Forsterówka - ebook
„Las nie zapomina. Przeszłość nie znika. Cisza jest tylko złudzeniem”. Gdy Julia znika bez śladu, jej ojciec, Wiktor, nie przestaje szukać. Po latach obsesyjnych poszukiwań jego los splata się z Moniką — autorką podcastów kryminalnych, która trafia na ślad dawnej tragedii. Wśród mglistych lasów Wyspy Sobieszewskiej sekrety wychodzą na jaw, a drzewa nie są tylko milczącymi świadkami historii. To opowieść o determinacji, poświęceniu i konsekwencjach podejmowanych decyzji.
| Kategoria: | Proza |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8414-210-3 |
| Rozmiar pliku: | 2,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Niektóre historie rodzą się z ciszy. Ciszy po ludziach, którzy zniknęli bez śladu. Ciszy pytań, które pozostają bez odpowiedzi. Ta opowieść to podróż w głąb tej ciszy — tam, gdzie rzeczywistość splata się z wyobraźnią, a prawda bywa trudna do odróżnienia od fikcji.
Pisząc tę książkę, starałem się uchwycić ulotną granicę między tym, co mogło się wydarzyć, a tym, co istnieje jedynie w wyobraźni. Miejsca opisane w tej historii — jak Wyspa Sobieszewska, Świbno, Przegalina, rezerwat Mewia Łacha czy tytułowa Forsterówka — istnieją naprawdę. Ich piękno i tajemniczość stanowiły inspirację do stworzenia świata, w którym rozgrywa się ta opowieść. Jednak wiele elementów zostało przekształconych lub stworzonych na nowo. Komisariat, dom pogrzebowy, a nawet szczegóły topografii zostały dopasowane do potrzeb fabuły, by opowiedzieć historię, która mogłaby wydarzyć się gdziekolwiek.
Zbieżność imion, nazwisk czy sytuacji jest przypadkowa. Wydarzenia przedstawione w tej książce nigdy nie miały miejsca. Jedynie fragmenty inspirowane rzeczywistymi historiami zostały delikatnie splecione z narracją, zmodyfikowane i przetworzone, aby w pełni oddać emocje i napięcie fabuły.
Ta książka to jednak coś więcej niż opowieść o zaginięciach i tajemnicach. To próba oddania atmosfery miejsc, które noszą w sobie ślady czasu — pustych plaż, gdzie wiatr niesie tylko szum fal, i ciemnych lasów, w których można usłyszeć własne myśli… a czasem coś więcej. To także historia o decyzjach, które kształtują nasze życie, o błędach, które ciężko wybaczyć, i pytaniach, których odpowiedzi mogą ranić.
Podróż, na którą Cię zapraszam, prowadzi przez mgłę — dosłownie i metaforycznie. To mgła tajemnic, niewyjaśnionych zdarzeń, emocji i decyzji. Każdy krok w tej historii odsłania coś więcej, choć nie zawsze to, czego się spodziewamy. Las, tak jak ta książka, ma swoje sekrety. Z czasem jednak może przemówić — i ujawnić prawdy, które być może wolelibyśmy zostawić nietknięte.
Jeśli zdecydujesz się wkroczyć na tę ścieżkę, pamiętaj: czasem cisza mówi więcej niż najgłośniejsze słowa. I że każdy las ma swoje tajemnice.Prolog
Wyspa Sobieszewska. Miejsce, w którym natura wciąż mówi swoim głosem, niezależnym od ludzkich spraw. Otoczona wodami Wisły i Zatoki Gdańskiej, zdaje się być odrębnym światem — pełnym przestrzeni, ciszy i tajemnic, które tkwią głęboko w jej krajobrazie. To tutaj czas płynie inaczej, a zgiełk miasta zostaje gdzieś daleko, za zakrętem drogi, gdzie kończy się most prowadzący na wyspę.
Plaże rozciągają się tu kilometrami, pokryte miękkim piaskiem, który latem parzy stopy, a zimą jest przeszywany chłodnym, morskim wiatrem. Są dni, kiedy wydają się puste — tylko wiatr i szum fal towarzyszą wędrującym po ścieżkach prowadzących do wydm. Innym razem, w miejscach mniej znanych turystom, można znaleźć ślady, które wiatr szybko rozwiewa. Ślady ludzi, ptaków, może czegoś jeszcze — ślady, które wydają się opowiadać historie, choć nikt nie słucha.
W głębi wyspy lasy stają się coraz gęstsze. Pachną żywicą i ziemią po deszczu, a ich cienie kryją w sobie chłód nawet w najgorętsze dni lata. Ścieżki wiją się wśród drzew, prowadząc donikąd lub do miejsc, które znają tylko ci, którzy żyją tu od pokoleń. Niektóre z nich są wąskie, porośnięte paprociami i trawami, inne — znikają w gęstwinie, pozostawiając wędrowca z pytaniem, co znajdzie się za kolejnym zakrętem.
Życie na wyspie toczy się powoli, w rytmie narzuconym przez naturę. To rytm przypływów i odpływów, sezonowych zmian, dźwięków wiatru i ciszy, która potrafi być niemal namacalna. Mieszkańcy wyspy — ci, którzy pozostali wierni temu miejscu mimo upływu lat — zdają się nosić w sobie coś z tego krajobrazu. Są jak drzewa na wydmach, odporne na burze, ale pełne sekretów zapisanych w zawiłościach swoich korzeni.
Wyspa ma swoją pamięć, swoją historię. W jej krajobrazie kryją się opowieści — niektóre żywe, wciąż tkwiące w umysłach mieszkańców, inne dawno zapomniane, pogrzebane pod warstwami czasu i piasku. Czasem wydaje się, że miejsce to oddycha, że ma swoją duszę. Duszę, która przechowuje tajemnice ludzi, którzy kiedyś tutaj żyli, i tych, którzy pewnego dnia zniknęli, pozostawiając za sobą tylko ciszę.
Jest coś niezwykłego w tej przestrzeni. Coś, co każe zastanowić się, ile może skrywać miejsce, które z pozoru wydaje się tak zwyczajne. Każdy szelest w lesie, każdy podmuch wiatru niesie ze sobą coś więcej — echo przeszłości, której nie sposób w pełni zrozumieć, ale którą czuje się w każdym zakamarku wyspy.
To właśnie tutaj zaczyna się ta opowieść. W świecie, gdzie wiatr niesie więcej niż tylko zapach morza, a każdy krok wśród wydm czy ścieżek w lesie może prowadzić do odkrycia czegoś, co było ukryte przez lata. Tu, na tej wyspie, gdzie natura i czas zdają się trzymać w dłoni najcenniejsze sekrety, które czekają, by ktoś je odkrył.Rozdział I.
„Zwykłe miejsce, niezwykłe pytania”
Bar „Port” na Wyspie Sobieszewskiej był miejscem, które wraz z upływem czasu nabierało charakteru. Budynek, z zewnątrz wyglądający na zaniedbany, miał w sobie coś z melancholijnego piękna — drewniane deski, z których część zdawała się ledwie trzymać na swoim miejscu, wciąż nosiły ślady farby, niegdyś błękitnej, teraz spłowiałej i spękanej, jak stare dłonie człowieka, który całe życie spędził na morzu. Okiennice, jedno skrzydło zawsze lekko uchylone, trzeszczały cicho na wietrze, który niósł ze sobą zapach soli i wilgoci. Przy wejściu stała drewniana ławka, z wyrytymi inicjałami i datami, świadcząca o długiej historii tego miejsca.
Kiedy przekraczało się próg, bar otwierał swoje wnętrze jak księgę pełną opowieści. Drewniana podłoga, choć nierówna i gdzieniegdzie skrzypiąca, miała w sobie coś solidnego — jakby wytrzymała każdą historię, każdą kroplę piwa czy but wędkarza, który zbyt długo stał na deszczu. Ściany pokrywały ciemne, drewniane panele, które z wiekiem nabrały głębokiego odcienia, przypominającego kolor morskich wodorostów po burzy. Wzdłuż jednej z nich biegła półka pełna drobiazgów: miniaturowe modele kutrów rybackich, stare butelki po alkoholu o wymyślnych kształtach i morskie muszle, zbierane przez właścicielkę baru.
W kącie pomieszczenia, na niewielkiej platformie, stał piec kaflowy — majestatyczny i pełen historii, z kaflami w kolorze zieleni morskiej. Każdy kafel miał na sobie delikatne wzory — ryby, fale, muszle — jakby ktoś chciał zamknąć cały morski świat w tym jednym, ciepłym miejscu. Choć piec już dawno nie był używany, jego obecność dodawała wnętrzu barwnego charakteru, a w długie zimowe wieczory służył jako miejsce, na którym goście czasem opierali swoje kubki z gorącą herbatą.
Nad kontuarem, który dominował w głównej sali, wisiały sieci rybackie, splecione w skomplikowane wzory. Obok nich tkwiły stare latarnie, które kiedyś oświetlały nocne połowy, a teraz były ozdobą, delikatnie migoczącą w świetle zachodzącego słońca. Półka za kontuarem uginała się od różnorodnych butelek — od współczesnych trunków po te, które zdawały się być zabytkami, zamkniętymi w grubym szkle o wyblakłych etykietach. Między nimi stały małe figurki syren, rybaków i łodzi — pamiątki z przeszłości, które były zbierane przez lata.
Przy jednym z okien, którego szyby były pokryte delikatną mgiełką od zroszenia i drobinek kurzu, siedziała kobieta. Miała na sobie oversizowy sweter o geometrycznych wzorach, który wyglądał zarówno na wygodny, jak i stylowy, a ciemne, lekko roztrzepane włosy opadały na jej twarz, kiedy pochylała się nad czymś, co leżało na stoliku. Jej dłonie delikatnie przesuwały po stronach notatnika, w którym widać było gęsto zapisane linie — pismo pospieszne, pełne chaotycznych myśli, które próbowała uporządkować. Na stoliku leżało kilka zdjęć, jednak kobieta nie wydawała się nimi przejmować w tym momencie — jej wzrok uciekał gdzieś za okno, jakby szukała tam inspiracji lub odpowiedzi.
Za barem uwijała się kobieta około pięćdziesiątki, której obecność była sercem tego miejsca. Miała na sobie prostą, lnianą bluzkę, której rękawy były podwinięte, odsłaniając ręce noszące ślady ciężkiej pracy. Jej ciemnobrązowe włosy były spięte w luźny kok, a kilka pasm, które wymknęły się spod upięcia, nadawało jej wyglądowi coś swobodnego i swojskiego. Znała każdego, kto przekraczał próg „Portu”. Jej oczy, głębokie i pełne ciepła, miały w sobie też coś surowego — spojrzenie osoby, która widziała wystarczająco dużo, by umieć rozpoznać, kto przychodzi z dobrymi intencjami, a kto nie.
Prowadząc bar od ponad dwudziestu lat, była strażniczką jego historii. Wiedziała, skąd pochodzi każda ozdoba na ścianach, kto przyniósł starą sieć rybacką wiszącą nad kontuarem i dlaczego na jednej z map morskich jest ślad po rozlanym piwie. Dla miejscowych była kimś więcej niż właścicielką baru — była powierniczką, osobą, do której można było przyjść z każdym problemem, wiedząc, że słowa pozostaną między nimi. Miała w zwyczaju mówić, że „Port” to nie tylko bar, ale także schronienie — miejsce, w którym ludzie mogli zostawić swoje troski na progu, choć na chwilę.
Tego dnia właścicielka baru rzucała ukradkowe spojrzenia w stronę nieznajomej osoby. Zauważyła ją od razu, kiedy tylko weszła. Nie była stałą klientką, a jej obecność wydała się właścicielce odrobinę nietypowa. Nie był to już czas, kiedy bar przyciągał turystów i nie wyglądała na kogoś, kto szuka jedynie chwilowego odpoczynku. Kobieta stojąca za kontuarem jednak wiedziała, kiedy nie pytać. Miała zamiar poczekać, aż nieznajoma sama da znać, czy potrzebuje rozmowy. Póki co, z uśmiechem podała dwóm starszym mężczyznom przy kontuarze kolejne piwa i wróciła do wycierania szklanek — mechanicznego ruchu, który pozwalał jej myśleć.
W barze panowała cisza przerywana jedynie cichymi rozmowami, skrzypieniem krzeseł i szumem telewizora, na którym bez większego zainteresowania gości wyświetlał się jakiś program informacyjny. Słońce, wpadające przez brudne szyby, rysowało na podłodze jasne smugi, które zdawały się podkreślać każdy pyłek unoszący się w powietrzu. Młoda kobieta spojrzała w ich stronę, jakby ten widok mógł dać jej odpowiedź na pytanie, które wciąż tkwiło w jej głowie.
Drzwi do baru otworzyły się z cichym skrzypieniem, wpuszczając do środka podmuch chłodnego powietrza niosącego ze sobą wilgoć znad Wisły i morza. Przybysza zdradziły ciężkie kroki, zanim jeszcze goście oderwali wzrok od swoich rozmów i kufli. Postać, która pojawiła się w progu, natychmiast przyciągnęła uwagę kobiety, stojącej za kontuarem. Jej spojrzenie zmiękło, jakby wchodzący był kimś więcej niż tylko kolejnym klientem.
Mężczyzna był wysoki i postawny, z szerokimi ramionami, które zdradzały lata ciężkiej pracy fizycznej. Jego twarz nosiła ślady czasu i trudnych doświadczeń — głęboko osadzone oczy, otoczone cieniem zmęczenia, patrzyły z ostrością i determinacją, które trudno było zignorować. Rysy miał wyraźne, niemal rzeźbione, a szorstki zarost na szczęce dodawał mu jeszcze więcej surowości. Kilka siwych pasm przetykało jego ciemne włosy, nieco za długie, jakby dawno nie miał czasu na wizytę u fryzjera. Był ubrany w grubą, ciemnooliwkową kurtkę, która wyglądała na wysłużoną, ale solidną — przesiąkniętą zapachem soli morskiej i dymu z ognisk. Na ramieniu przewieszoną miał torbę z wypłowiałego materiału, a spod kurtki wystawał ciepły, wełniany golf w odcieniu szarości. Jego ciężkie buty, pokryte błotem i piaskiem, wskazywały, że nie przyszedł z bliska.
Mężczyzna wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi i przez moment stał bez ruchu, jakby oswajał się z ciepłem wnętrza. Powietrze wypełniało się zapachem jego obecności — mieszanką wilgoci, tytoniu i czegoś trudnego do zdefiniowania, co kojarzyło się z otwartą przestrzenią i samotnością. Jego spojrzenie przesunęło się powoli po sali, z taką uwagą, jakby rejestrował każdy szczegół: blask lamp, zmęczone twarze kilku stałych bywalców, nawet układ cieni na podłodze.
Właścicielka, widząc go, uśmiechnęła się niemal nieznacznie, ale w tym uśmiechu kryło się coś więcej. Nie wymienili słów, tylko spojrzeli na siebie na ułamek sekundy, jakby w tym milczeniu zawarte było wszystko, czego nie powiedzieli przez ostatnie lata.
— Wciąż ten sam Wiktor — powiedziała w końcu, przesuwając szmatką po kontuarze. — Piwo, czy coś mocniejszego?
— Mocniejszego — odparł krótko mężczyzna, siadając na jednym z wysokich stołków. Jego głos był niski, ochrypły, jakby nie używał go zbyt często.
Właścicielka postawiła przed nim szklankę z bursztynowym płynem.
— Dzięki Gośka — powiedział, a następnie skinął głową, wpatrując się w nią przez moment, zanim uniósł szklankę do ust. Kiedy wziął pierwszy łyk, jego twarz pozostała niewzruszona, ale w oczach pojawiło się coś na kształt ulgi.
W tym czasie osoba, siedząca przy stoliku pod oknem, pochylała się nad swoimi notatkami, zupełnie nieświadoma nowego gościa. Zdjęcia i dokumenty leżały rozłożone przed nią w nieładzie, a jej palce błądziły po nich, jakby szukała właściwego tropu. Przez chwilę bar funkcjonował w swojej codziennej rutynie: szmer rozmów, stukot szklanek o kontuar, cichy głos telewizora w kącie.
Mężczyzna, kończąc ostatni łyk ze szklanki, odwrócił głowę i spojrzał w stronę nieznajomej siedzącej przy sąsiednim stoliku. Początkowo jego wzrok przesunął się po niej obojętnie, jakby jedynie szukał zajęcia w monotonnej scenerii baru. Jednak coś przykuło jego uwagę. Na stole przed kobietą leżało kilka zdjęć, niedbale rozłożonych obok otwartego notatnika.
Jedno z nich, częściowo przysłonięte notesem, przyciągnęło jego spojrzenie jak magnes. Nie mógł oderwać od niego wzroku. Na fotografii widniała twarz — młoda, uśmiechnięta, z delikatnymi rysami, które wydawały się boleśnie znajome. Wiktor zmarszczył brwi, próbując zapanować nad nagłym ukłuciem w sercu. Coś w tej twarzy go zatrzymało, zmusiło, by przyjrzał się dokładniej.
Na moment cały świat zwęził się do jednego punktu — tego zdjęcia. Coś w nim wydawało się zarówno obce, jak i niepokojąco bliskie. Widok tej fotografii w tak nieoczekiwanym miejscu i momencie uderzył go jak cios. Zacisnął szczękę, a ręce, które jeszcze przed chwilą pewnie trzymały szklankę, zaczęły lekko drżeć.
— Skąd to masz? — jego głos, choć stłumiony, rozbrzmiał w barze jak ostrzeżenie. Młoda kobieta podniosła głowę, zaskoczona i wyraźnie niepewna, co właściwie sprowokowało tę nagłą reakcję. Jej oczy spotkały się z jego spojrzeniem — intensywnym, niemal przenikającym, jakby próbował wyrwać z niej odpowiedź, zanim jeszcze otworzyła usta.
— Przepraszam? — zapytała z wahaniem, lekko cofając się na krześle. Jej dłonie instynktownie zacisnęły się na brzegu stołu, a wzrok szybko przesunął się po rozłożonych zdjęciach, próbując zrozumieć, o co mogło mu chodzić.
Wiktor nie czekał na odpowiedź. Jego oddech przyspieszył, a dłonie zacisnęły się w pięści, choć szybko się rozluźniły, jakby starał się powstrzymać coś, co kłębiło się w jego wnętrzu. Podszedł do stolika szybkim krokiem, niemal przewracając stojące obok krzesło, które wydało z siebie zgrzyt na drewnianej podłodze.
— Nie masz prawa… — zaczął, a jego głos, choć wciąż niski, nabrał surowości. Nie patrzył już na nią, lecz na zdjęcie, które teraz leżało na widoku, częściowo przysłonięte notatnikiem. Czas na moment jakby się zatrzymał, a w jego oczach odbiły się emocje tak intensywne, że nie sposób było ich zignorować: ból, gniew, niedowierzanie.
Kobieta przełknęła ślinę, czując, jak atmosfera w barze gęstnieje. Kilku klientów przy stolikach przerwało swoje rozmowy, odwracając głowy w ich stronę. Małgorzata, stojąca za kontuarem, przestała polerować szklankę i uniosła wzrok, zmarszczywszy brwi.
— To zdjęcie… — Wiktor urwał, jakby brakowało mu słów. W jego głosie słychać było wahanie, jakby walczył z własnymi myślami. — Skąd je masz? — Powtórzył, ale tym razem bardziej do siebie niż do niej. Jego spojrzenie wciąż było utkwione w fotografii, a dłoń uniosła się niepewnie, jakby chciał ją dotknąć, ale nie miał odwagi.
Nieznajoma, wciąż oszołomiona, starała się coś powiedzieć.
— To część moich… materiałów. Nie wiem, o co chodzi. Może mi pan wyjaśnić? — Jej głos drżał, ale próbowała zachować spokój. Nie rozumiała, dlaczego to zdjęcie wywołało tak gwałtowną reakcję.
Wiktor spojrzał na nią, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę z jej obecności. Jego brwi zmarszczyły się, a twarz stała się twardsza, jak maska ukrywająca to, co czuł naprawdę.
— Wyjaśnić? — powtórzył gorzko, niemal z szyderstwem. — To jest moja córka! — Te słowa padły z taką siłą, że na moment w barze zapanowała absolutna cisza. Jego głos brzmiał jak dźwięk rozbijającego się szkła — ostry, ale wypełniony cierpieniem.
Kobieta spojrzała na zdjęcie, a potem z powrotem na niego.
— Ja… nie wiedziałam… — zaczęła, ale Wiktor jej przerwał, machnąwszy ręką, jakby chciał odgonić jej słowa.
— Nie wiedziałaś? — powtórzył ostrzejszym głosem. — Nie masz pojęcia, co to zdjęcie znaczy. Nie wiesz, ile razy wpatrywałem się w nie, próbując zrozumieć co się stało. A teraz leży tu, jak jakiś… rekwizyt? Jak coś, co można przejrzeć, opisać, a potem zapomnieć? — Jego słowa były szybkie, niemal urywane, jakby bał się, że jeśli się zatrzyma, to straci kontrolę.
Kobieta próbowała coś powiedzieć, ale jej słowa ugrzęzły w gardle. Nie wiedziała, jak odpowiedzieć na ten zalew emocji. Czuła, że mężczyzna, stojący przed nią, nie chce odpowiedzi. Chciał wyładować ból, który dusił go od lat.
Wiktor wziął głęboki oddech, próbując się uspokoić, ale jego ręka znów drgnęła, a palce zacisnęły się na krawędzi zdjęcia. Nie patrząc już na nieznajomą, siedzącą przy stoliku, odwrócił się gwałtownie, jakby obecność innych ludzi zaczęła go przytłaczać. Zdjęcie, które podniósł, zniknęło w kieszeni kurtki. Jego ruch był szybki, niemal niekontrolowany.
Drzwi baru zamknęły się za nim z hukiem, a na moment we wnętrzu zapanowała nieprzyjemna cisza. Wszystkie spojrzenia były skierowane na nieznajomą, która wciąż siedziała przy stoliku, zdezorientowana i zaskoczona. Czuła, jak serce bije jej szybciej, a myśli kłębią się w głowie. Zdjęcie zniknęło, a wraz z nim tajemnica, której nawet nie zdążyła zgłębić.
Właścicielka baru westchnęła ciężko i wróciła do polerowania szklanek, rzucając nieznajomej jedno, krótkie spojrzenie, które mówiło więcej niż słowa: „_Coś ty zrobiła?_”.
Młoda kobieta siedziała oszołomiona, wpatrując się w pustą przestrzeń, którą jeszcze przed chwilą zajmował nieznajomy mężczyzna. Zdjęcie zniknęło wraz z nim, a cisza, która zapadła w barze, była niemal namacalna. Czuła na sobie spojrzenia innych gości — niektóre pełne ciekawości, inne krytyczne, a jeszcze inne, jakby wyrażające cichą solidarność w niezręczności tej chwili. W końcu odważyła się spojrzeć na Małgorzatę, stojącą za barem z rękami opartymi na biodrach i łagodnym, ale pełnym troski spojrzeniem.
— No, kochana, chyba trochę narozrabiałaś, co? — Właścicielka baru odezwała się cicho, ale ton jej głosu miał w sobie coś uspokajającego.
Nieznajoma uniosła wzrok, czując, jak gorąco zalewa jej twarz. Nie była pewna, czy to wynik zawstydzenia, czy gniewu, który wciąż kłębił się gdzieś na dnie jej myśli.
— Ja… nie chciałam. Nie wiedziałam, że to jego córka. Przecież nie mam pojęcia, kim on jest.
Małgorzata skinęła głową, jakby potwierdzając słuszność tych słów, ale jej spojrzenie pozostało przenikliwe. Sięgnęła po szklankę, napełniła ją wodą i podała kobiecie, która przyjęła ją niemal odruchowo.
— Czasem lepiej najpierw wiedzieć, kogo dotykasz, zanim zaczniesz grzebać w ranach, dziecko. A on… On ma tych ran więcej, niż by się zdawało.
Nieznajoma odłożyła szklankę, nie próbując nawet udawać, że jest spokojna.
— Ale jak miałam to wiedzieć? — zapytała z frustracją, zaciskając dłonie na krawędzi stołu. — Myślałam, że po prostu przyjdę, usiądę i wszystko spokojnie poukładam. Że znajdę odpowiedzi. A teraz mam wrażenie, jakbym coś zniszczyła…
Małgorzata obróciła się, wycierając blat stolika stojącego obok, choć nie było na nim nawet śladu brudu. To był bardziej rytuał niż potrzeba — sposób na zebranie myśli.
— Może i coś zniszczyłaś, a może tylko przypomniałaś mu o czymś, co chciał zakopać głęboko w sobie. To nie zawsze zła rzecz, wiesz? Czasem, żeby coś naprawić, trzeba najpierw pozwolić, żeby się rozpadło. Ale na jego miejscu też bym się wkurzyła.
Kobieta poczuła ukłucie winy. Właściwie nie miała pojęcia, jak to jest stracić kogoś bliskiego. A już na pewno nie potrafiła zrozumieć, jak to jest stracić dziecko.
— Wyglądał, jakby mnie nienawidził — powiedziała, bardziej do siebie niż do Małgorzaty.
Starsza kobieta uniosła brwi, przerywając swoje krzątanie się.
— Nie sądzę, żeby to była nienawiść. Bardziej… bezradność. A to jest uczucie, które nieźle potrafi człowieka rozgrzać do białości.
Małgorzata usiadła naprzeciwko nieznajomej, opierając łokcie na stole i nachylając się lekko w jej stronę. Jej twarz, choć naznaczona zmarszczkami, które mówiły więcej o życiu pełnym doświadczeń niż o wieku, emanowała spokojem.
— Powiem ci coś, co może ci się przydać, jeśli zamierzasz dalej w to brnąć. Ten facet… — wskazała ruchem głowy drzwi, przez które zniknął Wiktor. — Jest z tych, co wszystko noszą na swoich barkach. I rzadko pozwala sobie na to, żeby ktoś mu pomógł. Ale może, jeśli dasz mu chwilę, da ci szansę na naprawienie tego, co teraz zepsułaś.
Kobieta spojrzała na Małgorzatę, czując coś na kształt nadziei, choć wciąż mocno pomieszanej z obawą.
— Tylko jak mam to zrobić? On nawet nie chciał mnie wysłuchać.
Małgorzata uśmiechnęła się lekko, ale w jej oczach widać było ciepło i zrozumienie.
— Na szczęście wiem, gdzie go znaleźć.
Kobieta poczuła, jak jej serce przyspiesza.
— Serio?
— Serio. Ale obiecaj mi jedno — Małgorzata podniosła palec w ostrzegawczym geście. — Nie leć tam teraz, jak jakaś desperatka. Daj mu czas. A jak już tam pójdziesz, bądź szczera. On tego potrzebuje bardziej, niż by chciał przyznać.
Nieznajoma pokiwała głową, odbierając kartkę z adresem Wiktora wciąż nie do końca pewna, czy to, co robi, ma jakikolwiek sens. Ale w słowach Małgorzaty było coś, co dodało jej odwagi.
— Jak w ogóle Pani się nazywa? — zapytała nieśmiało.
— Małgorzata Wysocka, ale wszyscy mówią mi Gośka. — odpowiedziała z uśmiechem i dodała — i proszę, tylko nie „pani”.
— Jestem Monika Kowalska. — przywitała się, po czym dodała podnosząc się z miejsca. — Dziękuję.
Małgorzata wzruszyła ramionami, jakby chciała dać do zrozumienia, że to nic wielkiego.
Monika wyszła z baru, z głową pełną myśli i cichą nadzieją, że jeszcze niczego nie zaprzepaściła. Za to Małgorzata wróciła do swoich zajęć, spoglądając chwilę na drzwi, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze, ale nie zdążyła.
Bar „Port” był jakby zakotwiczony pomiędzy surowym pięknem natury, a resztkami ludzkiej ingerencji, które zdawały się wtapiać w krajobraz. Było już późne popołudnie, a wrześniowe słońce chyliło się ku zachodowi, malując horyzont odcieniami pomarańczy, różu i złota. Tuż obok baru rozpościerała się szeroka, spokojna Wisła, której wody połyskiwały w blasku słońca niczym tafla roztopionego metalu. Rzeka, leniwie płynąca w stronę ujścia do Bałtyku, wydawała się nieśpieszna, jakby sama delektowała się otaczającym ją światem.
Niedaleko wejścia do baru znajdował się prom — prosty, stalowy, pokryty miejscami rdzą, która nadawała mu nostalgiczny charakter. Maszyna, choć zdawała się wysłużona, wciąż niezawodnie kursowała między Świbnem, a Mikoszewem, łącząc dwa brzegi Wisły. Prom, zacumowany przy brzegu, kołysał się lekko na wodzie, a jego linki z cichym jękiem napinały się pod naporem prądu rzeki. W oddali dało się dostrzec jego bliźniacze nabrzeże, gdzie czekała garstka ludzi i kilka samochodów, leniwie oczekujących na kolejny kurs.
W oddali rozciągał się wał przeciwpowodziowy — solidna szeroka konstrukcja, która przez lata chroniła tutejszych mieszkańców przed kaprysami rzeki. Na jego szczycie biegła ścieżka, teraz niemal pusta, ale z wyraźnymi śladami rowerowych opon i wytartych butów. Na wale wznosiła się kolonia świbnieńska — malowniczy zespół domów rybackich. Drewniane chaty z detalami snycerskimi stały obok niskich murowanych budynków, tworząc harmonijną całość, jakby czas zapomniał o tym miejscu. Drewniane okiennice zdobiły misternie wyrzeźbione motywy morskie — ryby, sieci, a nawet wizerunki kutrów, przypominające o tradycji rybackiej tej ziemi. Kominy domów wypuszczały smużki dymu, unoszące się w chłodnym już powietrzu, które niosło ze sobą zapach drewna i soli.
Za barem, na skraju widnokręgu, rysował się niewielki port rybacki. Kilka kutrów, częściowo zniszczonych przez lata pracy na morzu, cumowało przy drewnianych pomostach. Ich burty były pokryte warstwami łuszczącej się farby, która odsłaniała kolejne warstwy historii każdego z nich. Sieci rybackie, rozwieszone na stojakach, powiewały lekko na wietrze, a ich cienie układały się w skomplikowane wzory na ziemi. Tu i ówdzie widać było ludzi zajętych swoimi sprawami — łatanie sieci, ładowanie sprzętu czy zwyczajne rozmowy w cieniu kutrów.
