Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 marca 2026
4319 pkt
punktów Virtualo

Full - ebook

Zwycięzcą będzie ten, kto odważy się poddać swoim pragnieniom.

Izabella, której świat runął po zdradzie męża, wylatuje z przyjaciółkami do Włoch, by świętować czterdzieste urodziny. Ma zamiar korzystać z uroków kraju, dać się porwać szaleństwom i wydać trochę pieniędzy w lokalnym kasynie. Spotkanie z tajemniczym, niepokojąco przystojnym Marcello sprawia, że ten plan wchodzi na o wiele wyższy poziom.

Urzekający mężczyzna otwiera przed nią drzwi do świata przesyconego namiętnością, zmysłowością i zakazanymi przyjemnościami. Niespodziewanie wyjazd zaczyna przypominać Izabelli uzależniającą partię pokera, która z każdą chwilą dostarcza jej coraz silniejszych emocji.

Niestety w tej rozgrywce nie da się przewidzieć ruchów wszystkich graczy…

„Full” to odważna, szokująca i przesycona erotyzmem opowieść przełamująca schematy. Historia, w której najskrytsze pragnienia stają się rzeczywistością, a ból miesza się z przyjemnością.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8423-432-7
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

WSTĘP

– Kur­wa, kie­dy?! – krzyk­nę­łam gło­śno, za­rzu­ca­jąc zwi­nię­ty wo­kół wło­sów ręcz­nik do ty­łu.

Uważ­nie spoj­rza­łam na swo­je od­bi­cie w lu­strze. Oto ja, koń­czą­ca w tym ty­go­dniu czter­dzie­ści lat. Od ro­ku w sta­tu­sie roz­wód­ki, bo jak to czę­sto w ży­ciu by­wa, to, co mia­ło być zgod­ne i trwa­łe, zo­sta­ło za­stą­pio­ne… młod­szym, w roz­mia­rze „70E”. Wi­taj w re­al­nym ży­ciu, Iza­bel­lo!

– Kur­wa! – po­wtó­rzy­łam jesz­cze gło­śniej, opie­ra­jąc moc­no rę­ce o blat umy­wal­ki, przy­bli­ży­łam się do lu­stra i przyj­rza­łam śla­dom, ja­kie zo­sta­wi­ło na mo­jej twa­rzy do­tych­cza­so­we ży­cie.

Po­mi­mo doj­rza­łe­go wie­ku trze­ba przy­znać, że wciąż wy­glą­da­łam bar­dzo ape­tycz­nie. Pięk­na oliw­ko­wa kar­na­cja, du­że nie­bie­skie oczy i gę­ste kasz­ta­no­we wło­sy. I ten uśmiech… tak, cią­gle mia­łam to coś. Coś, co dwa­dzie­ścia lat te­mu spra­wi­ło, że mój by­ły już mąż ro­bił dla mnie wszyst­ko.

Za­mknę­łam oczy i jesz­cze raz po­zwo­li­łam swo­jej pa­mię­ci przy­po­mnieć mi na­sze pierw­sze spo­tka­nie. Sta­łam w pie­kar­ni po swo­ją ulu­bio­ną buł­kę cy­na­mon­kę, gdy chło­pak przede mną ku­pił ostat­nią sztu­kę. Do dziś nie wiem, jak to się sta­ło, że na głos po­wie­dzia­łam, to co po­my­śla­łam:

– Se­rio?! I tak do­brze wy­glą­dasz bez te­go cu­kru! I w ten spo­sób ten je­den mo­ment i to jed­no zda­nie za­wa­ży­ły na mo­ich ko­lej­nych dwu­dzie­stu la­tach ży­cia. Oczy­wi­ście fi­nal­nie do­sta­łam te­go dnia swo­ją ulu­bio­ną buł­kę, a wraz z nią ca­ły pa­kiet: po­staw­ne­go bru­ne­ta o rów­nie nie­bie­skich oczach co mo­je i nie­biań­skim uśmie­chu…

– Kur­wa i na chuj ci by­ły te wę­glo­wo­da­ny! – wark­nę­łam na sie­bie.

„Jak to głu­pia buł­ka mo­że znisz­czyć ko­muś ży­cie” – po­my­śla­łam, czu­jąc, że to nie do koń­ca jed­nak praw­da.

Z Mar­kiem spę­dzi­łam pięk­ne la­ta ży­cia, któ­re za­trzy­ma­ły we mnie wie­le cu­dow­nych wspo­mnień. I to wła­śnie bo­la­ło mnie naj­bar­dziej. Chcia­łam znie­na­wi­dzić go ze wszyst­kich sił, ale nie po­tra­fi­łam. Co gor­sza, gdzieś w głę­bi ser­ca na­dal czu­łam ci­chą tę­sk­no­tę za wspól­ny­mi chwi­la­mi, nie po­tra­fiąc zro­zu­mieć, co ta­kie­go wy­da­rzy­ło się w na­szym wspól­nym ży­ciu, że któ­re­goś ma­jo­we­go dnia usły­sza­łam: „Od­cho­dzę”. Na wspo­mnie­nie tej chwi­li po­czu­łam moc­ne ukłu­cie w ser­cu, a łzy za­czę­ły na­pły­wać mi do oczu.

– Nie, kre­tyn­ko, nie mo­żesz wciąż do te­go wra­cać! Ogar­nij się! – Moc­no klep­nę­łam się dłoń­mi po obu stro­nach twa­rzy.

Cof­nę­łam się o trzy kro­ki, by tym ra­zem zo­ba­czyć w lu­strze pe­łen ob­raz sie­bie.

„Nie jest źle” – po­my­śla­łam. Ra­cjo­nal­ne od­ży­wia­nie, wspar­te od­po­wied­nią su­ple­men­ta­cją, sport, któ­ry od dwóch lat to­wa­rzy­szy mi wy­jąt­ko­wo czę­sto, ja­ko naj­lep­szy neu­tra­li­za­tor stre­su, plus cał­kiem do­bre ge­ny spo­wo­do­wa­ły, że więk­szość lu­dzi oce­nia­ła mnie na dzie­sięć lat mniej, niż w rze­czy­wi­sto­ści mia­łam.

„Ma­ją ra­cję. Je­steś sta­ra, ale ja­ra”. Uśmiech­nę­łam się do swo­je­go od­bi­cia. Hu­mor do­dat­ko­wo po­pra­wiał mi wi­dok sto­ją­ce­go za drzwia­mi ła­zien­ki ple­ca­ka.

Na­gle po­czu­łam w so­bie ogrom­na fa­lę wdzięcz­no­ści za to, kto zo­stał w mo­im ży­ciu, a kon­kret­nie mo­je zwa­rio­wa­ne przy­ja­ciół­ki, któ­re po­sta­no­wi­ły z oka­zji mo­jej czter­dziest­ki za­brać mnie na kil­ka dni do Włoch. O tak, ko­cha­łam tej kraj. Za­wsze chęt­nie tam wra­ca­łam. Cie­pło, wą­skie ulicz­ki, pysz­ne je­dze­nie i jesz­cze lep­sze wi­no. Roz­ma­rzy­łam się, po czym ze­rwa­łam na rów­ne no­gi, gdy zo­ba­czy­łam na ze­gar­ku, że je­stem moc­no w nie­do­cza­sie. Za pa­rę go­dzin mia­łam być na lot­ni­sku, a cze­ka­ło mnie jesz­cze do­pa­ko­wa­nie ple­ca­ka i ogar­nię­cie sa­mej sie­bie.

„Jak do­brze, że da­łam się na­mó­wić na de­pi­la­cję la­se­ro­wą, co za oszczęd­ność cza­su” – po­my­śla­łam, sia­da­jąc na to­a­le­cie. „Ka­ri­na!!! Niech cię szlag! No tak” – przy­po­mnia­łam so­bie ostat­ni tre­ning na si­łow­ni. Sa­ma pro­si­łam Ka­ri­nę – swo­ją tre­ner­kę per­so­nal­ną – o moc­ny wy­cisk, wie­dząc, co bę­dę ro­bić we Wło­szech. Cia­ło mu­sia­ło być do­brze przy­go­to­wa­ne na te ilo­ści ma­ka­ro­nu i Ape­ro­la, któ­re za­mie­rza­łam przy­jąć w naj­bliż­szych dniach.

– Chcia­łaś, to masz! – po­wie­dzia­łam sa­ma do sie­bie, po­wo­li wsta­jąc z to­a­le­ty.

Nie pa­mię­tam już, kie­dy ostat­nio tak do­brze czu­łam swo­je mię­śnie. Jed­nak po­mi­mo bó­lu by­łam wdzięcz­na za­rów­no za Ka­ri­nę, jak i to, co przez dwa ostat­nie la­ta uda­ło jej się zro­bić z mo­im cia­łem. Smu­kłe no­gi, de­li­kat­nie umię­śnio­ne łyd­ki, któ­re lu­bi­łam eks­po­no­wać, no­sząc szpil­ki. Do te­go pod­nie­sio­ne po­ślad­ki, za­ry­so­wa­ne mię­śnie brzu­cha i te ra­mio­na… ze­ro pe­li­ka­nów!

– Okej, wy­ba­czam ci, sa­dy­stycz­na su­ko! – Za­śmia­łam się, po­dzi­wia­jąc efek­ty dwu­let­niej cięż­kiej i zdy­scy­pli­no­wa­nej pra­cy z Ka­ri­ną.

Pra­co­wa­ły­śmy na ty­le cięż­ko, że do­sta­łam na­wet jej „bło­go­sła­wień­stwo” na ten „wy­jazd znisz­cze­nia”, jak go na­zwa­ła. Zresz­tą, jak każ­dy do tej po­ry wy­jazd z dziew­czy­na­mi, po któ­rym pa­ra­me­try na wa­dze za­wsze się zmie­nia­ły. Wie­dzia­łam, że jak wró­cę, Ka­ri­na w ty­dzień do­pro­wa­dzi mnie do ła­du.

Ko­lej­ne go­dzi­ny mi­nę­ły mi na do­pa­ko­wy­wa­niu się z prze­rwa­mi na sta­łą wy­mia­nę wia­do­mo­ści z dziew­czy­na­mi o tym, co za­brać, cze­go nie, i o tym, jak bę­dzie za­je­bi­ście. Bo bę­dzie. Za­wsze by­ło. Z tą róż­ni­cą, że ta po­dróż mia­ła stać się ko­lej­nym punk­tem zwrot­nym w mo­im ży­ciu, ty­le że du­żo więk­szym niż po­ja­wie­nie się „70E”.1. PIERW­SZE SPO­TKA­NIE

– Aaa!!! – Na lot­ni­sku przy­wi­ta­ły mnie okrzy­ki ra­do­ści mo­ich wa­ria­tek: Ew­ki, Jol­ki i Agi, a za­raz za ni­mi szał wza­jem­nych uści­sków.

„Dla ta­kich chwil, war­to żyć” – po­my­śla­łam, moc­no przy­tu­la­jąc się do dziew­czyn. Po wy­mia­nie wza­jem­nych uści­sków, od­pra­wie ba­ga­żo­wej i kon­tro­li cel­nej z po­śpie­chem uda­ły­śmy się w swo­je ulu­bio­ne miej­sce na lot­ni­sku, któ­re nie­mal sta­ło się tra­dy­cją na­szych wspól­nych wy­lo­tów, czy­li Bu­si­ness Class Lo­un­ge. W tym mo­men­cie wszyst­kie au­to­ma­tycz­nie włą­cza­ły­śmy się w tryb Ho­li­day Re­set Ti­me. Po uisz­cze­niu opła­ty i za­ję­ciu na­sze­go sta­łe­go miej­sca na wy­god­nej ka­na­pie i fo­te­lach wo­kół du­że­go sto­łu, szyb­ko uda­ły­śmy się w ko­lej­ne na­sze ulu­bio­ne miej­sce – ba­rek z al­ko­ho­lem. Po na­peł­nie­niu pierw­szych kie­lisz­ków mu­su­ją­cym pro­sec­co dziew­czy­ny mnie oto­czy­ły i na­gle ca­łe po­miesz­cze­nie wy­peł­ni­ło się dźwię­kiem śpie­wa­ne­go na­zbyt gło­śno Sto lat.

– Ja pier­do­lę, wszy­scy na nas pa­trzą! Tyl­ko nie mów­cie przy­pad­kiem, ile koń­czę lat, bo za­bi­ję! – pró­bo­wa­łam prze­krzy­czeć kon­cert dziew­czyn.

– Spo­ko, Bel­la, każ­dy chciał­by tak do­brze wy­glą­dać w wie­ku trzy­dzie­stu lat – od­po­wie­dzia­ła, pusz­cza­jąc do mnie oczko, Ew­ka.

Mia­ła szczę­ście.

– Two­je zdro­wie! – krzyk­nę­ła Jol­ka.

– Do dna! – do­da­ła Aga.

Po ja­kiejś go­dzi­nie i trzech lamp­kach pro­sec­co by­ły­śmy już moc­no w try­bie Ho­li­day. Lu­bi­ły­śmy to. Lu­bi­ły­śmy przy­jeż­dżać na lot­ni­sko wcze­śniej, tak by na spo­koj­nie mieć czas na od­po­wied­nią ce­le­bra­cję na­sze­go wspól­ne­go wy­jaz­du. To był nasz czas, pe­łen śmie­chu, któ­ry nie­jed­no­krot­nie do­pro­wa­dzał nas do łez, a in­nych pa­sa­że­rów ocze­ku­ją­cych na lot – do iry­ta­cji. Ni­g­dy się tym nie przej­mo­wa­ły­śmy. Nikt ani nic nie by­ło w sta­nie ze­psuć nam tych chwil, na któ­re za­wsze tak nie­cier­pli­wie cze­ka­ły­śmy. Czas re­se­tu. Czas, gdy wszyst­kie mo­gły­śmy za­po­mnieć o swo­ich pro­ble­mach, obo­wiąz­kach, a część z nas tak­że o oso­bach, o któ­rych chcia­ła za­po­mnieć. Wśród tych ostat­nich by­łam wła­śnie ja. Ta­kie wy­jaz­dy by­ły dla mnie od­skocz­nią od na­tręt­nych my­śli zwią­za­nych z „70E”, tę­sk­no­ty za by­łym mę­żem i stra­chem przed sa­mot­no­ścią.

– Czy bę­dę jesz­cze kie­dyś szczę­śli­wa…? – za­my­śli­łam się.

– Wszyst­ko bę­dzie do­brze. – Na­gle usły­sza­łam głos Ew­ki, któ­ra jak­by czy­ta­ła w mo­ich my­ślach. Ew­ka moc­no mnie przy­tu­li­ła, po czym wsta­ła z miej­sca i pod­no­sząc ko­lej­ną lamp­kę pro­sec­co, wznio­sła to­ast. – Za na­szą Bel­lę i za jej no­wą, lep­szą część ży­cia! Niech bę­dzie peł­na nie­za­po­mnia­nych wra­żeń, cu­dow­nych lu­dzi, przy­stoj­nych fa­ce­tów z wor­kiem cy­na­mo­nek i ogni­ste­go sek­su!!! – Po tych sło­wach dziew­czy­ny za­czę­ły gło­śno krzy­czeć i bić bra­wo.

Na­wet ja nie mo­głam po­wstrzy­mać się od śmie­chu. „Ogni­ste­go sek­su”… nie pa­mię­ta­łam już, co zna­czy seks, a co do­pie­ro ogni­sty. Od­kąd Ma­rek od­szedł, ży­łam w ce­li­ba­cie. Ni­g­dy nie po­dej­rze­wa­ła­bym sie­bie o ta­ką wstrze­mięź­li­wość, bo za­wsze lu­bi­łam seks, ale ból, ja­ki za­dał mi by­ły mąż, był tak do­tkli­wy, że ostat­nie, o czym chcia­łam my­śleć, to in­ny męż­czy­zna. Nie zmie­nia­ło to fak­tu, że by­ło mi co­raz cię­żej. Tę­sk­no­ta za bli­sko­ścią, do­ty­kiem, czu­ło­ścią i na­mięt­no­ścią. Na­uczy­łam się ra­dzić so­bie z pod­nie­ce­niem, opa­no­wu­jąc do per­fek­cji sztu­kę ma­stur­ba­cji, jed­nak da­wa­ło mi to tyl­ko chwi­lo­wą przy­jem­ność. W mia­rę upły­wu cza­su mój po­ziom fru­stra­cji na­ra­stał, a cia­ło bun­to­wa­ło się co­raz bar­dziej. Z roz­my­ślań na­gle wy­rwa­ła mnie dziw­na ci­sza. Pod­nio­słam wzrok, a mo­im oczom uka­za­ła się mę­ska dłoń trzy­ma­ją­ca lamp­kę ja­sno­zło­te­go mu­su­ją­ce­go pły­nu…

– Ta­ki to­ast wy­ma­ga od­po­wied­nie­go trun­ku. – Usły­sza­łam nad so­bą twar­dy głos.

Spoj­rza­łam wy­żej i w tym mo­men­cie zro­bi­ło mi się go­rą­co, a w żo­łąd­ku do­kład­nie po­czu­łam ilość wy­pi­te­go pro­sec­co. Męż­czy­zna, któ­ry stał na­de mną, bez wąt­pie­nia na­le­żał do gru­py „sam­ców al­fa”. Wie­dzia­łam to, wi­dząc już sa­mą je­go dłoń. Ma­syw­na, opa­lo­na, z sze­ro­kim nad­garst­kiem i wi­docz­nym ciem­nym, de­li­kat­nym owło­sie­niem. Man­kiet bia­łej ko­szu­li wy­cho­dził spod je­go ma­ry­nar­ki, od­sła­nia­jąc ze­ga­rek świad­czą­cy o po­czu­ciu sty­lu… i ra­czej nie­ma­łym port­fe­lu. I to, w ja­ki spo­sób trzy­mał lamp­kę, obej­mu­jąc jej nóż­kę dwo­ma pal­ca­mi tak, że jej ca­ła gór­na część pew­nie spo­czy­wa­ła w je­go dło­ni… Wzro­kiem po­wę­dro­wa­łam wy­żej. Bru­net z lek­ko po­sre­brza­ny­mi wło­sa­mi na bo­kach, któ­re tyl­ko do­da­wa­ły mu mę­sko­ści, bar­dzo ciem­ne, przy­mru­żo­ne oczy, ciem­na kar­na­cja, moc­no za­ry­so­wa­ne zmarszcz­ki i bruz­dy no­so­wo-war­go­we, któ­re tak znie­na­wi­dzo­ne przez ko­bie­ty, w je­go wy­pad­ku by­ły swo­istą „bi­żu­te­rią”. Ca­łość do­peł­nia­ły peł­ne usta i ten ta­jem­ni­czy, trud­ny do we­ry­fi­ka­cji je­go in­ten­cji uśmiech.

– Dzię­ku­ję… chy­ba… – po­wie­dzia­łam po­wo­li, przej­mu­jąc z je­go dło­ni kie­li­szek z ja­sno­zło­tą za­war­to­ścią.

Po­ma­łu pod­nio­słam się z miej­sca, sta­ra­jąc się to zro­bić w jak naj­bar­dziej, bio­rąc pod uwa­gę ilość wy­pi­te­go al­ko­ho­lu, ele­ganc­ki spo­sób. W tym mo­men­cie ta­jem­ni­czy bru­net zbli­żył się do mnie i dłoń, w któ­rej trzy­mał szkło z tym sa­mym trun­kiem, przy­su­nął do mo­je­go kie­lisz­ka.

– Za to i za du­żo wię­cej, Iza­bel­lo…

Ser­ce bi­ło mi zde­cy­do­wa­nie za szyb­ko. „Skąd on tu się wziął? Nie­moż­li­we, że­bym go nie za­uwa­ży­ła. Mu­siał być wy­star­cza­ją­co bli­sko, sko­ro usły­szał to­ast i wie, jak mam na imię” – my­śli za­czę­ły bom­bar­do­wać mo­ją gło­wę.

– Dzię­ku­ję – wy­du­si­łam w koń­cu z sie­bie w stro­nę nie­zna­jo­me­go.

Za­raz po­tem kel­ner­ka po­sta­wi­ła obok nas otwar­tą bu­tel­kę szam­pa­na i trzy do­dat­ko­we kie­lisz­ki. Ką­tem oka do­strze­głam na­pis na bu­tel­ce: „Lo­uis Ro­ede­rer”. „O kur­wa” – prze­klę­łam w my­ślach. Ostat­nio Cri­sta­la pi­łam na swo­ich dwu­dzie­stych ósmych uro­dzi­nach w Mek­sy­ku, gdy za­uro­czo­ny mną me­na­dżer klu­bu, w któ­rym ba­wi­łam się z dziew­czy­na­mi, spre­zen­to­wał mi bu­tel­kę.

– Baw­cie się do­brze – po­wie­dział nie­zna­jo­my, pod­czas gdy kel­ner­ka na­peł­nia­ła ko­lej­ne kie­lisz­ki.

I za­raz po­tem od­szedł.

– Ja pier­do­lę – skwi­to­wa­ła zszo­ko­wa­na Ew­ka. – Co to by­ło? Ja­kie cia­cho! Skąd on się tu wziął?!

– Bel­la, mo­głaś wy­du­sić z sie­bie coś wię­cej niż „dzię­ku­ję”. Na przy­kład… „Nie bzy­ka­łam się od dwóch lat, mo­że mi po­mo­żesz?” – do­rzu­ci­ła zna­na ze swo­je­go po­czu­cia hu­mo­ru Jol­ka.

Na ten tekst wszyst­kie gruch­nę­ły­śmy śmie­chem.

– Ci­cho!!! – krzyk­nę­łam. – Jesz­cze usły­szy!

– I do­brze. Mo­że w koń­cu ktoś by ci po­mógł za­po­mnieć o Ma­recz­ku i je­go ma­łym ogo­necz­ku – od­po­wie­dzia­ła po­now­nie Jol­ka z nie­ukry­wa­ną od­ra­zą do Mar­ka.

Na co wszyst­kie po­now­nie się ro­ze­śmia­ły­śmy.

– Mat­ko, Jol­ka, je­steś nie­re­for­mo­wal­na – od­po­wie­dzia­łam zre­zy­gno­wa­na i uno­sząc kie­li­szek z Cri­sta­lem do gó­ry, prze­rwa­łam dys­ku­sję, wy­mu­sza­jąc na dziew­czy­nach, by zro­bi­ły to sa­mo.

Po opróż­nie­niu bu­tel­ki i roz­mo­wach na te­mat nie­zna­jo­me­go, któ­ry tak szyb­ko jak się po­ja­wił, tak sa­mo i znik­nął, w gło­śni­kach usły­sza­ły­śmy ko­mu­ni­kat do­ty­czą­cy nu­me­ru na­sze­go lo­tu i de­sty­na­cji oraz sło­wa „Fi­nal call”.

– Ja pier­do­lę! – wrza­snę­ła Ew­ka.

– Za­wsze to sa­mo – do­da­ła, ki­wa­jąc gło­wą i za­no­sząc się śmie­chem, Aga.

W re­kor­do­wym tem­pie do­tar­ły­śmy na miej­sce, dzię­ku­jąc w du­chu, że nasz ga­te był bar­dzo bli­sko Bu­si­ness Class Lo­un­ge.

Bę­dąc już w au­to­bu­sie, dziew­czy­ny na­dal nie mo­gły od­pu­ścić te­ma­tu nie­zna­jo­me­go. Two­rzy­ły róż­ne moż­li­we sce­na­riu­sze, kim mógł­by być i czym się zaj­mo­wać. Pod­kre­śla­ły wy­jąt­ko­wość sa­me­go zda­rze­nia, ni­czym z ro­man­tycz­ne­go fil­mu. I nie omiesz­ka­ły po­mi­nąć mi­łe­go ge­stu, któ­rym by­ło po­sta­wie­nie nam szam­pa­na za bli­sko pięć­set eu­ro. Cho­ciaż sa­ma je­go oso­ba bu­dzi­ła już du­żo emo­cji – nie­zwy­kle przy­stoj­ny, po­staw­ny męż­czy­zna oko­ło pięć­dzie­siąt­ki, zja­wia­ją­cy się nie wia­do­mo skąd i po chwi­li zni­ka­ją­cy nie wia­do­mo gdzie.

– Szko­da, że tak szyb­ko się ulot­nił. To mo­gła­by być cie­ka­wa zna­jo­mość – po­wie­dzia­ła Jol­ka, sztur­cha­jąc mnie łok­ciem.

– Nie w gło­wie mi te­raz ta­kie zna­jo­mo­ści. Nie mam na to to­tal­nie ocho­ty. Zresz­tą przy­stoj­ni fa­ce­ci za­zwy­czaj, jak ży­cie po­ka­zu­je, ma­ją pro­blem z mo­no­ga­mią, a mnie prze­lot­ne ro­man­se w ogó­le nie in­te­re­su­ją – od­par­łam sta­now­czym gło­sem.

– Do­bry ro­mans nie jest zły – pod­su­mo­wa­ła z prze­ką­sem Jol­ka.

– Ro­mans to ro­mans – od­po­wie­dzia­łam to­nem koń­czą­cym dys­ku­sję.

– Niech ci bę­dzie. Je­steś zwol­nio­na z ra­cjo­nal­ne­go my­śle­nia przez wzgląd na wy­da­rze­nia z ostat­nich dwóch lat – za­koń­czy­ła te­atral­nie Jol­ka.

Gdy au­to­bus za­trzy­mał się bli­sko sa­mo­lo­tu i lu­dzie rzu­ci­li się do wyj­ścia, ja wciąż dry­fo­wa­łam w na­tło­ku my­śli. Chcia­łam te­go czy nie, ta­jem­ni­czy męż­czy­zna moc­no mnie za­in­try­go­wał. Przez tę krót­ką chwi­lę znów po­czu­łam się za­uwa­żo­na, ad­o­ro­wa­na. Ktoś zwró­cił na mnie uwa­gę i nie­waż­ne, czy był to je­dy­nie mi­ły dżen­tel­meń­ski gest fa­ce­ta, któ­ry po pro­stu mógł so­bie na to po­zwo­lić, czy ży­we za­in­te­re­so­wa­nie mo­ją oso­bą. Tak czy siak, by­ło to mi­łe. Nie mo­głam też po­zo­stać obo­jęt­na na sa­mą po­stać męż­czy­zny. Był przy­stoj­ny. Doj­rza­ły, ale wiek, któ­ry zdra­dza­ła je­go twarz, do­da­wał mu tyl­ko cha­rak­te­ru. Głos, spoj­rze­nie, uśmiech. To wszyst­ko two­rzy­ło mie­szan­kę wy­bu­cho­wą, a ja mia­łam dość fa­jer­wer­ków w ostat­nich dwóch la­tach swo­je­go ży­cia.

Szyb­ko po­ki­wa­łam gło­wą, pró­bu­jąc wy­rzu­cić z gło­wy i my­śli ob­raz nie­zna­jo­me­go. Wy­sia­dłam z au­to­bu­su i skie­ro­wa­łam się za Ew­ką w stro­nę scho­dów na przo­dzie sa­mo­lo­tu. Oczy­wi­ście po dro­dze za­li­czy­ły­śmy tra­dy­cyj­ny „przy­sta­nek” na sel­fie na tle sa­mo­lo­tu, bu­dząc prze­wrot­ne spoj­rze­nia po­iry­to­wa­nych lu­dzi, któ­rzy już chy­ba za­po­mnie­li, jak to jest cie­szyć się wa­ka­cja­mi z bli­ski­mi oso­ba­mi.

„Smut­ne” – po­my­śla­łam, wsia­da­jąc za Ew­ką na po­kład sa­mo­lo­tu, któ­ra moc­no „wy­rwa­ła” na­przód.

– Ja­sny gwint! – krzyk­nę­łam, nie za­uwa­żyw­szy pro­gu mię­dzy scho­da­mi a wej­ściem do sa­mo­lo­tu i nie­mal upa­da­jąc z te­go po­wo­du.

„Co za wstyd”. Czu­łam spoj­rze­nia ste­war­des i grzecz­no­ścio­wy uśmiech jed­nej z nich, któ­ra ura­to­wa­ła mnie przed upad­kiem i to­tal­ną kom­pro­mi­ta­cją. Jak­by te­go by­ło ma­ło, gdy pod­nio­słam gło­wę, w pierw­szym rzę­dzie sa­mo­lo­tu do­strze­głam zna­jo­my uśmiech… To był on, nie­zna­jo­my z Bus­si­ness Class Lo­un­ge. Oczy­wi­ście sie­dział na miej­scu wy­od­ręb­nio­nym dla kla­sy biz­ne­so­wej i wi­docz­nie roz­ba­wio­ny pa­trzył na mnie.

– Wi­dzę, że szam­pan sma­ko­wał. – Sze­ro­ki uśmiech na je­go twa­rzy po­wo­do­wał, że wy­glą­dał nie­zwy­kle uro­czo.

– Jak wi­dać – od­po­wie­dzia­łam we­so­ło, sta­ra­jąc się ukryć głę­bo­kie za­że­no­wa­nie za­ist­nia­łą sy­tu­acją.

Czym prę­dzej prze­szłam obok nie­go, szu­ka­jąc nu­me­ru ze swo­im miej­scem. Oka­za­ło się, że sie­dzę kil­ka rzę­dów da­lej. Bły­ska­wicz­nie wrzu­ci­łam ple­cak na pół­kę i ulo­ko­wa­łam się na swo­im miej­scu, pró­bu­jąc wręcz wto­pić się w fo­tel. Na­gle usły­sza­łam z ty­łu za sie­dze­niem moc­no roz­ba­wio­ny głos Ew­ki:

– Pssst… ży­jesz?

– Nic mi nie mów. Co za wstyd. I jesz­cze… on. Wi­dzia­łaś?

– Trud­no by­ło nie za­uwa­żyć ta­kie­go cia­cha. Cho­ciaż, jak wi­dać, na to­bie zro­bił więk­sze wra­że­nie, sko­ro zwa­li­ło cię z nóg – Ew­ka za­czę­ła się gło­śno śmiać.

– Bar­dzo za­baw­ne. Za­my­śli­łam się i za­po­mnia­łam o pro­gu wej­ścio­wym do sa­mo­lo­tu. Zo­ba­czy­łam go do­pie­ro po zro­bie­niu z sie­bie cia­maj­dy ro­ku. – Wy­po­wia­da­jąc te sło­wa, za­kry­łam twarz rę­ko­ma, jak­bym chcia­ła się za ni­mi ukryć.

– Do­bra, do­bra. Niech ci bę­dzie. Swo­ją dro­gą ro­bi się z te­go cie­ka­wa hi­sto­ria. Wiesz, że nie wie­rzę w zbie­gi oko­licz­no­ści – skwi­to­wa­ła za­czep­nie Ew­ka.

– Wiem, ale ja wie­rzę – skła­ma­łam i szyb­ko zmie­nia­jąc te­mat, za­czę­łam roz­glą­dać się za dziew­czy­na­mi.

Ku­pu­jąc bi­le­ty, za­wsze wy­bie­ra­ły­śmy miej­sca lo­so­we. Po pierw­sze by­ły tań­sze, a po dru­gie każ­da z nas mia­ła czas na za­ła­twie­nie swo­ich spraw, książ­kę al­bo po pro­stu sen. To ostat­nie by­ło wy­jąt­ko­wo waż­ne w po­dró­ży po­wrot­nej, gdy se­ria za­rwa­nych no­cy da­wa­ła o so­bie znać. Mia­ły­śmy wte­dy czas na krót­ką re­ge­ne­ra­cję przed po­wro­tem do co­dzien­no­ści.

Jol­ka z Agą sie­dzia­ły w tyl­nej czę­ści sa­mo­lo­tu i ma­cha­ły mi uśmiech­nię­te. Wie­dzia­łam, że wcho­dząc tyl­nym wej­ściem do sa­mo­lo­tu, nie mia­ły moż­li­wo­ści zo­ba­cze­nia mo­je­go „wy­pad­ku” oraz te­go, kto sie­dzi w pierw­szym rzę­dzie. Bli­sko mnie by­ła tyl­ko Ew­ka. Nie mo­gąc dłu­żej się po­wstrzy­mać, lek­ko się pod­nio­słam, by spoj­rzeć na miej­sce nie­zna­jo­me­go.

Sie­dział wy­god­nie, moc­no opie­ra­jąc gło­wę o fo­tel, tak że mo­głam zo­ba­czyć je­go ciem­ne, gę­ste wło­sy. Sia­da­jąc po­now­nie na swo­im miej­scu, po­czu­łam, jak fa­la cie­pła prze­szy­wa ca­łe mo­je cia­ło.

Lot mi­nął mi na roz­my­śla­niach o nie­zna­jo­mym. Ca­ła ta sy­tu­acja z nim zwią­za­na przy­po­mi­na­ła mi ak­cje z fil­mu. Nie da­ło się ukryć, że je­go po­stać moc­no mnie za­in­try­go­wa­ła i po­zwo­li­ła mi po­czuć to, cze­go nie czu­łam od daw­na – po­ciąg do męż­czy­zny. Je­go wi­dok, spoj­rze­nie i uśmiech po­wo­do­wa­ły, że nie­mal czu­łam pul­so­wa­nie ca­łe­go cia­ła. Z jed­nej stro­ny pra­gnę­łam, by ta zna­jo­mość się roz­wi­nę­ła, z dru­giej jed­nak wo­la­łam ni­g­dy wię­cej już go nie zo­ba­czyć. Ból i po­czu­cie krzyw­dy, ja­kiej za­zna­łam ze stro­ny uko­cha­ne­go mę­ża, na­dal moc­no mi do­skwie­ra­ły. Nie wy­obra­ża­łam so­bie, bym mo­gła kie­dy­kol­wiek jesz­cze za­ufać ja­kie­muś męż­czyź­nie. Z dru­giej jed­nak stro­ny sa­mot­ność, ja­ką od­czu­wa­łam od ostat­nich dwóch lat, sta­wa­ła się nie do wy­trzy­ma­nia. Brak bli­sko­ści, któ­rą tak bar­dzo lu­bi­łam. Brak sek­su. Po­mi­mo spo­re­go za­in­te­re­so­wa­nia, ja­kie bu­dzi­łam wśród męż­czyzn, ni­g­dy nie po­tra­fi­łam po­dejść do tej sfe­ry ży­cia na za­sa­dzie tym­cza­so­wej za­ba­wy, jak to mło­dzież na­zy­wa – friends with be­ne­fits.

Ow­szem, lu­bi­łam seks. Moż­na po­wie­dzieć, że to je­dy­na dzie­dzi­na ży­cia, w któ­rej ni­g­dy do koń­ca nie czu­łam się speł­nio­na. Mój mąż, któ­ry tak­że to lu­bił, nie po­zwa­lał so­bie jed­nak na po­lot fan­ta­zji. Wszel­kie pro­po­zy­cje za­baw ero­tycz­nych za­wsze wy­cho­dzi­ły z mo­jej ini­cja­ty­wy i za­zwy­czaj by­ły kwi­to­wa­ne stwier­dze­niem: „Je­steś zbo­czo­na”. Z cza­sem w koń­cu za­nie­cha­łam prób wdra­ża­nia w ży­cie swo­ich fan­ta­zji ero­tycz­nych, czu­jąc, że dru­ga stro­na w ogó­le te­go nie po­trze­bu­je. Ma­rek, po­mi­mo re­gu­lar­no­ści sto­sun­ków, nie od­czu­wał ni­g­dy po­trze­by eks­pe­ry­men­to­wa­nia w tej sfe­rze ży­cia. Póź­niej wie­lo­krot­ne, nie­uda­ne pró­by zaj­ścia w cią­żę tyl­ko po­gor­szy­ły spra­wę. Ba­da­nia, bie­ga­ni­na po le­ka­rzach, to­wa­rzy­szą­cy te­mu stres i w koń­cu dia­gno­za: Ma­rek nie mógł mieć dzie­ci. To spo­wo­do­wa­ło, że coś w nim pę­kło. I po­mi­mo że ni­g­dy nie ob­wi­nia­łam go o to, że nie ma­my dzie­ci, wspie­ra­jąc i za­pew­nia­jąc go, że nas dwo­je wy­star­czy, to oka­za­ło się nie­wy­star­cza­ją­ce. Ma­rek czuł, że mnie za­wiódł. Czuł się nie­kom­plet­ny. Seks na­dal był czę­ścią na­sze­go ży­cia. Cza­sem bar­dziej, cza­sem mniej. Cza­sem le­piej, cza­sem go­rzej, ale ni­g­dy tak, jak te­go pra­gnę­łam. Tym bar­dziej nie po­tra­fi­łam zro­zu­mieć mo­ty­wa­cji je­go zdra­dy. Sek­su na pew­no mu nie bra­ko­wa­ło. Mo­jej em­pa­tii i zro­zu­mie­nia też nie. Co w ta­kim ra­zie spo­wo­do­wa­ło, że po­sta­no­wił odejść do młod­szej od nie­go o dzie­sięć lat ko­bie­ty, z biu­stem utrud­nia­ją­cym sku­pie­nie uwa­gi na twa­rzy i war­ga­mi sro­mo­wy­mi za­miast ust?

„Pie­przo­ny glo­no­jad” – za­klę­łam w my­ślach. Ma­rek ni­g­dy nie gu­sto­wał w tak sztucz­nych ko­bie­tach, dla­te­go to­tal­nie nie mo­głam zro­zu­mieć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. W koń­cu zrzu­ci­łam to na kry­zys wie­ku śred­nie­go. Je­go nie­usta­ją­ce prze­by­wa­nie na si­łow­ni i nad­mier­ne dba­nie o sie­bie tyl­ko to po­twier­dza­ły. Tak czy ina­czej, nie mo­głam te­go prze­bo­leć. Za­wsze się ro­zu­mie­li­śmy. Mo­że nie by­li­śmy ide­al­nym mał­żeń­stwem, ale spo­ro roz­ma­wia­li­śmy, du­żo wy­jeż­dża­li­śmy. Nie ma­jąc dzie­ci, mo­gli­śmy po­zwo­lić so­bie na sku­pie­nie się wy­łącz­nie na so­bie. Na­sze fi­nan­se też mia­ły się cał­kiem do­brze – on głów­ny pro­gra­mi­sta w zna­nej fir­mie, ja wła­ści­ciel­ka szko­ły ję­zy­ko­wej. Ży­li­śmy w do­stat­ku. Ży­li­śmy wy­god­nie, a po­mi­mo te­go ży­li­śmy by­le jak. Ra­zem, ale osob­no. I po­mi­mo że pra­gnę­łam zo­stać ma­mą, po po­zna­niu dia­gno­zy na­wet przez chwi­lę nie po­my­śla­łam o tym, by od nie­go odejść. I to bo­la­ło naj­bar­dziej. Świa­do­mie zre­zy­gno­wa­łam z ma­cie­rzyń­stwa dla męż­czy­zny, któ­ry kil­ka lat po tym zre­zy­gno­wał ze mnie.

– Pro­szę pań­stwa, po­wo­li zbli­ża­my się do lą­do­wa­nia… – Z za­du­my wy­rwał mnie pa­da­ją­cy z gło­śni­ków głos ste­war­de­sy.

Na­wet nie wie­dzia­łam, kie­dy mi­nę­ły te dwie go­dzi­ny. Lą­do­wa­nie od­by­ło się bez żad­nych pro­ble­mów. Jed­nak na myśl o po­now­nym przej­ściu obok nie­zna­jo­me­go do­sta­wa­łam skur­czy żo­łąd­ka. Na szczę­ście po wsta­niu z miej­sca zo­ba­czy­łam, że go nie ma. Ode­tchnę­łam z ulgą, za­ra­zem ma­jąc na­dzie­ję, że jesz­cze kie­dyś się spo­tka­my. „Cu­dow­nie”– po­my­śla­łam, prze­cho­dząc, tym ra­zem ostroż­nie, przez próg sa­mo­lo­tu i czu­jąc ude­rze­nie go­rą­ce­go po­wie­trza na twa­rzy. Uwiel­bia­łam ten kli­mat.

Ra­zem z Ew­ką do­łą­czy­ły­śmy do Agi i Jol­ki, cze­ka­ją­cych już w pod­sta­wio­nym na pły­cie lot­ni­ska au­to­bu­sie. Nie za­uwa­ży­łam w nim jed­nak nie­zna­jo­me­go. „Mo­że pa­sa­że­ro­wie bu­si­ness class trans­por­to­wa­ni są ina­czej” – po­my­śla­łam.

Z ra­cji te­go, że za­wsze po­dró­żo­wa­ły­śmy z ba­ga­żem pod­ręcz­nym, nie mu­sia­ły­śmy tra­cić cza­su na od­biór ba­ga­żu re­je­stro­wa­ne­go i szyb­ko uda­ły­śmy się na ze­wnątrz, na do­brze nam zna­ny przy­sta­nek au­to­bu­so­wy. By­ło już do­brze po dwu­dzie­stej dru­giej. Nasz au­to­bus miał la­da chwi­la pod­je­chać. Mu­sia­ły­śmy do­stać się na dwo­rzec cen­tral­ny w Ba­ri, za­le­d­wie pięć mi­nut spa­ce­rem od na­sze­go apar­ta­men­tu. Cze­ka­ła nas czter­dzie­sto­pię­cio­mi­nu­to­wa noc­na po­dróż przez mi­lio­ny przy­stan­ków. Au­to­bus za­czął się spóź­niać.

– Jak nie prze­ła­do­wa­ny, to spóź­nio­ny. – Aga nie mo­gła ukryć po­iry­to­wa­nia.

– Stai tra­nqu­il­lo! – od­po­wie­dzia­ła w wy­raź­nie do­brym hu­mo­rze Jol­ka. – Mó­wi­łam, że­byś na­pi­ła się wię­cej. Wi­no w sa­mo­lo­cie ude­rza po­dwój­nie! – Ro­ze­śmia­ła się gło­śno.

Na­gle za­uwa­ży­ły­śmy zbli­ża­ją­cy się do nas sa­mo­chód. Du­ży czar­ny SUV za­trzy­mał się tuż obok nas, a przy­ciem­nia­na szy­ba po­wo­li za­czę­ła opa­dać w dół. Za­raz za nią usły­sza­ły­śmy zna­ny nam mę­ski głos…

– Pod­wieźć was gdzieś, dziew­czy­ny? – za­py­tał nie­zna­jo­my.

Mo­je ser­ce sta­nę­ło, a dziew­czy­ny na­gle uci­chły. Jol­ka, sły­ną­ca ze swo­jej od­wa­gi i prze­ła­my­wa­nia wszel­kich ba­rier, po­de­szła pew­nym kro­kiem do okna sa­mo­cho­du. Wy­mie­ni­ła kil­ka zdań z kie­row­cą, po czym od­wró­ci­ła się do nas i pod­nie­sio­nym gło­sem ogło­si­ła: – Oto nasz szczę­śli­wy dzień. Ma­my pod­wóz­kę pro­sto do apar­ta­men­tu!

– Zwa­rio­wa­łaś?! Nie zna­my go! Mo­że to ja­kiś psy­chol. Chuj wie, gdzie nas wy­wie­zie. Mo­że to han­dlarz ko­bie­ta­mi!

– Aga, po pierw­sze po­zna­ły­śmy go. Fa­cet, co jak co, ale na wa­ria­ta nie wy­glą­da. Je­dzie w tym sa­mym kie­run­ku, to zro­zu­mia­łe, że za­ofe­ro­wał nam po­moc. Pew­nie głów­nie ze wzglę­du na Bel­lę. – Jol­ka pu­ści­ła oczko w mo­ją stro­nę. – Po dru­gie je­ste­śmy w czwór­kę, zna­my dro­gę i bę­dzie­my wie­dzia­ły, jak coś bę­dzie nie tak. Ta ca­ła sy­tu­acja jest na mak­sa in­try­gu­ją­ca! Je­stem cie­ka­wa, jak to się roz­wi­nie. Po trze­cie wszyst­kie do­brze wie­my, że Aga – któ­ra pró­bo­wa­ła prze­mó­wić do roz­sąd­ku młod­szej ko­le­żan­ce, od­cią­ga­jąc ją od sa­mo­cho­du – pra­cu­jąc w la­bo­ra­to­rium kry­mi­na­li­stycz­nym, sta­łaś się, lek­ko mó­wiąc… prze­wraż­li­wio­na. Wszę­dzie wi­dzisz wid­mo zbrod­ni. Wy­lu­zuj! – wy­punk­to­wa­ła Jol­ka.

– Mo­że i je­stem prze­wraż­li­wio­na, ale to wszyst­ko jest… dziw­ne. Do­bra, ja się do­sto­su­ję. Dziew­czy­ny? – Aga cze­ka­ła na na­szą re­ak­cję.

Sta­łam za­mu­ro­wa­na, gdy Jol­ka już za­czę­ła kie­ro­wać się w stro­nę sa­mo­cho­du. W tym mo­men­cie z je­go wnę­trza wy­ło­nił się nie­zna­jo­my.

– Cześć po­now­nie. Los chy­ba chce, że­by­śmy po­zna­li się le­piej – od­parł z uśmie­chem na twa­rzy, za­trzy­mu­jąc wzrok wi­docz­nie dłu­żej na mnie. – Tak się skła­da, że wy­bie­ram się do cen­trum Ba­ri i mo­gę was pod­rzu­cić. Bę­dzie mi bar­dzo mi­ło.

– Nam rów­nież, o ile ko­le­żan­ka się wy­lu­zu­je i nie za­cznie cię szu­kać po­śród po­szu­ki­wa­nych li­stem goń­czym prze­stęp­ców. – Jol­ka kiw­nę­ła gło­wą w kie­run­ku Agi.

– Ha, ha. – Nie­zna­jo­my za­śmiał się i skie­ro­wał sło­wa do Agi: – Ra­czej nie po­lo­wał­bym na swo­je po­ten­cjal­ne ofia­ry w miej­scach ob­ję­tych mo­ni­to­rin­giem, ale jak po­czu­jesz się le­piej, mo­gę dać ci mój do­wód oso­bi­sty, byś spraw­dzi­ła, czy ni­g­dzie nie fi­gu­ru­ję ja­ko po­szu­ki­wa­ny.

– Chy­ba że chcesz zo­stać w koń­cu zła­pa­ny – od­po­wie­dzia­ła z prze­ko­rą Aga, pod­cho­dząc pod ba­gaż­nik sa­mo­cho­du. – Jedź­my już – do­da­ła.

– Bel­la, sia­dasz z przo­du! – krzyk­nę­ła z nie­mal­że sza­tań­skim uśmie­chem Ew­ka, zaj­mu­jąc miej­sce z ty­łu obok Jol­ki i Agi.

W tym mo­men­cie nie­zna­jo­my, nie spusz­cza­jąc ze mnie oczu, za­brał mój ple­cak i wraz z in­ny­mi za­pa­ko­wał je do ba­gaż­ni­ka sa­mo­cho­du. Na­stęp­nie otwo­rzył drzwi pa­sa­że­ra i ge­stem za­pro­sił mnie do środ­ka.

– Za­pra­szam.

Mo­je ser­ce wa­li­ło, jak­by mia­ło za­raz wy­sko­czyć. Wie­dzia­łam już, że mu się spodo­ba­łam, a co gor­sza – on spodo­bał się mi. Był ta­ki mę­ski. Gdy się do nie­go zbli­ży­łam, nie­mal by­ło czuć, jak po­wie­trze wo­kół nas gęst­nie­je. Gdy sta­łam już przy otwar­tych drzwiach, on głę­bo­ko spoj­rzał mi w oczy. Mia­łam wra­że­nie, że sto­imy tak przez mi­nu­tę.

– Dzię­ku­ję – w koń­cu wy­du­si­łam z sie­bie. Za­raz po tym z za­lot­nym uśmie­chem za­py­ta­łam go o imię: – Za­nim ru­szy­my, chcia­ła­bym cho­ciaż po­znać imię mo­je­go po­ten­cjal­ne­go po­ry­wa­cza.

Nie­zna­jo­my na­chy­lił się w mo­im kie­run­ku, tak że mo­głam po­czuć za­pach je­go skó­ry zmie­sza­ny z moc­ny­mi ko­rzen­ny­mi per­fu­ma­mi, któ­re uwiel­bia­łam.

– Prze­pra­szam za to prze­ocze­nie, Iza­bel­lo. – Po­da­jąc mi rę­kę, do­dał: – Mar­cel­lo.

„Uchwyt je­go dło­ni jest na ty­le moc­ny, że ma­jąc ta­kie­go męż­czy­znę obok sie­bie na pew­no nie upa­dła­bym za pro­giem sa­mo­lo­tu” – po­my­śla­łam, uśmie­cha­jąc się do sie­bie.

– Po two­im uśmie­chu wnio­sku­ję, że imię ci się po­do­ba?

– Jak więk­szość wło­skich imion, dań i win – od­po­wie­dzia­łam za­czep­nie, tym ra­zem osta­tecz­nie wsia­da­jąc do sa­mo­cho­du.

Mar­cel­lo za­mknął za mną drzwi i z wi­docz­nym uśmie­chem skie­ro­wał się w stro­nę miej­sca kie­row­cy.

Dro­ga mi­nę­ła nam w przy­jem­nej at­mos­fe­rze. Dziew­czy­ny z ty­łu po­grą­żo­ne by­ły w roz­mo­wie i jak­by spe­cjal­nie nie an­ga­żo­wa­ły mnie w nią. W tle z gło­śni­ków le­ciał jazz, więc mo­głam się tro­chę zre­lak­so­wać.

– Tak więc lu­bisz wło­ską kuch­nię i wło­skie wi­na? – za­py­tał mnie, za­trzy­mu­jąc się na świa­tłach, Mar­cel­lo.

– Zga­dza się.

– A co byś po­wie­dzia­ła na ta­ki wy­jąt­ko­wy du­et w mo­im to­wa­rzy­stwie?

– Ku­szą­ca pro­po­zy­cja, ale jak wi­dzisz, je­stem na wy­jeź­dzie z przy­ja­ciół­ka­mi, a te wy­jaz­dy żą­dzą się swo­imi pra­wa­mi. Żad­nych fa­ce­tów!

– Da­je­my ci je­den dzień wol­ne­go! W koń­cu masz uro­dzi­ny! – dziew­czy­ny krzyk­nę­ły nie­mal­że w jed­nym cza­sie, tak jak­by ca­ły czas przy­słu­chi­wa­ły się na­szej roz­mo­wie.

Od­wró­ci­łam się do nich ze spoj­rze­niem peł­nym dez­apro­ba­ty, ale one nie da­wa­ły za wy­gra­ną.

– Bę­dziesz mia­ła po­dwój­ne uro­dzi­ny. Jed­ne z na­mi, a dru­gie w iście wło­skim sty­lu. Na­le­ży ci się, nie uwa­żasz? – pró­bo­wa­ła prze­ko­nać mnie Ew­ka.

– Bar­dzo dzię­ku­ję za tro­skę, ale je­stem du­żą dziew­czyn­ką i sa­ma po­tra­fię za­de­cy­do­wać, co jest dla mnie od­po­wied­nie – nie­mal wark­nę­łam, po­now­nie od­wra­ca­jąc się do dziew­czyn. – Po­za tym każ­dy wie­czór ma­my ści­śle za­pla­no­wa­ny, za­czy­na­jąc od ju­trzej­sze­go po­ke­ra w Bo­ne­dze – przy­po­mnia­łam im. – Tak więc bar­dzo dzię­ku­ję za za­pro­sze­nie, Mar­cel­lo, ale nie tym ra­zem – do­da­łam.

– Gry­wasz w po­ke­ra? – za­py­tał, tak jak­by w ogó­le nie sły­szał resz­ty mo­ich słów.

– Jest naj­lep­sza! – krzyk­nę­ła Jol­ka.

– Ama­tor­sko. Lu­bi­my od cza­su do cza­su urzą­dzać so­bie po­ke­ro­we wie­czor­ki z dziew­czy­na­mi – od­po­wie­dzia­łam, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc Jol­kę. – W tym ro­ku chcia­łam pierw­szy raz spró­bo­wać za­grać w bar­dziej… pro­fe­sjo­nal­nym oto­cze­niu – do­da­łam.

– No pro­szę, te­raz to do­pie­ro mnie za­in­try­go­wa­łaś. Wło­skie je­dze­nie, wi­no i do te­go po­ker… Je­stem cie­kaw, co jesz­cze „grzesz­ne­go” lu­bisz, Iza­bel­lo – Mar­cel­lo, wy­raź­nie za­ak­cen­to­wał sło­wo „grzesz­ne­go”.

Uwo­dzi­ciel­sko się uśmiech­nę­łam, nie wy­po­wia­da­jąc ani sło­wa. Czy to by­ło w mo­im za­mia­rze, czy nie, wy­raź­nie z nim flir­to­wa­łam. Wie­dzia­łam, że praw­do­po­dob­nie wię­cej go nie zo­ba­czę i to do­da­wa­ło mi od­wa­gi. Mar­cel­lo w od­po­wie­dzi wręcz za­nu­rzył swój wzrok w mo­ich oczach, na­wet nie mru­ga­jąc. Czu­łam, że prze­gry­wam w tej grze. Je­go pew­ność sie­bie, po­mi­mo za­kło­po­ta­nia, w ja­kie mnie wpra­wia­ła, by­ła nie­sa­mo­wi­cie po­cią­ga­ją­ca. Je­go ciem­ne jak wę­giel oczy moc­no błysz­cza­ły, a ja sta­ra­łam się roz­gryźć to, co ukry­wa­ły.

– Zie­lo­ne – na­gle prze­rwa­łam ci­szę. Gdy Mar­cel­lo nie za­re­ago­wał, po­wtó­rzy­łam nie­co gło­śniej: – Masz zie­lo­ne świa­tło!

– To chcia­łem usły­szeć, Iza­bel­lo – od­po­wie­dział przy­ci­szo­nym gło­sem, a je­go spoj­rze­nie spod zmru­żo­nych oczu wska­zy­wa­ło na to, że nie miał na my­śli sy­gna­li­za­to­ra świetl­ne­go.

Nie wie­dzia­łam, co od­po­wie­dzieć, więc za­mil­kłam. Resz­tę dro­gi wszy­scy prze­je­cha­li­śmy, słu­cha­jąc mu­zy­ki. Gdy do­tar­li­śmy pod bu­dy­nek, w któ­rym znaj­do­wał się nasz apar­ta­ment, Aga z ulgą ode­tchnę­ła. Mar­cel­lo wy­cią­gnął z ba­gaż­ni­ka na­sze ple­ca­ki i uśmie­cha­jąc się do Agi, roz­ba­wio­nym gło­sem za­ak­cen­to­wał:

– Ca­łe i zdro­we!

Aga w od­po­wie­dzi moc­no się uśmiech­nę­ła i te­atral­nie ge­sty­ku­lu­jąc, po­ka­za­ła, jak bar­dzo jest z te­go po­wo­du szczę­śli­wa.

Dziew­czy­ny po­dzię­ko­wa­ły za trans­port, a Ew­ka ge­stem ka­pi­tu­la­cji po­ka­za­ła mu, że ro­bi­ła, co mo­gła, że­bym przy­ję­ła je­go za­pro­sze­nie. Mar­cel­lo po­że­gnał się z dziew­czy­na­mi i ży­czył im uda­ne­go po­by­tu. Na ko­niec pod­szedł do mnie i pew­nym gło­sem po­wie­dział:

– Do zo­ba­cze­nia nie­ba­wem, Iza­bel­lo.

Wsiadł do sa­mo­cho­du i od­je­chał.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij