Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Fioletowy - ebook

Format:
EPUB
Data wydania:
7 kwietnia 2026
E-book: EPUB, MOBI
39,90 zł
Audiobook
44,90 zł
39,90
3990 pkt
punktów Virtualo

Fioletowy - ebook

Jedno miejsce.

Dwa czasy.

Tajemnice, które nigdy nie zostały wyjaśnione.

Lawendowa Osada pachnie latem, spokojem i obietnicą szczęścia.

Małgosia przyjeżdża tu na wakacje, wierząc, że zaczyna się najpiękniejszy rozdział jej życia.

Nie wie jednak, że ziemia, po której stąpa, pamięta coś zupełnie innego.

Krew. Strach. Zdradę.

Milczenie sprzed lat powoli zaczyna pękać. Dawne winy wracają.

A historie, które miały zostać zapomniane, znów domagają się prawdy.

„Fioletowy” to poruszająca opowieść o dziedziczonym bólu, o miłości wystawionej na próbę i o tym, że nawet najpiękniejszy krajobraz potrafi skrywać mrok.

I że niektóre tajemnice nigdy nie zasypiają.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8310-921-3
Rozmiar pliku: 1,8 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

1946, koniec sierpnia

Nie­wielki drew­niany kościół przez wieki widział wszystko. Były śluby, w cza­sie któ­rych panna młoda, poły­ka­jąc łzy, cichym, drżą­cym gło­sem wypo­wia­dała słowa przy­sięgi, matka wzdy­chała niemo, wie­dząc, że za torebkę brzę­czą­cych monet sprze­daje córkę okrut­ni­kowi i ska­zuje ją na cięż­kie życie, a ojciec cie­szył się, że dziew­czyna w końcu oka­zała się inwe­sty­cją i pozwo­liła spła­cić długi. Były i takie, gdy zako­chani patrzyli sobie w oczy z miło­ścią i wstę­po­wali w święty zwią­zek mał­żeń­ski ze szczerą wiarą w dobrą, wspólną przy­szłość. Kolo­rowo mie­niły się stroje, mnó­stwo tasie­mek, wstą­żek, bursz­ty­nów. W oczy rzu­cały się białe koszule, gor­sety, kaftany. Były chrzciny, z nie­od­łącz­nym pła­czem dzieci pole­wa­nych zimną wodą, były komu­nie, bierz­mo­wa­nia, spo­wie­dzi. Był zapach kadzi­dła, jałowca, szał­wii i lawendy, cza­sem octu, gdy gospo­dy­nie sprzą­tały kościół przed świę­tami. No i leżały kwiaty, ogrom kwie­cia, szcze­gól­nie w takie dni jak dzi­siaj, kiedy to bez liku pach­ną­cych bukie­tów uło­żono przed ołta­rzem.

Każdy kościół wybrzmiewa modli­twą. Zwy­kle żar­liwą, cza­sem inte­re­sowną. Ludzie pro­szą o powo­dze­nie dla sie­bie i o to, żeby sąsia­dowi zde­chła krowa. O zdro­wie dla dziecka. I o dobrą par­tię dla córki. Han­dlują z Bogiem dat­kiem na mszę, obiet­nicą bycia dobrym dla żony przez mie­siąc albo wspar­ciem przy remon­cie dachu kościoła.

Cza­sami jed­nak dom pań­ski wypeł­nia cisza tak inten­sywna, że aż dzwoni w uszach. Pełna stra­chu, żało­ści, zło­ści i nie­na­wi­ści. I choć gęsto stło­czeni ludzie zawsze wypeł­niają świą­ty­nię dźwię­kami – oddy­cha­niem, wzdy­cha­niem, szu­ra­niem, kasła­niem – to zda­rza się, że i tak są to brzmie­nia, które giną w ciszy. Ona dusi bez­względ­nie wszel­kie odgłosy.

Tak jak tego dnia.

Trumna z cia­łem Franka stała w domu jego rodzi­ców przez dwie doby. O jedną za długo. Czło­wiek po śmierci psuje się jak porzu­cone tru­chło zagry­zio­nego psa. W upale szyb­ciej. A jeśli wnętrz­no­ści wylały się z czło­wieka i potem już nijak nie chciały się zmie­ścić w środku, jeżeli cały czas, choć przy­kryte nową koszulą i ozdob­nym pasem, pozo­sta­wały gdzieś poza brzu­chem, poza czło­wie­kiem, na nie­wła­ści­wym miej­scu – śmier­działy jak naj­gor­sza padlina. Nie poma­gał skwar, który jak na złość objął zie­mię gorą­cym uści­skiem, odbie­ra­ją­cym oddech i chęć do życia.

A życie miało swoje prawa, bez względu na śmierć i ludz­kie łzy. Bez względu na roz­pacz matki. Żniwa wyma­gały wyj­ścia na pola. Zboże się zło­ciło, jesz­cze kilka dni i już będzie czas, bo wia­domo, że prace naj­le­piej zacząć w środę lub sobotę, może także być we wto­rek bądź w czwar­tek, ale pod żad­nym pozo­rem w ponie­dzia­łek ani pią­tek. Łany muszą znik­nąć po przej­ściu gro­mady uzbro­jo­nej w sierpy. Naj­starsi we wsi gadali, że taka pogoda to tylko jesz­cze przez tydzień, może osiem dni, a potem burze przy­gniotą do ziemi to, co zosta­nie na polach.

Codzien­nie więc gospo­da­rze wycho­dzili, oglą­da­jąc i czule głasz­cząc kłosy, oce­nia­jąc, czy już gotowe, czy doj­rzałe, czy czas żąć.

Anna nie wycho­dziła w pole i nic jej nie obcho­dziło, że Józef z duszą jak przy­wa­loną kamie­niem młyń­skim spraw­dzał, czy to już. Sta­wał na mie­dzy i przy­glą­dał się kło­som. Ziarna były twarde, a łodygi złote. Śpiew prze­pió­rek zaś już niósł się po polach. Jego pole było na górce, u niego zawsze doj­rze­wało naj­szyb­ciej. Ale on nie miał serca, by zwo­łać żni­wia­rzy.

Zajęli się tym sąsie­dzi. Musieli prze­cież zacząć na jego polu, bo to jego zie­mia była naj­bli­żej krzyża i to tam zawsze wycho­dziła całą wieś pro­wa­dzona przez księ­dza, który świę­cił pola w cztery strony świata. Stam­tąd ruszała gro­mada odziana w białe lniane szaty, choć pierw­szy pokos powi­nien wyko­nać gospo­darz lub naj­star­szy czło­nek rodziny. Co z tego. Józef tylko patrzył, więc naj­bliż­szy sąsiad zaczął za niego, za przy­zwo­le­niem księ­dza, który dodat­kowo poświę­cił tego roku Józe­fowe pole. Dopiero wtedy ruszyły ze śpie­wem kobiety, zaczy­na­jąc od _Matka Boska była mała, tyz przy zni­wach poma­gała, a ty, Zosiu i Mał­go­siu, znijze syb­ciej, nie po trosu_.

