Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

Flirtując z życiem - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
14 listopada 2018
32,99 zł
3299 pkt
punktów Virtualo

Flirtując z życiem - ebook

Piękna, emocjonalna, wrażliwa, kobieta sukcesu, gwiazda ekranu. Wykreowany przez media wizerunek Danuty Stenki nawet w połowie nie oddaje prawdy o jej niezwykłej osobowości.

Szczere rozmowy z Łukaszem Maciejewskim odsłaniają jej inne, nieznane oblicze.

Aktorka opowiada o swoim dzieciństwie spędzonym w maleńkiej kaszubskiej wsi, o wyboistej ścieżce kariery, o fascynującej pracy w teatrze, na planie filmowym, w telewizji. Anegdoty z życia zawodowego przeplatają się z wyznaniami na temat prywatnych spraw.

Danuta Stenka nie waha się otwarcie mówić o kosztach, jakie wiążą się z jej wymagającym zawodem – o towarzyszącym jej przez lata stresie i braku pewności siebie.

Z poruszających wspomnień wyłania się opowieść o dojrzewaniu kobiety do niezależności i spełnienia, w której każdy łatwo odnajdzie cząstkę własnego życia.

Kategoria: Literatura faktu
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-240-5641-5
Rozmiar pliku: 829 KB

FRAGMENT KSIĄŻKI

FLIRT, CZYLI MIŁOŚĆ

Flirtowanie z uśmiechem. Dokładnie pięć lat temu, w 2013 roku, gdy pracowaliśmy nad _Flirtując z życiem_, niczego szczególnego się nie spodziewaliśmy. Owszem, wiedziałem, że Danuta Stenka jest lubiana, kochana, podziwiana, ale przecież nie ona jedyna. Nie liczyliśmy zatem na wiele. Początkowo oboje nie byliśmy nawet przekonani, czy książka na pewno się ukaże. Daliśmy sobie prawo do pomyłki. Ja i tak byłem usatysfakcjonowany – wielotygodniowe obcowanie z uśmiechem Danuty Stenki to, proszę mi wierzyć, bezcenna terapia dla największych nawet ponuraków. Szybko jednak przekonaliśmy się, że nasza gawęda jest ważna nie tylko dla nas. Natychmiast po wydaniu _Flirtując z życiem_ w listopadzie 2013 roku, a nawet jeszcze przed publikacją, stało się jasne, że książkę o Danucie Stence pokochają tysiące czytelników. Wkrótce będzie ich sto tysięcy! To wielki zaszczyt.

Sukces _Flirtując z życiem_ to jednak nie tylko imponujący nakład. Tuż po premierze wydawniczej ruszyliśmy z Danutą w trasę promocyjną. Zazwyczaj jest tak, że tego rodzaju promocja kończy się po miesiącu, dwóch, tymczasem nasza podróż trwa już… piąty rok. Zawsze w szczelnie wypełnionych salach, spotykamy się zarówno w dużych ośrodkach, jak i w mniejszych miejscowościach, gminnych bibliotekach i domach kultury, rozmawiamy z czytelnikami o aktorstwie, teatrze, filmie – o życiu. Naszym i ich życiu. Flirtujemy.

Nigdy nie musiałem pytać uczestników tych spotkań, dlaczego aż tak tłumnie przychodzą właśnie na rozmowę z Danutą Stenką. Znam dobrze odpowiedź. Stenka to światło, Stenka to uśmiech, klasa i talent. Z ręką na sercu, nie znam nikogo, kto miałby na temat bohaterki _Flirtując z życiem_ inne zdanie. W czasach tak pełnych podziałów Danuta łączy ludzi. Kochają ją kobiety, mężczyźni, dzieci. Dlaczego? Bo jest mądra, piękna i bardzo ludzka, autentycznie skromna (czasami przesadnie) i nieodmiennie naturalna. Na scenie tworzy wielkie role, ale w życiu nie gra nigdy, nikogo nie udaje. Stenka jest Stenką. I za to ją kochamy.

Nowe, poszerzone wydanie _Flirtując z życiem_ to nasz prezent dla Państwa. Od kilku lat podczas spotkań z czytelnikami coraz częściej pojawiały się pytania, kiedy ukaże się kolejne wydanie naszej książki. Nie potrafiliśmy odpowiedzieć, obiecując jedynie kolejne dodruki. Tymczasem pięć lat w życiu aktora tak rozpoznawalnego i zapracowanego jak Danuta Stenka to szmat czasu. Wiele się zmieniło. Danuta zagrała kolejne wielkie role w teatrze, a jej filmografia wzbogaciła się o kilkanaście nowych tytułów; jako kobieta uspokoiła się, chyba jeszcze wypiękniała.Książkę dedykujemy Lucynie Kobierzyckiej, aktorskiej agentce Danusi Stenki „od zawsze”, a oprócz niej również m.in. Artura Żmijewskiego, Ewy Błaszczyk, Kingi Preis, Tomasza Kota, Karoliny Gruszki, Wojtka Mecwaldowskiego i Krzysztofa Globisza. Kariery tych wspaniałych aktorów nie wyglądałyby zapewne aż tak pięknie, gdyby nie „Lucy” – „żelazna dama” wśród polskich agentów, ale dla nas przede wszystkim przyjaciółka, ciepły, mądry i bliski człowiek. Bez mała członek rodziny.

Nasze nowe rozmowy proszę traktować zatem jako swego rodzaju aneks. Nie zmienialiśmy struktury pierwszego wydania, niczego nie aktualizowaliśmy na siłę, uznawszy, że byłoby to zbędne i trochę nienaturalne. Zwyczajnie wyruszyliśmy ponownie w przyjacielską podróż. Po pięciu latach odnalazłem moją bohaterkę odmienioną. Spokojniejszą, pogodzoną z losem, pewniejszą siebie. Proszę posłuchać, co ma dzisiaj do powiedzenia, a mówi rzeczy ważne i piękne. Od Stenki bije światło. To nie tylko flirt z życiem, to miłość – do życia.

_Łukasz Maciejewski_

Warszawa, październik 2018Łukasz Maciejewski: Opowiedz o pasiece, którą prowadzili twoi rodzice. Pamiętasz ją?

Danuta Stenka: Doskonale pamiętam! Znajdowała się w Łabiszewie, jakieś czterdzieści kilometrów od naszego domu. Był tam PGR w dawnym majątku, stary park, lipy, pola rzepakowe i wielki ogród, w którym stały ule – nasze i wujka Benka, brata mojego taty. Kiedy mama przeszła na emeryturę, oddała się na dobre pracy w pasiece. Rodzice przenieśli ją do Doliny Jadwigi, jakieś trzy kilometry od naszego Gowidlina, do gospodarstwa pana Labudy, więc mieliśmy do niej zdecydowanie bliżej.

Jako dziecko pomagałaś przy pszczołach?

Oczywiście, pomagał nawet mój brat, który był uczulony na jad pszczeli. To był nasz wakacyjny obowiązek. Pamiętam, że kiedyś po użądleniu przez pszczołę tak spuchł, że nie mógł otworzyć oczu. Mimo wszystko opatulał się, jak tylko mógł, od stóp do głów… i do pasieki!

Ja bym jednak czegoś takiego na miejscu rodziców nie zaryzykowała. Myślę tu o swoich dzieciach. Tym bardziej że wtedy wydostanie się z naszej małej wsi, żeby dostać głupi zastrzyk, graniczyło z cudem.

Czyli nie można było odmówić, mówiąc: boję się pszczół, albo: jestem uczulony na jad.

Mus to mus. A z pszczołami nie było żartów, żądliły jak należy. Przy tym brat z tatą byli w samym centrum – wyjmowali z uli ramki z miodem, a tam pszczoły były najbardziej rozsierdzone. Wyobraź sobie: ktoś zdejmuje dach z ich domu i zabiera im całe zgromadzone jedzenie. Trudno się nie wkurzyć. Tato z Gienkiem przynosili ramki z plastrami miodu, a ja je odsklepiałam. Widziałeś kiedyś takie plastry?

Tylko w telewizji.

W skrócie: w drewnianą ramkę wtapia się plaster z wosku z wytłoczonymi pszczelimi „sześciokątami”. Pszczoły do każdego sześciokąta dobudowują ścianki, tworząc małe naczynka, do których znoszą nektar kwiatowy, potem odwachlowują z niego skrzydełkami wodę, wszystko gęstnieje do konsystencji miodu i kiedy dojrzeje, zasklepiają okienka woskiem.

Moim zadaniem było odsklepianie tych okienek. Jest taki specjalny duży widelec, którym się to wykonuje. Mama wkładała owe ramki do wirówki, w której pod wpływem siły odśrodkowej miód wydostawał się z okienek, a potem był przelewany do baniek. Użądlenia były nieuniknione. Pszczoły były wszędzie, natychmiast orientowały się, dokąd wędruje miód, i przez najmniejszą nawet szparkę wdzierały się do środka pomieszczenia, w którym się przed nimi kryliśmy.

Któregoś dnia, kiedy byłam jeszcze w podstawówce, użądliło mnie sześć pszczół i osa. Okazało się, że jestem niezłym materiałem na pszczelarza. Rodzice wprawdzie zaliczali po dwadzieścia, trzydzieści użądleń, ale oni przywykli do tego, byli już uodpornieni, zwłaszcza tato.

Trzydzieści użądleń na dzień brzmi wręcz nierealnie. Ja na sam widok osy zmieniam miejsce.

Za osami również nie przepadam. Pszczółki szanuję, są tak zorganizowane, tak pracowite – a osy kradną. Poza tym pszczoła, biedaczka, żądląc, najczęściej traci życie – kamikadze. Żądło, zostając w ciele przeciwnika, wyrywa jej wnętrzności. A osa nie dość, że żądli bardziej boleśnie, to może to robić do imentu.

Pasieka jeszcze istnieje?

Istnieje. Co prawda, po śmierci taty mama sprzedała ją, zostawiając sobie zaledwie kilka uli, ale właściwie nic się nie zmieniło. Pasiekę przejął znajomy, którego przed laty rodzice poznali jako młodego pszczelarza pasjonata i z którym dzielili się swoją wiedzą. Teraz prowadzi ją razem z mamą, a ona cieszy się, że pasieka przeszła w dobre ręce.

Skąpana w słońcu pasieka to jedno ze wspomnień twojego dzieciństwa, do którego chętnie wracasz. Jestem ciekaw, czy pamiętasz moment, kiedy po raz pierwszy pomyślałaś, że chcesz zostać aktorką. Takie marzenie musiało pojawić się właśnie w dzieciństwie, prawda?

Zapamiętałam pewną sytuację. Moja mama siedzi przy piecu, coś szyje. Wieczór. W pokoju jesteśmy tylko my dwie i oglądamy film. Nie pamiętam, co to było. Film się kończy, pojawiają się napisy, a ja sobie myślę: chciałabym tak. Nie chodziło nawet o świadome pragnienie zostania aktorką, tylko o to, że chciałam być tam, w tej sytuacji, być uczestnikiem takich emocjonujących opowieści.

Ile mogłaś mieć lat?

Byłam w podstawówce. Może w czwartej klasie. Pamiętam jeszcze jedną historię, moje pierwsze zetknięcie z teatrem. Mama zabrała mnie, wówczas przedszkolaka, do Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Nie miałam pojęcia, co to było za miejsce, w którym się znaleźliśmy. Nagle przed nami zapaliło się światło i moim oczom ukazała się staroświecka kanapa, na której siedzieli prawdziwa księżniczka i prawdziwy książę, oboje w przepięknych strojach. Myślałam: Boże, jak oni się uchowali, gdzie przez tyle lat się ukrywali, bo przecież na świecie nie ma już takich księżniczek i książąt! To było dla mnie coś niezwykłego. Magia. Kiedy jest się dzieckiem, wszystko jest możliwe.

Ładnie powiedziała kiedyś Krystyna Sienkiewicz: „Jestem nieuleczalnie chora na dzieciństwo”.

Piękne zdanie, mogę się pod nim podpisać. Dzieciństwo: moja kraina bezpieczeństwa. Tam mają swój początek najważniejsze marzenia.

Dorastałaś w maleńkiej kaszubskiej wsi Gowidlino nieopodal Kartuz.

Jezioro, kościół, szkoła, sklep, poczta, przystanek autobusowy. Całe Gowidlino. To rzeczywiście mała wieś.

Podobno mieszkałaś z rodzicami w szkole.

Mama była nauczycielką, więc dostała mieszkanie służbowe w budynku szkoły. Rodzice wprowadzili się tam po ślubie i tam mieszkaliśmy w moim bardzo wczesnym dzieciństwie. Rodzice podjęli decyzję o wybudowaniu własnego domu dopiero po wielkim pożarze we wsi. To się wydarzyło na dzień przed moimi narodzinami. Mama opowiadała, że wszyscy wynosili dobytek daleko, na pole, wyprowadzali starszych ludzi, dzieci, zwierzęta, budynki polewali wodą, ale wiatr był potężny i ogień szedł jak burza. Następnego dnia mamę zawieźli na porodówkę. W pożarze spalił się między innymi dom dziadków. W związku z tym wprowadzili się do nas, a nasze mieszkanie składało się z pokoju, kuchni, komórki oraz pokoiku na szkolnym strychu. Musieliśmy się tam wszyscy pomieścić.

Ile osób tam wtedy mieszkało?

W pokoju na strychu pradziadek, babcia, dziadek i najmłodszy brat mojego taty, w pokoju na dole nasza czwórka. Osiem osób. Dlatego rodzice w desperacji podjęli starania, żeby wybudować coś własnego. Do nowego domu przeprowadziliśmy się, kiedy miałam trzy lata. Zapamiętałam jeden kadr, taką mikroscenę. Mama sadza mnie na taborecie twarzą do okna, stawia przede mną metalową miskę z wodą, za moimi plecami stoi kuchenny kredens, pod oknem stół. Miałam umyć nogi po zabawie, bo za chwilę mieliśmy się już na zawsze przenieść do nowego domu. Mama powiedziała kiedyś, że byłam za mała, żeby pamiętać mieszkanie w szkole, ale kiedy opowiedziałam jej tę scenkę, potwierdziła, że rzeczywiście tak to wyglądało.

Jak poznali się twoi rodzice?

Tato pochodził z Gowidlina, mama z Kłobuczyna, z okolic Grabowa, Wieżycy. Jako młoda nauczycielka została skierowana do szkoły w Gowidlinie. Któregoś dnia przyjechało kino objazdowe z _Zakazanymi piosenkami_. Mama usiadła w jednej ze szkolnych ławek, podszedł do niej żołnierz i zapytał, czy może usiąść obok. Tak się poznali.

Po przeczytaniu wywiadów z tobą wiem sporo o mamie, Agacie, ale o ojcu nie dowiedziałem się niczego.

Był elektromonterem, elektryfikował wioski po wojnie. Nie pracował jednak długo w zawodzie. Podczas pracy spadł z drabiny, złamał kręgosłup, cudem nie wylądował na wózku. Miałam wtedy rok. Od tamtej pory był na rencie. W dzieciństwie wydawało mi się, że był już stary, kiedy to się stało, ale to był przecież dwudziestoośmioletni chłopak!

Jak sobie radził po wypadku?

Wyobraź sobie: był młodym człowiekiem z ambicjami i z dnia na dzień wszystko się skończyło, wszystkie plany, marzenia trzeba było zweryfikować. Pewnie część swoich pragnień przelał na nas i być może dlatego był bardzo wymagający, oczekiwał ode mnie i brata, że będziemy zawsze najlepsi: w szkole, w pracy. Tak naprawdę zrozumiałam to dopiero jako dorosły człowiek. W podstawówce byłam prymuską, ale w liceum już różnie bywało. Zamieszkałam w internacie, życie towarzyskie zaczęło grać ważną rolę, pojawiły się potknięcia w szkole. To było dla taty dosyć trudne do przyjęcia.

Moja polonistka naciskała na mnie, żebym zdawała egzaminy do szkoły teatralnej, bo uznała, nie wiem zresztą, na jakiej podstawie, że mogę zostać aktorką. Pod jej wpływem, będąc w klasie o profilu matematyczno-fizycznym, zdawałam maturę z języka polskiego i rosyjskiego. Doszłam jednak do wniosku, że nie będę składała papierów do szkoły teatralnej, ponieważ się do tego nie nadaję. Jednak trzeba było zdecydować się na jakieś studia. Postanowiłam iść na filologię rosyjską, ale na egzaminie wstępnym od razu poczułam, że to nie miejsce dla mnie. Wyszłam stamtąd, a rodzicom nałgałam, że pytania były za trudne. Kiedy okazało się, że nie zostanę studentką, tatę poniosło, wyrwało mu się kilka przykrych zdań na temat moich niskich aspiracji. Odpowiedziałam, że jeśli mi się kiedyś w życiu powinie noga, to on pewnie będzie pierwszą osobą, która mnie kopnie. Burknął coś pod nosem i kiwnął głową. Zabolało. Jego pewnie też zabolało.

Wyjaśniliście sobie wszystko po latach? Zdążyliście?

Przypominam sobie moją pierwszą rolę w teatrze w Szczecinie. 1984 rok, miałam dwadzieścia trzy lata. Grałam Abigail w _Czarownicach z Salem_. Pracowała z nami Inka Dowlasz – z wykształcenia była również psychologiem i wprowadzała eksperymentalne metody pracy nad tekstem. Część zespołu w ogóle w to nie weszła, uznając, że nie będzie się bawić w jakieś czary-mary, ale ja, karne zwierzątko, pokornie się poddałam. Reżyserka kazała nam na przykład podstawiać prywatne historie pod konkretne partie tekstu. Któregoś dnia, w trakcie tych eksperymentów, wydarzyło się coś niezwykłego. Zadanie polegało na tym, żeby biegając wkoło po scenie, wyrzucać z siebie emocje dotyczące jakiejś dramatycznej sytuacji w sztuce wyłącznie za pomocą głosu, bez słów. W pewnej chwili poczułam, że przebijam się przez jakąś błonę, docieram do czegoś, co było we mnie zaszpuntowane. Wydobył się ze mnie potworny ryk. Dotknęłam wtedy czegoś, co pozwoliło mi w ułamku sekundy zrozumieć tatę. Tak jakbym zajrzała mu do „brzucha”, do duszy. Zobaczyłam albo raczej poczułam, co nosi w sobie, co dostał od życia, od losu, od świata, i nagle wszystko, co mnie w nim wkurzało, stało się jakieś takie proste, zwykłe, zrozumiałe. Jak do tego doszło, nie wiem.

Niczego sobie nie wyjaśniliśmy, nie nazwaliśmy. Nawet wtedy kiedy dowiedziałam się, że tato odchodzi, że zostało mu zaledwie kilka tygodni życia. Wszystko rozgrywało się raczej w sferze odczuwania.

Który to był moment w twoim życiu?

2001 rok – kończyłam czterdziestkę. Pomyślałam: Boże drogi, i co teraz? Zawsze się bałam, że kiedy nadejdzie ten moment, będę miała do siebie żal, że za mało byłam z rodzicami, za mało im powiedziałam, za mało wysłuchiwałam, że nie zdążę nadrobić i zostanę z wyrwą w duszy. Ale przez te ostatnie kilka tygodni spędzonych z tatą, poza tragedią, która odbywała się każdego dnia, świadomością, że śmierć _jest_, w naszej relacji tak cicho i spokojnie wypłynęło na powierzchnię całe uczucie, które mieliśmy do siebie. Po jego śmierci czułam, że jesteśmy sobie bliscy jak nigdy dotąd.

Ojciec ewidentnie projektował na ciebie własne niespełnienie, jednocześnie zaszczepiając kto wie czy nie najważniejszą cechę twojego charakteru: ambicję, perfekcjonizm. Bo ty naprawdę chcesz być zawsze najlepsza. Codziennie udowadniasz to tacie.

Ten perfekcjonizm zatruł mi trochę życie, jednak poza wszystkim tato był piekielnie dowcipnym człowiekiem i świetnie opowiadał anegdoty o starych Kaszubach. Miałam nawet plany, żeby go nagrać, bo to byłby rewelacyjny materiał na scenariusz kaszubskiej _Bożej podszewki_. Nie zdążyłam, ale jego opowieści do dziś krążą po rodzinie i nawet mój mąż ma swoje ulubione cytaty po kaszubsku.

Rozmawiamy o ojcu, ale to z mamą miałaś i masz najbliższy kontakt. To dzisiaj dla ciebie bardziej mentor czy przyjaciel?

Nie potrafię tego rozstrzygnąć. I jedno, i drugie. To może wydać ci się dziwne, ale zwracam się do mamy w trzeciej osobie: „niech mamusia powie, niech mamusia przyjdzie”.

Kaszubski zwyczaj czy wasz, rodzinny?

Tak się u nas mówiło do rodziców, dziadków, ciotek, w ogóle do starszych. Wszyscy tak mówili. To zabawne, ale moje córki przechwyciły formy, w jakich mąż i ja zwracamy się do swoich rodziców. Do mojej mamy mówią: „niech babcia zobaczy”, „czy mogłaby babcia podać”, a do mamy męża: „babciu, zobacz”, „babciu, podaj”.

Mama uczyła języka rosyjskiego. Była nauczycielką z powołania, prawda?

Zostać nauczycielką to było jej wielkie marzenie. W podstawówce była prymuską, chciała pójść do liceum, dziadkowie jej to obiecywali, ale kiedy nadszedł czas egzaminów, zmieniła się sytuacja w domu. Babcia ciężko zachorowała, a ponieważ rolnicy nie byli wówczas ubezpieczeni, dziadkowie wydawali fortunę na szpitale i lekarstwa. Nie było ich stać na opłacenie edukacji mamy. Nie pomagały prośby i płacz. Nauczycielka i kierowniczka szkoły przekonywały dziadka, że szkoda takiego zdolnego dziecka. Dziadek był nieugięty. Wreszcie mama zapytała, czy pozwoli jej przynajmniej pojechać na egzamin, jeżeli go nie zda, problem rozwiąże się sam, a jeżeli zda, to może jednak… Pozwolił i zdała.

Wyobraź sobie, do jakiego stopnia takie dziecko szanowało potem sam fakt, że mogło chodzić do szkoły. Jak bardzo musiało się postarać, żeby nie zawieść rodziców, którzy jednak wysupłali ostatnie grosze, żeby spełnić jego marzenie. Jak bardzo chciało im udowodnić, że nie popełnili błędu, wynagrodzić ich zaufanie.

W Gowidlinie mama jest pedagogiczną legendą. Wychowała, wyuczyła kilka pokoleń uczniów.

Całe Gowidlino jest dzisiaj pełne uczniów mamy. I wszyscy wspominają ją bardzo ciepło.

Momentem zwrotnym w jej pracy była ciężka choroba. Pewnego dnia, jako dyrektor szkoły, hospitowała zajęcia wychowania muzycznego. Dzieci zaczęły śpiewać piosenkę, a ona nagle przestała słyszeć – widziała, jak dzieci poruszają ustami, ale nie słyszała żadnego dźwięku. Potem zaczęły się badania, szpitale, rehabilitacja. To prawdopodobnie był wylew. Po jakimś czasie słuch wrócił, ale w minimalnym stopniu. Próbowała jeszcze wrócić do pracy, ale była na tyle schorowana i znerwicowana, że już się nie dało.

W tamtym czasie szkoła mieściła się w dwóch budynkach, na dwóch krańcach wioski, górnym i dolnym. Dzieciaki z tornistrami na plecach i nauczyciele wędrowali z jednego do drugiego krańca, przechodząc codziennie koło naszego domu. Mama patrzyła przez okno i płakała. To było przecież jej życie. Wiedziała, że już nie wróci, że już nigdy nie będzie uczyć.

Uczyła także ciebie i brata?

Tak. I była wobec nas bardziej wymagająca niż wobec innych uczniów. Oczywiście miałam pretensje, kiedy koleżanka za trochę gorszą odpowiedź czy pracę dostawała taką samą ocenę jak ja. Ale mama uważała, że mnie jest łatwiej, bo mam ją pod ręką i zawsze mogę o wszystko zapytać, więc muszę więcej z siebie dawać.

Dzięki niej mówisz dobrze po rosyjsku?

W szkole średniej nie miałam problemu z rosyjskim, mimo że się specjalnie do niego nie przykładałam. To były dla mnie lekcje wypoczynkowe. Minęło sporo lat od matury, więc już niewiele pamiętam. Żałuję, bo lubię ten język. Wrócił do mnie, kiedy już w Warszawie, w Teatrze Dramatycznym, grałam w _Wiśniowym sadzie_ Antoniego Czechowa reżyserowanym przez Leonida Hejfeca. Reżyser ciągle powtarzał: „Tak nie nado! Czechow eto muzyka!”. Wreszcie poprosiłam o wydrukowanie tekstu dramatu po rosyjsku. Zaczęłam czytać oryginał, no i „konieczno, muzyka. No, na russkom jazykie!”. A w tym roku zaczęliśmy próby do sztuki według tekstu _Lodu_ Władimira Sorokina i znowu spotykam się w pracy z Rosjaninem. I co ciekawe, trudno mi oczywiście sklecić zdanie po rosyjsku, natomiast prawie wszystko rozumiem!

Jaki masz dzisiaj kontakt z mamą?

Trochę czasu upłynęło, zanim w naszych relacjach wydostałam się ze skorupki „grzecznej córeczki”. Zamieniłam „bądź grzeczna” na „bądź sobą”. Nie chodzi o to, żeby być niegrzeczną, ale żeby nie chować siebie pod maską grzeczności. Przeszłam metamorfozę od czasu, kiedy pracowałam jako nauczycielka rosyjskiego w Gowidlinie, na szczęście nie zgubiłam po drodze mamy. Moja mama jest po prostu mądrym człowiekiem.

Poruszasz z nią trudne tematy? Szukasz jej rad, przyjmujesz zażalenia?

Mama nie wygłasza zażaleń. Długo potrafi się nie odzywać, nie zabierać głosu, ale jeśli sumienie jej podpowiada, że granica została przekroczona, mówi, co myśli, nazywa rzeczy po imieniu. Od momentu kiedy wyfrunęliśmy spod jej skrzydeł, stanęliśmy na własnych nogach, zauważyłam u mamy rodzaj szacunku dla naszej osobności. Ale w sytuacjach trudnych potrafi być kategoryczna. Kiedyś taka sytuacja przytrafiła się bratu. Nie potrafiłam się wtedy określić, tymczasem mama bardzo otwarcie zajęła stanowisko. Zrobiła to spokojnie, ale zdecydowanie. Myślę, że to właśnie jej postawa pomogła bratu podjąć ważną decyzję.

Mama była nauczycielką, ojciec na rencie, duża rodzina. Jak sobie radziliście finansowo?

Gdyby nie zaradność mamy, byłoby biednie. Tata po wypadku dostawał jakąś śmiesznie skromną rentę, więc utrzymywaliśmy się i budowaliśmy dom jedynie z pensji nauczycielskiej mamy. Na wsi ludzie żyli głównie z tego, co sobie wypracowali we własnym gospodarstwie. Niewiele osób, tak jak my, miało stały dopływ gotówki, ale nasza sytuacja finansowa nie różniła się specjalnie od sytuacji ludzi we wsi. Niektórzy uważali nas wprawdzie za bogatych, ponieważ udało się nam zbudować dom, mieliśmy telewizor i pierwszą we wsi łazienkę, ale to nie grubość portfela, tylko umiejętność stawiania sobie celów, zaciskania pasa i w konsekwencji dokonywania wyborów dawały pozory wyprzedzenia pozostałych.

À propos łazienki – przypominam sobie, że kiedyś moja przyjaciółka, Grażyna Dyszer, przyszła ją obejrzeć i zapytała, co to za słuchawka wisi nad wanną. Powiedziałam, że to telefon – kiedy mama bierze kąpiel, to sobie dzwoni. Poprosiłam, żeby sama spróbowała, to ją połączę z pocztą. Przyłożyła prysznic do ucha, a ja, mądrala, puściłam wtedy wodę.

Żadnych zbytków jednak nie pamiętam. Donaszałam rzeczy po bracie. W tej chwili to nie problem, dziewczyny noszą męskie ciuchy, ale wtedy było inaczej, wstydziłam się, że muszę chodzić w jego starych portkach. To nie były żadne jeansy, tylko spodnie szyte u krawca, z rozporkiem zapinanym na guziki. Od razu było widać, że męskie. Damskie spodnie miały zamek błyskawiczny z boku, zapinało się je jak spódnicę. Marzyłam o takich. Grażyna takie miała.

Koleżanki śmiały się z twoich spodni? Dzieci potrafią być okrutne.

Nie, ponieważ większość z nas tak funkcjonowała. Później zaczęliśmy dostawać paczki od wujka z RFN-u. To brat mamy, który został w Niemczech po wojnie. Spotkał się z moimi rodzicami dopiero w 1975 roku. Od tamtej pory co jakiś czas przychodziły od niego paczki, głównie z ciuchami. _Second hand_, ale to był już luksus.

W stanie wojennym dostawaliśmy też paczki od zupełnie obcych ludzi, pewnie znajomych wujka. Nie zapomnę, jak kiedyś nad paczką walczyłam z bratem o pastę do zębów. Nie o żadną czekoladę, która dla nas, nastolatków, była niedostępna, ale właśnie o pastę do zębów!

A jakie miałaś największe marzenia materialne, o jakim prezencie marzyłaś?

Wiesz, że nie pamiętam? Ale dostaliśmy kiedyś w prezencie od mamy skarbonki, żeby sobie uskładać na jakieś swoje marzonko. Niedawno znalazłam swoją i wzięłam ją ze sobą do Warszawy.

Świnka skarbonka?

Nie, drewniane pudełko z namalowanym widoczkiem, które na górze miało szczelinkę do wrzucania monet, a z boku ruchomą listewkę do ich wyjmowania. Tyle że moja skarbonka była raczej pustawa, bo nie było zbyt dużego dopływu, za to ja, łasuch, często ją opróżniałam.

Huczne urodziny nie były u nas praktykowane. Na osiemnastkę na przykład nie miałam żadnej imprezy, a w prezencie dostałam parasolkę.

W latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych ludzi bardziej cieszyły drobiazgi. Mam wrażenie, że potrafiliśmy cieszyć się z rzeczy, które dzisiaj są przedmiotami codziennego użytku, banalnymi sprawami.

Długo nie mogłam zrozumieć, dlaczego kiedy w końcu zaczęliśmy samodzielnie zarabiać, mama nie do końca potrafiła się cieszyć z prezentów, które jej robiliśmy. Mówiła, że to dla niej za dużo, że nie umie tak za jednym zamachem, musi radość rozłożyć na raty. Dziwiłam się, a okazuje się, że jestem taka sama – z małego prezentu potrafię się cieszyć jak dziecko, a wielkie mnie przerastają, peszą.

Kolega, który w latach osiemdziesiątych mieszkał za granicą i robił mi różne prezenty, powiedział kiedyś: „Ty jesteś niesamowita, przywożę ci jakieś pierdółki, a ty się nimi cieszysz, jakbyś dostała samochód”. To prawda, ale z samochodu nie potrafiłabym się tak ucieszyć. Taki prezent, jak mawiali kiedyś radiowcy, wyłamałby mi wskaźniki.

Pamiętasz swojego pradziadka?

Czas „pradziadkowy” to było moje przedszkole; zmarł, kiedy zaczęłam podstawówkę. Pradziadek kojarzy mi się z wielkim ciepłem. Był ciepły i słodki. Słodki dosłownie, bo zawsze miał przy sobie cukierki. Ilekroć kłóciłyśmy się z kuzynką, pradziadek na zgodę dawał nam swoje „karmelki”. Słodki był również dlatego, że do szklanki herbaty potrafił wsypać ćwierć szklanki cukru. A chcąc kogoś szczególnie ugościć, częstował takimi ulepkami.

Był z rodziny ojca czy mamy?

To był dziadek mojego taty. Natomiast mój dziadek, czyli syn pradziadka, był z kolei niezłym despotą. Koleżanki bały się do mnie przychodzić, bo w nowym domu mieszkaliśmy na piętrze, a dziadkowie na parterze, więc dziadek, wielki chłop z hitlerowskim wąsikiem, ciągle stał „na bramce” i każdej koleżance zadawał trudne pytania. Najpierw padało: „Òd kògò të jes?!”, czyli „Od kogo jesteś?”, a potem na przykład: „Wiele wa môta swiniów?”, czyli „ile macie świń?”.

Dziadek rozmawiał po kaszubsku?

Dziadek z babcią, z moim bratem i rodzicami rozmawiali po kaszubsku, a do mnie, nie wiedzieć czemu, mówili po polsku. Ale to był taki polski skaszubszczony, albo raczej kaszubski spolszczony, w rodzaju: „Moja mama jest wyjechana precz”. To było dość powszechne w tamtych czasach. Pokolenie moich rodziców obrywało w szkole za rozmowy po kaszubsku. Najpierw od Niemców, a po wojnie od nauczycieli polskich, przysyłanych na Kaszuby z innych rejonów, prawdopodobnie również w celu wykorzenienia tej mowy. A kaszubski był przecież ich podstawowym językiem. Pewnie chcieli oszczędzić tego swoim dzieciom i dlatego próbowali, jak umieli, rozmawiać z nimi po polsku.

Było nam fajnie z dziadkami. Dziadek lubił pokrzyczeć, ale wystarczyło nie wchodzić mu w drogę. Kiedyś kazał nam z bratem zebrać stonkę z pola. Przedłużeniem rodzinnego podwórka i sadu było poletko, na którym dziadek posadził ziemniaki, i tam było mnóstwo stonki. Dziadek poprosił, żebyśmy zebrali te chrząszcze do butelek, a on za każdą butelkę zapłaci pięć złotych. To było mnóstwo pieniędzy dla małego dzieciaka z Gowidlina. Nazbieraliśmy kilka butelek, a wtedy dziadek powiedział nam, że niczego nie pamięta, i nie dostaliśmy ani złotówki. Ależ byliśmy wściekli. Zaplanowaliśmy zemstę: Gienek wymyślił, że jeśli zostanie kiedyś pilotem, przyleci do Gowidlina i go zbombarduje.

Z drugiej strony, kiedy wyprowadziłam się z domu i przyjeżdżałam już tylko na weekendy, dziadek, uchodzący za chciwusa, ustanowił coś w rodzaju stypendium dla mnie. Od rodziców dostawałam dwieście złotych i dziadek ni z tego, ni z owego zaczął mi wypłacać taką samą sumę.

Musiał cię kochać.

Na swój sposób nas kochał, ale był trudnym człowiekiem, niezłym awanturnikiem. Nieraz dostało się nam od niego. Mimo to uwielbialiśmy schodzić na dół, spędzaliśmy u babci i dziadka mnóstwo czasu. Dziadek sadzał nas na swoim wielgachnym brzuchu i opowiadał bajki, które sam wymyślał.

Pamiętam też, że lubiliśmy, kiedy przychodzili znajomi dziadków i opowiadali o swoich spotkaniach z duchami i różne zasłyszane historie tego typu. To były nasze horrory czy thrillery.

Babcia była pod pantoflem?

Pozornie pod pantoflem. Od czasu do czasu dało się słyszeć krzyki z dołu, bo dziadek próbował babcię „ustawiać”. Bez powodzenia. Babcia żyła swoim życiem, swoje wiedziała.

Właściwie całe dzieciństwo spędziłaś w towarzystwie brata.

Gienek jest dwa lata starszy ode mnie. Podstawówka to były bójki, przepychanki. Ja wyspecjalizowałam się w pyskowaniu i skarżeniu, on mnie tłukł. Gienek miał grupę kolegów, ja trzymałam z dziewczynami. Chłopcy mieli swoje tajemnice i swoje zabawy, my, dziewczynki – swoje. Ale chodziliśmy razem na sanki, nad jezioro, na jagody, graliśmy w dwa ognie czy w pokera.

Zdążyłaś zaprzyjaźnić się z bratem, kiedy skończyły się te dziecięce bójki?

To był już okres, kiedy poszedł do szkoły średniej, do Conradinum – technikum budownictwa okrętowego, przyjeżdżał do domu raz na miesiąc albo raz na dwa tygodnie. A potem z kolei ja wyfrunęłam do liceum. Kontakty były rzadsze, ale, o dziwo, głębsze, znaleźliśmy wspólny język. Byliśmy daleko od siebie, ale coraz bliżsi w sensie ludzkim. Z mężem i później z dziećmi przez wiele lat jeździliśmy do Gowidlina na wakacje i na święta, to była okazja do spotkań i rozmów z bratem, ale odkąd w Warszawie zamieszkali z nami teściowie, święta spędzamy tutaj, a wakacje w moim zawodzie również obfitują w propozycje. Spotykamy się naprawdę rzadko, ale brat jest mi nadal bardzo bliski.

Kiedyś opowiadałaś mi zabawną scenę z udziałem brata. Mroźna zima, mama robi sweter na drutach. Obok niej siedzicie ty i twój brat, również z drutami w dłoniach.

Tak, wywijaliśmy na tych drutach na wyścigi: kto pierwszy zrobi szalik, czyj będzie dłuższy, ładniejszy – bo były z resztek wełny, kolorowe. Śnieżna zima, szara godzina, a za oknem cisza, spokój, biało. Ja do tej pory uwielbiam zimę, śnieg za oknem, ale nie lubię wtedy wychodzić z domu. I brakuje mi tylko naszego pieca kaflowego, serca domu.

Ojciec również brał udział w tych zabawach?

Tato czasem wyjeżdżał. A to do pasieki, a to ktoś w rodzinie się pobudował i poprosił go, żeby wykonał instalację elektryczną. On miał to w małym palcu i chętnie podejmował się tych prac. Szanowano go jako fachowca. Natomiast w domu dużo czasu spędzał na kanapie, bo do końca życia miał problemy z kręgosłupem. Kojarzę go głównie z kanapą, z „Głosem Wybrzeża” w dłoniach, oglądającego _Dziennik telewizyjny_.

Telewizor był często włączony?

Często jak na tamte czasy. Nie zapominajmy, że odbieraliśmy tylko jeden program, i to w określonych godzinach. O istnieniu drugiego programu dowiedziałam się z gazety. Ponieważ na początku nadawano go jedynie w miastach, u nas nie działał, doszłam do wniosku, że prawdopodobnie jedna część Polski, w tym my, ma Program Pierwszy, a druga – Drugi. Szczerze współczułam tym, którzy mają tylko Drugi, ponieważ w tamtym okresie ramówka Dwójki wyglądała nader skromnie.

Lubiłaś oglądać telewizję?

Byłam zainteresowana telewizją w konkretnych godzinach. Zresztą nie tylko ja, także co najmniej połowa wsi, która schodziła się do nas, ponieważ przez dłuższy czas na naszym tak zwanym górnym końcu Gowidlina jako jedyni mieliśmy telewizor. Kiedy szła _Stawka większa niż życie_ albo _Czterej pancerni i pies_, nikt nawet nie pytał, czy może do nas wpaść. To się rozumiało samo przez się. Zdejmowali buty przed drzwiami, wchodzili i siadali przed telewizorem – na tapczanie, krzesłach, podłodze, gdzie się dało. Programów dla nas, dzieci, było niewiele: w niedzielę _Teleranek_, trzeba było pójść do kościoła na wpół do ósmej rano, żeby o dziewiątej już siedzieć przed telewizorem; w poniedziałek _Zwierzyniec_, do którego dołączano kreskówki – z psem Huckleberrym, misiem Yogim czy kotem Jinksem i jego myszami; a w czwartek _Ekran z bratkiem_, a w nim na zmianę filmy typu _Robin Hood_ czy _Ivanhoe_. Przypuszczam, że w telewizji mieli prawa do kilku filmów na krzyż i ciągle je powtarzali, ale nam to w ogóle nie przeszkadzało, mogliśmy je oglądać na okrągło. Do tego wszystkiego dochodziło dziesięć minut dobranocki codziennie przed _Dziennikiem_, z reguły polskie animacje: ukochany _Bolek i Lolek_, _Zaczarowany ołówek_, _Pomysłowy Dobromir_; czasami świetne filmy czeskie: z Krecikiem, Rumcajsem, Żwirkiem i Muchomorkiem, ale był też okropny _Jacek i Agatka_. Boże, jak ja tego nie lubiłam! Jedyne dziesięć minut w ciągu dnia przeznaczone dla dzieci i znowu ten cholerny _Jacek i Agatka_, czyli dwie dłonie w rękawiczkach z piłeczkami-główkami na palcach. Stracony wieczór! Ale co było robić, oglądało się, co dawali.

Nie było przecież ani wideo, ani DVD, do kina pewnie też mieliście za daleko.

Kino było w Sierakowicach. Dlatego nikt się nie denerwował, że po raz siódmy ogląda ten sam film, innych możliwości nie było. Natomiast wieczorem odbywało się podglądanie. Telewizor stał w pokoju rodziców. Po dobranocce był _Dziennik telewizyjny_, który kompletnie nas nie interesował, szliśmy zatem do łazienki, potem do łóżka. W sobotnie wieczory pojawiały się w ramówce filmy dla dorosłych, których nie wolno nam było oglądać, ale, jak wiadomo, zakazany owoc jest najbardziej pożądany. Wychodząc po dobranocce z pokoju rodziców, zostawialiśmy odpowiednio uchylone drzwi, na czworakach podkradaliśmy się pod nie i podglądaliśmy przez szparkę. Czasami udało się w ten sposób obejrzeć cały western. Jestem pełna podziwu dla naszego sprytu.

Domena dzieciństwa: małe wybiegi, zaskakująco dobrze przemyślane.

To prawda, potrafiliśmy być bardzo przebiegli. Pamiętam, że u nas w domu nie było słodyczy do woli. Ale dla gości, którzy mogli wpaść w każdej chwili i trzeba było ich jakoś przyjąć, mama zawsze miała awaryjny zapas ciasteczek, który czekał na swoją okazję w kredensie. Jakiego trzeba było sprytu, zręczności, precyzji, żeby z pudełka, które było po bokach pozaklejane specjalnymi papierkami, a ciastka wewnątrz dodatkowo zawinięte w folię, wyjąć zawartość bez naruszenia opakowania. Nie raz i nie dwa zdarzyło się, że mama otwierała fabrycznie zamknięte pudełko i okazywało się, że w środku nie ma jednej trzeciej ciastek. Byliśmy w tym świetni.

Pewnie do dzisiaj pamiętasz smak tamtych ciastek. Nic tak nie smakuje jak kradzione.

Słodyczy było zawsze za mało. Ale mieliśmy różne sposoby, które pozwalały zastąpić kupne. Na przykład babciny patent: chleb polany wodą albo śmietaną i posypany cukrem. Wujek, który pływał na statku, przywoził nam czasem kakao – to też był rarytas. Zaczęliśmy wtedy z bratem robić swoją własną czekoladę: woda, cukier i kakao.

Nie licząc podkradania łakoci, byłaś grzecznym dzieckiem?

Miałam na koncie swoje wybryki, ale raczej tak. Kiedyś wybraliśmy się z Gienkiem do jego kolegi z klasy, który mieszkał w sąsiedniej wiosce. Byliśmy wtedy we wczesnej podstawówce. Nie powiedzieliśmy mamie, że wychodzimy, byliśmy przekonani, że zanim wróci ze szkoły, będziemy z powrotem. Ale było tak fajnie, że się jakoś zasiedzieliśmy. Biedna mama całą wioskę zjeździła na rowerze, wszystkie studnie sprawdziła, wszystkich wypytywała o nas. Ludzie zazwyczaj wiedzieli, kto kogo odwiedza, wystarczyło zapytać sąsiadów: „Gdzie oni są, dokąd poszli?”. Ale wtedy dziwnym trafem nikt nas nie widział. Kiedy wracając, a było już ciemno, zobaczyliśmy mamę na szosie prowadzącą rower – dziwny widok, bo ona zawsze chodziła pieszo – obleciał nas strach. Wróciliśmy w milczeniu do domu, pewni, że będzie „lańsko”. Tymczasem mama posadziła nas w kuchni i spokojnie opowiedziała, co się z nią działo, gdzie nas szukała, co jej przychodziło do głowy, co sobie wyobrażała. Jeździła wokół jeziora… To było straszne. Czuliśmy się okropnie, kiedy zaczęło do nas docierać, cośmy jej zafundowali, przez co przeszła. Wolałabym wtedy oberwać i mieć z głowy.

Podobna sytuacja już się nie powtórzyła?

Chyba nie… W każdym razie nie do tego stopnia. Nawet jeśli zdarzyło się, że się gdzieś urwałam – na wszelki wypadek nie pytając o zgodę, żeby nie uzyskać negatywnej odpowiedzi – zawsze albo pilnowałam godziny powrotu, żeby się nie wydało, albo ktoś wiedział, gdzie będę, na przykład babcia czy brat.

Jako dzieci nie mogliście liczyć na zbyt wiele rozrywek, musieliście je sami organizować.

Oczywiście. Ale pomysłów było tyle, że zabrakło dzieciństwa, żeby je do znudzenia wykorzystać. Moje pokolenie całe dzieciństwo spędzało głównie na powietrzu z rówieśnikami. Pory roku dyktowały rodzaj zabaw. Latem główną atrakcją było jezioro, wyspy, chodziliśmy na jagody, grzyby. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni bawiliśmy się na boisku górnej szkoły i na naszych podwórkach. Zimą – wiadomo, sanki, a pagórków u nas pod dostatkiem, łyżwy na zamarzniętym jeziorze albo spacery po lodzie na wyspę. I do tego chłopięce i dziewczęce zabawy w podgrupach.

Nie bałaś się, że lód się załamie?

Bałam, ale lód bywał u nas taki, że ludzie ze wsi Lemany, która była po przeciwnej stronie jeziora, przejeżdżali po nim do kościoła w Gowidlinie saniami.

W każdym razie wszędzie było nas pełno. Na podwórkach, nad jeziorem, w sadach. Dzisiaj, kiedy przyjeżdżam do Gowidlina, prawie w ogóle nie widzę dzieci. Jakby nie było ich we wsi. Zapytałam kiedyś moją sąsiadkę, koleżankę z podstawówki: „Co one robią, gdzie one są?”. Odpowiedź była krótka: „Komputer”.

Domyślam się, że nawet łyżwy były wówczas towarem deficytowym.

O figurówkach nikt nawet nie marzył. Kupowało się same płozy, które się nakładało na jakiekolwiek buty. Robiło się otwór w obcasie jakiegoś buta, wpinało płozę i dokręcało kluczykiem, żeby się dobrze trzymała. Mama miała jeszcze z czasów swojego liceum świetne buty, narciary. Żałuję, że te buciory gdzieś zniknęły, byłyby dzisiaj rarytasem dla kostiumologów. Stare, kanciaste, na grubej zelówce. Nasze ulubione. Brat doczepił do nich łyżwy, jak to się mówi, na zicher. Mieliśmy jedną parę na spółkę. Na jego stopy pasowały świetnie, na moje były o wiele za duże, dlatego musiałam zakładać po kilka par skarpet. Łyżwy były, jakie były, ale i tak dawały kupę radości.

Skoro tyle czasu spędzałaś na podwórku, lodowisku, musiałaś być wysportowana.

Nie sądzę. Dla mnie ktoś wysportowany potrafi zrobić gwiazdę, szpagat, fiflaki w przód i w tył i tym podobne. A my nie mieliśmy w Gowidlinie nawet sali gimnastycznej. Cała szkoła składała się, jak już wspomniałam, z dwóch budynków – w tak zwanej górnej szkole były dwie sale, a w dolnej dwie główne, jedna w bocznym skrzydle, nazywana „podcmentarz”, i na strychu, obok kancelarii, malutka klasa, tak zwany kurnik. Kojarzysz takie stare ławki, blaty połączone z siedziskiem? Jak w _Umarłej klasie_ Tadeusza Kantora. Takich się w kurniku mieściło chyba po trzy w trzech rzędach, plus biurko nauczyciela. Na wcisk, trudno było podejść do tablicy. Trzeba było te ławki rozsunąć, poustawiać jedna na drugiej, tak żeby się

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij