– To znaczy, pamiętam dziadków, choć słabo. Miałam dziesięć lat, kiedy zmarli taty rodzice, prawda?
Barbara kiwnęła głową potwierdzająco.
– Ale Kulesz nie pamiętam. Nic a nic.
Matka zatem podjęła opowieść:
– Kochanie, wszyscy pochodzimy z tych samych okolic. Twój tata, ja, Sebastian, jego rodzice. Mateusz, jego ojciec, jest, o ile dobrze pamiętam, dwa lata starszy ode mnie. Tak, na pewno. Przecież chodził z twoim tatą do klasy… Henryk! – krzyknęła w głąb domu.
Chwilę później do kuchni wszedł wysoki brodacz w przybrudzonym kombinezonie.
– Co tam, moje śliczne? – zapytał łagodnym głosem, nieprzystającym do niedźwiedziowatej postury.
– Rojkowski chodził z tobą do klasy, prawda?
– Prawda – zgodził się ojciec Małgosi. – Bo co?
– Bo jego syn jest całkiem atrakcyjnym młodzieńcem.
Henryk spojrzał uważnie na córkę.
– Oby nie był takim łobuzem jak jego tatuś – powiedział ostrożnie.
– Tato!
– No co, „tato, tato”. Jeśli wydarzyło się coś niedobrego w obrębie piętnastu kilometrów od Kulesz, zawsze najpierw pytano Rojkowskich, gdzie w tym czasie przebywał Mateusz. Taki automat. Odpuszczano tylko, jeśli na pewno nie mogło go być w konkretnej lokalizacji. W innych sytuacjach praktycznie zawsze się okazywało, że to on był winien, cokolwiek by to było.
– Tato, Sebastian to jeden z najlepszych uczniów w klasie. Zaraz po mnie.
– To cudownie, córeczko. A co to ma wspólnego ze mną i z Mateuszem? – zwrócił się do żony.
– Bo skoro znamy starych Rojkowskich, to może nasza córka w te wakacje spędziłaby jakiś czas, powiedzmy tydzień, na ich plantacji?
– U starych Rojkowskich? Serio? Oni są w naszym wieku – oburzył się mężczyzna.
– Oj tam. – Kobieta się zaśmiała. – Chciałam się przypodobać córce. Wiesz, ona młoda, my starzy, taki konflikt pokoleń sprowadzony do semantyki.
Henryk pokręcił głową i spojrzał na córkę.
– Jeśli tylko ci nie przejdzie… – ojciec pocałował córkę w czoło – to oczywiście, że możesz pojechać do… Jak to się nazywa? – Spojrzał niepewnie na żonę.
– Lawendowa Osada – podpowiedziała.
– Właśnie, do Lawendowej Osady. Choć nie ukrywam, że wolałbym innego zięcia. Nigdy nie ufałem tej rodzinie.
– Tato! – oburzyła się dziewczyna.
– Nie zapędzajmy się – poparła ją matka.
– To tylko kolega – dodała Małgosia.
– To dobrze, córeczko – odpowiedział i wyszedł, lekko marszcząc czoło.
– O co tacie chodzi? Jeśli ojciec łobuz, to syn tak samo?
– Nie, kochanie. Nie wiem zresztą. Może to dlatego, że tata jest ostatnio zapracowany. – Matka machnęła ręką. – Porozmawiam z Rojkowskimi. Tata chodził do klasy z Mateuszem, ja natomiast z jego żoną, Jadwigą. To znaczy, wtedy jeszcze nie była jego żoną. Z tego, co wiem, prowadzą na swojej plantacji agroturystykę, na pewno można wynająć u nich pokój.
– Mają chyba domki – wtrąciła cicho Małgosia.
Matka uniosła brwi.
– Jasne… – Uśmiechnęła się ze zrozumieniem. – W takim razie domek. Jeżeli będziesz chciała, pojadę z tobą… – Widząc minę córki, Barbara natychmiast wycofała się z tego pomysłu. – Albo i nie. Ale to dopiero w wakacje. Na razie trwa rok szkolny, skup się, bo wiesz, kochanie, trzecia klasa to poważna sprawa.
– Wiem, mamo, oczywiście – zgodziła się Małgosia.
Była bardzo zadowolona z przebiegu rozmowy. Zwłaszcza że była coraz pewniejsza swoich uczuć. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej nabierała przekonania, że to ten. Zresztą nie tylko w obecności Sebastiana odczuwała szybsze bicie serca. Także odczytywanie zapisów jego myśli, którymi szczodrze się dzielił za pośrednictwem komunikatorów, było dla niej bardziej niż interesujące. A to już musiało o czymś świadczyć, czyż nie?
I właśnie teraz, kilka tygodni po tamtej rozmowie, jechała przed siebie. To znaczy, z Łysych do Kulesz. Właściwie trzy kilometry za Kulesze, do agroturystyki jakże słusznie nazywanej Lawendową Osadą, bo przecież składała się głównie z ciągnących się po horyzont pól lawendy.
Wielokrotnie oglądała gospodarstwo w internecie. Na zdjęciach prezentowało się bajkowo. Cztery domki z jasnego drewna, kiedyś nawet komentowali to razem z tatą. Henryk od razu zwrócił uwagę na ich kolor.
– Musieli zabezpieczyć je bezbarwnym lakierem – powiedział. – Przecież oni funkcjonują już ponad dziesięć lat, a one ani odrobinę nie ściemniały. A tam wiatry, co ja mówię, wichury! Potrafią się rozpędzić, że ho, ho, nawet tornada się zdarzają. Malutkie, ale jednak. Zresztą wszystko, co drewniane, ciemnieje, a u nich wciąż jest jasne i nieodmiennie świeże.
Małgosia zwróciła uwagę na barwy. Każdy z domków miał drzwi i okiennice w innym kolorze, stąd też wzięły się ich nazwy. Zielony, niebieski, fioletowy i żółty. Małgosia wybrała dla siebie, a jakże, fioletowy i zamierzała być w tej fioletowej oazie przez najbliższy tydzień zwyczajnie szczęśliwa.
Droga z Łysych do Kulesz Kościelnych nie była długa. Godzina drogi. Niewiele ponad osiemdziesiąt kilometrów, a Małgosia czuła, jakby jechała na drugi koniec świata. Prawdziwe wakacje! Wiózł ją tam tata, po uzgodnieniu wszystkich szczegółów z dawnymi kolegami ze szkoły, czyli rodzicami Sebastiana. Poza zarezerwowanym dla niej na cały tydzień domkiem, pięknymi widokami i wszechobecnym zapachem lawendy czekał tam na nią Sebastian i być może to właśnie było dla niej najważniejsze.
Gdy przyjechali na miejsce, Małgosia wyskoczyła z auta niczym na sprężynkach. Jej ojciec zaś wysiadł spokojnie, dostojnie rozglądając się wokół.
Panująca cisza pełna była ledwie uchwytnych brzmień. Pszczoły, trzmiele, ptaki, których nazw Gosia nie potrafiła zidentyfikować. Szybko jednak te naturalne dźwięki zostały przyćmione ludzkimi głosami. Z dużego domu, zbudowanego z grubych, ciemnych bali, uszczelnionych ściśle mchem przez ostatniego w tej okolicy mechoptyka, wybiegł Sebastian. Śpieszył się, w podskokach przemierzał niewysoką skarpę porośniętą gęstą koniczyną, jednak na kilka kroków przed wysypaną białym żwirem drogą zatrzymał się i popatrzył na Małgosię. Dopiero gdy uśmiechnęła się do niego zachęcająco, ruszył dalej. Chłopak wyraźnie miał ochotę uściskać ją na przywitanie, zamiast tego jednak po prostu podał jej rękę. Nie zdołał ukryć rozradowania, powiedział jednak ostrożnie:
– Cześć.
– Cześć – odpowiedziała równie radośnie.
– Dzień dobry – rzucił tata dziewczyny.
– Dzień dobry panu. – Chłopak speszył się, jakby dopiero teraz go dostrzegł. – Zapraszam państwa. Walizkę później zaniosę Małgosi do domku. Tam będzie mieszkać. – Wskazał jasny domek z lawendowymi drzwiami i okiennicami.
Henryk Lisiak pokiwał głową.
– Ładnie tu – powiedział, rozglądając się. – A teraz prowadź, dżentelmenie.
Przeszli po skarpie, a potem po czterech drewnianych schodach weszli do domu z ciemnych bali. W sieni przywitał ich miły półmrok, ale już po chwili Sebastian po plecionych dywanikach zaprowadził ich do przestronnej kuchni, za którą znajdowała się spora jadalnia. Wielkie panoramiczne okna otwierały perspektywę na lawendowe łany, rozkładające się niemal po horyzont długimi, gęstymi pasami. Na ścianach rozwieszono wysuszone lawendowe bukiety i piękne, zdobne wieńce. Lawenda była tu naturalnym elementem otoczenia.
– Napijecie się czegoś? Kawy, herbaty, może wody?
– Ja dziękuję – odpowiedział ojciec dziewczyny.
– A ja poprosiłabym wodę – powiedziała nieśmiało Małgosia.
– Dzbanek zawsze stoi tutaj – wyjaśnił Sebastian, wskazując na blat pod oknem. – Właściwie dwa. Z wodą i lawendową lemoniadą. Częstuj się. Zresztą, wszystko tutaj jest do używania. W lodówce w twoim domku też jest butelka z lawendową lemoniadą. Mama zawsze zostawia taką dla gości.
Uśmiechnął się szeroko, nalewając Małgosi płynu do szklanki.
– Tu jemy śniadania i wszystkie inne posiłki – kontynuował po chwili. – Tyle że śniadania mamy wspólne, zwykle około dziewiątej, a resztę to jak kto chce. Lodówka jest tutaj.
Chodził po pomieszczeniu i wskazywał kolejne elementy. Ojciec dziewczyny patrzył na tę prezentację z rozbawieniem.
– Cześć – rozległo się raptem od wejścia do kuchni.
Wszyscy spojrzeli na wchodzącego mężczyznę.
– Wszystko gotowe, tato – oznajmił Sebastian.
Przybyły kiwnął głową i skupił się na ojcu Małgorzaty.
– Kopę lat – powiedział Mateusz Rojkowski.
– Blisko dwadzieścia – odparł ojciec Małgosi.
– Dokładnie osiemnaście – uściślił właściciel agroturystyki. – Zaraz przyjdzie moja Jadzia. Posiedzimy, pogadamy.
– Jasne – odpowiedział ojciec Małgosi.
Siedzieli potem przy stole zastawionym lokalnymi przysmakami. Wędliny z własnej wędzarni, twaróg od sąsiada, jajka od hodowanych kur. Lawendowy miód, chleb z pieca opalanego drewnem.
– Takich smaków nie jadłem od lat – stwierdził ojciec Małgosi.
– Takie pyszności tylko u nas – skwitowała ze śmiechem matka Sebastiana.
– Niby mieszkamy w tym samym regionie, niby mamy do siebie niedaleko, a żyjemy tak różnie – zauważył ojciec Małgosi.
– My jesteśmy szczęśliwi – stwierdziła Jadzia.
– My też, choć zdaje się, w zupełnie inny sposób. – Lisiak się zaśmiał.
– Macie światowe życie – skomentował ojciec Sebastiana.
– Chyba żartujesz? Mój świat to warsztat samochodowy – zaprotestował Henryk Lisiak.
– Czyli chociaż se pojeździsz dobrymi autami.
– Akurat. Z tych najlepszych to mam co najwyżej brudny olej za paznokciami. A jak u was? Macie tu raj…
– Jadzia studiowała medycynę – pochwalił się Mateusz.
– Oj tam, tylko dwa lata. – Kobieta skromnie machnęła ręką. – Ale to nie było dla mnie. Szczęśliwa się czuję tylko tutaj. Rzuciłam studia, choć sesję po drugim roku zdałam bez problemu – zastrzegła. – Po prostu tęskniłam za… za tym – zakończyła, zataczając ręką koło. – Kocham to miejsce. Kulesze, nasz spokój, to, że znam tu wszystkich… Jestem tu w domu.
– Wprawdzie liczyłem, że Jadzia będzie leczyła całą okolicę, ludzi i najlepiej od razu zwierzęta, ale mój plan się nie powiódł. – Mateusz się zaśmiał. – A co tam u twojej żony?
– Moja Basia z kolei ma nos nieustająco w podręcznikach i w internecie. Uczy maluchy w szkole, nauczanie początkowe, więc ciągle wyszukuje jakieś cuda. A to mikołaje na Boże Narodzenie, a to zające na Wielkanoc. Laurki, piosenki, wycinanki. Ciągle coś.
– Kurpiowskie by z dziećmi porobiła – stwierdziła Jadwiga Rojkowska.
– A takie też robi. Pokazuje dzieciakom urodę naszych stron, a jakże. Nie wiem skąd, ale ostatnio gdzieś zdobyła nożyce do strzyżenia owiec i ćwiczyła w domu tradycyjne kurpiowskie wycinanki. Po wielu godzinach prób nawet zrobiła jedną całkiem zgrabną leluję i naprawdę piękną gwiazdę. No dobra, trochę jestem nieobiektywny. Może nie były aż tak ładne. – Zaśmiał się cicho.
– I takie wielkie nożyce zabrała do przedszkola? – zapytała ironicznie matka Sebastiana.
– Do szkoły – sprostował Henryk. – Uczy w szkole. Nie, oczywiście, że nie. Dzieci wycinały prosty wzór nożyczkami o zaokrąglonych końcach. Wszystko zgodnie z zasadami bezpieczeństwa.
– Kiedyś mieliśmy normalne nożyczki, używaliśmy młotków na zetpete i przyszywaliśmy guziki prawdziwymi, ostrymi igłami – zakpił Mateusz.
– Ty to chyba w ogóle używałeś różnych niebezpiecznych narzędzi – stwierdził kąśliwie Henryk.
Patrzyli na siebie przez chwilę jak dwa rozjuszone byki.
– Tato? – zainterweniowała zdziwiona Małgosia.
Chwila minęła.
Henryk potrząsnął głową, przygryzł wargę i kontynuował jak gdyby nigdy nic.
– Ostatnio, to znaczy w marcu, Basia nawet robiła z dzieciakami Marzannę w kurpiowskim stroju. Chociaż nie wiem po co, i tak ją przecież utopili.
– Po to, żeby dzieciakom pokazać nasze tradycje – odpowiedziała Jadwiga.
– Są ważne – zgodził się Henryk.
Popołudnie przedłużyło się do wieczora, a to głównie dzięki Małgosi i Sebastianowi. Henryk miał ochotę szybko wracać do domu, córka jednak go zatrzymała.
– Tato, pomożesz mi? – zapytała, ojciec zatem zaniósł jej bagaże do lawendowego domku, choć Sebastian obiecał, że się tym zajmie. Później przeszli się po okolicy, Henryk wskazał córce widniejącą z daleka wieżę kościoła i opowiedział kilka legend.
A jeszcze potem się okazało, że choć na początku spotkania miało miejsce niewielkie spięcie, to jednak szybko zapanował szampański nastrój. Nie bez udziału lawendowej nalewki, choć przecież Henryk nie pił, bo musiał wracać do Łysych. I tylko dwoje najmłodszych nie brało udziału w rozmowie.
Oni jedynie patrzyli na siebie. Trochę z ukosa, trochę spod przymkniętych powiek, a trochę jak najbardziej zakochane dzieciaki świata.ROZDZIAŁ 3
Teraz
– Czasem się zastanawiam, czy nie powinniśmy się przeprowadzić – powiedziała Barbara Lisiak.
– Źle ci tutaj? – Henryk odwrócił się od zlewu. Właśnie napełnił sobie szklankę zimną wodą. Wypił duszkiem i usiadł na wprost żony, przypatrując jej się uważnie.
Pokręciła głową.
– Nie o to chodzi. Wiesz, bardziej o to, że… Pamiętasz, kiedy byliśmy młodzi?
– Znów nawiązujesz do tych „starych”? To podobno miała być tylko semantyka? Ciągle jesteśmy młodzi. To znaczy, moja żona jest, bo ja już się trochę posunąłem.
Rozbawił ją.
– W takim razie, młody człowieku, czy dzisiejsze tu i teraz jest dokładnie tym, czego oczekiwałeś?
– Całkowicie. Mam piękną żonę i równie piękną córkę. I równie piękny dom. Własny warsztat samochodowy, codziennie rano jem śniadanie w najlepszym możliwym towarzystwie i wracam do domu na najpyszniejszy obiad świata. Weekendy spędzam, włócząc się z rodziną po lesie albo jeżdżąc z żoną i córką nad jakieś jezioro. W końcu po sąsiedzku mamy Krainę Tysiąca Jezior. Czego innego, czego więcej mógłbym chcieć?
Westchnęła.
– Jak rozumiem, ty chcesz czegoś innego. – Henryk zmienił ton głosu.
– Rzecz w tym, że ja sama nie wiem, czego chcę.
– Gdyby to dotyczyło mnie, powiedziałabym, że to kryzys wieku średniego. Ale w twoim przypadku nie bardzo wiem, jak to interpretować.
– Ja pewnie też nie rozumiem – przyznała z uśmiechem Barbara.
– Przeanalizujemy to? – zaproponował.
– A ty nie śpieszysz się do pracy?
– Dzisiaj mam pierwszego klienta dopiero o dwunastej. A jak się trafi ktoś nieumówiony, to chłopaki sobie poradzą. Możemy pogadać. Jeśli chcesz, oczywiście.
– Z tobą zawsze chcę – odpowiedziała. – Po prostu… kiedy miałam kilkanaście lat – marzyłam. Wielki świat stał przede mną otworem. Wiesz, kariera, może taka bliżej nieokreślona, bo raczej nie miałam konkretnego pomysłu na siebie. Światła reflektorów miały wydobyć moją fantastyczność, bez względu na jej powód. Ten miał się zdefiniować później.
Zamilkła i popadła w zadumę.
– Każdy dzieciak ma wielkie marzenia – odezwał się Henryk po chwili. – Ale wydawało mi się, że odpowiada ci nasze życie.
– Odpowiada – rzekła z przekonaniem.
Uniósł pytająco brwi.
– No właśnie. Sama nie wiem, o co mi chodzi. Dajmy spokój.
– Nie, kochanie. Mamy czas, porozmawiajmy. Nie pasuje ci twoja rodzina?
– Co? – Barbara aż podskoczyła. – Nie! Absolutnie. Nie wyobrażam sobie bez was życia. Może po prostu… wiesz, Małgosia dorasta. Niedługo skończy szkołę, pójdzie swoją drogą, odetnie kolejne nitki. Może po prostu antycypuję syndrom pustego gniazda.
– Nie obawiałbym się, że stracimy z nią kontakt. Dobrze ją wychowaliśmy. Dorośnie, ale przecież pozostanie naszą córką. Tak samo jak my byliśmy blisko z jej dziadkami.
Kiwnęła głową, ale nie odpowiedziała.
– To może praca? – Henryk nie ustępował. – Męczysz się w szkole?
Pokręciła głową.
– Lubię uczyć – oburzyła się. – Kocham te małe potwory, które nie dają mi chwili wytchnienia.
– Ale?
– No właśnie. Ale. Zawsze jakieś jest, prawda? – zgodziła się. – Po prostu od czasu do czasu chciałabym czegoś więcej. Pojechać, zobaczyć, przeżyć. Bardziej być.
– To może zaplanujmy jakieś wycieczki? Na początek coś małego. Pięć dni nad jeziorem? Póki nie ma Małgosi. A na przyszłe wakacje pojechalibyśmy gdzieś daleko. Do Indonezji. Albo do Chin. Co byś powiedziała na wyprawę do Chin?
– W przyszłym roku chciałabym gdzieś pojechać razem z Małgosią. Będzie po maturze, zasłuży na dobre wakacje. Być może ostatnie takie w życiu, z nami.
– Ale destynacja ci odpowiada?
Rozbawił ją. Wstała i podeszła do męża. Odsunął się od stołu, ona siadła mu na kolanach.
– Każdy ma swoje marzenia – dopowiedział. – One nie mają daty ważności. Zawsze jeszcze możemy je spełnić.
– Ale to wcale nie chodzi o to, że ja czuję się… źle.
– Wiem – odpowiedział, głaszcząc ją po włosach. – A czy ty wiesz, że właśnie o tym wczoraj myślałem?
– Doprawdy? – Uśmiechnęła się, mrużąc seksownie oczy.
– Kiedy byłem u Rojkowskich, zobaczyłem sielskie życie. Wiesz, śliczne domki, pociągnięte jasną bejcą i polakierowane. Do tego kolorowe okiennice. Mają własne kury i owce. Wędzarnię. Raj.
– Pozazdrościć – odparła, wstając mężowi z kolan.
– No właśnie. Dokładnie to samo pomyślałem. I jeszcze że Małgosia spędzi tam dobry czas. Mateusz i Jadźka wyglądają na szczęśliwych, chociaż nie powiem, w pierwszych zdaniach było małe spięcie między nami. To znaczy, między Mateuszem i mną.
– Dwa byczki?
– Coś koło tego. Ale szybko się ogarnęliśmy. Obecność dzieciaków okazała się dość… pomocna.
– Rozumiem… Niemniej, wracając do wątku głównego. Chcesz mi powiedzieć, że nie powinnam narzekać? Że inni potrafią cieszyć się, mając, bo ja wiem, znacznie mniej? Choć chyba nie o to chodzi? Chyba źle to powiedziałam, prawda?
– No właśnie nie wiem. Mam wrażenie, że to jest spełnienie ich oczekiwań. Lawendowa agroturystyka to marzenie, które udało im się zrealizować.
– Więc trudno się dziwić, że są szczęśliwi.
– To prawda – odpowiedział Henryk.
– Na obiad dzisiaj pierogi z jagodami. Rano Badzianowska pojechała rowerem do lasu. Może będzie trochę kurek, ale jagody przywiezie na pewno. Umówiłyśmy się, że wpadnę do niej i razem z nią i Mariolą zrobimy pewnie ze trzysta sztuk. Wystarczy na obżarstwo i będzie jeszcze z pięć partii do zamrożenia.
– Twoje pierogi? Zawsze – odpowiedział. – Kupię śmietanę.
Basia pokiwała głową zadowolona. Henryk podszedł do lodówki.
– Jestem dzisiaj okropnie spragniony.
– Przecież wczoraj nie piłeś?
– Nie, no skąd! Wracałem autem, więc ani kropelki. Ale wiesz… Dziwnie się tam czułem.
Barbara zmarszczyła brwi.
– Ale gdzie?
– U Rojkowskich.
– Mówiłeś, że to raj – rzuciła Barbara i podeszła do okna.
– Tak wygląda. Ale kiedy rozmawiałem z Mateuszem, coś dziwnego mi przeszło przez myśl.
– Czyli?
– Jakby… Najpierw się pokłóciliśmy, to już wiesz. Znaczy, to za dużo powiedziane. Bardziej się spięliśmy, i to właściwie nie wiadomo o co. Potem było już całkiem miło. Mateuszowi ulżyło po kieliszeczku lawendowej nalewki. Ale wiesz, miałem wrażenie jakiegoś… fałszu. Z jednej strony nieskazitelny obrazek. Śliczne otoczenie, sielski krajobraz, zdrowa żywność, spokojne życie. Ideał.
Barbara odkręciła wodę z zamiarem zmycia po śniadaniu. Teraz odwróciła się do męża, choć woda wciąż płynęła.
– No i? Co chcesz powiedzieć?
– Miałem wrażenie, że Mateusz jednak nie jest szczęśliwy. Jakby… był smutny? Nie wiem. Nie zrozumiałem tego. To tylko wrażenie, pewnie głupie. A jednak kiedy weszła Jadwiga, spojrzała na niego jakoś tak… Jakby go za coś karciła. On się wyprostował, jak uczniak.
– Może się pokłócili? – Barbara zajęła się zmywaniem. – Wiesz, czasem żony mają różnego rodzaju pretensje do mężów.
– Nie wiem – odpowiedział. – Moja żona to najłagodniejsza istota na świecie.
– Lizus – mruknęła pod nosem.
– Pewnie masz rację. A pamiętasz, jak kiedyś wkradliśmy się do pokoju nauczycielskiego?
– Nawet mi nie przypominaj. – Baśka przewróciła oczami.
– Mój ojciec chwycił za pas. – Henryk się zaśmiał.
– Twój ojciec?
– Mhm – potwierdził chrumknięciem. – Chwycił i uderzył dwa razy w futrynę. Wkurzył się nieziemsko, ale mnie nigdy nie uderzył. Zresztą żadnego dziecka. W przeciwieństwo do starego Rojkowskiego. Mateusz wtedy przez kilka dni nie mógł siedzieć.
– Ale też Mateusz był prowodyrem. Tamtego ekscesu i wielu innych – skwitowała Barbara. – Choć dzisiaj to byłoby niemożliwe, żeby zlać dziecko pasem. W ogóle, zbić dziecko.
– Dzisiaj uczniowie nie mają po co się włamywać do pokoju nauczycielskiego – odparował Henryk. – Wszystko jest w dzienniku elektronicznym. Pomysł, żeby w taki sposób sfałszować oceny w dzienniku, byłby zgoła idiotyczny. Lepiej zatrudnić hakera.
– Z tego, co opowiadają koleżanki ze starszych klas, większość uczniów jest tak zaawansowana informatycznie, że nie potrzebowaliby pomocy z zewnątrz. Na szczęście dziewięciolatki jeszcze takich pomysłów nie mają. Swoją drogą, co wam, nam, wtedy wpadło do głowy?
– Mateusz był zagrożony i koniecznie chciał poprawić oceny z historii. Wyliczył, że wystarczyłby mu plus przy jednej jedynce i jedna dwójka.
– No ale dlaczego my tam poszliśmy?
– Naprawdę nie pamiętasz? – Henryk zmarszczył brwi.
– No skąd! Ledwie pamiętam, że w ogóle tam byłam.
– A byłaś, byłaś. Mateusz polował na dziennik, a ty na kartkówki z historii. Twierdziłaś, że ostatnią napisałaś gorzej niż źle i że obniży ci to ocenę końcową. I koniecznie chciałaś co nieco tam dopisać.
– Ja? Ty chyba żartujesz!
– Wybiórcza pamięć? Dopisałaś odpowiedzi do dwóch pytań i dostałaś z tamtej kartkówki czwórkę. Ty byłaś wkurzona, a nauczyciel, z tego, co mówiłaś, zawiedziony. Uważał, że powinnaś napisać na piątkę, i głośno skrytykował ten wynik. Publicznie, na forum klasy. Pamiętam, że opowiadałaś o tym z rozżaleniem. I chyba już nigdy tego nie zrobiłaś, prawda?
– Nie. – Barbara pokręciła głową.
– A Mateusz nigdy głośno się nie przyznał, co naprawdę się stało. Twierdził, że tylko stałaś na czatach.
– Bandycki honor – stwierdziła.
– Bandycki? – zdziwił się Henryk.
– Mateusz był łobuzem. Jak cała jego rodzina. Jak wcześniej jego ojciec i brat…
– Oj, wchodzimy w historię. Niebezpieczna sprawa. – Henryk się zaśmiał. – Wprawdzie o jego rodzinie to raczej niepotwierdzone wieści, ale… nawet jeśli Mateusz był łobuzem, to wyrósł na porządnego człowieka. Ma kochającą się rodzinę, prowadzi swój biznes. Nie pije, nie kradnie, żyje uczciwie. Znaczy, wyrósł na gościa nienagannie się prowadzącego.
Barbara parsknęła śmiechem.
– I z czego się śmiejesz, niedobra kobieto?
– Wiesz to po kilku godzinach pobytu w Lawendowej Osadzie? – spytała ironicznie. – Poza tym nienagannie się prowadzić to może panienka z dobrego domu, a nie facet z kryminalnymi tradycjami.
– Wiem, bo ludzkie języki są dłuższe niż odległość do Kulesz Kościelnych. A poza tym nie przesadzaj. Od razu kryminalne.
– Stary Rojkowski siedział, brat Mateusza, Krzysztof, siedział, no to jak inaczej to nazwać?
– Ojciec Rojkowskich siedział, bo go komuna wsadziła. Polityczny był, czyli dzisiaj to bohater. A jego brat dwie noce na dołku siedział, więc się nie zapędzaj – prychnął Henryk. – Kończysz już? Pojechalibyśmy.
– Tak, dosłownie jeszcze chwilę. Sprzątnę jeszcze…
– Zostaw – powiedział Henryk, łapiąc żonę za rękę. – Kuchnia jest u ciebie czystsza niż probówki na krew w laboratorium. Posprzątasz później. Ale jeśli się nie pośpieszymy, to…
– Mówiłeś, że chłopaki się bez problemu sami ogarną, jeśli trafi się jakiś przypadkowy klient. A umówionego masz dopiero na dwunastą.
– Ale trochę nam zeszło na tych pogawędkach. Pojedziemy, dokąd chcesz, potem zawiozę cię do Badzianowskiej, zdążę jeszcze po śmietanę do sklepu… i przypilnuję chłopaków w warsztacie. Będę w pracy wcześniej.
– No wiesz? – mruknęła z zadowoleniem, jednocześnie się odwracając. Jedną ręką zdążyła jeszcze zakręcić kran. Mokre dłonie położyła na karku męża i popatrzyła mu w oczy. – Naprawdę się śpieszysz?
– Uwielbiam mieć mokry kołnierzyk – powiedział lekko ochrypłym głosem.
Podniósł żonę i posadził pół metra dalej na kuchennym blacie.
– Całe szczęście, że jest lato – dodał.
– A to niby dlaczego? – mruknęła zajęta rozpinaniem guzików męskiej koszuli.
– Bo nie masz rajstop.
I w sumie niewiele więcej rozmawiali.