Za portem wyrastał las, który ciągnął się wzdłuż wyspy, oddzielając ląd od morskich wydm. Sosny o wysokich, smukłych pniach zdawały się kołysać w rytmie wiatru, który niósł ze sobą chłodną, wilgotną bryzę znad morza. Morskie powietrze było gęste od zapachu soli i jodu, a w tle słychać było stłumione krzyki mew.
Jesienny chłód powoli wkradał się w każdy zakamarek krajobrazu, przypominając, że lato już minęło. Monika, która właśnie wyszła z baru, otuliła się szczelniej swoim swetrem, czując, jak wiatr igra z jej włosami. Zatrzymała się na moment przed budynkiem, spoglądając na Wisłę. Zauważyła, jak światło zachodzącego słońca odbija się na wodzie, a cienie kutrów i promu wydłużają się, tworząc surrealistyczne obrazy na spokojnej tafli.
W tym miejscu czas zdawał się płynąć inaczej, wolniej. Była tu jakaś melancholia, ale też dziwny rodzaj spokoju, który łączył ludzi z ziemią i wodą, a jednocześnie przypominał o przemijaniu. Monika zrozumiała, że miejsce to, choć niepozorne, kryje w sobie historie, które mogłyby wypełnić niejedną książkę. Wzięła głęboki oddech i ruszyła przed siebie, zdeterminowana, by poznać jedną z nich.
***
Wiktor wyszedł z baru, trzaskając drzwiami. Powietrze na zewnątrz wydawało się chłodniejsze, niż zapamiętał, a bryza od Wisły niosła ze sobą zapach soli i nadchodzącej jesieni. Słońce, choć wciąż widoczne, zniżało się ku horyzontowi, malując krajobraz w odcieniach złota i różu. Cisza wokół niego była niemal namacalna, przerywana jedynie krzykiem mew krążących nad rzeką.
Ruszył w stronę swojego domu, który znajdował się pod lasem, głębiej na wyspie. Ścieżka prowadziła go najpierw wzdłuż głównej drogi idącej w kierunku Sobieszewa, gdzie mijane obok domy wydawały się pogrążone w drzemce.
Wiktor czuł, jak emocje wzbierają w nim falą, ale jednocześnie coś w środku próbowało je stłumić. Był wściekły, ale na kogo? Na tę kobietę? Nie, ona nie mogła wiedzieć. Na siebie? Tak, zdecydowanie na siebie.
Na początku zniknięcie córki było wszystkim, czym żył. Każdy dzień zaczynał się i kończył pytaniami: gdzie jest Julia? co się z nią stało? kto może coś wiedzieć? Był wtedy jak człowiek ogarnięty obsesją — nie spał, nie jadł, tylko szukał. Ale z czasem…
Zacisnął pięści, jakby chciał w ten sposób odegnać od siebie myśli. Z czasem zaczęło brakować sił. Trop za tropem prowadził donikąd. Ludzie, którzy kiedyś współczuli, zaczęli się odsuwać, zmęczeni jego ciągłymi pytaniami i desperacją. A potem… potem on sam się zmęczył. To już dziesięć lat od jej zaginięcia.
„_Jak mogłem?_” — pomyślał, wbijając wzrok w linię drzew podążającą za nim z prawej strony ścieżki. „_Jak mogłem pozwolić sobie, by choć na chwilę przestać szukać?_” — to pytanie krążyło teraz w jego myślach. Poczucie winy, które od dawna próbował w sobie zdusić, teraz uderzyło z pełną siłą. Nie chodziło tylko o to, że nie znalazł Julii. Chodziło o to, że pozwolił, by jego determinacja osłabła, by codzienność zaczęła wypełniać miejsce, które kiedyś było zarezerwowane tylko dla niej. Pozwolił, aby słowa ludzi _„Musisz nauczyć się żyć dalej, Wiktor”_ były jak infekcja, która z czasem ogarnęła jego ciało i umysł.
Zrobił kilka kroków, ale nogi wydawały się ołowiane. Pochylił się, opierając dłonie na kolanach, i zaczerpnął powietrza. „_Widok tego zdjęcia…_” — to było jak otworzenie rany, która nigdy się do końca nie zagoiła. Przez lata przyzwyczaił się do myśli, że Julia mogła być już tylko wspomnieniem, ale to zdjęcie przypomniało mu, że była realna. Że kiedyś istniała, śmiała się i była częścią jego życia.
Przełknął ślinę, próbując się opanować. „_Może to jest znak?_” — ta myśl zaczęła kiełkować w jego głowie. Przez chwilę serce przyspieszyło. Ale zaraz potem przyszła gorzka świadomość. Co z tym zrobił? Nic. Wyszedł z baru, zamiast zadać pytania, zamiast spróbować dowiedzieć się więcej. Czy znowu uciekał?
