Gang Precla - ebook
Kraków potrafi być miastem legend. Tych prawdziwych i tych, które same w siebie uwierzyły. Gang Precla to historia właśnie o takiej legendzie – podszytej humorem, absurdem i cichym strachem przed światem, który nie pyta o pozwolenie na zmiany. Precel był kiedyś królem krakowskiej gastronomii. Autorytetem. Smakiem dzieciństwa i głosem „jak się kiedyś robiło rzeczy porządnie”. Dziś coraz częściej słyszy, że jest reliktem przeszłości. Młode pokolenie, media społecznościowe i nowe idee wypierają stare układy, a Precel – zamiast odejść z godnością – postanawia zawalczyć o swoje miejsce. To opowieść o utracie wpływów i o męskości, która nie nadąża za zmianą. O świecie, w którym śmiech bywa ostatnią tarczą przed rozpadem, a ironia jedynym językiem zdolnym opisać bezsilność. Czy Precel zrozumie, że nie każdą bitwę da się wygrać siłą? A może zapłaci najwyższą cenę za próbę zatrzymania czasu? Jedno jest pewne: w tej historii nic nie jest do końca słodkie. Nawet deser.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Powieść |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788397993303 |
| Rozmiar pliku: | 1,4 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Ciemne pomieszczenie bez okien, za to z porządnym, jak na te warunki, biurkiem i krzesłem, doskonale spełniało wszystkie kryteria pokoju przesłuchań, tudzież ascetycznej celi służącej kontemplacji przed decyzją o małżeństwie kredytowym z bankiem-krwiopijcą. Historycznie rzecz biorąc, to właśnie w takich miejscach jak to wykuwano rewolucyjne dążenia narodów, zanim trafiały one pod strzechy zwykłych ludzi, myślących wprawdzie tak samo, choć niepotrafiących wyartykułować swoich dążeń. Ktoś ich musiał poprowadzić, ktoś ZAWSZE musiał być tym pierwszym, który wznieci buntowniczy ogień na drodze do zwycięstwa. Precel nie miał nawet cienia wątpliwości, że właśnie z tego powodu rozkazał namalować swój portret na podobiznę Napoleona I, w pełnym umundurowaniu oraz kremówką w ręce. Smak jego ulubionego ciastka przypomniał mu, że walka ma sens tylko wtedy, kiedy walczy się o ideały, nawet jeśli tym ideałem jest perfekcyjny krem na bazie masła i żółtek.
Do drzwi rozległo się pukanie, zaraz potem pokój wypełniły dynamiczne kroki Maczanki Krakowskiej, która wertując plik dokumentów, równocześnie rozmawiała z kimś przez telefon, podtrzymywany ramieniem.
– Tak, już zapisuję, osiem butelek czerwonego wina, cztery białego, dwie porcje zupy bez koperku, jedna bez śmietany, do tego trzy razy menu dziecięce, koniecznie bez karmelizowanej brukselki. I lody. Słucham? Lody o smaku żeberek? Dla pięciolatka? Lubi żeberka? – Ściszyła głos i rzuciła do Precla: – Ojciec rzeźnik. – Następnie znowu zwróciła się do klienta: – No dobrze, oczywiście przygotujemy wszystko zgodnie z życzeniem i prześlemy do państwa ofertę najpóźniej dziś wieczorem. Do widzenia!
Maczanka schowała telefon do torebki i nawet nie spojrzawszy na Precla, jeszcze energiczniej przeszukiwała swoje akta. Po chwili wyciągnęła z nich drukowaną kartkę z odręcznymi zapiskami.
– Za chwilę wchodzisz na antenę. Pamiętaj, że to program rozrywkowy, a nie wizyta w muzeum łyżeczek do herbaty, więc masz się trochę rozluźnić. Naniosłam też kilka drobnych poprawek do historii bigosu. Spójrz i daj znać, czy wszystko się zgadza. Aha, produkcja prosi, żebyś wstrzymał się od kulinarnych wywodów, bo zaraz po tobie wchodzi Leszek Łazan, który też chciałby coś powiedzieć – ostatnim razem zostawiłeś mu jedynie pięć sekund na pożegnanie z widzami, co nie zostało zbyt dobrze przez nich odebrane.
Precel ostentacyjnie odwrócił się do ściany i założył za siebie ręce.
– Przyniosłaś statystyki, o które prosiłem?
– Taaak, ale wolę, żebyś najpierw skupił się na wywiadzie.
– Mój wywiad to statystyka – przemówił Precel nieomal dyktatorskim tonem, a kształt jego brwi jak zwykle ułożył się w faliste linie przypominające sinusoidę.
– NIE. Twój wywiad to miesiąc mojej pracy, litry kawy i zarwane nocki. Pięć razy przerabiałam ten tekst, sprawdziło go dwóch niezależnych historyków, przeszedł redakcję, korektę, a potem jeszcze jedną redakcję i kolejną korektę. Na koniec, tak jak lubisz, dorzuciłam nawet trochę krakowskiej gwary, zatem błagam, och BŁAGAM, chociaż raz zrób dokładnie to, o co cię proszę!
Precel wyciągnął dłoń, Maczanka przewróciła oczami i znowu przewertowała swoje dokumenty. Tym razem nie siliła się na głośny odczyt danych, tylko podała je swojemu szefowi z nadzieją, że ten nie zrozumie skomplikowanego układu wykresów i tabel.
– Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć? – zapytał ze spokojem w głosie, przez który przebijała gorycz porażki boleśnie kłująca go w drożdżowe serce.
– Dostałam je wczoraj wieczorem, ale nie chciałam ci mówić, bo wiedziałam, jak zareagujesz. – Odłożyła resztę plików na stół i podeszła do Precla na odległość bliższą niż ta uznawana przez niego za komfortową. Następnie nałożyła mu na ramiona marynarkę, a do rąk wręczyła kartki z naniesionymi zmianami. – Od dwudziestu lat zarządzam twoim wizerunkiem, zrób mi dzisiaj mały prezent i po prostu tego nie zepsuj.
Wisząca w powietrzu riposta wybrzmiała tylko w gardle Precla, bowiem rozmowę przerwała asystentka produkcji, która wparowała do środka z prędkością strzelającego popcornu i wygoniła oboje na korytarz. Dalej prowadzono ich do studia, gdzie chmara wizażystek pudrowała w biegu Precla mąką tortową typ 550, będącą w jego mniemaniu najlepszym typem dla jego zrumienionej cery.
Precel rzucił okiem na zapiski, schował kartkę do kieszeni marynarki i wziął łyk kawy na pobudzenie przełyku. Gdy oddawał pustą filiżankę Maczance, sięgnął machinalnie po talerzyk z ciastkiem, jednak zamiast deseru, otrzymał uścisk dłoni od wąsatego operatora kamery.
Przystanął zdumiony, a wraz z nim zatrzymała się cała grupa z asystentką produkcji na czele.
– O co chodzi? – rzuciła mimochodem i przycisnęła słuchawkę do ucha. – Została minuta.
– Gdzie moje ciasteczko grylażowe?
Maczanka nerwowo rozejrzała się po backstagu, pozostali zaniemówili ze strachu przed zaginionym przysmakiem Precla. Wtedy zza kolumny wyłoniła się drobną dziewczęca ręka, która machnęła kilka razy w powietrzu.
– Halo! Tutaj! Mam ciasteczko, ale nie mogę podejść, bo choruję na celiakię, a wszędzie unosi się mąka!
Jakiś kamerzysta chciał odebrać od niej deser, ale Precel powstrzymał go ruchem ręki i zwrócił się do dziewczyny ojcowskim tonem:
– Jak ci na imię, dziecko?
– Sigma – zadrżała stażystka. – To mój pierwszy dzień w pracy i bardzo mi na niej zależy, więc jeśli da mi pan chwilę, to pobiegnę najszybciej, jak się da, po maskę przeciw glutenową i przyniosę panu grylażka.
– Ty nie wiesz, kim jestem, prawda? – zapytał twierdząco Precel i rzucił asystentce produkcji profilaktycznie uciszające spojrzenie, żeby nawet nie próbowała mu przerywać.
Sigma pokręciła głową.
– Niestety nie, ale chyba jest z pana jakaś ważna szyszka, skoro ciągnie się za panem korowód tak długi jak moje bóle brzucha po zjedzeniu bułki pszennej.
– Maczanka, zapisz, proszę, w kajeciku, że młode pokolenie mnie nie zna – mruknął ukradkiem Precel, po czym poprosił kogoś z obsługi o odebranie ciasteczka od stażystki. Kiedy tylko je przełknął, oddał pusty talerzyk oniemiałemu operatorowi kamery. – Ty też jesteś nowy?
– A skąd – odparł. – Pracuję tu od dwudziestu lat.
– Czyli jesteś ważny.
Mężczyzna nieco się wyprostował i wypiął pierś do przodu.
– Pełnię funkcję zastępcy asystenta głównego operatora.
Precel położył mu dłoń na ramieniu.
– To świetnie. Znajdź tej miłej dziewczynie coś lepszego do roboty niż serwowanie przekąsek do kawy. Jako jadłopodawaczka jest już spalona.
Asystentka produkcji złapała się za głowę i wykrzyknęła:
– Wchodzimy za pięć sekund!
Maczanka pstryknęła palcami, wszyscy rozstąpili się na boki, a ona złapała Precla za rękę i poprowadziła zdecydowanym krokiem do studia.
– Połamania drożdży! – rzuciła na odchodne, ale Precla zdążyły już pochłonąć jaskrawe światła neonów i aplauz studentów, którzy za bon śniadaniowy klaskali jeszcze gorliwiej niż jego nieliczni sympatycy. Pani redaktor z przyklejonym uśmiechem zaprosiła swojego gościa do stołu, wyciągnęła się w granatowym fotelu jak lwica na sawannie i poważnym tonem zainicjowała wywiad:
– Ja nazywam się Elżbieta Wawarowicz, a w naszym studiu gościmy dzisiaj Precla, prezesa Stowarzyszenia Krakoskiej Gastronomii, restauratora, krytyka kulinarnego, propagatora staropolskich smaków i autora książek o historii „krakoskiej” kuchni od średniowiecza po czasy współczesne. Mogę chyba zaryzykować stwierdzenie, że jest pan po prostu wielbicielem dobrego jedzenia?
Precel uniósł palec wskazujący i rozejrzał się po widowni, jak miewał to w zwyczaju, kiedy chciał skupić uwagę słuchaczy.
– Po pierwsze, dziękuję za zaproszenie. Po drugie, chciałbym sprostować rozpowszechnianą dezinformację, wedle której znaczna część społeczeństwa, w tym również, co boli mnie tym bardziej, mieszkańcy Krakowa, uważają mnie za „krakoskiego” PRECLA, podczas gdy tak naprawdę jestem „krakoskim” OBWARZANKIEM. Gdybym chciał posłużyć się podobnie nietrafioną wykładnią dla innych wyrobów piekarskich, uznałbym, że ciasteczko cytrynowe jest tym samym co francuska tarta z kremem cytrynowym i bezą, a przecież to zupełnie inne desery!
– Czyli precel to nie obwarzanek, a ciastko to nie tarta – podsumowała światle redaktorka. – Zatem jak powinno się do pana zwracać?
Precel głęboko westchnął i obrócił się kilka razy w swoim fotelu.
– Pomimo tłumaczeń i usilnych starań, żeby to zmienić, wszyscy od przeszło siedmiuset lat wołają na mnie Precel, więc już zdążyłem się przyzwyczaić.
– Może to kwestia czysto pragmatycznego skracania przydługich nazw? – Redaktorka oparła podbródek na dłoni, z kolei drugą ręką machała w powietrzu długopisem, wdmuchując w ten sposób więcej przenikliwości w swoją wypowiedź. – Oczywiście rozumiem pańskie wzburzenie, natomiast słowo „obwarzanek” ma aż cztery sylaby, a „precel” tylko dwie.
– Królowej Jadwidze jakoś to nie przeszkadzało. W XV wieku regularnie odbywaliśmy spotkania przy placku śliwkowym i lampce czerwonego wina. Ona jedyna zawsze odnosiła się do mnie z szacunkiem godnym królewskiego wypieku.
Asystent planu momentalnie zareagował i machnął białą tablicą przed widownią, która westchnęła z uznaniem na wspomnienie o znajomości Precla z historyczną znamienitością. Tymczasem redaktorka zmieniła pozycję nóg i tym razem przyłożyła długopis do bordowych ust.
– W ciągu wieków poznał pan wiele wybitnych postaci. Czy ich upodobania kulinarne wpłynęły na pańskie postrzeganie kuchni oraz jej regionalne korzenie?
– Cóż – rozpoczął Precel, z moralizatorskim zadęciem. – Kuchnia od zawsze stanowiła o tożsamości kulturowej, która pozwala wyodrębnić się od reszty. Jeśli znajdujemy tę samą potrawę w wielu miejscach świata, to automatycznie tracimy zainteresowanie innością. I to właśnie możemy zauważyć w Krakowie. Turyści zajadają się mrożoną kostką mięsa zwanego, niestosownie do treści, tureckim kebabem, ale mało kto pamięta o naszych rodzimych potrawach, jak choćby Maczance Krakowskiej. – Przysunął się bliżej Wawarowicz i zapytał wprost: – Wie pani, ile kosztuje teraz kilogram dobrego karczku?
– Nie wiem, pewnie dużo – odparła zblazowana redaktorka, jakby wypowiedź Precla już ją znudziła. Jej uwaga pomknęła w kierunku kolejnego pytania. – A co z obcą kuchnią? Co, jeśli ktoś ma ochotę na coś, co zna, co mu smakuje i po prostu chce to zjeść? Niech to będzie nawet kebab.
Precel zmarszczył brwi, a nadciągające wzburzenie popchnęło jego tok myślowy naprzód.
– Niech zatem nie przyjeżdża do Krakowa! W moim mieście jada się po „krakosku”!
Zanim zdołał rozwinąć wypowiedź, ze strony widowni nadciągnęły gwizdy i buczenia, które przetoczyły się od lewej strony do prawej i zdawało się, że meksykańska fala agresji słownej dopiero się rozkręca. Na szczęście spojrzenia panów z ochrony musiały wzbudzić respekt studentów i studentek, bo gdy tylko stanęli naprzeciw widowni, zapanował spokój.
Redaktorka wróciła do rozmowy:
– Czy ta antyreklama Krakowa to pański celowy zabieg, którym chce pan zjednać sobie środowiska konsumenckie? I jak się to ma do zbliżających się Mistrzostw Krakowskiego Deseru, największej imprezy kulinarnej w mieście? Przypomnijmy tylko, że w tym konkursie połowę jury stanowią turyści oraz mieszkańcy, którzy oddają głosy na przysmaki ugotowane przez uczestników festiwalu. Zwycięski deser zostanie gwiazdą świąt Bożego Narodzenia, natomiast laureat nagrody otrzymuje tytuł Krakowskiego Cukiernika Roku i piekarnik firmy O’Boszsze.
– Kraków nie potrzebuje reklamy, tylko tradycyjnej kuchni. Dlatego stanę w szranki z pozostałymi konkurentami, żeby wygrać i udowodnić wspaniałość naszych lokalnych smaków!
– Trudne zadanie – zaoponowała Wawranowicz i pokiwała z powątpiewaniem głową. – Ma pan groźnego konkurenta.
– Tofu? Ten imigrant z krakowskiego Kazimierza?
Pani redaktor wyciągnęła jakąś notatkę i szybko odczytała kilka danych:
– Szef ulubionej restauracji orientalnej Krakowa, zdobywca Statuetki Smaku za krewetki w tempurze piwnej, prowadzący programy o gotowaniu bliskowschodnim, sędzia konkursów kulinarnych oraz autor bestsellera „Skośne potrawy bez widelca”. Naprawdę nie obawia się pan Tofu?
– Ja też właśnie wydałem książkę – prychnął Precel. – „Kapusta wczoraj i dziś, czyli zapomniane dziedzictwo Krakowa od średniowiecza po Dwudziestolecie Międzywojenne”.
Wawranowicz skwitowała to cytrynowym uśmiechem, a asystent planu pośpieszył widownię do braw. Pojedynczym klaśnięciom dłoni towarzyszyły spojrzenia niesmaku i znużenia, co wytrąciło Precla ze strefy komfortu. Łypnął na Maczankę, która szalała za kulisami, uderzając rytmicznie palcem w pliki kartek. W mig zrozumiał jej przekaz, więc sięgnął do kieszeni po statystyki, uniósł je w powietrze niby laur zwycięstwa, po czym cały poczerwieniał ze złości.
– To, co trzymam w ręku, to nie tylko suche liczby, to dowód upadku „krakoskich” restauracji z polskim jedzeniem! Rok do roku od pięciu lat odnotowujemy regresję zainteresowania rodzimą kuchnią na rzecz azjatyckiej, amerykańskiej, włoskiej, hiszpańskiej, greckiej i wszelkiej innej! Z każdej strony słychać tylko „ochy” i „achy” nad obcymi potrawami!
Spojrzał na Maczankę, która sugestywnie kręciła głową, żeby nie brnął dalej w ten temat, ale Precel nie zamierzał słuchać.
– Na ulicach kolejki po ramen, zaś polski rosół w odwrocie! – Uderzył ręką w blat stołu, woda w szklance zakołysała się jak fale Dunaju. – Brownie stało się królem krakowskich deserów, a jedyne, co można po nim dostać, to zatwardzenie! Kto z was, młodych, w ogóle zna smak bajaderki? – warknął i przejechał palcem po publice. Kościsty student w za dużych okularach nieśmiało uniósł rękę, ale Precel przerwał mu w pół gestu:
– Nie wyglądasz na amatora słodkości!
– Panie Precel – Wawranowicz przemówiła srogim tonem. – Bardzo proszę o zachowanie kultury dyskusji. Przypominam, że to program na żywo i mogą nas oglądać dzieci.
– I bardzo dobrze! Powinny wreszcie usłyszeć prawdę o hipokryzji przedsiębiorców naszego miasta, którzy cudze kuchnie przedkładają nad lokalną i tym samym sprawiają, że turyści wolą zjeść żeberka w coli niż kaczkę po polsku! To jest skandal! SKANDAL!
Redaktorka próbowała złapać się wzrokiem z kierownikiem planu, który nerwowo konsultował coś z pozostałymi członkami ekipy. Maczanka złapała się za głowę i oparła o ścianę. Wciągała powietrze nosem i powoli wypuszczała, podtrzymując swoją przeponę.
Tymczasem Precel zwrócił się do widzów telewizji:
– Obca kuchnia nigdy nie zawładnie Krakowem, dopóki ja stoję na straży tradycji! Wzywam wszystkich mieszkańców oraz członków Stowarzyszenia „Krakoskiej” Gastronomii do bojkotu cudzoziemskiej strawy! TO JEST WOJNA!
Redaktorka doskoczyła do kamery.
– Dziękujemy za wizytę! Żegnamy się z naszym gościem oraz widownią przed telewizorami. Oczywiście zachęcamy wszystkich do odkrywania własnych gustów kulinarnych, wedle upodobań oraz preferencji!
– Ale „krakoskich” preferencji! – dorzucił Precel zza ramienia Wawranowicz.
– Wyłączyć kamery! – rzucił kierownik planu i naraz zrobił się straszliwy harmider. Wśród rozbieganych pracowników oraz zapomnianej publiczności, która zbiła się w kulę i trwała w bezczynności spojrzeń, dało się słyszeć przepychanki słowne i fale wzburzenia.
Precel naprężył się w samozachwycie nad swoją przemową, po czym wymaszerował ze studia prosto do czekającej na niego taksówki. Stamtąd przedostał się do siedziby SKG (Stowarzyszenia „Krakoskiej” Gastronomii), gdzie przywitały go brawa jego członków w liczbie przekraczającej normę dla tego typu posiedzeń. Idąc przez szpaler utworzony z obwarzanków zamiast szabli, kłaniał się nisko swoim przyjaciołom, niosącym w sercu tę samą wizję przyszłości wolnej od parszywego jedzenia. Perliczka rzuciła mu się na szyję, Kołacz poklepał go po plecach, a potem armia Faworków dołączyła do nich społem, by unieść go w górę i ponieść do miejsca honorowego przy owalnym stole.
– Wiwat Precel! – wykrzyknął Makowiec Zawijany, a wtórował mu Cwibak, przy którym w kółeczku tańczyły Ciasteczka Grylażowe. Przez całą długość sali przy wzniesionych kieliszkach niosły się także gwarne rozmowy o dawnych czasach i przywróceniu miastu jego kulinarnych tradycji.
Precel początkowo przyglądał się temu wszystkiemu z rozbawieniem, jednak przedłużające się rozemocjonowanie jego kolegów i koleżanek odejmowało całej sytuacji doniosłości, tak potrzebnej do zbudowania właściwej treści przekazu. Stuknął więc kilka razy łyżeczką w kielich z winem, żeby uciszyć zebranie, jednak towarzystwo dalej kręciło się w niebotycznym szale przeszłości, w której biszkopty barwiono sokiem z buraka, a selery faszerowano grzybami z polskich lasów.
Skinął na Kapłona, a kogut zapiął tak głośno, że żyrandol zakołysał się nerwowo na suficie. Dopiero wtedy towarzystwo zamilkło i wszyscy z pokorą zwrócili swoje oczy na Precla.
– Moi drodzy, zapraszam – rozpoczął z mniejszą niż zwykle gorliwością i ruchem ręki wskazał puste krzesła przy stole. Gdy tyko członkowie rady zajęli swoje miejsca, przyjrzał się każdemu z osobna i nieśpiesznie przemówił: – Kiedy zdecydowaliście powierzyć mi funkcję prezesa, obiecałem wam dobrą zmianę. Wiele „krakoskich” restauracji było na skraju bankructwa, niektórzy restauratorzy nawet się sprzedali i zaczęli gotować pod turystów, zaprzepaszczając wieloletnie starania naszych przodków o utrzymanie polskiej mowy, pisma, kultury i kuchennych relikwii. Ale niepodległość to nie tylko hasło reklamowe kolejnych wyborów. Niepodległość to spadek, to krew płynąca w naszych żyłach.
– Nasza krew! – zawtórowała Czarna Polewka i machnęła szablą nad głowami Cynaderek.
– Próbowaliśmy różnych rzeczy – kontynuował Precel, rozochocony patriotyczną postawą swojej koleżanki. – Latem roznosiliśmy ulotki, zimą gotowaliśmy zupę z móżdżków, a Stary Piernik dał się powiesić na choince w przedszkolu, żeby zadowolić dzieci. Jednak obce smaki zawsze były o krok przed nami. Za każdym razem to o nich się mówiło na forum, to im przyznawano coraz więcej nagród kulinarnych!
– Dziś dostali prztyczka w nos! – zagrzmiał Bigos i tak się roześmiał, że kawałki kapusty zaczęły mu się sypać pod nogi. Pozostali znowu zaczęli wiwatować, ale Precel szybko ich uciszył i przemówił tak ostrym tonem, że nawet masarski nóż wydawał się przy nim tępy:
– Jeśli dalej będzie tak, jak jest, wszyscy stracimy źródło naszych dochodów: knajpy, rzeźnie, wytwórnie kiełbas, manufaktury serów i winiarnie, a po Krakowie rozpanoszy się obcy kapitał.
– I glutaminian sodu! – kichnął Pieprz. Sól podała mu chusteczkę i poprosiła, żeby już przestał pieprzyć.
– GLUTAMINIAN?! – Członkowie SKG wstrzymali oddech. Nawet pani Jadzia, która zamiatała z ziemi kapustę, przerwała pracę i pobladła ze strachu. Z rąk wypadła jej miotła i uderzyła głucho o posadzkę.
Pierwszy do przytomności umysłu wrócił Makowiec, który właśnie się ocknął z krótkiej drzemki i przysunął twarz bliżej świecy.
– To co robimy? – wymamrotał.
– Mistrzostwa Krakowskiego Deseru – odparł Precel i uderzył ręką w stół. – TO jest nasz cel! Jako SKG wystawimy nasz najprzedniejszy wypiek, absolutny crème de la crème wszystkich słodkości!
– Czyli co dokładnie? – zapytał Kołacz, czym sprowadził Precla na ziemię.
– A skąd mam wiedzieć? Musimy pomyśleć. Najlepiej zacznijcie przygotowania jeszcze dzisiaj i na kolejnej radzie za tydzień przedyskutujemy wasze pomysły.
– Może Sernik nam pomoże? Zawsze miał łeb do wypieków – mruknęła bezwiednie Czarna Polewka, lecz zanim zdała sobie sprawę, co właśnie powiedziała, Precel już mierzył do niej nienawistnym wzrokiem. Zaraz potem podszedł do barokowo zdobionej skrzyni i wyciągnął z niej znak zakazu, który następnie postawił koło stołu frontem do członków narady. Piktogram przedstawiał przekreślony czerwoną linią Sernik Krakowski z Rodzynkami.
– Sernik sprzedał się wiele lat temu sieciom – syknął. – Odszedł z SKG i teraz woli zbijać majątek na wyrobach cukierniczych z półproduktów, żyjąc w swojej posiadłości jak pączek w maśle. Nigdy więcej nie wspominajmy tu jego imienia!
Przemowę przerwało wtargnięcie do sali Danusi. Choć nie była oficjalnie członkiem SKG, to Precel miał słabość do jej prostolinijnej i szczerej natury, która skruszyłaby nawet najtwardsze dropsy, a tłem jej życia pozostawała niezaspokojona potrzeba miłości do byłego szefa.
– Ja najmocniej przepraszam! – wydyszała i skrzyżowała ręce na piersiach. – Siedziałam sobie w swojej maleńkiej pracowni i zawijałam karmelki, aż tu nagle ulicą przetoczyły się tłumy ludzi! Skandowali różne chuligańskie hasła, nieprzystające młodym osobom, zwłaszcza kobietom!
Precel podszedł do Danusi, otulił ją ramieniem i posadził przy stole.
– Ale co mówili?
– M-oże najlepiej włączyć telewizor?
Kapłon dziobnął w pilota, na ekranie pojawiły się czerwone paski serwisu informacyjnego. Dziennikarka nadawała prosto z Krakowskiego Rynku, otoczona przez skandujących mieszkańców miasta, niosących ze sobą rozmaite transparenty: „Do mąki z Preclem”, „Precel ksenofob żywienia”…
– Młodzież wyszła na ulicę, żeby wyrazić swój sprzeciw wobec aroganckiego i nietolerancyjnego wywiadu Precla w telewizji – nadawała reporterka. – Pokojowy marsz dla kulinarnej wolności został zainicjowany jako spontaniczne wydarzenie małej grupki osób, ale nieoczekiwanie przerodził się w wielką demonstrację wymykającą się spod kontroli władz…
Precel poczuł wibrację w marynarce. Wpatrując się w telewizor, przystawił telefon do ucha.
– Posterunek policji, Rynek Główny. Czy pan Precel?
– Tak, o co chodzi?
– Przed chwilą zatrzymano pańską córkę za udział w rozruchach i rozbicie szyby wózka z obwarzankami.
Preclem tak bardzo wstrząsnął akt wandalizmu wobec krakowskiego wypieku, że aż zaniemówił. Dopiero kiedy policjant zadał mu kolejne pytania, niemrawo odchrząknął:
– Dziękuję, zaraz tam będę.
Wychodząc, zwrócił się do Makowca:
– W sprawie Mistrzostw zadzwoń do Chałki, czas na piekarską pogawędkę.Rozdział 2
Następny dzień przyniósł Krakowowi przelotne deszcze, które stopniowo zmywały ślady ubiegłonocnych zamieszek. Poza tą jedną zmienną jesień toczyła się swoim stałym rytmem: czerwień maściła liście na Plantach, kałuże odbijały spacerujące sylwetki ludzi, ławki przyciągały gawędziarzy, wróble wyskubywały okruszki z trawników przed nadejściem mrozów, a całe miasto wydawało się spokojne i pozbawione buntowniczych nastrojów. Tylko Precl wciąż przeżywał wewnętrzny konflikt nie dający mu zmrużyć oka. Do czasu wybuchu demonstracji ufał w swoją nieomylność, lecz pierwsza rozbita szyba w sklepie potrzaskała jego wiarę w ludzi i wraz z nią możliwość pokojowego przywrócenia „krakoskiej” kuchni należnego sobie miejsca. W dodatku, nie tylko nie wiedział, jaką postawę powinien przyjąć w związku ze strajkiem, ale także co począć z Bajaderką, która od wczoraj przebywała u niego w domu, nie odzywając się do niego słowem.
Od progu swojej restauracji przywitała go obecność Kaw siedzących w rzędzie z czarnymi torebkami w dłoniach. Jego widok wzbudził w nich podekscytowanie, kolejno grzecznie mu się kłaniały, a on w coraz większym zmieszaniu próbował zrozumieć, co się dzieje.
Wtem z pomiędzy pustych stolików wyłoniła się Maczanka, ubrana w obcisłą spódniczkę do kolan. Tupot czerwonych szpilek od razu zdyscyplinował maślane oczy petentek lustrujących swojego przyszłego szefa.
– Proszę wszystkie panie o podejście do swoich ekspresów. Arabiki na lewo, Robusty na prawo – oznajmiła Maczanka.
Akurat w momencie, gdy kończyła rozdysponowywać stanowiska, przez drzwi wtoczyła się Śmietanka i rzuciła na ziemię swoje reklamówki.
– Olaboga… – wydyszała, trzymając się za biodra. – PKS… ze Skały… znowu… się… spóźnił…
– Przybyłaś w punkt, kochana, zaraz zaczynamy! – Maczanka przywitała ją ciepło i zwróciła się do kelnera: – Jacku, podaj, proszę, ciepłą herbatę. – Następnie wskazała palcem na Precla, a jej uśmiech zniknął z twarzy. – A TY… TY pójdziesz ze mną.
Precla zatkało – nie był przyzwyczajony do bycia dyrygowanym przez swoich pracowników, jednak chłodne spojrzenie managerki jego lokalu zdusiło w nim wszelkie akty sprzeciwu. Przeszedł za nią do swojego gabinetu, gdzie ze skulonymi ramionami zajął miejsce dla gości. Ona zaś rozsiadła się w jego fotelu i, założywszy nogę na nogę, wbiła mu pierwszą szpilę:
– Oczywiście zapomniałeś, że testujemy dziś nowe kawy do naszej restauracji. W sobotę wieczorem wysłałam ci przypomnienie.
Precel uświadomił sobie, że faktycznie otrzymał tygodniowy harmonogram spotkań, ale zupełnie nie miał głowy, żeby go przejrzeć. Na szczęście dźwięk hejnału ze ściennego zegara dał mu kilka chwil do namysłu.
– Miałem ciężką noc, mało spałem – wyjąkał.
Maczanka głęboko westchnęła, po czym wyciągnęła z torebki proszek do pieczenia, zmieszała go z wodą i wręczyła szklankę Preclowi.
– To postawi cię na nogi.
– Ja… – zaczął niezdarnie Precel, z głębokim przekonaniem, że nawalił zeszłej nocy.
– Już dobrze, nie musisz mi się tłumaczyć – odparła Maczanka. – Tylko następnym razem oszczędź mi czasu na przygotowania i po prostu powiedz każdemu wprost, co o nim myślisz. Bez zbędnej dyplomacji. Na co komu ona potrzebna?
Moralny kac owinął sobie Precla wokół palca. Co prawda wypił swoją miksturę, ale wciąż wyglądał jak zbity pies po nocy spędzonej na łańcuchu w samym środku ulewy.
– Jesteś w stanie coś na to zaradzić? – wydukał.
Maczanka przesiadła się na brzeg biurka.
– Już napisałam sprostowanie twojej ksenofobicznej i wysoce niestosownej wypowiedzi, kładąc ją na karb przepracowania oraz intensywnego sezonu turystycznego. Jak tylko zaakceptujesz jej treść, to jeszcze dziś wyślę oświadczenie do „Gazety Krakoskiej”, żeby ukazało się w jutrzejszym wydaniu.
– Jesteś jedyna w swoim rodzaju! – Precel klasnął w dłonie z taką radością, że z czoła posypało mu się trochę maku. Zasiadł w swoim fotelu i obrócił się na nim kilka razy, a potem założył ręce za głowę i westchnął z ulgą przywróconego autorytetu szefa.
– Kiedy ta kawa?
– Zamiast myśleć o kofeinie, zadbaj w końcu o zdrowie, bo zaczynasz się sypać. Powinieneś zażywać więcej tłuszczów na poprawę elastyczności ciasta, tak jak zalecił ci piekarz.
Precel zmienił temat i od razu uderzył z grubej rury:
– Wczoraj policja zatrzymała Bajaderkę. Wprawdzie przenocowała u mnie, ale jakoś nie idzie nam rozmowa, nie wiem czemu. Gdy próbuje o coś ją zapytać, to zbywa mnie milczeniem.
Maczanka skrzyżowała ramiona i udała zdziwienie, pod którym kryła się trafiona puenta ostatniej rozmowy Precla ze swoją córką.
– No pomyślmy – zironizowała. – Czy to nie ty powiedziałeś jej, kim ma być, jak ma wyglądać i co jeść? I to nie ty wygoniłeś z domu jej chłopaka, wołając za nim, że jak go jeszcze raz spotkasz, to mu z orzechów zrobisz krem do Cannoli?
– Jakiś dziwny był ten sycylijski Migdał, żenić się chciał tak od razu…
– I dlatego wysłałeś do niego Czarną Polewkę? Nie ma co, załatwiła sprawę tak dobrze, że nie tylko nie zobaczyłeś więcej niedoszłego zięcia, ale również swojej córki.
Precel przysunął się do Maczanki siedzącej bokiem na stole i złapał ją za rękę z gorliwością studenta na gastrofazie, czekającego pod Halą Targową na kiełbasę z Nyski.
– Błagam cię, pomóż mi. Zabierz ją gdzieś jutro na plotki. Kobieta zawsze zrozumie kobietę.
Do drzwi rozległo się pukanie.
– Spróbuję się czegoś dowiedzieć – rzuciła Maczanka. – Ale potrzebuję w środę dzień wolnego.
– Wolnego? – Precel cofnął rękę. – Przecież dopiero co wróciłaś z miesięcznego urlopu! Ledwo daliśmy sobie bez ciebie radę!
– Mam swoje życie poza pracą.
– Jakie? – zdziwił się Precel z autentycznym niedowierzaniem, że Maczanka nie realizuje spektrum swoich pasji w jego restauracji.
Znowu rozległo się pukanie, tym razem głośniejsze. Precel kiwnął na znak akceptacji warunków Maczanki, po czym kazał wpuścić interesantów.
Do środka przyczłapała Kaczka Dziwaczka, z fartuchem owiązanym wokół tułowia i chochlą pod skrzydłem. Jej tłuściutki kuperek ledwo przecisnął się przez futrynę drzwi, która głośno zatrzeszczała pod wpływem rozpierającej siły. Precel wiedział, że istnieje realna obawa, że któregoś pięknego dnia Kaczka tu wejdzie i już nie wyjdzie. Bądź wyjdzie porcjowana na talerzach gości, bo tylko tak będzie ją można usunąć z gabinetu.
– Degustacja! – zakwakała i stanęła z boku, żeby zrobić miejsce dla Jacka, pchającego wózek z filiżankami kawy. Zza jego pleców wyłoniły się podekscytowane Robusty i nieśmiałe Arabiki, wszystkie czekające na werdykt z wypiekami na twarzach.
Kelner omówił po krótce pochodzenie oraz krótką charakterystykę każdego naparu, a kiedy skończył, Precel i Maczanka spróbowali pierwszej filiżanki. W tym samym momencie do przodu wystąpiła Robusta w złotej masce i pióropuszu na głowie, wyglądając, jakby urwała się z karnawału. Następnie odwróciła się tyłem do Precla i rytmicznie potrząsnęła pośladkami.
– Brazylijska Robusta… – wyjęczała i przygryzła erotycznie wargi, zaś kosmyk włosów przysłonił jej oczy. – Pobudzam jak zimny prysznic, uzależniam jak narkotyk, daję kopa jak Bruce Lee…
Maczanka rzuciła Jackowi niepochlebne spojrzenie.
– No tak – odchrząknął kelner z zakłopotaniem. – Ale bywa również gorzka i ostra w smaku, stąd wymaga więcej dodatku mleka. Proponuję dla kontrastu skosztować etiopskiej Arabiki. Co prawda zawiera ona mniej kofeiny, natomiast większość klientów chwali ją za delikatność i czekoladowy posmak.
Etiopska Arabika wyłoniła się z cienia i nieśmiało pomachała ręką. Maczanka skusiła się na jej propozycję i z wdziękiem podała filiżankę swojemu szefowi. Przepłukawszy usta wodą, Precel wziął pierwszy łyk i zaczął kontemplować jej kwasowość.
– Delikatna, wyważona, choć koneserom bardzo wyrazistego smaku może wydawać się zbyt niejednoznaczna – wyraziwszy swoją opinię, zwrócił się do Kaczki: – Spróbuj i powiedz, co sądzisz.
Dziwaczka mlasnęła z niechęcią.
– Takie tam… K-A-W-Y! Ja to lubię stare, dobre „fusiaste” z dwóch kopiastych łyżeczek, bez cukru i mleka. A te wszystkie sresy, ekspresy to nie dla mnie!
Maczanka pogłaskała ją po szyi.
– Dziękuję, twoja pomoc jest jak zwykle nieoceniona.
Kaczka potrząsnęła wesoło kuperkiem, tak że kilka piór spadło na ziemię. Następnie uniosła dumnie głowę, którą prawie dotknęła sufitu.
– To ja już sobie pójdę – oznajmiła. – Rosół trzeba uwarzyć i wstawić wodę na kluski.
Precel odprowadził ją wzrokiem ku wyjściu i z powrotem skupił swoją uwagę na degustacji. Kolejno próbował pozostałych kaw i podawał dalej Maczance. Nastrój oczekiwania na werdykt potęgował napięcie rysujące się na twarzach Robust i Arabik, przebierających nogami tuż za progiem. Jacek w milczeniu usługiwał chusteczką do wycierania kącika ust oraz dolewką wody do płukania gardła. Jego sprytne dłonie nawykły do ceremoniałów szefa, który ponad wszystko wielbił estetykę pracy i nienaganny serwis. Stąd też każdy gest kelnera zakrawał o perfekcję, a jakość obsługi dorównywała najlepszym światowym restauracjom. Tego porządku nie zburzyły nawet podszepty Robust, żeby podmienić filiżanki, ani westchnienia Arabik, które odchodziły od zmysłów nad finalną oceną sędziów.
Maczanka dopiła ostatnią filiżankę, po czym zapisała coś na kartce papieru i podała Preclowi. Jego mruknięcie potwierdzało zgodność co do wyboru.
– Chcemy nawiązać współpracę z panną Arabiką z Etiopii – ogłosił bez większego entuzjazmu. – Zapraszamy.
Robusty się wściekły i ostentacyjnie wyszły, a pozostałe Arabiki snuły się po korytarzu, smarkając nosy. Jacek wyjrzał za drzwi i wstrzymał oddech.
– Szefie, panna Arabika z Etiopii zemdlała!
– Mam nadzieję, że nikt jej nie otruł. Musielibyśmy otwierać nową rekrutację, a na to nie mamy czasu. – Precel skrzywił się i zwrócił się do kelnera: – Dajcie jej jakąś kofeinę na pobudzenie i załatwcie potrzebne formalności w Wydziale Spraw Cudzoziemców.
Wtem do gabinetu wleciały dwa Gołębie Krakowskie i przysiadły na stoliku kawowym. Ten większy, o szarym ubarwieniu, trzymał w dziobie list. Precel otworzył go z nerwowością w ruchach i przejechał wzrokiem po lakonicznej treści.
– Prezydent miasta chce się ze mną widzieć za pół godziny.
– Ale zaraz mamy spotkanie w sprawie przyjęcia weselnego – wtrąciła Maczanka.
– Samochód czeka – wykrakał szary Gołąb z przekonaniem o wysokiej randze swojego posłannictwa. Uznawszy autorytet prezydenta, Maczanka wycofała się na pozycję słuchacza i obserwowała zagadkową wymianę spojrzeń między Preclem a szarym Gołębiem.
– Od kiedy latacie we dwójkę? – zapytał ten pierwszy.
Szary Gołąb machnął skrzydłem od niechcenia.
– To stażysta, przyucza się do zawodu, więc lata ze mną po mieście.
– Jak ci się podoba praca? – Precel zwrócił się do białego Gołębia, a ten skulił się w sobie i nic nie odpowiedział. Starszy kolega poklepał go po główce.
– Młody się wczoraj zesrał ze strachu, jak leciał z ważną wiadomością, i teraz przeżywa, że napaskudził. Ale tłumaczę mu, że na wysokości Wieży Mariackiej nie ma odważnych, więc każdy inny też by dostał rozwolnienia. A samochód biskupa się przecież domyje.
– Biskup musiał grzmieć ze złości. – Precel uśmiechnął się w duchu.
– Jakby wyciąć z jego wypowiedzi inwektywy, to tak, jakby nic nie powiedział.
– Idźcie do kuchni, tam czeka na was świeże ziarno. – Precel spojrzał na zegarek. – Tymczasem ja jestem już trochę spóźniony, więc muszę uciekać. Maczanko, podnieś wypłatę dla Śmietanki, żeby kupiła sobie jakieś auto. Nie będzie się tarabanić codziennie ze Skały autobusem. Co do spotkania weselnego, to poradzisz sobie beze mnie. Jutro zdasz mi raport.
Skinienie Maczanki przydało Preclowi spokoju, że sprawy restauracji zostawia w najlepszych rękach. Śpiesząc do samochodu, a później przez całą drogę do prezydenta, Precel pławił się w zachwycie nad swoim darem budowania zespołu. Katorżniczy system szkoleń oraz dbałość o detale nadały sznyt jego wizji miejsca doskonałego pod każdym względem, gdzie kindersztuba traktowana jest na równi z eleganckim ubiorem, natomiast serwowane potrawy muszą iść w parze z najwyższymi wymaganiami gości. Nie miał wątpliwości, że tylko tak zorganizowana restauracja miała szansę odnieść sukces.
Kierowca zatrzymał się tuż przy wejściu do urzędu, a Precel wysiadł raczej niechętnie.
Pewność siebie poprowadziła go znajomymi korytarzami Magistratu, który znał jak własną kieszeń. Ochroniarze nawet nie musieli wskazywać mu drogi – to on wskazywał im kolejne pomieszczenia i rozprawiał o przeszłości miasta, zastanawiając się równocześnie, jakie kryteria muszą spełniać osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo, jeśli ich wiedza historyczna o obronności Krakowa jest bliska zeru.
Dopiero uprzejmość pani Basi, asystentki biura, witającej go kubkiem herbaty, zmyła boleść rozczarowania strażą prezydenta. Precel przysiadł na sofie i raczył się gorącym naparem, wspominając stare dobre czasy dwudziestolecia międzywojennego. Pani Basia oparła łokcie na blacie i z bijącym sercem zasłuchała się w „krakoskie” opowieści gościa, tracąc przy tym rachubę czasu. Dopiero gdy z gabinetu wyszedł starszy mężczyzna o szerokim uśmiechu i bystrym spojrzeniu, głos sekretarki nabrał urzędowego tonu:
– Wkrótce się do pana odezwiemy – wyartykułowała z grzecznością, a w jej wypowiedź wtrącił się Precel.
– Leszku! – zawołał Precel i podszedł uścisnąć rękę swojego przyjaciela, który odwzajemnił serdeczne powitanie.
– Dawnośmy się nie widzieli, chyba ostatni raz na premierze mojej książki – powiedział Łazan, po czym zapiął guzik swojej marynarki, co przydało mu żołnierskiej wytworności.
– Wspaniała pozycja. Trzy razy ją czytałem! Pracujecie z Mietkiem Cumą nad czymś nowym?
Leszek machnął ręką w taki sposób, jakby odpowiedź na to pytanie była owiana tajemnicą.