FRATER ARCANUS - ebook
FRATER ARCANUS – tajemnica, historia i sprawiedliwość, która nie zna granic czasu. Były funkcjonariusz tajnych służb kupuje starą kamienicę, nie przypuszczając, że odnajdzie w niej opowieści o zagadkowej zakapturzonej postaci. Kim jest Tajemniczy Zakapturzony? Legendą, mścicielem, a może kimś, kto od wieków pojawia się tam, gdzie zawodzi ludzka sprawiedliwość? To pełna zagadek fikcyjna opowieść, w której wątki historyczne przeplatają się z czarnym humorem i skłaniającą do refleksji fabułą. Adam Kurpierz to niezależny polski autor, znany również z publikacji Aniołowie wg Łysego Adama, Ciekawostki historyczne wg Łysego Adama. Okultyzm nazistów, Nierządnice wg Łysego Adama oraz rymowanej opowieści Adamus 7 Istnień i kilku innych publikacji. FRATER ARCANUS to propozycja dla czytelników ceniących oryginalne historie, tajemnice i nieoczywiste spojrzenie na dzieje oraz ludzką naturę.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Fantasy |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788396976482 |
| Rozmiar pliku: | 2,9 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
„_Istota zwyborem”_
_Człowiek jest istotą urodzoną zwyborem,_
_Może żyć bez wyrazu, albo zhonorem._
_Stworzenie uczynione znasienia,_
_Na własne życzenie przez życie się zmienia._
_Adam Kurpierz_
Świat przyspieszył tak bardzo, że człowiek coraz częściej nie nadąża sam zasobą. Samotność staje się coraz bardziej uciążliwa. Naprawdę można być „samotnym między ludźmi”. Iwcale nie trzeba być zamkniętym wsobie człowiekiem. Jak powiedział pewien mędrzec _„Krótkotrwała jest chwila, którą ludzie dają”._ Nastały czasy, gdzie często patrzy się tylko na swoje „ja”, ale tylko pozornie, bo wielu przecież już się zagubiło wobec siebie samych. Alienacja isamotność pogłębia się, jak domino…Często słyszy się utarte schematy, że życie nie jest usłane różami. Nie jest. Raczej jest usłane gównem nieżyczliwości, ocenianiem, adla nawiedzonych wszelkiej maści, refleksyjnie warto wspomnieć, że najczęściej jest gwałcone „przykazanie” istarożytna zasada, żeby nie mówić fałszywego świadectwa przeciwko bliźniemu swemu. Akrzywda języka jest brutalniejsza niż rany fizyczne.
Zabiegani ludzie XXI wieku, niby wszyscy są połączeni —komunikatorami, spotkaniami online itysiącem zdjęć iinnymi substytutami relacji wrzucanymi codziennie dosieci — ajednak samotność współczesnego człowieka zrobiła się większa niż niejedna średniowieczna puszcza. Każdy ma jednak swoją historię życia. Nie wszystko na szczęście wydaje się smutne ina pewno każdy człowiek jest inny. Historia nie zaczyna się od pięknych bohaterów. Bo bohaterów nie ma. Są tylko ludzie. Trochę wkurzeni na cały system rzeczywistości, ale też odnajdujący swoje radości życia… Trochę smutni. Trochę zagubieni. Jak większość znas.
Adam nie miał jeszcze pięćdziesięciu lat, ale jego twarz, podczas niekonwencjonalnej pracy wspecjalnych, tajnych jednostkach specjalnych, októrych nie mówił wzasadzie nikomu, nawet cząstkowo rodzinie wyglądała, jakby życie zdążyło już przejść po niej kilka razy. Przeorany czasem przez sytuacje życia. Nie zatracił jednak swojego charakteru. Był sobą, ale zrozwalona głową. Nie zostawiając tym razem fajnej wizytówki.
Kiedyś był kimś innym. Kiedyś wierzył wlepszy świat iludzi, ale jak wiemy wszystko ma kiedyś swój koniec. Adam pracował wsłużbach specjalnych, wstrukturach, które oficjalnie nie istniały. Nie było to Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego itym podobne. Były to dziwne, tajne służby, czasem demaskujące tych pierwszych, jednak ostatnie lata pracy to był jednak czas rozbijania grubych grup przestępczych. Brak personelu. Stare wymówki. Kiedyś były inne zadania. Łącznie zbadaniem kwestii parapsychologicznych. Szeroki wachlarz tych służb, który szybko się rozjechał. Coś na wzór super służby bohaterów. Wyglądało jednak wpraktyce na to, że ktoś naoglądał się zadużo filmów oBatmanie iinnych super bohaterach. Pierwotnie miała to być najtajniejsza znajtajniejszych służb, mająca mieć władzę nad pozostałymi, ale miała mieć autonomiczne działania. Ogólnoeuropejski twór, który posypał się wpraktyce. Jak się okazało świat przestępczy był bardzo szeroki inie dało się wpływać na wszystko iszukać sprawiedliwości wkażdej dziedzinie, aszczególnie wtej zakrytej, tajemniczej. Wkońcu zakurtyną świata dzieją się wielkie, dziwne rzeczy, asieć wzajemnych powiązań idziwnych interesów jest większa niż oficjalna inicjatywa iidea poczciwych sprawiedliwych, jakby to ktoś określił wtym dziwnym projekcie. Dosamego projektu brano byłych funkcjonariuszy A.B.W., pracowników wywiadu ikontrwywiadu wojskowego, ich odpowiedników zagranicznych, ale też ludzi owybitnych zdolnościach, których nie dało się sklasyfikować iwrzucić dojednej szuflady.
Jednak mafie okazywały się często dobrze ubranymi ludźmi wbiałych kołnierzykach ico istotne, to one miały wpływ na różne tajne eksperymenty, przedsięwzięcia szeroko rozumiane oczywiście. Nie mówimy tutaj oczywiście ojakichś pionkach, czy nawet bossach oficjalnych grup. Nawet zakurtyną konwencjonalnej mafii działała ta inna zacałkowicie tajemnicza, kompletnie nie rzucająca się woczy, ale nad wyraz wpływowa. Wbiałych rękawiczkach polityka ibiznes były tylko różnymi nazwami tego samego stołu. Ale tam było głębiej. Mroczniej ibardziej enigmatycznie. Przyszedł czas zwolnienia zesłużb.
Tajna, inna spec służba zkilku powodów umarła śmiercią naturalną. Zmieniano Adamowi tożsamość. Apotem jeszcze raz. Ijeszcze raz. Wpewnym momencie sam przestał być pewien, gdzie kończy się jego życie, azaczyna rola.
Zmienił branżę, żeby nie zwariować, abył już bliski obłędu. Teraz jeździł po Polsce iprowadził szkolenia. Katowice. Warszawa. Wrocław. Poznań iwiele innych. Wpraktyce cały kraj.
Adam potrafił mówić godzinami. Nawet orzeczach nudnych potrafił mówić tak, że ludzie przestawali sprawdzać telefon. Chociaż czasem kawa była gorzka jak spotkanie zbyłą dziewczyną.
Ale po szkoleniach wracał dodomu. To były takie cykle. Doweekendu mega aktywność, później wolne. Wtedy zaczynało się jego prawdziwe życie. Cisza. Nie romantyczna. Tylko ciężka. Jako były pracownik służb był kiedyś cały czas wakcji. Teraz samotność. Jak stary dworzec, na którym nikt już nie wysiada.
Adam czytał wszystko. Nie był jedno tematyczny, nie myślał też schematycznie. Zawsze był inny. Religie. Legendy. Historię wojen. Biografie ludzi, którzy przegrali zwłasnymi ideami. Czytał zapomniane dzieła autorów, októrych już dawno zapomniano…Z całego gąszczu lektur ostatnio siedział wtych tematach.
Mieszkanie miał zawalone książkami. Na stole. Na podłodze. Wkuchni. Nawet włazience.
W praktyce wypalony ludźmi, zaczął doceniać samotność. Trochę nawet zabardzo, bo stał się swego rodzaju odludkiem. Choć podświadomie tęsknił zalepszym życiem. Nie określił jednak tego przebywania wtym, czy wbliżej nieokreślonym tajemniczym przyszłym czasie… Pewnego razu spotkał się zpewną refleksją starego pisarza: _„Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma: wprzyszłości już nas nie ma, dlatego wydaje się nam ona wspaniała”._
Życie jest bardziej skomplikowane niż nam się wydaje. _„Czy Twoje czyny zażycia naprawdę brzmią echem wwieczności?”-jak to głosił pewien plakat dawno temu…_
Dworce były jego ulubionym miejscem. Adam zaczął podróżować pociągami. Bardzo to polubił. Oczywiście doceniał to również winnych krajach. Miał kilku fajnych znajomych wInterpolu, więc zawsze było gdzie się zatrzymać. Miał już dość szybkich samochodów igeneralnie pojazdów. Najeździł się już nimi przy różnych akacjach pracując wcześniej wsłużbach.
Pokochał dworce, lubił teraz wciszy poobserwować ludzi. Chyba większość znas ma takie momenty, zelubimy poobserwować ludzi, ale tak pozytywnie, ciesząc się zich ciepłych, ludzkich spojrzeń. Ale też nie zawsze tak jest.
Zmęczone twarze, ale też bardzo radosne, szczęśliwe. Fałszywe uśmiechy, ale też akty przyjaźni, miłości isympatii. Pośpiech, który udaje sens, aczasem sens wpośpiechu, jeśli ktoś wracał doludzi imiejsc, które kocha, lub dokogoś, kto na niego czeka.
Pewnego dnia wWarszawie zobaczył staruszka rozmawiającego zgołębiem.
— Ludzie już mnie nie słuchają — powiedział starzec — to przynajmniej ptaki. Wolał obsranie przez ptaki, niż przez ludzi, których spotkał.
Adam odpowiedział: — Uważaj, jeszcze urząd miasta uzna to zakonsultacje społeczne.
Staruszek śmiał się długo. Ito był jeden ztych momentów, które trzymają człowieka przy życiu. Pierdoły, dialogi oniczym, ale kontakt jest ważny.
Czasem takie pierdoły potrafią rozjaśnić oblicze iczęsto przypadkowe rozmowy oniczym.
Pewnego dnia Adam porzucił swoją pracę. Ta drugą. Postanowił żyć zoszczędności. Jednak tego dnia, wktórym rzucił pracę kupił pewien kupon loteryjny. Kupił go przypadkiem na dworcu wsklepie. Ztego względu, że nad wyraz ładna dziewczyna stała zakasą wtym czasie.
— Może dziś odmieni pan życie — powiedziała kasjerka.
— Moje życie nie reaguje już na cuda — odpowiedział.
Wieczorem sprawdził wyniki. Usiadł. Potem wstał. Potem znowu usiadł.
Wygrał. Tak dużo, że aż absurdalnie.
Człowiek nagle atrakcyjny…
Mimo tego, że być może przez swoje doświadczenia wsłużbach stał się samotnikiem, choć wcale nie miał takiej natury, to jednak wykonał kilka telefonów do„starych znajomych”, którzy wogóle się doniego nie odzywali, informując obajecznej wygranej. Może dlatego, że był pijany iwłączył mu się styl gadki mimo wszelkiej ostrożności, jaką darzył wostatnim czasie ludzi. Sprzedany przez ludzi był nie raz. Wydawać się to mogło naiwne, ale tak właśnie zrobił. Telefony zaczęły dzwonić. Ludzie przypomnieli sobie, że istnieje.
— Zawsze wiedziałam, że jesteś wyjątkowy — napisała dawna znajoma. Ipewien znajomy…
— Wcześniej byłem wyjątkowo niewidzialny — odpisał.
Adam pomagał ludziom, ale nie naiwnie.
Nie wierzył wludzi, którzy „nagle się poprawiają”, kiedy widzą pieniądze.
Pomagał tym, których znał. Cicho. Bez rozgłosu.
— Pomoc dla poklasku to inwestycja wego — mówił.
A jednak wśrodku nadal był pusty. Isamotny jak drewniany kibel perzy starej chałupie. Nie był jeszcze mimo wszystko obesrany gównem tego świata, choć smród na pewno mu się udzielił.
Adam próbował czasem zagłuszyć samotność. Luksus. Whisky. Hotele. Ale było to jednak dalej puste. Nie leżące wjego naturze. Przypomniał sobie pewną dziewczynę, którą kiedyś wyciągnął zrąk mafii, aktóra pracowała mimo to już „na swoją rękę”.
Kilka razy się znią spotkał…
Kobieta powiedziała: — nie przychodzisz tu po seks.
— Apo co?
— Żeby ktoś na ciebie patrzył jak na człowieka.
To zabolało bardziej niż wszystko inne.
Wkońcu po chwilowym hedonistycznym opamiętaniu kupił stary dom. Kamienica była piękna. Pełna historii, których nikt nie chce opowiadać.
Były właściciel zostawił po sobie bibliotekę.
Tysiące książek.
Adam wszedł tam ipierwszy raz od lat poczuł coś na kształt sensu ipoczucia czegoś nowego. Odświeżenie monotonnego życia. Zkamienicą sprzedane były zabytkowe meble, ogromna biblioteka ipełno staroci zróżnych epok.
Sprawdzał regal po regale. Historia. Religie. Wojny. Okultyzm.
I coś jeszcze…Nie jakieś tajemnicze przejście wścianie, nie jakaś enigmatyczna skrzynia, ale dwa puste kartony po bananach…A tam opowiadania… Pierwotnie pomyślał, że stary właściciel nie zdążył zrobić wszystkich porządków. Adam ogarnął porządki wcałej wielkiej chałupie, ale tej skrzynki po bananach zKolumbii nie zauważył. Czasem tak bywa. Tak jak wżyciu, nie zauważamy tego, co jest blisko…
Adam był już teraz wolny od trudnych spraw wsłużbach, od ludzi zktórymi nie chciał się już raczej spotkać, od głupich pytań iw jakimś sensie od dotychczasowego życia, które mu już szczerze obrzydło. Przynajmniej wtakiej formie. Zboku patrząc, ktoś by pomyślał: „Wolny człowiek”. Jednak co to zażycie ztaką wiedzą jaka miał. To jakby wyjść spod prysznica zaraz doszamba. Nie da się zmyć przeszłości. Nie był też typem człowieka, któremu wszystko jedno, czy lato, czy zima.
Spotkał się jednak kiedyś zprostym tekstem pewnego autora: _„Ażeby zacząć żyć prawdziwym życiem, trzeba najpierw odkupić naszą przeszłość, skończyć znią.”_KRONIKI
„_Lepiej umrzeć zpowodu surowego klimatu niż_
_z prowincjonalnej nudy”- XIX wieczny pisarz._
„_Zmęczony”_
_Zmęczony człowiek, po dniu życia wrzuca na łózko swoje zwłoki,_
_I już otacza go sen głęboki…_
_Wydarzenia życia różne, jak różne są karty,_
_Tyle, że życie to gra nie na żarty._
_Niektórzy „mędrcy” powiadają,_
_Że tylko nieliczni asy mają…_
_Adam Kurpierz_
Wśrodku kartonu po bananach były rękopisy ijakieś notatki. Wkilku językach.
Opowieści oTajemniczym Zakapturzonym.
Zakapturzony, Szukający Sprawiedliwości, Mnich, Mściciel-takie widział odręczne zapisy na każdej kartce zrobione przez pewnego człowieka, który miał dostęp dotych przeróżnych opowieści, tworzących swego rodzaju całość…Takie notatki na karteczkach zrobione być może przez byłego właściciela kamienicy.
Na pierwszej stronie był taki napis na zalanej ibrudnej kartce:
„Pojawiał się wróżnych epokach. Izawsze robił jedną rzecz:
Przywracał równowagę tam, gdzie prawo przestało działać”.
Tajemniczy wykonawca sprawiedliwości. Człowiek wkapturze. Nikt nie znał jego prawdziwego pochodzenia, nawet on sam…Czasem odnosiło się wrażenie, że był od niepamiętnych czasów…
Widział ludzi mądrych, ale zagubionych iniedocenionych, widział prostaków udających bohaterów chwili, widział prostych, ale bardzo porządnych ludzi, widział wszelkie kurestwa świata, ale też bohaterstwo ludzi, którzy, co prawda nie zapisali się często wpamięci ludzi, ale na kartach wieczności…
Dalej były jakieś rozerwane, nie trzymające się kupy na pierwszy rzut oka notatki…
Różne wieki, przeplatały się wtych opowiadaniach. Całe gówno świata, abardziej poranionych ludzi, czasem świadomych, aczasem błądzących wewłasnej głupocie.
Każdy czas imiejsce miał jednak swoich bohaterów. Zwykłych, czasem cichych, skromnych.
Prawdziwi bohaterzy życia…
Był jednak ktoś dziwny dozaklasyfikowania wśród nich… Tajemniczy Zakapturzony Byt.
Zakapturzony pojawiał się wszędzie tam, gdzie człowiek stawał się potworem dla drugiego człowieka.
Nie był bohaterem. Nie był świętym. Często wręcz przeciwnie.
Był korektą. Aczęsto samozwańczym sędzią, araczej wykonawcą. Zawieszony między sprawiedliwością, aprzemocą. Tajemniczy byt nie znający swojego prawdziwego oblicza…
Dziwne uczucie ogarnęło Adama. Przeglądał po woli grube warstwy papierów wyglądających na różne epokowo. Postanowił przenieść całość dowielkiego, pięknego salonu. Usiadł na wygodnym fotelu, zapalił piękną lampę ipostanowił zajrzeć dotreści. Wpewnym momencie powstały przeciąg zotwartego okna rozsypał wszystkie kartki. Były to różne opowiadania m.in. wjęzyku polskim, niemieckim, łacinie, pisane pismem gotyckim. Jakiś kosmos, co to jest?
Adam pozbierał rozwalone papiery. Spostrzegł jednak po przeczytaniu pobieżnie kilku fragmentów, że cały czas, choć historie nie są powiązane pojawia się postać tajemniczego mnicha, zakapturzonej postaci… Ciekawość zaczęła go zżerać. Zostawił na chwilę papiery izamówił zdostawa dodomu prowiant na kilka dni. Odtworzywszy zkolekcji prywatnej ekskluzywne wino zXIX wieku usiadł teraz spokojnie wfotelu inie układając już kartek opowiadań wziął pierwsza lepszą. Widział wiele, ale było to ciekawe doświadczenie. Adam biegle znał kilka języków, więc nie było żadnego problemu. Nawet sobie pomyślał, że zapoznanie się ztymi tekstami będzie fajna odskocznią iczymś innym, nowym. Choć kupiona kamienica była stara, to znalezisko nie było ukryte wtajemnych przejściach iskrytkach. Po prostu rozwalony karton niczym pochwa starej prostytutki…
Było już dość późno. Noc sprzyja ciszy, acisza przemyśleniom. Adam był wyjątkowo wypoczęty wtym czasie. Ao śnie nawet nie myślał. Zadziałała adrenalina, jakby ktoś określił. Ciekawość nie dawała mu spokoju.
Co to zaopowiadania, co to zateksty? Oco tu chodzi?
Wstępnie wyglądało to na jakieś niezależne opowiadania, ale klimat zdoświadczenia mógł tworzyć całość…
Dziwne to będą opowiadania…Myślał Adam wduchu, przeczuwając te wszystkie historie, że będą po prostu „inne”.MŚCICIEL WKAPTURZE
„_Straszne jest to, co niezrozumiałe”-pewien pisarz_
„_Walka”_
_I znów stajesz cały wzbroi,_
_Bo cios bez zbroi strasznie się goi._
_I znów musisz walczyć oswoje życie walcząc otwarcie iwalcząc skrycie…_
_Adam Kurpierz_
Adam wziął okulary izaczął czytać tą tajemniczą opowieść…Przy każdej ciekawostce historycznej „komentował sobie wgłowie” opisy…Pierwszy, tekst zbrzegu, pierwsza kartka…
Opowiadanie wyłoniło się zmgły, dosłownie…Wszędzie tam, gdzie pojawiał się Tajemniczy Zakapturzony, pojawiała się też mgła, choćby przez chwilę, co nie było naturalnym zjawiskiem dla postronnych obserwatorów. To ona niejako przemieszczała go wczasie, lub była nośnikiem czasu, bo istniał jeszcze silniejszy byt od samego Zakapturzonego…
Na pograniczu Śląska iŁużyc, tam gdzie lasy robią się gęste imają swój mroczny klimat, amgła potęguje napięcie itajemniczość, jednocześnie tworząc piękny oryginalny obraz, leżał trakt między dwoma miejscami, októrych szeptano przy ogniskach: między zamkiem Czocha adrugim zamkiem, którego nazwa wkronikach bywała zapisywana różnie — jedni mówili „Miecz”, inni „Mecz”, ajeszcze inni twierdzili, że to wcale nie był zamek, tylko coś, co udawało zamek, żeby ludzie nie zadawali zbyt wielu pytań. Zamek przy samej trasie kupieckiej, niemal przy drodze…
Nie było sensu podniecać się artystycznymi obrazami przyrody wniekończących się tekstach. Ona była po prostu piękna, dzika, azarazem bardzo mroczna…
Ale ludzie pytania itak zadawali.
Bo wtych lasach ludzie znikali. Zagrożenie było bardzo prawdziwe. Nie były to bezpieczne spacerki wśród zieleni. Sporo dzikiej zwierzyny, ale też nie mało zbójników. Takie dziwne czasy…
A ludzie znikali iznikali…Nie od razu. Najpierw znikały wozy kupieckie. Czasem samotni posłańcy, choć niektórzy świetnie wyszkoleni wsztuce władania białą bronią. Potem znikały mniejsze grupy, najczęściej kupców ihandlowców, apóźniej konie. Był taki czas, że konie już bez swych panów odnajdywały drogę docelową. Konie bywają bardzo wierne, atez świetnie znają drogę doswojej stajni. Byli itacy, którzy oznikanie obwiniali złe moce, ale nieco mądrzejsi wiedzieli, że jest to sprawka czysto ludzka. Przecież wtych niebezpiecznych czasach nie brakowało różnej maści zbirów. Potem znikały całe karawany. Ana końcu — nawet echo. Strachem było przemieszczanie się po tych starych szlakach. Przecież często były one głównymi ijedynymi sensownymi drogami, żeby nie zboczyć isię nie zagubić. Ci, którzy próbowali innych dróg, próbując uniknąć szabrowników często padali ofiarą głównie wilków, ale też „nieprzychylnie nastawionych ludzi”. Wielokrotnie walały się kości, nawet na oficjalnych szlakach wyciągnięte przez dziką zwierzynę. Ale częstotliwość znikania ludzi na oficjalnych szklakach była od pewnego czasu nad wyraz częsta…
I właśnie tam pojawili się oni.
Raubritterzy. Legendarni zdobywcy zamków. Oczywiście nielegalnie. Wyszkoleni wojownicy.
Zakapturzony widział coś jeszcze w„dalszej okolicy”, jakby to ktoś przewrotnie stwierdził…Las otaczający zamek wŚwiebodzinie zdawał się wstrzymywać oddech. Na murach płonęły pochodnie, az kaplicy dobiegał śpiew mnichów. Oficjalnie warownia należała dochrześcijańskiego możnowładcy. Wwielkiej sali wisiały chorągwie zkrzyżami, aściany zdobiły malowidła przedstawiające rycerzy Okrągłego Stołu, króla Artura, Grala iwalkę dobra zezłem. Taka niby typowa opowiastka średniowiecza…
Każdy przybysz igość widział jednak tylko tę część zamku. Niewielu wiedziało, że pod kamiennymi schodami znajdowały się stare piwnice, znacznie starsze od samej twierdzy. Nie prowadziły donich żadne oznaczenia. Asame doły obiektu zamknięte były potężnymi drzwiami. Aza nimi jeszcze dwa przejścia…Sekretne drzwi otwierano wyłącznie nocą.
Tam, głęboko pod ziemią, zbierała się niewielka grupa ludzi. Jedni nazywali ich uczonymi. Inni alchemikami. Jeszcze inni szeptali, że odprawiają zakazane obrzędy. Na kamiennych ścianach widniały dziwne symbole. Część przypominała znaki astrologiczne. Itak też na pierwszy rzut oka było…
Lecz pomiędzy nimi znajdowały się tajemnicze symbole, których nie znał żaden kronikarz, aw przyszłości żaden uczony nie był wstanie ich rozszyfrować. Takie swego rodzaju hieroglify, stworzone wdawnym średniowieczu… Nie należały doalfabetu. Nie przypominały run. Wyglądały tak, jakby ktoś próbował zapisać język nieistniejącego świata. Świata tajemnego.
Tamtej nocy pojawił się Zakapturzony. Nie przyszedł dopiwnic. Stanął na dziedzińcu. Patrzył wciemność. Często była ona dla niego wytchnieniem, choć działał również zadnia…Bardzo interesował się duchowością ludzi, nawet ta mniej konwencjonalną. Chciał poznać istotę tego, wco tak naprawdę wierzą ludzie, be żadnej ściemy imasek… Atych wierzeń różnego rodzaju, które spotkał wróżnych epokach było bez liku. Wysnuł sobie jednak pewien wniosek. Często ludzie wierzyli inaczej niż nakazywał oficjalny system religijny.
Jednak znowu czuł złoczyńców…Czuł, że zbliża się coś znacznie gorszego. Daleko na zachodzie płonęły osady, czasem małe. Zresztą nie było wtamtym rejonie potężnych miast. Pojawili się oni…
Brutalni rycerze, przed którymi drżały niejednemu nogi.
Raubritterzy. Rycerze-rabusie.
Ludzie, którzy bardziej przypominali bandytów niż wojowników. Mieli wiedzę bitewną, ale nie tylko. Nie byli to prostacy.
Napadali na kupców. Szukali wpływów.
Palili gospodarstwa. Liczyli na poddaństwo narzucone siłą. Porywali dzieci dla okupu. Ładne dziewczyny nie uniknęły zetknięcia się zich penisami, aniektóre nawet były tym podkręcone. Wielcy wojowie jak na średniowiecze, które nie słynęło zwysokich mężczyzn. Jak to ktoś powiedział, to efekt przejścia ludzi, którzy znatury byli pierwotnie mięsożerni wrolników, gdzie dominowały głównie zboża… Asamo średniowiecze nie było też takie, jak krzywdząco przedstawiają to później żyjący ludzie… Jednak pomimo rozwoju architektury, uniwersytetów, różnych nauk zdrugiej strony też był mrok, zabobon, ubóstwo, dzicz ibieda…
Rycerze-zbójnicy mordowali tych, którzy nie mieli czym zapłacić.
Ich dowódca usłyszał plotkę.
– Wzamku ukrywają kosztowności. Może jest coś jeszcze…
– Iksięgi pełne tajemnic. Czy też tajemniczą broń…
– Pora na działanie, żeby dać wiarę zasłyszanym plotkom.
Nad ranem ruszyli. Świetnie zorganizowani wojownicy. Doświadczeni wpodobnych akcjach, ulepszający swoje działania ipotrafiący, jak im się wydawało trzymać przysłowiowego „byka zarogi”. Pierwszy dym pojawił się przed świtem. Mieszkańcy zamku rzucili się doucieczki. Matki chwytały dzieci. Starcy nie nadążali. Kapłani wynosili relikwie. Wpiwnicach alchemicy gasili świece. Niektórzy nawet pomyśleli, że to interwencja Kościoła… Jeden znich chciał zabrać kamienne tablice pokryte znakami.
Drugi krzyknął:
– Nie ma czasu! Zaraz zetną nam głowy!
Zakapturzony wszedł pomiędzy uciekających.
Nie wydawał rozkazów. Pojawił się jak cień. Niektórzy wtym szoku nawet nie pytali się skąd się pojawił…Po prostu prowadził ludzi. Spontanicznie iz pomocą. Wiedział, gdzie znajdowało się stare przejście wykute jeszcze przez pierwszych budowniczych. Jedna po drugiej całe rodziny znikały wciemnym tunelu.
Raubritterzy wdarli się na dziedziniec. Zaskoczyli jak zwykle. Wcześniej przeprowadzili sobie swego rodzaju zwiad, więc wiedzieli, gdzie, kiedy io jakim czasie uderzyć.
Zobaczyli samotną postać wczarnym kapturze. Zresztą Tajemniczy Zakapturzony zawsze był sam…
– Zejdź zdrogi człowieku!
Dowódca zaśmiał się. Pomyślał sobie, że jest to jakiś samozwańczy bohater, który chciał wtej sytuacji pokazać swojemu światu, że ma jaja. Zakapturzony nie odpowiedział. Pierwszy napastnik zamachnął się toporem. Zakapturzony wniebywałym, wręcz nadludzkim tempie wyciągnął jeden zeswoich mieczy. Miał zawsze dwa, tajemniczo schowane wskrytkach płaszcza. Miecze były dość dziwne. Mogły po złączeniu tworzyć jeden wielki miecz, ale często Zakapturzony rozdwajał go na dwie części, choć nie jedna zbrodnicza główka poleciała zostrza niby tego jednego…Ostrze rozpadło się, jakby uderzyło wskałę. Drugi spróbował przebić go włócznią imieczem jednocześnie. Drzewce pękło na pół. Tak samo było zmieczem atakującego rycerza. Trzeci rzucił pochodnię. Wiatr zawrócił płomień zjakąś dziwną bronią. Zgasła, owa broń rozpadła się wpył.
Niektórzy napastnicy pomyśleli nawet, że jest to jeden zkapłanów, który posiadł wiedzę tajemną ima moc. Albo mag, mistrz nauk tajemnych…
Zakapturzony daleki był jednak otych dziwnych kultów iobrzędów. Zresztą jakichkolwiek.
Wybuchła panika. Nigdy nie widzieli wżyciu tak skutecznej, azarazem tajemniczej obrony jednego obrońcy.
– To jakaś obca moc! Demon wkapturze. Krzyknął jeden zrycerzy.
Zakapturzony ruszył naprzód.
Tym razem szedł szybko wstronę rycerzy. Miecze wcześniej schował. Napastnicy uciekali, przerażeni tym, co zaszło…
Ci, którzy wcześniej spalili niewinne wsie, tej nocy nie opuścili terenu wokół zamku żywi. Tajemnicze ostrze Zakapturzonego sięgnęło ich gardeł iskróciło ogłowę. Pozostali rozbiegli się po lesie ijuż nigdy nie wrócili. Część przyłączyła się doinnych rycerzy. Część zaprzestała tego stylu życia, część zeszła na inna, lepszą drogę życia, bo doskonałej drogi nie ma nigdzie. Ci którzy ocaleli od ostrza Zakapturzonego mieli od niego jeszcze jedną szansę. Jedni to wykorzystali, inni nie.
Gdy ostatni mieszkańcy znaleźli się poza murami, Zakapturzony wrócił dopiwnic. Płomień świecy ledwo się tlił. Na ścianie dostrzegł wyryte symbole. Dotknął jednego znich. Kamień zrobił się ciepły. Nagle świat zniknął. Nie był to sen. Nie była to wizja zesłana przez Boga. Było to krótkie pęknięcie czasu. Ujrzał tę samą piwnicę… Jakby przez chwilę pojawił się wdalekiej przyszłości…
Jednak świece zastąpiło elektryczne światło. Mury były częściowo odrestaurowane.
Troje ludzi ostrożnie schodziło po kamiennych schodach.
– Ola, zobacz to... – powiedział młody mężczyzna.
– To wygląda jak znak astrologiczny... – odpowiedziała dziewczyna. Obok nich stał drugi mężczyzna.
– Nie... tutaj jest ich więcej. Ten nie przypomina żadnego symbolu zodiaku. Zakapturzony usłyszał ich imiona.
Ola. Artur. Adam. Trójka ekipy zdawnego liceum, która od czasu doczasu zgodnie ztradycją zwiedza różne miejsca. Naprawdę różne, aczasem te owiane tajemniczą historią różnych okresów.
Przyglądali się dokładnie tej samej ścianie.
Robili zdjęcia. Próbowali odczytać znaki.
Lecz im dłużej patrzyli, tym bardziej byli przekonani, że część symboli nie pasuje dożadnego znanego systemu. Jeden przypominał gwiazdę. Drugi spiralę. Trzeci wyglądał niemal jak mapa. Wszystko nad wyraz tajemnicze…A ostatni...Ostatniego nie potrafili nawet opisać.
Zakapturzony zrobił krok. Wizja zniknęła. To była chwila zXXI wieku…Jedna dziewczyna zAnglii, dwóch Polaków. Znów stał samotnie wciemnej piwnicy.
Po raz pierwszy od bardzo dawna poczuł zdziwienie.
Przyszłość... Nigdy wcześniej nie ukazała mu się tak wyraźnie. Ci ludzie zprzyszłości mieli jakąś moc. Czuł to, choć też nie wiedział skąd ta energia płynie. Ola, jedyna dziewczyna ztej trójki miała niebywały dar przenikania ludzi iwyczuwania różnych energii. To zakapturzony wiedział najbardziej czytelnie. Artur iAdam mieli wsobie pewne niezidentyfikowane moce, których Zakapturzony nie był wstanie odczytać…
Spojrzał jeszcze raz na tajemnicze symbole. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że jeden znich delikatnie się poruszył. Jakby żył. Zakapturzony odwrócił się iwyszedł. Nie zabrał żadnej księgi. Nie zniszczył znaków.
Nie próbował odkryć ich znaczenia. Niektóre tajemnice powinny pozostać ukryte, dopóki nie nadejdzie właściwy czas.
Kiedy pierwsze promienie słońca oświetliły zamek, mieszkańcy byli już bezpieczni. Wielka sala zmalowidłami króla Artura nadal stała nienaruszona. Kaplica ocalała. Jeden zksięży nawet nie wiedział oistnieniu tajemnej piwnicy…Nie wnikał wto. Cieszył się wraz zinnymi mieszkańcami, że nie padli ofiarą rycerzy-najeźdźców. Natomiast piwnice zich zagadkowymi znakami znów pogrążyły się wciszy. Tak, jakby nie było tematu… Nawet nie odprawiano tam już niczego…
Mijały wieki. Zamek zmieniał właścicieli. Jedne mury burzono. Inne odbudowywano. Legendy rosły. Niektórzy wspominali oukrytych obrzędach. Inni oalchemikach. Jeszcze inni twierdzili, że pod ziemią zapisano mapę nieba.
Nikt nie wiedział, że pewnej nocy przez zamek przeszedł milczący Zakapturzony. Iże przez jedno uderzenie serca zobaczył ludzi zodległej przyszłości, którzy zadadzą dokładnie to samo pytanie, którego on sam nie potrafił rozwiązać: Czym naprawdę są znaki wyryte wkamiennej ścianie? Na to pytanie odpowiedź nadal pozostawała ukryta gdzieś pomiędzy historią, legendą iczasem.
Iznowu pojawili się oni…Raubritterzy. Rycerze zbójnicy. Świetnie wyszkoleni, zaprawieni wboju. Zawsze dobrze znali topografię terenu. Ogarnęli wiedzę praktyczną.
Ludzie, którzy mieli herb na tarczy, ale wsercu już tylko chęć zdobycia danego obiektu, podporządkowania go sobie izniewolenia okolicznych ludzi.
Nie byli bandą przypadkowych opryszków, jak już każdy wiedział. Nie jedno widzieli, zanim ten styl siły zawładnął ich sercami. To byli rycerze, wasale, drobna szlachta, którzy uznali, że Bóg, król iprawo to dobre historie, ale dobry zamek imajątek jest lepszą prawdą. Który obiekt zajęli, to był ich. Prawo pięści, jakby to ktoś powiedział…Tak to niestety się odbywało. Rozbójnicy przyodziani honorowymi herbami.
Dowodził nimi Otto von Urlich, ksywa „Krwawy Miecz” — człowiek otwarzy tak spokojnej imylącej tym samym, że łatwo było pomylić go zdobrodusznym mnichem lub przedstawicielem prawa, którego na próżno było wtamtych czasach szukać. Przez takie pozornie łagodne oblicze sporo sobie wżyciu ludzi zjednał. Wrzeczywistości twardy gracz wswojej kategorii. Jednak miał coś zmnicha. Wrzeczywistości był kimś, kto potrafił modlić się przed napadem idziękować po nim. Specyficzna interpretacja bożej obrony wtak niecnych celach.
Jego ludzie palili wsie, okradali kupców ibezpardonowo gwałcili kobiety. Oczywiście były również itakie, które same chciały być przeleciane przez dominujących męskich rycerzy... Wtamtym czasie lasy wokół traktu przestały być drogą — stały się granicą między życiem ajego brakiem. Niestety kupcy nie mieli zabardzo wyjścia. Jedyna droga, żeby wykarmić rodzinę. Ci rozsądniejsi nauczyli się władać mieczem, choć na profesjonalna naukę zazwyczaj nie było czasu. Czasem ostatnia droga…Zbójnicy, rycerze-grabieżcy, dzika zwierzyna, czasem napicie się zatrutej wody po drodze…W wielu przypadkach autentyczna walka oprzetrwanie. Anie każdy miał miecz, czy inną broń. Krążyły też legendy, że jeden zkupców posiadał zdolność iwiedzę dziwnych sztuk walki wręcz, bez użycia miecza. Jednak pewnego dnia znaleziono go zagryzionego przez wściekłe psy na końcu szlaku, tak naprawdę już poza ciemnym lasem.
I wtedy zaczęły się opowieści onim.
O Zakapturzonym. Niektórzy myśleli, że to jakiś zmartwychwstały kupiec, który opanował sztuki walki, ale ta opowieść szybko umarła.
Pierwszy ślad.
Zaczęło się od jednego człowieka.
Kupca zpięknego Wrocławia, który miał pecha jechać sam. Wiózł tkaniny ilisty, których nikt nie uznałby zaważne, dopóki nie trafiłyby wniepowołane ręce. Oczywiście władał on świetnie sztuką walki mieczami. Taki samouk. Bywało, że wprzeszłości robił pokazy dla dzieci imieszczan jak można poprzecinać wpowietrzu jabłka dwoma mieczami. Tym razem na szlaku miał jednak pecha. Trafił na rycerzy-rozbójników. Oni też świetnie władali mieczami.
Zatrzymali go przy starej kapliczce, gdzie drewno było czarne od deszczu iczasu. Klimat jednak był ciekawy.
Ulrich nie krzyczał.
Nie musiał. Wiadomo było, że jest to sytuacja życia iśmierci.
— Zdejmij sakwy — powiedział spokojnie.
Kupiec zrobił, co kazano. Wiedział kim są rozmówcy. Słyszał już nie raz otych typach. Niestety kilka minut wcześniej zgubił jeden zmieczy, biorąc go zesobą „za potrzebą” dolasu. Drugi miecz był zadaleko na wozie. Wiedział, że chyba się nie obroni. Bo wtakich momentach człowiek nie negocjuje — człowiek oddycha ostrożniej.
Wtedy zlasu wyszedł ktoś jeszcze. Cisza poruszyła się pierwsza. Dopiero potem człowiek. Niby człowiek…
Czarny płaszcz. Kaptur. Brak twarzy tam, gdzie powinna być pewność. Dziwna postać. To On-tajemniczy Zakapturzony. Raubritterzy się nieco zdziwili…Nie spodziewali się kogoś po sprawdzonym wcześniej terenie.
— Kolejny święty? — rzucił jeden. Myśleli, że to jakiś zabłąkany mnich. Być może ma jakieś monety, albo cenne rękopisy. Miał przy sobie pewien worek.
Zakapturzony nie odpowiedział.
Tylko spojrzał. Przeszył nieco spojrzeniem kupca iskinął głową wdół…
A potem wydarzyło się coś dziwnego.
Ognisko, które płonęło obok, wcześniej rozpalone przez rycerzy nagle przygasło, choć nikt go nie dotknął. Jakby sam las wziął głębszy oddech. Wypalił się tlen, amoże był to zwiastun wypalenia się czyjegoś życia…
— Odejdź — powiedział Ulrich. Bo sam, przynajmniej przez chwilę wystraszył się.
I wtedy pierwszy zrycerzy ruszył.
Miał miecz. Zbyt pewny siebie jak na człowieka, który jeszcze wierzy, że siła rozwiązuje wszystko.
Zakapturzony zrobił krok wbok. Jeden. Tylko jeden. Zakapturzony wniebywałym tempie obrócił się o360 stopni. Sam powiew płaszcza oniebywałym tempie zadziałał jak jakieś śmigło iwytrącił miecz napastnika.
I rycerz już leżał na ziemi, jakby ktoś nagle przypomniał mu, że grawitacja istnieje.
Nikt nie widział ciosu.
Tylko efekt. Arycerz sam nabił się na ostrze. Przebiło też jego bukłak zwinem ipowstała specyficzna woń wina ikrwi. Nowy perfum Raubritterów. Wpewnym momencie Zakapturzony zaczął biec wkierunku lasu izniknął. Rycerze przez chwilę próbowali go gonić, ale część utknęła wzaroślach. Zezdumieniem patrzyli wdal zeświadomością, że zwykły człowiek nie może tak szybko uciekać. Ci rycerze wiele już widzieli, ale wjakimś stopniu ogarnął ich dziwny lęk iniepewność. Nawet patrzyli nerwowo wokół, czy ktoś nie puści serii strzał zlasu. Panowała jednak cisza.
Następnie przy winie raubritterzy ustalili, że to był przypadek. Oszukiwali jednak samych siebie.
Gdy ruszyli na kolejny swój patrol, araczej polowanie konie zaczęły się płoszyć. Nie od dźwięku. Od ciszy.
Cisza wtych lasach była inna niż zwykle. Cięższa. Jakby coś wniej siedziało. Była wdodatku przerażająca mgła, która pojawiła się nagle. Rycerze przewidywali pogodę, więc ito dziwne zjawisko wzbudziło wnich po raz kolejny niepokój.
— To tylko przypadek— mruknął Ulrich.
I wtedy usłyszał głos.
—Jestem po to, żeby ludzie nie zapomnieli, kim się stają.
Usłyszeli głos wydobywający się zmgły. Zakapturzony stał na skraju drogi.
Nie bliżej. Nie dalej.
Dokładnie tam, gdzie powinien stać ktoś, kto nie należy dożadnego świata.
— Kim jesteś? — zapytał jeden zrycerzy.
— Tym, czego nie chcecie zobaczyć — odpowiedział spokojnie.
Ulrich uniósł rękę.
— Zabijcie go.
Ale zanim ktokolwiek zdążył ruszyć, coś zaczęło się dziać zkońmi. Nie uciekły. Odmówiły posłuszeństwa. Rycerze wzamachu upadli zkoni. Konie, jakby nagle zrozumiały, że ich jeźdźcy nie są już panami sytuacji.
I wtedy Zakapturzony ruszył.
Nie szybko. Nie spektakularnie.
Jak ktoś, kto zna las lepiej niż własne imię.
Rano znaleziono rycerzy-zbójników powieszonych głowami wdół przy pobliskiej trasie. Każdy znich miał wycięte krwawe napisy: Zbój, Łotr, Gwałciciel, Złodziej. Ocalał tylko Urlich. Uciekł wtedy wpopłochu gubiąc miecz iczęść garderoby. Zakapturzony nie próbował go gonić. Wpewnym momencie pojawił się czarny kruk, który wydłubał mu jedno oko. Zakrwawiony iprzerażony rycerz udał się doswojego zamku. Niepoznany przez okolicznych ludzi, najadł się wiele strachu, ale ostatecznie dotarł doswojej rezydencji.
Ulrich zrozumiał jedno: Zakapturzony to nie był zwykły człowiek.
To był problem. Spodziewał się Zakapturzonego wzamku prędzej, czy później.
A problemy wjego świecie rozwiązywało się zawsze siłą. Albo ty zwyciężasz, albo ktoś zwycięży Ciebie.
Zamek przygotował się doobrony. Łuki, straże, wrzątek na murach. Wbrew pozorom na zamku zostało jeszcze kilkunastu rycerzy.
Ale Zakapturzony nie przyszedł jak armia. Myślano nawet, zejest przywódcą jakieś tajemniczej armii, która zamieszkuje lasy.
Zakapturzony przyszedł jak zmiana pogody.
W nocy.
Bez zapowiedzi.
Pierwszy strażnik na murze zobaczył go dopiero wtedy, gdy już nie był strażnikiem. Zrzucony wdół rozwalił sobie głowę okamienie.
Drugi krzyknął izostał zdmuchnięty obrotem płaszcza irównież spadł wdół spadając między fosą, afekaliami, który nagromadzały się wyrzucane zespecyficznego „kibla-wnęki” zgóry.
Trzeci też nie zdążył zareagować. Również spadł na dół zrzucony przez Zakapturzonego. Tym razem nabił się na pewien kołek przy fosie, przy którym lubił gwałcić schwytane kobiety. Kołek oczywiście wbił mu się brutalnie wdupsko iwyszedł zdrugiej strony.
Wewnątrz zamku zaczęło się coś dziwnego.
To była utrata kontroli. Jakaś tajemnicza metafizyka
Drzwi, które były zamknięte, otwierały się same.
Korytarze, które znali, przestawały prowadzić tam, gdzie powinny.
A Raubritterzy, przyzwyczajeni dotego, że to oni są strachem, nagle stali się jego odbiorcami.
Ulrich wybiegł dosali głównej. Izobaczył go. Zakapturzonego. Stojącego spokojnie na środku kamiennej podłogi.
— To mój zamek, warknął zezłością, ale istrachem Ulrich.
— Nie — odpowiedział tamten. — To tylko miejsce, które jeszcze nie zostało rozliczone. Sprawiedliwość. Zasady.
— Czego chcesz? — zapytał Ulrich, tym razem ciszej.
Zakapturzony rozejrzał się po sali.
— Pytasz, jakbyś nie wiedział. Nie jestem głupcem, jak wiesz
— My tylko bierzemy to, co możemy. Znasz prawidła siły.
— Nie — przerwał mu. — Wy zabieracie to, co żyje. Bo możecie. Kradniecie izabieracie siłą. Akreujecie się na szlachetnych rycerzy, tam, gdzie trzeba. Macie wiele twarzy, jak większość ludzi, których spotkałem. Często zachowują się bardzo różnie imają wiele twarzy.
Zapadła cisza. Iwtedy stało się coś najgorszego dla takich ludzi jak Ulrich: Zrozumienie. Nie pełne. Ale wystarczające.
— Kim ty jesteś, żeby nas osądzać? — syknął.
Zakapturzony podszedł bliżej.
— Jestem sprawiedliwością, ale nie taką, jaką wy rozumiecie.
I wtedy wszystko się skończyło. Nie wjednym momencie. Bardziej jak mechanizm, który przestaje działać, bo ktoś wyjął zniego jedną kluczową część.
Raubritterzy nie zostali „wymazani” jak wlegendach.
Zostali rozbici, bo przecież Ci rycerze, otej specyfice zdobywania zamków pojawiali się winnych rejonach.
Ci, którzy przeżyli opowiadali otym zdarzeniu innym. Na pewnym etapie narodziła się legenda. Czasem ktoś coś dodał dotej opowieści, czasem ktoś ją spłycił. Wszyscy jednak zapomnieli otym, że Zakapturzony miał przed całą „akcją” zostawić wnoc poprzedzającą wydarzenia napisy na skórze bydlęcej-każdemu zosobna, żeby zmienili postępowanie, bo osąd już nadchodzi. Na swój sposób dał im szansę. Tylko jeden rycerz-rozbójnik nawrócił się iopuścił rankiem zamek. Ponoć od tamtego czasu pomagał bezinteresownie ubogim, później został mnichem-pustelnikiem.
A co zUlrichem? Został ostatni. Ostatnia noc
Stali naprzeciw siebie na dziedzińcu. Zamek był cichy.
Za cichy.
— Myślisz, że jesteś sprawiedliwością? — zapytał Ulrich.
Zakapturzony pokręcił głową.
—Ja tylko sprzątam to, co zostawiliście.
— Akto sprząta po tobie? Zakapturzony milczał chwilę.
I to była odpowiedź, której Ulrich nie chciał usłyszeć. Bo odpowiedzią była cisza.
Zakapturzony wyszedł. Następnego dnia Urlich udał się dotajemniczego okolicznego zamku, znanego później jako warownia, wktórym potajemnie uprawiano czary, czarną magię szukając uznajomego pocieszenia. Po kilku dniach Urlich miał postradać zmysły, apóźniej krążyły opowieści, że odkopywał skradzione rzeczy, które były zakopywane wtajemnych kryjówkach ioddawał pokrzywdzonym.
W jednej zeswoich sakw Otto von Urlich znalazł dziwną kartkę, jak się domyślił daną przez Zakapturzonego.
A na kartce taka treść: _„Tylko ludzie uczciwi iszubrawcy umieją znaleźć wyjście wkażdej sytuacji, ale ten, kto chce być człowiekiem uczciwym irównocześnie szubrawcem, wyjścia nie znajdzie”_ Spotkało się to zdużym szacunkiem. Pewnego dnia skruszony rycerz wędrował pewnym szlakiem zze skradzionym rzeczami, celem oddania prawowitym właścicielom izostał napadnięty przez… innych Raubritterów. Oczywiście nie było litości. Przebity wielkim mieczem skonał na żarzącym się słońcu spuściwszy głowę wdół, jakby chciał przeprosić Boga zakrzywdy, które wyrządził.
Okolica na chwilę się uspokoiła. Chociaż chwila na przestrzeni dziejów jest zawsze pojęciem indywidualnym. Raubritterzy nie umarli. Powstawali nowi. Wszystko jednak, jak cała historia ma przecież swój koniec. Karty życia odkryły inne historie.
Natura ludzka przez wieki się nie zmienia. Wszystkie dobre izłe cechy siedzą wludziach od zarania dziejów.
Zakapturzony zdawał sobie też sprawę ztego, że jak ludziom da się trochę władzy, mocy ipieniędzy, to szybko potrafią zmienić się wniebywały sposób. Oczywiście nie wszyscy. Jednak wiele obserwacji człowieka pozwoli wysnuć wniosek, że dopiero skrajne sytuacje pokazują, co tak naprawdę wczłowieku siedzi.
Zakapturzony bez słowa wyciągnął dwa miecze ku górze. Ich blask zlał się wjedno ostrze, które schował na plecach pod płaszczem.
„Nie zabrałem stąd zwycięstwa. Zabrałem jedynie kolejne wspomnienie.”SIEDEM GODZIN CISZY
„_Synu mój, nie chodź ich drogą, powstrzymuj swą stopę od ich ścieżki, gdyż nogi ich pędzą dozbrodni”-Księga Przysłów_
„_Biegnący”_
_Gdy biegnący po twojej drodze jest dumny,_
_Wiedz, że nie dokońca jest wbiegu rozumny._
_Gdy kwiaty rzucane są pod jego nogi-jest wielbiony,_
_Lecz na końcu drogi stoi jak wryty wduchu zlękniony._
_Każdy ma swoją drogę inie warto na nią wchodzić,_
_Nie zmienisz cudzej trasy, choć miałbyś się znów narodzić._
_Biegacze wbiegu po trupach są już wyrodni,_
_Nagroda na nich czeka, choć nie są tego godni._
_Tak im przynajmniej ciągle się wydaje,_
_W takim stanie mają wielkie upodobanie._
_Tyle, że znagrody wypływa na końcu gnój,_
_Czy to nie jest przedziwny bieg po znój…_
_Adam Kurpierz_
Adam sięgnął po następną opowieść…
Mgła czasu znów się pojawiła…W połowie lat 90. Warszawa była miastem, które jeszcze nie wiedziało, że zmienia skórę. Kilka lat wcześniej oficjalnie padła komuna. Część byłych funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa przejęła po cichu część zakładów, abyłe służby świetnie dogadywały się zgangsterami. Reprywatyzacje, zamykanie zakładów pracy, bieda imafie. Czas drobnych cwaniaczków, ale też żniwa dla brutalnych przestępców. Te lata były najgorsze dla ludzi, ale najlepsze dla nowo powstałych gangów. Pojawiały się pobicia, rozliczenia, nocne strzelaniny, wyroki, czasem nawet zadnia.
Wołomin iPruszków były wtedy jak dwa równoległe światy — osobne organizmy, które udawały, że nie widzą się nawzajem, choć każdy ruch drugiego był analizowany doostatniego szczegółu. Legendy polskiej mafii. Taka polska, rodzima Sycylia. Konkurencja ijak dwie walczące zesobą partie, choć tak naprawdę jeden nie działałby bez drugiego. Dzięki oddechowi konkurencji każda grupa przestępcza zachowywała maksymalną czujność.
W tym wszystkim pojawił się ktoś jeszcze.
Nikt nie wiedział, skąd przyszedł. Waktach nie istniał. Wrozmowach — pojawiał się tylko jako szept. „Zakapturzony”. „Cień”. „Ten, który nie zostawia śladów”. Był to taki krótki, siedmiogodzinny przerywnik wdziałaniu zorganizowanej grupy przestępczej. Asiódemka, lub jej wielokrotność zawsze miała swoje metafizyczne metafory…
Pierwszy sygnał był subtelny: zniknęła dokumentacja finansowa jednego zmagazynów powiązanych zWołominem. Dokumentacji było siedem. Bez włamania, bez hałasu. Jakby ktoś wyjął kartki zrzeczywistości.
Drugi sygnał dotyczył Pruszkowa — kilka spotkań, które miały się odbyć, nigdy się nie wydarzyło. Ludzie przyszli, ale rozmowy nie miały już sensu. Ktoś wcześniej znał ich treść. Siedem głównych strategicznych planów „ch…j strzelił”.
Trzeci sygnał był już niepokojący: telefony zaczęły milknąć wpołowie rozmowy, nie zpowodu awarii, ale jakby ktoś po drugiej stronie… przestawał istnieć wsystemie. Takie „czary mary”. Każdy „przypadkowo” próbował zadzwonić siedem razy…
W ciągu kilku godzin sieć, która przez lata wydawała się nienaruszalna, zaczęła się rozchodzić na szwach. Każdy zgangsterów, siedmiokrotnie przeklął cała tą sytuację.
Nie było jednego uderzenia. Nie było spektakularnego końca. Nie było tym razem obcięcia łbów przez Zakapturzonego.
Była dezinformacja. Znikające powiązania. Błędy wkomunikacji. Nagle ktoś zPruszkowa zaczął podejrzewać Wołomin, aWołomin — Pruszków. Aw tle krążyło nazwisko, które wtamtym czasie miało już niemal legendarny ciężar: „Pershing”. Jednak wtych dniach nawet gangsterzy weleganckich marynarkach iich pion bojowy dresiarze byli zdezorientowani, aci ostatni nawet posrani iposikani.
Przypomniały się niektórym zasady jak zakłada się męskie majtki… Żółtym doprzodu, brązowym dotyłu… Krótko ogoleni pakerzy byli jak małe dzieci wpieluszkach, tym bardziej, że nie jeden znich widział tajemniczego Zakapturzonego przez krótką chwilę. Aten nie robił nic, tylko na chwilę się pojawił wdługim płaszczu, niby habicie, wysokich butach, kapturze. Nawet Ci zadymiarze nie byli go wstanie wcisnąć ubiorem dożadnej subkultury…
Później wydarzały się dziwne zjawiska. Broń przestępców wtym czasie zacinała się, każdemu siedmiokrotnie, kije nie dosportu lecz dowymuszania haraczy nagle gdzieś zniknęły zbagażników. Siedem razy szukano je wmiejscach, gdzie powinny się znajdować, wbagażnikach samochodów, starych polonezów istarych bmw. Nawet Pershing zgubił gdzieś magazynek doswojej spluwy. Szukał „zgubionych rzeczy” wsiedmiu miejscach. Wtedy jeszcze żył, bo ta opowieść była wcześniejsza. Wprzyszłości pewni sprawcy odstrzelą go wkomercyjnym ioklepanym mieście jakim jest Zakopane.
Zakapturzona postać nigdy nie została zauważona bezpośrednio. Nie było świadków, którzy mogliby ją opisać wsposób spójny. Czasem ktoś mówił osylwetce na korytarzu. Czasem ocieniu przy drzwiach. Czasem ouczuciu, że rozmowa została „wysłuchana wcześniej”.
Po siedmiu godzinach wszystko się zatrzymało.
Nie dlatego, że ktoś wygrał. Dziwne związki wydarzeń zrobiły swoje. Przypadki? Nawet niewierzący wtakie rzeczy ludzie byliby bardzo sceptyczni.
System wzajemnych powiązań przestał działać. Zaufanie — jedyna prawdziwa waluta tamtego świata — wyparowało szybciej niż pieniądze. Ilęk, niepewność nawet oprzyszłość gangsterskich struktur, które itak wprzyszłości wtakiej formie przestały istnieć. Oczywiście mafia jest jak rak, odradza się. Tak też się zawsze dzieje. Przychodzą inni, później inni itak dozakończenia świata. Zmienia się tylko forma icala otoczka, aczasem przynajmniej oficjalnie mafia staje się „formacją”, która inwestuje wcałkowicie legalne interesy.
Ale wracając dokońca wydarzeń…Kiedy rano Warszawa zaczęła żyć swoim zwykłym rytmem, Wołomin iPruszków nie były już takie same.
A zakapturzona postać? Zniknęła, jak zwykle…
Nigdy więcej jej nie widziano.
Została tylko jedna teoria, powtarzana wpółgłosie przez ludzi, którzy wtedy jeszcze coś wiedzieli: że wtamtych siedmiu godzinach nie chodziło ozemstę.