Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Gdy wojna zapuka do drzwi - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
1 stycznia 2026
30,29
3029 pkt
punktów Virtualo

Gdy wojna zapuka do drzwi - ebook

„Gdy wojna zapuka do drzwi” to poruszająca, realistyczna powieść o młodym Ślązaku, którego życie zostaje brutalnie zniszczone przez wojnę. Zmuszony do trudnych wyborów, walczy o przetrwanie, ochronę bliskich i zachowanie godności. To głęboka opowieść o strachu, nadziei, moralnych dylematach i człowieczeństwie wystawionym na najcięższą próbę.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Proza
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8440-330-3
Rozmiar pliku: 2,1 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

Od Autora

Ta książka nie jest opowieścią o jednym bohaterze. To zbiór wielu ludzkich losów, złożonych w jedną postać, byś mógł doświadczyć wojny tak, jak mogli jej doświadczać ci, których życie w jednej chwili zostało rozdeptane. Ślązacy tamtego czasu nie mieli jednej historii, jednego charakteru ani jednej drogi — każdy z nich niósł własne lęki, przekonania i sposób rozumienia świata.

Nie jest to również opowieść o bohaterach. To raczej historia ludzi, których wojna postawiła przed wyborami tak trudnymi, że do dziś nie wolno ich oceniać pochopnie. Historia nie jest czarno-biała i nie daje prostych odpowiedzi. Każdy los wymaga indywidualnego spojrzenia, bo w chwili, gdy w grę wchodzi życie — zwłaszcza życie najbliższych — żaden wybór nie jest oczywisty.

Pisząc tę książkę, chciałem przypomnieć, że za wielkimi wydarzeniami stoją zwykli ludzie. Tacy, którzy często nie mieli wpływu na własny los. Jeśli podczas lektury choć przez moment poczujesz ich strach, nadzieję lub zawahanie, będzie to znak, że ta historia spełniła swoje zadanie.Wstęp

Janek Krawczyk

Nie wiem, kiedy dokładnie świat zaczął się zmieniać. Może wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyłem niemieckich żołnierzy maszerujących przez wieś. Może wtedy, gdy matka zaczęła zamykać drzwi na klucz, nawet w środku dnia.

Wojna przyszła cicho, jak złodziej w nocy. Ślady jej obecności były wszędzie — w oczach ludzi, na pustych półkach sklepowych, w powietrzu, które pachniało strachem.

Miałem wtedy siedemnaście lat. Wciąż pomagałem matce w gospodarstwie. Ojca już nie było — zginął kilka lat wcześniej w wypadku w kopalni, więc zostałem najstarszym mężczyzną w domu. Nie czułem się jednak dorosły.

Franek, mój młodszy brat, miał dziewięć lat i wierzył, że wojna to coś, co dzieje się daleko. Patrzyłem na niego i zazdrościłem mu tej dziecięcej naiwności.

Dni mijały podobnie. Rano szedłem do pracy u bauera — za pomoc przy zwierzętach dostawałem pół bochenka chleba i litr mleka. Po południu wracałem do domu, gdzie matka czekała z miską zupy i zmęczonym uśmiechem.

Franek biegał po podwórku, udając pilota i krzycząc: „Luftwaffe!” — a matka uciszała go nerwowym gestem, bojąc się, że ktoś to usłyszy.

Wieczorami siadaliśmy przy piecu i słuchaliśmy radia. Niemieckie komunikaty mieszały się z cichymi westchnieniami matki.

— Janek, musisz być ostrożny — powtarzała, jakby te słowa mogły mnie ocalić.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że wojna odbierze nam wszystko.

To był czas, gdy wciąż cieszyłem się smakiem świeżego chleba, zapachem ziemi po deszczu i śmiechem Franka. Nie przeczuwałem jeszcze, że to ostatnie chwile spokoju. Jak liście na drzewie przed zimą — piękne, lecz skazane na zniknięcie.Rozdział 1

Nowa rzeczywistość (marzec 1941)

Pukanie do drzwi było ostre, niemal agresywne. W ciszy naszego małego domu brzmiało jak wystrzał. Matka spojrzała na mnie z przerażeniem, a Franek zamarł nad kartką, wbijając we mnie ciemne, szeroko otwarte oczy.

Nie musieliśmy nic mówić. Wszyscy rozumieliśmy, co oznacza to pukanie. Od tygodni krążyły plotki, że Niemcy będą zabierać chłopaków z naszej śląskiej wsi jednego po drugim. „Do Wehrmachtu” — szeptano z przerażeniem. Nikt nie wiedział, kiedy przyjdzie jego kolej. Teraz przyszła moja.

— Janek, nie otwieraj — wyszeptała matka, chwytając mnie za rękę. Jej lodowate palce drżały. — Może pójdą dalej. Może zapukają do Kubiszów…

Pukanie zmieniło się w łomot. Franek skulił się na krześle, a ołówek upadł na podłogę. Matka ścisnęła moją rękę mocniej, jakby chciała mnie powstrzymać, ale wiedziałem, że jeśli nie otworzę, wejdą siłą. Widziałem to już u sąsiadów: drzwi wyważone, krzyki, a potem cisza. Nie mogłem na to pozwolić.

— Muszę — odparłem cicho, wysuwając dłoń z jej uścisku. Spojrzałem jej w oczy, błyszczące od łez. — Jeśli nie otworzę, zrobią coś gorszego.

— Janek… — zaczęła, ale nie dokończyła.

Podszedłem do drzwi, serce waliło jak młot. Każdy krok wydawał się ważyć tonę. Wziąłem głęboki oddech i otworzyłem.

Dwóch niemieckich żołnierzy stało na progu. Jeden z nich, wysoki i szeroki w barach, miał na sobie idealnie dopasowany mundur, który lśnił w porannym słońcu. Jego twarz była bez wyrazu. Drugi, młodszy, trzymał karabin, jakby czekał na pretekst, żeby go użyć. Ich obecność wypełniła cały dom, jakby zabrali ze sobą chłód z zewnątrz.

— Jan Krawczyk? — zapytał ten wyższy, zaciągając niemieckim akcentem. Jego głos był zimny, jakby wypowiadane słowa nie należały do człowieka, lecz do bezdusznej maszyny.

— Tak — odrzekłem, próbując brzmieć pewnie.

— Masz pięć minut, żeby się spakować — oznajmił, a jego słowa brzmiały jak wyrok. — Wehrmacht cię wzywa.

Matka rzuciła się do przodu, chwytając mnie za ramiona, jakby chciała mnie zasłonić własnym ciałem.

— On jest tylko dzieckiem! — krzyknęła, patrząc na Niemców z desperacją w oczach. — Ma dopiero siedemnaście lat! Nie możecie go zabrać!

Żołnierz zerknął na nią bez emocji, jakby jej słowa były tylko irytującym szumem.

— Jeśli nie pójdzie, zabierzemy całą rodzinę — rzucił spokojnie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.

Matka zamilkła, jej ramiona opadły, a ja patrzyłem, jak jej oczy wypełniały się łzami. Franek podszedł do niej i złapał ją za rękę. Patrzył na mnie, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy.

— Janek… — wyszeptał tak cicho, że ledwie to usłyszałem.

Nie mogłem na niego patrzeć — za bardzo bolało. Odwróciłem wzrok i zacząłem zbierać swoje rzeczy. Ale co miałem zabrać? Kilka ubrań? Zdjęcie ojca? Nie wiedziałem, co mnie czeka. Wiedziałem tylko, że muszę iść. Wziąłem małą torbę, do której wrzuciłem to, co miałem pod ręką: koszulę, spodnie, kilka kromek chleba zawiniętych w szmatę. Matka podała mi sweter, który sama zrobiła na drutach.

— Żebyś nie zmarzł — szepnęła, a jej głos załamał się na ostatnim słowie.

Gdy byłem gotowy, poprowadzili mnie do ciężarówki stojącej na końcu naszej drogi. W środku siedziało już kilku chłopaków z naszej wsi. Niektórzy patrzyli przed siebie, jakby byli w transie, inni ukrywali twarz w dłoniach, wszyscy milczeli. Usiadłem na ławce obok jednego z nich. Był blady, ręce mu się trzęsły. Próbowałem coś powiedzieć, ale słowa utknęły mi w gardle. Czułem, jak ciężar tej nowej rzeczywistości przygniata mnie coraz bardziej.

Ciężarówka ruszyła, a ja patrzyłem przez małe, zakratowane okno na naszą wieś, na matkę i Franka stojących w progu domu. Matka płakała, a Franek machał mi ręką, jakby chciał powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. W tej chwili jeszcze nie pojmowałem, że widzę ich po raz ostatni.

Na każdym wyboju szarpało, a ja czułem, jak moje ciało podskakuje na twardej, drewnianej ławce. Powietrze w środku było ciężkie, przesycone zapachem wilgoci, potu i czegoś jeszcze — może strachu.

Nikt się nie odzywał. Siedzieliśmy w milczeniu, jak gdyby każde słowo mogło sprowadzić na nas jeszcze większe nieszczęście. Patrzyłem przez okno na mijane pola i lasy. Wszystko wydawało się takie samo — drzewa kołysały się na wietrze, wiosenne słońce oświetlało błotniste drogi. A jednak miałem wrażenie, że nic już nie będzie takie samo. Każdy kilometr oddalał mnie od domu, od matki, od Franka. Czułem, jakby ktoś wyrwał mnie z mojego życia i wrzucił w coś obcego, czego nie rozumiałem.

Obok mnie siedział chłopak, którego twarz wydawała mi się znajoma. Może widziałem go kiedyś na targu, a może w kościele. Nerwowo obracał w palcach kawałek materiału — może chustkę, a może fragment koszuli.

— Jak masz na imię? — zapytałem cicho.

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, jakby zapomniał, że nie jest sam.

— Wojtek — wydusił po chwili ledwie słyszalnie. — Wojtek Wozik.

— Janek — przedstawiłem się.

Skinął głową, ale nie powiedział nic więcej. Miał w oczach ten sam strach, który i we mnie siedział.

Nie wiedziałem, co jeszcze mogę powiedzieć, więc zamilkłem.

W rogu pojazdu siedział inny chłopak, starszy ode mnie, może dwudziestoletni. Jego twarz była nieruchoma, jakby wszystko, co się działo, nie robiło na nim żadnego wrażenia. Patrzył na nas z góry, jakby chciał powiedzieć: „Nie bądźcie tacy słabi”. Biło od niego coś innego — zmęczenie, a może niepewność. Może już przeszedł przez to, co nas dopiero czekało.

Nagle zahamowaliśmy i wszyscy podskoczyliśmy na ławkach. Kierowca krzyknął coś po niemiecku, a jeden z żołnierzy siedzących z przodu odwrócił się do nas.

— Cisza! — rzucił po polsku, ale z wyraźnym niemieckim akcentem.

Nikt się nie odezwał. Po chwili ruszyliśmy dalej.

Słychać było tylko odgłos silnika i szum wiatru. Droga wiła się, a każdy zakręt wydawał się trwać wieczność. Czas stracił znaczenie — nie miałem pewności, ile już jedziemy. Godzinę? Dwie? Może więcej.

Każda minuta ciągnęła się w nieskończoność, a napięcie we mnie rosło. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się na małej polanie otoczonej lasem. Padł rozkaz: wysiadać. Było zimno, a wiatr smagał nasze twarze. Jeden z Niemców wskazał na rów przy drodze.

— Tam! — rozkazał, wskazując lufą karabinu.

Nie wiedzieliśmy, co robić. Czy to tutaj nas zabiją? Czy to koniec? Patrzyliśmy po sobie, szukając odpowiedzi, ale nikt jej nie miał.

— Naprzód! — krzyknął żołnierz, a jego rozkaz przeciął powietrze jak bat.

Ruszyliśmy w stronę rowu, gdzie nakazano nam uklęknąć. Czułem, jak ziemia pod moimi kolanami jest zimna i wilgotna. Serce dudniło mi w piersi, a oddech przyspieszył. W głowie miałem tylko jedną myśl: „To już koniec”.

Ale nic się nie stało. Stali za nami, rozmawiając między sobą po niemiecku. Nie rozumiałem wszystkiego, ale wyłapałem kilka słów: „paliwo”, „przerwa”, „kontrola”. Po kilku minutach kazali nam wstać i wrócić do samochodu. To był tylko postój, ale w mojej głowie coś się zmieniło. Uświadomiłem sobie, że nasze życie nie zależy już od nas. Byliśmy tylko pionkami w ich grze.

Po chwili znów byliśmy w drodze — nikt się nie odezwał. Wojtek siedział obok mnie, wciąż obracając w palcach kawałek materiału. Starszy chłopak w rogu wpatrywał się przez okno, jakby szukał czegoś, czego nie mógł znaleźć. A ja? Utkwiłem wzrok w dłoniach, próbując nie myśleć o tym, co nas czeka.

W końcu się zatrzymaliśmy. Silnik zgasł, a w kabinie zapadła cisza, przerywana tylko naszym przyspieszonym oddechem. Niemiec siedzący z przodu odwrócił się do nas i machnął ręką.

— Wysiadać! — ryknął, a jego komenda odbiła się echem w mojej głowie.

Zeskoczyłem na ziemię, nogi ugięły się pod ciężarem strachu i zmęczenia. Powietrze cięło chłodem, pachniało wilgocią oraz dymem. Rozejrzałem się wokół. Staliśmy na dużym, otwartym placu, otoczonym drewnianymi barakami.

W oddali widziałem ogrodzenie z metalowej siatki i ceglanego muru, a za nim las, który wydawał się jedyną pozorną drogą ucieczki. Wiedziałem jednak, że to tylko iluzja — nikt stąd nie zdołałby uciec.

Padła komenda, by ustawić się w szeregu. Staliśmy skuleni, próbując ukryć się przed zimnym wiatrem, który smagał nasze twarze. Jeden z Niemców, wysoki i szczupły, z ledwie widocznym wąsikiem, zaczął przechadzać się przed nami. Jego buty uderzały o ziemię z rytmicznym stukotem przypominającym tykanie zegara.

— Witamy w obozie szkoleniowym Wehrmachtu — oznajmił łamaną polszczyzną. — Od dziś jesteście rekrutami Wehrmachtu. Nie interesuje mnie, kim byliście wcześniej. Wasze życie, wasze rodziny, wasze przekonania… To wszystko nie ma już znaczenia. Teraz należycie do Rzeszy.

Jego słowa wbijały się we mnie jak sztylety. „Należycie do Rzeszy”. Jak mogłem należeć do czegoś, czego nienawidziłem? Stałem tam, zaciśnięty w sobie, próbując nie pokazać, jak bardzo się boję.

— Najmniejszy błąd będzie karany — kontynuował, zatrzymując się na środku placu. — Za nieposłuszeństwo grozi wam bezwzględna kara. Jeśli chcecie przeżyć, lepiej nauczcie się słuchać.

Przeszedł wzdłuż szeregu, patrząc każdemu z nas w oczy. Gdy dotarł do mnie, zatrzymał się na chwilę. Jego spojrzenie było zimne, przenikliwe, jakby próbował zajrzeć w głąb mojej duszy.

— Imię? — zapytał, unosząc brew.

— Jan Krawczyk — odparłem, walcząc, by zabrzmiało to stanowczo. Nie wyszło — głos zadrżał.

— Głośniej! — huknął, a jego rozkaz odbił się echem po placu.

— Jan Krawczyk! — powtórzyłem, tym razem głośniej, ale czułem, jak moje gardło się zaciska.

Skinął głową, jakby uznał mnie za wystarczająco posłusznego i przeszedł dalej. Wtedy zrozumiałem, że nie jestem już sobą — byłem tylko numerem, jednym z wielu.

Zaprowadzili nas do baraku, który miał być naszym nowym „domem”. W środku było zimno i ciemno. Prycze ustawione w dwóch rzędach wyglądały, jakby miały się zaraz rozpaść. Podłoga była brudna, a dookoła unosił się zapach potu i wilgoci. Każdy z nas dostał miejsce do spania — kawałek cienkiego materaca i koc, który bardziej przypominał szmatę.

Usiadłem na swoim posłaniu, próbując uspokoić ręce. Wojtek usiadł obok, na sąsiedniej pryczy. Wyglądał na jeszcze bardziej przerażonego niż wcześniej.

— Myślisz, że nas zabiją? — zapytał cicho, jakby bał się, że ktoś usłyszy.

— Nie wiem — mruknąłem, wpatrując się w podłogę. — Może.

Nie miałem siły go pocieszać. Sam potrzebowałem pocieszenia, ale nikt nie mógł mi go dać.

Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do środka wszedł młody Niemiec w mundurze. Miał jasne włosy i pewność siebie, której nam brakowało.

— Wstać! — padła komenda, ostra jak nóż.

Wszyscy zerwaliśmy się na nogi, zdezorientowani i przerażeni. Niemiec przemaszerował wzdłuż szeregu, mierząc nas obojętnym, twardym wzrokiem.

— Jestem waszym instruktorem — powiedział po niemiecku, a potem powtórzył po polsku. — Nazywam się Unteroffizier Scholz. Od dziś jestem waszym bogiem. Zrozumiano?!

— Tak jest! — odpowiedzieliśmy chórem, choć nasze głosy były słabe i drżące.

Scholz uśmiechnął się lekko, ale w oczach nie było ani krzty życzliwości. Miałem przeczucie, że nie będzie dla nas litości.

Wieczorem, gdy próbowałem ułożyć się do snu, usłyszałem cichy szept.

— Janek, tak? — zapytał ktoś z łóżka obok.

Odwróciłem głowę i zobaczyłem chłopaka z jasnymi włosami. To był ten z ciężarówki, jedyny, który wyglądał na pewnego siebie. Miał szczery, choć niepokojący uśmiech, a w oczach czaiło się coś trudnego do odczytania — może ciekawość, a może zachwyt.

— Gerard Schmidt — przedstawił się. — Też ze Śląska.

Popatrzyłem na niego, zaskoczony. Nie wiedziałem, co powiedzieć. W końcu skinąłem głową.

— Janek — odpowiedziałem. — Krawczyk.

Gerard uśmiechnął się szerzej.

— Trzymaj się mnie — rzucił. — Tu trzeba wiedzieć, jak pozostać przy życiu.

Nie odpowiedziałem. Nie byłem pewien, czy mogę mu zaufać, ale w jego zachowaniu nie widziałem pogardy — tylko coś, co przypominało… nadzieję.

Następnego dnia pobudka nadeszła wcześniej, niż się spodziewałem. Ledwo zdążyłem zamknąć oczy, gdy do izby wpadł jeden z niemieckich żołnierzy, waląc pałką w metalowe wiadro. Hałas był ogłuszający.

— Wstawać! — wrzasnął po niemiecku. — Wstawać, leniwe świnie!

Poderwaliśmy się na równe nogi. W środku zapanował chaos — wszyscy próbowali szybko założyć buty, zwinąć koce, ustawić się w szeregu. Jeden z młodszych chłopaków, może szesnastoletni, przewrócił się, próbując wciągnąć spodnie. Żołnierz podszedł do niego i kopnął go.

— Szybciej! — warknął, a chłopak, trzymając się za żebra, dźwignął się i stanął w szeregu.

Gerard, który stał obok mnie, szepnął cicho:

— Nie patrz na nich. Rób swoje. Im mniej się wychylasz, tym lepiej.

Skinąłem głową, choć narastał we mnie gniew. Tutaj nie było miejsca na sprzeciw — nawet jeśli chłopak miał dopiero szesnaście lat. Wiedziałem, że jego również zabrano do Wehrmachtu wbrew prawu — Niemcy potrafili obejść własne przepisy: jednym podpisem rodzica „robili” z niego pełnoletniego. Teraz stał tu, bark w bark ze starszymi mężczyznami, a jego twarz zdradzała, że wciąż jest tylko przestraszonym chłopcem.

Pierwsze dni były koszmarem. Pobudka przychodziła przed świtem — zanim cokolwiek zdążyło znów wyglądać normalnie. Krzyki oficerów wdzierały się nam do uszu, wyrywając ze snu. Musztra i biegi z ciężkimi plecakami, które wbijały się w ramiona, były naszą codziennością.

Każdy błąd, każde opóźnienie było surowo karane, a kary bywały tak brutalne, że zapadały w pamięć na zawsze.

Raz widziałem, jak jeden z chłopaków — Franz — nie zdążył na czas zapiąć pasa. Dowódca podszedł do niego powoli, z kamiennym wyrazem twarzy, który mroził krew w żyłach.

— Na ziemię! — warknął, a chłopak, choć wyraźnie przerażony, posłusznie klęknął.

— Czołgać się! — rozkazał, wskazując na błotnisty plac.

Franz spojrzał na nas, jakby szukał pomocy, ale nikt się nie poruszył. Wszyscy staliśmy w szeregu, zbyt przerażeni, by choćby drgnąć. Zaczął się czołgać, a oficer szedł za nim, kopiąc go raz po raz w bok.

— Szybciej, ty świnio! — krzyczał.

Czołgał się przez godzinę. Jego ręce i kolana były pokryte błotem i krwią. Widziałem, jak drżał z bólu i zmęczenia, ale nikt z nas nie odważył się mu pomóc. Oficer stał nad nim jak kat, z surowym uśmiechem na twarzy.

— Słabi tu nie przetrwają — szepnął Gerard.

Spojrzałem na niego, ale nic nie powiedziałem.

Wydawał się pewny siebie, jakby to wszystko nie robiło na nim wrażenia. Był szybki, sprawny, zawsze pierwszy w szeregu. Oficerowie go doceniali, a inni spoglądali na niego z zazdrością.

Ja robiłem wszystko, byle przeżyć. Nie więcej, nie mniej. Starałem się być niewidzialny. Wykonywałem rozkazy, nie wychylałem się. Nie chciałem zwracać na siebie uwagi, jednak pewnego dnia to nie wystarczyło.

Podczas jednej z musztr dostałem rozkaz wykonania serii ćwiczeń — bieg, czołganie, szybkie wstawanie i padanie na ziemię. Byłem wyczerpany, a moje ciało odmawiało posłuszeństwa. W pewnym momencie poderwałem się zbyt wolno. Oficer zauważył.

— Ty! — huknął, wskazując na mnie. — Baczność!

Wyprostowałem się, próbując złapać oddech. Podszedł bliżej — poczułem jego oddech na twarzy.

— Nie potrafisz wykonać prostego rozkazu? — warknął.

— Przepraszam, Herr Offizier — odpowiedziałem, trzęsąc się ze strachu.

— Przeprosiny nie wystarczą! — wrzasnął. — Całą noc będziesz stać na baczność przed barakiem. Nie ruszysz się. Zrozumiano?

Przytaknąłem, choć miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Tego wieczoru, gdy wszyscy wrócili do baraków, ja zostałem na zewnątrz. Stałem na baczność, próbując ignorować zimno, przenikające do kości.

Noc była długa, a nogi coraz bardziej odmawiały posłuszeństwa.

W pewnym momencie Gerard podszedł do mnie, trzymając w ręku kawałek chleba.

— Trzymaj — powiedział cicho, wciskając mi go do ręki.

Spojrzałem na niego z zaskoczeniem.

— Dlaczego? — zapytałem.

— Bo nie wszyscy tu muszą być potworami — odpowiedział, po czym odwrócił się i wrócił do środka.

Tamtej nocy, stojąc w ciemności, pomyślałem, że Schmidt był inny, niż się spodziewałem. Pewny siebie i silny, a mimo to wciąż ludzki. Zastanawiałem się, czy stanie się moim przyjacielem, czy wrogiem.

Nastał kolejny wieczór — kolejny z wielu, jakie tu spędziłem. Było cicho, wręcz nienaturalnie cicho. W środku panował półmrok, a jedynym źródłem światła była słaba żarówka zwisająca z sufitu. Większość leżała na pryczach, zbyt zmęczona, by rozmawiać, i zbyt niespokojna, by zasnąć. Czułem ciężar dnia na barkach: ból mięśni, zimno, głód.

Siedziałem, wpatrując się w podłogę, gdy Gerard przysiadł obok mnie. Nawet nie zauważyłem, kiedy podszedł. Trzymał w rękach suchary, wyjęte z kieszeni.

— Chcesz? — zapytał, wyciągając jednego suchara w moją stronę.

Spojrzałem na niego, zaskoczony. W tym miejscu, gdzie walczyliśmy tylko o siebie, a życzliwość była rzadkością, jego gest wydawał się nieprawdopodobny.

— Dzięki — mruknąłem, biorąc suchar. Był twardy i suchy, ale z głodu smakował jak najlepsze danie.

Gerard uśmiechnął się lekko, opierając się o pryczę.

— Wiesz, że nie wytrzymasz tutaj, jeśli będziesz taki cichy — powiedział nagle, patrząc na mnie z boku.

Zmarszczyłem brwi, nie do końca rozumiejąc, co miał na myśli.

— Co masz na myśli? — zapytałem, starając się opanować głos.

Wzruszył ramionami, jakby mówił o czymś oczywistym.

— Oni… — zaczął. — Lubią takich jak ty. Cichych, przestraszonych. Lubią łamać ludzi, patrzeć, jak się kruszą.

Jego słowa uderzyły mnie mocniej, niż chciałem przyznać.

— Musisz pokazać, że jesteś silny — dodał. — Nawet jeśli nie jesteś. Udawaj, że nic cię nie rusza, że to wszystko to dla ciebie nic. Wtedy dadzą ci spokój.

Popatrzyłem na niego. Był spokojny, aż nazbyt spokojny, jakby to, o czym mówił, było czymś zupełnie normalnym.

— A ty? — zapytałem cicho. — Udajesz?

Gerard uśmiechnął się, ale ten uśmiech był gorzki, pozbawiony radości.

— Każdy tu coś udaje, Janek — odparł. — To jedyny sposób, żeby przetrwać.

Nie odpowiedziałem. Może miał rację, ale ja nie potrafiłem udawać. Nie potrafiłem być kimś innym.

W miejscu, gdzie wszystko było fałszem, gdzie ludzie stawali się cieniami samych siebie, ja wciąż kurczowo trzymałem się tego, kim byłem. Gerard wstał, wyciągając się jak kot.

— Pamiętaj, co ci powiedziałem — rzucił, zanim odszedł.

Zostałem sam, z sucharem w ręku i myślami, które nie dawały mi spokoju. Może miał rację, że udawanie było jedynym sposobem, by przetrwać. Tyle że ja nie byłem jak on. Nie byłem silny, nie byłem pewny siebie. Byłem tylko chłopakiem, który chciał przeżyć kolejny dzień.

W baraku zapadła cisza, przerywana jedynie oddechami pozostałych. Wciąż siedziałem, wpatrując się w ciemność, zastanawiając się, ile jeszcze dni piekła przede mną.

Każdego dnia musztra stawała się coraz bardziej mordercza. Oficerowie wyciskali z nas ostatnie siły, jakby chcieli sprawdzić, ile możemy znieść, zanim pękniemy. Byliśmy jak glina w ich rękach. Mieli nas ukształtować, ale najpierw musieli nas złamać.

Pewnego ranka ustawiono nas w szeregu na strzelnicy. Przed sobą mieliśmy tarcze; były szare, nijakie, każda z czarnym punktem pośrodku, jakby z nas drwiła. W rękach trzymaliśmy karabiny. Były ciężkie i zimne, a metal wydawał się wręcz wrogi. To był pierwszy raz, gdy trzymałem broń. Czułem, jak dłonie odmawiają posłuszeństwa, gdy próbowałem ją unieść. Palce ślizgały się po spuście, a kolba była zbyt duża, zbyt obca.

— Celować! — rozległ się rozkaz.

Podniosłem karabin i spróbowałem go ustawić. Broń była ciężka, a moje ramiona bolały od porannych ćwiczeń. Próbowałem skupić wzrok na tarczy, ale pot spływał mi po skroniach, szczypiąc w oczy.

— Strzelać!

Pociągnąłem za spust. Huk był ogłuszający, a odrzut niemal wyrwał mi broń z rąk. Kolba wbiła mi się w ramię — ostry ból przeszył bark. Spojrzałem na tarczę, mój strzał minął ją o kilka dobrych centymetrów. Oficer, który nas obserwował, podszedł do mnie szybkim krokiem. Był wysoki, z ostrymi rysami twarzy i przeszywającym spojrzeniem.

— Co to ma być?! — wrzasnął, uderzając mnie otwartą dłonią w ramię. — Mocniej! Masz być żołnierzem, nie dzieckiem!

Zacisnąłem zęby, próbując nie pokazać bólu. Wszyscy wokół patrzyli na mnie. Czułem ich spojrzenia, jak oceniają każdy mój ruch.

— Jeszcze raz! — rozkazał, stając tuż za mną.

Podniosłem karabin, starając się ignorować ból w ramieniu. Dłonie wciąż mi się trzęsły, ale tym razem zmusiłem się do skupienia. Wziąłem głęboki oddech i wycelowałem w tarczę.

— Strzelaj!

Pociągnąłem za spust. Huk znów wypełnił powietrze, ale tym razem odrzut nie był tak silny. Spojrzałem na tarczę — trafiłem. Daleko od środka, ale trafiłem.

Oficer spojrzał na wynik i skinął głową.

— Następnym razem traf lepiej — mruknął pogardliwie.

To był mały sukces, ale w tym miejscu wydawał się ogromny. Czułem, jak napięcie w moim ciele powoli opada.

Gerard, który stał niedaleko, uśmiechnął się lekko.

— Nieźle, Janek — rzucił cicho.

Nie odpowiedziałem. Czułem, że to był dopiero początek. Strzelanie było tylko jednym z wielu testów, które mieliśmy przejść. Tego dnia przez moment poczułem, że może dam radę, może uda mi się ujść z życiem.

Wieczorem Gerard podszedł do mnie z uśmiechem.

— Nieźle sobie radzisz — powiedział, klepiąc mnie po ramieniu.

— Chyba żartujesz — odpowiedziałem, próbując się uśmiechnąć. — Ledwo trafiłem w tarczę.

— Ale trafiłeś — odparł. — A to znaczy, że masz szansę. Tutaj nie chodzi o to, żeby być najlepszym. Chodzi o to, żeby przetrwać.

Jego słowa zapadły mi w pamięć. Przetrwać — tylko to się liczyło.

Pewnej nocy, gdy wszyscy już spali, obudził mnie cichy szelest. Otworzyłem oczy i zobaczyłem Wojtka, który siedział na swojej pryczy, trzymając głowę w dłoniach. Wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać.

— Wojtek? — szepnąłem, żeby nie obudzić reszty. — Co się dzieje?

Spojrzał na mnie, a w jego oczach dostrzegłem czysty strach.

— Nie dam rady, Janek — wyszeptał. — Nie wytrzymam tutaj. Oni mnie zabiją.

Chciałem coś powiedzieć, coś, co by go pocieszyło, ale nie miałem pojęcia, co. Sam czułem się tak samo. W końcu położyłem rękę na jego ramieniu.

— Damy radę — powiedziałem, choć wcale nie byłem tego pewien. — Musimy.

Wojtek skinął głową, ale jego oczy wciąż były pełne łez. Nie każdy z nas przeżyje to miejsce. Musiałem wierzyć, że dam radę, że powrócę do domu, do matki i Franka.

Dni w obozie zlewały się w jedno. Pobudka, musztra, ćwiczenia, krzyki oficerów. Każdy dzień był taki sam, a jednak wydawał się gorszy od poprzedniego. Oficerowie znajdowali coraz to nowe sposoby, aby nas upokorzyć i zmusić do posłuszeństwa.

Pewnego dnia kazali nam biegać z workami piasku na plecach. Plac był błotnisty, a deszcz nie przestawał padać od rana. Każdy krok to była walka. Każdy oddech bolał. Worki wbijały się w nasze ramiona, jakby chciały nas zmiażdżyć. Wojtek biegł przede mną. Widziałem, jak jego kroki stają się coraz bardziej chwiejne, a nogi dygocą z wysiłku. Był blady, a jego oddech stawał się coraz płytszy. W pewnym momencie potknął się i upadł twarzą w błoto. Worek piasku przygwoździł go do ziemi. Oficer podszedł do niego szybkim krokiem. Jego buty chlupotały w błocie, a twarz wykrzywiła się w pogardzie.

— Wstawaj, ty leniwa świnio! — wrzasnął po niemiecku, nachylając się nad Wojtkiem.

Wojtek próbował się podnieść. Jego ręce ślizgały się w błocie, a ciało nie reagowało.

— Wstawaj, powiedziałem! — ryknął oficer, unosząc karabin, gotów uderzyć kolbą.

— Proszę przestać — odezwał się spokojnie, ale stanowczo Gerard, rzucając worek na ziemię.

Wszyscy zamarliśmy. Gerard patrzył na oficera.

— On nie da rady — powiedział, wskazując na Wojtka. — Jest wycieńczony, musi odpocząć.

Oficer spojrzał na Gerarda, a jego twarz wykrzywił wściekły grymas.

— Nie da rady? — powtórzył, jakby nie mógł uwierzyć, że ktoś odważył się do niego odezwać. — Ta polska świnia miała szansę, ale jej nie doceniła.

Wyciągnął pistolet.

— Nie! — krzyknął Gerard, robiąc krok do przodu.

Ale było już za późno, padł strzał. Wojtek osunął się w błoto i znieruchomiał. Deszcz wciąż padał, mieszając się z krwią, która powoli rozlewała się po ziemi.

Oficer spojrzał na nas, jakby sprawdzał, czy ktoś inny odważy się odezwać.

— Rzesza nie potrzebuje słabych ludzi — powiedział chłodno, jakby właśnie wyrzucił śmieci, a nie zastrzelił człowieka.

Staliśmy w ciszy, oszołomieni. Deszcz bębnił o nasze głowy, a buty grzęzły w błocie, ale nikt się nie ruszył.

— Ty! — wskazał na Gerarda. — Na ziemię! Czołgać się!

Gerard patrzył na niego z zimnym spokojem, który mnie przeraził. Pomyślałem, że jeśli nie posłucha, skończy tak samo jak Wojtek.

— Powiedziałem: na ziemię! — krzyknął oficer, podchodząc bliżej.

Gerard w końcu spuścił wzrok i klęknął w błocie. Zaczął czołgać się po placu, a oficer szedł za nim, krzycząc i raz po raz kopiąc go w plecy. Czułem, że powinienem zareagować, ale strach trzymał mnie w miejscu. Wiedziałem, że gdybym tylko się odezwał, skończyłbym dokładnie tak samo.

Kiedy w końcu pozwolono nam wrócić do baraku, Gerard ledwo trzymał się na nogach. Jego ubrania były przemoczone i pokryte błotem, a twarz blada, jakby zaraz miał zemdleć. Pomogłem mu dojść do pryczy.

— Dlaczego to zrobiłeś? — zapytałem cicho, siadając obok.

— Bo ktoś musiał — odpowiedział, nie podnosząc wzroku. — Jeśli pozwolisz im na wszystko, to cię zniszczą.

Spojrzał na mnie, a jego oczy były pełne bólu i gniewu.

— Teraz rozumiesz? — zapytał. — Rozumiesz, co miałem na myśli, kiedy mówiłem, że musisz być silny? Widziałeś, jak kończą słabi.

Nie odpowiedziałem. Może miał rację. Może musiałem się zmienić, jeśli chciałem zachować życie. Jednak w tamtej chwili czułem tylko strach.

Wieczorami, gdy zapadała cisza, wszystko stawało się trudniejsze. W ciągu dnia krzyki oficerów, huk wystrzałów i ból mięśni zagłuszały myśli, ale noce były inne. Cisza otulała nas jak ciężki koc, zmuszając do zmierzenia się z tym, co mieliśmy w głowach — ze strachem, samotnością i tęsknotą. Leżałem na pryczy, wpatrując się w sufit, którego deski były popękane i wilgotne od deszczu. Próbowałem przypomnieć sobie twarz matki, jej ciepły uśmiech, gdy pochylała się nade mną, poprawiając koc. W pamięci ożył śmiech Franka, jego dziecięca radość, gdy biegaliśmy po polach za domem. Przez chwilę wydawało mi się, że czuję zapach chleba, który matka piekła w piecu — aromat wypełniał całą kuchnię i sprawiał, że czułem się bezpieczny. Im bardziej starałem się przywołać te wspomnienia, tym bardziej wydawały się odległe. Czułem, jakby należały do kogoś innego. Z każdym dniem stawały się coraz bardziej zamazane. Czułem, że powoli tracę siebie, że staję się kimś obcym. Każdy kolejny poranek w tym miejscu odbierał mi kawałek tego, kim byłem. Moje ręce, które kiedyś służyły do pomocy mamie w polu, teraz trzymały karabin. Moje nogi, które biegły przez łąki, teraz biegały po błotnistym placu, niosąc ciężar, który był nie do udźwignięcia. Gerard był jedyną osobą, która trzymała mnie przy zdrowych zmysłach. Był silniejszy ode mnie, pewniejszy siebie. Zawsze wiedział, co powiedzieć, nawet jeśli jego słowa były ostre jak stal.

— Janek — powiedział pewnego wieczoru Gerard, siadając obok mnie. — Wiem, o czym myślisz.

Spojrzałem na niego z zaskoczeniem.

— O czym? — zapytałem cicho.

— O domu. O tym, co było…

Nie odpowiedziałem. Nie musiałem. Miał rację.

— Wszyscy tu o tym myślą — ciągnął, opierając się o ścianę. — Musisz zrozumieć jedno: to nigdy nie wróci. Dom, rodzina, wszystko, co znałeś… to przeszłość. Jeśli się tego nie pozbędziesz, nie przetrwasz.

— Jak możesz tak mówić? — zapytałem, czując, jak gniew narasta we mnie. — Jak możesz po prostu zapomnieć?

Gerard spojrzał na mnie, a ja zamarłem, zaskoczony bólem w jego oczach.

— Nie mówię, żeby zapomnieć — odpowiedział powoli. — Ale jeśli będziesz ciągle żył tamtym życiem, to cię to zniszczy. Musisz skupić się na tym, co jest teraz. Na przeżyciu.

Zamilkłem. Wiedziałem, że ma rację, ale nie potrafiłem się z tym pogodzić. Nie chciałem stracić tego, co stanowiło o tym, kim jestem.

— A ty? — zapytałem po chwili. — Ty już zapomniałeś?

Uśmiechnął się gorzko.

— Nie zapomniałem — powiedział cicho. — Nauczyłem się to chować głęboko. Tak, żeby nie przeszkadzało mi to w walce.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Może miał rację, może musiałem nauczyć się robić to samo. W tamtej chwili, leżąc na pryczy w zimnej izbie, czułem tylko pustkę i tęsknotę, która rozdzierała mnie od środka.

W nocy, gdy Gerard zasnął, odwróciłem się na bok i zamknąłem oczy. Wspomnienia wróciły, ale nie były już tak wyraźne jak wcześniej. Twarz matki pojawiała się tylko na chwilę, jak cień na ścianie. Śmiech Franka brzmiał daleko, zapach chleba był teraz tak słaby, że ledwo mogłem go poczuć. Wtedy zrozumiałem, że miał rację. Jeśli chciałem wyjść z tego cało, musiałem nauczyć się odsuwać te obrazy. Tyle że w tamtej chwili nie byłem gotowy. Jeszcze nie.

Kolejne tygodnie przyniosły nowe wyzwania. Każdy dzień był testem nie tylko naszej siły fizycznej, ale i psychicznej. Uczyli nas, jak rozkładać i składać karabin, jak celować, jak strzelać. Broń stała się przedłużeniem naszych rąk, choć dla mnie wciąż była czymś obcym. Za każdym razem, gdy trzymałem karabin w dłoniach, czułem się obco. Był ciężki i zimny, a jego stalowy dotyk przypominał mi, że jest narzędziem śmierci. Nie mogłem przestać myśleć o tym, że ten sam karabin, który teraz trzymałem, mógł kiedyś zabić kogoś takiego jak ja. Kogoś, kto miał dom, rodzinę, marzenia. Z każdym kolejnym dniem ta myśl stawała się coraz trudniejsza do zniesienia.

Pewnego dnia kazali nam strzelać do manekinów ustawionych na końcu placu — wyglądały jak rosyjscy żołnierze. Były przerażająco realistyczne. Miały namalowane twarze, mundury, a nawet ręce, które wyglądały, jakby zaraz miały się poruszyć. Stanąłem w szeregu, trzymając karabin. Moje dłonie drżały, a pot spływał mi po skroniach, mimo chłodu poranka. Oficer przechadzał się za nami, a jego buty grzęzły w błocie. Czułem jego spojrzenie na plecach, jakby próbował zajrzeć w moje myśli.

— Cel! — krzyknął.

Podniosłem broń i wycelowałem. Moje serce biło jak oszalałe. W głowie słyszałem tylko jedno pytanie: „Co, jeśli kiedyś będę musiał strzelać do człowieka?”

— Ogień! — rozkazał oficer.

Nacisnąłem spust. Huk strzału wstrząsnął moim ciałem. Poczułem znów bezwzględną siłę karabinu. Manekin zachwiał się, ale nie upadł. Mój pocisk trafił gdzieś w bok, z dala od celu.

Oficer podszedł do mnie szybkim krokiem. Jego twarz była wykrzywiona wściekłością.

— Mocniej! — wrzasnął, szarpiąc mnie za ramię tak mocno, że o mało co nie upuściłem karabinu. — Masz być żołnierzem, leniwa świnio!

Zacisnąłem zęby, czując, jak ból rozchodzi się po moim ramieniu. Wiedziałem, że nie mogę się sprzeciwić. Nie tutaj. Nie teraz. Podniosłem broń ponownie, próbując uspokoić oddech.

— Cel! — krzyknął ponownie.

Wycelowałem w manekina, starając się zignorować drżenie rąk. Wziąłem głęboki oddech i skupiłem się na środku tarczy.

— Ogień!

Pociągnąłem za spust. Tym razem trafiłem prosto w środek. Manekin zachwiał się, a napięcie w moim ciele na chwilę ustąpiło. Oficer spojrzał na wynik i skinął głową.

— Być może nie jesteś aż tak żałosny — mruknął, po czym odszedł.

Wtedy pomyślałem, że chyba jednak uda mi się przeżyć. Jedyne, co musiałem, to wykonywać rozkazy i spełniać ich oczekiwania. W tym miejscu każdy błąd mógł oznaczać koniec. Wiedziałem, że musiałem trzymać się tych małych zwycięstw, które pozwalały mi przetrwać kolejny dzień.

Po ćwiczeniach wróciliśmy do baraku. Gerard usiadł obok mnie na pryczy i w milczeniu wyciągnął z kieszeni kawałek suchego chleba.

— Nieźle, Janek — powiedział, łamiąc chleb na pół i podając mi kawałek.

— Dziękuję — odpowiedziałem cicho, przyjmując go.

Jego słowa, choć proste, miały dla mnie znaczenie. Gerard był jedynym, który naprawdę wierzył, że dam radę. On wierzył — ja nie byłem tego taki pewien.

W nocy, gdy leżałem, wciąż czułem w dłoniach ciężar karabinu. W głowie wciąż dudniły strzały, a przed oczami widziałem manekina, który zachwiał się od uderzenia mojego pocisku. Próbowałem przekonać siebie, że to tylko ćwiczenia. Wmawiałem sobie, że to przecież tylko manekin, ale głęboko w środku wiedziałem, że to kłamstwo. Ten karabin nie był tylko narzędziem ćwiczeń. Był narzędziem śmierci. A ja, chcąc nie chcąc, powoli stawałem się jego częścią.

Wieczory, to była jedyna chwila w ciągu dnia, kiedy mogliśmy pozwolić sobie na oddech — na myśli niezwiązane z rozkazami, krzykami i bólem. W takich momentach Gerard czasem zaczynał mówić. Nie był typem, który rozmawiał o sobie otwarcie, ale gdy ciemność kładła się na nas jak gruba zasłona, zdarzało mu się opowiadać o swoim życiu przed wojną.

— Mój ojciec walczył podczas Wielkiej Wojny — powiedział pewnego wieczoru, leżąc na pryczy obok mnie. Jego głos był niski, jak szept, ale w tej ciszy wydawał się głośny. — Walczył po stronie Niemiec. W tamtym czasie wszyscy musieli. Śląsk był niemiecki, Polska nie istniała.

Słuchałem go w milczeniu, patrząc w sufit.

— Opowiadał mi, jak to było — ciągnął Gerard. — Jak musieli być twardzi, jak życie na froncie zmienia człowieka. Jak po wojnie wrócił do domu, matka mówiła, że nie był już taki sam.

Zamilkł na chwilę, jakby wspomnienia były zbyt ciężkie.

— Chciał, żebym był taki jak on — dodał po chwili. — Twardy. Zawsze powtarzał, że świat nie ma litości dla słabych.

Podniosłem na niego wzrok. Twarz miał nieruchomą, ale w jego oczach zobaczyłem coś, co mnie zaskoczyło — smutek.

— A twoja matka? — zapytałem cicho.

Gerard uśmiechnął się lekko, choć w jego spojrzeniu wciąż czaił się cień smutku.

— Moja matka… — powiedział, a jego głos zmiękł. — Piekła najlepsze ciasta w całym miasteczku. Zawsze mówiła, że słodkie rzeczy są po to, żeby przypominać nam, że życie nie jest takie złe.

Zamknął oczy, jakby próbował przywołać tamte wspomnienia.

— Wiesz, Janek — powiedział nagle, otwierając je. — Kiedyś myślałem, że będę pracował w kopalni, jak mój ojciec po wojnie. Że będę żył normalnie. A teraz… jedyne, co mi zostało, to przeżyć.

Nie odpowiedziałem. Słowa utknęły mi w gardle. Nikt z nas nie wiedział, co przyniesie jutro. Każdy dzień w obozie był próbą — nie tylko dla ciała, ale przede wszystkim dla umysłu. Oficerowie zdawali się czerpać chorą satysfakcję z tego, że nas dręczą. Krzyki, kary, upokorzenia — wszystko było częścią ich metody. Gerard kiedyś powiedział mi, że to ich sposób na stworzenie idealnych żołnierzy, takich, którzy nie myślą — tylko wykonują rozkazy.

— Idealny żołnierz nie ma uczuć — powiedział mi pewnego dnia. — Nie zadaje pytań. Po prostu robi to, co mu każą.

Gniew we mnie narastał. Spojrzałem na niego.

— A ty? — zapytałem. — Chcesz być taki?

Gerard wzruszył ramionami, jakby to było oczywiste.

— Jeśli to jedyny sposób, żeby przeżyć, to tak — odpowiedział spokojnie.

Zacisnąłem dłonie w pięści.

— Ja nie chcę być taki — wyszeptałem z uporem. — Nie chcę być maszyną.

Gerard uśmiechnął się krzywo, a w jego oczach błysnęło coś na kształt rozbawienia.

— Masz wybór, Janek? — zapytał cicho. — Myślisz, że kogoś to obchodzi?

Zamilkłem. Wiedziałem, że miał rację. W tym miejscu nikt nie pytał, kim chcemy być ani czego chcemy. A ja… ja wciąż nie mogłem się z tym pogodzić.

Gdy Gerard zasnął, leżałem na pryczy, wpatrując się w sufit. Jego słowa wciąż dudniły w mojej głowie: „Idealny żołnierz nie ma uczuć. Nie zadaje pytań.” Próbowałem to odrzucić, ale gdzieś głęboko czułem, że ta wojna i to miejsce powoli mnie zmieniają. I to mnie przerażało.

Gerard zmieniał się na moich oczach. Z każdym dniem stawał się bardziej zdystansowany, bardziej chłodny. Tam, gdzie wcześniej widziałem w nim starszego brata, teraz widziałem kogoś obcego. Żołnierza. Niemieckiego żołnierza.

Pamiętam, jak kilka dni po naszej rozmowie usłyszałem go podczas nocnej warty. Rozmawiał z innymi rekrutami. Jego głos był niski, groźny i stanowczy. Mówił, że musimy odrzucić wszelkie emocje, jakby były przeszkodą w przetrwaniu.

— Nie ma miejsca na wahanie, na współczucie — powiedział, patrząc na każdego z nich po kolei. — Jeśli tego nie zrozumiecie, zginiecie. I to szybko.

Słuchałem go, czując, jak coś we mnie pęka. To nie był ten Gerard, którego znałem. Ten, który niedawno siedział ze mną na pryczy i mówił, że razem damy radę. Tamten miał w sobie człowieka. Ten tutaj… coraz bardziej przypominał zimne narzędzie.

Podczas jednego z ćwiczeń musieliśmy symulować atak na wroga. Każdy z nas miał za zadanie strzelać tak, jakby zamiast do manekina ustawionego na końcu pola strzelał do „nieprzyjaciela”.

Kiedy przyszła moja kolej, zawahałem się na ułamek sekundy. W głowie pojawił się obraz prawdziwego człowieka stojącego na miejscu manekina. Gerard to zauważył.

— Co ty robisz, Janek? — warknął, podchodząc do mnie. — To nie czas na myślenie, tylko na działanie!

Chwycił mój karabin i wycelował w manekina. Nacisnął spust. Strzał odbił się echem po polu. Zszokowany, spojrzałem na niego.

— To tylko drewno — powiedział, oddając mi karabin. — Ale jeśli nie nauczysz się strzelać bez wahania, wkrótce to drewno zamieni się w ciebie.

Nie odpowiedziałem. Nie mogłem. Patrzył na mnie z czymś, co mnie przerażało — determinacją zmieszaną z chłodną obojętnością. Gerard stawał się tym, czego od nas oczekiwano. Ja… nie byłem pewien, czy chcę pójść tą samą drogą.

W kolejnych dniach zauważyłem, że coraz częściej odsuwał się ode mnie. Kiedyś rozmawialiśmy o wszystkim: domu, rodzinie, marzeniach sprzed wojny. Teraz, gdy próbowałem zacząć rozmowę, odpowiadał zdawkowo, jakby już mnie nie potrzebował. Pewnego wieczoru jedząc kolację, odważyłem się zapytać:

— Gerard, co się z tobą dzieje?

Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, jakby nie rozumiał pytania.

— Nic. Po prostu robię to, co muszę — odpowiedział, odwracając wzrok.

— Nie, nie o to chodzi. Ty… zmieniasz się. Stajesz się… kimś innym.

Westchnął ciężko, a potem spojrzał na mnie ze smutkiem.

— Janek, nie rozumiesz? To jedyny sposób, żeby przeżyć. Musisz odrzucić wszystko, co cię spowalnia — uczucia, wspomnienia, ludzi. Jeśli tego nie zrobisz, zginiesz. A ja… nie chcę zginąć.

Te słowa uderzyły we mnie z siłą, której się nie spodziewałem. Zrozumiałem, że Gerard nie tylko się zmieniał — on świadomie wybierał tę drogę. Dla niego wojna była piekłem, w którym musiał stać się demonem. Patrzyłem na niego w milczeniu, czując, jak coś we mnie pęka. Wiedziałem, że nie mogę go zatrzymać. Rozumiałem też, że tracę przyjaciela. W głębi serca obiecałem sobie jedno: nigdy nie pozwolę, by wojna zabrała mi to, kim jestem. Nawet jeśli oznaczałoby to, że zostanę sam.

Nazajutrz kazano nam ustawić się na placu. Oficerowie chodzili wzdłuż szeregu, wręczając każdemu z nas karty przydziału. Kiedy dostałem swoją, moje serce zamarło. Front wschodni. Te dwa słowa ścisnęły mi żołądek. Wszyscy wiedzieliśmy, co to oznacza. Wojna na wschodzie była piekłem.

Gerard spojrzał na swoją kartkę z obojętnością.

— To samo — powiedział, pokazując przydział.

Poczułem ulgę, że nie zostaliśmy rozdzieleni, choć była tylko chwilowa. Wiedziałem, że to, co nas czeka, będzie gorsze niż wszystko, co przeżyliśmy w obozie. Do tego moja relacja z Gerardem zaczęła się komplikować.

Ostatnia noc w obozie była dziwnie cicha. Nikt z nas nie spał. Leżeliśmy na pryczach, patrząc w sufit, każdy pogrążony we własnych myślach. Po raz pierwszy od dawna miałem tak wyraźne wspomnienia rodziny i domu, który opuściłem. Matka, brat, nasze gospodarstwo… Wszystko to wydawało się teraz tak odległe, jakby należało do innego życia.

W mojej głowie pojawił się też obraz Wojtka. Był z nami od początku szkolenia. Dobry chłopak, zawsze robił wszystko najlepiej, jak potrafił. A jednak zginął w tak bezwzględny sposób — zastrzelony przez własnego dowódcę za drobny błąd. Wtedy zrozumiałem, że w tym miejscu nasze życie nie ma żadnej wartości. Zamknąłem oczy, próbując odepchnąć te myśli, ale wracały. Wojtek, dom, matka… Wszystko to mieszało się w mojej głowie, tworząc brzemię, które trudno było znieść.

Spojrzałem na Gerarda. Siedział na swojej pryczy, nieruchomy, wpatrując się w ciemność. Nie wiedziałem, o czym myślał, ale miałem wrażenie, że jego myśli były równie przytłaczające jak moje. Chciałem coś powiedzieć, lecz nie potrafiłem znaleźć odpowiednich słów. Jutro mieliśmy wyruszyć na front wschodni. Powtarzano nam, że „Rosjanie to zwierzęta” i że mamy być wobec nich bezwzględni. Wiedziałem, że to, co nas tam czeka, zmieni wszystko.

Nastał poranek. Tym razem pobudka wyglądała inaczej. Nasz instruktor wszedł do baraku, zatrzymał się na chwilę w progu i spojrzał na nas. Jego twarz, zwykle surowa i beznamiętna, wydawała się dziś bardziej miękka, jakby nawet on czuł powagę tego dnia.

— Życzę wam szczęścia i zwycięstwa — powiedział po niemiecku. Jego głos był cichy i spokojny, jakby próbował dodać nam otuchy, choć wszyscy wiedzieliśmy, że to jedynie formalność.

Potem odwrócił się i dodał już bardziej stanowczo: — Spakować rzeczy i ustawić się w szeregu przed ciężarówkami.

Wszyscy ruszyliśmy w milczeniu. Nasze torby były lekkie: kilka ubrań, trochę jedzenia, broń. To wszystko, co mieliśmy i co mogliśmy zabrać. Kiedy wyszliśmy na plac, zobaczyłem rząd ciężarówek Opel Blitz stojących wzdłuż baraków. Ich silniki już pracowały, a z rur wydechowych unosił się dym. Powietrze było chłodne, a poranna mgła mieszała się z zapachem spalin i wilgotnej ziemi.

Wsiadając na pakę, spojrzałem na obóz po raz ostatni. Drewniane zabudowania, błotnisty plac, drut kolczasty otaczający teren — wszystko to było piekłem, ale w jakiś sposób stało się naszym domem. To tutaj nauczyliśmy się przetrwania, choć kosztem tego, kim byliśmy. Wiedziałem, że nigdy tu nie wrócę.

Gerard usiadł obok mnie na drewnianej ławce przymocowanej do jednej z burt ciężarówki. Oparł głowę o drewnianą ramę podtrzymującą plandekę i przez chwilę wpatrywał się w przestrzeń. Jego twarz była spokojna, ale znałem go na tyle, by wiedzieć, że to tylko pozór.

— Dasz radę, Janek — powiedział cicho, patrząc na mnie.

— Wiem to.

Spojrzałem na niego, próbując znaleźć w sobie choć odrobinę tej pewności, którą widziałem w jego oczach. Nic nie odpowiedziałem. Nie wiedziałem, czy dam radę. Wojna była czymś, czego nie potrafiłem sobie wyobrazić.

Ciężarówka ruszyła z szarpnięciem, a ja poczułem, jak w piersi narasta mi niepokój. Każdy kilometr oddalał nas od obozu i przybliżał do wojny. Droga była wyboista, a w środku panowała cisza. Słychać było tylko odgłos silnika i ciche skrzypienie drewnianej zabudowy. Nikt się nie odzywał. Każdy z nas był pogrążony we własnych myślach.

Spojrzałem na Gerarda. Siedział z zamkniętymi oczami, jakby chciał się zdrzemnąć, ale dłonie, zaciśnięte na kolanach, zdradzały napięcie. Wyglądał na spokojnego, jakby pogodził się z tym, co nas czeka, lecz wiedziałem, że w środku walczył z tym samym strachem, co ja. Mijaliśmy lasy, pola, małe wioski. Wszystko wyglądało tak spokojnie, jakby wojna nigdy tu nie dotarła. Wiedziałem jednak, że to tylko iluzja. Za każdym drzewem, za każdym zakrętem mogło czekać piekło. Nie wiedziałem, co nas czeka, ale wiedziałem jedno: z Gerardem u boku miałem większe szanse.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij