Full - ebook
Zwycięzcą będzie ten, kto odważy się poddać swoim pragnieniom.
Izabella, której świat runął po zdradzie męża, wylatuje z przyjaciółkami do Włoch, by świętować czterdzieste urodziny. Ma zamiar korzystać z uroków kraju, dać się porwać szaleństwom i wydać trochę pieniędzy w lokalnym kasynie. Spotkanie z tajemniczym, niepokojąco przystojnym Marcello sprawia, że ten plan wchodzi na o wiele wyższy poziom.
Urzekający mężczyzna otwiera przed nią drzwi do świata przesyconego namiętnością, zmysłowością i zakazanymi przyjemnościami. Niespodziewanie wyjazd zaczyna przypominać Izabelli uzależniającą partię pokera, która z każdą chwilą dostarcza jej coraz silniejszych emocji.
Niestety w tej rozgrywce nie da się przewidzieć ruchów wszystkich graczy…
„Full” to odważna, szokująca i przesycona erotyzmem opowieść przełamująca schematy. Historia, w której najskrytsze pragnienia stają się rzeczywistością, a ból miesza się z przyjemnością.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Erotyka |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8423-432-7 |
| Rozmiar pliku: | 1,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
– Kurwa, kiedy?! – krzyknęłam głośno, zarzucając zwinięty wokół włosów ręcznik do tyłu.
Uważnie spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Oto ja, kończąca w tym tygodniu czterdzieści lat. Od roku w statusie rozwódki, bo jak to często w życiu bywa, to, co miało być zgodne i trwałe, zostało zastąpione… młodszym, w rozmiarze „70E”. Witaj w realnym życiu, Izabello!
– Kurwa! – powtórzyłam jeszcze głośniej, opierając mocno ręce o blat umywalki, przybliżyłam się do lustra i przyjrzałam śladom, jakie zostawiło na mojej twarzy dotychczasowe życie.
Pomimo dojrzałego wieku trzeba przyznać, że wciąż wyglądałam bardzo apetycznie. Piękna oliwkowa karnacja, duże niebieskie oczy i gęste kasztanowe włosy. I ten uśmiech… tak, ciągle miałam to coś. Coś, co dwadzieścia lat temu sprawiło, że mój były już mąż robił dla mnie wszystko.
Zamknęłam oczy i jeszcze raz pozwoliłam swojej pamięci przypomnieć mi nasze pierwsze spotkanie. Stałam w piekarni po swoją ulubioną bułkę cynamonkę, gdy chłopak przede mną kupił ostatnią sztukę. Do dziś nie wiem, jak to się stało, że na głos powiedziałam, to co pomyślałam:
– Serio?! I tak dobrze wyglądasz bez tego cukru! I w ten sposób ten jeden moment i to jedno zdanie zaważyły na moich kolejnych dwudziestu latach życia. Oczywiście finalnie dostałam tego dnia swoją ulubioną bułkę, a wraz z nią cały pakiet: postawnego bruneta o równie niebieskich oczach co moje i niebiańskim uśmiechu…
– Kurwa i na chuj ci były te węglowodany! – warknęłam na siebie.
„Jak to głupia bułka może zniszczyć komuś życie” – pomyślałam, czując, że to nie do końca jednak prawda.
Z Markiem spędziłam piękne lata życia, które zatrzymały we mnie wiele cudownych wspomnień. I to właśnie bolało mnie najbardziej. Chciałam znienawidzić go ze wszystkich sił, ale nie potrafiłam. Co gorsza, gdzieś w głębi serca nadal czułam cichą tęsknotę za wspólnymi chwilami, nie potrafiąc zrozumieć, co takiego wydarzyło się w naszym wspólnym życiu, że któregoś majowego dnia usłyszałam: „Odchodzę”. Na wspomnienie tej chwili poczułam mocne ukłucie w sercu, a łzy zaczęły napływać mi do oczu.
– Nie, kretynko, nie możesz wciąż do tego wracać! Ogarnij się! – Mocno klepnęłam się dłońmi po obu stronach twarzy.
Cofnęłam się o trzy kroki, by tym razem zobaczyć w lustrze pełen obraz siebie.
„Nie jest źle” – pomyślałam. Racjonalne odżywianie, wsparte odpowiednią suplementacją, sport, który od dwóch lat towarzyszy mi wyjątkowo często, jako najlepszy neutralizator stresu, plus całkiem dobre geny spowodowały, że większość ludzi oceniała mnie na dziesięć lat mniej, niż w rzeczywistości miałam.
„Mają rację. Jesteś stara, ale jara”. Uśmiechnęłam się do swojego odbicia. Humor dodatkowo poprawiał mi widok stojącego za drzwiami łazienki plecaka.
Nagle poczułam w sobie ogromna falę wdzięczności za to, kto został w moim życiu, a konkretnie moje zwariowane przyjaciółki, które postanowiły z okazji mojej czterdziestki zabrać mnie na kilka dni do Włoch. O tak, kochałam tej kraj. Zawsze chętnie tam wracałam. Ciepło, wąskie uliczki, pyszne jedzenie i jeszcze lepsze wino. Rozmarzyłam się, po czym zerwałam na równe nogi, gdy zobaczyłam na zegarku, że jestem mocno w niedoczasie. Za parę godzin miałam być na lotnisku, a czekało mnie jeszcze dopakowanie plecaka i ogarnięcie samej siebie.
„Jak dobrze, że dałam się namówić na depilację laserową, co za oszczędność czasu” – pomyślałam, siadając na toalecie. „Karina!!! Niech cię szlag! No tak” – przypomniałam sobie ostatni trening na siłowni. Sama prosiłam Karinę – swoją trenerkę personalną – o mocny wycisk, wiedząc, co będę robić we Włoszech. Ciało musiało być dobrze przygotowane na te ilości makaronu i Aperola, które zamierzałam przyjąć w najbliższych dniach.
– Chciałaś, to masz! – powiedziałam sama do siebie, powoli wstając z toalety.
Nie pamiętam już, kiedy ostatnio tak dobrze czułam swoje mięśnie. Jednak pomimo bólu byłam wdzięczna zarówno za Karinę, jak i to, co przez dwa ostatnie lata udało jej się zrobić z moim ciałem. Smukłe nogi, delikatnie umięśnione łydki, które lubiłam eksponować, nosząc szpilki. Do tego podniesione pośladki, zarysowane mięśnie brzucha i te ramiona… zero pelikanów!
– Okej, wybaczam ci, sadystyczna suko! – Zaśmiałam się, podziwiając efekty dwuletniej ciężkiej i zdyscyplinowanej pracy z Kariną.
Pracowałyśmy na tyle ciężko, że dostałam nawet jej „błogosławieństwo” na ten „wyjazd zniszczenia”, jak go nazwała. Zresztą, jak każdy do tej pory wyjazd z dziewczynami, po którym parametry na wadze zawsze się zmieniały. Wiedziałam, że jak wrócę, Karina w tydzień doprowadzi mnie do ładu.
Kolejne godziny minęły mi na dopakowywaniu się z przerwami na stałą wymianę wiadomości z dziewczynami o tym, co zabrać, czego nie, i o tym, jak będzie zajebiście. Bo będzie. Zawsze było. Z tą różnicą, że ta podróż miała stać się kolejnym punktem zwrotnym w moim życiu, tyle że dużo większym niż pojawienie się „70E”.1. PIERWSZE SPOTKANIE
– Aaa!!! – Na lotnisku przywitały mnie okrzyki radości moich wariatek: Ewki, Jolki i Agi, a zaraz za nimi szał wzajemnych uścisków.
„Dla takich chwil, warto żyć” – pomyślałam, mocno przytulając się do dziewczyn. Po wymianie wzajemnych uścisków, odprawie bagażowej i kontroli celnej z pośpiechem udałyśmy się w swoje ulubione miejsce na lotnisku, które niemal stało się tradycją naszych wspólnych wylotów, czyli Business Class Lounge. W tym momencie wszystkie automatycznie włączałyśmy się w tryb Holiday Reset Time. Po uiszczeniu opłaty i zajęciu naszego stałego miejsca na wygodnej kanapie i fotelach wokół dużego stołu, szybko udałyśmy się w kolejne nasze ulubione miejsce – barek z alkoholem. Po napełnieniu pierwszych kieliszków musującym prosecco dziewczyny mnie otoczyły i nagle całe pomieszczenie wypełniło się dźwiękiem śpiewanego nazbyt głośno Sto lat.
– Ja pierdolę, wszyscy na nas patrzą! Tylko nie mówcie przypadkiem, ile kończę lat, bo zabiję! – próbowałam przekrzyczeć koncert dziewczyn.
– Spoko, Bella, każdy chciałby tak dobrze wyglądać w wieku trzydziestu lat – odpowiedziała, puszczając do mnie oczko, Ewka.
Miała szczęście.
– Twoje zdrowie! – krzyknęła Jolka.
– Do dna! – dodała Aga.
Po jakiejś godzinie i trzech lampkach prosecco byłyśmy już mocno w trybie Holiday. Lubiłyśmy to. Lubiłyśmy przyjeżdżać na lotnisko wcześniej, tak by na spokojnie mieć czas na odpowiednią celebrację naszego wspólnego wyjazdu. To był nasz czas, pełen śmiechu, który niejednokrotnie doprowadzał nas do łez, a innych pasażerów oczekujących na lot – do irytacji. Nigdy się tym nie przejmowałyśmy. Nikt ani nic nie było w stanie zepsuć nam tych chwil, na które zawsze tak niecierpliwie czekałyśmy. Czas resetu. Czas, gdy wszystkie mogłyśmy zapomnieć o swoich problemach, obowiązkach, a część z nas także o osobach, o których chciała zapomnieć. Wśród tych ostatnich byłam właśnie ja. Takie wyjazdy były dla mnie odskocznią od natrętnych myśli związanych z „70E”, tęsknoty za byłym mężem i strachem przed samotnością.
– Czy będę jeszcze kiedyś szczęśliwa…? – zamyśliłam się.
– Wszystko będzie dobrze. – Nagle usłyszałam głos Ewki, która jakby czytała w moich myślach. Ewka mocno mnie przytuliła, po czym wstała z miejsca i podnosząc kolejną lampkę prosecco, wzniosła toast. – Za naszą Bellę i za jej nową, lepszą część życia! Niech będzie pełna niezapomnianych wrażeń, cudownych ludzi, przystojnych facetów z workiem cynamonek i ognistego seksu!!! – Po tych słowach dziewczyny zaczęły głośno krzyczeć i bić brawo.
Nawet ja nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. „Ognistego seksu”… nie pamiętałam już, co znaczy seks, a co dopiero ognisty. Odkąd Marek odszedł, żyłam w celibacie. Nigdy nie podejrzewałabym siebie o taką wstrzemięźliwość, bo zawsze lubiłam seks, ale ból, jaki zadał mi były mąż, był tak dotkliwy, że ostatnie, o czym chciałam myśleć, to inny mężczyzna. Nie zmieniało to faktu, że było mi coraz ciężej. Tęsknota za bliskością, dotykiem, czułością i namiętnością. Nauczyłam się radzić sobie z podnieceniem, opanowując do perfekcji sztukę masturbacji, jednak dawało mi to tylko chwilową przyjemność. W miarę upływu czasu mój poziom frustracji narastał, a ciało buntowało się coraz bardziej. Z rozmyślań nagle wyrwała mnie dziwna cisza. Podniosłam wzrok, a moim oczom ukazała się męska dłoń trzymająca lampkę jasnozłotego musującego płynu…
– Taki toast wymaga odpowiedniego trunku. – Usłyszałam nad sobą twardy głos.
Spojrzałam wyżej i w tym momencie zrobiło mi się gorąco, a w żołądku dokładnie poczułam ilość wypitego prosecco. Mężczyzna, który stał nade mną, bez wątpienia należał do grupy „samców alfa”. Wiedziałam to, widząc już samą jego dłoń. Masywna, opalona, z szerokim nadgarstkiem i widocznym ciemnym, delikatnym owłosieniem. Mankiet białej koszuli wychodził spod jego marynarki, odsłaniając zegarek świadczący o poczuciu stylu… i raczej niemałym portfelu. I to, w jaki sposób trzymał lampkę, obejmując jej nóżkę dwoma palcami tak, że jej cała górna część pewnie spoczywała w jego dłoni… Wzrokiem powędrowałam wyżej. Brunet z lekko posrebrzanymi włosami na bokach, które tylko dodawały mu męskości, bardzo ciemne, przymrużone oczy, ciemna karnacja, mocno zarysowane zmarszczki i bruzdy nosowo-wargowe, które tak znienawidzone przez kobiety, w jego wypadku były swoistą „biżuterią”. Całość dopełniały pełne usta i ten tajemniczy, trudny do weryfikacji jego intencji uśmiech.
– Dziękuję… chyba… – powiedziałam powoli, przejmując z jego dłoni kieliszek z jasnozłotą zawartością.
Pomału podniosłam się z miejsca, starając się to zrobić w jak najbardziej, biorąc pod uwagę ilość wypitego alkoholu, elegancki sposób. W tym momencie tajemniczy brunet zbliżył się do mnie i dłoń, w której trzymał szkło z tym samym trunkiem, przysunął do mojego kieliszka.
– Za to i za dużo więcej, Izabello…
Serce biło mi zdecydowanie za szybko. „Skąd on tu się wziął? Niemożliwe, żebym go nie zauważyła. Musiał być wystarczająco blisko, skoro usłyszał toast i wie, jak mam na imię” – myśli zaczęły bombardować moją głowę.
– Dziękuję – wydusiłam w końcu z siebie w stronę nieznajomego.
Zaraz potem kelnerka postawiła obok nas otwartą butelkę szampana i trzy dodatkowe kieliszki. Kątem oka dostrzegłam napis na butelce: „Louis Roederer”. „O kurwa” – przeklęłam w myślach. Ostatnio Cristala piłam na swoich dwudziestych ósmych urodzinach w Meksyku, gdy zauroczony mną menadżer klubu, w którym bawiłam się z dziewczynami, sprezentował mi butelkę.
– Bawcie się dobrze – powiedział nieznajomy, podczas gdy kelnerka napełniała kolejne kieliszki.
I zaraz potem odszedł.
– Ja pierdolę – skwitowała zszokowana Ewka. – Co to było? Jakie ciacho! Skąd on się tu wziął?!
– Bella, mogłaś wydusić z siebie coś więcej niż „dziękuję”. Na przykład… „Nie bzykałam się od dwóch lat, może mi pomożesz?” – dorzuciła znana ze swojego poczucia humoru Jolka.
Na ten tekst wszystkie gruchnęłyśmy śmiechem.
– Cicho!!! – krzyknęłam. – Jeszcze usłyszy!
– I dobrze. Może w końcu ktoś by ci pomógł zapomnieć o Mareczku i jego małym ogoneczku – odpowiedziała ponownie Jolka z nieukrywaną odrazą do Marka.
Na co wszystkie ponownie się roześmiałyśmy.
– Matko, Jolka, jesteś niereformowalna – odpowiedziałam zrezygnowana i unosząc kieliszek z Cristalem do góry, przerwałam dyskusję, wymuszając na dziewczynach, by zrobiły to samo.
Po opróżnieniu butelki i rozmowach na temat nieznajomego, który tak szybko jak się pojawił, tak samo i zniknął, w głośnikach usłyszałyśmy komunikat dotyczący numeru naszego lotu i destynacji oraz słowa „Final call”.
– Ja pierdolę! – wrzasnęła Ewka.
– Zawsze to samo – dodała, kiwając głową i zanosząc się śmiechem, Aga.
W rekordowym tempie dotarłyśmy na miejsce, dziękując w duchu, że nasz gate był bardzo blisko Business Class Lounge.
Będąc już w autobusie, dziewczyny nadal nie mogły odpuścić tematu nieznajomego. Tworzyły różne możliwe scenariusze, kim mógłby być i czym się zajmować. Podkreślały wyjątkowość samego zdarzenia, niczym z romantycznego filmu. I nie omieszkały pominąć miłego gestu, którym było postawienie nam szampana za blisko pięćset euro. Chociaż sama jego osoba budziła już dużo emocji – niezwykle przystojny, postawny mężczyzna około pięćdziesiątki, zjawiający się nie wiadomo skąd i po chwili znikający nie wiadomo gdzie.
– Szkoda, że tak szybko się ulotnił. To mogłaby być ciekawa znajomość – powiedziała Jolka, szturchając mnie łokciem.
– Nie w głowie mi teraz takie znajomości. Nie mam na to totalnie ochoty. Zresztą przystojni faceci zazwyczaj, jak życie pokazuje, mają problem z monogamią, a mnie przelotne romanse w ogóle nie interesują – odparłam stanowczym głosem.
– Dobry romans nie jest zły – podsumowała z przekąsem Jolka.
– Romans to romans – odpowiedziałam tonem kończącym dyskusję.
– Niech ci będzie. Jesteś zwolniona z racjonalnego myślenia przez wzgląd na wydarzenia z ostatnich dwóch lat – zakończyła teatralnie Jolka.
Gdy autobus zatrzymał się blisko samolotu i ludzie rzucili się do wyjścia, ja wciąż dryfowałam w natłoku myśli. Chciałam tego czy nie, tajemniczy mężczyzna mocno mnie zaintrygował. Przez tę krótką chwilę znów poczułam się zauważona, adorowana. Ktoś zwrócił na mnie uwagę i nieważne, czy był to jedynie miły dżentelmeński gest faceta, który po prostu mógł sobie na to pozwolić, czy żywe zainteresowanie moją osobą. Tak czy siak, było to miłe. Nie mogłam też pozostać obojętna na samą postać mężczyzny. Był przystojny. Dojrzały, ale wiek, który zdradzała jego twarz, dodawał mu tylko charakteru. Głos, spojrzenie, uśmiech. To wszystko tworzyło mieszankę wybuchową, a ja miałam dość fajerwerków w ostatnich dwóch latach swojego życia.
Szybko pokiwałam głową, próbując wyrzucić z głowy i myśli obraz nieznajomego. Wysiadłam z autobusu i skierowałam się za Ewką w stronę schodów na przodzie samolotu. Oczywiście po drodze zaliczyłyśmy tradycyjny „przystanek” na selfie na tle samolotu, budząc przewrotne spojrzenia poirytowanych ludzi, którzy już chyba zapomnieli, jak to jest cieszyć się wakacjami z bliskimi osobami.
„Smutne” – pomyślałam, wsiadając za Ewką na pokład samolotu, która mocno „wyrwała” naprzód.
– Jasny gwint! – krzyknęłam, nie zauważywszy progu między schodami a wejściem do samolotu i niemal upadając z tego powodu.
„Co za wstyd”. Czułam spojrzenia stewardes i grzecznościowy uśmiech jednej z nich, która uratowała mnie przed upadkiem i totalną kompromitacją. Jakby tego było mało, gdy podniosłam głowę, w pierwszym rzędzie samolotu dostrzegłam znajomy uśmiech… To był on, nieznajomy z Bussiness Class Lounge. Oczywiście siedział na miejscu wyodrębnionym dla klasy biznesowej i widocznie rozbawiony patrzył na mnie.
– Widzę, że szampan smakował. – Szeroki uśmiech na jego twarzy powodował, że wyglądał niezwykle uroczo.
– Jak widać – odpowiedziałam wesoło, starając się ukryć głębokie zażenowanie zaistniałą sytuacją.
Czym prędzej przeszłam obok niego, szukając numeru ze swoim miejscem. Okazało się, że siedzę kilka rzędów dalej. Błyskawicznie wrzuciłam plecak na półkę i ulokowałam się na swoim miejscu, próbując wręcz wtopić się w fotel. Nagle usłyszałam z tyłu za siedzeniem mocno rozbawiony głos Ewki:
– Pssst… żyjesz?
– Nic mi nie mów. Co za wstyd. I jeszcze… on. Widziałaś?
– Trudno było nie zauważyć takiego ciacha. Chociaż, jak widać, na tobie zrobił większe wrażenie, skoro zwaliło cię z nóg – Ewka zaczęła się głośno śmiać.
– Bardzo zabawne. Zamyśliłam się i zapomniałam o progu wejściowym do samolotu. Zobaczyłam go dopiero po zrobieniu z siebie ciamajdy roku. – Wypowiadając te słowa, zakryłam twarz rękoma, jakbym chciała się za nimi ukryć.
– Dobra, dobra. Niech ci będzie. Swoją drogą robi się z tego ciekawa historia. Wiesz, że nie wierzę w zbiegi okoliczności – skwitowała zaczepnie Ewka.
– Wiem, ale ja wierzę – skłamałam i szybko zmieniając temat, zaczęłam rozglądać się za dziewczynami.
Kupując bilety, zawsze wybierałyśmy miejsca losowe. Po pierwsze były tańsze, a po drugie każda z nas miała czas na załatwienie swoich spraw, książkę albo po prostu sen. To ostatnie było wyjątkowo ważne w podróży powrotnej, gdy seria zarwanych nocy dawała o sobie znać. Miałyśmy wtedy czas na krótką regenerację przed powrotem do codzienności.
Jolka z Agą siedziały w tylnej części samolotu i machały mi uśmiechnięte. Wiedziałam, że wchodząc tylnym wejściem do samolotu, nie miały możliwości zobaczenia mojego „wypadku” oraz tego, kto siedzi w pierwszym rzędzie. Blisko mnie była tylko Ewka. Nie mogąc dłużej się powstrzymać, lekko się podniosłam, by spojrzeć na miejsce nieznajomego.
Siedział wygodnie, mocno opierając głowę o fotel, tak że mogłam zobaczyć jego ciemne, gęste włosy. Siadając ponownie na swoim miejscu, poczułam, jak fala ciepła przeszywa całe moje ciało.
Lot minął mi na rozmyślaniach o nieznajomym. Cała ta sytuacja z nim związana przypominała mi akcje z filmu. Nie dało się ukryć, że jego postać mocno mnie zaintrygowała i pozwoliła mi poczuć to, czego nie czułam od dawna – pociąg do mężczyzny. Jego widok, spojrzenie i uśmiech powodowały, że niemal czułam pulsowanie całego ciała. Z jednej strony pragnęłam, by ta znajomość się rozwinęła, z drugiej jednak wolałam nigdy więcej już go nie zobaczyć. Ból i poczucie krzywdy, jakiej zaznałam ze strony ukochanego męża, nadal mocno mi doskwierały. Nie wyobrażałam sobie, bym mogła kiedykolwiek jeszcze zaufać jakiemuś mężczyźnie. Z drugiej jednak strony samotność, jaką odczuwałam od ostatnich dwóch lat, stawała się nie do wytrzymania. Brak bliskości, którą tak bardzo lubiłam. Brak seksu. Pomimo sporego zainteresowania, jakie budziłam wśród mężczyzn, nigdy nie potrafiłam podejść do tej sfery życia na zasadzie tymczasowej zabawy, jak to młodzież nazywa – friends with benefits.
Owszem, lubiłam seks. Można powiedzieć, że to jedyna dziedzina życia, w której nigdy do końca nie czułam się spełniona. Mój mąż, który także to lubił, nie pozwalał sobie jednak na polot fantazji. Wszelkie propozycje zabaw erotycznych zawsze wychodziły z mojej inicjatywy i zazwyczaj były kwitowane stwierdzeniem: „Jesteś zboczona”. Z czasem w końcu zaniechałam prób wdrażania w życie swoich fantazji erotycznych, czując, że druga strona w ogóle tego nie potrzebuje. Marek, pomimo regularności stosunków, nie odczuwał nigdy potrzeby eksperymentowania w tej sferze życia. Później wielokrotne, nieudane próby zajścia w ciążę tylko pogorszyły sprawę. Badania, bieganina po lekarzach, towarzyszący temu stres i w końcu diagnoza: Marek nie mógł mieć dzieci. To spowodowało, że coś w nim pękło. I pomimo że nigdy nie obwiniałam go o to, że nie mamy dzieci, wspierając i zapewniając go, że nas dwoje wystarczy, to okazało się niewystarczające. Marek czuł, że mnie zawiódł. Czuł się niekompletny. Seks nadal był częścią naszego życia. Czasem bardziej, czasem mniej. Czasem lepiej, czasem gorzej, ale nigdy tak, jak tego pragnęłam. Tym bardziej nie potrafiłam zrozumieć motywacji jego zdrady. Seksu na pewno mu nie brakowało. Mojej empatii i zrozumienia też nie. Co w takim razie spowodowało, że postanowił odejść do młodszej od niego o dziesięć lat kobiety, z biustem utrudniającym skupienie uwagi na twarzy i wargami sromowymi zamiast ust?
„Pieprzony glonojad” – zaklęłam w myślach. Marek nigdy nie gustował w tak sztucznych kobietach, dlatego totalnie nie mogłam zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. W końcu zrzuciłam to na kryzys wieku średniego. Jego nieustające przebywanie na siłowni i nadmierne dbanie o siebie tylko to potwierdzały. Tak czy inaczej, nie mogłam tego przeboleć. Zawsze się rozumieliśmy. Może nie byliśmy idealnym małżeństwem, ale sporo rozmawialiśmy, dużo wyjeżdżaliśmy. Nie mając dzieci, mogliśmy pozwolić sobie na skupienie się wyłącznie na sobie. Nasze finanse też miały się całkiem dobrze – on główny programista w znanej firmie, ja właścicielka szkoły językowej. Żyliśmy w dostatku. Żyliśmy wygodnie, a pomimo tego żyliśmy byle jak. Razem, ale osobno. I pomimo że pragnęłam zostać mamą, po poznaniu diagnozy nawet przez chwilę nie pomyślałam o tym, by od niego odejść. I to bolało najbardziej. Świadomie zrezygnowałam z macierzyństwa dla mężczyzny, który kilka lat po tym zrezygnował ze mnie.
– Proszę państwa, powoli zbliżamy się do lądowania… – Z zadumy wyrwał mnie padający z głośników głos stewardesy.
Nawet nie wiedziałam, kiedy minęły te dwie godziny. Lądowanie odbyło się bez żadnych problemów. Jednak na myśl o ponownym przejściu obok nieznajomego dostawałam skurczy żołądka. Na szczęście po wstaniu z miejsca zobaczyłam, że go nie ma. Odetchnęłam z ulgą, zarazem mając nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. „Cudownie”– pomyślałam, przechodząc, tym razem ostrożnie, przez próg samolotu i czując uderzenie gorącego powietrza na twarzy. Uwielbiałam ten klimat.
Razem z Ewką dołączyłyśmy do Agi i Jolki, czekających już w podstawionym na płycie lotniska autobusie. Nie zauważyłam w nim jednak nieznajomego. „Może pasażerowie business class transportowani są inaczej” – pomyślałam.
Z racji tego, że zawsze podróżowałyśmy z bagażem podręcznym, nie musiałyśmy tracić czasu na odbiór bagażu rejestrowanego i szybko udałyśmy się na zewnątrz, na dobrze nam znany przystanek autobusowy. Było już dobrze po dwudziestej drugiej. Nasz autobus miał lada chwila podjechać. Musiałyśmy dostać się na dworzec centralny w Bari, zaledwie pięć minut spacerem od naszego apartamentu. Czekała nas czterdziestopięciominutowa nocna podróż przez miliony przystanków. Autobus zaczął się spóźniać.
– Jak nie przeładowany, to spóźniony. – Aga nie mogła ukryć poirytowania.
– Stai tranquillo! – odpowiedziała w wyraźnie dobrym humorze Jolka. – Mówiłam, żebyś napiła się więcej. Wino w samolocie uderza podwójnie! – Roześmiała się głośno.
Nagle zauważyłyśmy zbliżający się do nas samochód. Duży czarny SUV zatrzymał się tuż obok nas, a przyciemniana szyba powoli zaczęła opadać w dół. Zaraz za nią usłyszałyśmy znany nam męski głos…
– Podwieźć was gdzieś, dziewczyny? – zapytał nieznajomy.
Moje serce stanęło, a dziewczyny nagle ucichły. Jolka, słynąca ze swojej odwagi i przełamywania wszelkich barier, podeszła pewnym krokiem do okna samochodu. Wymieniła kilka zdań z kierowcą, po czym odwróciła się do nas i podniesionym głosem ogłosiła: – Oto nasz szczęśliwy dzień. Mamy podwózkę prosto do apartamentu!
– Zwariowałaś?! Nie znamy go! Może to jakiś psychol. Chuj wie, gdzie nas wywiezie. Może to handlarz kobietami!
– Aga, po pierwsze poznałyśmy go. Facet, co jak co, ale na wariata nie wygląda. Jedzie w tym samym kierunku, to zrozumiałe, że zaoferował nam pomoc. Pewnie głównie ze względu na Bellę. – Jolka puściła oczko w moją stronę. – Po drugie jesteśmy w czwórkę, znamy drogę i będziemy wiedziały, jak coś będzie nie tak. Ta cała sytuacja jest na maksa intrygująca! Jestem ciekawa, jak to się rozwinie. Po trzecie wszystkie dobrze wiemy, że Aga – która próbowała przemówić do rozsądku młodszej koleżance, odciągając ją od samochodu – pracując w laboratorium kryminalistycznym, stałaś się, lekko mówiąc… przewrażliwiona. Wszędzie widzisz widmo zbrodni. Wyluzuj! – wypunktowała Jolka.
– Może i jestem przewrażliwiona, ale to wszystko jest… dziwne. Dobra, ja się dostosuję. Dziewczyny? – Aga czekała na naszą reakcję.
Stałam zamurowana, gdy Jolka już zaczęła kierować się w stronę samochodu. W tym momencie z jego wnętrza wyłonił się nieznajomy.
– Cześć ponownie. Los chyba chce, żebyśmy poznali się lepiej – odparł z uśmiechem na twarzy, zatrzymując wzrok widocznie dłużej na mnie. – Tak się składa, że wybieram się do centrum Bari i mogę was podrzucić. Będzie mi bardzo miło.
– Nam również, o ile koleżanka się wyluzuje i nie zacznie cię szukać pośród poszukiwanych listem gończym przestępców. – Jolka kiwnęła głową w kierunku Agi.
– Ha, ha. – Nieznajomy zaśmiał się i skierował słowa do Agi: – Raczej nie polowałbym na swoje potencjalne ofiary w miejscach objętych monitoringiem, ale jak poczujesz się lepiej, mogę dać ci mój dowód osobisty, byś sprawdziła, czy nigdzie nie figuruję jako poszukiwany.
– Chyba że chcesz zostać w końcu złapany – odpowiedziała z przekorą Aga, podchodząc pod bagażnik samochodu. – Jedźmy już – dodała.
– Bella, siadasz z przodu! – krzyknęła z niemalże szatańskim uśmiechem Ewka, zajmując miejsce z tyłu obok Jolki i Agi.
W tym momencie nieznajomy, nie spuszczając ze mnie oczu, zabrał mój plecak i wraz z innymi zapakował je do bagażnika samochodu. Następnie otworzył drzwi pasażera i gestem zaprosił mnie do środka.
– Zapraszam.
Moje serce waliło, jakby miało zaraz wyskoczyć. Wiedziałam już, że mu się spodobałam, a co gorsza – on spodobał się mi. Był taki męski. Gdy się do niego zbliżyłam, niemal było czuć, jak powietrze wokół nas gęstnieje. Gdy stałam już przy otwartych drzwiach, on głęboko spojrzał mi w oczy. Miałam wrażenie, że stoimy tak przez minutę.
– Dziękuję – w końcu wydusiłam z siebie. Zaraz po tym z zalotnym uśmiechem zapytałam go o imię: – Zanim ruszymy, chciałabym chociaż poznać imię mojego potencjalnego porywacza.
Nieznajomy nachylił się w moim kierunku, tak że mogłam poczuć zapach jego skóry zmieszany z mocnymi korzennymi perfumami, które uwielbiałam.
– Przepraszam za to przeoczenie, Izabello. – Podając mi rękę, dodał: – Marcello.
„Uchwyt jego dłoni jest na tyle mocny, że mając takiego mężczyznę obok siebie na pewno nie upadłabym za progiem samolotu” – pomyślałam, uśmiechając się do siebie.
– Po twoim uśmiechu wnioskuję, że imię ci się podoba?
– Jak większość włoskich imion, dań i win – odpowiedziałam zaczepnie, tym razem ostatecznie wsiadając do samochodu.
Marcello zamknął za mną drzwi i z widocznym uśmiechem skierował się w stronę miejsca kierowcy.
Droga minęła nam w przyjemnej atmosferze. Dziewczyny z tyłu pogrążone były w rozmowie i jakby specjalnie nie angażowały mnie w nią. W tle z głośników leciał jazz, więc mogłam się trochę zrelaksować.
– Tak więc lubisz włoską kuchnię i włoskie wina? – zapytał mnie, zatrzymując się na światłach, Marcello.
– Zgadza się.
– A co byś powiedziała na taki wyjątkowy duet w moim towarzystwie?
– Kusząca propozycja, ale jak widzisz, jestem na wyjeździe z przyjaciółkami, a te wyjazdy żądzą się swoimi prawami. Żadnych facetów!
– Dajemy ci jeden dzień wolnego! W końcu masz urodziny! – dziewczyny krzyknęły niemalże w jednym czasie, tak jakby cały czas przysłuchiwały się naszej rozmowie.
Odwróciłam się do nich ze spojrzeniem pełnym dezaprobaty, ale one nie dawały za wygraną.
– Będziesz miała podwójne urodziny. Jedne z nami, a drugie w iście włoskim stylu. Należy ci się, nie uważasz? – próbowała przekonać mnie Ewka.
– Bardzo dziękuję za troskę, ale jestem dużą dziewczynką i sama potrafię zadecydować, co jest dla mnie odpowiednie – niemal warknęłam, ponownie odwracając się do dziewczyn. – Poza tym każdy wieczór mamy ściśle zaplanowany, zaczynając od jutrzejszego pokera w Bonedze – przypomniałam im. – Tak więc bardzo dziękuję za zaproszenie, Marcello, ale nie tym razem – dodałam.
– Grywasz w pokera? – zapytał, tak jakby w ogóle nie słyszał reszty moich słów.
– Jest najlepsza! – krzyknęła Jolka.
– Amatorsko. Lubimy od czasu do czasu urządzać sobie pokerowe wieczorki z dziewczynami – odpowiedziałam, całkowicie ignorując Jolkę. – W tym roku chciałam pierwszy raz spróbować zagrać w bardziej… profesjonalnym otoczeniu – dodałam.
– No proszę, teraz to dopiero mnie zaintrygowałaś. Włoskie jedzenie, wino i do tego poker… Jestem ciekaw, co jeszcze „grzesznego” lubisz, Izabello – Marcello, wyraźnie zaakcentował słowo „grzesznego”.
Uwodzicielsko się uśmiechnęłam, nie wypowiadając ani słowa. Czy to było w moim zamiarze, czy nie, wyraźnie z nim flirtowałam. Wiedziałam, że prawdopodobnie więcej go nie zobaczę i to dodawało mi odwagi. Marcello w odpowiedzi wręcz zanurzył swój wzrok w moich oczach, nawet nie mrugając. Czułam, że przegrywam w tej grze. Jego pewność siebie, pomimo zakłopotania, w jakie mnie wprawiała, była niesamowicie pociągająca. Jego ciemne jak węgiel oczy mocno błyszczały, a ja starałam się rozgryźć to, co ukrywały.
– Zielone – nagle przerwałam ciszę. Gdy Marcello nie zareagował, powtórzyłam nieco głośniej: – Masz zielone światło!
– To chciałem usłyszeć, Izabello – odpowiedział przyciszonym głosem, a jego spojrzenie spod zmrużonych oczu wskazywało na to, że nie miał na myśli sygnalizatora świetlnego.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc zamilkłam. Resztę drogi wszyscy przejechaliśmy, słuchając muzyki. Gdy dotarliśmy pod budynek, w którym znajdował się nasz apartament, Aga z ulgą odetchnęła. Marcello wyciągnął z bagażnika nasze plecaki i uśmiechając się do Agi, rozbawionym głosem zaakcentował:
– Całe i zdrowe!
Aga w odpowiedzi mocno się uśmiechnęła i teatralnie gestykulując, pokazała, jak bardzo jest z tego powodu szczęśliwa.
Dziewczyny podziękowały za transport, a Ewka gestem kapitulacji pokazała mu, że robiła, co mogła, żebym przyjęła jego zaproszenie. Marcello pożegnał się z dziewczynami i życzył im udanego pobytu. Na koniec podszedł do mnie i pewnym głosem powiedział:
– Do zobaczenia niebawem, Izabello.
Wsiadł do samochodu i odjechał.