Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Gdy powstawał świat - ebook

Tłumacz:
Format:
EPUB
Data wydania:
26 marca 2026
3315 pkt
punktów Virtualo

Gdy powstawał świat - ebook

Najnowsza powieść Draga Jančara, znanego w Polsce od lat dzięki licznym przekładom, jest jego najbardziej osobistą książką, magiczną opowieścią o dzieciństwie w mieście M., która meandruje między pamięcią historyczną wojennego i powojennego Mariboru, wśród okruchów wspomnień o bliskich ludziach i tragicznych wydarzeniach, między rzeczywistością a wyobraźnią kilkuletniego chłopca Danijela, widzącego, niczym biblijny prorok, to, czego nie widzą oczy dorosłych. 
Jančar pisze opowieść o powstawaniu świata i o życiu, dla każdego jedynym, niepowtarzalnym i wyjątkowym, pełnym namiętności, błędów i zdrad, ale też szlachetnych czynów i mądrych decyzji, opowieść będącą zarazem historią przemijania i utraty tego świata, choć niepozbawioną nadziei na jego ocalenie w słowie – literaturze i nadziei nowego początku. 
Słoweński pisarz podejmuje próbę odpowiedzi na – zdawałoby się – dziecięco niewinne, a jednocześnie wielkie pytania o sens życia i niewidzialną Bożą rękę, która, jak w Starym Testamencie, usiłuje porządkować świat, tylko nie zawsze sobie z tym radzi.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Biografie
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-7963-239-8
Rozmiar pliku: 2,2 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Wiosną do mieszkania na parterze wprowadziła się młoda panna. Szła ulicą z torebką na ramieniu i dwiema dużymi walizkami. Musiały być ciężkie, bo zatrzymywała się kilka razy, stawiała je na ziemi i odpoczywała, przypatrując się fasadom solidnych domów, które stały przy długiej ulicy, i ogrodom po drugiej stronie. Wyjęła z torebki karteczkę, spojrzała na numer domu i ruszyła dalej.

Chwilę wcześniej Danijel obserwował przez okno pociąg, który powoli wtaczał się na stację. Słyszał sapanie lokomotywy: zatrzymała się i z sykiem, stękając, zniknęła w kłębach pary. Było spokojne niedzielne przedpołudnie, jakiś mężczyzna trzepał na podwórzu dywan, płaskie uderzenia wzbijały obłoczki kurzu, który przyprawiał go o głośny kaszel.

Przyjechała przedpołudniowym pociągiem z Karyntii. Z ulicy skręciła w podwórze domu o wyblakłej ze starości i popękanej od bombardowań czerwonej fasadzie. Danijel popędził przez całe mieszkanie do okna w kuchni. W domu nie było nikogo, w końcu jest niedziela, mama pewnie poszła do kościoła, a ojciec z przyjaciółmi jak zwykle do gospody, brat jest w wojsku. Zobaczył młodą kobietę, miała jasne włosy i sukienkę z białym kołnierzykiem, stała na podwórzu i rozmawiała ze starszym mężczyzną, który w urzędzie mieszkaniowym zajmuje się pobieraniem czynszu i wynajmem mieszkań. Wsadziwszy na nos okulary, dokładnie sprawdzał jej dokumenty. Potem podniósł z ziemi jedną z walizek i razem weszli do środka.

Nie upłynęło wiele czasu, gdy Danijel usłyszał odgłosy przesuwania mebli na parterze. Pomieszały się z niedzielnymi dźwiękami radia w innych mieszkaniach. Urzędnik pomagał młodej pannie przestawiać szafy albo stoły. Mniej więcej godzinę później Danijel zobaczył mężczyznę, który ściskając pod pachą aktówkę i zapalając po drodze papierosa, oddalał się spokojnym krokiem.

Nowa lokatorka została sama.



Jej pojawienie się nie było niczym nadzwyczajnym, opowiada Danijel, w tamtych czasach wielu ludzi przyjeżdżało do miasta i szukało mieszkania. Część lokatorów z czerwonego domu przeniosła się gdzieś indziej, byłych właścicieli wysiedlono, przybywali nowi mieszkańcy. Jego rodzina przeprowadziła się tu z drugiego końca miasta dopiero kilka lat temu, kiedy za wojenne zasługi i dzięki pośrednictwu Związku Bojowników ojcu przydzielono mieszkanie większe od poprzedniego. Tamtego w starej części miasta Danijel nie pamiętał, był wtedy bardzo mały, ale i nowego, z czasów gdy było zniszczone przez bomby, podobno bez szyb w oknach i mebli, też sobie nie przypomina.

Kiedy zamieszkała w tym domu młoda panna, mówi, wszystko już wyglądało inaczej, dużo lepiej, okna miały szyby, meble były nowe, w piwnicy leżał węgiel, a za przegrodą stos ziemniaków, znalazło się również miejsce na beczkę z kiszoną kapustą. W garnkach na kuchni bulgotało, świeciło kwietniowe słońce, przez otwarte tu i ówdzie okna z radioodbiorników niosły się walczyki i podskakiwały polki. Pachniało prażoną cebulą, czosnkiem, ziemniakami i niedzielną pieczenią.

Tamten kwiecień, kiedy się pojawiła, nie wyróżniał się naprawdę niczym, ale wydarzenia, które rozegrały się tamtego lata i tamtej jesieni, mówi Danijel, okazały się niezwykle dramatyczne i przytłoczyły go całkowicie. Było to takie uczucie, jakby cię coś osaczało ze wszystkich stron, jakbyś nie mógł oderwać od tego wzroku, jakby cię porywało coś, czego nie znasz, jakaś siła, jakaś choroba, jakaś radość, wszystko naraz. To coś w tobie osiada, nie opuszcza cię i pozostaje przez całe życie. Bywa, że nawet wiele lat później nocą we śnie miota się jak dziwne, czasem miłe, czasem dzikie, a na koniec przerażone zwierzę.

Dzisiaj wiem, mówi Danijel, że to wielka opowieść życia, która w niezliczonych wariantach toczy się od początku świata. Jakiś jej fragment pod postacią kilku linijek trafi do kroniki lokalnej gazety, gdzie opisuje się przypadki z sal sądowych albo komisariatów milicji. I właśnie tam, w gazetach, jesienią znalazło się jej imię. Wiosna, która wraz z pierwszymi podmuchami ciepłego wiatru przywiała młodą pannę, już dawno odleciała za góry, za lasy, na południe. Również pełne burzliwych wydarzeń upalne lato najpierw przymknęło, a potem zatrzasnęło swoje drzwi, zostawiając nas we wczesnych mrocznych wieczorach zasłoniętych niskim niebem. Tylko gniazda ciepłych mieszkań oddzielały nas od świata, w którym ulice przykrył rozdeptany stopami wielu ludzi mokry śnieg. Do tych przypominających gniazda domów za zamkniętymi oknami, oroszonymi parą z bulgoczących na kuchniach garnków, docierały sączące się z radia wiadomości o Rosjanach, którzy lecą w nieznane przestrzenie kosmosu, czyli tam, gdzie rozpościera się królestwo niebieskie. Docierały też gazety ze zdjęciami rakiet Wostok oraz mężczyzn w hełmach i strojach podobnych do ubrań nurków, które nazywały się skafandrami. Na stoły w kuchniach i pokojach gazety trafiały przemoczone, jak przemoczeni do suchej nitki byli roznosiciele, odważni kurierzy przynoszący wieści ze świata, którzy na rowerach przedzierali się przez gęste zasłony mokrego śniegu.

Pewnego razu, a był to jeden z takich późnojesiennych wieczorów, w gazecie znalazło się imię Heleny M. Kosmonauci na pierwszej, a ona na ostatniej stronie, w tak zwanej kronice policyjnej, która w te mroczne wieczory była bardziej pasjonującą lekturą niż informacje o Rosjanach lecących do nieba. Obok Jožefa D. i Ljuba V. Z inicjałami nazwisk, bo nie można ich wymieniać w przypadku ludzi podejrzanych o czyny przestępcze do chwili, gdy czyny te nie zostaną im udowodnione. Tak jakby czytelnicy nie wiedzieli, o kogo chodzi. Wszyscy wiedzieliśmy, opowiada Danijel, że mowa o młodej pannie Helenie, która wiosną wprowadziła się do pustego mieszkania na parterze. Ludzie zawsze wiedzą wszystko o wszystkich, czy to we wsi, czy w mieście, w małym lub dużym kraju.

Ale to było jesienią. Kiedy przyjechała, wiosna trwała w najlepsze.

Zawsze dziwiłem się, ciągnie Danijel, dlaczego w rosyjskich książkach, które pożyczał mi profesor Fabjan, piszą, że bohater powieści przyjechał bryczką do miasta bez nazwy, załóżmy: „do miasta N. położonego w guberni N.”. Może żeby czytelnicy nie rozpoznali w utworze autentycznych ludzi i autentycznych wydarzeń, żeby ich nie obgadywali, nie współczuli im obłudnie albo z nich nie drwili. W każdym razie wydawało mi się to niezwykłe.

– Tylko kto mógłby ich rozpoznać w tej nieskończenie wielkiej Rosji, nawet gdyby pisarz wymienił nazwę miejsca, gdzie kupowano i sprzedawano martwe dusze? – spytałem profesora Fabjana. – Kto by o tym wiedział?

– Pewnie masz rację – odparł profesor – wszyscy się znamy w naszym małym kraju, dlatego wydaje ci się to niezwykłe. Ale pomyśl tylko: czy przypadkiem pisarz nie chciał przez to powiedzieć, że ta historia mogła się wydarzyć gdziekolwiek w jego wielkim kraju?

Dokładnie to samo myślę i ja, mówi Danijel: mogłoby się wydarzyć gdziekolwiek w naszym kraju, bo takie rzeczy działy się na tym świecie, który widziałem, a którego już nie ma. A nawet więcej: chcę powiedzieć, że mogłyby się wydarzyć kiedykolwiek, od zawsze działy się takie rzeczy, piękne i straszne, na przykład w biblijnym Gibea albo na dworze króla Dawida.

I ja, mówi Danijel, jak tamten rosyjski pisarz najchętniej zacząłbym opowieść od tego, że wszystkie te wydarzenia rozegrały się w mieście M., w jugosłowiańskiej guberni S. niedługo po wojnie, w ciągu kilku miesięcy, między wiosną i jesienią, a więc kiedyś dawno temu, w dwudziestym wieku. Zwłaszcza że nie wszystkie te historie są prawdziwe, nie, tego nie ośmielę się twierdzić, niektóre działy się chyba wyłącznie w mojej głowie.

Kobieta z walizkami przyjechała wiosną przedpołudniowym pociągiem z Karyntii. Miała na imię Helena. Ale dowiedzieliśmy się tego dopiero jesienią, w gazecie było napisane: Helena M. Do tej pory była dla nas panną Leną, tak się przedstawiła. Dla mnie bardzo sympatyczną młodą panną, która piekła ciasteczka. A dla Pepiego, czyli Jožefa D., szanowną panną Leną, a potem, całkiem szybko, moją Leną.

Pochodziła z jakiejś wsi w Karyntii, mówiono, że dawniej pracowała jako zwykła robotnica w fabryce tekstyliów. Potem ukończyła szkołę administracyjną i po kilku latach panieńskiego, początkowo nawet samotnego życia zamieszkała w naszym domu.



Świat, którego jeszcze nie ma, który powstanie na naszych oczach w historii opowiadanej przez Danijela, spowija głęboka cisza – od nieba do ziemi. W tym świecie rodzi się opowieść, a jej fundamenty są tak trwałe, jak dziecięce wspomnienia i wyobraźnia chłopca. Pochodzi więc ze snu i z rzeczywistości, z jednego i drugiego zarazem.

W świecie, którego jeszcze nie ma, są sny, a ludzie i rzeczy niemo otwierają w nich usta, poruszają się przed wewnętrznymi oczami, choć oczy te jeszcze niczego nie widzą. Niewidzialność i niesłyszalność nieskończonego trwania. Choć wcale nie jest nieskończone, bo w pewnym momencie rozlega się stukot podkutych butów, w podeszwach utknęły drobne kamyczki, stuk, stuk. I po chwili promień światła wpada przez szparę między zasłonami i kładzie się na oczach. Czuję to światło, opowiada Danijel, które grzeje, jasne, przecież to światło słońca, a kiedy otwieram oczy, widzę je, jest niczym połyskująca tafla nieznanego jeziora, promień przedzierający się między gałęziami nieznanych drzew ku ziemi, tam gdzie kryje się miękki zielony mech. Tak wygląda powstanie świata: podkute buty na bruku, promień światła, jakiś głos z oddali, wiem, że to głos ze snu, głos króla Dawida, który chodzi po dachach swojej stolicy.

Gdy powstawał świat, jest wiosna, poranek. Nieruchoma cisza, bez żadnych porannych słów, żadnego hałasowania garnkami, pogwizdywania ani podśpiewywania, cisza, której wcale bym nie usłyszał, gdyby nie to, że coś się poruszyło, nogi, wiele nóg, szuranie, cisza, którą nagle słyszę, bo pod przymkniętymi powiekami widzę pełzającą ludzką stonogę. W tej samej chwili słyszę, że podkute buty ślizgają się po bruku, drobne kamyczki wcisnęły się w podeszwy, nieprzyjemnie zachrzęściło.

Słyszę więc stonogę, o poranku pełznie ku bramie fabryki, która ją połknie. A potem rozlegnie się huk wielkich młotów, ponad dachami pobliskich domów i w wąskich ulicach będzie się niosło głośne bębnienie, tępy stukot metalu, stłumione uderzenia młotów, piskliwe dźwięki frezarek, spawarki syczące ogniem. Słyszę, jak cały ten hałas wędruje ku szczytowi wysokiego wzgórza za miastem, ginie wśród wąwozów, którymi poprzecinane bystrzami strumienie spływają w dół ku rzece, i zmieszany z jej szumem znika gdzieś daleko na równinie.

Słyszę kroki, mnóstwo kroków, łoskot ciężkich butów uderzających o twardą powierzchnię, tętent fabrycznej piechoty na bruku długiej ulicy. W dole pod moim oknem maszerują codziennie na wpół śpiący hoplici, z nieobecnymi spojrzeniami, z przytępionymi myślami: o wiosennej nocy, o śnie i o snach, które porzucili w swoich łóżkach, o żonach, które zostawili w kuchniach, tych snach, w których chodzili jakimiś innymi drogami, błądzili po jakichś innych krainach. A wracać będą po południu – gdy tylko zawyje syrena, rozlegnie się tupot ich jeszcze bardziej zmęczonych kroków – z bębniącym hałasem fabrycznych młotów w uszach, każdego ranka i każdego popołudnia, jak bezimienne stado, które idzie i wraca w swoim powszednim rytmie ruchu, spoczynku, snów, fabrycznych syren.

Ten tłum, który codziennie jak ogromne stado wielkich, powolnych zwierząt, bizonów, mamutów lub nosorożców o szerokich kopytach, wędrujących ku rzece i powracających na równiny sawanny, prerii, tajgi, czyli na te duże jasnozielone plamy na mapach profesora Fabjana, ten tłum, który idzie do fabryki, gdzie są wielkie młoty, i wraca do swoich domów, gdzie są ciepłe kuchnie i wychodki, ten tłum żywi kraj, dzięki niemu żyje całe wielkie państwo od wschodu do zachodu, od południa po północ, ciemna masa bez twarzy. A kraj karmi się tym jego chodzeniem i bojowym entuzjazmem na wiecach i pochodach; niczym morze, na którym unoszą się żagle czerwonych chorągwi, faluje tłum przed oczami stojących na trybunach, na drewnianych podestach, które wzniesiono na dużych placach tylko po to, żeby można było patrzeć na falujące w dole morze wiernego ludu pracującego. Ci na trybunach mówią, że rodzi się nowy świat. A ci na dole, ciemna masa, wymachują transparentami i chorągwiami, krzycząc: „Niech żyje!”. Kiedy Danijel był jeszcze całkiem malutki, krzyczeli: „Dajcie nam karabiny, maszerujemy na Triest!”. Teraz już nie wołają o karabiny, bo są tylko tysiącnogą, która idzie do fabryki i z niej wraca. A na wiecach i meczach piłki nożnej robi tumult.

Każdego ranka cisza przeradza się w nieznośny hałas. Tak powstaje świat. Podkute buty na bruku. Grecka piechota, hoplici z opowieści profesora Fabjana. Stado nosorożców. Lśniący promień światła. Poranek.



------------------------------------------------------------------------

ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI KSIĄŻKI

------------------------------------------------------------------------

.

mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij