Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Fortuna Czartoryskich - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
3353 pkt
punktów Virtualo

Fortuna Czartoryskich - ebook

W Bystrej nad Dunajcem, pięknej pienińskiej miejscowości, od lat ścierają się rodziny Czartoryskich i Branickich. Jednak to nie XVIII wiek, ale rok 2023, i nie walka o ziemię, ale o milionowe inwestycje i turystów.

Napędzany gniewem Ksawery Branicki obmyśla zemstę i decyduje się okraść Kacpra Czartoryskiego. Plan wydaje się łatwy do zrealizowania, aż do momentu gdy… przestaje.

W jednej chwili misterny skok zmienia się w lawinową katastrofę i grupa złodziei amatorów – złożona z upartej hakerki, właściciela kawiarni, pielęgniarki SOR-u, byłego dziedzica majątku i jego wściekłej siostry – musi ratować własne życie… a może rzycie?

Wspólnie podejmują grę, w której każdy ruch wymaga sprytu, odwagi i odrobiny szaleństwa, gdyż w Bystrej nad Dunajcem zemsta rzadko przechodzi niezauważona przez mieszkańców.

A co za tym idzie… policję.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8290-947-0

FRAGMENT KSIĄŻKI

Prolog

Dziadek Imperium nie dożył północy.

Kilka minut później zaparowaną łazienkę o ciemnym wykończeniu po drugiej stronie Bystrej nad Dunajcem rozświetlił ekran telefonu z krótką wiadomością.

„Umarł”.

Cisza zdawała się wypełniać każdą szczelinę.

Między przetaczającą się parą. Za oknem, poszukując miejsca w zwrotkach przyśpiewki fałszującej grupy turystów. W falach Dunajca. Docierała również do sypialni w willi Czartoryskich.

Oraz była świadkiem pewnego szerokiego uśmiechu.Rozdział 1

Końcówka maja była wyjątkowo upalna, o czym dobitnie przekonała się Lidia Cecylia Branicka.

Idąc między alejkami na cmentarzu przy Zespole Klasztorno-Kościelnym Świętego Klemensa, żałowała, że postawiła na szpilki i opinającą czarną marynarkę. Wybrała ją jednak odruchowo, wiedząc, że pół miasteczka będzie jej wręcz wypatrywało i do wieczora rozejdzie się plotka, że najmłodsza z Branickich wróciła właśnie po dwóch latach z Hiszpanii, a wolała, żeby nie dodano przy tym sugestywnego „nie wyglądała jednak najlepiej”.

Teraz pożałowała tego myślenia. I własnego zapominalstwa.

Cmentarz położony był na wzniesieniu, a jej cel znajdywał się na samym jego szczycie, co oznaczało wspinaczkę po krzywych, ażurowych płytach, przypiekanych słońcem. Wiatr co prawda trącał liście pobliskich buków i lip, ale zamiast dodać otuchy, sprawiało to wrażenie cichych szeptów.

– Utrudniają mi życie nawet po śmierci – wymamrotała.

Oczywiście nie mogli wykupić piwniczek przy bramie. Nie. Oni jak zwykle musieli się popisać i zapoczątkować nową aleję na samym końcu, żeby prawdopodobnie mieć widok na Trzy Korony.

Lidia zacisnęła zęby i po raz setny powtarzając sobie w duchu, że tym razem nie da się tak łatwo tej rodzince, powzięła wspinaczkę. Na szczęście było dopiero po siódmej rano i na cmentarzu nie było nikogo, ale dla wszelkiej pewności i własnego bezpieczeństwa stawiała kolejne kroki z wyjątkową ostrożnością.

Kiedy w końcu udało jej się dotrzeć przed nową aleję, z trudem zmusiła się, żeby nie oprzeć rąk o kolana i – tak dla okazania w pełni swojej pogardy – splunąć na nowo powstały grób.

Choć z tym mogła mieć problem.

Stanisław Piotr Czartoryski, znany również jako Dziadek Imperium Czartoryskich, został przysypany dziesiątkami wiązanek, które maskowały niemal całą marmurową płytę, a napis iskrzący w słońcu ledwo wyłaniał się zza chryzantem. W całości widać było jedynie okrągłe zdjęcie uśmiechającego się staruszka i złotą, ozdobną gałąź lipy, która w przyszłości miała dotykać nagrobka obok.

Kolejna fanaberia Czartoryskich.

Groby połączone były gałęziami drzew, nawiązując tym do więzów krwi i nierozerwalnych dziejów rodu. Lidka jednak była przekonana, że mieli zbyt duży fundusz na sprawy pogrzebowe.

Westchnęła ciężko i żeby nie wyjść na niewychowaną, wcisnęła znicz między wiązanki. Miała wrażenie, że ogień tylko spotęgował duchotę, a zapach parafiny zmieszany z charakterystyczną wonią kwiatów dodał swoje.

– I jak zwykle nie potrafią się przywitać.

– To nasza jedyna wada.

Lidka zastygła w bezruchu.

Jednak kiedy uświadomiła sobie, że głos nie pochodzi ani z jej przegrzanego umysłu, ani tym bardziej spod jej stóp, podniosła wzrok.

Przy wejściu do alejki, obok rozłożystej sosny, stała brunetka w czerwonym garniturze i szpilkach wyższych niż jej. Okulary przeciwsłoneczne może i zakrywały połowę twarzy, ale Lidka nie dała się nabrać.

– No proszę. Przyznajcie się do własnych wad? Plotki okazały się prawdziwe.

Brunetka dostrzegalnie drgnęła, ale zaraz zatuszowała to szerokim uśmiechem.

– Takimi słowami ty witasz mnie po dwóch latach?

– Czerwony dywan jest w samochodzie.

– To czemu go nie wzięłaś?

– Bo masz go już na sobie.

Apolonia Antonina Czartoryska niespodziewanie parsknęła śmiechem, a Lidka mimowolnie wypuściła powietrze. Lata ich przyjaźni zdecydowanie miały swoje wzloty i upadki, ale dziwne napięcie spowodowane historią ich rodzin zawsze przypominało o sobie w pierwszych sekundach.

Na szczęście tylko wtedy, bo już po chwili Apolonia przełożyła okulary na czubek głowy, po czym rozsiadła się na ławce przy grobie i odpaliła papierosa.

– Jak ci się podoba? – spytała.

– Jakby wcale nie był za tysiaka.

– Czyli kupujemy w tym samym lumpie.

Teraz to Lidka parsknęła.

Zaraz jednak jej spojrzenie wróciło na grób Dziadka Imperium i uśmiech zastygł jej na twarzy.

– Dlaczego lipa?

Jeśli miałaby obstawiać na podstawie znajomości fanaberii Czartoryskich, to do nestora rodu przypisałaby dąb albo buk…

– Bo będzie, jak nie odczytamy jego testamentu.

Lidia aż uniosła brwi.

Faktycznie docierały do niej plotki, głównie od kuzynki Herminy, że z firmą Czartoryskich nie jest dobrze i kasa ucieka im przez palce, ale nie dawała wiary. To oni wykupili wszystkie mieszkania, jakie miała jej rodzina, i z potencjalnymi zyskami powinno im to zapewnić panowanie przez kolejną dekadę. Szczególnie że podobno dogadali się z majętną rodziną Krugerów i z tego, co wiedziała, mieli zakładać spółkę.

– Staruszkowi odbiło – odezwała się w końcu Apolonia, prawdopodobnie widząc jej minę. – Przed śmiercią w ogóle nie interesował się firmą, a ino pieprzył coś o miłości, bliskości, więzach krwi… bla, bla, bla.

Pomimo że u Czartoryskich sztuką było trzymanie emocji na wodzy i niedawanie po sobie niczego poznać, teraz ta maska dostrzegalnie pękała i Lidia w sumie nie miała się czemu dziwić.

Jeśli naprawdę mierzyli się z kryzysem, a sam nestor rodu i założyciel firmy na ostatku przestał o nią dbać, jego ostatnia wola naprawdę mogła zaważyć, i to konkretnie.

– Myślisz, że w ostatniej chwili zmienił testament? – spytała.

– Nie zdziwiłabym się – odparowała Apolonia, wypuszczając dym nosem. – Mnie to średnio obchodzi, bo nie mam penisa między nogami i nic nie dostanę, ale ojciec zaczyna siwieć. Obawia się, że przez to „załamanie” przed śmiercią część majątku przepisał na jakieś fundacje.

– Dlatego dogadujecie się z Krugerami.

To nie było pytanie, o czym Apolonia doskonale wiedziała.

– „Dogadujemy” to złe słowo – odparła. – Trzymamy się ich jak tonący dziurawej tratwy.

– Ile wam zabiorą?

– Oficjalnie nie mam prawa widzieć umów i znać ustaleń. Wiesz, jak jest.

Wiedziała. Podobnie jak u niej w rodzinie kobiety nie były mile widziane na wysokich stanowiskach w firmie ani tym bardziej nie proszono ich o jakiekolwiek rady w tym temacie.

Apolonia jednak nie należała do tych pokornych i słuchających. Przez wszystkie lata ich znajomości Lidia wielokrotnie była świadkiem jej sprytu i ewidentnej smykałki do biznesu, i to nie tylko tego rodzinnego.

Dlatego teraz nie zawahała się spytać:

– A nieoficjalnie?

– Po nerwicy mojego ojca strzelam, że większość – odparła. Przejechała palcami po włosach zebranych w kucyk i westchnęła. – Spójrzmy prawdziwe w oczy. Nie mamy oszczędności, bo musieliśmy wszystko wydać na wykupienie od was mieszkań. Pandemia dowaliła sobie, turyści nie przyjeżdżali. Zdziwiłabym się, gdyby chcieli tylko marnych udziałów.

Plotki faktycznie okazywały się prawdą i teraz słysząc tak jawne stwierdzenie, Lidia zdała sobie sprawę, że jest gorzej, niż przypuszczała.

– Co z tobą? – spytała.

Uniosła jedynie prawą rękę i zgięła palec serdeczny.

Niespodziewanie przez cmentarz przebiegł chłodniejszy powiew, ale Lidia nie była pewna, czy czasem sobie go nie uroiła.

– Który z braci?

– Młodszy.

Cmentarna aura i zabobon, że przeklinanie przy zmarłych przynosi pecha, zacisnęło jej usta w ostatniej chwili.

– Nie kupuj biletu powrotnego, bo jeszcze załapiesz się na ślub – spróbowała zażartować Apolonia, ale średnio jej to wyszło.

– Nie miałaś przyjęcia zaręczynowego – zauważyła Lidia.

Była to kolejna z fanaberii Czartoryskich i nie raz już mówiło się, że koszty takiego przyjęcia dorównywały samemu weselu.

Apolonia skinęła głową na grób.

– Oboje stwierdziliśmy, że to byłaby przesada.

– Jest aż taki zły?

– Nie – oznajmiła po dłuższej chwili. – Jest miły, szarmancki, planuje otworzyć fundację pomagającą schroniskom dla zwierząt…

– Ale?

– Boi się mojego ojca i gdyby coś się działo, doniesie na mnie w pięć minut.

Lidia nie odpowiedziała, tylko usiadła obok i objęła ją mocno ramieniem. Aranżowanie małżeństw już dawno przestało mieć miejsce, ale jak widać, Kacper Czartoryski dla ratowania firmy był gotowy nawet na takie kroki.

To dało Lidce do myślenia.

Naprawdę musiał panikować, skoro nie dość, że prawdopodobnie był bliski oddania większości udziałów Krugerom, to jeszcze obiecał rękę własnej córki jednemu z ich synów. Gdyby nie przyjaźń z Apolonią, śmiałaby się zadowolona, że karma sprzed dwóch lat w końcu ich dopadła.

Widząc jednak teraz jej puste spojrzenie, nie miała ochoty nawet się z tego powodu uśmiechnąć.

– Nie mogą podpisać umów, bo nie odczytaliśmy jeszcze testamentu – dodała Apolonia, jakby czytała jej w myślach. Nie zdziwiłoby jej to. – I nie wiemy, ile faktycznie ojciec dziedziczy.

– I ile może im oddać – dodała cicho Lidia. – Nie możecie po prostu odc…

– Dziadek sporządził zapis, że przy tym musi być cała rodzina.

– Na pogrzebie chyba byliście wszyscy.

– Ciotka Tamara zaraz po mszy pojechała na lotnisko.

Lidka zasznurowała usta.

Nie było tajemnicą, że Tamara Czartoryska wyjechała z Bystrej, i to dobrych kilka lat temu, na Karaiby i tam nauczona doświadczeniem swojego ojca założyła luksusowy kurort. Tajemnicą jednak pozostawał fakt, że najwyraźniej skłócona była z rodziną i nikt nie był w stanie powiedzieć, o co konkretnie.

Ciekawe – przemknęło przez myśl Lidce.

– Może wróci na twój ślub?

Apolonia prychnęła i zaciągnęła się mocniej papierosem.

– Wątpię – oznajmiła. – Jest nadzieja, że będzie na przyjęciu zaręczynowym Mirona, ale ja bym się tak nie cieszyła.

Lidia szybko przeanalizowała w głowie drzewo genealogiczne Czartoryskich i skojarzyła, że Miron jest jednym kuzynem Apolonii, który – jeśli ponownie wierzyć plotkom – ma największą szansę na odziedziczenie rodzinnego majątku.

Mimowolnie zmarszczyła brwi.

– Z Aleksem jest tak źle, jak mówią? – spytała cicho.

Kolejna fala plotek dotyczyła jedynego syna Kacpra Czartoryskiego, który średnio radził sobie na swoim stanowisku, a sprawę pogorszył jego wypadek motocyklowy sprzed prawie trzech miesięcy. Wjechał w drzewo i tylko cudem wyszedł z tego cało. Większość ludzi podejrzewała, że był pod wpływem alkoholu czy nawet narkotyków, bo jeździł na motorze, zanim jeszcze skończył osiemnaście lat, ale wszelkie badania wykazały, że był czysty.

Tym bardziej wszystkich ciekawiło, co musiało się stać tamtego wieczoru.

– A ile chcesz wiedzieć? – spytała nagle Apolonia.

Dym papierosowy zasłonił jej twarz i Lidka nie mogła dostrzec wyrazu jej oczu.

– Tyle, ile możesz mi powiedzieć.

– Dyplomatyczna odpowiedź – skwitowała, ale zanim Lidka zdążyła to zripostować, podjęła: – Wyszedł z wypadku jedynie poobijany.

– Fizycznie czy psychicznie?

Apolonia niespodziewanie uśmiechnęła się szeroko. Był to jednak bardziej przerażający niż wesoły widok.

– Doznał też wstrząsu mózgu. Resztę możesz sobie dopowiedzieć.

– Bazując na plotkach?

– Jakoś do tej pory okazały się prawdziwe, nie? – odparowała, wstając z ławki.

Zdusiła papierosa czubkiem buta, lecz z wyjątkową brutalnością.

– Wpadnij wieczorem – powiedziała Lidia, zmieniając ostatecznie temat. – Ksaw nie będzie miał nic przeciwko.

Apolonia nasunęła z powrotem okulary na nos, ale tym razem przywdziała do nich znacznie serdeczniejszy uśmiech.

– No mam nadzieję, że przywiozłaś coś wartego prawie dwóch tysięcy kilometrów – odparowała. – Trzymaj się, skarbie, i nie siedź za długo na tej patelni.

– Dobrze, mamo.

Brokat na jej paznokciu wieńczący paznokieć środkowego palca zamigotał tylko w słońcu i po chwili odgłos jej kroków ucichł na dobre.

Lidia również wstała, ale zanim ruszyła w przeciwnym kierunku, spojrzała jeszcze raz na zdjęcie Dziadka Imperium.

– I jest pan z siebie zadowolony?

Nasunęła okulary na nos i nie oglądając się za siebie, ruszyła z powrotem w dół głównej alei.

***

Lidia wysiadła z samochodu i od razu tego pożałowała.

Przed przyjazdem do Ksawerego musiała jeszcze wstąpić do paru miejsc, między innymi takich jak drogeria, bo oczywiście z pośpiechu zapomniała połowy kosmetyczki, ale teraz wychodząc na rozgrzany chodnik, zaczęła się zastanawiać, czy aby na pewno potrzebuje tego szamponu.

Dziadek Imperium nie mógł przecież umrzeć w mroźny poranek, tylko akurat w samym środku wyżu afrykańskiego, który zadomowił się w tej części Europy. Lidka potrząsnęła głową, wyrzucając głos spikerki radiowej, towarzyszący jej całą drogę z cmentarza na Rynek.

Powachlowała się też gazetą, którą zgarnęła z lotniska, jednocześnie chłonąc wzrokiem wszystko dookoła, jakby przez ostatnie dwa lata te obrazy dostatecznie zamazały jej się w pamięci.

Bystra nad Dunajcem jeszcze przed pandemią określana była mianem stolicy Pienin.

Nie było to ogromne miasteczko i nie miało takiej renomy jak uzdrowisko w Szczawnicy, ale z czasem nabierało swoich kształtów. Dunajec płynący dosłownie przez środek, architektura, która okazała się mieszaniną stylów klasycystycznego i alpejskiego, termy, kultura i tradycje. Nie wspominając o widokach na góry. Lidka mieszkała tutaj od dziecka, ale teraz widząc szczyty wyrastające w nieoczekiwanych miejscach i kształtach, zadziwiała się nimi na nowo. Dosłownie jakby podczas spaceru można było się nagle zderzyć ze zboczem.

Nic więc dziwnego, że z czasem zaczynało napływać tutaj coraz więcej turystów – bliskość uzdrowiska w Szczawnicy i jeziora Czorsztyńskiego również była swojego rodzaju dodatkiem – a także nowych mieszkańców. Bystra nie gwarantowała takiego gwaru i ścisku jak Zakopane, a same mieszkania nie były tak drogie. W ciągu ostatniej dekady zyskała na popularności także dzięki Airbnb oraz influencerom, którzy postanowili pokazać ten kawałek Podhala na nowo.

Okazję na zdobycie majątku przez nieruchomości wypatrzyła jej rodzina pod koniec tamtego tysiąclecia, a także Czartoryscy, którzy już wtedy prowadzili dobrze prosperujący hotel. Po miasteczku krążyła legenda, że ich rodowe pieniądze pozwoliły na wykupienie większości nieruchomości i potem postawienie nowych bloków. Lidka nie wiedziała, czy to prawda, ale faktem było, że gdy adoptowali ją Braniccy, mieli już swoją połowę Imperium.

Które spektakularnie upadło dwa lata temu.

Pandemia odbiła się na nich zdecydowanie zbyt mocno, podobnie jak będące jej konsekwencją załamanie rynku kredytowego. Ludzie woleli wynajmować, niż kupować, a jak już, to częściej inwestowali w działki i domy.

Nie byli na to przygotowani i wykorzystując moment, Czartoryscy zgarnęli, co tylko się dało.

Lidka westchnęła i przejechała wzrokiem po okolicznych budynkach. Nie powstały co prawda nowe bloki i Czartoryscy do tej pory nie rozbudowali nawet hotelu o dodatkowe pokoje. Teraz wiedziała dlaczego.

Słońce zaczęło przypiekać jej twarz i porzuciła to myślenie.

Zamknęła samochód, nawet nie próbując sobie wyobrażać, jaka sauna będzie, gdy do niego wróci, i stukając szpilkami o bruk, zmierzała przed siebie. Drogeria znajdywała się przy Rynku, od którego dzieliło ją ledwie kilka uliczek, ale przy tym gorącu wydawało jej się, że musi przejść co najmniej na drugi koniec Bystrej.

Dlatego w chwili, gdy mijała opuszczony budynek starej browarni, postanowiła skręcić w dobrze znany jej skrót. Cień zaułku, do którego właśnie weszła, dał jej zbawienny oddech ulgi, mimo że swoim wyglądem mógł jedynie odstraszyć. Murowane ściany w wielu miejscach miały dziury, gdzieniegdzie odstawały metalowe pręty, a na samym środku, nie wiedzieć skąd, stał zardzewiały kontener na śmieci.

I jak w pierwszej chwili Lidia odetchnęła, tak teraz niespodziewanie dreszcz przeszedł jej po plecach.

Coś było nie tak.

To poczucie towarzyszyło jej już na cmentarzu, ale zwalała to na różnicę ciśnień i temperatur po locie. Poza tym wróciła po dwóch latach do rodzinnego miasta, gdzie wszyscy znali ją od dziecka, więc wszelkie urojenia mogła również przypisać właśnie temu.

Nie zatrzymała się ani nie zmieniła rytmu kroków. Próbowała zachowywać się jak gdyby nigdy nic, jednocześnie przypominając sobie wszystkie zasady samoobrony, które wpoili jej trenerzy na zajęciach na uczelni.

Udawaj, że nic nie zauważyłaś – pomyślała. – To ich zmyli.

Starała się także ocenić, czy bardziej opłaca jej się wrócić do samochodu, czy jednak jak najszybciej dotrzeć do Rynku.

Wtedy go dostrzegła.

Przebłysk cienia, który momentalnie zniknął.

Mogła to wziąć za swoje omamy albo grę świateł, ale wbrew pozorom pamiętała, co widziała na kamerach z monitoringu, dlatego była przygotowana.

I w chwili, gdy poczuła powiew na karku, nie wahała się choćby sekundy.

Paralizator, który ukryła wcześniej pod gazetą, teraz szybko wysunęła i przyłożyła do piersi napastnika. Drugą zacisnęła w pięść, gotowa do zadania ciosu. Okazało się jednak, że niepotrzebnie.

Napastnik po zetknięciu z paralizatorem stanął dęba i padł na bruk zemdlony.

Lidia jedynie westchnęła zrezygnowana.

– Serio. Nie potraficie w powitania, Alejandro.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij