Galway Girl - Historia, której nie wolno było przeżyć - ebook
Galway Girl - Historia, której nie wolno było przeżyć - ebook
GALWAY GIRL - Historia, której nie wolno było przeżyć. Emily budzi się w świecie, którego nie pamięta. Jej życie zostało wymazane — wspomnienia, uczucia, twarze. Zostało tylko ciało i cicha pustka. Kiedy próbuje wrócić do normalności, krok po kroku odkrywa, że jej zapomnienie nie było przypadkiem. Ktoś bardzo dbał o to, by nie pamiętała. Prawda została ukryta pod warstwami leków, kłamstw i cudzej kontroli. Ale są rzeczy, których nie da się wymazać. Są emocje, które przetrwają nawet wtedy, gdy zniknie pamięć. Są historie, które wracają — choć nigdy nie miały zostać opowiedziane. „Galway Girl” to poruszająca, intensywna powieść o tożsamości, manipulacji i miłości silniejszej niż strach. O tym, że czasem ciało pamięta szybciej niż umysł. I że prawda zawsze znajdzie drogę.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| Rozmiar pliku: | 731 KB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Spis treści
Wstęp 4
Galway 6
Oranmore 9
Ostatni dzień 16
Już czas 21
Alicante 24
Miejsce bez dna 33
Wiadomość 44
10:30 49
Una Foto 54
Turibus 56
Castillo de Santa Barbara 62
W odcieniu różu 71
Zapach ziemi 77
Alma 80
To, co patrzy 83
To nie był sen 99
W ciemności 104
Pierwszy oddech 105
Powrót 106
Bez zgody 113
Wbrew mnie 117
To nie było moje 119
Po drugiej stronie ciszy 125
Amitryptylina 130
Powrót do ciała 143
Drugi oddech 148
W jej spojrzeniu 150
Wybieram siebie 161
Pierwszy krok 164
Trzeci oddech 168
Zatrzymane oddechy 169
Odsłonięcie 175
Ostatni oddech 181GALWAY
Uwielbiam ten widok z okna. Zawsze mnie uspokaja i napawa rozmyśleniami. A kawa o popołudniowej porze smakuje mi dziś wyjątkowo dobrze.
Moje biuro mieści się przy dockach w Galway, na trzecim piętrze. Ma wielkie okno sięgające aż do podłogi i właśnie tam, tuż obok, stoi moje biurko z wygodnymi krzesłami po obu stronach. Może nie jest zbyt przestronne, za to stonowane i przytulne.
Na prawo od drzwi stoi dwuosobowa sofa écru, ustawiona pod zegarem w kształcie wieży Eiffla. Kupiłam go pięć lat temu na targach we Francji i od razu się w nim zakochałam.
Na biurku, jak zawsze, leży zdjęcie w drewnianej ramce. Biorę je do ręki i przez chwilę wpatruję się w nie, stojąc oparta o szybę. Daniel, ja i nasze dwie wariatki. Caoimhe ma już trzynaście lat, a Niamh jedenaście — kiedy to zleciało?
Mam wrażenie, że w moim życiu ktoś wcisnął przycisk przewijania. Czasem ten pędzący czas naprawdę mnie przytłacza. W takich chwilach zastanawiam się, dlaczego to akurat ja jestem w miejscu, w którym jestem.
Niewidzącymi oczami patrzę na swoje odbicie w oknie. Raz jest wyraźniejsze, raz słabsze. Niskie chmury przytłumiają blask słońca. Widzę moją bladą cerę na tle ciemnych włosów sięgających aż do łokci. Biała koszula, czarne jeansy i buty na nieznacznym obcasie. Schludnie, ale szykownie. Nachodzi mnie myśl... Czy to naprawdę ja? Czy to moja ręka trzyma to zdjęcie? Chcę nią poruszyć, ale mam dziwne wrażenie, że nie potrafię.
Kieruję wzrok na lewą dłoń. Tak, wygląda na moją — więc dlaczego mnie nie słucha?
Czyżbym zatrzymała się w miejscu, a czas pędzi swoim torem z prędkością jasnych promieni światła? W tym tempie za tydzień skończę szceśćdziesiąt lat, a ja nadal będę tu stała.
Na tę myśl uśmiecham się półgłosem. Czuję, jak zbyt głośno uchodzi mi powietrze przez nos. To mnie rozśmiesza jeszcze bardziej. Chrząkam, szybko odstawiam kawę i przykładam dłoń do twarzy. Przyciskam ją do ust, śmiejąc się cicho — sama nie wiem, co bawi mnie bardziej: strugi powietrza w nosie czy dziwny dźwięk dochodzący z gardła.
A może po prostu wizja tego, że dwadzieścia dwa lata mogą umknąć mi w tydzień?
— Emily, potrzebujesz mnie jeszcze dzisiaj? Chciałabym skończyć wcześniej.
Jej głos uderza we mnie jak fala ciepła, jakby ktoś nagle wyciągnął mnie spod wody. Jest cicho. Dźwięki są przytłumione i jakby dochodziły z oddali. Nawet nie zauważyłam, kiedy weszła. Nabieram powietrza w płuca.
— Lena… Tak, tak, pewnie. Ja też nie mam zamiaru siedzieć dziś długo — odpowiadam automatycznie.
— Och, to dobrze. Idziemy dziś z Richim do kina, a później może gdzieś zaszalejemy. Piątkowy wieczór w Galway. Chyba dam mu się dzisiaj upić. — Uśmiecha się szeroko. — Emily, wszystko w porządku? Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha.
Chwilę zajmuje mi ocena rzeczywistości, która uderza we mnie z impetem. Ogarnia mnie niekontrolowany stres. Nie wiem dlaczego, ale czuję.. jakbym coś ukrywała przed sobą.
— Tak. Nie… Nie. Po prostu się zamyśliłam. Idź, naprawdę. Zostało mi tylko kilka maili do załatwienia. Baw się dobrze i naładuj baterie, kochana.
— Okej. W poniedziałek będziesz miała wszystko gotowe na wtorkowy wyjazd. Wszystko jest już potwierdzone, wystarczy wydrukować — rozkręca się Lena — i nie martw się, skarbie — szybko wzniesiesz się w chmury i na pewno nie będzie turbulencji. Zamówiłam już dla Ciebie wtorek bez wiatrów.
Mruga do mnie porozumiewawczo i całuje mnie w policzek. Dobrze wie, że boję się latać — nie samego lotu, ale turbulencji. Przy nich naprawdę można się spocić.
— Och, jesteś kochana — odpowiadam szybko — w Irlandii jest to bardzo łatwe skarbie.
Obie śmiejemy się głośno. Jak ktoś mieszka całe życie w Irlandii, to dobrze wie jaka tutaj jesień potrafi być. Sztormy — żółty, pomarańczowy, a nawet czerwony alert na wiatr lub deszcz, to normalka. Mimo to, jej weekendowy entuzjazm udziela mi się choć trochę. Lena jest dobrą przyjaciółką. Choć żyjemy w dwóch różnych światach, bardzo ją lubię.
— Słuchaj, muszę Ci jeszcze coś powiedzieć — ciągnie dalej — wiesz, ta prawniczka na parterze, Roisin… Pamiętasz, jak mówiłam Ci, że niedawno rozstała się z mężem? Myślę, że ma romans z Robertem. Tym polskim mechanikiem. Ostatnio…
— Czekaj, czekaj. Mówiłaś, że chyba się rozstali. Zresztą ja nawet nie wiem, kto to jest ten Robert.
— No właśnie. I w ogóle podejrzanie często u niej bywa. Jej auto odbiera do naprawy stąd i przywozi też tutaj, a ostatnio widziałam ich razem na kawie w Brazco. Słyszałam nawet..
— Dobrze, Lena. Proszę Cię, to nie na moją głowę. Może to tylko biznesowa kawa albo jakieś podziękowanie. Naprawdę uważasz, że..
— Wiem, wiem. Ale ja to widzę. Opowiem Ci więcej w poniedziałek. Uciekam teraz kochana, muszę jeszcze coś kupić dla Richiego.
— Tylko uważaj na siebie.
— Pa, słońce.
Przytula mnie i rusza w stronę drzwi. Jej szpilki naprawdę tak głośno stukają? A może zdjęła je przy wejściu — przekomarzam się w myślach. Machnęła mi ręką na pożegnanie.
Ma piękne, złote włosy, z tyłu równo przycięte, ostre jak od brzytwy. Smukłą sylwetkę i na pewno bardziej opaloną skórę ode mnie. Jak ona weszła w tę spódniczkę? To znaczy — talia Leny jest jak najbardziej w porządku. Po prostu to musi być chyba trochę męczące. Ja wolę moje jeansy. Są zdecydowanie wygodniejsze. Zresztą, jak już mówiłam, żyjemy w dwóch różnych światach.
Siadam przy otwartym laptopie. Piszę trzy maile, w tym jeden do prezesa Marcusa Hale’a, potwierdzający wszystko na szesnastego października, czyli na najbliższy wtorek. Marcus rzadko bywa w biurze, ale jego obecność zawsze jest wyczuwalna, a na wszystkie najważniejsze wydarzenia jeździ osobiście.
„Lumenra Technonogy” założył razem z bratem. To międzynarodowa firma, specjalizująca się w platformach AI do analizy danych i zachowań klientów. Sprzedajemy rozwiązania dla dużych firm — finansowych, retailowych, logistycznych.
Byłam zaskoczona, kiedy poprosił mnie, żebym to ja pojechała na konferencję do Alicante, choć coś we mnie lekko się cofnęło. I nie potrafiłam powiedzieć dlaczego.ORANMORE
Droga z Galway do Oranmore zajmuje mi niecałe czterdzieści minut. Zawsze wybieram tę samą trasę, choć wiem, że są szybsze. Lubię ten moment kiedy miasto zostaje za plecami, a krajobraz zaczyna oddychać. Zamiast jechać drogą szybkiego ruchu, skręcam na światłach w Coast Road. Pola ciągną się od strony zatoki, niskie kamienne murki znaczą granice, których nikt nie próbuje przekraczać. Pojedyncze domy stoją rozsiane jakby bez planu, każdy w swoim rytmie. I w końcu ocean — szary, rozległy, obecny. Tu łatwiej zwolnić. Jakby droga sama tego ode mnie oczekiwała.
Wjeżdżam do Oranmore od strony, którą lubię najbardziej. Przez samo jego serce. Ulica zwęża się niemal niezauważalnie, ruch staje się spokojniejszy, bardziej ludzki. Na rogu jest niewielki sklep ogrodniczo-domowy, taki, w którym obok doniczek i narzędzi można dorobić klucze. Lokale stoją blisko siebie, a witryny mijają się jak znajome twarze. Dalej małe kawiarnie, puby, szyldy, które nie próbują krzyczeć. Wszystko tu jest na swoim miejscu.
Na chwilę zwalniam jeszcze bardziej. Lubię ten fragment drogi, bo przypomina mi, że życie nie zawsze musi pędzić. Że można przejechać przez środek miasteczka zamiast je omijać. Przez ludzi, codzienność, światła, przejścia dla pieszych. Przez chwilę bycia „tu”, zanim znowu ruszy się dalej.
Dopiero za Oranmore znów przyspieszam. Ale ten krótki odcinek — przez centrum — zawsze zostaje ze mną na dłużej.
Zjeżdżam na naszą ulicę tuż po piątej. Kilka domów, każdy z niewielkim ogrodem, żadnego wyższego ogrodzenia niż trzeba. Daniel zawsze mówił, że właśnie to go tu ujęło-otwartość. Ja lubię ciszę.
Gaszę silnik i przez chwilę siedzę w aucie, z dłońmi opartymi na kierownicy. W domu pali się światło w kuchni. Ten widok znam na pamięć. Widzę Daniela, jak krząta się przy blacie — potrafię to sobie wyobrazić nawet z zamkniętymi oczami.
Poznaliśmy się, kiedy miałam dziewiętnaście lat. Teraz mam trzydzieści osiem. Pomiędzy tymi liczbami zmieściło się całe dorosłe życie. Bez dramatów. Bez wielkich scen. Raczej jak długa, równa droga, na której człowiek przestaje zwracać uwagę na krajobraz.
Daniel zawsze dobrze rozumiał moją pracę. Nie musiałam się tłumaczyć z nieobecności ani z milczenia. Nauczyliśmy się funkcjonować obok siebie uważnie i spokojnie. Dobrze dzielimy przestrzeń, obowiązki, codzienność. Rzadko się kłócimy — jakbyśmy oboje wiedzieli, że są słowa, których lepiej nie wypowiadać, bo mogłyby otworzyć coś, czego nie chcemy ruszać.
A jednak, siedząc w aucie, nie wysiadam od razu.
Silnik dawno już zgasł, a ja wciąż trzymam dłonie na kierownicy, jakbym czekała na sygnał, który nie nadchodzi.
Po chwili wchodzę bocznymi drzwiami. Zapach kolacji miesza się z detergentem do podłóg. Ktoś sprzątał. To dobrze
— Mamoooo!
Niamh wpada na mnie pierwsza. Jej ramiona są jeszcze za krótkie, żeby objąć mnie tak, jakby chciała, więc wtula twarz w mój brzuch. Caoimhe siedzi przy stole, pochylona nad zeszytem, z włosami niedbale związanymi gumką.
— Hey, skarby
Daniel stoi przy stole kuchennym. Kroi chleb, równo, dokładnie, jak wszystko co robi. Podnosi wzrok i uśmiecha się do mnie.
— Jak dzień?
— Długi, ale dobry
To prawda. I jednocześnie nie do końca
— Ziemniaki jeszcze 5 minut — mówi — usiądziesz?
Kiwam głową. Zdejmuję płaszcz, odkładam torebkę na krzesło. Ruchy mam automatyczne, wyuczone przez lata.
— Mamo, pani od matematyki jest nienormalna – mówi Caoimhe, nie podnosząc wzroku. — Dała kartkówkę, choć zapowiadała ją na poniedziałek.
—Może zmieniła zdanie – odpowiadam.
— Nie może tak po prostu zmienić zdania – burczy.
Uśmiecham się pod nosem. Ten sam ton, co u Daniela, kiedy coś go irytuje.
Kolacja mija spokojnie. Rozmowy o szkole, o tym, że jutro trzeba zawieźć Niamh na trening, że Caoimhe umówiła się z koleżanką. Daniel słucha, potakuje, czasem dopyta o szczegóły. Jest obecny. Zawsze jest.
Po kolacji on sprząta z wyspy, ja ze stołu. Robię herbatę. Dzielimy się obowiązkami bez ustaleń, bez słów. Jakbyśmy podpisali tę umowę dawno temu i nigdy jej nie renegocjowali.
Dzieci idą na górę. Słyszę zamykane drzwi, śmiech, potem ciszę. Daniel siada na kanapie i włącza wiadomości. Siadam obok, ale zostawiam między nami kilka centymetrów przestrzeni. Nawet tego nie zauważa.
— Wiesz już coś więcej o tym wyjeździe? — pyta, nie odwracając wzroku od ekranu.
— Konferencja w środę, wracam w sobotę.
— Alicante, tak?
— Tak.
— Fajnie… pewnie będzie ciepło.
Przytakuję. Patrzę na jego profil, na skupioną twarz. Myślę o tym, że nie pamiętam, kiedy ostatnio zapytał mnie, jak się czuję. Nie dlatego, że coś było nie tak. Po prostu… żeby wiedzieć. Siedzimy dłuższą chwilę w milczeniu.
Kładę dłoń na oparciu kanapy. Jest chłodne
— Idę pod prysznic – mówię.
— Jasne.
W łazience zamykam drzwi i opieram się o nie plecami. Przez chwilę stoję bez ruchu, słuchając odgłosów domu. Wszystko jest na swoim miejscu. Dokładnie tak, jak powinno.
SOBOTA
Budzę się przed wszystkimi. Dom jest jeszcze cichy, jakby wstrzymał oddech. Leżę chwilę bez ruchu patrząc w sufit, próbując przypomnieć sobie skąd takie dziwne uczucie stresu ściska mnie od środka. Co to był za sen? Czy to był sen? Obracam głowę, Daniel oddycha tak równo, spokojnie. Znam ten rytm na pamięć.
Myślę, że to właśnie jest miłość. Nie ekscytacja. Nie napięcie. Tylko obecność.
Wstaję ostrożnie, żeby go nie obudzić. Na dole zakładam sweter i idę do kuchni. Czajnik wydaje znajomy dźwięk - kiedy nalewam wodę, w powietrzu rozpływa się zapach gorącej kawy. Lubię ten moment dnia, zanim wszystko się zacznie. Podchodzę z kubkiem do okna, czuję jak ogrzewa moje dłonie. Za oknem trawa jest mokra po nocnym deszczu. Oranmore wygląda o tej porze niewinnie, prawie sennie. W oddali widzę zatokę pokrytą szarością. Jest tam mały port w którym lekko kołyszą się łódki. Myśli krążą wolno, bez wyraźnego kierunku. Czuję zmęczenie... ale nie takie, które boli. Raczej to, które odkłada się latami i staje się częścią ciała.
Daniel schodzi po kilkunastu minutach. Ma na sobie ten sam szary sweter, który nosi od lat. Uśmiecha się do mnie, sięgając po kubek.
— Dobrze spałaś?
— Tak – odpowiadam.
Kłamstwo przychodzi mi łatwo. Może dlatego, że nikogo nie rani.
— Zrobię śniadanie — mówi.
Przygotowujemy je razem, bez pośpiechu. Jajka, bekon, tost, sok. Dzieci zbiegają po schodach, głośne, żywe, pełne energii. Caoimhe opowiada coś o koleżance, Niamh śmieje się z własnego żartu. Daniel słucha, czasem coś skomentuje. Ja patrzę na nich i myślę, że zrobiliśmy dobrą robotę. Naprawdę dobrą.
— Mamo, możemy pojechać dziś do miasta? — pyta Niamh. — Potrzebuję nowych butów.
— Zobaczymy — odpowiadam automatycznie.
Daniel zerka na zegarek.
— Ja mogę ją zawieźć po treningu.
Kiwam głową. Dzielimy dzień na części, jak zawsze. Każdy ma swoją rolę i dobrze nam to wychodzi.
Po śniadaniu sprzątam kuchnię. Daniel wychodzi do ogrodu. Słyszę, jak przesuwa donice, jak coś poprawia. Lubi mieć poczucie, że dom jest pod kontrolą.
Wchodzę na górę. Zmieniam pościel. Składam ubrania. Odkładam rzeczy na swoje miejsce. Każdy ruch ma sens, bo prowadzi do porządku. A porządek daje spokój. Każda czynność jest znana, oswojona. Nie wymaga myślenia.
Przy łóżku zatrzymuję się na chwilę. Na szafce nocnej leży książka, której nie skończyłam czytać. Otwieram ją na losowej stronie, czytam dwa zdania i odkładam z powrotem. Nie potrafię się skupić.
Po południu jedziemy do miasta. Jednak wszyscy razem. Dzieci przymierzają buty, Daniel rozmawia z ekspedientką o pogodzie. Siedzę na ławce i obserwuję ludzi. Zastanawiam się, ilu z nich wróci dziś do domów podobnych do mojego. Ilu z nich wróci do kogoś, kto czeka.
Wracamy przed kolacją. Daniel gotuje. Ma w tym jakąś cichą satysfakcję. Dzieci pomagają, a raczej przeszkadzają, ale nikt się nie irytuje. Bardziej się przekomarzamy. Śmiejemy się w odpowiednich momentach. Wiem, kiedy spojrzeć na niego, wiem kiedy dotknąć jego ramienia. On też to wie. Nauczyliśmy się siebie doskonale.
Wieczorem oglądamy film. Dziewczynki zasypiają w połowie. Daniel przysypia chwilę później. Przykrywam go kocem, poprawiam poduszkę. Robię to odruchowo, z troską, bez wahania.
Kiedy dom wreszcie cichnie, siadam sama w salonie. Zgaszone światła, tylko mała lampka w rogu. Zamieniam ją na świeczkę o leśnym zapachu i nalewam sobie lampkę czerwonego wina. Chwila dla mnie - lubię samotność. Czuję spokój i ukojenie. Przez chwilę wpatruję się w czarny ekran telewizora, jakby mógł mi coś powiedzieć. Myślę o tym jak bardzo moje życie jest poukładane. Jak bardzo przewidywalne. I to wcale nie jest coś złego. Po prostu… czasem mam wrażenie, że wszystkie dni zaczęły do siebie pasować aż za bardzo. Telewizor jednak nic nie mówi. Zostaję z własnymi myślami i niedokończonym kieliszkiem. Odstawiam go i gaszę świeczkę.
Kładę się obok Daniela. Sufit jest wyżej niż rano. Obracam się na bok i zamykam oczy.
NIEDZIELA
Niedzielne poranki mają inny ciężar niż wszystkie pozostałe. Budzę się później, ale z poczuciem, że dzień już się kończy. Daniel leży obok mnie, obrócony plecami. Kiedyś zawsze budziliśmy się twarzą do siebie. Teraz, to nie ma znaczenia.
Schodzimy na dół razem. Kawa smakuje słabiej niż wczoraj, jakby coś z niej uleciało. Dzieci jedzą śniadanie wolniej, bez pośpiechu. Niamh kręci się na krześle, Caoimhe przegląda telefon. Daniel czyta wiadomości na tablecie.
Rozmawiamy o tym, co trzeba zrobić w nadchodzącym tygodniu. Kto kogo zawiezie. Co kupi. O której wróci. Niedziela zawsze służy planowaniu. Porządkuje.
Po śniadaniu jedziemy do Renville na spacer. Parking jest przy samej zatoce, blisko portu. Idziemy zawsze tą samą trasą, wzdłuż pól traw, przez las wróżek. Tak, las wróżek – dziewczynki uwielbiają go. Jest tam wiele kolorowych domków zrobionych przez dzieci, na każdym widnieje imię wróżki, która w nim mieszka. Domki są w różnych miejscach: zawieszone na wysokich gałęziach, albo niżej przytwierdzone do podstawy drzewa. Wchodzimy nawet w bardziej zagęszczone miejsca, żeby zobaczyć wszystkie mieszkania wróżek. Jedne są tu od dawna i lekko zniszczone upływem czasu. Inne świeże, jakby wróżki miały dostać nowe życie.
Legenda głosi, że dawno temu, zanim w Oranmore powstały domy i drogi, ziemia w Renville należała do Aos Sí – starego ludu wróżek, starszego nawet od Celtów. Las nie był zwykłym lasem. Mówiono, że drzewa rosły tam wolniej, ale pamiętały wszystko.
W samym sercu lasu stał Krąg Cisów, miejsce, w którym nocą świat ludzi i świat wróżek nachodziły na siebie. Gdy zapadał zmierzch, powietrze gęstniało, a cienie poruszały się odrobinę inaczej niż powinny. Ci, którzy weszli do lasu o złej porze, wracali zmienieni — spokojniejsi… albo złamani.
Legenda głosi, że las chroniły dwie wróżki — siostry, lecz o zupełnie różnych naturach.
Jedna była strażniczką światła i pamięci. Druga – ciszy i snów.
Kiedy ludzie zaczęli wycinać drzewa na obrzeżach Renville, w lesie pojawiły się znaki:
– narzędzia gubiły się bez śladu,
– konie nie chciały iść dalej,
– a dzieci mówiły, że nocą ktoś śpiewa między drzewami.
Starszyzna Oranmore wiedziała jedno: lasu wróżek się nie rusza.
Bo jeśli znikną wróżki, zniknie też szczęście ziemi.
Do dziś mówi się, że jeśli w Renville staniesz bez ruchu o zmierzchu i usłyszysz dwa głosy – jeden jak wiatr w liściach, drugi jak szept tuż przy uchu – to znaczy, że wróżki wciąż tam są. I że las cię zaakceptował… albo ostrzegł.
Docieramy w końcu do naszego miejsca. Jeden domek jest zielony z imieniem AILBHE, drugi różowy, na którym widnieje NIAMHRA. To właśnie wróżki — siostry z legendy. Daniel zrobił te domki trzy lata temu razem z dziewczynkami. Były bardzo zafascynowane wróżkami i tym, że są siostrami — tak jak one.
Po dłuższej chwili wychodzimy z drugiej strony lasu i docieramy do placu zabaw. Dziewczyny biegają, wariują, spotkały też koleżanki ze szkoły. Obok są miejsca na ogniska, oraz stary niewielki zamek. Jest też budka z lodami i gorącą kawą. Powietrze jest chłodne, ale świeże. Wracając idziemy obok siebie. Daniel trzyma ręce w kieszeniach kurtki. Ja splatam dłonie przed sobą. Czasem nasze ramiona się dotykają. To wystarcza.
Dzieci idą kilka kroków przed nami. Rozmawiają o swoich sprawach, śmieją się. Patrzę na ich plecy i czuję coś, co przypomina dumę. Albo spokój. Trudno rozróżnić.
Wracamy do domu koło południa. Daniel zajmuje się drobnymi naprawami. Ja przygotowuję obiad. Działamy równolegle, bez wchodzenia sobie w drogę. Każdy zna swoje miejsce.
Po obiedzie dzieci rozłożyły grę planszową. Daniel znika w garażu. Ja siadam przy stole z laptopem, sprawdzam maile. Kilka służbowych, nic pilnego. Otwieram dokument dotyczący konferencji, ale po chwili zamykam go bez czytania.
Nie chcę jeszcze o tym myśleć.
Popołudnie ciągnie się powoli. Robię pranie, prasuję koszule Daniela. Jedną z nich odkładam osobno — tę, którą zabierze jutro do pracy. Znam ten gest na pamięć.
Wieczorem jemy kolację w ciszy. Dzieci są zmęczone. Daniel też. Niedziela zawsze zabiera więcej energii, niż się wydaje.
Kiedy dziewczynki idą spać, siadam na kanapie obok Daniela. Oglądamy program, którego żadne z nas tak naprawdę nie śledzi. Opiera głowę o oparcie, ja podciągam pod siebie nogi. Nasze dłonie leżą blisko, ale się nie dotykają.
— Jutro znowu poniedziałek — mówi.
— Tak.
Nie brzmi to jak skarga. Raczej jak stwierdzenie faktu.
Idziemy na górę wcześniej niż zwykle. Daniel zasypia szybko. Ja leżę jeszcze chwilę, patrząc w ciemność. Myślę o tym, że jutro wszystko ruszy od nowa. Praca. Obowiązki. Ten sam rytm.
Zamykam oczy.
Niedziela kończy się dokładnie tak, jak powinna.
Bez hałasu.
Bez pytań.OSTATNI DZIEŃ
Szybko tylko przejrzałam się w lustrze — jest dobrze i to mi wystarczy. Poniedziałek to jedyny dzień, kiedy nie muszę się spieszyć do biura. A jednak wiem, jak Galway potrafi być zakorkowane o dziewiątej rano. Dziś jest ostatni dzień przed wyjazdem, więc nie zwlekam z wyjściem.
— Późno dzisiaj wrócisz?
Daniel wychyla się znad schodów z ręcznikiem przerzuconym przez ramię. Jest matematykiem w University of Galway i na pewno ma jeszcze dużo czasu skoro dopiero teraz wybiera się pod prysznic.
— Możliwe, muszę wszystko dopiąć przed jutrem. Ale postaram się wrócić jak najszybciej — odpowiadam i faktycznie taki mam zamiar. Muszę się jeszcze spakować.
— Dobrze, w takim razie miłego dnia - Uśmiecha się do mnie krótko, bez zbędnych słów. Tak jak zawsze
Droga do pracy mija spokojnie. Ruch jest większy niż zwykle, ale zdążam na czas. Lubię poniedziałkowe poranki w biurze — są przewidywalne, poukładane, jeszcze bez napięcia tygodnia.
Ledwo zdążam odstawić torebkę przy biurku, a Lena już stoi w drzwiach.
— Muszę ci wszystko opowiedzieć — oznajmia bez wstępu.
Zanim zdążę zapytać o cokolwiek, zaczyna swój monolog. O tym, że piątkowy wieczór wymknął się spod kontroli i nie pamięta jego końcówki. O sobocie, kiedy pojechali pociągiem do Dublina trafiając na dobry koncert w pubie — i na szczęście tu już wszystko pamięta. O niedzieli, którą spędzili w łóżku, jedząc sushi i oglądając Netflixa.
— Cały dzień — podkreśla z dumą.
Słucham, kiwając głową we właściwych momentach. Uśmiecham się, kiedy trzeba. Lena ma w sobie energię, która potrafi wypełnić całe pomieszczenie. Jej weekend brzmi jak coś z zupełnie innej bajki.
— A u ciebie? — pyta w końcu, opierając się o framugę drzwi.
— Spokojnie — odpowiadam. — Bardzo spokojnie.
I to wystarcza za całą odpowiedź.
Po rozmowie z Leną zabieram się do pracy. Otwieram kalendarz, sprawdzam listę rzeczy do zrobienia. Niewiele zaskoczeń. Kilka potwierdzeń, dwa telefony, trzy maile, które mogłyby poczekać, ale wolę mieć je z głowy.
W południe dzwoni Marcus.
— Wszystko gotowe na jutro? — pyta bez wstępów.
— Tak. Prezentacje są dopięte, hotel potwierdzony, transport też. Wyślę ci jeszcze podsumowanie.
— Świetnie. Dobra robota, Emily.
Rozłącza się, zanim zdążę odpowiedzieć czymś więcej. Taki jest Marcus — konkretny, oszczędny w słowach. Lubię tę przewidywalność. W pracy przynajmniej wiem, czego się spodziewać.
Drukuję dokumenty, wkładam je do teczki. Sprawdzam je jeszcze raz, chociaż nie muszę. To raczej sposób na odsunięcie momentu wyjścia niż realna potrzeba.
— Wyglądasz, jakbyś zaraz miała zniknąć na miesiąc — mówi Lena, zaglądając do mojego biura.
— To tylko cztery dni.
— Wiem, ale i tak. Alicante. Słońce. Inny świat.
Uśmiecham się.
— Konferencja.
— Jasne — mruga. — Kon-fe-ren-cja.
Śmiejemy się krótko.
— Dobra, chodź na kawę — rzuciła Lena — przerwa dobrze nam zrobi.
Nie protestowałam. Potrzebowałam kawy.. i oddechu.
To był ten rzadki dzień, kiedy Galway wyglądało, jakby się postarało. Chmury wisiały nisko, ale nie groziły deszczem. Powietrze było świeże, wilgotne, a miasto brzmiało jak zawsze — rozmowy, śmiech, muzyka uliczna gdzieś w tle.
— Chodź — powiedziała Lena, zarzucając torebkę na ramię. — Przejdziemy się przez Shop Street. Potrzebuję kawy, a ty… chyba też.
Nie zaprzeczyłam.
Shop Street była pełna ludzi. Turyści mieszali się z mieszkańcami, ktoś grał na skrzypcach pod ścianą starej kamienicy, ktoś inny śpiewał cicho, jakby tylko dla siebie. Zapach kawy mieszał się z zapachem pieczywa i wilgotnego kamienia.
Tuż przy wejściu na ulicę stała ona — brązowa figura dziewczyny, niewielka, niemal niepozorna. Siedziała spokojnie, z lekko pochyloną głową, jakby obserwowała przechodniów bez oceniania. Suknia układała się miękko w fałdach, dłonie spoczywały luźno, a twarz miała w sobie coś pomiędzy uśmiechem a zamyśleniem. Nie wyglądała jak pomnik. Raczej jak ktoś, kto zatrzymał się na chwilę i został.
Ludzie mijali ją obojętnie albo przystawali na moment — robili zdjęcia, siadali obok, dotykali chłodnego metalu ramienia, jakby to było na szczęście. Przez sekundę zwolniłam krok.
— Zawsze o niej zapominam — powiedziałam cicho.
— A ona zawsze tu jest — odpowiedziała Lena. — Nieważne, kto przychodzi i kto odchodzi.
Szłyśmy dalej wolno. Bez pośpiechu.
Lena mówiła o weekendzie. O Richim. O jakiejś kłótni, która zakończyła się śmiechem. Ja słuchałam jednym uchem, drugim chłonęłam miasto. Kamienice, witryny sklepów, znajome zakręty ulicy. Wszystko było dokładnie tam, gdzie powinno.
— Pamiętasz, jak pierwszy raz przyszłyśmy tu razem? — zapytała nagle.
— Do Shop Street? — uśmiechnęłam się. — Trudno nie pamiętać.
— Byłaś wściekła, bo zgubiłyśmy się w bocznych uliczkach.
— I trafiłyśmy do pubu, choć szukałyśmy księgarni.
— No właśnie — roześmiała się. — Klasyka.
Przeszłyśmy dalej, w stronę rzeki. Miasto zaczęło się otwierać. Przestrzeń zrobiła się szersza, jaśniejsza. Spanish Arch wyłonił się przed nami spokojnie, jak zawsze — kamień, historia, cisza przerywana szumem wody.
Usiadłyśmy na chwilę na murku.
— Jesteś jakaś… inna — powiedziała Lena, patrząc na mnie uważnie. — Od kilku dni.
— Inna jak? — zapytałam.
Wzruszyła ramionami.
— Jakbyś była myślami gdzieś dalej. Już w drodze.
Pokręciłam głową.
— To tylko wyjazd — odpowiedziałam. — Kilka dni. Konferencja, spotkania, wracam.
— Wiem — powiedziała. — Ale i tak.
Wstałyśmy i ruszyłyśmy dalej, wzdłuż rzeki. Corrib płynęła spokojnie, obojętnie na wszystko. Lubiłam ten fragment miasta. Zawsze miałam wrażenie, że tutaj Galway oddycha wolniej.
Nasze miejsce było niedaleko. Mała kawiarnia, trochę na uboczu, z widokiem na wodę. Weszłyśmy do środka. Ciepło, zapach kawy, kilka stolików zajętych przez studentów i starszą parę siedzącą przy oknie.
Usiadłyśmy przy naszym ulubionym miejscu.
— Jutro Alicante — powiedziała Lena, jakby to było coś większego niż zwykły lot.
— Jutro Alicante — powtórzyłam.
Brzmiało dziwnie. Obco. Ale nie niepokojąco.
— Będziesz się dobrze bawić — dodała. — Słońce, inne powietrze. Może ci się spodoba bardziej niż Galway.
— Wątpię — uśmiechnęłam się. — Galway to Galway.
Popatrzyłam przez okno na wodę.
Przez chwilę poczułam coś trudnego do nazwania. Jakby delikatne napięcie pod skórą. Jakby myśl, która jeszcze nie była gotowa, żeby się uformować.
— Wrócisz szybko — powiedziała Lena, jakby czytała mi w głowie. — A jak nie, to i tak po ciebie przyjadę.
Zaśmiałyśmy się.
Kiedy wychodziłyśmy, miasto wyglądało dokładnie tak samo jak godzinę wcześniej. Nic się nie zmieniło. Wszystko było na swoim miejscu.
I właśnie to było w tym najbardziej zdradliwe.
Wracam później, niż planowałam. Dom jest cichy. W kuchni pali się tylko małe światło nad blatem. Daniel siedzi przy stole z laptopem, notatki rozłożone wokół.
— Hej — mówi, podnosząc wzrok.
— Hej. Przepraszam, zeszło mi się.
— Nic się nie stało. Dziewczynki już śpią.
Zdejmuję płaszcz, odkładam torebkę. Nalewam sobie wody.
— Jak dzień? — pytam.
— Normalnie. Zajęcia, poprawianie prac. Jak zwykle.
Kiwam głową. Normalnie. To słowo pojawia się w naszych rozmowach częściej, niż byśmy chcieli.
Jemy kolację w ciszy. Nie ciężkiej — raczej takiej, która nie wymaga wypełniania. Daniel opowiada o jednym ze studentów, który uparcie myli podstawowe pojęcia. Słucham, zadaję jedno pytanie. Wiem, kiedy.