Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość

Gdy zapalę światło - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
17 października 2026
34,99 zł
3499 pkt
punktów Virtualo

Gdy zapalę światło - ebook

Z okna pokoju, w którym Monika od lat śpi sama, widać piętro nowego domu za ogrodem. Dwadzieścia metrów, jedna szyba, wieczorne światło. Z Markiem są małżeństwem po pięćdziesiątce, które dobrze działa: lubią się, śmieją z tych samych rzeczy, troszczą się o siebie na co dzień. Tylko że od dawna nie patrzą na siebie tak, jak patrzy się na kogoś, kogo się pragnie. Do nowego domu wprowadzają się Maja i Olek. Monika przypadkiem widzi ich w chwili, która nie była przeznaczona dla nikogo. Potem zaczyna patrzeć świadomie, a z czasem przy oknie staje też Marek. To, co oglądają razem po drugiej stronie ogrodu, porusza coś między nimi dwojgiem. Marek nie wie jednak, że Maja dość wcześnie zauważyła spojrzenie Moniki i go nie ucięła. Między kobietami nawiązuje się osobna, niejednoznaczna wymiana spojrzeń, a Monika ma coś, czego nie miała od lat: sekret tylko dla siebie. Powieść o patrzeniu, o byciu widzianą po pięćdziesiątce i o pragnieniu w małżeństwie, które wcale nie wymaga ratowania.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Erotyka
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
Rozmiar pliku: 1,3 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

W sobotę rano Monika pakowała paczkę dla Zuzy. Córka prosiła tylko o dwie rzeczy: krem do rąk, którego nie mogła tam dostać, i kabanosy, byle nie drobiowe. Na dnie kartonu leżały więc krem i cztery paczki kabanosów, ale Monika jak zwykle dołożyła to, o czym Zuza nie wspomniała: ręcznik kąpielowy, bo te zabrane trzy lata temu musiały być już szare, dwie książki przysłane na stary adres, zapasową ładowarkę i słoik ogórków od Marka, ciasno owinięty drugim ręcznikiem.

Marek odstawił kubek na parapet, podniósł karton i potrzymał go przed sobą z tą samą skupioną miną, z jaką słuchał, co stuka w cudzej zmywarce.

— Sześć kilo — powiedział. — Do pięciu jest o połowę taniej.

— Do pięciu się nie da.

— Ręcznik się da.

Monika wyjęła ręcznik, owinęła słoik w gazetę i reklamówkę, po czym zaniosła karton na łazienkową wagę. Wyświetlacz pokazał cztery osiemdziesiąt. Marek nie powiedział ani słowa, co doceniła; ręcznik odłożyła do szafy, na drugi, przygotowany od rana do następnej paczki.

Zanim wyjechali, ostrzygła go na tarasie, na taborecie przyniesionym z kuchni, maszynką na trójkę po bokach i na szóstkę na górze, tak jak co trzy tygodnie od kilkunastu lat. Marek siedział z rozciętym workiem na śmieci na ramionach i z telefonem na kolanie, odrabiał swoją codzienną lekcję włoskiego i mruczał pod nosem coś o pociągach. Przytrzymała mu głowę dwoma palcami za uchem, żeby nie kręcił, a potem otrzepała mu kark z włosów i powiedziała, że jest gotowy do ludzi.

Potem pojechali razem do paczkomatu, do marketu budowlanego po uszczelkę do kranu w łazience na dole i na targ, gdzie Marek przez dziesięć minut rozmawiał z panem od ogórków o soli, a Monika w tym czasie kupiła wszystko inne. Osobno każde z nich załatwiłoby te sprawy w godzinę, ale od lat jeździli razem i nie potrzebowali powodu, żeby to zmieniać. Dopiero na schodach przed domem, kiedy niosła siatki w obu rękach, poczuła w lewym kolanie znajomy, krótki i suchy przeskok. Od tej chwili bolało przy każdym zgięciu.

Wieczorem obejrzeli odcinek duńskiego kryminału, w którym komisarz od początku sezonu żywił się hot dogami ze stacji benzynowej. Monika siedziała bokiem na kanapie, z lewą nogą na udzie Marka. Marek wycisnął maść na palce, rozgrzał ją chwilę i wcierał kciukami wokół rzepki, równo, w kółko, nie odrywając oczu od ekranu. Maść pachniała kamforą i miętą. Monika nie znosiła tego zapachu, ale maść działała, więc zapach przestał być tematem jakieś dwa lata temu.

— Wyżej — powiedziała. — Nie, z boku. Tam, gdzie ścięgno.

Przesunął kciuk o centymetr i trafił. Komisarz na ekranie jadł w samochodzie i patrzył na deszcz.

— Rysiek dzwonił — powiedział Marek.

— W sobotę?

— Jest oferta. Taka sieć z Warszawy chce nas kupić, całą firmę. Od wiosny coś przebąkiwali, a teraz przysłali na piśmie, z liczbami. Rysiek chce, żebyśmy w tym miesiącu usiedli i porozmawiali na poważnie.

Monika zanotowała sobie tę wiosnę i odłożyła ją na później.

— Ile dają?

— Przyzwoicie. Rysiek mówi, że więcej nikt nie da, i pewnie ma rację. — Kciuk zatrzymał się i znowu ruszył. — Biorą wszystko. Umowy serwisowe, auta, warsztat razem z najmem, ludzi. Chłopaków przejmują na tych samych warunkach, przynajmniej tak piszą. Nas dwóch zostawiają na rok jako doradców, żeby klienci się nie rozbiegli, a potem dziękują. Rysiek mówi, że ma dość. Że nie chce po sześćdziesiątce leżeć w nocy pod piecem konwekcyjnym w jakiejś pizzerii i tłumaczyć właścicielowi przez telefon, że to nie jest wina pieca.

— On jeszcze leży pod piecami?

— Raz na kwartał. Żeby nie zapomnieć, jak to jest.

— A ty?

— Nie wiem jeszcze. — Wytarł palce w papierowy ręcznik, który przed odcinkiem położył sobie na oparciu. — Pokażę ci te papiery w tygodniu.

Zgięła nogę, sprawdziła, czy ciągnie, i postawiła stopę na podłodze. Ciągnęło mniej. Przy napisach Marek wyłączył telewizor; drugi odcinek był na jutro.

Przed snem poszedł jeszcze do furtki. Monika płukała kubki i słyszała, jak otwiera tylne drzwi, jak jego kroki przechodzą po płytach tarasu i cichną na trawie, a potem dwa metaliczne uderzenia: pierwsze, kiedy zamek nie złapał, i drugie, kiedy Marek docisnął furtkę biodrem. Zamek łapał co drugi raz od zeszłej zimy i Marek co wieczór szedł go docisnąć, tak jak inni ludzie sprawdzają, czy zakręcili gaz.

W łazience na górze myli zęby obok siebie. Monika w samych majtkach szukała w szafce nici dentystycznej, a Marek mówił do jej odbicia w lustrze, że paczka powinna dojść przed piątkiem, i trzymał szczoteczkę w kąciku ust jak fajkę. Na korytarzu pocałował ją w skroń.

— Dobranoc, Monia.

— Dobranoc, faraonie.

Pokój Moniki nadal nazywali gościnnym, choć od pięciu lat nie spał w nim żaden gość. Wcześniej, przez kilkanaście lat, był pokojem Zuzy i coś z tamtego czasu zostało w nim do dziś: firanka zawieszona na plastikowych żabkach, które córka już w liceum chciała wymienić na coś porządnego. To Monika przeniosła się tutaj pewnej zimy, kiedy po trzy razy w ciągu nocy budziła się spocona i otwierała okno na mróz, podczas gdy Marek chrapał tak mocno, że w szafie brzęczały wieszaki. Osobne pokoje miały być rozwiązaniem na kilka najgorszych tygodni, ale obojgu spało się lepiej, więc zostały.

Pomieszczenie było małe. Łóżko stało bokiem do okna, a obok niego krzesło, które wieczorami przyjmowało ubranie; grubszą zasłonę Monika zakładała tylko na zimę. Tej nocy jak zwykle uchyliła okno i położyła się na prawym boku, żeby oszczędzić kolano. Po kwadransie przez dwoje zamkniętych drzwi dotarło do niej równe chrapanie Marka. Po tym rytmie wiedziała, że leżał jak zawsze na plecach, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Nie musiała go widzieć.

W niedzielę po dwunastej Monika zniosła do samochodu słoik rosołu dla matki i nie mogła wyjechać. W poprzek chodnika, tuż przed ich bramą, stał biały dostawczak z naklejką wypożyczalni, wbity tyłem w wąską drogę, która od roku biegła wzdłuż ich płotu do nowego domu na tyłach. Wjechał krzywo. Prawe tylne koło stało na krawężniku, lewy bok miał dziesięć centymetrów do ich słupka, a z przodu zostawało mu pół metra do latarni. Za samochodem, na drodze, młody mężczyzna w szarej koszulce kierował cofaniem.

— Jeszcze! Jeszcze, jeszcze, dobrze idzie. Stop! Dobra, teraz kontra, w prawo. W moje prawo. Albo nie, czekaj...

Za kierownicą siedziała drobna kobieta i nie czekała. Przez przednią szybę Monika widziała, jak kręci: jedną dłonią, płasko, bez przekładania rąk, jak ktoś, kto robi to zawodowo. Dostawczak wyjechał przodem na środek ulicy, wyprostował się jednym ruchem i wtoczył się tyłem w wąski wjazd bez zatrzymania, równo, w odległości dłoni od słupka. Mężczyzna jeszcze pokazywał coś w stronę lusterka, kiedy samochód stał już tam, gdzie powinien.

— No — powiedział. — Albo tak.

Podszedł pierwszy. Z bliska był młodszy, niż się wydawał zza samochodu, i miał lewe przedramię wyraźnie ciemniejsze od prawego.

— Dzień dobry, przepraszamy strasznie. Pani chciała wyjechać?

— Za chwilę.

— Już nas nie ma, dwie minuty, tylko zdejmiemy łóżko. W wypożyczalni dali nam dłuższego, niż zamawialiśmy, w umowie było L2, a przyjechało L3, a to jednak robi różnicę na takim wjeździe, sama pani widzi. — Wyciągnął rękę. — Olek. Jesteśmy z tyłu, z nowego.

— Monika. Domyśliłam się.

Roześmiał się, jakby to był dobry żart. Może był.

— Państwo tu długo mieszkają?

— Dwadzieścia trzy lata.

— O, to pani zna tu każdy kamień. My kupowaliśmy z planu i w planie ten wjazd miał trzy metry. Mierzyłem w czerwcu, ma dwa osiemdziesiąt pięć. Niby nic, ale przy L3…

— Przy L3 robi różnicę — powiedziała Monika.

Kobieta zeskoczyła z wysokiego stopnia kabiny i obeszła samochód. Była prawie o głowę niższa od Moniki, drobna i żylasta, w dżinsach i bluzie z podwiniętymi rękawami, z mocnymi przedramionami i grzywką przyciętą krzywo, chyba własnoręcznie.

— Dzień dobry. Maja. — Skinęła głową. — Przepraszam za to. Kiedy tu przyjeżdża śmieciarka? Kubły dowiozą nam w środę i nie wiem, czy wystawiać je przed bramę, czy biorą z posesji.

— Z posesji nie biorą. Wystawia się wieczorem przed bramę. Zmieszane we wtorki, segregowane co drugi czwartek. Harmonogram jest w internecie, ale w zeszłym roku dwa razy się w nim pomylili, więc lepiej patrzeć, kiedy wystawiają sąsiedzi.

Maja kiwnęła głową.

— Dobra. Dziękuję. — Odwróciła się. — Olek, łóżko.

Olek zasalutował dwoma palcami i już w drodze do tyłu samochodu powiedział jeszcze przez ramię:

— Miło było. To znaczy, na pewno będziemy się widywać, siłą rzeczy, w końcu sąsiedzi.

Stelaż i materac zdjęli w dziesięć minut. Maja szła tyłem, Olek przodem i co kilka kroków pytał, czy dobrze; przy materacu zamienili się bez słowa. Kiedy Monika wyjeżdżała o wpół do pierwszej, Olek pomachał jej z drogi obiema rękami.

Matka zjadła rosół, uznała, że jest za słony, a potem nie chciała powiedzieć, kto pomógł jej przestawić komodę, z czego wynikało, że nie pomógł nikt. Monika przesunęła mebel z powrotem, bo zasłaniał gniazdko od lampy, i zostawiła w lodówce trzy pudełka z obiadami, każde podpisane dniem tygodnia.

Monika wróciła przed piątą, kiedy dostawczaka nie było już przed domem. Na górze zdjęła pranie z suszarki i podczas składania poszewki spojrzała przez okno swojego pokoju.

Nowy dom stał za ich ogrodem od zimy, biały, kanciasty, z grafitowymi ramami okien, i Monika zdążyła się do niego przyzwyczaić jak do każdej budowy za płotem: najpierw przeszkadzał, potem po prostu był. Po skosie, przez ich ogród i kawałek tamtej działki, miała do niego dwadzieścia parę metrów. Teraz był w nim ruch. W narożnym oknie na piętrze, najbliższym ich ogrodu, ktoś przeszedł z kartonem i zniknął. Okno nie miało ani firanki, ani rolety. W rogu szyby został biały prostokąt fabrycznej naklejki. Dolny róg zasłaniały gałęzie starej gruszy, która została po dawnym ogrodzie, kiedy dzielono działkę. Za szybą widać było kawałek jasnej ściany i kartony.

Powieszą coś do końca tygodnia, pomyślała. Wszyscy wieszają. Oni sami, dwadzieścia trzy lata temu, przez pierwsze dwa miesiące przybijali w sypialni prześcieradło gwoździkami do framugi, bo zamówione żaluzje przyszły w złym wymiarze. A jeśli tamci nie powieszą, to ich sprawa. Strzepnęła poszewkę, złożyła ją na pół i zeszła na dół zrobić kolację.

Marek poszedł na górę przed dziesiątą, bo w poniedziałek o siódmej miał być w hotelu w Swarzędzu, gdzie od tygodnia ciekła zmywarka tunelowa i nikt poza nim nie umiał powiedzieć dlaczego. Monika wyprasowała bluzkę na jutro, sprawdziła, czy w torebce ma identyfikator, i weszła na górę kwadrans po dziesiątej.

W pokoju zapaliła górne światło, przebrała się w koszulkę do spania i zgasiła je, zanim podeszła do okna. We wrześniu inaczej się nie dało: przy zapalonym świetle do pokoju wlatywało wszystko, co żyło w ogrodzie, a potem do rana obijało się o sufit. Uchyliła okno i sięgnęła po firankę.

W nowym domu paliło się światło w narożnym oknie na piętrze. Pokój był jasny tak, jak bywają jasne pokoje w pierwszą noc po przeprowadzce: pod sufitem wisiała na kablu goła żarówka i w jej ostrym, równym świetle stały kartony, a o ścianę opierała się długa deska, może bok szafy. Zdążyła pomyśleć, że w niedzielę po dziesiątej rozsądni ludzie już się nie rozpakowują. Tyłem do okna, tuż przy szybie, stał Olek.

Poznała go po barkach. Był bez koszulki, nagi tak daleko, jak sięgało okno; niżej zaczynał się parapet i ciemna ściana domu. Musiał coś mówić do kogoś w głębi pokoju, bo ruszał głową i jedną ręką pokazywał sufit, potem kartony, potem znowu sufit, jak człowiek, który objaśnia, gdzie co będzie stało. Monika stała w samej koszulce, z firanką w ręce, i od uchylonego okna ciągnęło jej po łydkach chłodem. Miała już zasuwać.

Z głębi podeszła do niego Maja. Była w jasnej koszulce i przy nim wydawała się jeszcze mniejsza niż przy samochodzie; kiedy stanęła przed nim, zasłonił ją prawie całą. Monika widziała tylko jej łokcie, które podniosły się po obu stronach jego żeber, i czubek głowy przy jego ramieniu. Ręka Olka, ta od sufitu, zatrzymała się w powietrzu.

Potem dłonie Mai wyszły zza jego boków i rozłożyły się szeroko na łopatkach. Zaczęły schodzić w dół po obu stronach kręgosłupa, wolno i z naciskiem, pewnie, jak po czymś, co znały na pamięć, do talii i do miejsca, gdzie kończyło się okno, a potem dalej, za parapet, gdzie Monika nie mogła już za nimi pójść. Ręka Olka opadła. Jego głowa odchyliła się do tyłu, w stronę szyby, i tak została.

Monika poczuła to, zanim cokolwiek pomyślała: krótki, ciężki skurcz nisko w brzuchu, taki jak wtedy, kiedy na schodach stawia się nogę o jeden stopień za wcześnie. Nie zasunęła firanki. Stała z nią w garści i nie wiedziała, ile to trwało; dość długo, żeby Maja zdążyła cofnąć się o pół kroku, ściągnąć koszulkę przez głowę skrzyżowanymi rękami i odrzucić ją gdzieś na kartony. Przez sekundę widać ją było całą, do linii parapetu: nagą, drobną, z rękami jeszcze w górze. Potem znowu przywarła do niego i jej twarz wysunęła się na moment zza jego ramienia, od strony pokoju, tak że Monika zobaczyła ją z profilu: ciemny kontur pod światło żarówki, zwrócony w bok, wzdłuż szkła, które od ich strony musiało być czarne i pokazywać im tylko ich samych i tę żarówkę. Ręce Mai znowu zeszły w dół. Jej łokcie i barki poruszały się teraz w krótkim, równym rytmie, a to, co ten rytm robił, działo się poniżej parapetu, za ścianą i za ciemnymi liśćmi gruszy, i z tego Monika nie widziała nic.

Puściła firankę. Żabki przejechały po karniszu z krótkim plastikowym grzechotem, który w ciemnym pokoju zabrzmiał głośno, jak coś, co ktoś mógł usłyszeć, i Monika cofnęła się od okna tyłem, dwa kroki, aż łydką trafiła na krawędź łóżka. Usiadła. Lewe kolano zabolało przy zgięciu, czysto i zwyczajnie, i przez moment była mu za to wdzięczna.

Najpierw policzyła, co się dało policzyć. Jej pokój był ciemny. Wiedziała, jak to działa, z własnej kuchni: wieczorem, przy zapalonym świetle, w oknie nad zlewem widziała tylko siebie i lodówkę, a ogród przestawał istnieć. Tamto okno było zamknięte, do tego ponad dwadzieścia metrów. Żabek nikt nie mógł usłyszeć. Na stoliku stała szklanka wody przyniesiona na noc i Monika wypiła połowę. Woda była letnia i niczego nie zmieniła.

Siedziała w ciemności z dłońmi na udach. Twarz miała gorącą, a ręce zimne. Sutki stwardniały i przy każdym oddechu ocierały się o bawełnę koszulki, a niżej, w podbrzuszu i w kroczu, trzymało ją ciężkie, tępe napięcie, które nie mijało, chociaż okno miała za plecami i patrzyła na drzwi szafy. Wiedziała, co to jest. Nie była na tyle głupia, żeby udawać przed sobą, że nie wie.

No dobrze. Młody chłopak, goły do pasa, w pełnym świetle, z takimi plecami. Każda kobieta, która by to zobaczyła, poczułaby coś i nie musiałaby się z tego nikomu tłumaczyć, a już na pewno nie sobie. Olek, ten od L2 i L3, który pokazywał Mai, w które prawo. To dawało się zrozumieć i dawało się odłożyć, więc Monika odłożyła to tak, jak było: chłopak, plecy, światło, nic więcej.

Położyła się na plecach i spróbowała pomyśleć o jutrze: o ósmej otwarcie ofert na rękawice nitrylowe, trzech wykonawców, z czego jeden na pewno z błędem w formularzu. Pomogło na tyle, na ile mogło. Zamknęła oczy. Plecy Olka wróciły, tak jak powinny. Wróciły jednak razem z dłońmi, które po nich schodziły, wolno, z naciskiem, po obu stronach kręgosłupa, z szybkim ruchem skrzyżowanych rąk, którym ściąga się koszulkę po bieganiu, bez pozowania, i z profilem zwróconym wzdłuż szyby, czarnej od ich strony, przez tę jedną chwilę, zanim profil znowu zniknął za jego ramieniem. Monika otworzyła oczy.

Firanka nie zasunęła się do końca. Między nią a framugą została szpara na szerokość dłoni i przez nią, z poduszki, Monika widziała kawałek nieba nad ogrodem, a niżej wierzchołek gruszy, jaśniejszy od strony tamtego okna. Nie wstała, żeby zasunąć. Leżała z rękami wzdłuż ciała i czuła to dalej, coraz słabiej, ale nie do końca. Tuż po wpół do dwunastej grusza zrobiła się ciemna jak reszta ogrodu. Wtedy Monika wstała, zasunęła firankę, nie patrząc przez nią, i położyła się na prawym boku, żeby nie obciążać kolana.ROZDZIAŁ 2

W poniedziałek o ósmej otwierali oferty na rękawice, akurat w tej sali na trzecim piętrze, w której od czerwca nie działała klimatyzacja. Przy drugiej z trzech Monika zatrzymała się o pół sekundy dłużej, niż było trzeba: w rubryce za sztukę wykonawca wpisał cenę całego opakowania. Zapisała to w protokole jednym zdaniem, bez przymiotników, a przewodniczący spojrzał na nią znad okularów tak, jak od lat patrzyli na nią przewodniczący komisji, kiedy znowu miała rację.

Reszta tygodnia w pracy szła podobnie. W czwartek wyszła o czwartej i nie zostawiła na biurku niczego, co nie mogło poczekać do rana.

W domu przez cały tydzień przebierała się w łazience, a firankę, zasuniętą od niedzieli, zostawiała tak także w dzień, choć latem nigdy tego nie robiła. Pierwszy raz od maja spała przy zamkniętym oknie. Budziła się koło trzeciej z mokrym karkiem, odrzucała kołdrę i leżała bez niej, dopóki pot nie wysechł i nie zrobiło jej się zimno. Do klamki miała dwa kroki, ale ani razu nie wstała.

Przez firankę i tak było widać, czy tamto okno się świeci, tak jak przez zamknięte powieki widać, czy w pokoju pali się lampa. W poniedziałek jasna plama po lewej stronie trzymała się prawie do północy. We wtorek zgasła przed dziesiątą. W środę Monika położyła się twarzą do ściany, z poduszką podciągniętą pod policzek, i słuchała, jak Marek płucze w łazience gardło. Po godzinie przewróciła się na drugi bok i plama była na swoim miejscu.

W czwartek wieczorem Marek rozłożył na kuchennym stole ofertę z Warszawy, wydruk z banku i kartkę w kratkę z przekreślonymi rachunkami. Monika przyciągnęła okulary na sznurku i założyła je.

— Są trzy wyjścia — powiedział. — Sprzedajemy obaj i ja jeszcze rok jeżdżę do klientów jako ich człowiek. Albo odkupuję od Ryśka jego połowę. Albo mówię Ryśkowi, że nie, i on wtedy… — Machnął ręką. — No właśnie nie wiem, co on wtedy.

— A ten rok u nich?

— Rok to rok. Jeżdżę do tych samych ludzi co teraz, tylko w ich polarze, i co miesiąc piszę raport, którego nikt nie czyta.

— Ile wychodzi wykup?

Pokazał palcem rubrykę na wydruku. Monika odsunęła wydruk od mokrego kółka po kubku, przeczytała ratę dwa razy i zdjęła okulary.

— Dziesięć lat — powiedział Marek. — Miałbym sześćdziesiąt siedem.

— To jest bez ubezpieczenia — powiedziała Monika. — Zanim usiądziesz z Ryśkiem, zajrzyj do umowy spółki, co tam jest o sprzedaży, i niech księgowa policzy wykup na waszych liczbach, a nie na przykładzie z banku.

Marek zapisał to pod przekreślonymi rachunkami i podkreślił dwa razy. Potem zebrał papiery i wyrównał je, stukając kantem o stół. Nie podnosząc głowy, powiedział, że Rysiek już w maju kupił działkę pod Murowaną.

— To on już wybrał — powiedziała Monika.

— On tak.

Postukał jeszcze papierami o stół, chociaż były już równe.

Poszedł na górę o wpół do jedenastej. Monika wytarła czysty stół. Rozładowała zmywarkę, która mogła poczekać do rana, i nasypała kawy do ekspresu, chociaż zawsze robił to Marek. Na górę weszła po jedenastej, prosto do łazienki. Rano kartka w kratkę leżała przy ekspresie. Pod podwójną kreską Marek dopisał, że księgowa policzy wykup do środy, a umowa spółki leży u niego w samochodzie.

W piątek o trzeciej zeszła z Grażyną z apteki szpitalnej na rampę za magazynem. Od jedenastu lat paliły tam razem, raz w tygodniu, po jednym. Grażyna opowiadała o wnuczce, która od poniedziałku chodziła do pierwszej klasy, a w środę przyniosła już uwagę w zeszycie, bo poprawiła panią przy wszystkich, i to słusznie. Monika śmiała się tam, gdzie należało, i paliła wolno, do samego filtra.

— A ci twoi nowi? Wprowadzili się?

— W niedzielę. Młodzi. Pytali, kiedy jeździ śmieciarka.

— No to porządni — powiedziała Grażyna i zgasiła papierosa o barierkę.

Monika zgasiła swojego obok. Potem, jak co piątek, zjadła w windzie miętówkę i umyła ręce w toalecie na parterze, dwa razy, szpitalnym mydłem z dozownika, które pachniało mocniej niż dym.

* * *

W piątek Marek zasnął przed telewizorem, obudził się dopiero na reklamach, poszedł docisnąć furtkę i przed dziesiątą był już u siebie. Monika przebrała się w łazience, zgasiła światło na korytarzu i za kwadrans jedenasta weszła do swojego pokoju. Pod górnym światłem zdjęła zegarek, położyła go na krześle i dopiero wtedy spojrzała na firankę. Po lewej stronie materiału przeświecała jasna plama.

Stała przy włączniku z palcami opartymi na plastiku. W piątki czytała w łóżku do północy, ale teraz wróciła do drzwi, pozostawionych za sobą na szerokość dłoni, i zamknęła je, przytrzymując klamkę, żeby zamek nie szczęknął. Dopiero potem zgasiła światło. Okna nie otworzyła.

Do okna przeszła po ciemku, mijając krzesło po prawej i kant łóżka po lewej. Odsunęła brzeg firanki na szerokość twarzy i przytrzymała materiał przy samym karniszu, żeby żabki nie przejechały po szynie, po czym stanęła pół kroku od szyby.

Pokój po drugiej stronie był jasny i pusty. Deska, która w niedzielę opierała się o ścianę, była teraz bokiem szafy, postawionej wzdłuż ściany prostopadłej do okna. Monika widziała szafę z ukosa, razem z czymś ciemnym na wieszaku zaczepionym o drzwi. Kartonów zostało niewiele. Żarówka dalej wisiała goła. W niedzielę Monika stała w tym samym miejscu z firanką w ręku, bo chciała ją zasunąć. Teraz trzymała ją tak, żeby się nie zsunęła.

Jeśli do sześćdziesięciu nikt nie wejdzie, położy się. Liczyła w głowie równo, bez pośpiechu. Przy czterdziestu na dole włączyła się lodówka; jej ciche brzęczenie słychać było na górze tylko w nocy. Przy sześćdziesięciu pokój po drugiej stronie był nadal pusty. Brzeg firanki miała zwinięty w palcach i czuła pod kciukiem obszyty szew. Nie puściła go. Zaczęła liczyć od nowa i gdzieś przy drugiej trzydziestce przestała.

Z pokoju Marka dobiegło chrapanie, z początku nierówne, po chwili już spokojne. Wtedy po drugiej stronie pojawił się Olek i zajął się drzwiami szafy, których prawe skrzydło wisiało niżej od lewego — widać to było nawet stąd. Otwierał je i przymykał, przykucał, znikał za parapetem, a po wstaniu próbował znowu; za którymś razem przytrzymał skrzydło kolanem, innym razem odsunął się o krok i długo patrzył na nie z przechyloną głową.

Maja weszła później, w długiej jasnej koszulce. Przez chwilę stała nieruchomo w głębi pokoju, zwrócona w jego stronę, i musiała coś powiedzieć, bo Olek przerwał pracę i odwrócił ku niej głowę, zanim ponownie zajął się drzwiami. Monika znała takie stanie: tak się czeka, kiedy ktoś robi coś źle i powinien sam to wreszcie zobaczyć. Maja nie doczekała się; podeszła do niego od tyłu i wsunęła mu ręce pod koszulkę.

Z tej odległości wszystko złożyło się w jeden ruch: przedramiona Mai zniknęły pod materiałem, koszulka podjechała w górę pleców Olka, a on wyprostował się i podniósł ręce, pozwalając jej ściągnąć ją przez głowę. Maja musiała stanąć na palcach. Kiedy się do niej odwrócił, ich głowy zeszły się w jedno, a jego dłonie odnalazły brzeg jej koszulki i pociągnęły go w górę. Tym razem to ona uniosła ręce prosto, nie krzyżując ich jak w niedzielę. Monika zaciskała palce na firance aż do bólu. Przez moment tamci stali oboje nadzy do linii parapetu, bokiem do okna — ona mniejsza o głowę, on pochylony nad nią — a za nimi na krzywo zawieszonych drzwiach szafy kołysał się wieszak z ciemnym ubraniem.

Potem przeszli w głąb, tam, gdzie musiało stać łóżko, i zeszli poniżej parapetu, najpierw ona, potem on.

Przez dłuższy czas w oknie był tylko pokój: szafa, ciemna rzecz na wieszaku, żarówka, kawałek jasnej ściany. Raz nad linią parapetu przesunął się łokieć. Raz czyjeś plecy uniosły się i opadły, zbyt szybko, żeby Monika poznała, czyje. Resztę zasłaniały ściana i dolne gałęzie gruszy. Patrzyła w pusty jasny prostokąt. W ustach miała sucho i kiedy przełknęła, usłyszała to we własnej głowie. Na ulicy trzasnęły drzwi samochodu, ktoś długo szukał kluczy, pies za którymś płotem szczeknął dwa razy i zamilkł. Za płotem po prawej ktoś zgasił światło w łazience. Zegarek został na krześle i Monika nie miała pojęcia, która godzina. Raz chrapanie z pokoju Marka urwało się w pół oddechu. Stała bez ruchu, z dłonią w powietrzu, dopóki nie wróciło. Lodówka na dole dawno ucichła.

Kiedy plecy zniknęły po raz drugi i przez dłuższą chwilę nic się nie pojawiało, Monika cofnęła się od szyby o krok, pozwalając firance wysunąć się do połowy z palców. Krzesło stało metr dalej; gdyby na nim usiadła, widziałaby mniej, bo parapet uciąłby wszystko, co działo się niżej. Nad jego linią przesunęło się jednak czyjeś ramię i zanim zdążyła podjąć decyzję, znowu stała przy szybie. Przy tym kroku odezwało się kolano.

Stopy zmarzły jej na panelach, a lewe kolano zaczęło ciągnąć, więc przeniosła ciężar na prawą nogę i oparła dłoń na chłodnym, plastikowym parapecie. Pochyliła się bliżej, niż zamierzała; na szybie, na wysokości jej ust, pojawiła się szara plama oddechu. Kiedy się cofnęła, plama zmalała i zniknęła. W niedzielę była pewna, że do końca tygodnia coś powieszą. Teraz był piątek, okno wciąż pozostawało odsłonięte, a ona została przy szybie.

Potem wstali. Najpierw nad parapetem pojawiła się głowa Olka, potem jego plecy, potem Maja. Stanęli przy szafie bokiem do okna i Monika widziała ich oboje z profilu, od głów do bioder, gdzie zaczynał się parapet i ciemne liście gruszy. Maja stała twarzą do szafy, z dłońmi płasko na jej drzwiach. Olek stał za nią, pochylony. Ruszali się razem, krótko i równo. Z dwudziestu metrów był to sam rytm: dwie głowy, jedna nad drugą, dwa ciała w jednym ruchu. Raz po raz ręka Mai odrywała się od szafy, sięgała przez ramię za siebie i zaciskała się na jego karku.

Monika próbowała patrzeć wyłącznie na szerokie plecy Olka, poruszające się równym rytmem, i przez kilka oddechów jej się to udawało. Potem ręka Mai ponownie powędrowała nad ramieniem i uwaga Moniki poszła za nią, zanim wróciła do pleców. Przy kolejnym ruchu raz wyglądało, że prowadził on, lecz gdy dłoń Mai zacisnęła się na jego karku i pociągnęła go w dół, do siebie, to ona nadawała rytm. Trwało to długo. W pokoju Marka skrzypnęło łóżko, a chrapanie zrobiło się wyższe i krótsze; tym razem Monika nie odwróciła głowy.

Firanka opierała się o jej ramię i przy każdym oddechu Monika czuła ją przez bawełnę. Dłoń przyciskała do parapetu tak mocno, że jego krawędź wrzynała się w poprzek palców. Od szyby ciągnęło chłodem na policzki, lecz pod nim twarz miała gorącą; sutki stwardniały i ocierały się o koszulkę, ilekroć nabierała głębiej powietrza. Przestępując z nogi na nogę, czuła też, jak bardzo jest mokra. Zacisnęła uda, zaraz je rozluźniła, ale niczego to nie zmieniło, podobnie jak zimno paneli pod stopami.

Na szybie znów pojawiła się szara plama oddechu. Tym razem Monika się nie cofnęła, tylko starła ją bokiem dłoni, a wilgoć wytarła o koszulkę. Przez chwilę kołysała się lekko na piętach, w rytmie dwojga ludzi po drugiej stronie, zanim zmusiła się do bezruchu. Gdyby ktoś zapalił teraz światło za jej plecami, zobaczyłby kobietę w koszulce do spania, z ręką na parapecie, kiwającą się do cudzego okna.

Rytm przyspieszył, stał się krótszy, a potem nagle się urwał i Olek opadł czołem na ramię Mai. Zostali tak nieruchomo przez siedem oddechów Moniki. W końcu Maja odwróciła się w jego ramionach; chwilę stali przodem do siebie, oparci o szafę, a barki Olka drgały, jakby się śmiał. Maja odepchnęła go płaską dłonią i zniknęła w lewo, tam gdzie musiały być drzwi. Pozostawiony sam, przeciągnął się z rękami nad głową, schylił poniżej parapetu i wyprostował już z koszulką w dłoni. Zanim wyszedł, jeszcze dwa razy sprawdził drzwi szafy, otwierając je i zamykając.

Pokój był jasny i pusty jeszcze przez kilka minut. Potem światło zgasło. Nikogo nie było widać, więc ktoś musiał je zgasić od drzwi. Monika postała chwilę w ciemności z brzegiem firanki w palcach. Słyszała własny oddech, jeszcze szybki, i chrapanie Marka z drugiego pokoju. Palce zdrętwiały jej od trzymania. Kiedy je rozluźniła, w opuszkach poczuła mrowienie jak po niesieniu ciężkich siatek. Puściła firankę przy samym karniszu i żabki nie wydały żadnego dźwięku. Lewe kolano zesztywniało od stania. Zanim zrobiła pierwszy krok do łóżka, musiała je kilka razy zgiąć i wyprostować, trzymając się framugi.

* * *

Położyła się na plecach i przez jakiś czas nic nie robiła, czując nagle zmęczenie całym tygodniem. Zimne stopy wsunęła pod kołdrę, po czym odwróciła się twarzą do ściany, tak jak w środę. Wytrzymała w tej pozycji może minutę i znowu położyła się na plecach.

Robiła to czasem, kilka razy do roku, może częściej, nie liczyła: kiedy nie mogła zasnąć albo w niedzielę rano, zanim Marek zszedł do kuchni. Dwa palce, parę minut, sprawa załatwiona, jak przeciągnięcie się po długiej jeździe samochodem. Nie myślała przy tym o nikim, a jeśli już, to raczej o tym, że ktoś się nie spieszy.

Położyła dłoń na brzuchu przez koszulkę i przez chwilę czuła tylko jego ciepło oraz spokojne unoszenie się pod ręką. Potem wsunęła dłoń pod materiał, przesunęła ją po skórze i niżej, pod gumkę majtek, gdzie zatrzymała palce na włosach. Była mokra; przy oknie czuła wilgoć przez bawełnę, ale dopiero teraz, gdy zsunęła palce o centymetr, poczuła jak bardzo. Wargi miała śliskie i nabrzmiałe. Jedną ręką ściągnęła majtki do kolan, a dalej zepchnęła je prawą stopą, bo lewe kolano nie lubiło takich ruchów, po czym rozsunęła nogi — prawą zgiętą, lewą prostą.

Pomyślała o Olku, bo o kim miała myśleć. O jego plecach przy szafie. O tym, jak podniósł ręce, kiedy ściągano z niego koszulkę. O lewym przedramieniu ciemniejszym od prawego, które w niedzielę widziała z bliska, z włosami i z zegarkiem. Wyobraziła sobie to przedramię na swoim brzuchu, ciężkie i ciepłe. Palce wodziły po wargach w górę i w dół, bez pośpiechu, zbierając śliskość wyżej, wokół łechtaczki, jeszcze nie na nią. Raz przycisnęła za mocno i za szybko. Zrobiło się ostro, prawie nieprzyjemnie. Cofnęła palce i wróciła do szerokiego, wolnego ruchu, płasko, całymi opuszkami. Łechtaczka twardniała pod nimi i robiła się czulsza. Monika okrążała ją coraz ciaśniej. W ciszy pokoju słyszała cichy, mokry dźwięk własnych palców. Ciężar w podbrzuszu, ten sam co w niedzielę i dziś przy oknie, rósł i schodził niżej, pod palce.

Drugą ręką sięgnęła pod koszulkę, do piersi, ciężkiej i ciepłej od pościeli, i wzięła sutek między palce. Kiedy go ścisnęła, w dole brzucha zacisnęło się krótko, aż pod drugą ręką, i palce na dole przyspieszyły. Nie zwolniła ich.

W myślach stała przy tamtej szafie, z dłońmi płasko na krzywych drzwiach i z Olkiem za plecami, czując jego ciężar oraz oddech na karku. Przedramię z zegarkiem obejmowało ją w pasie i zsuwało się niżej, podczas gdy jej własne palce trzymały rytm. Wtedy jedna z dłoni opartych o szafę oderwała się od drzwi i sięgnęła przez ramię po jego kark. Była mniejsza od dłoni Moniki, osadzona na mocnym przedramieniu — ta sama, którą dziś widziała przez szybę.

Chciała jeszcze, żeby Olek odchylił głowę, tak jak w niedzielę przy oknie, i w jej wyobraźni zrobił to od razu. Wraz z tym ruchem wróciły jednak dłonie, przez które odchylił ją wtedy: rozłożone szeroko na łopatkach, schodzące z naciskiem po obu stronach kręgosłupa. Monika poczuła je wzdłuż własnych pleców, choć przecież na nich leżała, a przez chwilę zobaczyła również profil Mai zwrócony wzdłuż szyby, od tamtej strony czarnej. Spróbowała raz jeszcze zacząć od barków Olka i przedramienia z zegarkiem, lecz na jego barkach od razu pojawiły się tamte dłonie. Tym razem nie próbowała ich zdejmować.

Było jej gorąco. Podciągnęła koszulkę pod pachy i przesunęła palce na samą łechtaczkę. Pocierała ją mocniej, w kółko, potem krótko w górę i w dół. Biodra podniosły się pod rękę, pięty wbiła w materac. Lewe kolano ukłuło ostrzegawczo i Monika wyprostowała nogę do końca, nie zwalniając. Była tak mokra, że palce się ślizgały i musiała przyciskać mocniej, żeby czuć to, co chciała. Plecy, kark, przedramię, dłonie płasko na drzwiach szafy, profil przy szybie: wszystko naraz, w rytmie jej ręki. Przez chwilę nie oddychała. Potem doszła. Uda zacisnęły się na jej dłoni, plecy oderwały się od materaca. Pod palcami czuła skurcze, mocne i równe, jeden po drugim. Przez zaciśnięte zęby wyszedł z niej krótki dźwięk, który w zamkniętym pokoju zabrzmiał głośniej, niż chciała. Obróciła twarz w poduszkę i trzymała rękę tam, gdzie była, aż skurcze zrobiły się drobne i rzadkie. Potem ustały. Kiedy poruszyła palcami, drgnęła jeszcze raz i zostawiła rękę w spokoju.

Leżała z dłonią między udami i oddychała w poduszkę, czując pot zebrany pod piersiami i na karku. Koszulka zwinęła się pod pachami, a na plecach była mokra, więc obciągnęła ją, choć wilgotne pozostawało także prześcieradło i cały pokój wydawał się duszny. Marek chrapał równo, jak przedtem. Wyprostowane lewe kolano bolało tępo; Monika zgięła je powoli, sprawdzając, czy tym razem obejdzie się bez kłucia. Obejdzie się.

Wytarła palce w róg prześcieradła. Majtki znalazła w nogach łóżka, zaplątane w kołdrę, i założyła je po omacku. Potem naciągnęła kołdrę do pasa i leżała, aż kark przestał być mokry.ROZDZIAŁ 3

Lewe kółko kubła od wiosny zahaczało o krawędź płyty przy słupku bramy, więc na ostatnim metrze Monika przechylała kubeł i prowadziła go na jednym kole. Wróciła z pracy przed piątą i wystawiła go od razu, jeszcze w żakiecie, zanim zdążyła o nim zapomnieć.

Po drugiej stronie wjazdu Olek ustawiał swój, nowy, z folią jeszcze na zawiasie pokrywy. Odsunął się od niego o krok, popatrzył, przysunął go do krawężnika i znowu się odsunął. Był w koszulce polo z małym logo na piersi i w ciemnych spodniach od garnituru.

— Dzień dobry! — Ucieszył się na jej widok, jakby właśnie na nią czekał. — Mogę panią o coś zapytać? Bo my już sami nie wiemy.

Monika postawiła kubeł.

— Pierwszy raz wystawiamy i nie wiem, czy tak może zostać. Na wjeździe nie chciałem, bo wąsko. Maja mówi, że przesadzam, że wezmą, jak stoi.

Monika popatrzyła na jego kubeł. Stał przy krawężniku, uchwytem do płotu.

— Może zostać — powiedziała. — Tylko odwrócić uchwytem do ulicy. Łatwiej im go chwycić.

— No tak. No przecież. — Olek spojrzał na swój kubeł, potem na jej. — Dobrze, że zapytałem.

Obrócił kubeł jedną ręką. Zegarek zsunął mu się po przedramieniu aż do nadgarstka, a przedramię było ciemniejsze od drugiego, jak wtedy przy dostawczaku. Monika popatrzyła na pokrywę własnego kubła i poprawiła ją, chociaż leżała dobrze.

— Dwadzieścia trzy lata pani tu mieszka, to pani wie takie rzeczy — powiedział. Oparł się łokciem o pokrywę i zaraz się wyprostował, bo pokrywa ugięła się pod nim. — Ja dzisiaj miałem klienta pod Obornikami, który chce pompę ciepła, a na strychu nie ma ani centymetra wełny. Pół godziny mu tłumaczyłem, że najpierw ocieplenie. Z wykresami.

— I co?

— Powiedział, że się zastanowi.

Zaśmiał się trochę za głośno i popatrzył na nią. Monika się uśmiechnęła.

Od strony nowego domu zaszumiał silnik. Wąskim wjazdem, powoli, bo przy kubłach zostało niewiele miejsca, wyjechał mały granatowy samochód. Za kierownicą siedziała Maja, z włosami związanymi gumką. Mijając ich, podniosła dłoń znad kierownicy. Monika podniosła swoją. Olek pomachał obiema i zawołał w stronę zamkniętej szyby:

— Mleko! Weź mleko!

Maja kiwnęła głową, nie odwracając się, i skręciła w lewo.

— Nie słyszała — powiedział Olek i wsunął ręce do kieszeni. — No to dziękuję. Naprawdę.

Poszedł wjazdem do siebie. Koszulka przykleiła mu się do pleców w jednym miejscu, między łopatkami. Monika weszła do domu, zanim on doszedł do swoich drzwi.

* * *

Wieczorem weszła do swojego pokoju bez zapalania światła. Przebrała się przy łóżku, tyłem do okna, powiesiła bluzkę na krześle, a ponieważ w środku było duszno, uchyliła okno. Chłód napłynął do pokoju, lecz Monika nie odeszła od szyby.

Tamto okno wyglądało inaczej. Zamiast pokoju z szafą był w nim płaski, jasnoszary prostokąt, równo podświetlony od środka. Roleta. Po bokach, między materiałem a ramą, zostały wąskie paski ostrzejszego światła, szerszy z lewej. Za wąska o dobre trzy centymetry. Przez takie paski z tej odległości widać było tyle, że ktoś nie śpi. Zgasły przed jedenastą. Monika postała jeszcze przy uchylonym oknie, aż zziębły jej ręce, i dopiero wtedy się położyła.

Obudziła się przed piątą z mokrym karkiem. Odrzuciła kołdrę i podeszła otworzyć okno szerzej. Na dworze było ciemno. Nad drzwiami nowego domu paliła się lampa i w jej świetle, ponad płotem, Monika zobaczyła Maję w ciemnej kurtce, z torbą na ramieniu i z włosami ściągniętymi do tyłu. Maja otworzyła samochód, rzuciła torbę na siedzenie pasażera i wróciła pod drzwi sprawdzić klamkę. Potem wsiadła. Światła samochodu przesunęły się po płocie i zniknęły za rogiem domu. Do pracy, pomyślała Monika, bo po co innego wychodzi się przed piątą z torbą. Lampa nad drzwiami zgasła sama. Monika wróciła do łóżka i już nie zasnęła.

Przy kolacji Marek powiedział, że w czwartek zrobi wreszcie ten kran na dole, bo słychać go już z kuchni.

— Uszczelka leży w szufladzie z bateriami — powiedziała Monika.

— Wiem, gdzie leży.

Na górę poszła przed dziewiątą. Marek podniósł głowę znad telefonu, na którym odrabiał włoski.

— Już?

— Jutro wcześnie zaczynam.

Kiwnął głową i powiedział coś po włosku, chyba dobranoc.

Tego wieczoru roleta była podniesiona i pokój się świecił. Naklejki w rogu szyby już nie było. Monika usiadła na brzegu łóżka z książką na kolanach. Z łóżka widziała górną połowę tamtego okna: kawałek ściany, bok szafy, żarówkę. Długo nic się nie działo. Potem wszedł Olek, w koszulce, z naręczem czegoś ciemnego, i powiesił to w szafie, po jednej rzeczy. Zanim domknął prawe skrzydło, podniósł je za klamkę i domknęło się za pierwszym razem. Zgasił światło od drzwi. Nikt więcej nie przyszedł. Monika odłożyła książkę na krzesło, nieotwartą, i położyła się na prawym boku, twarzą do okna.

W środę wróciła z zakupami po szóstej, kiedy było jeszcze jasno. Olek stał na wjeździe przy otwartym bagażniku, w krótkich spodenkach i bluzie, i wrzucał do środka sportową torbę. Do uchwytu miał przywiązane za sznurówki korki, które obijały się o zderzak.

— Dzień dobry! — zawołał. — Wzięli! Wczoraj wzięli!

Pokazał jej kciuk i zatrzasnął bagażnik. Monika, z siatkami w obu rękach, kiwnęła głową.

Odjechał, zanim doszła do drzwi.

Wieczorem obejrzeli z Markiem dwa odcinki zamiast jednego, bo drugi włączył się sam, a żadne z nich nie sięgnęło po pilota. Monika zasnęła w połowie, z głową na oparciu kanapy, i Marek obudził ją przy napisach, ruszając jej stopą. Na górze położyła się od razu, przy firance zasuniętej od rana.

* * *

W czwartek Marek zjadł obiad w roboczych spodniach i od razu wyjął z szuflady uszczelkę.

— Za kwadrans zakręcisz mi wodę — powiedział. — Najpierw zdejmę pokrętło i zobaczę, jaką tam ma głowicę.

Skrzynkę z kluczami postawił przy drzwiach łazienki na dole. Monika poszła na górę przebrać się i zdjąć pranie. Na schodach było już szaro, więc zapaliła światło na korytarzu. W pokoju go nie zapalała; przez okno wchodziło jeszcze dość dnia, żeby zdjąć z suszarki ręczniki. Drzwi zostawiła otwarte.

Dwa ręczniki złożyła na łóżku. Z trzecim w rękach podeszła do okna. Firanka była zasunięta. Monika odsunęła jej brzeg dwoma palcami, na szerokość twarzy, i stanęła pół kroku za nią.

W nowym domu nie paliło się żadne światło. Roleta była w górze. Szyba tamtego okna była jaśniejsza od ściany, bo odbijało się w niej niebo zza ich dachu. Za tym odbiciem pokoju prawie nie było widać, tylko ciemniejszą plamę szafy. Liście gruszy były już czarne. Na dole Marek coś odkręcał, krótkimi szarpnięciami klucza.

Potem przy samej szybie, od środka, stanęła Maja. Monika poznała ją po wzroście i po wąskich ramionach; była w czymś jasnym. Maja patrzyła w bok, na swoją prawą rękę, którą podniosła do krawędzi okna, tam, gdzie musiał wisieć łańcuszek. Ręka się tam zatrzymała. Potem Maja podniosła głowę.

Monika widziała ją teraz od przodu, nie z profilu jak wtedy: jasną plamę twarzy bez rysów, ujętą z obu stron ciemnymi włosami. Maja patrzyła w tę stronę — na ogród, gruszę i ich pusty taras — a jej ręka zastygła przy łańcuszku. Na dole Marek upuścił na kafelki coś metalowego i krótko zaklął, lecz twarz po drugiej stronie pozostała zwrócona ku domowi Moniki.

Monika puściła brzeg firanki i cofnęła się o krok, w głąb pokoju, a zarazem w bok. Przez materiał wszystko wyglądało gorzej: szara szyba i stojący przy niej ciemny kształt. Zarys głowy przesunął się odrobinę w tę samą stronę co ona.

Potem roleta zaczęła opadać. Zjeżdżała krótkimi, równymi odcinkami, tak jak się ciągnie łańcuszek ręka za ręką, bez zatrzymywania. Zasłoniła głowę, ramiona, rękę przy krawędzi i stanęła na parapecie. Po chwili za nią zapaliło się światło. Okno zrobiło się płaskim jasnym prostokątem z dwoma paskami po bokach, szerszym z lewej.

Monika została na środku pokoju z ręcznikiem skręconym w obu dłoniach, jakby miała go wyżąć. Uszy paliły ją tak mocno, że oddychała przez otwarte usta. Sutki stwardniały, a kiedy zacisnęła uda, poczuła między nimi wilgoć.

Na podłodze, od drzwi aż pod okno, leżał jasny klin światła z korytarza. W nim był jej cień, długi, z ręcznikiem, i kończył się na firance.

Przesunęła się w bok, aż własny cień zszedł z firanki, po czym rzuciła ręcznik na łóżko, wyszła na korytarz i zgasiła światło. Przez chwilę stała w ciemności z dłonią na chłodnym plastiku włącznika; skórę miała wilgotną. Z tamtej strony, przez szybę i firankę, musiała być kobietą z ręcznikiem, obrysowaną jasnym prostokątem drzwi. Ile razy? W piątek drzwi były zamknięte, światło zgaszone, tego była pewna. Od schodów ciągnęło chłodem i przez mokry materiał majtek zrobiło jej się zimno.

— Monia! — zawołał Marek z dołu. — Zakręcisz główny?

— Już.

Zeszła po ciemku, za szybko, macając stopą każdy stopień. Na ostatnim strzeliło jej w lewym kolanie i złapała się poręczy. Zawór był pod schodami, w schowku za odkurzaczem. Zakręciła go do oporu i poszła do łazienki.

Marek siedział na brzegu wanny z głowicą kranu w jednej ręce i kluczem w drugiej. Na umywalce rozłożył stary ręcznik i ułożył na nim części w rzędzie, od największej.

— Zobacz.

Podał jej na dłoni starą uszczelkę. Była twarda, prawie jak plastik, i pęknięta.

— Tu jest pęknięta i tu — powiedziała Monika. — I zobacz, jak się spłaszczyła z jednej strony, tu jest cieńsza o połowę. To jeszcze ta z remontu. Ile to było, czternaście lat? Piętnaście. Nic dziwnego, że kapało. Piętnaście lat to i tak długo jak na uszczelkę.

Marek popatrzył na nią znad głowicy.

— Też ją widziałem — powiedział. — Daj, wyrzucę. — Wrzucił uszczelkę do kosza pod umywalką. — Zuza pisała. Ogórki doszły.

— Cały słoik?

— Cały.

Poszła do kuchni nastawić wodę na herbatę. Odkręciła kran nad zlewem. Kran zasyczał, wypluł kilka kropel i ucichł.

— Monia — zawołał Marek z łazienki. — Woda zakręcona.

— Wiem.

Stała z pustym czajnikiem w ręce. Z łazienki dochodziło skrzypienie gwintu i postukiwanie klucza o ceramikę, potem przestało.

— Puść — zawołał Marek.

Odstawiła czajnik.

— Monia, puść wodę.

Poszła pod schody i odkręciła zawór. Rury w ścianie stuknęły dwa razy. W łazience Marek odkręcił kran do końca, zakręcił go, wytarł wylewkę kawałkiem papieru toaletowego i patrzył na nią z pochyloną głową. Nic nie kapnęło.

— No — powiedział.

Zaczął zbierać klucze do skrzynki. Monika stała w drzwiach z ciężarem przeniesionym na prawą nogę.

— Kolano? — zapytał, nie podnosząc głowy.

— Na schodach.

— Po ciemku chodzisz. — Zatrzasnął skrzynkę. — Posmarować ci?

— Posmaruj.

Usiadła bokiem na kanapie, z lewą nogą na jego udzie. Marek wycisnął maść z tubki, rozsmarował ją między palcami i wcierał kciukami, oglądając początek odcinka. Kciuki chodziły trochę za nisko, pod rzepką, w miejscu, które nie bolało. Monika patrzyła w ekran i trzymała nogę bez ruchu.
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij