Floren - ebook
Najnowsza powieść laureatki Europejskiej Nagrody Literackiej.
Kiedy uwielbiana przez obywateli kanclerz Niemiec postanawia przejść na zasłużoną emeryturę, wydaje się, że wymarzonym następcą będzie jej protegowany. Do kanclerz docierają jednak informacje o kompromitującej przeszłości rodzinnej kandydata. Na scenę wkraczają dziennikarka Dagmara Bosch, były szef berlińskiej policji Tschapieski oraz komisarz Kowalski, którzy przedzierając się przez gąszcz fake newsów, dezinformacji i tajnych akt, próbują ocalić dobre imię kanclerz, a być może też przyszłość Europy.
Rozpoczyna się trzymająca w napięciu opowieść political fiction, w której Magdalena Parys kreśli losy rozdartego sporami i wewnętrznym zagrożeniem kontynentu. Odradzające się autorytarne tendencje i dojście do głosu skrajnej części sceny politycznej zostają tu wplecione w filmową wręcz historię poszukiwań, które w przededniu wybuchu II wojny światowej naziści prowadzili na Półwyspie Arabskim. Prawda miesza się z fikcją, wielka sztuka ze sztuczną inteligencją, a fabuła pędzi na złamanie karku, przeskakując pomiędzy krajami, stuleciami i wielkimi porywami serca.
Floren to finałowa część berlińskiej trylogii, jednej z najważniejszych serii powieściowych w polskiej literaturze XXI wieku. Za pierwszy tom Magdalena Parys została uhonorowana Europejską Nagrodą Literacką i doczekał się on przekładów m.in. na: francuski, niemiecki, hiszpański, chorwacki i włoski.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-838-0387-6 |
| Rozmiar pliku: | 2,6 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Fakty:
30 listopada i 8 grudnia 1941 roku w lesie Rumbula pod Rygą Niemcy, wspierani przez łotewskich kolaborantów, zamordowali około 26 tysięcy Żydów, mężczyzn, kobiet i dzieci z getta ryskiego. Wśród nich była trzyletnia Aviva, zastrzelona wraz z matką.
Tę książkę poświęcam małej dziewczynce, która jak wiele innych nie zdążyła dorosnąć. Jednej z sześciu milionów ofiar Zagłady.
Fakty:
Szacuje się, że każdego dnia ludzkość wytwarza ponad 400 milionów terabajtów danych: tekstów, obrazów, nagrań i rozmów. To więcej niż suma słów, obrazów i dźwięków zapisanych przez całe pokolenia ludzkości. Większość tych danych trafia do systemów, które na ich podstawie uczą się naszych zachowań, reakcji i myśli. Badania prowadzone m.in. na Ruhr-Universität Bochum pokazują, że ludzie coraz częściej nie potrafią odróżnić obrazów wygenerowanych przez sztuczną inteligencję od tych prawdziwych. Podobny problem mają same algorytmy, zdarza im się tworzyć dane, które wyglądają na tyle wiarygodnie, że same w nie wierzą. Badacze nazywają to halucynacją algorytmu. W ten sposób systemy generują źródła, raporty, cytaty, a nawet całe biografie, które powstają z połączenia prawdy i prawdopodobieństwa. Systemy nie kłamią, po prostu nie widzą różnicy między faktem a jego symulacją. I przekazują je nam, użytkownikom.
Nikt nie potrafi dziś jednoznacznie określić, ile z informacji krążących w sieci nigdy nie było prawdą. Według prognoz do końca lat czterdziestych większość danych na świecie będzie istnieć już wyłącznie w formie cyfrowej.
Fakty:
Po zdobyciu Jerozolimy w roku 70 n.e. rzymskie legiony wywiozły do Rzymu tysiące żydowskich jeńców oraz bogactwa zrabowane ze Świątyni Jerozolimskiej: złoto, srebro oraz naczynia i sprzęty z brązu. Część z nich zaprezentowano publicznie podczas uroczystego pochodu Tytusa, mającego uświetnić zwycięstwo jego legionów. Ceremonię wraz z niesioną menorą, srebrnymi trąbami oraz tablicą opisującą prawo świątynne utrwalono na reliefie Łuku Tytusa. Większość jeńców sprzedano jako niewolników. Liczne źródła wskazują, że trafili do prac przy budowie Koloseum, amfiteatru Flawiuszów. Według rzymskich kronikarzy złoto i srebro zrabowane w Jerozolimie stały się jednym z najważniejszych źródeł finansowania wielkich projektów budowlanych Rzymu w I wieku.
Łuk Tytusa można oglądać do dziś. Zachował się niemal w całości; stoi w Rzymie w bezpośrednim sąsiedztwie Koloseum.
Jeśliś po ojcu dostał moc i serce dzielne,
Którym słowa i czyny siał on nieśmiertelne,
Tedy podróż ta dla cię nie będzie daremną (...).
Homer, Odyseja
w przekładzie Jana Parandowskiego
PROLOG
Wiara z cyklu Cnoty – Piero del Pollaiuolo
LATA TRZYDZIESTE
1. Prawdziwe, bez kłamstwa, pewne i najprawdziwsze.
Tablica Szmaragdowa przypisywana Hermesowi Trismegistosowi
Najpierw Hannibal zobaczył we śnie ognistą kulę, a nad ranem piorun uderzył w drzewo. Spłonęło. To była zła wróżba na niebie. Potem w osadzie jakiś włóczęga przysiadł się do nich przy ognisku.
– Świątyni już nie ma! – powiedział dziwacznym językiem, trochę arabskim, trochę angielskim.
To była zła wróżba na ziemi.
– Trzeba poszukać czarownika! – Hannibal zwrócił się do hrabiego szeptem.
– Czarownika? – Wilhelm van Dam nie odrywał oczu od starej mapy i notatnika. Studiował je nieustannie od początku podróży.
– Musimy się chronić! Jesteśmy na obcej ziemi!
– Tylko znów nie zaczynaj – przerwał mu hrabia. W tej samej chwili w ognisku zgasł płomień i Hannibal zamilkł.
Już pierwszego dnia na pustyni towarzyszący im beduini wpadli w panikę. Jeden z nich przysięgał, że widział potwora tak wielkiego jak wielbłąd.
– Czy miał jedno oko? – spytał Hannibal.
– Tak!
– Ptasi dziób?
– Dwa dzioby!
– Kopyta?
– Taak! – Stary beduin złapał się za głowę, a potem zaczął obsypywać ją piaskiem.
A więc jednak ghule. To one! Podstępne stwory przeważnie przybierały postacie zwierząt lub kobiet, jednak nie zawsze zdążyły się przekształcić i wtedy były sobą, wielkie i jednookie! Nawoływały wędrowców, naśladując głosy ich matek i sióstr. Teraz, gdy znaleźli się daleko od domu, amulety Hannibala straciły moc, byli więc zdani tylko na siebie. Stąd te sny! Tyle razy przemierzał trasy jeszcze dalsze, trudniejsze, ale nigdy nie bał się tak jak teraz.
Wszystko przez kobiety! A było tak: do osady dotarli pod wieczór. Hannibal kończył właśnie parzenie herbaty, kiedy wydało mu się, że słyszy głosy. Czyżby wśród nich był jeden kobiecy? Odruchowo przyłożył dłoń do amuletu i wyjrzał na zewnątrz. Zobaczył van Dama i uwieszoną na jego ramieniu miss Livi. Hrabia poznał ją rok temu i odtąd regularnie się z nią spotykał. Początkowo Hannibal się tym nie przejmował, wokół jego pana zawsze było pełno kobiet. Gdyby ktoś go zapytał, co hrabia ceni w życiu najbardziej, bez wahania odpowiedziałby, że kobiety. Lecz nigdy żadna nie towarzyszyła mu podczas wypraw. Po co miss Livi tu przyjechała?
*
Obudziło go wycie kojota. W ognisku tlił się słaby płomień. Naprzeciw niego siedział włóczęga i patrzył mu prosto w oczy.
– Świątyni już nie ma! – zaskrzeczał.
Hannibal wrzasnął przerażony, wstał i pobiegł przed siebie, potykając się w ciemnościach. Biegł długo, aż zahaczył o pień i upadł. Zwinął się w kłębek i dopiero po chwili odważył się otworzyć oczy. Przed nim rozciągało się niebo bez gwiazd. I nagle poczuł to całym sobą, wiedział z całą pewnością: wydarzy się coś złego.
Następnego dnia miss Livi odjechała i jego pan był rozdrażniony. Hannibala wciąż nurtowała myśl: w jakim celu się u nich zjawiła? A może to nie była ona? Może to ghul, który wpełzł w jej ciało? A teraz jest w ciele jego pana? Z niepokojem spojrzał na hrabiego. Wyglądał jak zawsze, ale kto go tam wie.
– Jeden z pątników mówił mi o fugara, który... – zaczął, ale van Dam spojrzał na niego tak, że Hannibal natychmiast umilkł.
Skalisty teren nie różnił się niczym od tego, który przemierzali od kilku dni, za to droga wydeptana przez osiołki pielgrzymów była o wiele lepsza i stary sługa pomyślał, że dzień jest zawsze lepszy niż noc. Słońce stało wysoko, a lekki wiatr ze wschodu łagodził żar. Zza pleców dochodził monotonny śpiew jednego z beduinów, Hannibal przymknął oczy. Nie zauważył, że wraz z van Damem oddalają się od reszty grupy. Nagle koń zarżał i stanął. Hannibal poczuł uderzenie, które o mały włos nie wyrzuciło go z siodła. Dotknął obolałego czoła. Znów zasnął?! Zobaczył nisko zwieszoną gałąź, która wciąż jeszcze się chybotała. Jak nic zły dżin nieustannie obsypuje piaskiem jego zmysły. Rozejrzał się i dopiero po chwili dostrzegł w cieniu drzew swego pana.
– Co się dzieje? Gdzie jesteśmy? – wymamrotał, przecierając oczy.
– Chodź! – Van Dam przyłożył palec do ust.
Hannibal zsiadł z konia. Van Dam odsunął gęsty krzak. Oczom sługi ukazała się polana. Wszędzie widać było czerwone chorągwie i czarne znaki, które widział już kilka lat wcześniej podczas swojej jedynej podróży do Berlina. Pomiędzy nimi uwijali się żołnierze ubrani w lekkie polowe mundury. Jedni kopali wielki dół, inni zabezpieczali teren linami. Hannibal dostrzegł też długie stoły, skrzynie, namioty i automobile. Uczestniczył w wielu wykopaliskach, ale takiego przedsięwzięcia jeszcze nie widział. Van Dam stał z lunetą wpatrzony w jeden punkt.
– Wracamy! – zarządził wreszcie i ruszył w stronę koni.
Przez jakiś czas jechali w milczeniu.
– Livi przyjechała, aby mnie ostrzec. – Głos hrabiego wydawał się nieco zmieniony, a twarz była nienaturalnie blada. – Myślałem, że przesadza, ale sam widziałeś... Gdybym nie zobaczył tego na własne oczy, nie uwierzyłbym. Wykopaliska prowadzi Magnus.
– Kto taki? – Hannibalowi nic to nazwisko nie mówiło.
– Kiedyś, dawno temu, studiowaliśmy razem – ciągnął van Dam pochłonięty własnymi myślami. – Szuka tego samego co ja. Przynajmniej tak uważa Livi. Na szczęście szuka w niewłaściwym miejscu.
Van Dam od miesięcy zbierał ludzi, skupował sprzęt, wyjeżdżał w różnych sprawach i gdyby nie brak dobrych wielbłądów, a potem koni, wyruszyliby już parę tygodni wcześniej. Nie było w tym nic dziwnego, van Dam to niespokojny duch, wciąż gdzieś znikał, coś szykował, czegoś poszukiwał. Jego posiadłość wypełniały drogocenne ceramiki, obrazy, rzeźby, ale tak naprawdę fascynowały go tylko wykopaliska. Nie pierwszy raz z kimś konkurował, chciał kogoś wyprzedzić, ale jeszcze nigdy nie rywalizował z armią.
– To, co należy do mnie, nie może się dostać w ręce Magnusa – rzucił.
– Ale co to jest?
– Nie mogę ci powiedzieć.
– Dlaczego?
– Bo sam nie wiem.
– Pan jest... Pan jest ... – Sługa szukał słowa, ale nie znalazł. Sapnął więc zniecierpliwiony i pokłusował przed siebie.
W tle słyszał śmiech van Dama.
Około południa dołączyli do reszty grupy i natychmiast ruszyli w dalszą drogę. Teren stawał się coraz bardziej piaszczysty. Tu nie było już pielgrzymów, okolica wyglądała na opustoszałą, zapomnianą. Hrabia nie rozstawał się z mapą i wciąż miotał przekleństwa, zarządzał coraz krótsze odpoczynki. Powoli kończyły im się prowiant i woda. Wydawało się, że kręcą się w kółko. Kamienie, skały i ten piach, wieczny piach, ciemniejszy niż w rodzinnych stronach Hannibala. I wtedy stary sługa po raz pierwszy od tygodnia zaczął się bać czegoś innego niż ghuli. Był już niemal pewien, że są zgubieni, kiedy zobaczył w oddali osadę i ludzi. Rozpoznał wśród nich robotników i miss Livi. Zrozumiał, że z przeznaczeniem nie wygra. Czarownik mógł odpędzić wróżbę, zanim wbiją pierwszy kołek pod obozowisko, ale na pewno nie teraz, gdy ono już stało i zarządzała nim kobieta. Żaden czarownik tu nie pomoże.
*
Zaczynali pracę o świcie, zanim skwar i palące słońce uniemożliwiały dalsze wykopaliska, kończyli wieczorem, nim nadciągnął wiatr, który plątał zmysły. Wiadomo, że gdy zły pustynny duch przybywał, wtedy nawet hrabia przerywał prace. Ale już nazajutrz wstawał pierwszy i odgruzowywał z robotnikami jaskinię, podczas gdy pozostali kopali nieprzerwanie w wyznaczonym miejscu oddalonym o kilkadziesiąt metrów od szatry. Hannibal jeszcze nigdy nie widział hrabiego tak zapracowanego. Nie widział też nigdy takiej kobiety jak Livi. Siedziała pod parasolem owinięta w chusty i bez przerwy pisała albo przesuwała koraliki liczydła. Przerywała pracę rzadziej niż hrabia, i to tylko na skromny posiłek, a potem znów pisała, wciąż pisała, mierzyła i sprawdzała coś na mapach, by następnie ograniczać lub poszerzać teren wykopalisk. Z upływem dni okazywało się to coraz trudniejsze, trzeba było wznosić kolejne murki chroniące obóz przed nawiewanym piaskiem. Wilhelm van Dam był wszędzie. Kopał, robił za tragarza, wieczorem przeglądał wydobyte skorupy, które w innych okolicznościach osobiście by opisywał, segregował. Zazwyczaj każdy najmniejszy detal przyciągał jego uwagę, ale teraz wyczekiwał czegoś innego i Hannibal nie był w stanie przeniknąć jego myśli. Wieczorem znikał z Livi w namiocie i dalej pracowali. Siedzieli nad mapami, książkami i wciąż dyskutowali. Hannibal nie rozumiał, o czym mówią – a rozmawiali po niemiecku – ale musiało to być coś ważnego, skoro hrabia chował na noc notatki i mapy w skrzyni, którą zamykał na kłódkę, a Livi nie rozstawała się ze swoim sakwojażem.
Tak. I jeszcze jedno mocno trapiło Hannibala: hrabia traktował miss Livi inaczej niż inne kobiety. On ją szanował. Gdyby nie znał go lepiej, pomyślałby, że van Dam stracił dla niej głowę.
– Nie gniewaj się – powiedział któregoś dnia pan do starego sługi, gdy ten markotny siedział w cieniu z fajką. – Opowiedziałbym ci wszystko, ale nie mogę. – Zamilkł. – Będę się żenił – zakończył i biednemu Hannibalowi fajka wypadła z ręki.
Tego dnia hrabia kazał zrobić kilka wspólnych zdjęć miss Livi i sobie. Dotąd fotografował tylko swoje zdobycze archeologiczne.
*
Wilhelm van Dam otworzył oczy.
Mimo napięcia, jakie towarzyszyło mu od tygodnia, czuł się nadspodziewanie wypoczęty. Jeszcze wczoraj myślał, że z podniecenia nie zaśnie. Tymczasem ledwo się położył, natychmiast zapadł w sen. Livi się nie myliła. Wszystko dobrze przygotowała i obliczyła. Była naprawdę niesamowita. Odnaleźli to! Odnaleźli to, czego szukał przez całe życie. Odnaleźli to dzięki Livi. A teraz był zmuszony powierzyć to jej. Przekonała go, że tak będzie lepiej. Tak bardzo pragnął mieć to wyłącznie dla siebie, ale gdy tylko ujął to w ręce, pożądanie minęło. Zrozumiał, co Livi miała na myśli, gdy mówiła, że nie trzeba wszystkiego rozumieć. Wczoraj, kiedy Hannibal wrócił z informacją, że Livi bezpiecznie wsiadła na statek i nic jej nie zagraża, hrabia poczuł ulgę. Nic już nie musiał. Ogarnął go głęboki spokój. Przez kolejny rok nie będzie utrzymywał z nią kontaktu. Spotkają się po wszystkim, kiedy Livi uzna, że już można. Zmusił nawet biednego Hannibala, aby przekazał jej swoje amulety.
Rozejrzał się. Zazwyczaj o tej porze sługa kręcił się już z herbatą, ale teraz Wilhelm był w namiocie sam. Wygrzebał się ze stosu skór i koców. Spojrzał na jedwabną chustę, którą Livi zostawiła z pośpiechu, i się uśmiechnął. Zarzucił pled, włożył oficerki i wyszedł na zewnątrz.
Zastanowiła go cisza panująca wokół. Żadnych pokrzykiwań, żadnych odgłosów. Dziwna cisza. Zwykle o tej porze wiał już wiatr, suchy, przeszywający na wskroś, zatapiający namioty wciąż od nowa w piaszczystej ziemi. Ale dzisiaj nie było zbyt wietrznie. Warunki idealne do podróży. Kilka skrzyń – nielicznych, bo wszystko, co wartościowe, łącznie z aparatem i notatkami, zabrała już Livi – piętrzyło się na wozie. Van Dam się rozejrzał. Gdzie są konie? Nie dostrzegł też robotników.
– A oto i nasz drogi Willy! – usłyszał głos, który dobrze znał. – Nie chcieliśmy przeszkadzać! – Frank Magnus stał na tle nieba i uważnie przyglądał się Wilhelmowi. – Widzę, że pustynne powietrze ci służy. Dobrze wyglądasz! – stwierdził i wszedł do namiotu. Za nim podążyło kilku żołnierzy, którzy natychmiast zaczęli przeszukiwać wnętrze.
– Uciąłem sobie pogawędkę z twoim służącym – mówił Magnus, rozglądając się po kątach. – Ponoć odprowadzał kogoś do portu. Hannibal odprowadzał kogoś do portu – powtórzył. – Swoją drogą, dobre! Tyś go tak nazwał? Jak widać, uwielbiasz imiona wielkich wodzów! To dobrze, bardzo dobrze! – Magnus nagle spoważniał. – Niestety, Hannibal nie pamiętał, na który statek odwiózł tę... osobę. Nie wiedział też, dokąd statek popłynął. Tak, Hannibal ma słabą pamięć. No cóż, nie dowiemy się już tego, jak bardzo słabą. – Zgarnął chustę z łóżka i wyszedł na zewnątrz.
Jeden z towarzyszących Magnusowi żołnierzy pchnął hrabiego, drugi odsłonił wejście przeciwległego namiotu. Van Dam uniósł wzrok i zobaczył przed sobą zakrwawione ciało przywiązane do krzesła. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak genialny był plan Livi. Oprócz niej nikt nie wiedział, gdzie ostatecznie ukryje skarb. „Skarb” – po raz pierwszy nazwał to w myślach „skarbem”. Ustalili, że Livi sama podejmie decyzję. Im mniej będziesz wiedział, tym lepiej, zdecydowała.
Kilku żołnierzy siłowało się ze skrzynią na wozie, ta w końcu spadła z niego z łoskotem.
– Ostrożnie, kretyni! – krzyknął Magnus, po czym wyciągnął pistolet i wycelował w jednego z nich. – A więc dokąd popłynęła statkiem nasza droga miss Livi? – Przeniósł broń na skroń hrabiego.
– Nie wiem – odparł szczerze van Dam, patrząc mu prosto w oczy.
Nadzieja – Hendrik Goltzius
BLISKO STO LAT PÓŹNIEJ
2. To, co jest niżej, jest jak to, co jest wyżej, a to,
co jest wyżej, jest jak to, co jest niżej,
dla przeniknięcia cudów jedynej rzeczy.
Tablica Szmaragdowa przypisywana Hermesowi Trismegistosowi
4 czerwca, godz. 17.45, dom profesora Krebera, Berlin, dzielnica Zehlendorf
Wielkie panoramiczne okno przepuszczało popołudniowe słońce rzucające światło na rzeźbione schody, które prowadziły na galerię. W powietrzu unosił się zapach kurzu, starych woluminów i jeszcze tego czegoś, co znała z rodzinnego domu, typowa woń domostw pełnych tajemniczych schowków i zakamarków. Rozejrzała się. Kominek, rzeźby, rozrzucone po podłodze atlasy. Jej wzrok przyciągnęło jednak co innego – olbrzymia, wysoka na co najmniej cztery metry ściana. Wyglądała, jakby zamieszczono na niej zawartość wszystkich staroświeckich albumów z okolicy. Podeszła bliżej. Katedry, pustynie, górzyste tereny, znów pustynie. Wszystkie zdjęcia przedstawiały wykopaliska i tę samą drobną kobietę. Przeważnie czymś zajętą. Kobieta coś układała, nachylała się, kopała lub trzymała w rękach mapę, jakieś skorupy. Olbrzymią ścianę od podłogi po sufit wypełniało chronologicznie opowiedziane życie. Obok stały dwie wysokie drabiny.
– Mój dziadek pasjonował się fotografią. – Profesor Kreber nalał herbaty do filiżanek i wskazał na kanapę pod oknem. – O! Przepraszam! – Podszedł i zdjął z siedziska klasery. – A na zdjęciach to moja babka. – Głos profesora Krebera przepełniała mimowolna duma. – Archeolożka!
Usiedli.
– Dziadek też był archeologiem? – spytała Dagmara Bosch.
– Też – odparł krótko profesor i wytarł ręce o spodnie. Nie ukrywał podniecenia. – Cieszę się, że mi pani zaufała! Przyznaję, jestem bardzo ciekawy. – Uśmiechnął się i popatrzył zachłannie na aktówkę Dagmary. – Czy ma pani to ze sobą?
– Najpierw pan. – Dagmara odwzajemniła uśmiech.
Profesor po krótkiej chwili wahania wstał.
– Dobrze. Proszę zaczekać. – I wyszedł z salonu.
Dagmara czekała, nie odrywając wzroku od zdjęć.