Ścieżka zaczęła prowadzić w głąb wyspy, w kierunku lasu. Drzewa na horyzoncie wydawały się wciągać go w swoją cichą, chłodną otchłań. Tutaj zawsze czuł się bezpieczniej, jakby las mógł ukryć jego myśli przed światem. Ale tym razem nawet szelest liści i śpiew ptaków nie przynosiły ukojenia.
„_Muszę to naprawić_” — pomyślał, choć sam nie wiedział jeszcze, jak miałoby to wyglądać. Wiedział jedno — to zdjęcie było czymś więcej niż przypadkiem. Było przypomnieniem, że nie wszystko jest stracone. Musiał tylko zebrać siły i wrócić do walki.
Gdy zbliżał się do swojego domu, małej, samotnej chaty stojącej na skraju lasu, zapadał już zmrok. Wiktor zatrzymał się na chwilę przed drzwiami. Jego oddech uspokoił się, ale wewnętrzny chaos wciąż wrzał. Zanim wszedł do środka, spojrzał na niebo. Pierwsze gwiazdy zaczynały błyszczeć na czystym, ciemniejącym firmamencie. „_Może one widziały, gdzie jesteś, Skarbie_” — pomyślał, a potem powoli wszedł do domu, zamykając za sobą drzwi, jakby chciał odciąć się od wszystkiego, co działo się na zewnątrz.Rozdział VII.
„Spękane fundamenty wiary i zaufania”
Dziś las wydawał się zupełnie inny niż ostatnim razem. Wilgotne powietrze, przesycone ciężkim zapachem gnijących liści i mokrej ziemi, przenikało wszystko — ubrania, skórę, myśli. Mgła, gęsta i mlecznobiała, spowijała drzewa, zacierając kontury pni i rozmywając granice między tym, co bliskie, a tym, co odległe. Zdawało się, że las wciąga ich w siebie, zamyka jak w pułapce, gdzie czas i przestrzeń tracą znaczenie.
Obydwoje przedzierali się przez las, stąpając ostrożnie, choć każdy ich krok zdawał się wywoływać nieproporcjonalnie głośny odgłos. Wilgoć sprawiała, że buty ślizgały się na mokrych korzeniach i kamieniach pokrytych mchem, a łodygi krzewów ocierały się o ich nogi, pozostawiając na spodniach wilgotne ślady. Milczenie między nimi było ciężkie, niemal namacalne. Nawet obecność drugiej osoby nie łagodziła napięcia, które unosiło się w powietrzu jak niewidzialna mgła.
Każdy szelest w lesie, każdy trzask łamanej gałązki pod butem, wydawał się rozbrzmiewać echem między drzewami, jakby las chciał ich przestrzec przed dalszą drogą. W oddali, niemal na granicy słyszalności, dochodziły pojedyncze odgłosy. Może to ptak przelatujący gdzieś ponad mgłą, a może coś większego przemykającego między drzewami. Trudno było stwierdzić, co kryło się w tej nieprzeniknionej bieli.
Drzewa, wysokie i ciemne, zdawały się pochylać ku nim, jakby ciekawiły je te dwie postacie zakłócające ich spokój. Pnie były mokre od skraplającej się mgły, a gdzieniegdzie na korze lśniły kropelki wody. Mchy i porosty, które pokrywały dolne partie drzew, wyglądały intensywnie zielono, jakby chciały przypomnieć, że życie toczy się tutaj nieprzerwanie, nawet w tej ponurej, cichej chwili.
Monika odruchowo otarła dłonią krople z twarzy, choć to nie deszcz padał, a mgła osiadała na jej skórze, jakby las chciał ich dotknąć. Czuła, że każde drzewo, każda gałąź, każdy ukryty w liściach owad jest świadkiem ich obecności. Wiktor, idący kilka kroków przed nią, co jakiś czas zerkał przez ramię, upewniając się, że nie zostaje w tyle. Jego postać wydawała się zamglona, niemal nierealna w tej mlecznej zasłonie.
Las żył swoim własnym rytmem, a oni byli tylko nieproszonymi gośćmi. Nawet ich oddechy, ciche, ale ciężkie, zdawały się niewłaściwe w tej scenerii. Miejsce, które mogłoby być piękne w słoneczny dzień, teraz wydawało się groźne, jakby skrywało w sobie tajemnice, które wolałoby zachować dla siebie.
Gdy dotarli na miejsce, betonowa płyta wciąż spoczywała na swoim miejscu, ukryta wśród otaczającej ją dzikiej zieleni. Z daleka wyglądała jak naturalna część nierównego terenu, niemalże zrośnięta z otoczeniem. Gęste krzewy i kępy traw nachodziły na jej krawędzie, jakby natura próbowała odzyskać to, co kiedyś zostało jej odebrane. Dopiero z bliska można było dostrzec jej sztuczny charakter — proste linie i wyraźne ślady ludzkiej ingerencji, teraz nadgryzione zębem czasu.
Monika przyklękła, przesuwając dłonią po chropowatej powierzchni płyty. Beton był zimny i wilgotny od osadzającej się mgły. W kilku miejscach widać było drobne pęknięcia, a w szczelinach wyrosły mchy i niewielkie kępki trawy, które w swojej uporczywości zdawały się ignorować naturę przeszkody.
— No dobra, powtórka z rozrywki — rzucił Wiktor, kładąc stalowy pręt na ziemi.