Nie pyta­jąc, weszli na pole Józefa, zżęli i powią­zali w snopki, odsta­wili do sto­doły. Pamię­tali nawet o tym pierw­szym, naj­bar­dziej oka­za­łym snopku, który w Wigi­lię musi sta­nąć w każ­dej izbie, by zapew­nić gospo­dar­stwu dobro­byt przez cały nad­cho­dzący rok. Zosta­wili także prze­piórkę, nie­zżętą garść zboża, który kobiety pięk­nie ude­ko­ro­wały polnymi kwia­tami i wstąż­kami. Nie zapo­mnieli nawet o pła­skim kamie­niu pozo­sta­wio­nym na samym środku prze­piórki, w wypie­lo­nym sta­ran­nie miej­scu, poło­żyli na nim chleb i sól, by w gospo­dar­stwie Józefa chleb roz­mna­żał się nawet na kamie­niu.

Ale nikt już nie obo­ry­wał prze­piórki. Nikt nie kwa­pił się do zła­pa­nia naj­pięk­niej­szej nawet dziew­czyny i do cią­gnię­cia jej na ple­cach przez prze­piórkę. Radość na polu Józefa była nie na miej­scu.

A gdy zjeż­dżali do Józe­fo­wego gospo­dar­stwa, zapa­dała nabożna cisza, bo prze­cież Fra­nek leżał za tym oknem, w któ­rym paliła się grom­nica. Omi­jali cen­trum podwó­rza, prze­stę­pu­jąc ostroż­nie tuż przy ścia­nie obory, obok kur­nika, byle nie wejść w ten pył na samym środku.

Józef nie wyszedł ode­brać plonu. Nikt mu zresztą nie zaśpie­wał: _Otwórz­cie nam sze­ro­kie wolu, nie­siemy wia­nek ze szcze­rego złota. Plon nie­siem, plon!_ I nie grała muzyka, nie oblano gospo­da­rzy wodą i nie było poczę­stunku dla żni­wia­rzy. Nic nie było jak zwy­kle.

Fra­nek nie przy­jął ostat­niego namasz­cze­nia i choć w kościele ostat­nimi czasy nie bywał, to ksiądz zna­lazł dla niego miej­sce na cmen­ta­rzu tuż obok kościoła. Naj­lep­sze z moż­li­wych. I zgo­dził się, żeby sosnowa trumna, ale z lep­szego drewna i nie­mal za darmo przez najlep­szego cie­ślę spra­wiona, sta­nęła na środku kościoła. I by wokół roz­ło­żono wszyst­kie moż­liwe kwiaty zebrane na polach w całej oko­licy.

Duchowny zgo­dził się na wszystko, co naj­lep­sze, choć nikt go nawet o to nie pro­sił. Fra­nek miał pogrzeb niczym naj­bo­gat­szy bogacz, jakich to pochów­ków od dawna tutaj nie widziano. Ksiądz długo odpra­wiał mszę żałobną, a kaza­nie pra­wił o tych, co uczciwi, wierni i bogo­bojni. I że oni zba­wieni będą, a zdrajcy nie prze­stą­pią progu Kró­le­stwa Pań­skiego, choćby na odpu­ście zupeł­nym, tym od Matki Boskiej Ziel­nej, syp­nęli gro­szem na odno­wie­nie chrzciel­nicy.

Kaza­nie wygło­sił z zaan­ga­żo­wa­niem, uży­wa­jąc wielu zawi­łych zwro­tów, bo choć bar­dzo chciał, to bał się mówić wprost. Marian War­gul sie­dział w trze­cim rzę­dzie i patrzył księ­dzu w oczy, ubrany w mun­dur. Gdyby mógł, to pew­nie spo­cząłby na samym prze­dzie, tam jed­nak rodzina zajęła miej­sca już wcze­śniej i choćby bar­dzo chciał – a chciał – wci­snąć się mię­dzy nich, to tak się poroz­sia­dali, że nawet szpilki by nie wło­żył.

Marian zatem słu­chał księ­żow­skiego kaza­nia z pogar­dli­wym wyra­zem twa­rzy, pry­cha­jąc lek­ce­wa­żąco od czasu do czasu, zwy­kle wtedy, gdy poja­wiały się słowa „Pol­ska” lub „patriota”.

Ksiądz cele­bro­wał każdy ruch, słowo i prze­cią­gał śpiewy, szcze­gól­nie że – wie­dział to dosko­nale – choć nie zawin­szo­wał sobie zapłaty, to i tak ją otrzyma. Sowitą, bo Józef do ską­pych nie nale­żał, a i jego gospo­dar­stwo, pil­no­wane i skrzęt­nie pro­wa­dzone przez całą pra­co­witą rodzinę – kwi­tło. Ksiądz od razu uznał, że jeśli nic nie zażąda, otrzyma wię­cej, niż gdyby ocze­ki­wał naj­wyż­szej daniny. Bo pogrzeb pogrze­bem, roz­pacz roz­paczą, a życie trwa dalej i ma swoje bez­względne prawa.

Wypro­wa­dził trumnę z kościoła w krót­kiej, bar­dzo krót­kiej ostat­niej podróży, bo kiedy już doszli do wyko­pa­nego grobu, to koń­cówka dłu­giego kon­duktu, w któ­rym zgro­ma­dziła się cała nie­mal wieś, jesz­cze nie opu­ściła kościel­nych ławek.

Anna stała nad gro­bem pochy­lona i pew­nie wpa­dłaby do lekko osy­pu­ją­cej się dziury, gdyby nie mocne ramię Józefa, pod­trzy­mu­ją­cego ją sta­now­czo. Zaci­skał dło­nie na ciele żony tak mocno, aż pozo­sta­wiał siniaki, ale ani ona tego nie czuła, ani on nie był świa­dom.

Ksiądz śpie­wał, modlił się, wierni odpo­wia­dali. Nawet Marian wypo­wia­dał auto­ma­tycz­nie wyuczone od dziecka przy­śpiewki, bo jego ciotka trą­cała go, gdy tego nie robił. Ona w ogóle nie chciała, by jej sio­strze­niec tu przy­cho­dził. Bała się. Same z nim były kło­poty, i to już od dzie­ciń­stwa! Zresztą, nie tylko z nim, z całą tą rodziną. Od sio­stry, Heleny, przez Sta­ni­sława, jej nie­wy­da­rzo­nego męża samo­bójcę, aż po gro­madkę dzie­cia­ków, którą musiała się zaopie­ko­wać. Same z nimi pro­blemy!

A gdyby ksiądz wprost potę­pił War­gula z ambony? Odium eks­ko­mu­niki dotknę­łoby także ją i jej dora­sta­jące smyki, a tego bar­dzo, ale to bar­dzo by nie chciała. W głębi duszy wie­działa prze­cież, że duchowny miał prawo. Że nawet powi­nien. Że za złe czyny należą się złe słowa. Nie chciała jed­nak, by skie­ro­wane zostały do dziecka jej sio­stry. Nawet takiego, które pobłą­dziło.

Marian jed­nak się uparł, że przyj­dzie na ten pogrzeb.

– Popa­trzę w oczy wszyst­kim, któ­rzy są wro­gami ojczy­zny – oznaj­mił buń­czucz­nie. – Któ­rzy prze­ciw­sta­wiają się tym, co budują nowy, socja­li­styczny ład. A oni tam wszy­scy… – Aż się zape­rzył. – Ja tam i tak wiem, który i co ma na sumie­niu, ale teraz, szczury jedne, już tak łatwo się nie pod­niosą. Już zoba­czyli, jak karząca ręka spra­wie­dli­wo­ści dopada tych, któ­rzy powstają prze­ciwko ojczyź­nie. Muszę na tym pogrze­bie być, żeby wszyst­kim to poka­zać. Kara spo­tka każ­dego zdrajcę!

– Oj głu­piś ty, głu­piś. – Ciotka wes­tchnęła tylko i zawią­zała chustkę na gło­wie. Już wie­działa, że nic nie pora­dzi na jego upór. Musiała z tym żyć, choć było jej nie­ła­two, nie­ła­two… A i ksiądz twardą pokutę zada­wał.

Nad gro­bem wszy­scy pokor­nie pochy­lili głowy, tylko Marian wciąż patrzył hardo. Księ­dzu pro­sto w oczy i wszyst­kim pozo­sta­łym też. Jedy­nie rodzi­ców Franka omi­jał wzro­kiem. Nie miał siły spoj­rzeć na nich, choć zadu­fany w sobie nie zasta­na­wiał się dla­czego.

Wszystko trwało długo. Każdy chciał rzu­cić garść ziemi na dębową trumnę, każdy chciał poże­gnać Franka. Każdy się bał następ­nego dnia. Co będzie? Co będzie? Co będzie? Każdy myślał, nikt nie mówił.

Żałob­nicy odcho­dzili od trumny powoli. Tłum rzed­niał stop­niowo, aż w końcu została tylko naj­bliż­sza rodzina. I Marian. Też pod­szedł, by roz­sy­pać garść ziemi na trumnę, Józef jed­nak zatrzy­mał jego rękę.

– Nie waż się, gnido – powie­dział.

– Nie zabro­nisz mi.

– A paszoł mi won! – rzu­cił ojciec zamor­do­wa­nego.

– Zro­bię, co będę chciał – wark­nął War­gul.

– Uwa­żaj, bo ludzka cier­pli­wość ma swoje gra­nice.

– Gro­zić mi będziesz? Gro­zić? To ty uwa­żaj. Wła­dza ma swoje spo­soby na takich jak ty.

– Ty już poka­za­łeś, szujo, jakie masz spo­soby.

– Jak mi się będziesz sta­wiał, to jesz­cze zoba­czysz. Prze­ko­nasz się. Jesz­cze nie skoń­czy­łem z tą waszą zapy­ziałą rodzinką. Na razie z jed­nym synecz­kiem zro­bi­łem porzą­dek, jesz­cze trzech masz, jesz­cze można dużo zro­bić. I córeczki masz! Jak im? Kry­sia i Rysia, jak ład­nie, i wnuczki, a wszyst­kie śliczne, śliczne, nie powiem…

Józef zerwał się, pusz­cza­jąc ramię Anny. Ta zachwiała się, pod­trzy­mał ją syn, Michał, pozo­stali pole­cieli za ojcem.

Nie zdą­żyli.

Józef już zdą­żył i unieść, i opu­ścić rękę. Już z nosa Mariana cienką strugą cie­kła krew. Już Marian przy­ło­żył swoją dłoń do wła­snego policzka. Zanim zro­bił coś wię­cej i zanim tam­ten znów uniósł rękę, już trzy­mali ich bra­cia i syno­wie Józefa.

– Jesz­cze zoba­czysz – wark­nął War­gul. – Uwa­żaj, jesz­cze zoba­czysz.

Splu­nął pod nogi i odszedł, nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Józef patrzył na niego długo, zaci­ska­jąc zęby i pię­ści. Docze­kał się satys­fak­cji, choć mar­nej i nie­wy­star­cza­ją­cej. Marian, idąc szybko, stą­pał nie­uważ­nie. Potknął się i zama­chał śmiesz­nie rękami.

Roz­le­gło się kilka wątłych śmie­chów.

Wróg ośmie­szony prze­staje być groźny.

Czy naprawdę?ROZDZIAŁ 2

Teraz

Mał­go­sia Lisiak cze­kała na ten dzień już od kilku tygo­dni. Waka­cje! To słowo zawsze elek­try­zo­wało, i to każ­dego ucznia.

Waka­cje to wol­ność. Wyjazd. Zmiana. Przy­goda. A te kon­kretne waka­cje nio­sły ze sobą szcze­gólną obiet­nicę…

Lubiła Seba­stiana. Tak po pro­stu. A nawet, należy to uczci­wie powie­dzieć, lubiła go znacz­nie bar­dziej niż po pro­stu. I czuła się z nim jak w rodzi­nie. Przede wszyst­kim od początku dru­giej klasy sie­dzieli w tej samej ławce. Dwa lata sztur­cha­nia się łok­ciami, deli­kat­nych, niby przy­pad­ko­wych dotknięć, pod­po­wia­da­nia na kla­sów­kach i poży­cza­nia sobie zeszy­tów. Nie od początku było to oczy­wi­ste. W pierw­szej kla­sie liceum zale­d­wie się sobie przy­glą­dali, od czasu do czasu trą­ca­jąc się ramie­niem na prze­rwach. Potem tak jakoś wyszło, wła­ści­wie bez­wied­nie, że sia­dali w sąsied­nich ław­kach. Niby przy­pad­kiem, a jed­nak coraz czę­ściej i chęt­niej. W dru­giej kla­sie już wprost cho­dzili po kory­ta­rzach ramię w ramię, prze­zy­wano ich „zako­chaną parą”, ale nikomu to szcze­gól­nie nie prze­szka­dzało. Oby­dwoje uczyli się dobrze, a że cza­sem chwy­cili się za dło­nie? Albo sia­dali razem przy stole w sto­łówce?

Już od dłuż­szego czasu Mał­go­sia się zasta­na­wiała, czy nie spę­dzić cho­ciaż kilku dni, może tygo­dnia, w towa­rzy­stwie Seba­stiana. Byłoby cudow­nie, jak jed­nak mia­łaby to zała­twić? Dopiero nie­dawno odwa­żyła się poroz­ma­wiać na ten temat z mamą.

– Z Seba­stia­nem? – zdzi­wiła się Bar­bara. – Roj­kow­skim?

Mał­go­sia kiw­nęła głową.

– Jasne, córeczko, prze­cież to żaden pro­blem. Jego rodzice pro­wa­dzą plan­ta­cję lawendy, do Kulesz Kościel­nych jest rap­tem osiem­dzie­siąt kilo­me­trów.

– To wiem – odpo­wie­działa Mał­go­sia.

– A ja cho­dzi­łam z ojcem Seba­stiana do szkoły.

– Słu­cham?

– Nie wiesz? Prze­cież dziad­ko­wie miesz­kali w Kule­szach.

– Nie wiem nawet, czy kie­dyś tam byłam.

– Oczy­wi­ście! Dziad­ko­wie prze­pro­wa­dzili się do Łysych, kiedy mia­łaś cztery lata. Naprawdę nie pamię­tasz?

Dziew­czyna pokrę­ciła prze­cząco głową.

– To zna­czy, pamię­tam dziad­ków, choć słabo. Mia­łam dzie­sięć lat, kiedy zmarli taty rodzice, prawda?

Bar­bara kiw­nęła głową potwier­dza­jąco.

– Ale Kulesz nie pamię­tam. Nic a nic.

Matka zatem pod­jęła opo­wieść:

– Kocha­nie, wszy­scy pocho­dzimy z tych samych oko­lic. Twój tata, ja, Seba­stian, jego rodzice. Mate­usz, jego ojciec, jest, o ile dobrze pamię­tam, dwa lata star­szy ode mnie. Tak, na pewno. Prze­cież cho­dził z twoim tatą do klasy… Hen­ryk! – krzyk­nęła w głąb domu.

Chwilę póź­niej do kuchni wszedł wysoki bro­dacz w przy­bru­dzo­nym kom­bi­ne­zo­nie.

– Co tam, moje śliczne? – zapy­tał łagod­nym gło­sem, nie­przy­sta­ją­cym do niedź­wie­dzio­wa­tej postury.

– Roj­kow­ski cho­dził z tobą do klasy, prawda?

– Prawda – zgo­dził się ojciec Mał­gosi. – Bo co?

– Bo jego syn jest cał­kiem atrak­cyj­nym mło­dzień­cem.

Hen­ryk spoj­rzał uważ­nie na córkę.

– Oby nie był takim łobu­zem jak jego tatuś – powie­dział ostroż­nie.

– Tato!

– No co, „tato, tato”. Jeśli wyda­rzyło się coś nie­do­brego w obrę­bie pięt­na­stu kilo­me­trów od Kulesz, zawsze naj­pierw pytano Roj­kow­skich, gdzie w tym cza­sie prze­by­wał Mate­usz. Taki auto­mat. Odpusz­czano tylko, jeśli na pewno nie mogło go być w kon­kret­nej loka­li­za­cji. W innych sytu­acjach prak­tycz­nie zawsze się oka­zy­wało, że to on był winien, cokol­wiek by to było.

– Tato, Seba­stian to jeden z naj­lep­szych uczniów w kla­sie. Zaraz po mnie.

– To cudow­nie, córeczko. A co to ma wspól­nego ze mną i z Mate­uszem? – zwró­cił się do żony.

– Bo skoro znamy sta­rych Roj­kow­skich, to może nasza córka w te waka­cje spę­dzi­łaby jakiś czas, powiedzmy tydzień, na ich plan­ta­cji?

– U sta­rych Roj­kow­skich? Serio? Oni są w naszym wieku – obu­rzył się męż­czy­zna.

– Oj tam. – Kobieta się zaśmiała. – Chcia­łam się przy­po­do­bać córce. Wiesz, ona młoda, my sta­rzy, taki kon­flikt poko­leń spro­wa­dzony do seman­tyki.

Hen­ryk pokrę­cił głową i spoj­rzał na córkę.

– Jeśli tylko ci nie przej­dzie… – ojciec poca­ło­wał córkę w czoło – to oczy­wi­ście, że możesz poje­chać do… Jak to się nazywa? – Spoj­rzał nie­pew­nie na żonę.

– Lawen­dowa Osada – pod­po­wie­działa.

– Wła­śnie, do Lawen­do­wej Osady. Choć nie ukry­wam, że wolał­bym innego zię­cia. Ni­gdy nie ufa­łem tej rodzi­nie.

– Tato! – obu­rzyła się dziew­czyna.

– Nie zapę­dzajmy się – poparła ją matka.

– To tylko kolega – dodała Mał­go­sia.

– To dobrze, córeczko – odpo­wie­dział i wyszedł, lekko marsz­cząc czoło.

– O co tacie cho­dzi? Jeśli ojciec łobuz, to syn tak samo?

– Nie, kocha­nie. Nie wiem zresztą. Może to dla­tego, że tata jest ostat­nio zapra­co­wany. – Matka mach­nęła ręką. – Poroz­ma­wiam z Roj­kow­skimi. Tata cho­dził do klasy z Mate­uszem, ja nato­miast z jego żoną, Jadwigą. To zna­czy, wtedy jesz­cze nie była jego żoną. Z tego, co wiem, pro­wa­dzą na swo­jej plan­ta­cji agro­tu­ry­stykę, na pewno można wyna­jąć u nich pokój.

– Mają chyba domki – wtrą­ciła cicho Mał­go­sia.

Matka unio­sła brwi.

– Jasne… – Uśmiech­nęła się ze zro­zu­mie­niem. – W takim razie domek. Jeżeli będziesz chciała, pojadę z tobą… – Widząc minę córki, Bar­bara natych­miast wyco­fała się z tego pomy­słu. – Albo i nie. Ale to dopiero w waka­cje. Na razie trwa rok szkolny, skup się, bo wiesz, kocha­nie, trze­cia klasa to poważna sprawa.

– Wiem, mamo, oczy­wi­ście – zgo­dziła się Mał­go­sia.

Była bar­dzo zado­wo­lona z prze­biegu roz­mowy. Zwłasz­cza że była coraz pew­niej­sza swo­ich uczuć. Z mie­siąca na mie­siąc coraz bar­dziej nabie­rała prze­ko­na­nia, że to ten. Zresztą nie tylko w obec­no­ści Seba­stiana odczu­wała szyb­sze bicie serca. Także odczy­ty­wa­nie zapi­sów jego myśli, któ­rymi szczo­drze się dzie­lił za pośred­nic­twem komu­ni­ka­to­rów, było dla niej bar­dziej niż inte­re­su­jące. A to już musiało o czymś świad­czyć, czyż nie?

I wła­śnie teraz, kilka tygo­dni po tam­tej roz­mo­wie, jechała przed sie­bie. To zna­czy, z Łysych do Kulesz. Wła­ści­wie trzy kilo­me­try za Kule­sze, do agro­tu­ry­styki jakże słusz­nie nazy­wa­nej Lawen­dową Osadą, bo prze­cież skła­dała się głów­nie z cią­gną­cych się po hory­zont pól lawendy.

Wie­lo­krot­nie oglą­dała gospo­dar­stwo w inter­ne­cie. Na zdję­ciach pre­zen­to­wało się baj­kowo. Cztery domki z jasnego drewna, kie­dyś nawet komen­to­wali to razem z tatą. Hen­ryk od razu zwró­cił uwagę na ich kolor.

– Musieli zabez­pie­czyć je bez­barw­nym lakie­rem – powie­dział. – Prze­cież oni funk­cjo­nują już ponad dzie­sięć lat, a one ani odro­binę nie ściem­niały. A tam wia­try, co ja mówię, wichury! Potra­fią się roz­pę­dzić, że ho, ho, nawet tor­nada się zda­rzają. Malut­kie, ale jed­nak. Zresztą wszystko, co drew­niane, ciem­nieje, a u nich wciąż jest jasne i nie­odmien­nie świeże.

Mał­go­sia zwró­ciła uwagę na barwy. Każdy z dom­ków miał drzwi i okien­nice w innym kolo­rze, stąd też wzięły się ich nazwy. Zie­lony, nie­bie­ski, fio­le­towy i żółty. Mał­go­sia wybrała dla sie­bie, a jakże, fio­le­towy i zamie­rzała być w tej fio­le­to­wej oazie przez naj­bliż­szy tydzień zwy­czaj­nie szczę­śliwa.

Droga z Łysych do Kulesz Kościel­nych nie była długa. Godzina drogi. Nie­wiele ponad osiem­dzie­siąt kilo­me­trów, a Mał­go­sia czuła, jakby jechała na drugi koniec świata. Praw­dziwe waka­cje! Wiózł ją tam tata, po uzgod­nie­niu wszyst­kich szcze­gó­łów z daw­nymi kole­gami ze szkoły, czyli rodzi­cami Seba­stiana. Poza zare­zer­wo­wa­nym dla niej na cały tydzień dom­kiem, pięk­nymi wido­kami i wszech­obec­nym zapa­chem lawendy cze­kał tam na nią Seba­stian i być może to wła­śnie było dla niej naj­waż­niej­sze.

Gdy przy­je­chali na miej­sce, Mał­go­sia wysko­czyła z auta niczym na sprę­żyn­kach. Jej ojciec zaś wysiadł spo­koj­nie, dostoj­nie roz­glą­da­jąc się wokół.

Panu­jąca cisza pełna była led­wie uchwyt­nych brzmień. Psz­czoły, trzmiele, ptaki, któ­rych nazw Gosia nie potra­fiła ziden­ty­fi­ko­wać. Szybko jed­nak te natu­ralne dźwięki zostały przy­ćmione ludz­kimi gło­sami. Z dużego domu, zbu­do­wa­nego z gru­bych, ciem­nych bali, uszczel­nio­nych ści­śle mchem przez ostat­niego w tej oko­licy mechop­tyka, wybiegł Seba­stian. Śpie­szył się, w pod­sko­kach prze­mie­rzał nie­wy­soką skarpę poro­śniętą gęstą koni­czyną, jed­nak na kilka kro­ków przed wysy­paną bia­łym żwi­rem drogą zatrzy­mał się i popa­trzył na Mał­go­się. Dopiero gdy uśmiech­nęła się do niego zachę­ca­jąco, ruszył dalej. Chło­pak wyraź­nie miał ochotę uści­skać ją na przy­wi­ta­nie, zamiast tego jed­nak po pro­stu podał jej rękę. Nie zdo­łał ukryć roz­ra­do­wa­nia, powie­dział jed­nak ostroż­nie:

– Cześć.

– Cześć – odpo­wie­działa rów­nie rado­śnie.

– Dzień dobry – rzu­cił tata dziew­czyny.

– Dzień dobry panu. – Chło­pak spe­szył się, jakby dopiero teraz go dostrzegł. – Zapra­szam pań­stwa. Walizkę póź­niej zaniosę Mał­gosi do domku. Tam będzie miesz­kać. – Wska­zał jasny domek z lawen­do­wymi drzwiami i okien­ni­cami.

Hen­ryk Lisiak poki­wał głową.

– Ład­nie tu – powie­dział, roz­glą­da­jąc się. – A teraz pro­wadź, dżen­tel­me­nie.

Prze­szli po skar­pie, a potem po czte­rech drew­nia­nych scho­dach weszli do domu z ciem­nych bali. W sieni przy­wi­tał ich miły pół­mrok, ale już po chwili Seba­stian po ple­cio­nych dywa­ni­kach zapro­wa­dził ich do prze­stron­nej kuchni, za którą znaj­do­wała się spora jadal­nia. Wiel­kie pano­ra­miczne okna otwie­rały per­spek­tywę na lawen­dowe łany, roz­kła­da­jące się nie­mal po hory­zont dłu­gimi, gęstymi pasami. Na ścia­nach roz­wie­szono wysu­szone lawen­dowe bukiety i piękne, zdobne wieńce. Lawenda była tu natu­ral­nym ele­men­tem oto­cze­nia.

– Napi­je­cie się cze­goś? Kawy, her­baty, może wody?

– Ja dzię­kuję – odpo­wie­dział ojciec dziew­czyny.

– A ja popro­si­ła­bym wodę – powie­działa nie­śmiało Mał­go­sia.

– Dzba­nek zawsze stoi tutaj – wyja­śnił Seba­stian, wska­zu­jąc na blat pod oknem. – Wła­ści­wie dwa. Z wodą i lawen­dową lemo­niadą. Czę­stuj się. Zresztą, wszystko tutaj jest do uży­wa­nia. W lodówce w twoim domku też jest butelka z lawen­dową lemo­niadą. Mama zawsze zosta­wia taką dla gości.

Uśmiech­nął się sze­roko, nale­wa­jąc Mał­gosi płynu do szklanki.

– Tu jemy śnia­da­nia i wszyst­kie inne posiłki – kon­ty­nu­ował po chwili. – Tyle że śnia­da­nia mamy wspólne, zwy­kle około dzie­wią­tej, a resztę to jak kto chce. Lodówka jest tutaj.

Cho­dził po pomiesz­cze­niu i wska­zy­wał kolejne ele­menty. Ojciec dziew­czyny patrzył na tę pre­zen­ta­cję z roz­ba­wie­niem.

– Cześć – roz­le­gło się rap­tem od wej­ścia do kuchni.

Wszy­scy spoj­rzeli na wcho­dzą­cego męż­czy­znę.

– Wszystko gotowe, tato – oznaj­mił Seba­stian.

Przy­były kiw­nął głową i sku­pił się na ojcu Mał­go­rzaty.

– Kopę lat – powie­dział Mate­usz Roj­kow­ski.

– Bli­sko dwa­dzie­ścia – odparł ojciec Mał­gosi.

– Dokład­nie osiem­na­ście – uści­ślił wła­ści­ciel agro­tu­ry­styki. – Zaraz przyj­dzie moja Jadzia. Posie­dzimy, poga­damy.

– Jasne – odpo­wie­dział ojciec Mał­gosi.

Sie­dzieli potem przy stole zasta­wio­nym lokal­nymi przy­sma­kami. Wędliny z wła­snej wędzarni, twa­róg od sąsiada, jajka od hodo­wa­nych kur. Lawen­dowy miód, chleb z pieca opa­la­nego drew­nem.

– Takich sma­ków nie jadłem od lat – stwier­dził ojciec Mał­gosi.

– Takie pysz­no­ści tylko u nas – skwi­to­wała ze śmie­chem matka Seba­stiana.

– Niby miesz­kamy w tym samym regio­nie, niby mamy do sie­bie nie­da­leko, a żyjemy tak róż­nie – zauwa­żył ojciec Mał­gosi.

– My jeste­śmy szczę­śliwi – stwier­dziła Jadzia.

– My też, choć zdaje się, w zupeł­nie inny spo­sób. – Lisiak się zaśmiał.

– Macie świa­towe życie – sko­men­to­wał ojciec Seba­stiana.

– Chyba żar­tu­jesz? Mój świat to warsz­tat samo­cho­dowy – zapro­te­sto­wał Hen­ryk Lisiak.

– Czyli cho­ciaż se pojeź­dzisz dobrymi autami.

– Aku­rat. Z tych naj­lep­szych to mam co naj­wy­żej brudny olej za paznok­ciami. A jak u was? Macie tu raj…

– Jadzia stu­dio­wała medy­cynę – pochwa­lił się Mate­usz.

– Oj tam, tylko dwa lata. – Kobieta skrom­nie mach­nęła ręką. – Ale to nie było dla mnie. Szczę­śliwa się czuję tylko tutaj. Rzu­ci­łam stu­dia, choć sesję po dru­gim roku zda­łam bez pro­blemu – zastrze­gła. – Po pro­stu tęsk­ni­łam za… za tym – zakoń­czyła, zata­cza­jąc ręką koło. – Kocham to miej­sce. Kule­sze, nasz spo­kój, to, że znam tu wszyst­kich… Jestem tu w domu.

– Wpraw­dzie liczy­łem, że Jadzia będzie leczyła całą oko­licę, ludzi i naj­le­piej od razu zwie­rzęta, ale mój plan się nie powiódł. – Mate­usz się zaśmiał. – A co tam u two­jej żony?

– Moja Basia z kolei ma nos nie­usta­jąco w pod­ręcz­ni­kach i w inter­ne­cie. Uczy malu­chy w szkole, naucza­nie począt­kowe, więc cią­gle wyszu­kuje jakieś cuda. A to miko­łaje na Boże Naro­dze­nie, a to zające na Wiel­ka­noc. Laurki, pio­senki, wyci­nanki. Cią­gle coś.

– Kur­piow­skie by z dziećmi poro­biła – stwier­dziła Jadwiga Roj­kow­ska.

– A takie też robi. Poka­zuje dzie­cia­kom urodę naszych stron, a jakże. Nie wiem skąd, ale ostat­nio gdzieś zdo­była nożyce do strzy­że­nia owiec i ćwi­czyła w domu tra­dy­cyjne kur­piow­skie wyci­nanki. Po wielu godzi­nach prób nawet zro­biła jedną cał­kiem zgrabną leluję i naprawdę piękną gwiazdę. No dobra, tro­chę jestem nie­obiek­tywny. Może nie były aż tak ładne. – Zaśmiał się cicho.

– I takie wiel­kie nożyce zabrała do przed­szkola? – zapy­tała iro­nicz­nie matka Seba­stiana.

– Do szkoły – spro­sto­wał Hen­ryk. – Uczy w szkole. Nie, oczy­wi­ście, że nie. Dzieci wyci­nały pro­sty wzór nożycz­kami o zaokrą­glo­nych koń­cach. Wszystko zgod­nie z zasa­dami bez­pie­czeń­stwa.

– Kie­dyś mie­li­śmy nor­malne nożyczki, uży­wa­li­śmy młot­ków na zetpete i przy­szy­wa­li­śmy guziki praw­dzi­wymi, ostrymi igłami – zakpił Mate­usz.

– Ty to chyba w ogóle uży­wa­łeś róż­nych nie­bez­piecz­nych narzę­dzi – stwier­dził kąśli­wie Hen­ryk.

Patrzyli na sie­bie przez chwilę jak dwa roz­ju­szone byki.

– Tato? – zain­ter­we­nio­wała zdzi­wiona Mał­go­sia.

Chwila minęła.

Hen­ryk potrzą­snął głową, przy­gryzł wargę i kon­ty­nu­ował jak gdyby ni­gdy nic.

– Ostat­nio, to zna­czy w marcu, Basia nawet robiła z dzie­cia­kami Marzannę w kur­piow­skim stroju. Cho­ciaż nie wiem po co, i tak ją prze­cież uto­pili.

– Po to, żeby dzie­cia­kom poka­zać nasze tra­dy­cje – odpo­wie­działa Jadwiga.

– Są ważne – zgo­dził się Hen­ryk.

Popo­łu­dnie prze­dłu­żyło się do wie­czora, a to głów­nie dzięki Mał­gosi i Seba­stia­nowi. Hen­ryk miał ochotę szybko wra­cać do domu, córka jed­nak go zatrzy­mała.

– Tato, pomo­żesz mi? – zapy­tała, ojciec zatem zaniósł jej bagaże do lawen­do­wego domku, choć Seba­stian obie­cał, że się tym zaj­mie. Póź­niej prze­szli się po oko­licy, Hen­ryk wska­zał córce wid­nie­jącą z daleka wieżę kościoła i opo­wie­dział kilka legend.

A jesz­cze potem się oka­zało, że choć na początku spo­tka­nia miało miej­sce nie­wiel­kie spię­cie, to jed­nak szybko zapa­no­wał szam­pań­ski nastrój. Nie bez udziału lawen­do­wej nalewki, choć prze­cież Hen­ryk nie pił, bo musiał wra­cać do Łysych. I tylko dwoje naj­młod­szych nie brało udziału w roz­mo­wie.

Oni jedy­nie patrzyli na sie­bie. Tro­chę z ukosa, tro­chę spod przy­mknię­tych powiek, a tro­chę jak naj­bar­dziej zako­chane dzie­ciaki świata.ROZDZIAŁ 3

Teraz

– Cza­sem się zasta­na­wiam, czy nie powin­ni­śmy się prze­pro­wa­dzić – powie­działa Bar­bara Lisiak.

– Źle ci tutaj? – Hen­ryk odwró­cił się od zlewu. Wła­śnie napeł­nił sobie szklankę zimną wodą. Wypił dusz­kiem i usiadł na wprost żony, przy­pa­tru­jąc jej się uważ­nie.

Pokrę­ciła głową.

– Nie o to cho­dzi. Wiesz, bar­dziej o to, że… Pamię­tasz, kiedy byli­śmy mło­dzi?

– Znów nawią­zu­jesz do tych „sta­rych”? To podobno miała być tylko seman­tyka? Cią­gle jeste­śmy mło­dzi. To zna­czy, moja żona jest, bo ja już się tro­chę posu­ną­łem.

Roz­ba­wił ją.

– W takim razie, młody czło­wieku, czy dzi­siej­sze tu i teraz jest dokład­nie tym, czego ocze­ki­wa­łeś?

– Cał­ko­wi­cie. Mam piękną żonę i rów­nie piękną córkę. I rów­nie piękny dom. Wła­sny warsz­tat samo­cho­dowy, codzien­nie rano jem śnia­da­nie w naj­lep­szym moż­li­wym towa­rzy­stwie i wra­cam do domu na naj­pysz­niej­szy obiad świata. Week­endy spę­dzam, włó­cząc się z rodziną po lesie albo jeż­dżąc z żoną i córką nad jakieś jezioro. W końcu po sąsiedzku mamy Kra­inę Tysiąca Jezior. Czego innego, czego wię­cej mógł­bym chcieć?

Wes­tchnęła.

– Jak rozu­miem, ty chcesz cze­goś innego. – Hen­ryk zmie­nił ton głosu.

– Rzecz w tym, że ja sama nie wiem, czego chcę.

– Gdyby to doty­czyło mnie, powie­dzia­ła­bym, że to kry­zys wieku śred­niego. Ale w twoim przy­padku nie bar­dzo wiem, jak to inter­pre­to­wać.

– Ja pew­nie też nie rozu­miem – przy­znała z uśmie­chem Bar­bara.

– Prze­ana­li­zu­jemy to? – zapro­po­no­wał.

– A ty nie śpie­szysz się do pracy?

– Dzi­siaj mam pierw­szego klienta dopiero o dwu­na­stej. A jak się trafi ktoś nie­umó­wiony, to chło­paki sobie pora­dzą. Możemy poga­dać. Jeśli chcesz, oczy­wi­ście.

– Z tobą zawsze chcę – odpo­wie­działa. – Po pro­stu… kiedy mia­łam kil­ka­na­ście lat – marzy­łam. Wielki świat stał przede mną otwo­rem. Wiesz, kariera, może taka bli­żej nie­okre­ślona, bo raczej nie mia­łam kon­kret­nego pomy­słu na sie­bie. Świa­tła reflek­to­rów miały wydo­być moją fan­ta­stycz­ność, bez względu na jej powód. Ten miał się zde­fi­nio­wać póź­niej.

Zamil­kła i popa­dła w zadumę.

– Każdy dzie­ciak ma wiel­kie marze­nia – ode­zwał się Hen­ryk po chwili. – Ale wyda­wało mi się, że odpo­wiada ci nasze życie.

– Odpo­wiada – rze­kła z prze­ko­na­niem.

Uniósł pyta­jąco brwi.

– No wła­śnie. Sama nie wiem, o co mi cho­dzi. Dajmy spo­kój.

– Nie, kocha­nie. Mamy czas, poroz­ma­wiajmy. Nie pasuje ci twoja rodzina?

– Co? – Bar­bara aż pod­sko­czyła. – Nie! Abso­lut­nie. Nie wyobra­żam sobie bez was życia. Może po pro­stu… wiesz, Mał­go­sia dora­sta. Nie­długo skoń­czy szkołę, pój­dzie swoją drogą, ode­tnie kolejne nitki. Może po pro­stu anty­cy­puję syn­drom pustego gniazda.

– Nie oba­wiał­bym się, że stra­cimy z nią kon­takt. Dobrze ją wycho­wa­li­śmy. Doro­śnie, ale prze­cież pozo­sta­nie naszą córką. Tak samo jak my byli­śmy bli­sko z jej dziad­kami.

Kiw­nęła głową, ale nie odpo­wie­działa.

– To może praca? – Hen­ryk nie ustę­po­wał. – Męczysz się w szkole?

Pokrę­ciła głową.

– Lubię uczyć – obu­rzyła się. – Kocham te małe potwory, które nie dają mi chwili wytchnie­nia.

– Ale?

– No wła­śnie. Ale. Zawsze jakieś jest, prawda? – zgo­dziła się. – Po pro­stu od czasu do czasu chcia­ła­bym cze­goś wię­cej. Poje­chać, zoba­czyć, prze­żyć. Bar­dziej być.

– To może zapla­nujmy jakieś wycieczki? Na począ­tek coś małego. Pięć dni nad jezio­rem? Póki nie ma Mał­gosi. A na przy­szłe waka­cje poje­cha­li­by­śmy gdzieś daleko. Do Indo­ne­zji. Albo do Chin. Co byś powie­działa na wyprawę do Chin?

– W przy­szłym roku chcia­ła­bym gdzieś poje­chać razem z Mał­go­sią. Będzie po matu­rze, zasłuży na dobre waka­cje. Być może ostat­nie takie w życiu, z nami.

– Ale desty­na­cja ci odpo­wiada?

Roz­ba­wił ją. Wstała i pode­szła do męża. Odsu­nął się od stołu, ona sia­dła mu na kola­nach.

– Każdy ma swoje marze­nia – dopo­wie­dział. – One nie mają daty waż­no­ści. Zawsze jesz­cze możemy je speł­nić.

– Ale to wcale nie cho­dzi o to, że ja czuję się… źle.

– Wiem – odpo­wie­dział, głasz­cząc ją po wło­sach. – A czy ty wiesz, że wła­śnie o tym wczo­raj myśla­łem?

– Doprawdy? – Uśmiech­nęła się, mru­żąc sek­sow­nie oczy.

– Kiedy byłem u Roj­kow­skich, zoba­czy­łem siel­skie życie. Wiesz, śliczne domki, pocią­gnięte jasną bejcą i pola­kie­ro­wane. Do tego kolo­rowe okien­nice. Mają wła­sne kury i owce. Wędzar­nię. Raj.

– Pozaz­dro­ścić – odparła, wsta­jąc mężowi z kolan.

– No wła­śnie. Dokład­nie to samo pomy­śla­łem. I jesz­cze że Mał­go­sia spę­dzi tam dobry czas. Mate­usz i Jadźka wyglą­dają na szczę­śli­wych, cho­ciaż nie powiem, w pierw­szych zda­niach było małe spię­cie mię­dzy nami. To zna­czy, mię­dzy Mate­uszem i mną.

– Dwa byczki?

– Coś koło tego. Ale szybko się ogar­nę­li­śmy. Obec­ność dzie­cia­ków oka­zała się dość… pomocna.

– Rozu­miem… Nie­mniej, wra­ca­jąc do wątku głów­nego. Chcesz mi powie­dzieć, że nie powin­nam narze­kać? Że inni potra­fią cie­szyć się, mając, bo ja wiem, znacz­nie mniej? Choć chyba nie o to cho­dzi? Chyba źle to powie­dzia­łam, prawda?

– No wła­śnie nie wiem. Mam wra­że­nie, że to jest speł­nie­nie ich ocze­ki­wań. Lawen­dowa agro­tu­ry­styka to marze­nie, które udało im się zre­ali­zo­wać.

– Więc trudno się dzi­wić, że są szczę­śliwi.

– To prawda – odpo­wie­dział Hen­ryk.

– Na obiad dzi­siaj pie­rogi z jago­dami. Rano Badzia­now­ska poje­chała rowe­rem do lasu. Może będzie tro­chę kurek, ale jagody przy­wie­zie na pewno. Umó­wi­ły­śmy się, że wpadnę do niej i razem z nią i Mariolą zro­bimy pew­nie ze trzy­sta sztuk. Wystar­czy na obżar­stwo i będzie jesz­cze z pięć par­tii do zamro­że­nia.

– Twoje pie­rogi? Zawsze – odpo­wie­dział. – Kupię śmie­tanę.

Basia poki­wała głową zado­wo­lona. Hen­ryk pod­szedł do lodówki.

– Jestem dzi­siaj okrop­nie spra­gniony.

– Prze­cież wczo­raj nie piłeś?

– Nie, no skąd! Wra­ca­łem autem, więc ani kro­pelki. Ale wiesz… Dziw­nie się tam czu­łem.

Bar­bara zmarsz­czyła brwi.

– Ale gdzie?

– U Roj­kow­skich.

– Mówi­łeś, że to raj – rzu­ciła Bar­bara i pode­szła do okna.

– Tak wygląda. Ale kiedy roz­ma­wia­łem z Mate­uszem, coś dziw­nego mi prze­szło przez myśl.

– Czyli?

– Jakby… Naj­pierw się pokłó­ci­li­śmy, to już wiesz. Zna­czy, to za dużo powie­dziane. Bar­dziej się spię­li­śmy, i to wła­ści­wie nie wia­domo o co. Potem było już cał­kiem miło. Mate­uszowi ulżyło po kie­li­szeczku lawen­do­wej nalewki. Ale wiesz, mia­łem wra­że­nie jakie­goś… fał­szu. Z jed­nej strony nie­ska­zi­telny obra­zek. Śliczne oto­cze­nie, siel­ski kra­jo­braz, zdrowa żyw­ność, spo­kojne życie. Ideał.

Bar­bara odkrę­ciła wodę z zamia­rem zmy­cia po śnia­da­niu. Teraz odwró­ciła się do męża, choć woda wciąż pły­nęła.

– No i? Co chcesz powie­dzieć?

– Mia­łem wra­że­nie, że Mate­usz jed­nak nie jest szczę­śliwy. Jakby… był smutny? Nie wiem. Nie zro­zu­mia­łem tego. To tylko wra­że­nie, pew­nie głu­pie. A jed­nak kiedy weszła Jadwiga, spoj­rzała na niego jakoś tak… Jakby go za coś kar­ciła. On się wypro­sto­wał, jak uczniak.

– Może się pokłó­cili? – Bar­bara zajęła się zmy­wa­niem. – Wiesz, cza­sem żony mają róż­nego rodzaju pre­ten­sje do mężów.

– Nie wiem – odpo­wie­dział. – Moja żona to naj­ła­god­niej­sza istota na świe­cie.

– Lizus – mruk­nęła pod nosem.

– Pew­nie masz rację. A pamię­tasz, jak kie­dyś wkra­dli­śmy się do pokoju nauczy­ciel­skiego?

– Nawet mi nie przy­po­mi­naj. – Baśka prze­wró­ciła oczami.

– Mój ojciec chwy­cił za pas. – Hen­ryk się zaśmiał.

– Twój ojciec?

– Mhm – potwier­dził chru­mknię­ciem. – Chwy­cił i ude­rzył dwa razy w futrynę. Wku­rzył się nie­ziem­sko, ale mnie ni­gdy nie ude­rzył. Zresztą żad­nego dziecka. W prze­ci­wień­stwo do sta­rego Roj­kow­skiego. Mate­usz wtedy przez kilka dni nie mógł sie­dzieć.

– Ale też Mate­usz był pro­wo­dy­rem. Tam­tego eks­cesu i wielu innych – skwi­to­wała Bar­bara. – Choć dzi­siaj to byłoby nie­moż­liwe, żeby zlać dziecko pasem. W ogóle, zbić dziecko.

– Dzi­siaj ucznio­wie nie mają po co się wła­my­wać do pokoju nauczy­ciel­skiego – odpa­ro­wał Hen­ryk. – Wszystko jest w dzien­niku elek­tro­nicz­nym. Pomysł, żeby w taki spo­sób sfał­szo­wać oceny w dzien­niku, byłby zgoła idio­tyczny. Lepiej zatrud­nić hakera.

– Z tego, co opo­wia­dają kole­żanki ze star­szych klas, więk­szość uczniów jest tak zaawan­so­wana infor­ma­tycz­nie, że nie potrze­bo­wa­liby pomocy z zewnątrz. Na szczę­ście dzie­wię­cio­latki jesz­cze takich pomy­słów nie mają. Swoją drogą, co wam, nam, wtedy wpa­dło do głowy?

– Mate­usz był zagro­żony i koniecz­nie chciał popra­wić oceny z histo­rii. Wyli­czył, że wystar­czyłby mu plus przy jed­nej jedynce i jedna dwójka.

– No ale dla­czego my tam poszli­śmy?

– Naprawdę nie pamię­tasz? – Hen­ryk zmarsz­czył brwi.

– No skąd! Led­wie pamię­tam, że w ogóle tam byłam.

– A byłaś, byłaś. Mate­usz polo­wał na dzien­nik, a ty na kart­kówki z histo­rii. Twier­dzi­łaś, że ostat­nią napi­sa­łaś gorzej niż źle i że obniży ci to ocenę koń­cową. I koniecz­nie chcia­łaś co nieco tam dopi­sać.

– Ja? Ty chyba żar­tu­jesz!

– Wybiór­cza pamięć? Dopi­sa­łaś odpo­wie­dzi do dwóch pytań i dosta­łaś z tam­tej kart­kówki czwórkę. Ty byłaś wku­rzona, a nauczy­ciel, z tego, co mówi­łaś, zawie­dziony. Uwa­żał, że powin­naś napi­sać na piątkę, i gło­śno skry­ty­ko­wał ten wynik. Publicz­nie, na forum klasy. Pamię­tam, że opo­wia­da­łaś o tym z roz­ża­le­niem. I chyba już ni­gdy tego nie zro­bi­łaś, prawda?

– Nie. – Bar­bara pokrę­ciła głową.

– A Mate­usz ni­gdy gło­śno się nie przy­znał, co naprawdę się stało. Twier­dził, że tylko sta­łaś na cza­tach.

– Ban­dycki honor – stwier­dziła.

– Ban­dycki? – zdzi­wił się Hen­ryk.

– Mate­usz był łobu­zem. Jak cała jego rodzina. Jak wcze­śniej jego ojciec i brat…

– Oj, wcho­dzimy w histo­rię. Nie­bez­pieczna sprawa. – Hen­ryk się zaśmiał. – Wpraw­dzie o jego rodzi­nie to raczej nie­po­twier­dzone wie­ści, ale… nawet jeśli Mate­usz był łobu­zem, to wyrósł na porząd­nego czło­wieka. Ma kocha­jącą się rodzinę, pro­wa­dzi swój biz­nes. Nie pije, nie krad­nie, żyje uczci­wie. Zna­czy, wyrósł na gościa nie­na­gan­nie się pro­wa­dzą­cego.

Bar­bara par­sk­nęła śmie­chem.

– I z czego się śmie­jesz, nie­do­bra kobieto?

– Wiesz to po kilku godzi­nach pobytu w Lawen­do­wej Osa­dzie? – spy­tała iro­nicz­nie. – Poza tym nie­na­gan­nie się pro­wa­dzić to może panienka z dobrego domu, a nie facet z kry­mi­nal­nymi tra­dy­cjami.

– Wiem, bo ludz­kie języki są dłuż­sze niż odle­głość do Kulesz Kościel­nych. A poza tym nie prze­sa­dzaj. Od razu kry­mi­nalne.

– Stary Roj­kow­ski sie­dział, brat Mate­usza, Krzysz­tof, sie­dział, no to jak ina­czej to nazwać?

– Ojciec Roj­kow­skich sie­dział, bo go komuna wsa­dziła. Poli­tyczny był, czyli dzi­siaj to boha­ter. A jego brat dwie noce na dołku sie­dział, więc się nie zapę­dzaj – prych­nął Hen­ryk. – Koń­czysz już? Poje­cha­li­by­śmy.

– Tak, dosłow­nie jesz­cze chwilę. Sprzątnę jesz­cze…

– Zostaw – powie­dział Hen­ryk, łapiąc żonę za rękę. – Kuch­nia jest u cie­bie czyst­sza niż pro­bówki na krew w labo­ra­to­rium. Posprzą­tasz póź­niej. Ale jeśli się nie pośpie­szymy, to…

– Mówi­łeś, że chło­paki się bez pro­blemu sami ogarną, jeśli trafi się jakiś przy­pad­kowy klient. A umó­wio­nego masz dopiero na dwu­na­stą.

– Ale tro­chę nam zeszło na tych poga­węd­kach. Poje­dziemy, dokąd chcesz, potem zawiozę cię do Badzia­now­skiej, zdążę jesz­cze po śmie­tanę do sklepu… i przy­pil­nuję chło­pa­ków w warsz­ta­cie. Będę w pracy wcze­śniej.

– No wiesz? – mruk­nęła z zado­wo­le­niem, jed­no­cze­śnie się odwra­ca­jąc. Jedną ręką zdą­żyła jesz­cze zakrę­cić kran. Mokre dło­nie poło­żyła na karku męża i popa­trzyła mu w oczy. – Naprawdę się śpie­szysz?

– Uwiel­biam mieć mokry koł­nie­rzyk – powie­dział lekko ochry­płym gło­sem.

Pod­niósł żonę i posa­dził pół metra dalej na kuchen­nym bla­cie.

– Całe szczę­ście, że jest lato – dodał.

– A to niby dla­czego? – mruk­nęła zajęta roz­pi­na­niem guzi­ków męskiej koszuli.

– Bo nie masz raj­stop.

I w sumie nie­wiele wię­cej roz­ma­wiali.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij