-
nowość
-
promocja
Four Good Liars - ebook
Four Good Liars - ebook
Czy nieznajomi ludzie mogą sobie ufać i dochować tajemnicy? Tego felernego dnia czwórka uczniów wsiada do szkolnego autobusu, nie znają się i nie mają ze sobą nic wspólnego oprócz tego, że wyruszając w drogę popełnili największy błąd w życiu. Podczas jazdy ktoś strzela do kierowcy, autobus stacza się z drogi, panuje chaos i zamieszanie. Layla, Kai, Liam i Fliss, próbując wydostać się z wraku, znajdują torbę martwego kierowcy z milionem funtów oraz broń.
Każdy z nich potrzebuje tych pieniędzy dla swoich tajemniczych celów. Zaginionej torby szuka ktoś bardzo niebezpieczny i bezwzględny. Jeśli Layla, Kai, Liam i Fliss chcą przeżyć, muszą trzymać się razem. Ale czy czworo dobrych kłamców naprawdę może sobie zaufać?
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Young Adult |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-291-0214-8 |
| Rozmiar pliku: | 2,2 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Gdzie są pieniądze?
Donald Trump przyciska broń do mojego czoła i zrywa knebel dłonią w rękawiczce. Wstrzymuję oddech, podnoszę wzrok i patrzę na maskę. Wpatrują się we mnie intensywnie turkusowe oczy – soczewki, prawda? To część przebrania, podobnie jak modulator głosu. Kątem oka dostrzegam krew tworzącą kałużę wokół martwej osoby z mojej klasy. Przeszywa mnie dreszcz. Więzy wbijają mi się głębiej w nadgarstki. Broń wycelowana jest teraz w drżącego człowieka klęczącego obok mnie w grocie. Staram się nie panikować; ujawnianie emocji to idealny sposób, żeby zapewnić sobie kulkę w łeb.
– Mów, gdzie je schowaliście – odzywa się piskliwy głosik.
Słychać okropny dźwięk, jakby ktoś się krztusił. Lufa błyskawicznie zwraca się w stronę tłumionego szlochu. Powtórka pytania. Kolejny knebel zdjęty. I następny.
Jesteśmy w tym wszyscy razem.
Zgodziliśmy się na to we czworo po wypadku w zeszłym tygodniu, ale wszyscy kłamaliśmy. Teraz zostało nas tylko troje. Kto pierwszy się złamie?
– Nikt? – pyta ostro metaliczny głos. – Okej, niech będzie, jak chcecie. Zabawmy się.
Serce łomocze mi o żebra, gdy celuje we mnie.
– Prawda czy wyzwanie.
– C-c-co?
– Nie każ mi powtarzać.
– W porządku… Wyzwanie… Nie, prawda. Chcę powiedzieć prawdę. Tak jak od początku, od pierwszego dnia… To oni… – Słowa zamierają mi na ustach. Kolejne kłamstwo.
– Zacznijmy od czegoś łatwego. Do której szkoły chodzisz?
Z moich ust wyrywa się westchnienie ulgi.
– Liceum Kingsborough.
– Zła odpowiedź. Martwe dzieciaki nie chodzą do szkoły.
Zamaskowana postać pociąga za spust.1
PONIEDZIAŁEK, 23 WRZEŚNIA, 7.29
LAYLA
Nie jestem złodziejką! Nigdy w życiu niczego nie ukradłam.
Ręce mi się trzęsą ze złości, gdy spryskuję włosy toną suchego szamponu przed lustrem w łazience; nie miałam czasu ich umyć. Przespałam budzik, po tym jak wreszcie udało mi się zasnąć koło czwartej nad ranem. Wcześniej leżałam w łóżku i odtwarzałam w myślach tę okropną scenę, kiedy pani Cavendish oskarżyła mnie o kradzież pierścionka z pokoju hotelowego. Podobno ktoś widział, jak wchodziłam w sobotę do apartamentu. Co za kłamstwo! Powiedziałam pani C, że ta osoba z kimś mnie pomyliła albo specjalnie mnie wrabia.
Ale ona nie chciała słuchać, tylko od razu mnie zwolniła.
„Powinnaś być wdzięczna, że nie wezwałam policji”.
Zanim zapłakana poszłam na postój traktora morskiego, Rachel, jedna z zatrudnionych na pełen etat pokojówek, uściskała mnie i zapewniła, że mi wierzy. Powiedziała, że w ostatnich miesiącach w Sea Haven znikała biżuteria i pieniądze, zginęła też srebrna ozdoba z lampartem. Pani C szukała kozła ofiarnego – uznała, że wyleje kogokolwiek i w ten sposób załagodzi ze starszą panią sprawę zaginionego pierścionka, bo nie chciała, żeby znowu pojawiła się policja. Twierdziła, że martwy pijany gość już dość kiepsko wpłynął na interesy w tym sezonie.
Tylko dlaczego padło akurat na mnie?
Pani C nie powiedziała nic, co brzmiałoby wprost rasistowsko, ale nigdy nawet nie spróbowała wymówić mojego nazwiska – Abdullatif – prawidłowo i uważała, że przezabawnie jest nazywać mnie Q.L., od Queen Latifah, w grafiku. Oczywiście cały personel urodzony i wychowany w północnej części hrabstwa Devon jakimś cudem unikał jej polowania na czarownice. Pani C nie ukarała nawet zarządcy nieruchomości za to, że zapomniał postawić tabliczkę UWAGA! NIEBEZPIECZEŃSTWO na szczycie urwiska za hotelem, skąd tamten gość spadł i się zabił.
– Pospiesz się! Jest już wpół do! – drze się pod schodami mama.
– Idę!
Nie mogę jej powiedzieć, co się stało – jej lista zmartwień i tak jest już pełna. Udam, że rzuciłam sobotnią pracę, bo miałam dość sprzątania toalet. Ta część mojej historii jest zgodna z prawdą. Wysłałam esemesa do Frankie, szefowej Lobster Bar, a ona zgodziła się przyjąć mnie na próbę jako kelnerkę w sobotni wieczór. Mogę towarzyszyć Liamowi. To najbystrzejszy uczeń w mojej grupie matematycznej i w całej szkole. Prawdopodobnie w całym Devonie.
– Laylo! – Tym razem to mój ojczym Leon. – Autobus nie będzie na ciebie czekał!
Jakbym nie wiedziała.
Sadysta Silas, gdy tylko zauważy mnie w bocznym lusterku, zawsze zamyka drzwi autobusu i zmusza mnie do biegu. Regularnie pokonuję drogę wstydu do miejsca, gdzie zwykle siadam, trzy rzędy od przodu, podczas gdy pozostałe dzieciaki witają mnie powolnymi oklaskami, w każdym razie te, które zdążyły się już obudzić.
– Zaraz będę gotowa!
Idę do swojego pokoju. Po drodze przystaję przy drzwiach Saliha i zaglądam do środka. Całą podłogę pokrywają klocki Lego – to pułapka specjalnie obmyślona tak, żeby zadawać maksymalny ból bosym stopom. Ściany oblepione są plakatami sławnych piłkarzy. Patrzę na głowę mojego brata wspartą na poduszce – kiedyś cała w ciemnobrązowych kędziorach, teraz jest łysa. Przystaję, nasłuchując oddechu, ale on nie wydaje żadnego dźwięku. Omijam maleńkie klocki i pochylam się nad łóżkiem, gorączkowo przyglądam się ustom i klatce piersiowej Saliha w poszukiwaniu jakiegoś ruchu.
Nagle siada na łóżku, wyprostowany.
– Wypad stąd, zanim czymś w ciebie rzucę!
Odsuwam się gwałtownie z poczuciem winy.
– Przepraszam, _habibi_! Chcesz czegoś?
– Żebyś się odczepiła? I nie jestem twoim kochaniem!
Wycofuję się, kuśtykając, bo płytka lego złośliwie wbija mi się w piętę.
– Okej, już mnie nie ma.
– I zamknij za sobą drzwi, MM!
Nienawidzę tego przezwiska – to skrót od „Mini Mama” – ale zanim zbiegnę na dół, zostawiam drzwi lekko uchylone.
– Nie zapomnij przyjść wcześniej dzisiaj wieczorem, żeby zająć sobie dobre miejsce – mówię do mamy i rzucam plecak obok pralki. Kładę bilety na stole, podczas gdy ona i Leon wpatrują się w wiadomość na jej komórce. Wkładam chleb do tostera, po czym wlewam wodę do kanaki i wsypuję do niej mieloną kawę i cukier. Nie przetrwam porannej matematyki bez kofeiny.
Stawiam tygielek z długą rączką na kuchence i sprawdzam telefon, czekam, aż mieszanka podgrzeje się i spieni. Napisała do mnie moja przyjaciółka Alvita:
_Nie spóźnij się na autobus. Zaklep miejsce dla Kaia!_
Dodała GIF-a z dwoma całującymi się pluszowymi misiami. Odpowiadam zarumienionym emoji. I po co się przyznawałam, że on mi się podoba? Będzie mnie teraz męczyć, żebym z nim flirtowała w drodze do szkoły. Na szczęście Alvita wsiada później, w miejscu, skąd zabiera się najwięcej dzieciaków, a on już wtedy będzie siedział. Muszę się zbierać. Jest tylko jeden poranny autobus dla uczniów, których nikt nie odwozi do szkoły. Zero szans, żeby mama czy Leon mnie podrzucili, a nie mogę zacząć nauki jazdy, dopóki nie skończę siedemnastu lat, dopiero w styczniu.
Zdejmuję tygielek z kuchenki, gdy piana się unosi, i odstawiam go z powrotem, tak jak Baba – tata – mnie nauczył. Zerkam na mamę i Leona, ale oni są przyspawani do jej telefonu.
– Słyszeliście mnie? Koncert zaczyna się o piątej, ale wpuszczają od czwartej trzydzieści. – Zerkam na toster. Przy wszystkich działa jak trzeba, ale ja musiałam go czymś wkurzyć w poprzednim życiu. Zawsze zwęgla mi pieczywo swoimi złowrogimi promieniami śmierci.
– Co się stało?
Mama patrzy na mnie niewidzącym wzrokiem. Pod oczami ma ciemne obwódki; znów się nie wyspała, bo co parę godzin zagląda do Saliha. Odgarnia przetłuszczony kosmyk kasztanowych włosów, który wysunął się z kucyka.
– Coś mamy w planie? – wtrąca Leon.
– Halo? Koncert mojego chóru! Śpiewamy piosenki z _Króla rozrywki_.
– To już dziś? – pyta mama i marszczy czoło.
Zapomnieli! Odkąd kilka miesięcy temu zdiagnozowano u Saliha neuroblastomę, znalazł się na pierwszym miejscu, i słusznie. Musieliśmy zrezygnować z różnych rzeczy, wiele poświęcić. Ale zepchnięcie na drugie miejsce… cóż, czasem bywa bolesne.
Mama cmoka z dezaprobatą i przeszukuje wzrokiem kalendarz na drzwiach lodówki.
– Na pewno zapisałam. Zakręciłam się przez to eksperymentalne leczenie Saliha. Wypadło mi z głowy, żeby znaleźć dla niego opiekę, przepraszam.
– W porządku. – Staram się nie okazać zawodu. Mama i Leon myślą wyłącznie o tym amerykańskim leczeniu, od kiedy wysłali zgłoszenie w zeszłym miesiącu. – Będę w tylnym rzędzie. I tak byście mnie za bardzo nie widzieli.
– Myślałem, że jesteś jedną z solistek – mówi Leon.
Wzruszam ramionami.
– Nie dostałam tej piosenki, którą chciałam.
To kłamstwo, ale nie muszą znać prawdy. Pan Grange zdegradował mnie do chóru, po tym jak opuściłam zbyt wiele prób. Przeniósł spotkania z pory lunchu na szesnastą, a ja nie chciałam zawracać głowy mamie i Leonowi, żeby odbierali mnie tak późno. Powinnam też uczęszczać do klubu pracy domowej po szkole, nadrobić zadania z muzyki i teatru. Przez brak snu moja koncentracja leży.
Potrząsam tosterem, po czym odłączam go z gniazdka i wbijam do środka nóż. Pieczywo się spaliło. Unosi się dym, gdy uwalniam tlące się czarne kromki. Wyrzucam je do kosza i kieruję się do tygielka. Kawa kipi. Poddaję się, serio.
– Nie, Laylo, to wcale nie jest w porządku!
Odwracam się na pięcie. Mama zasłania twarz dłońmi, ma opuszczone ramiona. Leon ją obejmuje. Jestem okropnie samolubnym człowiekiem. Żałuję, że w ogóle wspomniałam o tym koncercie. Pewnie lepiej będzie, jeśli nie przyjdą. Nie chcę, żeby wpadli na panią C – jej córka, Fliss Cavendish, jest jedną z solistek. Zaraz, a może to Fliss sprawiła, że wyleciałam z pracy, żeby mogła rozsiewać plotki na mój temat po całej szkole? Wcale bym się nie zdziwiła.
– Nie ma sprawy, naprawdę!
Mama kręci głową i ociera oczy rękawem.
– Co się stało? O co chodzi? – pytam.
– Lekarz ze Stanów przysłał nam maila w sprawie tego eksperymentalnego leczenia – odpowiada cicho Leon.
W moje serce wbija się maleńki sztylet.
– Nie przyjmie Saliha?
– Nie, twój brat został przyjęty. – Oczy Leona zachodzą łzami. – Moglibyśmy polecieć i od razu rozpocząć terapię.
– N-n-nie rozumiem. To świetna wiadomość… prawda? – Uważnie przyglądam się ich twarzom. Nie widzę na nich szczęścia. – Dzięki temu Salihowi się poprawi. Powiedzieliście, że to eksperymentalne leczenie, ale być może pozbyłby się raka na zawsze.
– Masz rację – mówi mama. – To jego jedyna…
– Sandy! – przerywa jej Leon.
– Chciałam powiedzieć… to największa szansa dla Saliha, żeby wrócił do zdrowia.
Gwałtownie wciągam powietrze, gdy dociera do mnie znaczenie jej słów. To jedyna szansa dla Saliha na pokonanie nowotworu – rzadkiego, ale agresywnego. Chwytam się blatu, a kuchnia wiruje. Podczas ostatniej wizyty w szpitalu lekarz powiedział, że Salih „dobrze reaguje na leczenie”. Mama i Leon uściskali się i odtańczyli zwariowany taniec wokół jego łóżka. Ale gdy teraz patrzę na ich pełne cierpienia twarze, dociera do mnie, że byłam głupia. Guz przecież wciąż tam jest. Mógł urosnąć, dać przerzuty, jak rak płuc Baby. Tata umarł rok po otrzymaniu diagnozy, niedługo po trzecich urodzinach Saliha.
– To w czym problem?
Zagryzam dolną wargę, gdy mama wpatruje się w stos wyciągów bankowych i niezapłaconych rachunków na stole.
– Ile potrzebujemy? – Milknę i szybko obliczam w myślach. – Mogę pomóc, zaoszczędziłam jakieś czterysta funtów. – Jeśli dostanę tę fuchę kelnerki, mogłabym ubłagać Frankie o zmiany w dni powszednie i weekendy.
– Dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów – odpowiada cicho Leon.
Kolana uginają się pode mną. Wzdłuż mojego kręgosłupa wędrują lodowate dreszcze. Równie dobrze mógłby powiedzieć: dwa miliony. Mama opiekuje się Salihem przez całą dobę, siedem dni w tygodniu, a u Leona uraz pleców wykluczył pracę na budowie. Dopiero teraz znalazł fuchę jako kurier na część etatu, choć przeprowadziliśmy się do Sandstown, miasteczka na obrzeżach Kingsborough, dziewięć miesięcy temu.
– Co zrobimy? – Głos mi się łamie.
– Ty się tym nie martw. Coś wymyślimy. – Leon marszczy brwi. – Ubłagam bank o pożyczkę. Może moi rodzice mogliby wziąć większy kredyt pod hipotekę i…
– Zakładam dziś zbiórkę na JustGiving – przerywa mu mama. – I poproszę o pomoc twoją babcię.
Marszczę czoło. Teta nie rozmawia z mamą od jej ślubu z Leonem trzy lata temu i dzwoni do mnie, żeby dowiedzieć się, co u Saliha. Przed emeryturą prowadziła sklep z _ful medames_ w Kairze, który cieszył się popularnością i obsługiwał codziennie tłumy głodnych klientów, ale nigdy nie była megazamożna.
– Na pewno mnóstwo ludzi zechce się dorzucić, gdy usłyszą jak… – mówi mama okropnie drżącym głosem – jak ważna jest ta sprawa. – Chce powiedzieć: to sprawa życia i śmierci.
Oboje silą się na uśmiech, ale nie dostaną Oscara dla najlepszych aktorów. Ból w mojej piersi narasta, jakby jakieś ostrza wbijały mi się w ciało.
Otwieram usta, ale Leon wciska mi plecak i kurtkę do rąk i kieruje mnie do przedpokoju.
– Silas w końcu odjedzie bez ciebie!
Wyprowadza mnie na dwór i zamyka za mną drzwi wejściowe, zanim zdążę zaprotestować. Nie wiem, jak udaje mi się zejść ze wzgórza. Mam wrażenie, jakby moje nogi zmieniły się w ołowiane ciężarki. Na wpół idę, na wpół zataczam się w kierunku przystanku, w żołądku mi się kotłuje i czuję mdłości.
Jeśli nie znajdziemy sposobu, żeby zdobyć dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów, mój superwkurzający, zabawny, uwielbiający piłkę nożną brat może umrzeć.
Nie zamierzam na to pozwolić.
Zrobię absolutnie wszystko, żeby go uratować.
Kanaka – egipski tygielek do parzenia kawy (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
Egipska potrawa z bobu.