Gasnące spojrzenie - ebook
W parku w mieście Zanmost zostaje zamordowana młoda kobieta przez alkoholika o pseudonimie Kacy. Przypadkowy mężczyzna był świadkiem popełnionej zbrodni, której przyglądał się, nie reagując pomocą. Mężczyzna po tym zdarzeniu zapragnął uśmiercania bezbronnych kobiet. Kim był zagadkowy mężczyzna. Czy policji uda się powstrzymać mordercę naśladowcę? 18+
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Kryminał |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8440-493-5 |
| Rozmiar pliku: | 2,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Zaszedł ją od tyłu i zarzucił jej sznur na szyję. Kobieta zaczęła się szarpać. Chciała się uwolnić, nie potrafiła jednak, była za słaba. Ciągnął ją przez drogę, następnie przez burtę do lasu. Przewrócił ją na plecy i zaczął coraz bardziej zaciskać sznur. Spodobała mu się ta martwa twarz, na której już nigdy nie pojawi się uśmiech, usta nie wypowiedzą żadnego słowa. I ten przerażony wzrok, który ostatni raz zatrzymał się na jego twarzy, po czym umarł na zawsze. Patrzył na nią i był szczęśliwy. Widział, jak jej oczy zmieniają swój kształt i kolor. Właśnie tak to sobie wyobrażał. Dokonał zabójstwa w taki sposób, w jaki chciał — widząc zamarłe, gasnące spojrzenie.1
SOBOTA
Wrześniowy dzień, 6 września 2024 roku był bardzo ciepły i słoneczny. Festyn w miasteczku Zanmost był zaplanowany na godzinę osiemnastą. Takie wydarzenia nieczęsto gościły w tym mieście, ale po paru latach Burmistrz się postarał i ściągnął kilka zespołów, i to nie byle jakich. Chciał, żeby mieszkańcy rozerwali się trochę. No i zbliżały się wybory.
Obserwował ją od dwóch godzin, podobała mu się. Spośród tylu kobiet wybrał właśnie ją. Coś go w niej zachwyciło, coś czego nie miały inne kobiety. Była bardzo atrakcyjna. Jej długie blond włosy sięgały prawie do ramion. Tańcząc, poruszała się tak delikatnie, że rozbudziła w mężczyźnie erotyczne fantazje. Coraz bardziej mu się podobała, coraz bardziej się podniecał. Zapragnął jej ciała, jej zapachu i głosu. Dopadł ją, gdy poszła za potrzebą.
Koleżanka chciała jej towarzyszyć, ale Wiktoria odmówiła, widząc, jak randkuje z Oliwierem. Poszła tam, gdzie zawsze, gdzie chodziły wszystkie dziewczyny. Szła kawałek piaskową drogą, była wypita. Następnie skręciła w boczną drogę, gdzie napotkała dwie dziewczyny palące papierosy. Postanowiła iść jeszcze dalej i zatrzymać się dopiero wtedy, gdy już straci z pola widzenia owe panie. Bujało nią trochę, ale trzymała się na nogach. Gdy już skończyła, naciągnęła dżinsową spódnicę, zapięła guzik i poprawiła bluzkę. Następnie wyjęła z kieszeni papierosy i zapalniczkę. Wtedy poczuła zapach perfum, bardzo silny zapach męskich perfum.
Obróciła głowę w bok i ujrzała wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę. Zamarła ze strachu. Rzucił się na nią. Jedną ręką zakrył jej usta, żeby nie krzyczała. Następnie zaczął ją ciągnąć piaskową drogę. Gdy już znajdowali się daleko i wiedział, że to miejsce będzie bezpieczne, przytulił się do niej i szepnął do ucha:
— Bądź cicho, a nic ci się nie stanie.
Kobieta skinęła głową, że rozumie. Rzucił ją na burtę porośniętą trawą i tam zamierzał wykonać swój plan. Położył się na niej. Jedną ręką dobierał się do jej ciała, które było zakryte spódnicą i stringami, drugą podtrzymywał jej brodę i całował usta. Następnie zadarł jej krótkie przykrycie do góry. Teraz droga do celu była prostsza. Mężczyzna nabrał większej ochoty na jej ciało, podobało mu się. Światło z lampy, która znajdowała się spory kawałek od nich, delikatnie oświetlało twarz i ciało kobiety.
Gdy było już po wszystkim, mężczyzna wstał i podciągnął spodnie. Po tym jak doprowadził się do porządku, pochylił się nad ofiarą i pomógł jej wstać. Kobieta była roztrzęsiona, włosy miała rozczochrane i pozostawała półnaga.
— Pomogę ci się ogarnąć — szepnął jej do ucha, tak jakby się bał, że zaraz ktoś nadejdzie. –Byłaś cudowna, wspaniała…
Wiktoria była w szoku, nie wierzyła w to, co ten człowiek mówił. Nigdy nie słyszała od nikogo takich słów — od żadnego kochanka, a nawet męża. Tymczasem człowiek, który właśnie ją zgwałcił, przez którego czuła ból, który ją poniżył, powiedział takie słowa. Pomógł jej się ubrać i doprowadzić do porządku, następnie przytulił ją mocno do siebie, pocałował w usta i powiedział:
— Słuchaj teraz, co ci powiem. Ja pójdę pierwszy, a potem ty. Jeżeli to zgłosisz, to bądź pewna, że dorwę twego mężusia i moi kumple go załatwią. A zresztą kto ci uwierzy. Powiem, że sama chciałaś.
— Nikomu nie powiem — odpowiedziała kobieta.
— Mam nadzieję, że niedługo znów się spotkamy. Bądź cierpliwa, znajdę cię, a teraz muszę lecieć.
Wiktoria widziała, jak gwałciciel się oddala. Wyczuła, jak zapach perfum ulatnia się wraz z tym człowiekiem. Wiedziała, że nie może wrócić na festyn. Bała się, że Kacper się domyśli, że pozna po rozdartym ubraniu, po zapachu perfum na jej ciele i rozczochranych włosach. Obawiała się, że się domyśli, iż została zgwałcona. Odczekała jeszcze chwilę i udała się w kierunku domu.
Gdy już doprowadziła się do porządku, zaczęła rozważać, gdzie ukryć podartą bieliznę. Postanowiła włożyć ją do szuflady swojej szafki i jutro wyrzucić do śmieci. Kładąc się do łóżka, wzięła telefon do ręki i zadzwoniła do męża, by powiedzieć mu, że jest już w domu, bo źle się poczuła.2
NIEDZIELA
Kacper obudził się o szóstej rano. Był jeszcze pijany. Wiktoria spała. Przyglądał się jej i do głowy zaczęły przychodzić mu różne myśli. Zastanawiał się, czemu poszła wczoraj do domu, czemu nie przyszła i nie powiedziała, że źle się czuje. Rozważał nawet, czy nie poszła z kimś na bok. Poczuł się zazdrosny. Zdawał sobie sprawę z tego, że jest ładna, i wiedział, że faceci się za nią oglądają.
Wiktoria otworzyła oczy, spojrzała na męża i odwróciła się na drugi bok.
— Czemu zostawiłaś mnie wczoraj? — zapytał zachrypniętym i przepitym głosem, poprawiając poduszkę.
— Źle się poczułam, kręciło mi się w głowie. Poszłam za potrzebą i wtedy nogi zaczęły mi się plątać. Nie chciałam wracać, żeby ktoś nie zobaczył, że jestem pijana, więc poszłam do domu.
— Trzeba było zadzwonić, to poszedłbym z tobą.
— Przecież ty tańczyłeś z Ulką. I tak byś nie słyszał telefonu.
— A może ty poszłaś z jakimś fagasem na bok?
— Chyba ci się coś w głowie poprzewracało! A może to ty z Ulką gdzieś polazłeś?
— Ty chyba nie wiesz co mówisz. Oliwier, Kornelia i Ulka odprowadzili mnie do domu. Możesz zapytać.
— No tak, a może wcześniej gdzieś z nią byłeś. Mało to krzaków?
— Posrało cię!
— To nie zaczynaj. A teraz daj mi spać.
Wiktoria przykryła się kołdrą po same uszy. Kacper burknął coś pod nosem i odwrócił się do niej tyłkiem.
Artur się obudził. Było jeszcze wcześnie. Wstał i udał się do kuchni zrobić sobie kawę. Przypomniała mu się wczorajsza noc. Czuł jej zapach na swoim ciele, rozmyślał o niej. Nawet nie zapytał, jak ma na imię. Tej nocy na festynie pragnął seksu. Gdy był z Anetą, miał go na co dzień. Ale gdy go zdradziła i uciekła z innym za granicę, wszystko się zmieniło. Był samotny i postanowił szukać zemsty na niewinnych kobietach. Obiecał sobie, że kiedyś też dorwie Anetę i jej kochanka, i zapłacą mu za jego krzywdę. Poświęcił jej dziewięć lat swojego życia. Miała wszystko, czego tylko zapragnęła — najlepsze ubrania, biżuterię, kosmetyki i nawet lekarzy. Zabierał ją do wybitnych restauracji, woził po świecie i rozpieszczał, jak tylko mógł i potrafił. Ale jej zachciało się zmiany — zmiany partnera. Podejrzewał od dłuższego czasu, że coś jest nie tak. Znikała wieczorami na parę godzin i tłumaczyła, że idzie do koleżanki. Ale on jej nie wierzył i postanowił ją śledzić.
Chodził za nią. Widział, jak wchodzi do starej kamienicy, którą zamieszkiwali Cyganie. Zdenerwował się na samą myśl, że Anetę posuwa jakiś Cygan. Wstrząsnęło to nim, ale opanował się i wszedł do środka budynku. Na klatce schodowej strasznie śmierdziało, nawet szczur przebiegł mu drogę. Artur widział, jak Anecie otwiera ciemnoskóry typ. Zobaczył, jak się całują i wchodzą do środka, zamykając za sobą drzwi. W pierwszej chwili chciał wywarzyć je i rozprawić się z nimi. Ale po chwili opamiętał się i postanowił zaczekać, aż Aneta wyjdzie i wtedy im dokopać. Usiadł na schodach przed drzwiami i czekał.
Siedział tam z dziesięć minut, gdy dostrzegł wchodzących po schodach dwóch Cyganów. Kazali mu stamtąd spływać, wymachując kosą przed oczami. Wiedzieli, że ich kumpel spotyka się z jego kobietą i chcieli go postraszyć. Artur obawiał się obu mężczyzn, wiedział, że nie żartują. Odpuścił więc i udał się do domu. Mężczyźni szybko powiadomili kumpla o gościu na schodach. Aneta już nigdy nie wróciła do domu. Napisała mu SMS-a, że wyjeżdża z nowym partnerem za granicę. Artur wpadł w szał, zdemolował całe mieszkanie, a wszystkie jej ubrania i rzeczy spalił. Nie mógł znieść, że puściła się z Cyganem, i że go zostawiła.
Pijąc dziś kawę, zdał sobie sprawę, że przecież tak naprawdę jest przystojnym i dobrze zbudowanym facetem. Ma jasne, blond włosy i niebieskie oczy. Wiedział, że ten Cygan w gruncie rzeczy nie dorasta mu do pięt.
Artur był już dobrze po czterdziestce, ale nie wyglądał na tyle. Ubierał się elegancko, zawsze aż lśnił czystością, dbał o siebie i używał najdroższych perfum. Kobiety oglądały się za nim i zachwycały się nim oraz zapachem jego perfum.
Wstał i poszedł do łazienki, by przejrzeć się w lustrze. Podobał się sobie. Przemył twarz i wrócił do kuchni, by dokończyć picie czarnego napoju. Dziś miał zamiar leniuchować, bo była niedziela. Wiedział, że jutro czeka go dużo pracy w zakładzie — miał dokończyć dwa pomniki, które dwa tygodnie temu jakaś kobieta zamówiła dla swoich rodziców. Dopił kawę i udał się na spoczynek.
PONIEDZIAŁEK
Wiktoria przebudziła się bardzo wcześnie. Był poniedziałek: 8 września 2024 roku. Kobieta nie cierpiała tej daty. Wiedziała, że będzie musiała pójść na cmentarz i zapalić znicze rodzicom. W tym dniu zginęli w wypadku.
Ojciec był dobrym kierowcą, lubił swój stary motor, którym przemieszczał się wraz matką. Najczęściej jeździli do sklepu na zakupy albo do lasu. Czasami zabierał żonę nad jezioro. Tamtego dnia wracali ze sklepu do domu. Na samym zakręcie jadący z naprzeciwka samochód ciężarowy wpadł w poślizg i uderzył w motor rodziców. Wiktoria miała wtedy dwadzieścia jeden lat. Pamięta dziurę w głowie ojca i wypływający z niej mózg i krew. Matka złamała kręgosłup szyjny. Umarli na miejscu i nawet chyba nic nie poczuli, to trwało na pewno parę sekund. Kierowca samochodu nigdy nie przeprosił za spowodowanie wypadku. Uważał, że to nie była jego wina. Jej rodzice znaleźli się w nieodpowiednim miejscu i czasie.
Spojrzała na śpiącego Kacpra. Wydał jej się taki przystojny. _Jak dobrze, że nie wie, co mnie spotkało w sobotnią noc_ — pomyślała w duchu.
Dziś w pracy nie miała za dużo do zrobienia. Miesiąc dopiero się rozpoczął, także do zaksięgowania nie było wiele faktur. Wiktoria zajmowała się księgowością od piętnastu lat. Wielki wieżowiec, w którym pracowała, stał w samym centrum miasteczka. Kobieta zawsze wchodziła schodami, nigdy nie korzystała z windy. Uważała, że pokonując codziennie tyle stopni, poprawia sobie kondycję i modeluje przy tym nogi.
Usiadła za biurkiem i zabrała się do pracy. Była zamyślona i trochę wystraszona, że wszystko może się wydać. Zastanawiała się, czy nikt ich wtedy nie widział. Niby nikogo tam nie było, ale nie miała stuprocentowej pewności. Bała się, że będzie musiała się tłumaczyć Kacprowi, który na pewno i tak by ją zostawił, gdyby się dowiedział. Miała kaca moralnego. Było jej wstyd, że poszła tam sama i nie pomyślała, że nie chodzi się samej po ciemku o takiej godzinie. Przecież wiedziała, o trwającym festynie i tłumach kręcących się tam ludzi, a mimo to poszła, nie myśląc o konsekwencjach.
Dzień minął jej bardzo szybko, nic szczególnego się nie wydarzyło. Tylko Antek trochę grał jej na nerwach, bo ciągle o coś się dopytywał. Na staż do biura trafił dwa miesiące temu. Wiktoria nie lubiła go za bardzo. Nie dość, że był brzydki i rudy, to jeszcze tak marudny, że nie wiedziała czasami, o co mu chodzi.
Artur nie lubił poniedziałków, ale musiał zabrać się do pracy. Obiecał tej kobiecie, że dziś zacznie stawiać pomnik. Wszedł do zakładu i zapalił światło. Jacka i Piotra jeszcze nie było. Wiedział, że po weekendzie na pewno zachlali i jak zwykle się spóźnią. Przyzwyczaił się już do tego ich spóźniania i nawet się mocno nie złościł.
Wspólnikami zostali siedem lat temu. Na początku Artur sam prowadził zakład, ale z czasem zaczął dostawać dużo zamówień i nie wyrabiał się, więc postanowił wkręcić do interesu kumpli. Pracowali od rana do wieczora i łupili dużą kasę. Stać ich było na używki, wycieczki, dobre ubrania, najlepsze jedzenie i imprezy.
Jacek był przystojnym trzydziestosześcioletnim kawalerem o piwnych oczach i czarnych włosach. Dobrze zbudowany — podobał się kobietom. Nie chciał jednak wiązać się z żadną dziewczyną na stałe. Wiedział, że nie nadaje się na męża. Zdawał sobie sprawę, że za dużo pije i pali zbyt wiele marychy. Nie chciał, żeby jakaś kobieta się z nim męczyła.
W przeciwieństwie do Jacka, Piotrek pragnął mieć dziewczynę, a nawet żonę. Tylko problem tkwił w tym, że żadna mu się nie podobała. Był wybredny i ciągle coś mu się w nowo napotkanej panience nie podobało. W każdej swojej dziewczynie potrafił doszukać się jakiejś niedoskonałości. Artur i Jacek czasami mu dogryzali, że wymyśla. Nie raz się śmiali, że czterdziestoletni facet wybrzydza jak dwudziestolatek, a przecież nie był wcale taki przystojny. Golił się prawie na łyso, tak że nawet nie wiadomo było jaki ma kolor włosów. Jednak gdy trochę odrosły, można było zauważyć, że są kasztanowe. Chyba trochę się wstydził tego koloru i dlatego tak się golił. Z twarzy nie był za bardzo ładny, ale nadrabiał gadką i dziewczyny go lubiły.
— Cześć — powiedział Piotrek, i wchodząc, podał Arturowi rękę na przywitanie.
— Cześć. Co, zachlaliście? A gdzie Jacek? Nie przyjechał z tobą?
— Wiesz, prosił, aby ci przekazać, że dziś go nie będzie. Bo tak się wczoraj napierdolił i najarał tym gównem, że nie dał rady dziś wstać z łóżka. Nawet pojechałem zobaczyć, co z nim. Aż się boję, żeby zgonu nie zaliczył.
— A to palant! Dziś mamy tyle roboty, a on będzie kaca leczył!
— Ja mu w gardło nie lałem.
— A po chuj chlacie w niedzielę! W sobotę wam nie wystarcza? Wiecie, że jest robota. Przymykam oko na wasze spóźnienia, ale jak tak dalej będzie, to nie wiem, co z wami zrobię.
— Dobra, Szpachel, nie krzycz już. Powiem mu.
— Dobra, dobra. Już to słyszałem tyle razy, a teraz chodź, załadujemy płyty na busa i jedziemy na cmentarz montować pomniki, bo zaraz ta kobiecina będzie wydzwaniać.
Artur miał ksywę Szpachel. To przezwisko wymyślił Jacek. Mężczyzna przeważnie zajmował się montowaniem pomników, a że często używał szpachlówki, to tak się przyjęło. Gdy był bardzo zły, wtedy Jacek z Piotrkiem nazywali go Szpachel. Lubił, kiedy go tak nazywali, i słysząc słowo Szpachel, stawał się łagodniejszy i mniej nerwowy. Nikt więcej go tak nie nazywał, tylko oni, i czasem Krzysiek.
Artur pracował dziś prawie dziesięć godzin. Chcieli z Piotrkiem skończyć stawianie pomnika. Był zły i zmęczony. Wszedł do domu i skierował się prosto do łazienki. Gdy się wykąpał, zaparzył herbatę w swoim ulubionym kubku. Nie był głodny, bo przed godziną zjadł w restauracji obiad.
Pił napar i spoglądał na drugi fotel, w którym zawsze przesiadywała Aneta. Zezłościł się i zacisnął pięści.
— Zabiję cię, suko! I tego cyganiuka też.
Spojrzał jeszcze raz na fotel, wziął kubek i poszedł do kuchni. Dopił herbatę, wsiadł do busa i odjechał.
Babcia Zosia podlewała stojące w pokoju na parapecie roślinki, które parę tygodni temu przywiózł jej na przechowanie wnuk Jacek. Prosił ją, żeby dbała o nie i nawet udzielił jej instrukcji, jak ma to robić. Była to prawie osiemdziesięcioletnia kobieta. Miała długie, ale jeszcze czarne włosy. Jej twarz nie była nawet mocno pomarszczona, co zawdzięczała częstym kąpielom w mleku. Mieszkała w drewnianym domu, dwadzieścia osiem kilometrów od Jacka, w małej wioseczce blisko Puszczy Boreckiej. Żyła samotnie, bo mąż zmarł dawno temu, ale Jacek często ją odwiedzał i pomagał jej. Starsza pani miała już tylko jego. Jej córka uciekła z kochankiem za granicę dwa miesiące po urodzeniu syna i nigdy nie dała znaku życia. Milicja nie mogła nic ustalić. Kobiety i jej kochanka nigdy nie odnaleziono i uznano ich za zaginionych.
Jacka wychowała babcia. Gdy wnuk pojawił się na świecie, jej mąż Edmund już nie żył. Kobiecie ciężko było samej zajmować chłopcem, ale z czasem, gdy stawał się coraz większy, było jej lżej. Jacek zaczął dużo pomagać w gospodarstwie. Babcia kochała tego chłopca nad życie. Gdy dorósł i skończył rybacką szkołę zawodową, przeniósł się do miasta, co babcia strasznie przeżyła. Z czasem się jednak przyzwyczaiła i czekała na niego, kiedy przyjedzie z wizytą.
Był ciepły wieczór. Pani Zosia, jak co dzień, wyszła z domu i udała się nad rzeczkę. Strumień pokrywała zielona rzęsa. Woda miała ciemnozielony kolor, a jej brzegi porośnięte były długą trawą i trzciną. Rzeka ta kryła w sobie coś dziwnego i chyba uzdrawiała. Gdy Jacek miał półtora roku i nie umiał jeszcze chodzić, stara Pilchowa kazała go wsadzić do tej rzeki i uczyć tam chodzić po zamulonym dnie. I wtedy stał się cud — po paru dniach chłopczyk nie chodził, ale biegał już i nie można było za nim nadążyć.
Po pewnym czasie kobieta skręciła w drogę prowadzącą do puszczy. Po przejściu stumetrowego odcinka zawróciła. Bała się. Kiedyś, gdy z Jackiem zapomnieli się i poszli dalej drogą w głąb lasu, wybiegły trzy wilki. Na szczęście chłopiec odgonił je przy pomocy dziecięcego gwizdka. Od tamtej pory już nigdy nie szli tak daleko. Pani Zosia uwielbiała spacerować tą drogą. Jej pobocza były porośnięte mchem i ogromnymi paprociami. Po obu stronach rosły także stare, wysokie drzewa, a powietrze było tak czyste, że nawet chory na płuca człowiek nie miałby problemu z oddychaniem.
Kobieta wróciła do domu i zajęła się roślinami wnuka. Obiecała mu, że będzie je pielęgnować, jak najlepiej potrafi. Zastanawiała się tylko, czemu tak dziwnie pachną.
Artur jeździł ulicami miasta. Miał zamiar wypatrzyć sobie ofiarę. Z tej złości postanowił, że dziś zgwałci jakąś kobietę. Było już dobrze po dziewiętnastej, ale wciąż jeszcze widno. Mężczyzna wiedział, że o tej godzinie na pewno nikogo nie zwabi do swojego busa, bo niby jak miałby to zrobić, nie mając planu.
Postanowił, że poczeka, aż się ściemni i wtedy będzie prościej. W międzyczasie pojedzie na cmentarz i zobaczy, jak prezentuje się nowo postawiony dziś pomnik. Zajechał pod cmentarz, zaparkował na parkingu tuż przy bramie, następnie udał się ścieżką, by zobaczyć, jak się prezentuje jego dzisiejsze marmurowe dzieło. Gdy dotarł na miejsce, przyjrzał się mu z każdej strony. Na jego oko wszystko było w porządku. Prezentował się idealnie, tak jak inne pomniki, które montował.
Gdy już chciał skręcić na główną ścieżkę prowadzącą ku wyjściu, dostrzegł kobietę, którą zgwałcił w sobotnią noc. Był pewny, że ona go nie widzi, bo stała bokiem. Widząc ją, poczuł podniecenie, zrobiło mu się gorąco, nabrał ochoty na jej ciało. Nie zastanawiając się długo, ruszył w jej kierunku, rozglądając się przy tym na boki, aby sprawdzić, czy nikt go nie obserwuje. Podszedł do niej, stanął za jej plecami i nie odzywał się.
Poczuła ten zapach, wiedziała, a nawet była pewna, że to on. Obróciła się i poznała go od razu.
— Witaj piękna. Mówiłem, że cię znajdę, ale nie wiedziałem, że to nastąpi tak szybko. Wiesz, to przypadek, że cię tu dziś spotykam, bo tak w ogóle miałem inne plany. Ale skoro już tu jesteś, to się zabawimy. Teraz grzecznie pójdziesz ze mną tam, do tego białego busa. Kucniesz przy fotelu pasażera i pojedziemy na wycieczkę.
Wiktoria stała osłupiała, nie wiedziała, co ma zrobić. Uciekać, czy iść z nim posłusznie. Rozejrzała się na boki, ale nikogo nie było widać ani na cmentarnej ścieżce, ani przy grobach. Przez moment wydawało się jej, że czyjaś postać chowa się za drzewem, ale pomyślała, że to tylko złudzenie. Szła z nim pokornie i nic się nie odzywała. W duchu przeprosiła rodziców, że tak krótko z nimi była i nie zdążyła opowiedzieć im, co ważnego wydarzyło się w jej życiu w tym miesiącu.
Zawiózł ją do lasu. Zatrzymał się w takim miejscu, gdzie mało kto chodził w dzień, a co dopiero o tej godzinie.
— Wychodź — powiedział i otworzył jej drzwi.
Wiktoria nic się nie odzywała i wysiadła. Ubrana była w obcisłą, czarną koszulkę, która podkreślała jej mały biust. Na biodrach miała granatowe spodenki, w których wyglądała przepięknie. Rozejrzał się dookoła. Nikogo nie było widać. Ucieszył się.
— Nie próbuj nawet uciekać — powiedział, sięgając po koc, który znajdował się na siedzeniu pasażera.
Wiktoria spoglądała na mężczyznę. Nawet nie miała zamiaru uciekać. Dobrze wiedziała, że nie miałaby żadnych szans. Dogoniłby ją. Rozłożył koc i kazał się jej położyć, ale tym razem na brzuchu. Kobieta go usłuchała, nie sprzeciwiała się, bała się go.
Tym razem nie był tak delikatny jak ostatnio. Chciał wyżyć się na kobiecie i zaspokoić swój seksualny głód. Robił to coraz szybciej, podtrzymując rękoma jej biodra. Kobieta nie wytrzymywała z bólu i zaczęła prosić, żeby przestał, ale on nie słuchał i nie przestawał.
— Proszę, przestań, to boli. Błagam cię! — krzyknęła drżącym głosem.
I wtedy się opamiętał. Wyszedł z niej i delikatnie obrócił ją na plecy.
— Już dobrze — powiedział do niej zasapanym głosem. — Przecież ty nie jesteś niczemu winna.
Spojrzał jej w oczy. I znów się odezwał:
— Są piękne, takie lśniące, takie prawdziwe, takie delikatne.
I zaczął całować jej usta, a następnie szyję. Podniecił się jeszcze bardziej. Teraz był delikatniejszy. Robił to tak, że Wiktoria nie czuła już bólu.
Kornelia wybrała numer telefonu do Oliwiera. Była trochę zła na niego, że w sobotę na festynie napił się z Kacprem. Obiecał jej, że tym razem będzie trzymał fason, ale jak zwykle nie dotrzymał słowa. Nie odbierał. Zezłościła się. To ona zawsze musiała bardziej zabiegać o jego względy. Niby ją kochał, ale chyba bardziej udawał. Najwylewniejszy był, gdy się wstawił. To wtedy okazywał jej swoje uczucia. Ciągle głaskał ją po włosach i całował w usta, nie zwracając uwagi, czy ktoś znajduje się w pobliżu. Po prostu miał to gdzieś.
Nacisnęła ponownie na słuchawkę, ale nie odbierał. Zezłościła się jeszcze bardziej. Ubrała sweterek i poszła się przejść. Robiło się już ciemno i chłodno, więc postanowiła, że przejdzie się tylko do parku, posiedzi trochę na ławce, ochłonie i wróci do domu. Usiadła i przyglądała się spacerującym ludziom i pędzącym po głównej ulicy samochodom.
Kobieta miała już dobrze ponad trzydzieści lat. Była ładna i pulchna, ale nie przejmowała się tym. Czasami Oliwier zwracał jej uwagę, że je za dużo słodyczy, ale nigdy nie dogadywał jej, że jest gruba.
Po piętnastu minutach postanowiła wstać i pójść do domu. Po drodze weszła do cukierni i kupiła sobie dwie oponki z czekoladą. Gdy wchodziła już na klatkę schodowa, usłyszała, że woła ją Oliwier.
— Czemu nie odbierasz telefonu! — krzyknął oburzony.
— Bo nie mam, został w domu.
— Nie słyszałem, jak dzwoniłaś. Kąpałem się.
— Nie musisz się tłumaczyć. Znam te twoje: „Nie słyszałem!”.
Weszli do domu. Kornelia podeszła do czajnika, który znajdował się na segmencie, wzięła go w dłonie, podeszła do kranu i nalała wodę. Wyjęła oponkę z papierowej torebki i ugryzła.
— Co ty robisz?
— Jem, a co?
— Przecież tam jest czekolada.
Kornelia obróciła oponkę na drugą stronę.
— Już nie ma — burknęła.
Oliwier nic nie odpowiedział. Podszedł do segmentu — otworzył drzwiczki i wyjął herbatę. Nastawił czajnik.
— Wiesz, nie rób już tej herbaty. Straciłam ochotę. A tak w ogóle, to idź już do domu, nie mam ochoty z tobą rozmawiać.
Jak się nauczysz odbierać telefon, gdy dzwonię, to może
wtedy znajdę dla ciebie czas.
— Tobie to coś dziś pocisnęło na głowę?
— A żebyś wiedział.
Kornelia wstała. Podeszła do drzwi i otworzyła je na rozcież.
— Zapraszam do wyjścia — powiedziała cichym głosem.
Oliwier wyszedł, nic nie mówiąc.
Weszła do domu po cichutku. Kacper siedział w pokoju na kanapie i oglądał mecz. Chciała udać się od razu do łazienki, żeby się wykąpać. Pragnęła jak najszybciej zmyć zapach tego człowieka ze swojego ciała. Czuła się taka brudna.
Kacper usłyszał jednak, kiedy weszła.
— Gdzie byłaś tak długo? –zapytał.
— Na cmentarzu, a co?
— Tak długo?
— Tak, miałam taką potrzebę. Chciałam posiedzieć dziś dłużej przy grobach swoich rodziców.
— No dobra, nie wnikam już.
Wiktoria szybko udała się do łazienki.3
WTOREK
Wiktoria przebudziła się bardzo wcześnie. Przypomniała sobie o wczorajszym wieczorze. Na samą myśl jej ciało przeszył paraliżujący dreszcz. Szybko wstała i poszła zrobić sobie kawę i zapalić papierosa. Miała nadzieję, że Kacper się nie obudzi. Nie chciała, żeby widział, jak truje się tym świństwem. Wiedziała, że bez komentarza by się nie obeszło. Przypomniała sobie o bieliźnie, którą ukryła w szufladzie i postanowiła, że dziś wychodząc rano do pracy, wyrzuci ją do śmieci.
Kacper miał dziś nocną zmianę. Był ochroniarzem w firmie budowlanej. Wiktorii było to nawet na rękę. Kobieta lubiła czasem spędzić wieczór sama, a i potrzebowała gdzieś wyjść od czasu do czasu z Kornelią, więc była zadowolona, że pracuje.
Kacper był przystojnym i szczupłym mężczyzną w jej wieku. Miał piwne oczy i czarne włosy. Jego jedyną wadą było tylko to, że się trochę garbił i Wiktoria zawsze musiała go upominać, żeby się prostował.
Gdy wyszła z domu na autobus, zatrzymała się przed kubłem na śmieci. Wiedziała, że dziś z rana mają je opróżnić. Rozejrzała się na boki, sprawdzając, czy nikogo nie ma w pobliżu. Wyjęła bieliznę z kieszeni i ulokowała ją tam, gdzie planowała. Była pewna, że zaraz zjawi się obsługa, która wywozi śmieci i będzie po kłopocie.
Jacek zjawił się dziś w zakładzie przed czasem. Czekając, zaparzył kawę sobie i kumplom. Nie czuł się dziś najlepiej. Wiedział, że w sobotę i niedzielę przeholował i postanowił, że nie będzie więcej tak dużo pić, bo wystraszył się, że może go spotkać to samo co kiedyś, gdy przebywał w wojsku.
Gdy był młodym żołnierzem i nie puszczano go jeszcze na przepustki do domu, dorwał się z kumplem z sali do alkoholu, który dostał od swojej siostry i koleżanki. Dwie butelki wódki skrył w rękawach wojskowej bechatki, następnie przemycił je do sali i schował pod materacem. W nocy w ubikacji opróżnili je wspólnie. Wypił więcej niż kolega i znalazł się w wojskowym szpitalu z powodu zatrzymania krążenia. Gdyby kumpel nie zareagował, byłoby po nim. Chociaż minęło tyle lat, pamiętał doskonale ten dzień.
Upił łyka kawy i zobaczył, jak pod zakład podjeżdża auto Artura. Trochę się obawiał, że będzie się wydzierał, więc postanowił, że gdy mężczyzna wejdzie do zakładu, od razu przeprosi i się wytłumaczy. Ale Artur wyskoczył z pretensjami pierwszy.
— No cześć — powiedział, podając rękę koledze. — Masz się ogarnąć, przestać chlać i jarać, bo jak nie, to poszukam sobie kogoś innego do pomocy. Zrozumiano!
— Tak, postaram się.
— Co zrobisz! Czy ty rozumiesz, co ja mówię do ciebie?
— Tak.
— To dobrze. A teraz idę do siebie.
— A kawa?
— Daj mi ten kubek.
Artur zniknął za drzwiami biura, gdy w tym momencie pod firmę podjechał Piotrek.
Artur zostawił chłopaków w zakładzie i zlecił im dokończenie grobowca dla klientki, która zamówiła go parę dni temu. Sam wyruszył swoim busem po płyty nagrobkowe do Grądowa. Jadąc, podziwiał widoki. Najbardziej lubił przyglądać się terenom porośniętym lasem. Uwielbiał las. To tam jako mały chłopak najwięcej czasu spędzał z kolegami. Kiedyś nawet podejrzeli, jak pani Jakubiec uprawiała seks z jakimś mężczyzną. Byli na tyle duzi, że zaczęli się coraz bardziej interesować seksem i podglądać pary w intymnych sytuacjach. Zakradali się wieczorami pod okna sąsiadów i obserwowali. Potem opowiadali w szkole znajomym, co i kogo widzieli.
Jadąc dalej, nagle dostrzegł idącą poboczem młodą kobietę. I wtedy przez jego ciało przeszedł dreszcz. Gdy się zbliżył, zauważył, że dziewczyna jest nawet ładna i szczupła. Podniecił się i postanowił się zatrzymać.
Piotrek dostał telefon od matki, żeby przyjechał do niej, bo źle się poczuła. Mężczyzna szybko wsiadł do auta i odjechał, powiadomiwszy o tym kolegę. Jacek nawet się ucieszył, że będzie w zakładzie sam, bo spokojnie wypali sobie skręta i nie będzie musiał słuchać marudzenia, że śmierdzi.
Siedział i delektował się, gdy nagle pod zakład podjechało auto. Wiedział, że to Krzysiek. Bardzo dobrze znał ten samochód, nieraz jeździł w nim jako pasażer. Mężczyzna jednak nigdy nie pozwolił nikomu usiąść za kierownicą. Zawsze powtarzał, że samochód to jak żona — nie wolno nikomu dotykać. Kumple podśmiewywali się ukradkiem z niego i jego gadania. Kiedyś Radek chciał wymusić na nim, żeby dał się przejechać chociaż kawałek, ale Krzysiek wpadł w taki szał, że o mało go nie pobił. Od tamtego zdarzenia minęło już trochę czasu, ale nikt ze znajomych nie odważył się żeby nawet dotknąć kierownicy auta. Woleli nie ryzykować i nie wyprowadzać go z równowagi.
— No hej, kolego! Co porabiasz? — zapytał Krzysiek.
— Hej, a płytę szlifowałem. No i jestem sam.
— A gdzie Szpachel i Piotruś?
— Szpachel pojechał po płyty, a Piotrek niedawno do starej, bo niby źle się poczuła.
— Nie chciałem dzwonić. Przyjechałem, bo mam pomysł na nowy towar.
— Co ty kombinujesz znowu? Jaki to towar?
— Zobaczysz. Spotykamy się o ósmej tam gdzie zawsze. A teraz muszę spadać, robota czeka.
— Ja już wiem jaka robota. Moje jeszcze rosną, ale za parę tygodni też będę miał co robić.
— Nara. — Machnął ręką na pożegnanie, wsiadł do auta i odjechał z piskiem.
— Ale dureń — powiedział sam do siebie Jacek.
Emila leżała na swojej wersalce. Jej twarz pokrywały delikatne zmarszczki. Była ładną, zadbaną kobietą o zielonych oczach. Miała już dobrze ponad siedemdziesiąt lat. Siedział przy niej Piotrek i trzymał ją za rękę.
— Synku — odezwała się zachrypniętym głosem. — Powiedz mi, czy ja umrę.
— Tak, mamo. Kiedyś pewnie tak, jak każdy, ale dziś to na pewno jeszcze nie.
— A pewny jesteś? Źle się czuję i myślę, że Zenek już mnie potrzebuje, że jest mu tam smutno.
— Co ty mamo pleciesz. Ciśnienie masz dobre, cukier też, nic ci nie dolega. Ja myślę, że to ze stresu. Przecież lekarz się zna i gdyby było coś nie tak, kazałby zawieźć cię do szpitala albo wezwać karetkę. Mamo, wszystko jest dobrze i nic się nie dzieje.
— Masz rację, synek, ale czuję się taka samotna. Pracujesz codziennie do nocy, a w sobotę i niedzielę balujesz i rzadko mnie odwiedzasz. Może to z samotności tak się dzieje ze mną.
— Mamo, obiecuję, że będę cię częściej odwiedzał.
— Zawsze tak mówisz. — Kobieta ścisnęła dłoń syna tak, jakby się bała, że zaraz uwolni ją z jej dłoni i wyjdzie, mówiąc, że się śpieszy do pracy.
— Mamo, wiesz, że pracuję. Przecież muszę z czegoś żyć.
— Tak, tak, synek, ale może byś znalazł sobie w końcu dziewczynę i założył rodzinę. Przecież już nie jesteś taki młodziutki, a ja bym miała wnuki.
— Jeszcze zdążę, mamo. Jeszcze ta jedyna się nie narodziła.
— O, Piotrek, nie wybrzydzaj, bo zostaniesz na starość sam i co po tobie zostanie. Te pomniki, które stawiasz na cmentarzu?
Piotrek spojrzał na matkę. Wiedział, że ma rację, i że zostanie na starość sam jak palec, jeśli będzie dalej taki wybredny. Zawsze marzył, żeby być pisarzem, wtedy zostawiłby po sobie książki. A tak, co zostawi? Pomniki, o których z czasem ludzie zapomną.
— Mamo, ja muszę już uciekać. Jak coś, to dzwoń.
Emila wiedziała, że musi się rozstać z synem. Już nie nalegała i kazała mu wracać do pracy.
Artur zatrzymał auto i uchylił szybę w samochodzie.
— Dzień dobry, może podwieźć panią?
— Nie, dziękuję, przejdę się — odpowiedziała wystraszonym głosem.
— Jak pani uważa. Chciałem być miły.
— Bardzo dziękuję, ale ja mieszkam tu niedaleko, więc już się nie opłaca wsiadać.
— Jak pani chce.
Artur trochę się zezłościł, bo już nabrał ochoty na jej ciało. Odjeżdżając, spojrzał w lusterko i szepnął cichym głosem sam do siebie: „Jeszcze się spotkamy”.
Gdy dojechał do miasta, postanowił wstąpić do restauracji na obiad i kawę, a dopiero potem udać się do hurtowni kamieniarskiej po płyty. Gdy najadł się do syta i delektował się kawą, zobaczył wchodzącą przez rozsuwane drzwi restauracji Anetę i jej ciemnoskórego fagasa. Zakręciło mu się w głowie. Chciał wstać, ale opadł z powrotem na krzesło. Kobieta zobaczywszy go, złapała szybko za rękę swojego partnera i błyskawicznie udali się ku wyjściu. Po chwili Artur poczuł się już lepiej, chciał wybiec za nimi i stłuc ich. Był silny i wiedział, że poradziłby sobie z nimi z łatwością, ale stwierdził, że w tym szale mógłby zabić — jeśli nie Anetę, to jej nowego kochanka, więc zrezygnował i pozostał na swoim miejscu.
— Proszę pana, czy dobrze się pan czuje? — zapytała kelnerka, przechodząc obok stolika, przy którym siedział Artur.
— Tak, tak, a czemu pani pyta?
— Bo widziałam, jak opadł pan na krzesło. I taki pan blady.
— Wszystko dobrze, ale dziękuję za troskę.
— A może coś jeszcze podać?
— Nie, dziękuję.
Artur wstał i wyszedł z restauracji. Następnie udał się do swojego busa i odjechał w stronę hurtowni.
— Miałeś zaraz wrócić, a nie było cię chyba z dwie godziny. Gdzie ty byłeś?
— Bo w banku była kolejka i na poczcie też, więc mi zeszło — odpowiedział stanowczym głosem Antek.
— Co ty ściemniasz. Pewnie łaziłeś po sklepach — warknęła Wiktoria.
— No gdzie tam, nie miałem czasu. Przecież mówię, że była kolejka.
— Weź mnie nie denerwuj i nie rób ze mnie durnia.
— Przecież wszystko dziś zrobiłem, to o co chodzi?
— Nie bądź taki mądry. Czy jest coś do roboty, czy nie ma, masz tu siedzieć do piętnastej. Zrozumiano!
— Tak, tak — mruknął pod nosem.
— A tak w ogóle to masz krew na policzku. Chyba się zadrapałeś. Idź do łazienki i obmyj to.
— Pewnie kiedy przechodziłem w parku, to zaczepiłem głową o zwisającą gałąź.
— Dobra, idź już, bo działasz mi na nerwy.
Antek wszedł do łazienki, podszedł do lustra i odkręcił kurek z wodą. Najpierw obmył ręce, następnie ranę na policzku. W duchu cieszył się, bo zadrapanie było mało widoczne.5
Oliwier zawziął się na Kornelię i postanowił, że nie odezwie się do niej pierwszy za to, że go tak ostatnio potraktowała. Nie mógł uwierzyć, że wyprosiła go z domu i się mu postawiła. Sam już nie wiedział, czemu z nią jest. Tak naprawdę nigdy jej nie kochał i był z nią tylko z przyzwyczajenia. Nawet odpowiadało mu to, że Kornelia się poniża i ugania za nim. Chociaż czasami chciałby uwolnić się od niej, uciec jak najdalej i naprawdę się zakochać w jakiejś fajnej dziewczynie. Gdyby nie znajomi, już dawno by to zrobił. Ale to oni zawsze powtarzali, że to dobra dziewczyna i takiej nigdzie nie znajdzie, więc słuchał ich i się męczył.
Oliwier był wysokim, dobrze zbudowanym facetem o piwnych oczach. Miał hopla na punkcie siłowni. Wiedział dobrze, że jest uzależniony od ciągania tego żelastwa. Każdego dnia musiał odwiedzić siłownię i spędzić tam przynajmniej z dwie godziny. Kiedyś, gdy uszkodził ścięgno w ramieniu i musiał zrobić sobie przerwę, o mało nie oszalał z nerwów. Kornelia tłumaczyła mu, że musi zregenerować, aż uraz się zagoi, a potem powoli i stopniowo znów będzie mógł zacząć ćwiczyć. Na początku jej słuchał, ale potem zaczął się na niej wyżywać. Ona jednak nic sobie z tego nie robiła, tylko starała się być dla niego miła i posłuszna. Gdy byli gdzieś na imprezie, pilnowała go jak oka w głowie. Jeśli jakaś panienka próbowała go uwieść, odganiała ją, pyskując. Zawsze używała tych samych słów — „Zjeżdżaj stąd suko, bo oberwiesz”. Czasem potrafiła też ścisnąć za rękę lub uszczypnąć, a nawet i kopnąć.
Było już południe. Do końca pracy zostały mu jeszcze dwie godziny. Zaczął powoli sprzątać magazyn. Nie miał tam za wiele pracy, tylko pozamiatać i zmyć podłogę. Oliwier pracował w hurtowni elektrycznej. Lubił doradzać klientom. Nigdy nie podobało mu się wciskanie czegoś na siłę, bo sam też nie cierpiał, gdy ktoś mu coś wciskał na chama.
Jego zmienniczka miała przyjść za niecałe dwie godziny. Nie spieszył się więc za bardzo z robotą. Przez uchylone drzwi spoglądał, czy w hurtowni jest dużo klientów. Na szczęście były tylko trzy osoby. Mietek z Martą doskonale sobie radzili i nie potrzebowali pomocy. Gdy już zrobił swoje i miał zamiar wejść do łazienki, usłyszał, że ktoś go woła. Nie był pewny, czy to do niego były skierowane te słowa. Odwrócił się przez ramię i w drzwiach magazynu dostrzegł młodą kobietę. Na oko była od niego młodsza z piętnaście lat.
— Dzień dobry panu — powiedziała, uśmiechając się.
— Dzień dobry. W czym mogę pomóc? — zapytał zdumiony jej urodą.
— Bo widzi pan, ja szukam ładnej lampki nocnej dla mojego taty. Czy może mi pan pomóc?
— Tak, oczywiście. Zapraszam.
Oliwier zaprowadził kobietę do regału z lampkami i zaczął jej pokazywać tylko te najładniejsze. Ale kobiecie nic nie odpowiadało i żadna jej się nie podobała. Zamiast przyglądać się przedmiotom, ciągle zerkała ukradkiem na Oliwiera.
— Wie pani co, ja już nie wiem. Nic pani nie odpowiada, to może w innej hurtowni coś pani wybierze. Na ulicy Warszawskiej też mają takie rzeczy.
— Tak wiem, już tam byłam, ale nic ciekawego nie wpadło mi w oko. Ale mi tak naprawdę to nie chodzi o żadną lampkę. — Kobieta wyjęła z kieszeni wizytówkę i wcisnęła w dłoń Oliwiera. — Bo widzi pan, ja często was odwiedzam, ale pan zawsze był taki zajęty i nigdy nie zwracał na mnie uwagi. Jeżeli będzie pan miał ochotę na kawę, to proszę zadzwonić.
Oliwier aż zbladł ze zdziwienia i nie zdążył nawet nic odpowiedzieć na jej słowa, gdyż kobieta szybkim krokiem udała się ku wyjściu.
Emilia dalej źle się czuła. Nie chciała zawracać głowy synowi, wiedziała, że ma dużo pracy. Postanowiła, że uda się do lekarza i poprosi, żeby zrobili jej badania (przede wszystkim serca).
Pogoda była dziś słoneczna. Starsza pani lubiła ciepło. Gdy lato się kończyło i zbliżała się jesień, dopadało ją zawsze przygnębienie. Nie lubiła jesieni, a najbardziej wiatru i opadających liści.
Emilia nałożyła swoją długą sukienkę w róże. Lubiła ją. Kiedyś na urodziny dostała ją od swojego męża. Zamknęła drzwi na klucz i udała się chodnikiem w kierunku przychodni.
Młody lekarz spojrzał na kobietę. Po wyglądzie wiedział, że coś niedobrego się z nią dzieje. Zbadał jej serce i ciśnienie. To, na co użalała się kobieta i to, co wykazały badania potwierdziło, że miała zawał parę dni temu i nawet o tym nie wiedziała.
— Muszę panią położyć do szpitala. Miała pani przechodzony zawał.
— Jak to zawał? Wprawdzie czułam się źle, ale zawał? Co pan doktor mówi.
— Tak. EKG to wykazało. Bo widzi pani, czasem tak jest, że nie wiemy nawet o tym, że coś niedobrego się zadziało w naszym organizmie. Ale proszę się nie denerwować, wszystko będzie dobrze.
— Czy ja umrę, panie doktorze?
— Wszystko będzie dobrze. Proszę, tu skierowanie i jak najszybciej trzeba udać się do szpitala na oddział.
— Dobrze i dziękuję.
— Do widzenia pani. I proszę o siebie dbać.
Kobieta wyszła do poczekalni i usiadła na krześle. Nie czuła się dobrze. Strach dopadł ją jeszcze bardziej. Bała się o swoje życie i tego, że może nie zobaczyć już ukochanego syna. W pewnej chwili pomyślała, żeby zadzwonić do niego, ale po niedługim namyśle zrezygnowała. Nie chciała go denerwować. Gdy już trochę lepiej się poczuła, wstała i udała się ku wyjściu.
Emilia weszła do sklepu z odzieżą i kupiła najpotrzebniejsze rzeczy, a następnie udała się w kierunku szpitala. Starszy lekarz przyjął ją na oddział. Był dla niej bardzo miły i wszystko jej wytłumaczył. Kobieta trafiła do trzyosobowej sali, gdzie przebywały już dwie kobiety w podobnym wieku. Łóżko Emilii znajdowało się przy samym oknie. Nawet się ucieszyła, bo lubiła obserwować ludzi, ale najbardziej ptaki. Uwielbiała gołębie. Lubiła na nie patrzeć i słuchać, jak gruchają. Kiedyś, gdy była mała, jej babcia hodowała te ptaki. Emilia nawet zaprzyjaźniła się z jednym z nich. Nazywała go Rubin. Pewnego razu ptak wpadł do studni i utopił się. Emilia bardzo to przeżyła. Gdyby nie babcia, wskoczyłaby za nim, chcąc go ratować. Jego odejście mocno ją przygnębiło i ciągle biegała do tej studni i wołała go, myśląc, że wyfrunie stamtąd i dalej będzie przy niej. Babcia obawiała się o życie wnuczki i kazała zrobić dziadkowi drewnianą pokrywę, którą zamykano na kłódkę.
Emilia zapoznała się z pacjentkami i położyła się na łóżku. Chciała odpocząć. Wiedziała, że niedługo przyjdą po nią i zabiorą na badania. Pomyślała o mężu, zamknęła oczy i zasnęła.
Artur spojrzał na Jacka. Zauważył, że nawet ładnie wychodzi mu malowanie liter na nagrobku. Robił to dokładnie tylko wtedy, gdy nie był na kacu. Po ostatniej rozmowie wierzył, że się ogarnie, i chyba podziałało.
— Szpachel, co tak mi się przyglądasz?
— No widzę, że wyglądasz w miarę i chyba nie chlałeś wczoraj. Ale oczy? — Spojrzał ponownie na kolegę i zaśmiał się pod nosem sam do siebie.
— A co z nimi nie tak? — zapytał Jacek zdziwiony.
— Masz takie spojrzenie jak koza.
— Ja pierdolę, a to wymyśliłeś. Może jak u capa?
— Nie jaraj tego gówna, to nie będę się czepiał.
Jacek już nic nie odpowiedział na te słowa. Dobrze wiedział, że on ma rację.
— Zrobić kawę? — Jacek zmienił temat.
— Dobra, to zrób, a ja zobaczę, jak Piotrek sobie radzi, i czy dużo mu jeszcze zostało szlifowania.
Wszedł na halę. Widział, jak kolega wkłada swoje starania w ten zimny, błyszczący kamień. Nie lubił, kiedy Szpachel się czepiał i zwracał mu uwagę, więc starał się tak go wygładzić, żeby nie wymagał żadnych poprawek. Stał i przyglądał się przez pewien czas Piotrkowi i gdy już miał zamiar udać się ku wyjściu, mężczyzna wyłączył maszynę.