Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

GAY POWER - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 sierpnia 2026
38,45
3845 pkt
punktów Virtualo

GAY POWER - ebook

Ruben budzi się w świecie, w którym pamięć potrafi zabijać, zmarli wracają w niewłaściwych wersjach, a pokój 217 istnieje tylko wtedy, gdy ktoś o niego zapyta. Śledztwo prowadzi go do eksperymentu sprzed lat, czternastu dzieci i pytania, którego nie powinien był nigdy zadawać: kim był, zanim został sobą? To psychologiczny kryminał, oniryczny koszmar i groteskowa opowieść o tożsamości, miłości i potrzebie bycia zapamiętanym, od której trudno się oderwać. Książka dla czytelników dorosłych (+18).
Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8467-211-2
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Różowy brokat i mężczyzna w wannie

Ruben obudził się z przekonaniem, że ktoś przez całą noc dmuchał mu do ucha ciepłym powietrzem, regularnie, cierpliwie, niemal czule, jakby sprawdzał, czy jego ciało wciąż reaguje, ale kiedy otworzył oczy, nie zobaczył przy sobie nikogo, tylko sufit z zatopionymi w tynku drobnymi złotymi punkcikami i brunatną plamą przy lampie, która przypominała kontynent oglądany z bardzo dużej wysokości. Przez kilka sekund patrzył w tę plamę bez ruchu. Nie potrafił rozpoznać pomieszczenia. Nie potrafił również przypomnieć sobie, czy przed zaśnięciem pił, brał coś, z kim rozmawiał ani dlaczego lewe udo miał zdrętwiałe do tego stopnia, że kiedy spróbował nim poruszyć, odniósł absurdalne wrażenie, że dotyka nogi należącej do kogoś leżącego obok. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że jest nagi. Materac pod nim był twardy, przykryty czymś śliskim, bardziej przypominającym ceratę niż prześcieradło, a pod jego policzkiem znajdowała się poduszka o zapachu wanilii, wilgotnego kurzu i bardzo drogich perfum. Ten zapach znał. Nie potrafił powiedzieć skąd. Należał do tej kategorii zapachów, które nie przywołują konkretnego wspomnienia, lecz całą atmosferę: ciemny przedpokój, czyjąś rękę na karku, skórzane rękawiczki, metaliczny zapach starej windy, światło wpadające przez uchylone drzwi. Zacisnął powieki i spróbował zebrać myśli, ale myśli zachowywały się jak karaluchy po zapaleniu światła, rozbiegały się gwałtownie i nie chciały dać się schwytać. Czuł suchość w ustach, obcy smak na języku i pulsowanie pod czaszką. Najdziwniejszy był jednak dotyk skóry. Coś przylegało do jego klatki piersiowej, ramion i brzucha. Coś drobnego, szorstkiego i lepkiego. Kiedy uniósł rękę, na palcach zalśnił różowy brokat.

Usiadł zbyt szybko i natychmiast zrobiło mu się niedobrze. Pokój przechylił się na bok. Na moment wydało mu się, że ściany nie stoją pionowo, lecz delikatnie zbiegają się ku sufitowi, przez co całe wnętrze przypomina pudełko po luksusowych butach, w którym ktoś zamknął człowieka zamiast pary loafersów. Ruben przytrzymał się materaca i odczekał, aż obraz przestanie falować. Wtedy dopiero rozejrzał się dokładniej. Pomieszczenie było dziwne w sposób kosztowny i tani jednocześnie. Na podłodze leżał puszysty biały dywan z długim włosiem, miejscami poplamiony czymś brunatnym, czego Ruben wolał nie analizować. Przy ścianie stał niski stolik z grubego szkła, a na nim trzy kieliszki, srebrna popielniczka, cztery zgniecione papierosy, jedno zielone winogrono i sztuczna rzęsa. Nad stolikiem wisiał ogromny obraz przedstawiający konia bez oczu. Koń stał w morzu po kolana, chociaż morze miało kolor malinowego mleka, a na jego grzbiecie siedział nagi chłopiec w koronie. Po drugiej stronie pokoju znajdowała się szafa z lustrzanymi drzwiami i właśnie w jednym z tych luster Ruben zobaczył siebie. Potrzebował chwili, by zrozumieć, że patrzy na własne ciało, ponieważ wyglądało ono jak ciało przygotowane do dziwnej ceremonii, której sens znał każdy oprócz niego. Brokat pokrywał mu barki, brzuch, uda i policzki. Na szyi miał rozmazaną smugę ciemnoczerwonej szminki. Na prawym ramieniu widniały dwa sine odciski palców. Dolna warga była lekko spuchnięta. Włosy miał sklejone, jakby ktoś polewał je wodą z cukrem. Ale najgorsze znajdowało się niżej. Na klatce piersiowej, od obojczyka prawie do pępka, ktoś napisał czerwonym kosmetykiem dwa słowa. Litery były ogromne, nierówne, w kilku miejscach rozmazane.

_GAY POWER_

Przez kilka sekund Ruben po prostu patrzył. Potem dotknął pierwszej litery palcem i roztarł czerwony pigment. Została smuga. Szminka. Prawdopodobnie szminka. Pachniała woskiem i czymś słodkim, może wiśnią. Ruben spróbował się zaśmiać, bo całe to przedstawienie było tak idiotyczne, że śmiech wydawał się właściwą reakcją, lecz z gardła wydobył mu się tylko krótki, zachrypnięty dźwięk. Przesunął dłonią po klatce piersiowej, potem po szyi, jakby chciał sprawdzić, czy pod skórą nie ma jeszcze jakiegoś napisu, niewidzialnego, wypisanego od wewnątrz. Nie czuł bólu. Nie czuł też charakterystycznego napięcia po seksie. Właściwie nie czuł prawie niczego poza suchością, zimnem i narastającą paniką. Wstał. Dywan był obrzydliwie miękki pod stopami. W jednym miejscu włókna przykleiły mu się do palców, bo były wilgotne. Spojrzał w dół, ale nie zauważył żadnej plamy. Wilgoć była przejrzysta. Na stoliku nie znalazł swojego telefonu. Nie znalazł portfela. Nie znalazł spodni, koszulki ani bielizny. Otworzył szufladę pod stolikiem. W środku leżały trzy łyżeczki, rachunek z pralni chemicznej, zużyta gumka do włosów i mały plastikowy ząb. Ząb wyglądał realistycznie, miał nawet ślad różowego dziąsła. Ruben wziął go do ręki, odruchowo nacisnął paznokciem, a potem natychmiast odłożył. W drugiej szufladzie znajdowało się pięć identycznych par białych skarpet, ułożonych jedna na drugiej. Wszystkie były nowe.

— Halo? — powiedział.

Głos zabrzmiał słabo. Pokój odpowiedział ciszą.

— Jest tu ktoś?

Nic.

Dopiero kiedy zrobił krok w stronę drzwi, usłyszał odgłos wody.

Było to bardzo delikatne chlupnięcie, jakby ktoś przesunął stopą w wannie.

Ruben zatrzymał się.

Cisza.

Jeszcze jedno chlupnięcie.

Dźwięk dochodził zza drugich drzwi, tych po lewej stronie obrazu z koniem. Drzwi były pomalowane na brudny odcień kości słoniowej, z mosiężną gałką w kształcie łabędziej głowy. W pierwszej chwili pomyślał, że za nimi znajduje się ktoś, kto pomoże mu zrozumieć sytuację, i właśnie ta myśl przestraszyła go bardziej niż cisza. Jeżeli był tam człowiek, to ten człowiek wiedział, dlaczego Ruben leżał nagi na obcym łóżku, dlaczego był cały w brokacie i kto wypisał mu na skórze slogan przypominający tanią koszulkę z parady sprzed piętnastu lat. Podszedł do drzwi. Z bliska zauważył, że łabędź na gałce nie ma dzioba. Ktoś go odłamał. Przez chwilę trzymał dłoń kilka centymetrów nad metalem. Potem nacisnął.

Łazienka była niemal całkowicie różowa. Nie pastelowa ani pudrowa, lecz różowa w sposób agresywny, cielesny i niezdrowy, jak wnętrze ust albo mięso łososia wystawione zbyt długo na światło. Różowe były kafelki, ręczniki, plastikowy kosz na pranie i dywanik przed umywalką. Lustro miało ramę obsadzoną sztucznymi perłami, a nad sedesem wisiała porcelanowa figurka Marii z błękitnym płaszczem i twarzą tak źle pomalowaną, że wyglądała, jakby miała wąsy. Wanna stała przy ścianie. Była biała. Wypełniała ją woda o kolorze rozcieńczonego syropu malinowego. Na powierzchni pływały płatki róż, dwa niedopałki i coś, co Ruben początkowo uznał za fragment peruki.

Potem zobaczył ucho.

Ciało znajdowało się głębiej w wodzie, przechylone na bok. Mężczyzna miał zamknięte oczy i jasne włosy przyklejone do czoła. Jedna ręka wisiała bezwładnie poza wanną. Palce niemal dotykały podłogi. Na serdecznym palcu błyszczał masywny srebrny pierścień. Ruben poczuł, jak całe ciało nagle mu sztywnieje, ale nie krzyknął. Nie miał w sobie krzyku. Zamiast niego pojawiła się jakaś absurdalna uprzejmość, jakaś część mózgu wciąż próbująca utrzymać świat w granicach rozsądku i podpowiadająca, że mężczyzna może spać, być pijany, odurzony albo prowadzić rodzaj performansu, którego Ruben nie rozumie. Zrobił krok. Potem drugi.

— Hej.

Mężczyzna się nie poruszył.

— Słyszysz mnie?

Woda była nieruchoma.

Ruben patrzył na jego twarz i czuł narastające mdłości, ale nie z powodu śmierci. Chodziło o coś innego. O coś znacznie gorszego.

Znał tę twarz.

Nie znał nazwiska. Nie znał głosu. Nie potrafił przypomnieć sobie miejsca ani sytuacji, w której mogli się spotkać. A jednak wiedział, że oglądał tę twarz już wiele razy. Setki razy. Usta zbyt wąskie. Nos z niewielkim garbem. Blizna pod lewym okiem, cienka jak włos. Charakterystyczne załamanie brwi. Znał je tak dobrze, jak zna się układ mebli w pokoju z dzieciństwa. Problem polegał na tym, że Ruben nigdy wcześniej nie widział tego człowieka na jawie.

Widział go w snach.

Ta świadomość przyszła bez ostrzeżenia, całkowita i zimna. Ruben cofnął się o krok. W dzieciństwie śnił o nim regularnie. Nie zawsze pamiętał te sny po przebudzeniu, ale kiedy tylko zobaczył twarz mężczyzny, całe fragmenty obrazów zaczęły otwierać się w pamięci jak szuflady. Długi korytarz. Hotel albo szpital. Światło pod drzwiami. Mężczyzna siedzący na krześle i trzymający dłonie na kolanach. Ruben jako dziecko stojący naprzeciwko niego. Ktoś płaczący w sąsiednim pomieszczeniu. Zapach mokrej wykładziny. Mężczyzna mówił coś do niego, zawsze coś mówił, ale Ruben nigdy nie słyszał słów. Poruszały się tylko usta.

Wanna zatrzeszczała.

Ruben drgnął.

Ciało przesunęło się w wodzie o kilka centymetrów. Głowa przechyliła się bardziej na bok. Oczy pozostały zamknięte.

— O Boże.

Zbliżył się, choć wszystko w nim chciało uciekać. Dwa palce przyłożył do szyi mężczyzny. Skóra była zimna. Nie lodowata, ale zdecydowanie chłodniejsza, niż powinna. Nie wyczuł pulsu. Spróbował drugi raz. Nic. Cofnął rękę tak gwałtownie, że uderzył łokciem w półkę i strącił z niej flakon perfum. Butelka spadła na kafelki i roztrzaskała się. Zapach natychmiast wypełnił łazienkę.

Wanilia.

Wilgotny kurz.

Te same perfumy co na poduszce.

I wtedy Ruben zwymiotował do umywalki.

Nie miał prawie nic w żołądku, więc wymiotował kwaśną wodą i żółcią, podpierając się obiema rękami o różową porcelanę. Pomiędzy kolejnymi skurczami widział własną twarz w perłowym lustrze. Była biała, z czerwonymi plamami pod oczami, pokryta drobinkami brokatu. Wyglądał jak ktoś, kto wrócił z bardzo złej imprezy albo właśnie został wybrany na królową czegoś upokarzającego. Kiedy wreszcie przestał wymiotować, odkręcił kran i opłukał usta. Woda miała metaliczny smak. Dopiero po chwili zauważył coś jeszcze.

Na brzegu umywalki leżała szczoteczka do zębów. Nowa. Czerwona. Na rączce czarnym markerem napisano _RUBEN._

Zrobiło mu się zimno. Nie dotknął jej.

Wyszedł z łazienki, zamknął drzwi i natychmiast otworzył je ponownie, jakby musiał sprawdzić, czy ciało nadal tam jest. Było. Mężczyzna leżał dokładnie tak samo.

Ruben wrócił do pokoju i zaczął szukać ubrań. Teraz robił to gwałtownie, bez żadnej logiki. Otwierał szafki, zaglądał za łóżko, pod materac, pod dywan. W szafie wisiało kilka damskich sukienek w plastikowych pokrowcach, dwa futra i jasnoniebieski garnitur. Na dolnej półce leżały buty w rozmiarach od trzydziestu sześciu do czterdziestu pięciu. Wszystkie były czerwone. Znalazł bokserki, nie swoje, ale czyste. Powąchał. Założył je. Potem wyciągnął z szafy szerokie czarne spodnie i białą koszulę. Spodnie były za duże, więc ścisnął je paskiem znalezionym w szufladzie. Nie znalazł butów odpowiednich do ucieczki. W końcu włożył białe sportowe sneakersy, o pół numeru za małe. Przez cały czas zerkał na drzwi łazienki.

Telefonu nadal nie było. Znalazł za to inny telefon.

Leżał pod łóżkiem, ekranem do dołu. Czarny, bez etui. Ruben podniósł go. Wyświetlacz był pęknięty w rogu, ale urządzenie działało. Nie wymagało kodu. Na ekranie głównym znajdowała się tylko jedna aplikacja poza standardowymi: galeria. Brak komunikatorów. Brak maila. Brak numerów zapisanych w kontaktach.

Galeria zawierała jedno zdjęcie. Ruben otworzył je. Przez chwilę nie rozumiał, na co patrzy. Fotografia przedstawiała chłopca stojącego przed budynkiem o wysokich oknach. Chłopiec miał rude włosy, zieloną kurtkę i zaciśnięte usta. Wyglądał na sześć, może siedem lat. Obok niego stał mężczyzna. Ten z wanny.

Ruben powiększył zdjęcie. Serce zaczęło mu walić. Chłopcem był on.

Nie istniała żadna możliwość pomyłki. Znał tę kurtkę. Pamiętał ją z rodzinnych fotografii. Miał nawet bliznę nad prawą brwią, dokładnie tę samą, którą zrobił sobie, spadając z roweru.

Spojrzał na datę pliku. _14.09.2004_

Poczuł nagłe uderzenie gorąca.

Zdjęcie mogło być przerobione. Oczywiście, że mogło. W obecnych czasach pięciolatek potrafił stworzyć realistyczniejsze fałszerstwo w aplikacji, zanim zdążył zjeść śniadanie. Ale to zdjęcie wyglądało staro. Było ziarniste. Kolory wyblakłe. W rogu widniał nawet fragment palca fotografa zasłaniającego obiektyw.

Ruben nie pamiętał budynku. Nie pamiętał mężczyzny. Pamiętał jednak coś jeszcze. Kiedy był mały, przez kilka lat bał się spać przy zamkniętych drzwiach. Matka zostawiała je uchylone, a światło z korytarza tworzyło na podłodze jasny prostokąt. Ruben kładł się wtedy bokiem i patrzył na ten prostokąt, aż zasypiał. Jeśli drzwi zamknęły się przez przeciąg, budził się z krzykiem. Nigdy nie wiedział dlaczego.

Teraz nagle pomyślał o hotelowym korytarzu ze snów. I o człowieku siedzącym za drzwiami. Telefon zawibrował w jego dłoni. Ruben niemal go upuścił. Na ekranie pojawiło się połączenie przychodzące. Nieznany numer. Patrzył przez kilka sekund, a potem odebrał.

— Halo?

Cisza.

— Halo?

Po drugiej stronie słychać było tylko delikatny szum.

— Kto mówi?

Coś zaszeleściło. Potem usłyszał oddech. Powolny. Równy. Dokładnie taki sam jak ten, który wydawało mu się, że czuje przy uchu przed przebudzeniem.

— Kim jesteś?

Oddech ustał. Przez sekundę nie było niczego. Potem bardzo cichy głos powiedział:

— Nie powinieneś był się obudzić.

Połączenie się urwało. Ruben stał bez ruchu. W pokoju panowała cisza. Za drzwiami łazienki coś stuknęło. Raz. Potem drugi. Jak paznokieć o porcelanę. Ruben nie sprawdził. Włożył telefon do kieszeni, chwycił pierwszą kurtkę z wieszaka i wybiegł z mieszkania.

Korytarz na zewnątrz był długi i wąski. Ściany pomalowano na ciemną zieleń. Żadnych okien. Żadnych obrazów. Jedynie rząd drzwi oznaczonych mosiężnymi numerami.

Ruben zatrzymał się. Spojrzał za siebie. Drzwi mieszkania, z którego właśnie wyszedł, miały numer _218._

Między _216_ a _218_ nie było żadnych drzwi. Powinna być tam liczba _217_. Nie było. Tylko fragment zielonej ściany, idealnie gładki, z wyjątkiem jednej cienkiej pionowej rysy biegnącej od podłogi prawie do sufitu.

Ruben stał i patrzył na nią z niewytłumaczalnym poczuciem, że coś znajduje się po drugiej stronie. Nagle usłyszał windę. Metaliczny dzwonek. Drzwi na końcu korytarza zaczęły się otwierać.

Ruben ruszył w ich stronę. W środku nikogo nie było. Wszedł, nacisnął parter i oparł plecy o lustro. Drzwi zamknęły się. Winda ruszyła. Ruben spojrzał na telefon. Ekran rozświetlił się sam. Nowe połączenie przychodzące. Tym razem numer nie był nieznany. Na ekranie widniało jedno słowo. _RUBEN._Żadnego ciała nie było

Ruben nie odebrał.

Patrzył na własne imię pulsujące na ekranie telefonu, podczas gdy winda zjeżdżała w dół z przesadną powolnością, jakby budynek miał kilkadziesiąt pięter, choć cyfry nad drzwiami zmieniały się kolejno: 4, 3, 2. Telefon wibrował mu w dłoni. Nie był to zwyczajny dźwięk połączenia, lecz jakaś stara melodia, złożona z kilku dziecięcych nut, może granych na cymbałkach, może na zabawkowym pianinie. Ruben znał ją. Oczywiście, że ją znał. Tego ranka wszystko zaczynało być znajome, choć niczego nie potrafił umiejscowić w pamięci. Najbardziej przerażające było właśnie to wrażenie: nie odkrywał nowych rzeczy, lecz przypominał sobie rzeczy, o których istnieniu nie wiedział. Przesunął palcem po ekranie i odrzucił połączenie. Muzyka umilkła. Winda zadrżała, zatrzymała się między drugim a pierwszym piętrem, światło przygasło, a on przez ułamek sekundy zobaczył swoje odbicie w lustrze: rozczochrane włosy, obcą kurtkę, zbyt szerokie spodnie, twarz pokrytą resztkami różowego brokatu. Wyglądał jak człowiek wracający rano z balu przebierańców, na którym wydarzyło się coś, czego pozostali uczestnicy postanowili nigdy nie komentować. I wtedy telefon zadzwonił ponownie. _RUBEN._

— Pierdol się — powiedział do ekranu.

Odebrał. Przez chwilę słyszał jedynie szum.

— Czego chcesz?

Szum.

— Kim jesteś?

Tym razem odpowiedź przyszła natychmiast.

— Tobą.

Ruben zacisnął powieki.

— Bardzo zabawne.

— Nie.

Głos był zniekształcony, ale męski. Młody. Mógł należeć do dwudziestolatka albo czterdziestolatka. Nie było w nim niczego szczególnego poza spokojem.

— Skąd masz ten numer?

— Nie wychodź z budynku.

— Dlaczego?

— Bo kiedy wyjdziesz, naprawdę się zacznie.

Ruben roześmiał się. Był to śmiech krótki, pozbawiony humoru.

— Co się zacznie?

Po drugiej stronie zapadła cisza. Winda ruszyła. Na wyświetlaczu pojawiło się „1”.

— Co się zacznie? — powtórzył Ruben.

— Rozpamiętywanie.

Połączenie zostało przerwane. Drzwi windy otworzyły się. Za nimi znajdował się las.

Ruben nawet nie drgnął. Przez kilka sekund patrzył przed siebie, ponieważ mózg potrzebował czasu, aby zdecydować, co właściwie widzi. Nie było holu, skrzynek pocztowych ani drzwi wyjściowych. Kilka metrów od windy rosły wysokie sosny, ich pnie były mokre i niemal czarne, pomiędzy nimi wisiała mleczna mgła, a ziemię pokrywała gruba warstwa brunatnych igieł. Gdzieś daleko krzyczał ptak. Ruben poczuł zapach wilgotnej ziemi. Prawdziwy zapach. Zimny, ciężki, jesienny. Do windy wpełzła cienka strużka mgły.

Nacisnął przycisk zamykania drzwi. Nic. Nacisnął jeszcze raz.

— Nie.

Drzwi pozostawały otwarte.

— Nie, nie, nie.

Cofnął się pod lustro. Na skraju lasu, może trzydzieści metrów od niego, stało dziecko. Chłopiec. Zielona kurtka. Rude włosy. Ruben przestał oddychać. Chłopiec podniósł rękę. Nie machał. Wskazywał coś palcem. Ruben spojrzał w kierunku, który wskazywał.

Pomiędzy drzewami stała wanna. Biała. Pusta. Kiedy ponownie spojrzał na chłopca, nikogo już nie było. Drzwi windy zamknęły się gwałtownie. Ruben krzyknął. Sekundę później otworzyły się ponownie.

Tym razem za nimi znajdował się zwyczajny hol.



Wyszedł z budynku na ulicę i pierwszą rzeczą, która go uderzyła, była banalność świata. Ludzie chodzili. Samochody jeździły. Tramwaj zatrzymał się na skrzyżowaniu i wypuścił grupę pasażerów. Kobieta w granatowym płaszczu prowadziła jamnika, który z niezwykłą koncentracją obwąchiwał metalowy słupek. Dwóch robotników jadło kanapki przy zaparkowanej furgonetce. Kurier poprawiał paczki na rowerze. Nad wejściem do piekarni świecił czerwony neon. Świat istniał z całą swoją bezczelną normalnością i Ruben poczuł do niego nagłą wdzięczność. Chciał podejść do pierwszego przechodnia, chwycić go za ramiona i powiedzieć: proszę pana, drzewa są tam, gdzie powinny być, niech pan nigdy tego nie lekceważy.

Odwrócił się.

Budynek był szary, sześciopiętrowy, przedwojenny. Nic charakterystycznego. Nad wejściem znajdował się numer 31. Ruben wyjął telefon i zrobił zdjęcie fasady. Potem jeszcze jedno. I trzecie.

Chciał mieć dowód, choć sam nie wiedział na co. Na istnienie budynku? Na istnienie numeru 31? Na to, że potrafił obsługiwać aparat fotograficzny i wobec tego nie utracił jeszcze całkowicie kontaktu z rzeczywistością?

Podszedł do najbliższego skrzyżowania i przeczytał nazwę ulicy. Znał ją. Znajdował się niecałe trzy kilometry od własnego mieszkania. Ta informacja była tak zwyczajna, że niemal się rozpłakał.

Ruszył pieszo.

Po około dwustu metrach zauważył, że ludzie mu się przyglądają. Najpierw starsza kobieta. Potem dziewczyna z kubkiem kawy. Potem dwóch nastolatków. Ruben spojrzał na siebie i dopiero wtedy przypomniał sobie brokat. Na twarzy musiał mieć go mnóstwo. Przetarł policzek rękawem. Materiał pokrył się różowymi drobinkami.

W witrynie zamkniętego salonu fryzjerskiego zobaczył swoje odbicie. Na czole miał napis. Nie zauważył go wcześniej. Niewielkimi czerwonymi literami, tuż przy linii włosów, ktoś napisał: _1/14._

Ruben zatrzymał się. Dotknął czoła. Szminka rozmazała się pod palcem. Jedna czternasta. Jeden z czternastu. Nie miał pojęcia, co to znaczy.

Wszedł do piekarni, kupił butelkę wody i poprosił o możliwość skorzystania z toalety. Sprzedawczyni, drobna kobieta o włosach koloru bakłażana, spojrzała na niego podejrzliwie, potem podała mu klucz przyczepiony do drewnianej figurki precla.

— Ciężka noc?

— Chyba.

— „Chyba” to zwykle znaczy, że dobra.

— Albo bardzo zła.

— To właściwie często to samo.

W toalecie Ruben zamknął drzwi, zdjął kurtkę i koszulę. Napis na klatce piersiowej nadal był widoczny. GAY POWER. Próbował zmyć go wodą i mydłem, ale czerwony pigment tylko rozmazał się po skórze, tworząc różowe smugi. Brokat przyklejał się do mokrych dłoni, szyi, brzucha. Im bardziej próbował się oczyścić, tym bardziej wyglądał jak człowiek umazany resztkami jakiejś dziecięcej dekoracji. W końcu zrezygnował. Spojrzał sobie w oczy w lustrze.

— Co robiłeś wczoraj?

Odbicie milczało.

— Gdzie byłeś?

Nic.

— Kim był ten człowiek?

Przez moment wydawało mu się, że odbicie poruszyło ustami sekundę później niż on.

Ruben cofnął się.

— Nie.

Odwrócił się od lustra.

Na drzwiach toalety ktoś wydrapał kluczem napis: _Hotel Eden_. Pod nim znajdował się numer telefonu. A jeszcze niżej: _Pokój 217_.

Ruben patrzył na te słowa tak długo, aż ktoś zapukał.

— Wszystko w porządku? — zawołała sprzedawczyni.

— Tak.

Schował telefon do kieszeni.

— Na pewno?

— Tak.

— Bo jest pan tam już dwadzieścia minut.

Ruben spojrzał na zegarek wiszący nad drzwiami. Nie. Niemożliwe. Miał wrażenie, że wszedł może trzy minuty wcześniej.



Do domu dotarł przed południem. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było zamknięcie drzwi na wszystkie zamki. Drugą — sprawdzenie mieszkania. Sypialnia. Kuchnia. Łazienka. Balkon. Szafa. Pod łóżkiem. Czuł się idiotycznie, zaglądając za zasłonę prysznica, ale po tym, co zobaczył rano, możliwość znalezienia tam martwego człowieka nie wydawała mu się już szczególnie ekstrawagancka.

Nikogo.

Własne mieszkanie pachniało kawą, kurzem i detergentem. Na stole stał kubek z wczoraj. W zlewie dwa talerze. Na kanapie leżały dżinsy. Wszystko dokładnie tak, jak zapamiętał.

Włączył laptop. Historia przeglądarki. Ostatnia aktywność: 22:41. Wyszukiwał restaurację. Pamiętał. Wczoraj był piątek. Pracował do osiemnastej. Wrócił do domu. Wziął prysznic. Zjadł coś. Potem…

Pustka.

Sprawdził wiadomości.

O 19:12 Milo wysłał mu zdjęcie kota. Ruben odpowiedział sercem. O 20:03 napisał do koleżanki z pracy: _Nie idę. Padam._

Na jej pytanie: _Na pewno?_ odpowiedział: _Tak. Netflix i śmierć._

Potem nic. Żadnych wiadomości. Żadnych połączeń. Sprawdził konto bankowe. O 23:17 zapłacił kartą 6,80 euro. Miejsce: _Eden Bar_.

Ruben poczuł napięcie w karku. Wpisał nazwę w wyszukiwarkę. Eden Bar znajdował się kilometr od budynku, w którym się obudził. Zdjęcia pokazywały niewielki queerowy klub w piwnicy, czerwone ściany, tanie światła, półnagich chłopaków podczas imprez tematycznych.

Ruben znał to miejsce. Był tam dwa razy. Nie wczoraj. Bynajmniej nie pamiętał.

Zadzwonił do Milo.

— Żyjesz? — usłyszał zamiast powitania.

— Dlaczego pytasz?

— Bo normalni ludzie mówią „cześć”.

— Milo, widzieliśmy się wczoraj?

— Nie.

— Rozmawialiśmy?

— Pisaliśmy.

— Później.

— Później niż co?

— Po dwudziestej.

Milo milczał przez moment.

— Ruben, wszystko okej?

— Odpowiedz.

— Nie rozmawialiśmy.

— Wyszedłem gdzieś?

— Skąd mam wiedzieć? Nie mieszkamy razem od ośmiu miesięcy, pamiętasz?

Ruben przetarł twarz.

— Byłem w Edenie.

— Okej.

— Nie pamiętam tego.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

— Ile wypiłeś?

— Nie wiem.

— Brałeś coś?

— Nie.

— Skoro nie pamiętasz, to trochę trudno, żebyś wiedział.

— Obudziłem się w obcym mieszkaniu.

Milo ponownie zamilkł.

— Sam?

Ruben spojrzał na telefon leżący obok laptopa.

— Nie.

— Kto był z tobą?

— Nie wiem.

To nie było kłamstwo. Nie znał nazwiska martwego mężczyzny.

— Seks?

— Nie wiem.

— Ruben.

— Nie wiem, kurwa.

— Dobra. Spokojnie. Masz jakieś obrażenia?

— Nie. — Pomyślał o siniakach.

— Chyba.

— „Chyba” mnie nie uspokaja.

— Milo…

— Co?

Ruben chciał powiedzieć: _był tam trup._ Nie powiedział. Jeśli wypowie to na głos, stanie się prawdziwe.

— Nic.

— Przyjechać?

— Nie.

— Mogę być za pół godziny.

— Powiedziałem nie.

— Okej.

Ton Milo zmienił się natychmiast. Znał ten ton. Używał go pod koniec ich związku, kiedy przestawał być partnerem, a zaczynał zachowywać się jak człowiek próbujący rozbroić bombę.

— Zadzwoń, jeśli…

— Tak.

— Ruben?

— Co?

— Sprawdź źrenice.

— Co?

— Stań przed lustrem i sprawdź, czy są równe.

— Po co?

— Po prostu sprawdź.

Ruben podszedł do lustra w przedpokoju. Spojrzał. Źrenice były równe. Już miał to powiedzieć, kiedy zauważył coś za swoim odbiciem. W głębi korytarza stał mężczyzna. Jasne włosy. Mokra koszula.

Ruben odwrócił się gwałtownie. Nikogo nie było. Spojrzał ponownie w lustro. Pusty korytarz.

— Ruben?

— Są równe.

— Na pewno?

— Tak.

— To dobrze.

— Muszę kończyć.

— Co się stało?

— Nic.

— Właśnie usłyszałem twoje „nic”. Znam twoje „nic”.

Ruben się rozłączył.



Przez następne dwie godziny próbował zachowywać się racjonalnie. To słowo stało się dla niego niemal zaklęciem. _Racjonalnie_. Wziął prysznic. _Racjonalnie_. Włożył czyste ubrania. _Racjonalnie_. Zrobił kawę. _Racjonalnie_. Zjadł pół banana, choć zwymiotował go dziesięć minut później. _Racjonalnie_.

Zapisał wszystko, co pamiętał.

_piątek, 18:20 — powrót do domu_

_19:12 — wiadomość od Milo_

_20:03 — wiadomość do Klary_

_23:17 — płatność w Edenie_

_sobota, około 8:30 — przebudzenie_

_mieszkanie 218_

_mężczyzna w wannie_

_zdjęcie_

_telefon_

_las_

Przy słowie _las_ zatrzymał długopis. Przekreślił je. Potem napisał ponownie.

_las w windzie_

Wyglądało absurdalnie. Dopisał: _halucynacja?_ Następnie: _narkotyki?_ Potem: _uraz głowy?_ I wreszcie: _ktoś mnie odurzył?_ To ostatnie wydawało się najbardziej prawdopodobne. Tylko ciało pozostawało problemem. Ciało i zdjęcie.

Otworzył galerię w znalezionym telefonie. Fotografia nadal tam była. Dziecko. On. Mężczyzna.

Ruben powiększył fragment budynku znajdującego się za nimi. Nad wejściem wisiał szyld, prawie nieczytelny. Przesuwał zdjęcie, zwiększał kontrast, powiększał.

Dało się odczytać jedno słowo. _Eden._

Ruben odsunął telefon. Bar? Nie. Budynek na fotografii nie przypominał baru. Wyglądał jak stary hotel albo sanatorium. Wrócił do zdjęcia. Tym razem przyjrzał się mężczyźnie. I wtedy zauważył coś, czego wcześniej nie widział. Mężczyzna trzymał chłopca za rękę. Mały Ruben zaciskał palce na jego dłoni. Nie wyglądał na przestraszonego.

Uśmiechał się.



O trzynastej czterdzieści Ruben zadzwonił na policję. Nie anonimowo. Podał adres. Opowiedział o ciele. Nie wspomniał o lesie. Nie wspomniał o telefonie. Nie wspomniał o fotografii. Dyspozytorka poprosiła, żeby pozostał dostępny pod telefonem. Po czternastej zadzwonił policjant. Po piętnastej Ruben siedział na komisariacie.

Inspektor David Voss wyglądał jak człowiek, którego trudno byłoby zapamiętać po jednym spotkaniu. Miał około pięćdziesięciu lat, krótkie szpakowate włosy, prostokątne okulary i twarz o miękkich rysach, niemal pozbawioną charakterystycznych cech. Dopiero kiedy zaczynał mówić, coś się zmieniało. Głos miał głęboki i niezwykle spokojny. Nie uspokajający. Spokojny. To była różnica. Ludzie o uspokajającym głosie chcieli, żebyś poczuł się bezpiecznie. Voss sprawiał wrażenie człowieka, który już wie, jak wszystko się skończy.

— Jeszcze raz — powiedział. — Od momentu przebudzenia.

Ruben opowiedział. Pominął las. Pominął sny. Pominął napis 1/14. Powiedział o brokacie. O napisie GAY POWER. O mężczyźnie. O wannie.

Voss nie robił notatek.

— Dotknął pan ciała?

— Szyi.

— Dlaczego?

— Chciałem sprawdzić puls.

— I?

— Nie było.

— Jest pan lekarzem?

— Nie.

— Pielęgniarzem?

— Nie.

— Ratownikiem?

— Nie.

— W takim razie skąd pewność?

— Nie mam pewności.

— Powiedział pan dyspozytorce, że mężczyzna nie żył.

— Bo wyglądał na martwego.

— Jak wygląda martwy człowiek?

Ruben spojrzał na niego.

— Jak martwy człowiek.

Voss lekko się uśmiechnął.

— Rozumiem.

— Nie, chyba pan nie rozumie.

— Dlatego pytam.

— Był zimny. Nie ruszał się. Leżał w wannie. Nie oddychał.

— W wodzie?

— Tak.

— Jakiego koloru?

Ruben zmarszczył brwi.

— Co?

— Woda.

— Różowa.

Voss patrzył na niego przez chwilę.

— Różowa.

— Tak.

— Od czego?

— Nie wiem. Płyn do kąpieli. Barwnik. Cokolwiek.

— Krew?

— Nie. Była różowa jak wkurwiony flaming.

Voss skinął głową. Dopiero teraz otworzył notes. Zapisał jedno zdanie. Ruben próbował odczytać je do góry nogami, ale charakter pisma policjanta był drobny i ciasny.

— Piliście alkohol?

— Nie wiem.

— Narkotyki?

— Nie wiem.

— Uprawialiście seks?

— Nie wiem.

— Znał pan zmarłego?

Ruben otworzył usta. To było najprostsze pytanie i jednocześnie jedyne, na które nie potrafił odpowiedzieć.

— Nie.

Voss przestał pisać.

— Zawahał się pan.

— Bo…

— Tak?

— Jego twarz wydawała mi się znajoma.

— Skąd?

Ruben spojrzał na szklankę wody stojącą na stole. Mógł skłamać. Powinien skłamać.

— Ze snów.

Voss nie zareagował. Ani drgnięciem brwi.

— Ze snów?

— Tak.

— Śnił się panu wcześniej?

— Od dzieciństwa.

— Ten konkretny człowiek?

— Tak.

— I dziś rano znalazł go pan martwego w wannie?

— Wiem, jak to brzmi.

— Jak?

Ruben spojrzał na niego.

— Jakbym był pojebany.

Voss odłożył długopis.

— Ludzie, którzy są przekonani, że wariują, zazwyczaj bardzo starannie próbują przekonać mnie, że nie wariują. Pan robi coś odwrotnego.

— Co to znaczy?

— Jeszcze nie wiem.

Do pokoju wszedł młodszy policjant. Nachylił się do Vossa i powiedział mu coś cicho. Voss zmarszczył brwi.

— Na pewno?

Policjant skinął głową.

— Sprawdzili dwa razy.

— Właściciel?

— Potwierdził.

— Monitoring?

— Jest.

— Dobrze.

Młody policjant wyszedł. Voss zamknął notes.

— Panie Ruben.

— Co?

— Moi koledzy byli pod wskazanym adresem.

Ruben poczuł, że żołądek mu się zaciska.

— I?

— Nie znaleźli ciała.

— Co?

— Nie znaleźli żadnego mężczyzny.

— Niemożliwe.

— Wanna jest pusta.

— Ktoś go zabrał.

— Być może.

— No właśnie.

— Tylko że jest jeszcze jeden problem.

Voss przesunął szklankę wody w stronę Rubena, choć ten o nią nie prosił.

— Mieszkanie 218 od siedmiu lat stoi niezamieszkane.

Ruben zaśmiał się nerwowo.

— Byłem tam dzisiaj rano.

— Właściciel twierdzi, że od siedmiu lat nikt go nie wynajmuje.

— To nie znaczy, że nikt tam nie wchodzi.

— Oczywiście.

— Więc?

— Drzwi były zamknięte.

— Miałem klucz? Nie pamiętam.

— Nie znaleziono śladów włamania.

— Przecież byłem w środku.

— Wiem, co pan mówi.

— Mam zdjęcie budynku.

— Nie kwestionuję istnienia budynku.

— Mam telefon znaleziony w mieszkaniu.

Voss spojrzał na niego. Ruben natychmiast pożałował tych słów.

— Telefon?

— Tak.

— Ma go pan?

Ruben zawahał się.

— W domu.

To było kłamstwo. Telefon znajdował się w kieszeni jego kurtki. Voss patrzył na niego odrobinę za długo.

— Będziemy go potrzebowali.

— Przyniosę.

— Dobrze.

Ruben wstał.

— Mogę iść?

— Na razie tak.

— „Na razie”?

— Standardowe sformułowanie.

Ruben ruszył do drzwi.

— Panie Ruben.

Odwrócił się. Voss siedział bez ruchu.

— Jeszcze jedno.

— Tak?

— Jest pan absolutnie pewien, że woda w wannie była różowa?

— Już pan o to pytał.

— Wiem.

— Była.

Voss zdjął okulary. Przetarł szkła kawałkiem materiału wyjętym z kieszeni. Kiedy ponownie spojrzał na Rubena, jego twarz nie była już neutralna. Było w niej coś, czego wcześniej nie było.

Strach.

Niewielki. Dobrze kontrolowany. Ale niewątpliwy.

— Co? — zapytał Ruben.

— Nic.

— Pan też ma swoje „nic”.

Voss znieruchomiał. Ruben sam nie wiedział, dlaczego to powiedział. Policjant założył okulary.

— Proszę wrócić do domu.

— Dlaczego pyta pan o wodę?

— Proszę odpocząć.

— Co pan wie?

— Nic, co w tej chwili powinno pana interesować.

— To chyba ja zdecyduję.

Voss patrzył na niego długo. Potem powiedział:

— Nie.



Wieczorem Ruben siedział na podłodze w kuchni i pił wodę prosto z butelki. Nie zapalał światła. Przez okno wpadał pomarańczowy blask latarni, dzieląc pomieszczenie na prostokąty światła i cienia. Znaleziony telefon leżał przed nim.

Od godziny był wyłączony. Ruben go wyłączył. Mimo to o 21:17 ekran się rozświetlił. Nie zadzwonił. Nie zawibrował. Po prostu się włączył. Na ekranie pojawiła się fotografia. Nie ta z 2004 roku. Nowa.

Ruben siedział na podłodze własnej kuchni. Zdjęcie zostało wykonane z korytarza, może pięć metrów od niego. Dokładnie w tej chwili. Na fotografii trzymał butelkę wody. Telefon leżał przed nim. Ruben przestał oddychać. Powoli podniósł głowę. Korytarz był pusty. Spojrzał ponownie na ekran. Zdjęcie się zmieniło. Nadal przedstawiało kuchnię. Nadal przedstawiało jego. Ale teraz za Rubenem ktoś stał. Mężczyzna z wanny. Mokry. Nagi. Z ręką położoną na jego ramieniu.

Ruben gwałtownie odwrócił głowę. Nikogo nie zobaczył. Kiedy ponownie spojrzał na telefon, zdjęcie zniknęło. Zamiast niego pojawił się biały ekran. Po chwili zaczęły ukazywać się na nim litery, jedna po drugiej, jakby ktoś pisał wiadomość po drugiej stronie.

_Nie ufaj Vossowi._

Ruben patrzył. Pojawiło się kolejne zdanie: _On tam był._

— Gdzie? — wyszeptał Ruben.

Telefon odpowiedział.

_W pokoju._

— Jakim pokoju?

Długa pauza. Potem: _217._

Ruben poczuł, że coś zimnego dotyka jego karku. Nie odwrócił się. Siedział nieruchomo. Na ekranie pojawiło się ostatnie zdanie.

_Ty też tam byłeś._Ludzie, którzy śnią Rubena

Ruben spędził następne dwie godziny na próbie ustalenia, czy fotografia z roku 2046 jest bardziej niepokojąca jako dowód na istnienie przyszłości, czy jako dowód na to, że nawet przyszłość ma fatalne wyczucie estetyki. Starsza wersja jego samego siedziała na krześle w białym studiu z miną człowieka, który albo właśnie poznał sens istnienia, albo dostał rachunek od stomatologa. Brokat pokrywał mu barki i brzuch z ostentacją tak przesadną, że Ruben nie mógł pozbyć się myśli, iż jeśli rzeczywiście miał dożyć pięćdziesiątki, ktoś powinien przynajmniej wcześniej ostrzec go przed tym, że apokalipsa będzie stylistycznie oparta na dekoracjach urodzinowych dla dziewięciolatków. To była myśl głupia, ale bardzo potrzebna. Przez ostatnie trzy dni wszystko, czego dotykał, zmieniało się w symbol, dowód albo halucynację; coraz bardziej brakowało mu prawa do uznania czegoś po prostu za brzydkie.

Wziął polaroid do kuchni, położył go obok filiżanki i obserwował, jak słońce przesuwa się po zdjęciu. Nic się nie zmieniało. Data nadal wyglądała na _17.08.2046._ „Projekcja ustabilizowana” nadal brzmiało jak sformułowanie wymyślone przez człowieka, który nie potrafił nazwać niczego normalnie, bo uznał, że jeśli powie „nie wiemy, co się dzieje”, straci grant. Ruben odwrócił fotografię i przez chwilę analizował litery. Charakter pisma był techniczny, drobny, niemal bezosobowy. Znał takie pismo z recept, raportów i uwag nauczycieli, które próbowały udawać neutralność, choć najczęściej oznaczały: pańskie dziecko jest nieznośne. Zrobił kilkanaście zdjęć polaroidu własnym telefonem, a następnie, nauczywszy się czegoś z ostatnich dni, zapisał kopie w trzech miejscach i wysłał do Milo. Po dwóch minutach Milo odpisał: _Wyglądasz okropnie na starość._ Ruben roześmiał się pierwszy raz od dawna. Po chwili przyszła druga wiadomość: _Nie żartuję. Ta broda cię postarza._ Trzecia: _I co to jest „projekcja ustabilizowana”?_ Ruben odpowiedział: _Najwyraźniej mój nowy status związku._

O ósmej rano polaroid nadal istniał. Było to już niemal rozczarowujące. Ruben przyzwyczaił się do przedmiotów, które znikały, zmieniały treść, dzwoniły z własnym imieniem albo przedstawiały sceny niezaistniałe jeszcze w obowiązującej wersji czasu. Fotografia poprawna i zwyczajna zaczęła wydawać mu się podejrzana. Włożył ją do koperty, kopertę do pudełka po butach, pudełko do szafy, po czym natychmiast pomyślał, że jest dokładnie tym typem człowieka, który w filmie grozy chowa przeklęty przedmiot zamiast go spalić. Następnie uznał, że spalenie przyszłego zdjęcia samego siebie może z kolei uruchomić cały zestaw problemów paradoksalnych, których nie miał ochoty rozwiązywać przed śniadaniem. Zrobił więc to, co robią ludzie wobec metafizycznej katastrofy, kiedy nie mają przygotowania filozoficznego ani arsenalu religijnego: otworzył internet.

Najpierw wpisał _Eden wspólny sen_, potem _hotel we śnie wiele osób_, następnie _kilka osób śni ten sam budynek_, a po pół godzinie, coraz bardziej zirytowany sposobem działania wyszukiwarek, _czy ludzie mogą śnić tę samą osobę, do cholery_. Otrzymał artykuły o paraliżu sennym, świadomym śnieniu, pseudonaukowe blogi o telepatii, fora ezoteryczne, reklamy kołder obciążeniowych i jeden tekst sugerujący, że wspólne sny mogą być wynikiem „rezonansu dusz w fazie księżyca”, po którym Ruben zamknął stronę z poczuciem, że ludzkość czasem rzeczywiście zasługuje na wyginięcie, ale niekoniecznie w sposób, który wymaga hotelu stojącego na morzu. Wrócił do prostszych słów. _Eden dream forum. Eden recurring dream. 217 dream. Green hallway dream._ Kilka wyników było starych i martwych. Część prowadziła do nieaktywnych serwisów. W końcu trafił na forum z początku drugiej dekady wieku, którego grafika wyglądała tak, jakby internet próbował ukryć swój wiek grubą warstwą szarego tła i niebieskich linków. Nazwa brzmiała: _SOMNIA COLLECTIVA_. Ruben przewrócił oczami. Oczywiście. Gdyby forum nazywało się „Ludzie z dziwnymi snami”, świat byłby zbyt łaskawy.

Pierwszy wątek, który przyciągnął jego uwagę, miał tytuł: _HOTEL NA WODZIE — KTOŚ JESZCZE?_ Założono go siedemnaście lat wcześniej. Autor o pseudonimie _seablue1979_ opisywał sen powracający od dzieciństwa: ogromny hotel stojący pośrodku czarnego morza, niemożliwy do osiągnięcia łodzią, a jednak zawsze znajdujący się kilka kroków od brzegu. W środku miękka biała wykładzina, zielone ściany, złote numery, zapach wanilii i coś „jak mokre futro”. Ruben poczuł mrowienie na karku. Przewinął niżej. Odpowiedzi było ponad dwieście. Większość banalna. Ludzie pisali o podobnych hotelach, wakacjach, serialach, archetypach. Jeden użytkownik sugerował, że hotel symbolizuje macicę, na co ktoś inny odpisał, że jeśli jego macica ma recepcję i minibar, to problem jest poważniejszy. Ruben czytał dalej. Po kilkunastu wpisach znalazł pierwszy szczegół, który zatrzymał jego palec na ekranie.

_Czy w waszej wersji między 216 i 218 też nie ma drzwi?_

Post pochodził od użytkownika _K14_. Ruben przeczytał go trzy razy. Niżej ktoś odpowiedział: _U mnie są. Ale tylko jeśli pytam o 217._

Kolejny użytkownik: _Nie pytaj._

Następny: _Za późno._

Potem przez kilka stron rozmowa przeradzała się w klasyczny internetowy chaos, w którym połowa uczestników traktowała sprawę poważnie, druga połowa żartowała, a trzecią połowę, matematycznie niemożliwą, stanowili ludzie przekonani, że wszystko jest częścią eksperymentu wojskowego. Ruben przewijał szybciej. Pojawiały się opisy różowej wody. Dzieci. Brakujące pokoje. Głos liczący do czternastu. Kilka osób wspominało rudowłosego chłopca.

Ruben przestał oddychać. Wrócił. Wpis z 2012 roku, użytkownik _milkglass_:

_Ten dzieciak jest zawsze mokry._

_Ma rude włosy i zieloną kurtkę._

_Nie wygląda na przerażonego, tylko na wkurzonego._

_Jakby czekał, aż ktoś wreszcie zrozumie coś oczywistego._

Kolejny: _U mnie jest starszy. Około 20._

Następny: _U mnie 30+. Rudy. Jasne oczy. Piegi. Czasem ma napis na piersi._

Ruben poczuł suchość w gardle. _Jaki napis?_

Pytanie zadał ktoś w 2015 roku. Odpowiedź: _Gay Power. Wiem, idiotyczne._

Pod spodem: _Serio._

I jeszcze: _Myślałem, że to jakiś queerowy Jezus._

Ruben parsknął śmiechem tak gwałtownie, że zakrztusił się kawą. Przez kilka sekund kaszlał, opierając dłonie o stół, a potem wrócił do ekranu. „Queerowy Jezus” był dokładnie tym rodzajem bluźnierczej banalizacji, której potrzebował. Jeśli miał stać się figurą religijną we wspólnym śnie obcych ludzi, liczył przynajmniej na lepszą garderobę.

Przeglądał wątek przez następne dwie godziny. Rudy chłopiec. Rudy mężczyzna. Zielona kurtka. Brokat. Różowa woda. Pokój 217. Hotel. Czternaście łóżek. I jedno zdanie powtarzające się w różnych latach, przez różnych użytkowników: _On nie wie, że go śnimy._

Ruben zrobił zrzut ekranu. Następny wpis: _Jeśli się dowie, hotel się otworzy._ Kolejny: _Nie otworzy. Przecież on już tam jest._

Ruben odsunął laptop.

— Fantastycznie.

Nie był pewien, do kogo mówi.

— Naprawdę fantastycznie.

Laptop odpowiedział dźwiękiem nowej wiadomości. Nie z forum. Mail. Adres nadawcy był pusty. Temat: _Wiesz już._ Treść: _Teraz oni też wiedzą._

Ruben zamknął komputer.

— Pierdolcie się wszyscy.

Z łazienki dobiegło ciche:

— Dziękujemy.

Ruben znieruchomiał. Przez kilka sekund nie ruszał się.

— Nie — powiedział.

Cisza.

— Nie będę tam zaglądał.

Nic.

— Możecie sobie siedzieć.

Po chwili z łazienki:

— Siedzimy.

Ruben wstał.

— To jest bardzo słabe.

Odpowiedź:

— Wiemy.

Podszedł do drzwi.

— Milo?

— Nie.

— Voss?

— Nie.

— Kto?

Cisza. Ruben nacisnął klamkę. Łazienka była pusta. Lustro zaparowane. Niemożliwe, bo nikt nie brał prysznica. Na parze ktoś napisał palcem: _Nie czytaj forum po 2016._

Ruben westchnął.

— Oczywiście, że teraz przeczytam.

Wrócił do laptopa.



W roku 2016 wątek zmienił charakter.

Najpierw pojawiły się wpisy użytkowników, którzy twierdzili, że widzieli rude dziecko w rzeczywistości. Jedna kobieta w tramwaju. Mężczyzna na lotnisku. Ktoś w galerii handlowej. Opisy były sprzeczne co do wieku, ubioru i miejsca, ale zawsze zgadzały się włosy, oczy i coś, co kilku użytkowników nazywało „nienaturalnym spokojem”. Ruben spojrzał na własne odbicie w czarnym fragmencie ekranu i pomyślał, że jeśli kiedykolwiek wyglądał na nienaturalnie spokojnego, musiało to być przez źle dobrane światło.

Potem wpisy stawały się bardziej nerwowe.

_On zaczął patrzeć na nas._

_Wcześniej zawsze przechodził obok. Teraz się zatrzymuje._

_Wczoraj zapytał mnie, jak mam na imię._

_Nie odpowiadajcie._

_Za późno._

_Mój sen się zmienił po tym, jak odpowiedziałem._

Ruben czytał dalej. Jedna z użytkowniczek, _Liora_, napisała: _Od kiedy podałam mu imię, śnię rzeczy, które wydarzą się dzień później. Nie wszystko. Drobiazgi. Rozbita szklanka. Telefon od siostry. Wypadek rowerzysty. Dzisiaj śniła mi się śmierć._

Potem nie pisała przez trzy tygodnie. Kiedy wróciła, opublikowała tylko jedno zdanie: _To nie była moja śmierć._

Pod spodem ktoś zapytał: _Czyja?_

Nie odpowiedziała. Jej profil był nieaktywny od dziesięciu lat. Ruben zapisał nazwę użytkownika.

Następny post należał do _K14_: _Musimy się spotkać offline. To nie jest już bezpieczne tutaj._ Niżej podano miasto i datę spotkania.

Ruben znał miasto. Było godzinę drogi od niego. Data: dziewięć lat wcześniej. Pod spodem lista potwierdzonych uczestników. Czternaście nazw użytkowników. Ruben policzył. Czternaście. Oczywiście. Wszechświat najwyraźniej uznał, że subtelność jest dla tchórzy.

Kliknął profile jeden po drugim. Większość nieaktywna. Dwa usunięte. Jeden zawieszony. Trzy miały ostatnią aktywność sprzed kilku miesięcy. Jeden użytkownik był aktywny wczoraj.

_milkglass_

Ruben napisał prywatną wiadomość. _Cześć. Chcę porozmawiać o hotelu._

Odpowiedź przyszła po czterdziestu sekundach. _Nie._ Ruben odpisał: _O rudym chłopaku._ Długa pauza. _Nie. To ja._ Brak odpowiedzi. Ruben poczekał. Pięć minut. Dziesięć. W końcu: _Wyślij zdjęcie._

Ruben zrobił selfie.

Nie bardzo wiedział, dlaczego akurat teraz przejmował się wyglądem, ale automatycznie poprawił włosy. Potem poczuł do siebie pogardę i wysłał zdjęcie bez filtra.

Odpowiedź: _O kurwa._ Po chwili: _Nie pisz tutaj._ Potem numer telefonu. Ruben zadzwonił. Kobieta odebrała natychmiast.

— To naprawdę ty?

Głos był niski, zachrypnięty.

— Podobno.

— Ile masz lat?

— Dwadzieścia osiem.

Cisza.

— Nie.

— Co „nie”?

— Powinieneś mieć trzydzieści dwa.

Ruben poczuł pierwsze ukłucie niepokoju.

— Dlaczego?

— Bo pierwszy raz śniłeś mi się w 2001 roku.

— Miałem wtedy trzy lata.

— W moim śnie miałeś około siedmiu.

— Świetnie. Nawet w snach rozwijałem się szybciej.

Kobieta nie zaśmiała się.

— Nie żartuj.

— Przepraszam. To mój nowy mechanizm obronny.

— Gdzie jesteś?

Ruben zawahał się.

— W domu.

— Sam?

— Tak.

— Masz lustra?
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij