Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Gangster i tarocistka - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
23 września 2026
3099 pkt
punktów Virtualo

Gangster i tarocistka - ebook

Niektóre historie kończą się śmiercią. Inne dopiero się od niej zaczynają.

Na wieży ratuszowej zostaje znalezione ciało lokalnego gangstera. W mieście momentalnie zaczyna kipieć od plotek, pojawiają się niewygodne pytania i strach. Róża Brzyska, znana jako Wróżka z Zadworu, nie zamierza mieszać się w śledztwo. Przynajmniej do czasu, gdy odkrywa, że ofiarą był jej dawny klient.

Razem z dziennikarzem Konstantym Knopfem zaczyna drążyć sprawę, która szybko okazuje się bardziej skomplikowana, niż przypuszczali. We wszystko zamieszana jest mafia, ważną rolę odgrywają też rodzinne sekrety, lokalna polityka, koneksje i ludzie, którzy mają zbyt wiele do ukrycia.

Czy każde małe miasto kryje aż tak dużo tajemnic?

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Kryminał
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-68915-12-9
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

GWIAZDA

– Naprawdę mi przykro, ale ja zajmuję się przepowiadaniem przyszłości, a nie analizowaniem tego, co już się wydarzyło. Poproś o komentarz biegłego albo któregoś z policjantów, sporo ich tutaj dzisiaj.

– Róża, zrozum, my nie potrzebujemy opinii biegłych. Chcemy mieć w artykule twoją wypowiedź. Kilka słów od liczącej się w mieście persony. – Konstanty Knopf, dziennikarz „Echa Zadworu”, ani myślał odpuścić. – Może nawet uda mi się załatwić wejście do środka, może coś poczujesz i… dowiemy się czegoś więcej.

Róża Brzyska była znaną w całym mieście wróżbitką. Zazwyczaj kilka dni w tygodniu spędzała w małej kawiarni przy Starówce i niezależnie od pory dnia wieść o tym rozchodziła się wśród mieszkańców lotem błyskawicy, a każdy, kto mieszka w niewielkim mieście, wie, że najskuteczniejsza zawsze była, jest i zapewne będzie stara, dobra poczta pantoflowa. Głodni poznania przyszłości i obcowania z magią czasami musieli ustawiać się w kolejce, by móc porozmawiać ze słynną Wróżką z Zadworu. Czasami zainteresowani, których z braku lepszego słowa nazywała klientami, przychodzili do niej tylko jeden raz, ale byli tacy, którzy odbywali regularne sesje nawet kilka razy w miesiącu. Niektórzy pojawiali się tylko przed ważnymi dla siebie wydarzeniami, ale na przykład urzędniczka z pobliskiego ratusza dawała zarobić Róży przed każdą pełnią, nowiem i innymi zmianami na nieboskłonie. Ona sama nigdy nie mogła zrozumieć, skąd u mieszkańców miasteczka położonego daleko na konserwatywnym wschodzie Polski aż taka potrzeba poznania wiedzy, bądź co bądź tajemnej, magicznej, a w związku z tym zakazanej.

Dzisiaj przez kilka godzin i kilka wypitych czarnych kaw udało jej się porozmawiać z pięcioma osobami, które pragnęły się przekonać, co mają do powiedzenia karty tarota. To nienajlepszy wynik, ale biorąc pod uwagę fakt, że był to dzień powszedni, a godziny przedpołudniowe, nie mogła narzekać.

I do tego ta cała sytuacja w ratuszu.

Konstanty wpadł do kawiarni Zamkowa, kiedy ona zbierała się do wyjścia.

Rozmowę zaczęli w progu lokalu.

– Załatwić wejście do środka? – Przechyliła głowę na bok, posyłając mu ironiczny uśmiech. – Nie musisz mi niczego załatwiać. I tak nie skorzystam. – Róża chciała wyjść, ale mężczyzna stanął w drzwiach i wskazał na miejsce, które przed momentem zajmowała.

– Daj mi pięć minut – powiedział błagalnym tonem z miną desperata.

Kobieta znała ten grymas i doskonale wiedziała, że facet będzie nieugięty.

Teatralnie westchnęła, po czym skinęła na dziennikarza i razem wrócili do stolika.

Nie interesowały jej sprawy miasta, nawet tak bardzo niecodzienne. W końcu jednak uznała, że właściwie nie ma powodu, żeby nie wypić kolejnej kawy i nie porozmawiać z dobrym przyjacielem, którego znała jeszcze ze szkoły. Przy okazji mogła zweryfikować miejskie plotki na temat śmierci w ratuszu, który posępnie, a dzisiaj wręcz złowrogo, górował za oknem.

– Ludzie gadają bzdury – zaczął. – Nikt nie dostał ataku serca, Róża, to blef na przeczekanie. – Wychylił się ku rozmówczyni, wspierając łokcie na blacie. – Nie zdziwiły cię te dodatkowe wozy? Prokurator? Technicy?

– Od rana pracowałam. – Wzruszyła ramionami. – Raczej nie przyglądałam się temu, co dzieje się za oknem. Ponoć jakiś mężczyzna miał zawał, słyszałam rozmowę kelnerki z księgarzem z naprzeciwka.

– A ty, jako wróżka, nie mogłaś czegoś takiego przewidzieć? – prychnął Konstanty, zamaszyście zakładając nogę na nogę. – Albo przynajmniej zweryfikować tych plotek?

Zrobiła zdegustowaną minę i głośno chrząknęła, żeby kolega to zauważył. Czego on od niej w ogóle oczekiwał? Nie była jasnowidzką ani żadnym medium. Po prostu potrafiła czytać karty, które nie dawały zresztą pewnej wiedzy, a tylko pewne sygnały i Knopf doskonale o tym wiedział.

Wnet jej ochota na miejskie rewelacje kompletnie wyparowała. Mieszkając w małej miejscowości i mając za przyjaciela lokalnego dziennikarza, Róża przywykła, że większość szokujących newsów to nadmuchane do rangi sensacji błahostki. Gdy samorządowcy się ze sobą nie zgadzali, doszukiwano się osobistych porachunków, kiedy dochodziło do sprzeczek sąsiedzkich, opisywano je jak potyczki na sali sądowej, a jeśli coś przydarzyło się obcokrajowcom, których w mieście było naprawdę sporo, Konstanty w swoich tekstach zawsze wskazywał podłoże rasistowskie i spekulował, że w okolicy działa nacjonalistyczna grupa przestępcza. Ludzie w Zadworze, jak i pewnie w każdym innym mieście i miasteczku, poszukiwali i potrzebowali sensacji. Celebrowali ją, przegadywali po stokroć i spekulowali. Uwielbiali spekulować. Skandale woleli nawet od czystej prawdy, która zwyczajnie ich ograniczała. W końcu musieli mieć o czym plotkować i bajać swoje miejskie legendy.

– Zatem jeszcze raz, redaktorze Kostku, wytłumacz mi, proszę, skąd pomysł, żeby angażować w to akurat mnie? Nic nie wiem. Niczego nie przewidziałam.

Cmoknął z dezaprobatą. Mężczyzna nie znosił, kiedy zwracano się do niego zdrobniale, nie przepadał też za wszelkiego rodzaju tytulaturą. I Róża również to wiedziała, jednak liczyła, że tą uszczypliwą odpowiedzą jakoś rozpręży atmosferę, ale chyba przyniosło to odwrotny efekt. Nie skomentował tego, tylko wymownie spojrzał za okno.

– Konstanty, nie chciałam…

– Chciałaś, chciałaś – odburknął, wciąż odwrócony w kierunku witryny, tym samym eksponując swoją mocno zarysowaną szczękę, w tej chwili zaciśniętą z nerwów. – Zauważyłaś przynajmniej, że zegar na ratuszu nie działa?

Odwróciła się w stronę dziewiętnastowiecznej wieży. Faktycznie, wskazówki zatrzymały się na wpół do czwartej, a dochodziła czternasta.

– Nie bił cały dzień. – Rozłożył ręce. – Nikt tego nie zauważył, nie pisali nawet o tym na Fejsie, a jak forum Zadwór Moje Miasto milczy, to naprawdę nikt się nie połapał. Nawet ty! Przecież siedziałaś tutaj cały dzień! – Rozejrzał się niepewnie po lokalu, czy nie ma wokół nich nikogo, kto mógłby podsłuchać ich rozmowę, bo ostatnie słowa wypowiedział znacznie głośniej. Na szczęście mała sala była pusta. Nawet za barem nikogo nie było.

Odetchnął z ulgą, odchrząknął i przemówił trochę teatralnym szeptem, ale na tyle głośno, by Róża oderwała wzrok od neorenesansowej budowli:

– Trupa znaleźli na wieży. Pod ur-wa-ny-mi – podkreślił, sylabizując – odważnikami zegara. To było morderstwo, Róża. Morderstwo w ratuszu – podsumował zdaniem, które zapewne będzie tytułem do okładkowego artykułu w „Echu Zadworu”, do którego wróżbitka regularnie pisywała horoskopy.

– Ale… jak? – Zmarszczyła czoło i pokręciła głową z niedowierzaniem. – Kto mógł się włamać do ratusza w środku nocy i… i popełnić morderstwo?

– Gwoli ścisłości o trzeciej trzydzieści w nocy. – Wskazał na wieżę. – Właśnie o to cię proszę. – Konstanty się wyprostował, wygładził błękitną marynarkę i skierował wskazujący palec w stronę znajomej. – Ty nam to powiedz. Kim jest ofiara i co tam się naprawdę stało. Miasto chce poznać prawdę.

– I ja mam ją im przedstawić? Wróżka z Zadworu? Naprawdę, Kostek? Dalej chcesz prowadzić śledztwo na własną rękę? Nie masz dosyć?

Róża wiedziała, że przyjaciel marzy o innej pracy, a każdy tekst traktuje jak potencjalną przepustkę do poważnych mediów, co niejednokrotnie powodowało, że obrywał po nosie – urząd miasta odmawiał odpowiedzi na jego oficjalne zapytania, w starostwie powiatowym stał się persona non grata do tego stopnia, że ochrona nie chciała wpuszczać go do budynku, nawet jeśli miał do załatwienia swoje prywatne sprawy. Dziennikarz od zawsze, również wtedy, gdy pracował w gazetce szkolnej, angażował się w tematy na sto procent, jakby każdy tekst miał być ostatnim i tym najlepszym w życiu. Choćby miał dotyczyć jedynie sporu o dziurę w płocie.

Teraz wywęszył coś znacznie lepszego. Z podekscytowania świeciły mu się oczy, którymi świdrował wróżbitkę.

– To ty przepowiedziałaś mi karierę, która sama nie nadejdzie…

– …ale nie oznacza to, że masz się babrać w sprawę jakiegoś morderstwa, a widzę, że chcesz to zrobić, szczególnie jeśli jedynym asem w rękawie jest twoja znajoma wróżka – przerwała mu, chociaż z całą pewnością dziennikarz wzbudził jej ciekawość. – Wróżka, Konstanty, wróżka! Nie prokurator, patomorfolog czy lekarz. Jak zidentyfikują ofiarę, sprawdzimy jej dane i przygotujemy portret, obiecuję, ale teraz…

– Jeśli zidentyfikują – wtrącił. – Z rozpoznaniem ofiary może być pewien problem, dlatego musimy działać natychmiast.

– To znaczy? – Spojrzała na dziennikarza spode łba. Od zawsze irytowało ją jego umiłowanie do przeciągania rozmowy i budowania napięcia.

– Ofiara ma kompletnie roztrzaskaną twarz – wyszeptał, nisko pochylony nad stołem. – Dostała pięćdziesięciokilowym odważnikiem zegarowym. Czyli tym godzinowym, najcięższym.

– Co? – Róża jeszcze raz rzuciła spojrzenie na wieżę zegarową, ale szybko uciekła wzrokiem z powrotem na Kostka, jakby się bała, że zobaczy na niej coś strasznego.

– Godzinowy waży pięćdziesiąt, minutowy dwadzieścia kilo, a sekundowy piętnaście. A facet leżał centralnie pod odważnikami. Zabójca odciął najcięższy. Spadł na ofiarę z kilku metrów. Przynajmniej tak przekazał mi Bartłomiej.

Wiedziała, że kolega ma na myśli Bartka Płaskę, ich wspólnego znajomego, tutejszego policjanta.

Tak właśnie tutaj było – każdy znał każdego, a jeśli nie znał, to znał kogoś, kto go z nim zapozna. Konstanty całą swoją karierę dziennikarza i wiedzę operacyjną opierał na takich „lokalnych” znajomościach. Korzystał z nich na każdym kroku. Pozyskiwał informacje, komentarze, dociekał prawdy i słuchał ludzi. Był w tym mistrzem i właśnie dzięki temu wiedział więcej niż inni. „Im mniej mówię, tym więcej wiem” – to było jego motto i myśl przewodnia życia zawodowego. Prywatnie gadał jak najęty. Mógł godzinami opowiadać o swojej pracy, poznanych ludziach, inicjatywach lokalnych, ale także o własnych ambicjach i marzeniach. Potrafił przegadać każdego, chociaż sam podkreślał, że nie znosi gaduł. Stąd jego sympatia do Róży, która być może przez swoje zajęcie i kreację, którą na co dzień prezentowała, była raczej małomówna, co budowało wokół niej dość intrygującą aurę tajemniczości i magii, jakiej od niej oczekiwano.

– Płaska powiedział, że to na pewno ktoś stąd – kontynuował Konstanty. – Miał na plecach wytatuowany herb miasta i właśnie po tatuażach chcą go identyfikować. Kolorowy rękaw, kilka małych dziar na klacie i skorpion na karku.

Dziewczyna uniosła brwi i mimowolnie odnotowała, że może to być znak zodiaku ofiary.

– Wiesz coś jeszcze? – zapytała, siląc się na obojętność.

– Ponoć rozważają samobójstwo, ale na moje oko nie udałoby się to bez udziału osób trzecich, bo niby dlaczego ktoś z własnej woli miałby czekać na śmierć na materacu, który asekuruje odważniki zegara? I jak odciąć odważnik, a jednocześnie pod nim leżeć? To było morderstwo, mówię ci. Ale samobójstwo mniej popsuje PR ratusza.

Pokiwała głową, już nie tak obojętnie.

– Muszę jako pierwszy napisać artykuł. – Konstanty wrócił do rzeczowego tonu poważnego dziennikarza. – A ja nie mam nic ani o ofierze, ani o mordercy. Artykuł musi mieć twarz, Róża! Nie anonimową i roztrzaskaną. I ty mi tę twarz musisz stworzyć.

– Konstanty, posłuchaj. – Spojrzała na niego, lekko unosząc ręce w geście obronnym. – Ja ci nie wywróżę, kto zamordował tego człowieka ani nawet kim był ten człowiek. Ja tak nie potrafię. To tak nie działa.

– A nie możesz chociaż spróbować? Wezwać jakiegoś wewnętrznego przewodnika czy coś?

Wzięła głęboki oddech. Miała dość.

– Mówię ci ostatni raz i być może zabrzmi to brutalnie. – Róża wstała, zamaszyście poprawiając długą, kwiecistą sukienkę. – Ja wróżę ludziom, a nie trupom. Jak będziesz wiedział coś więcej, to zobaczę, czy coś da się zrobić. Teraz ochłoń, bo nie muszę wróżyć, że w takim amoku narobisz jakichś głupot.

Podeszła do baru, by uregulować rachunek za wypitą kawę. Płaciła gotówką, którą zarobiła przez cały dzień.

Wychodząc na zewnątrz, pomachała do kolegi i pozostawiła go co najmniej skonfundowanego. Chyba nie spodziewał się, że może doprowadzić ją do aż takiego poirytowania.

Tylko głupiec nie zainteresowałby się morderstwem w ratuszu. W tak małym środowisku, zwykłej powiatowej mieścinie, jakim był Zadwór, rzadko kiedy działo się coś wyjątkowego. Typowe waśnie i spory lokalnych polityków, kłótnie mieszkańców w dzielnicach willowych, od czasu do czasu rozboje na osiedlach i drobne przestępstwa w kronikach policyjnych – tylko tyle, nic poza tym. Żadnych morderstw i zagadek kryminalnych. I naraz coś takiego.

Ciekawe, kiedy mieszkańcy Zadworu dowiedzą się, że śmierć w ratuszu nie była wynikiem ataku serca, ale morderstwem. Okrutnym i najwyraźniej szczegółowo przemyślanym. Czy informacja wycieknie szybciej, czy pojawi się dopiero w najnowszym wydaniu „Echa”? A może naczelny powstrzyma pozbawiony kompletu informacji tekst znajomego, bo jedyna twarz, która mogłaby go reprezentować, jest podobno roztrzaskana i nie do zidentyfikowania?

Poprawiła ciemne okulary i obszerną dżinsową kurtkę, którą narzuciła na siebie, wychodząc z Zamkowej. Nie był to sposób na chłód, bo w tym roku trafił się wyjątkowo upalny sierpień, tylko na nierzucanie się w oczy. Okularów też nie musiała wcale mieć, jednak to kolejny atrybut, który miał pozwolić jej na anonimowe przejście przez miasto. W końcu wszyscy ją tu znali. „Młoda, zdolna, która zmarnowała swój potencjał” – taka opinia krążyła o niej, szczególnie wśród starszych osób, którzy pamiętali ją jako prymuskę studiującą na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Wcześniej w cuglach wygrywała wszystkie konkursy i olimpiady biologiczne, aby po kilku latach zacząć krążyć po krakowskich kawiarniach i barach, oferując wróżenie z kart. Kłamstwem byłoby niestety powiedzieć, że każdy ją tu szanował – zdarzało się, że wygrażano za nią i nazywano wiedźmą.

To była cena mieszkania w małym mieście, a ona musiała nauczyć się z tym żyć.

Sama starała się wyprzeć z pamięci trudne czasy studiów. Wróżeniem z kart zainteresowała się niemal z przypadku, kiedy kilkukrotnie zaczepiono ją w miejscu publicznym z prośbą o przepowiednię. Powód stanowiły jej uroda i romskie korzenie: ciemne, sięgające pasa loki, brązowe oczy, gęste brwi i ciemna karnacja. Któregoś razu znajomi półżartem podsunęli jej pomysł na taki dodatkowy biznes. Róża miała stare karty tarota i kilka książek z antykwariatu na temat numerologii i astrologii. Jako nastolatka przez chwilę interesowała się wróżbami, a to za sprawą historii jej babci, której ojciec, czyli pradziadek Róży, był Romem i zniknął ze swoim taborem, zanim ona przyszła na świat. Babcia Ruzanna miała w sobie coś magicznego. Na wsi, gdzie mieszkała, wszyscy brali ją za szeptuchę: znała się na zielarstwie, pomagała chorym, odczyniała uroki, a także wróżyła. Nie potrzebowała kart czy innych atrybutów. Wystarczyło jej spojrzeć na kogoś i już wiedziała, kim jest i co może go spotkać.

Z Różą było inaczej. Nie przejawiała żadnych magicznych umiejętności, jednak… babcia Rózia – bo tak mówili na wróżbitkę i to właśnie jej dziewczyna zawdzięczała swoje imię – zawsze powtarzała, że wnuczka ma w sobie wewnętrzny głos, który może obudzić, jeśli tylko zechce. Cieszyła się, kiedy Róża zaczęła „czuć karty”. Trudno było to inaczej wytłumaczyć – z każdym przetasowaniem, ułożeniem tarota albo przeglądaniem map nieba odkrywała w sobie tajemniczy i nawet dla niej nie do końca zrozumiały talent.

Sama nie traktowała tego tak naprawdę poważnie i nigdy w pełni nie zaufała kartom, a na pewno nigdy nie powierzyłaby im przyszłości. Nie dlatego, że nie wierzyła w ich przekaz, tylko dlatego, że od zawsze miała wrażenie, że wreszcie przyjdzie dzień, w którym ją oszukają, przechytrzą. Miała wrażenie, że toczą z nią jakąś przedziwną potyczkę.

Od kilku lat utrzymywała się wyłącznie z bycia wróżką, a jednocześnie terapeutą, czasami coachem i spowiednikiem. Jeszcze w Krakowie przekonała się, że ta praca jest na tyle dochodowa, że szkoda z niej zrezygnować. Okazało się, że również w Zadworze ludzie wciąż potrzebują lokalnej szeptuchy. Dopiero tutaj uświadomiła sobie, że dla niektórych jest prawdziwą wyrocznią, a z tymi, którzy odwiedzają ją często, tworzy się swoista więź. Bywało to okrutnym obciążeniem. Terapeuci mieli superwizora, a wróżbitki niestety pozostawały same z bagażem tajemnic i cudzych trosk.

Parę razy zdarzyło się, że nie mówiła całej prawdy swoim klientom, w obawie o ich reakcje. Nie chciała podcinać im skrzydeł, szczególnie kiedy wiedziała, że klient traktuje wróżbę jak wyrok, a nie wskazówkę. Było takich wielu, mimo że zawsze powtarzała, że wróżby nigdy nie będą odpowiedzią na to, jak żyć, i nie można dać im się zmanipulować.

Po jakichś trzydziestu minutach wartkiego spaceru i rozmyślaniach o morderstwie w ratuszu dotarła do domu.

Mieszkała na poddaszu swojego rodzinnego klockowatego budynku z lat siedemdziesiątych, usytuowanym na niewielkiej działce na osiedlu domów jednorodzinnych, jakich było tutaj wiele. Parter i pierwsze piętro zajmowali jej rodzice, siostra i brat. Ona po powrocie z Krakowa zajęła mieszkanie na poddaszu, do którego prowadziły metalowe schody zewnętrzne.

Zamknęła za sobą drzwi do jednoizbowego pomieszczenia, zrzuciła kurtkę i okulary, pozostawiła je na ogromnym łóżku z kraciastą narzutą i przeszła do łazienki. Stanęła przed lustrem i spojrzała w swoje odbicie, przyglądając się sobie, jakby widziała się pierwszy raz. Pora zdjąć z siebie wróżbickie alter ego. Związała długie ciemne włosy w niedbały kok na czubku głowy. Automatycznie zaczęła zmywać makijaż, którym podkreślała swoją egzotyczną urodę. Ludzie bardziej ufali Romce-wróżbitce niż dziewczynie w dżinsach i kolorowej koszulce. Zdjęła z siebie ubranie i naszyjniki z naturalnych kamieni. Nie znała się na gemmologii i nie wiedziała, czy kamienie naprawdę mają swoją moc, ale zwyczajnie lubiła swoje korale. Pasowały do jej image’u. Teraz jednak chciała jak najszybciej pozbyć się swojej kreacji i wrócić do siebie, stać się Różą Brzyską, tak po prostu, bez eterycznej aury.

Weszła pod prysznic. Przez głowę przemknęły jej wszystkie informacje, które przekazał jej dzisiaj Konstanty. Nie pierwszy raz poprosił ją o pomoc, ale nigdy nie robił tego w tak poważnej sprawie. Czasem korzystał z jej wiedzy w celu analizy numerologii samorządowców, po czym na łamach gazety przedstawiał wnioski, które miały być wytłumaczeniem ich zachowań i decyzji. Jak najbardziej zdarzało mu się uzasadniać jakieś drobne wypadki fazami księżyca, ale nic poza tym. Nie chciała, żeby tarot kreował lub chociażby pozornie tłumaczył rzeczywistość. Według Róży nie było na nią żadnego wytłumaczenia.

Otulona szlafrokiem rozsiadła się na wysokim łóżku i sięgnęła po laptopa. Miała odpisać na kilka wiadomości od swoich klientów online. Odsunęła kolorowe poduszki i zaczęła układać karty, zatapiając się w życie innych, zupełnie odpuszczając własne. Ta swoista immersja trwała dobre kilka godzin, o czym zorientowała się dopiero, kiedy spojrzała za okno. Nów. Nów, który podsuwa błędne wnioski i iluzoryczne analizy – powiedziała to dzisiaj każdemu klientowi jako uniwersalną poradę do indywidualnej interpretacji. Sama czytała ją jednoznacznie: Konstanty nie powinien w ferworze hurraoptymizmu ryzykować i zagłębiać się w sprawę dzisiejszego zabójstwa.

I z całą pewnością powinna mu to powiedzieć.

Wybrała numer do przyjaciela. Odebrał po dwóch sygnałach.

– Mamy coś – powiedział zamiast powitania.

– To pytanie czy stwierdzenie? – zapytała.

– A masz coś dla mnie? – W tle dosłyszała szczekanie psa i dźwięk przejeżdżających samochodów potwierdzające, że przyjaciel był na spacerze ze swoim cavalierem, Spacją.

– Tylko tyle, że nie możesz ekscytować się byle czym, bo narobisz sobie kłopotów. Póki nie masz pewności, co tam się wydarzyło, nie podawaj niczego do informacji publicznej. Nawet na KonstansRegulator – odparła stanowczo, wspominając o anonimowym profilu Konstantego, na którym pod pseudonimem komentował i pisał o tym, o czym profil i subtelna cenzura jego czasopisma pisać nie pozwalały.

– Jesteś fascynująca – odpowiedział na przestrogę. – Jakbyś pochodziła z innego wymiaru. Mówiłem ci to kiedyś?

Nie odpowiedziała. Mówił, milion razy.

– Machina już ruszyła, Róża. Wszyscy już wiedzą, że to było morderstwo, a po zabójcy lub zabójcach nie ma śladu. Poza tym – usłyszała wahanie w jego głosie – do netu wyciekło zdjęcie ofiary. Co prawda już je zdjęli ze względu na makabryczne treści, ale kto miał je zobaczyć, ten zobaczył. Najwyraźniej ty nie.

– Jakim sposobem trafiło do sieci? – zapytała podejrzliwie, włączając głośnik.

– Nie pytaj jak, nie pytaj kto, zapytaj lepiej po co. – Słowa Konstantego tylko potwierdziły jej przeczucia, że to on sam opublikował zdjęcie.

– W takim razie po co wrzuciłeś zdjęcia anonimowego trupa do sieci? I skąd je w ogóle wytrzasnąłeś?

– Czy powiedziałem, że to ja? – żachnął się, ale trudno było mu ukryć w głosie dumę. – Wyjdź przed dom za pięć minut. To nie jest rozmowa na telefon.

Konstanty mieszkał po drugiej stronie Zadworu, ale jak każde niewielkie miasto, dało się je obejść wzdłuż i wszerz w maksymalnie parę godzin. Dziewczyna była przyzwyczajona do nocnych spotkań w pobliskim parku przy Grottgera, a także do tego, że przyjaciel często kończył rozmowy telefoniczne właśnie w taki sposób.

Nie pozostawało jej nic innego, jak spotkać się z Kostkiem i wysłuchać nowych rewelacji. Wychodząc z domu, poza zainteresowaniem, zaczęła czuć coś jeszcze. Nieuzasadnione, ale niezwykle natrętne obawy.

────────── ✦ ☾ ✦ ──────────

– Więc?

Kostek już na nią czekał. Przysiadła obok niego na ławce przy chodniku wiodącym wzdłuż jednej z głównych ulic na Hultajach. Był szeroki, podświetlony dość kiczowatymi, kolorowymi lampami w kostce brukowej, zainstalowanymi w ramach programu inwestycyjnego „Hulaj na Hultajach”, który realizowano podczas pierwszej kadencji urzędowania obecnego burmistrza, Jerzego Hulaja.

Dzielnica, w której mieszkała rodzina Róży, zyskała swoją nazwę nie ze względu na oprychów zamieszkujących okolicę, a przez znaczenie historyczne. W szesnastym i siedemnastym wieku Zadwór słynął z cechów rzemieślniczych. Między innymi cechu Hultajów – młodych mężczyzn, których teraz nazywano by raczej freelancerami albo bardziej swojsko: złotymi rączkami, imających się różnych dorywczych prac i zleceń. Najczęściej zdobywali je w karczmach na obrzeżach miast, a w cechu pozostawali, dopóki nie zaczęli posuwać się do drobnych kradzieży, kombinacji i oszustw. Właśnie przez takie występki słowo „hultaj” jest obecnie synonimem łobuza i chuligana.

W Zadworze po hultajskim cechu zostało niewiele, ale wzmianki historyczne wskazywały na to, że na skraju miasta, na terenie współczesnej dzielnicy willowej, hultaje mieli swoją karczmę, do której przybywali gospodarze poszukujący pracowników. Obecnie pozostał po niej niewielki baro-sklep przy ulicy Orkana.

– Konstanty, czy mógłbyś wreszcie… – upomniała się o odpowiedź na zadane chwilę wcześniej pytanie, ale on wszedł jej w słowo:

– Powiedzieć, co mam? – Uniósł kąciki ust i puścił oko. Odchrząknął, przeczesał dłonią włosy do tyłu i przemówił tajemniczo: – Zdjęcie zrobiła moja ciotka Maryla, ta, która pracuje w księgowości w urzędzie miasta. Rano na wieży zebrało się ponoć spore zbiorowisko, jeszcze zanim przybyła policja i zamknęli cały ratusz. Jestem pewien, że nie ona jedna zrobiła tam zdjęcie. W końcu niecodziennie widzi się praktycznie pozbawionego głowy trupa, czy w ogóle jakiegokolwiek trupa, w swoim miejscu pracy. Chociaż szczerze powiedziawszy, nie wiem, czy gdyby nie mój zawód, miałbym ochotę fotografować coś takiego.

Podał jej telefon. Na ekranie zobaczyła zdjęcie, które pewnie obiegło nie tylko lokalne fora, ale także wszystkie ogólnopolskie media. Przedstawiało mężczyznę leżącego na starym materacu z szeroko rozłożonymi rękoma i nogami, jakby wcześniej ktoś chciał go przywiązać do rogów legowiska. Nie było widać żadnych lin, a nawet lasotaśmy czy trytytek. Może mężczyznę przytrzymywało kilka osób? Wyglądał na dużego i silnego, jego oprawcy musieli mieć nie lada problem, by zmusić go do takiej pozycji. Róża specjalnie nie przyglądała się głowie ofiary, a raczej temu, co było głową przed uderzeniem odważnika zegarowego.

– Wiesz, że już tego nie odzobaczę? – Oddała przyjacielowi telefon z niesmakiem.

– I być może dzięki temu bardziej zainteresujesz się sprawą – odparł typowym dla siebie tonem prymusa z pierwszej ławki. – Wrzucenie tego zdjęcia do sieci było genialnym w swojej prostocie krokiem i nawet policja temu nie zaprzeczy. W gruncie rzeczy pewnie są mi teraz wdzięczni.

Spojrzała na niego ze zniecierpliwieniem.

– Rozpoznali go w dwadzieścia minut. – Kostek nie potrafił ukryć dumy. – To Sebastian Bartman.

– Ten Bartman? – Róża doskonale kojarzyła to nazwisko, a postać ze zdjęcia, które wyrysowało się w jej głowie, wydała się zupełnie znajoma. I ten skorpion na karku…

– Tak, ten słynny Batman z Rynku – uzupełnił dziennikarz z nutą satysfakcji, bo był już prawie pewien odpowiedzi na pytanie, które chciał zadać od początku spotkania: – To co, Róża? Pomożesz mi?

Dziewczyna bez słowa pokiwała głową.

Prawie każdy w mieście kojarzył Sebastiana Bartmana, który raczej nie należał do lubianych i szanowanych, a bardziej do tych budzących strach. Nikt nie chciał mieć w nim wroga. Nie tylko groźnie wyglądał, ale zaiste potrafił być naprawdę groźny. Szczególnie dla ludzi, którzy mu podpadli.

– Był kiedyś u ciebie? – zapytał, już zupełnie nie próbując ukryć podekscytowania. Patrzył na nią z uśmiechem, eksponując idealnie białe zęby. Cieszył się jak ten prymus z dobrej oceny.

Ponownie pokiwała głową, a na całym ciele poczuła dreszcze niepokoju. Sebastian Bartman bywał u niej regularnie. Ostatnio odwiedził ją kilka tygodni temu, a ona doskonale pamiętała, o czym rozmawiali.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij