-
promocja
Gdy tracisz najlepszego przyjaciela. Poradnik dla tych, którzy przeżywają żałobę po ukochanym zwierzęciu - ebook
Gdy tracisz najlepszego przyjaciela. Poradnik dla tych, którzy przeżywają żałobę po ukochanym zwierzęciu - ebook
Gdy tracisz najlepszego przyjaciela… świat nagle się zmienia.
Utrata ukochanego zwierzęcia to jeden z najboleśniejszych momentów w życiu opiekuna. W tej poruszającej i szczerej książce autorka dzieli się własną historią po stracie Herbiego oraz doświadczeniami innych osób, które musiały pożegnać swoich przyjaciół. To nie jest poradnik napisany przez zdystansowanego teoretyka – lecz przez kogoś, kto naprawdę przeszedł przez żałobę i rozumie, jak głęboka potrafi być więź między człowiekiem a psem. Znajdziesz tu ciepłe słowa, prawdziwe historie i delikatne wskazówki, które pomogą ci przejść przez trudny czas po stracie. Książka przypomina, że każdy przeżywa żałobę inaczej, a z czasem można nauczyć się żyć z bólem, pielęgnując piękne wspomnienia.
Ta książka uświadomi Ci, że masz prawo do bólu, smutku i przeżywania żałoby.
To nigdy nie jest „tylko zwierzę”.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Poradniki |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-68842-00-5 |
| Rozmiar pliku: | 1,5 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
dr nauk weterynaryjnych Natalia Strokowska
Kiedy po uśpieniu mojego pacjenta pada pytanie od opiekuna: „Dlaczego żył tak krótko?”, odpowiadam: „Psy są aniołami zesłanymi na ziemię i wszystko, co tutaj robią, jest od początku do końca dobre, dlatego wracają do nieba znacznie szybciej niż my. My musimy sporo po sobie naprawić i dlatego musimy się trochę dłużej na tej ziemi pomęczyć”. Mimo iż tak jak autorka niniejszej książki nie jestem osobą wierzącą w jednego boga, mówię te słowa z pełną odpowiedzialnością, bo wiem, że zwierzęta są czystym dobrem i to dla nas ludzi olbrzymi przywilej móc się nimi opiekować. Niezależnie od wyznania (leczyłam zwierzęta opiekunów będących chrześcijanami, muzułmanami, buddystami, żydami i hinduistami), przekonań dotyczących tego, co dzieje się po śmierci, wychowania (sama byłam wychowywana w wierze katolickiej) i osobistych doświadczeń podczas każdej śmierci w gabinecie daję opiekunowi emocjonalne wsparcie i pomagam mu wejść w proces żałoby.
Są dwa czynniki, które pomagają w bezpieczniejszym przejściu przez proces straty. Pierwszy – to osobiste doświadczenie śmierci pupila, czyli bycie przy nim w momencie, kiedy umiera. Wyzwala całą kaskadę trudnych emocji, ale też pomaga wręcz fizycznie wejść w proces żałoby. Dbam wtedy o wystrój gabinetu, światło jest przyciemnione, na stole stoi świeczka, przygotowany jest kocyk lub ulubione legowisko. Spokojny ton głosu, wyjaśnienie krok po kroku, jakie leki podaję i jaki będzie ich efekt, a także informowanie o tym, co dzieje się w danym momencie – również wtedy, gdy podczas osłuchiwania stetoskopem ustaje bicie serca – to kluczowe elementy dające opiekunowi poczucie zrozumienia i udziału w całym procesie. Delikatnie dotykam ramienia opiekuna lub kładę rękę na jego dłoni, a jeśli czuję, że tego potrzebuje – przytulam. Wiem, że z tego dnia zapamięta każdy szczegół, dlatego chcę choć odrobinę ulżyć mu w cierpieniu.
Drugi czynnik to wiara, że gdzieś się jeszcze kiedyś spotkamy. Wiemy z licznych opracowań, że przeżywanie żałoby bywa niezwykle trudne bez wiary w życie po śmierci. Mimo iż dla niektórych opiekunów emocje są zbyt trudne, zawsze zachęcam, żeby zostali do końca, a jeżeli nie potrafią się zmierzyć ze śmiercią, to chociaż do czasu, aż zwierzę zaśnie po podaniu znieczulenia. „Dobrze by było, aby ostatnią rzeczą, jaką zapamiętało w ziemskim życiu, była pani/pana ukochana twarz, zanim kiedyś znowu się zobaczycie”. Widzę wtedy wzruszenie w oczach i nawet ci niezdecydowani zostają.
W Szwecji, gdzie przepracowałam ponad połowę mojego stażu zawodowego, eutanazji zwierzęcia bardzo często towarzyszą dzieci. Kiedy pracowałam w Wielkiej Brytanii, zdarzało się to rzadko, a jeśli chodzi o dyżury w Polsce, w ogóle nie przypominam sobie takich sytuacji. Mam wrażenie, że część rodziców chce chronić swoje dzieci, uznając je za niedojrzałe emocjonalnie, ale tak naprawdę boją się własnych reakcji w tak trudnym momencie. Jednak próbując je chronić w ten sposób, w rzeczywistości odbierają im prawo do czucia i rozwijania umiejętności radzenia sobie z trudnymi emocjami. Być może powtarzają wzorzec, którego sami doświadczyli w dzieciństwie. Tymczasem eksperci są zgodni co do tego, że dzieci od piątego roku życia jak najbardziej mogą uczestniczyć w pożegnaniu zwierzęcia i są w stanie zrozumieć powagę sytuacji. Autorka na dalszych stronach książki radzi, jak pomóc najmłodszym w takim momencie. Dodam od siebie, że warto je po prostu zapytać, czy chciałyby uczestniczyć w ostatnim pożegnaniu. To właśnie te rytuały, w których bierze udział cała rodzina wraz z najmłodszymi jej członkami, budują najsilniejsze więzi, dają najwięcej wzruszeń, ciepła i ukojenia.
W ciągu ostatnich kilkudziesięciu latach zwierzęta domowe w Polsce zmieniły status z elementów domowego inwentarza na członków rodziny. Definicja rodziny zaś ewoluowała. Jesteśmy jednym z najszybciej starzejących się społeczeństw w Europie, a jedną z największych chorób cywilizacyjnych jest postępująca samotność. W wielu rodzinach dzieci dawno wyfrunęły z domów, w innych nigdy się nie narodziły. Zwierzęta domowe zajęły miejsce dorosłego już potomstwa, które rzadko przyjeżdża do domu, są łącznikiem ze światem umarłych i przypominają o ukochanym mężu czy żonie, towarzyszą singlom, osobom w depresji dają powód do wyjścia z domu i zdrowienia, terminalnie chorym niosą ukojenie na ostatniej drodze, a najmłodszych uczą odpowiedzialności i empatii. Zwierzęta bywają duchowymi przewodnikami w naszych radościach i smutkach, asystują w rodzinnych celebracjach i dają bezwarunkową miłość nam i naszym bliskim. Tak jak my chorują i umierają. Tyle że na to ostatnie nikt nas nie przygotowuje.
Przeczytanie przewodnika, który pozwala się przygotować na stratę zwierzęcia, to wręcz obowiązek każdego opiekuna. Świadomość, jak przebiega śmierć i żałoba, jakie są możliwości przeprowadzenia ceremonii pożegnania i pochówku, umożliwia spokojne podejście do tematu, który często bywa wypierany lub spychany na dalszy plan. Gdybym mogła tę książkę przeczytać, kiedy w trakcie moich studiów umierała na nowotwór nasza rottweilerka Kirke, na pewno byłoby nam łatwiej. Szczególnie mojej Mamie, z którą była najbardziej związana. Nie mogłam wtedy przyjechać do rodzinnego domu w Krakowie i do dziś nie zapomnę płaczu Mamy w słuchawce telefonu, w akompaniamencie rozdzierającego serce skomlenia suczki w tle. Nikt wtedy nie przyjąłby pożegnania psa jako usprawiedliwienia nieobecności na zaliczeniu. Na zawsze będę wdzięczna mojej mentorce z czasów studenckich praktyk, że przyjechała wtedy do domu moich rodziców uśpić Kirke. Wiedziałam, że jest w najlepszych rękach i zostanie pożegnana z godnością. To było jedyne ukojenie w poczuciu bezsilności, iż nie ma mnie na miejscu.
Czar prysł. Urok przestał działać. Zaś nasza czarodziejka Kirke zapewne wróciła na bezludną Ajaję i czeka na kolejny okręt… Wrócimy po Ciebie, piesku, obiecuję.WSTĘP DO POLSKIEGO WYDANIA
Dzień, w którym usiadłam przy klawiaturze i zaczęłam pisać o stracie mojego ukochanego bedlington whippeta – Herbiego – był początkiem czegoś, czego w najmniejszym stopniu się nie spodziewałam. Nie wiedziałam wtedy, jak bardzo zmieni się moje życie w ciągu następnych dziesięciu lat.
Ściskając w dłoni garść chusteczek, podjęłam bolesną próbę nadania choćby pozorów porządku chaosowi w mojej przepełnionej smutkiem głowie. Szczerze mówiąc – jako osoba, która dotąd rzadko doświadczała straty bliskich – nigdy nie zaznałam takiego bólu. Nawet dziś, dziesięć lat później, moi rodzice wciąż mają się dobrze (są po osiemdziesiątce), żyje też większość moich krewnych i przyjaciół.
Nie wiedziałam, jak poradzić sobie z przytłaczającymi mnie emocjami, bo nigdy wcześniej nie przeżyłam niczego podobnego.
Minęło trochę czasu od odejścia Herbiego, a inni zaczęli pytać, dlaczego wciąż tak bardzo przeżywam stratę zwierzęcia. „To tylko pies” – mówili.
Tylko pies. Tylko kot. Tylko chomik. A może koń, złota rybka albo papużka falista.
Miałam poczucie winy, że rozpaczam po zwierzęciu, podczas gdy inni tracą ważne dla siebie osoby.
Ale czułam też gniew. Bo kto ma prawo twierdzić, że miłość, którą darzyłam Herbiego, była mniej warta opłakiwania niż czyjakolwiek inna strata?
Jakie to ma znaczenie? Miłość to miłość. A im mocniej kochasz, tym bardziej boli. To proste.
Pisząc tę książkę, rozmawiałam z wieloma opiekunami i opiekunkami zwierząt o ich doświadczeniach straty. Zrozumiałam, że łączy nas jedno – zamykaliśmy się w sobie, nie potrafiąc wyrazić głębi naszego smutku, bo baliśmy się posądzenia o słabość.
W odczuciu wielu czytelników moja książka to zmieniła. Głęboko poruszają mnie wiadomości od osób, które piszą, by podziękować. Często czytam ich historie ze łzami w oczach. Może jestem sentymentalna, ale wierzę, że miłość ma znaczenie – niezależnie od tego, czy kierujemy ją do ludzi, czy do zwierząt. Opowieści czytelników przywołują wspomnienie mojego własnego bólu po stracie Herbiego. Wciąż tęsknię za nim każdego dnia. Wciąż zdarza mi się płakać. Jego portret wisi nad moim biurkiem i spoglądam na niego, gdy czuję taką potrzebę.
Wierzę, że ta książka porusza, bo jest autentyczna i szczera. Nie pisałam jej dla zysku, lecz z potrzeby serca – by pomóc tym, którzy znaleźli się w tej samej mrocznej otchłani żałoby co ja. Chciałam, by nikt nie czuł się tak samotny i niezrozumiany, jak ja wtedy.
Jestem zaszczycona, że wydawnictwo NewH Publishing zdecydowało się przetłumaczyć _Losing My Best Friend_ dla czytelników w Polsce. To znaczy więcej, niż potrafię wyrazić – że historia Herbiego i pocieszenie, które przyniosła tak wielu osobom, przekroczyły bariery języka i granice państw.
John F. Kennedy powiedział kiedyś, że to, co nas łączy, jest o wiele silniejsze niż to, co nas dzieli. Głęboko wierzę, że miłość i żałoba łączą nas bez względu na to, kim jesteśmy i gdzie żyjemy.
W tej książce towarzyszę ci, gdy przechodzisz przez bolesny czas żałoby po ukochanym zwierzęciu. Wiedz, że moje serce także pęka – i że nie idziesz tą drogą samotnie.
Ściskam
Jeannie Wycherley
luty 2026OD AUTORKI
Kiedy ta ksiażka się ukazała, chciałam jedynie upamiętnić pierwszą rocznicę odejścia Herbiego. Zupełnie nie spodziewałam się ani tak ciepłego jej przyjęcia, ani tego, że zainteresowanie okaże się tak trwałe. Wystarczyłoby mi, gdyby pomogła choć jednej osobie, tymczasem wielu czytelników odezwało się do mnie, by podziękować za to, że dałam im poczucie, iż mają prawo do żałoby.
Cieszy mnie i wzrusza, że książka znajduje czytelników nie tylko w Wielkiej Brytanii, gdzie powstała, ale także w kolejnych krajach. Ostatecznie przecież wszyscy kochamy swoje zwierzęta równie mocno, prawda?
Wielokrotnie pytano mnie o wydanie mojej książki w wersji papierowej – i oto jest! W książce jest dużo miejsca na marginesach, aby każdy czytelnik mógł zapisać własne myśli i wspomnienia.
Oryginalny tekst pozostawiłam w dużej mierze bez zmian, ponieważ uważam, że w tej formie jest on bardziej poruszający dla czytelnika – napisany z perspektywy bezpośredniego doświadczenia.
Chciałabym przy okazji tego wydania uzupełnić dedykację o moją suczkę Stynkę (ang. Satin) – krzyżówkę staffika z whippetem. W wieku czternastu i pół roku zmaga się już z lekką sztywnością stawów, nieco gorzej słyszy i męczy ją kaszel. Najlepsza przyjaciółka Herbusia być może wkrótce do niego dołączy po drugiej stronie tęczowego mostu, gdzie znów będą hasać wspólnie, tym razem na zawsze.
Wszystkim naszym ukochanym psiakom – biegajcie beztroskie i szczęśliwe, aż znów się spotkamy.
Jeannie Wycherley
20 kwietnia 2018 r.1. HERBIE LONGFELLOW ALDERDICE
„Morusek (ang. Sooty)”, jak go wtedy nazywano, przyszedł na świat 9 września 2006 roku wraz z sześciorgiem rodzeństwa. Jego tata był bedlington terrierem, a mama – krzyżówką collie i psa w typie charta. Urósł nieco większy niż whippet, lecz nigdy nie dorównał wzrostem greyhoundowi. Był delikatnej budowy, za to kudłaty, ze słodkimi loczkami. Nie liniał, więc wymagał regularnych strzyżeń. Obie jego fryzjerki, Yvonne i Ali, go uwielbiały.
Muszę ci jednak wyznać – i wiem, że mnie zrozumiesz – że nikt nie kochał go tak bardzo jak ja.
W 2004 roku przygarnęłam starszego psa będącego krzyżówką bedlington terriera i whippeta. Wabił się Toby i miał dziewięć lat, gdy przywiozłam go z pobliskiego schroniska, by otoczyć go troską i czułością w jesieni jego życia. Wierzę, że miło spędził te ostatnie parę lat! Bardzo cierpiałam, gdy musiałam się z nim pożegnać po krótkiej chorobie w październiku 2006 roku. Zostałam wtedy z poczuciem samotności i głębokiego smutku. Zapytałam moją panią weterynarz*, czy takie przeżywanie żałoby jest czymś normalnym – w końcu to był „tylko pies”. Odparła na to: „Wciąż masz w sobie mnóstwo miłości, którą chciałaś mu dać. Po prostu brakuje jej ujścia”.
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
* Właściwą i pełną nazwą zawodu jest „lekarz / lekarka weterynarii”. Zachęcamy do jak najszerszego jej stosowania. Jednak ze względu powszechne funkcjonowanie w języku potocznym skróconej formy „weterynarz” będziemy się nią posługiwać, aby dochować stylistycznych intencji autorki co do wygody i przejrzystości tekstu. .