-
nowość
Gdy cisza nauczy się mówić - ebook
Gdy cisza nauczy się mówić - ebook
Ta opowieść jest o świecie po upadku. Jest też o lęku świata przed tym, co łagodne i prawdziwe. Gdy spokój zaczyna się rozprzestrzeniać, pojawia się opór. Gdy inne postacie odkrywają w sobie podobną moc, świat próbuje je uciszyć, zamknąć albo zniszczyć tak jak wcześniej próbował zniszczyć ją.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788384404539 |
| Rozmiar pliku: | 3,3 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
To nie jest księga o dawnym świecie, ani o mitach
zamkniętych w czasie. To przenośnia naszych dni świata,
w którym wszyscy mówią, ale mało kto słucha.
W którym „siła” stała się walutą: głośniejszy wygrywa,
szybszy ma rację, twardszy uchodzi za mądrzejszego.
Władza, która została pokonana, nie była jedną postacią
ani jednym systemem. Była sposobem myślenia.
Przekonaniem, że trzeba dominować, żeby istnieć.
Że empatia to słabość, a cisza oznacza przegraną.
Ta księga mówi o świecie, w którym ludzie nauczyli się
nosić zbroje zamiast skóry. O relacjach, w których słucha
się po to, by odpowiedzieć, a nie po to, by zrozumieć.
O sile, która nie polega na uderzeniu, lecz na kontroli
subtelnej, codziennej, często niewidocznej.
Takiej, która nie krzyczy, ale ustawia reguły gry.
Vael nie walczył mieczem. Pokonał władzę, bo odmówił jej
języka. Nie zgodził się grać w grę, w której ktoś musi być
nad kimś. To, dlatego jego zwycięstwo było tak
niebezpieczne, bo pokazywało, że fundament tej
siły jest pusty. Że trzyma się tylko dlatego, że wszyscy
umawiają się na nią.
Ta opowieść jest o zmęczeniu byciem „silnym”.
O ludziach, którzy nie chcą już wygrywać kosztem innych.
O potrzebie powrotu do słuchania, nie jako techniki,
ale jako postawy. O ciszy, która nie jest ucieczką, lecz
przestrzenią, w której drugi człowiek wreszcie może
zaistnieć. O momencie, w którym świat może
dalej iść drogą hałasu i dominacji albo zatrzymać się na
chwilę i zapytać: kogo nie słyszymy?
Bo prawdziwa zmiana nie zaczyna się od nowej władzy.
Zaczyna się od tego, że ktoś przestaje krzyczeć i zaczyna
słuchać.Ona która przyszła z ciszy
Dawno temu, w krainie, gdzie słońce nie miało już siły
wschodzić, a ludzie oddychali popiołem zamiast nadzieją,
była cisza. Nie ta zwyczajna, która przynosi ulgę i pozwala
odpocząć, lecz taka, która wbijała się w kręgosłup, wypalała
myśli i powoli zamieniała serca w kamień.
Cisza ta nie była wyborem, lecz skutkiem porzucenia.
Była ciszą po bogach. Bogowie uciekli, gdy świat przestał
ich słuchać, a ludzie przestali wierzyć, że cierpienie ma sens.
Odeszli bez słów i bez żalu, zostawiając po sobie puste
świątynie, popękane posągi i echo modlitw, na które nikt
już nie odpowiadał.
Od tamtej pory cisza nie była święta, była ciężarem.
Głodni, słabi, złamani ludzie snuli się po pustkowiach
dawnego królestwa Arhe, bez modlitw, bez gniewu,
bez przyszłości. Żyli z dnia na dzień, nauczeni przetrwania
zamiast życia.
Milczeli, bo milczenie było bezpieczniejsze niż pytania.
Strach stał się ich językiem, a posłuszeństwo jedyną formą
nadziei. I właśnie wtedy przyszła Ona. Nie miała imienia,
bo imię byłoby ograniczeniem.
Mówili o niej tylko „Ona, która przyszła z ciszy”.
Nie była boginią ani demonem.
Jej ciało było kobiece, lecz nie takie, jakie znano
z malowideł. Nie było w nim wdzięku ani obietnicy
ratunku.
Była surowa linia biodra, napięcie pleców, ciemność między
łopatkami i spojrzenie, które nie znało litości ani wahania.
Patrzyła na ludzi tak, jakby widziała wszystko, co przez
lata ukrywali przed sobą.
Zrodziła się z ognia, który pozostał pod skórą świata,
gdy ostatni wulkan umarł.
Przyszła naga, z popiołem w oczach, a ziemia pod jej
stopami czerniała, jakby przypominała sobie dawne
płomienie. Nie mówiła,
bo każde jej słowo mogło być ostateczne,
a milczenie było potężniejsze niż rozkaz.
W pierwszym mieście król próbował ją spalić.
Miał jeszcze resztki dawnej władzy, strażników i prawa,
które nie służyły już nikomu.
Zamknęli ją w drewnianej klatce, a ludzie patrzyli z pustymi
oczami, czekając, aż kolejny cud ich zawiedzie.
Lecz nie ogień ich spalił. Ona spaliła ich spojrzeniem.
Król rozsypał się w proch, korona pękła w pół,
a strażnicy upadli z dymiącymi oczami.
Ludzie cofnęli się nie ze strachu, lecz z podziwu.
Po raz pierwszy od lat zobaczyli siłę, która nie prosiła
o pozwolenie i nie potrzebowała usprawiedliwienia.
— _Nie przyszłam pytać_ — powiedziała tylko i ruszyła dalej.
Nie była budowniczą. Była ogniem końca.
A za nią szły kobiety, nie piękne, nie dobre, nie ciche.
Każda niosła w sobie gniew, smutek, pragnienie i ambicję,
które przez całe życie musiała tłumić.
Teraz nie były już ciężarem. Stały się głosem.
Nie było wojny. Było oczyszczenie.
A gdy cisza zapadła ponownie, nie była już ciszą po bogach,
lecz ciszą po kobiecie, która przypomniała światu, czym jest
siła bez pozwolenia.
Aetha
Aetha nie należała do tych, których świat potrafi oswoić.
Już jako dziecko widziała rzeczy, których inni nie nazywali,
bo brakowało im słów i odwagi. Nie zobaczyła jej jak
bogini, ani objawienia. Zobaczyła prawdę- porządek, w
którym żyją, opierają się na ciszy wymuszonej, nie wybranej.
I że ogień nie zawsze niszczy, czasem odsłania.
Gdy inne dziewczynki uczyły się ściegu prostego i spojrzenia
spuszczonego w dół, Aetha uczyła się obserwować.
Jak cisza wypełnia pokoje. Jak dziewczynki prostują plecy,
gdy ktoś patrzy. Jak znikają ich pytania, zanim zdążą
się urodzić. Haft był tylko pretekstem.
Prawdziwą lekcją było posłuszeństwo.
Podpalenie sali nie było aktem szalu.
Było… decyzja.
Pierwszą w pełni świadomą.
Ogień nie pochłonął ludzi.
Pochłonął miejsce. Ideę. Symbol.
Aetha patrzyła, jak płomienie zjadają ściany i po raz
pierwszy poczuła, że oddycha pełną piersią.
Wygnanie przyszło szybko, ale nie bolało.
Bo już wtedy wiedziała, że dom, który ją wyrzuca,
nigdy nie był jej domem.
Droga przez Martwy Las była długa i samotna.
Tam nauczyła się milczenia, które nie jest uległością.
Milczenia ostrza. Każdy krok był wyborem.
Każda noc była próbą.
Blizna pod okiem powstała nie w walce o władzę,
lecz w chwili zaufania, które okazało się błędem.
Od tamtej pory Aetha ufała tylko temu, co sprawdzone
w czynie. Siostry znalazła nie dlatego ze ich szukała.
Znalazły ją, bo rozpoznały ogień, który nie potrzebuje
rozgłosu. Nie miały imion, które coś znaczyły dla świata.
Nie nosiły znaków ani przysiąg. Pamiętały. Historie matek.
Ciała karane za samodzielność.
Głosy uciszane pod pozorem dobra.
Ich wspólnota nie opierała się na hierarchii,
lecz na zgodzie. Każda wiedziała, kiedy odejść.
Każda wiedziała, kiedy zostać.
Aetha nie została ich przywódczynią z wyboru.
Stała się nią przez ciężar, który potrafiła unieść bez
potrzeby tłumaczenia się.
Uczyła nie słowami, lecz obecnością.
Jej ogień nie parzył niepotrzebnie. Był precyzyjny.
Bezlitosny wobec przemocy, obojętny na oskarżenia.
Elynn wiedziała to od razu.
Powiedziała jej prawdę, nie obietnicę.
Aetha była celem, bo była dowodem, że można inaczej.
A świat zawsze próbuje zgasić dowody.
Kiedy przyszli po nią, nie była zaskoczona.
Stała na skraju lasu, dokładnie tam, gdzie wszystko się
zaczęło. Z nożem u pasa. Z blizną, która już nie bolała.
I z ciszą, która nie była strachem.
Ogień w niej nie miał zamiaru gasnąć.
Miał trwać długo po tym, jak znikną ci, którzy go się bali.
Pewnego dnia do lasu wkroczył mężczyzna
Młody, dumny, z mieczem lśniącym od stali nowej ery.
Mówił, że nadszedł czas porządku. Że ludzkość dojrzała.
Że kobiety z lasu to mit, który trzeba wyciąć jak chwasty.
Mówił długo. Aetha pozwoliła mu.
Potem wstała. Spojrzała mu w oczy, tak, jak Ona
spojrzała kiedyś na króla i powiedziała:
_— Mylisz się. To nie chwasty. To korzenie_.
A potem przecięła mu gardło jednym ruchem.
Nie była w tym złość. Była konsekwencja.
Była pamięć.
Tego wieczoru, ogień znów zapłonął w lesie.
Aetha stała przy płonącym ciele, patrząc w niebo,
jakby nasłuchiwała. I wtedy coś się poruszyło.
Z wnętrza ciemności, która nigdy nie dawała znaków,
coś odpowiedziało. Nie dźwiękiem. Nie światłem.
Ale obecnością. Uczuciem, że ziemia znów pamięta,
kto nią chodził wcześniej.
Aetha zrozumiała, ona wraca.
Nie po to, by zniszczyć świat.
W nocy, gdy księżyc zapłonął czerwienią, nieodbitym
światłem, lecz czymś głębszym, pierwotnym, Aetha śniła.
Ale nie był to zwyczajny sen. To był przesiew.
W śnie leżała naga na czarnej ziemi.
Jej ciało oplatały smugi dymu, które nie parzyły, lecz
wnikały w nią, jakby przypominały sobie jej kształt, jakby
ją szyły od nowa.
Nad nią pochylała się postać bez twarzy, wysoka, milcząca,
z dłońmi pulsującymi światłem nie z tego świata. Ona.
Ale nie taka, jaką pamiętała z dzieciństwa.
To nie była już ta sama „Ogień-Królowa”.
Nie była nawet już istotą.
Była wibracją ognia, która szuka nowego naczynia.
Głos nie padł z ust, lecz z wnętrza jej kręgosłupa.
— _Świat nie przestał się bać. Ty masz mu przypomnieć_.
Aetha nie odpowiedziała słowem.
W tym śnie nie istniały słowa. Jedynie zgoda.
Nie pokorna, ale świadoma.
Jak płomień, który decyduje się nie zgasnąć.
Rano obudziła się wśród sióstr.
Ale one już jej nie poznawały.
Jej oczy były czarne, bez źrenic, jakby wszechświat
oparł się w nich łokciem.
Włosy miała srebrne jak popiół z kości.
Skóra chłodna jak przed burzą i chropowata, jakby była
z lawy, która nigdy nie ostygła.
Kiedy przeszła przez Martwy Las, drzewa kłaniały się,
ale z jękiem. One też czuły, że coś się zmieniło.
Aetha nie mówiła, bo ogień nie musi przemawiać.
Tam, gdzie stąpała, ogień wyrastał z ziemi.
Ale nie taki jak dawniej. Nie był to ogień niszczyciela.
To był ogień świadomy. Przekształcał rzeczy, nie spalał ich,
lecz zmieniał.
Mury pałaców pękały i z ich wnętrza wyrastały
kolumny z czarnego szkła.
Woda wrzała, ale nie parzyła, oczyszczała.
Ludzie, którzy patrzyli w jej oczy z chęcią dominacji,
topnieli od środka. Nie musiała zabijać.
Jej istnienie było egzekucją.
Wtedy świat zaczął czuć, że coś się budzi.
Religie próbowały nazywać ją boginią odrodzenia.
Mężczyźni próbujący zawłaszczyć jej siłę zaczęli ją
nazywać „Matką Płomieni”. Chcieli uczynić ją symbolem
płodności, życia, ich wizji kobiecości.
Ale ona tylko przechodziła.
Nazywać ją to jakby próbować objąć dłońmi ocean lawy.
Aż w końcu pojawiła się Ona. Tamta. Orginał.
Popiół sprzed wieków. Pierwsza Cisza.
Obie spotkały się na pustkowiu, gdzie nic już nie rosło,
gdzie kiedyś świat został spalony przez jej gniew.
Aetha i Ona patrzyły na siebie. Ona, starsza, subtelna,
zimna. Aetha, młodsza, surowa, płynna.
Nie było walki ani słów. Ogień poznał ogień.
I wtedy coś się wydarzyło. Pierwsza cisza zniknęła.
Rozpuściła się jak cień w świetle.
Nie została zniszczona. Została wchłonięta.
Aetha nie stała się nią. Stała się czymś więcej.
Nie ogniem zemsty ani wojny. Oraz nie ogniem bogów.
Ale ogniem przekształcenia.
Świat nie został zniszczony. Został przepalony.
Nie będzie już więcej dawnych porządków.
Nie będzie królowych ani kapłanek, bogów ani buntów.
Będzie świadomość w płomieniu.
Aetha, ta, która nie prosiła, lecz była. Zapłonęła na nowo.
Nie wśród ruin. Lecz wśród tych,
którzy czuli, że nie są już tacy jak kiedyś.
Nie było już lasu, w którym się narodziła.
Drzewa zostały wchłonięte w pulsującą, czarną strukturę
nowej materii, ani martwą, ani żywą.
Nie było też granic ani miast, ani nazw.
Bo język upadł pierwszy. Nie wytrzymał.
Ludzie, którzy próbowali nazywać rzeczy, zaczęli milknąć.
Ich usta porastała czerń, a języki zwijały się.
Jak wypalone liście. Każde słowo stawało się zbyt małe.
Aetha nie chodziła już po ziemi.
Nie było, gdzie chodzić. Ziemia była nią.
Tam, gdzie kiedyś byli władcy, teraz były puste sale
z niekończącymi się lustrami, odbijającymi tylko
oczy patrzącego. Bo każdy teraz musiał spojrzeć w siebie.
Aetha była lustrem o temperaturze ognia, odbiciem,
które paliło to, co kłamliwe, i zostawiało jedynie to,
co nie do zniesienia: -prawdę.
Dla wielu był to koniec. Dla innych początek.
Ci, którzy próbowali ją zabić, ostatecznie zrozumieli,
że nie można zabić stanu bycia.
Nie można zadusić światła, które nie świeci,
ale drży pod skórą każdego, kto nie chce być tym,
czym kazano mu być.
Aetha była teraz w oddechu kobiety, która nie przeprasza.
W milczeniu dziecka, które przestaje się bać.
W ręce staruszki, która pali stare zdjęcia i uśmiecha się
po raz pierwszy od dziesięciu lat.
W oczach mężczyzny, który zamiast zdominować,
siedzi w ciszy, pozwalając światu mówić do niego
bez słów.
Była obecnością.
Była napięciem.