-
nowość
Gdy zginie pies - ebook
Gdy zginie pies - ebook
Latem 1997 roku powódź tysiąclecia pustoszy południe Polski. Gdy woda opada, Odra odsłania we Wrocławiu dokumenty pogrzebane przez dziesięciolecia. Kiedy pojawiają się pierwsze ciała, sprawę przejmuje komisarz policji, a wkrótce dołącza do niego ekscentryczna partnerka o niejasnej przeszłości. Nie wiedzą jeszcze, że prowadzone przez nich śledztwo sięga korzeniami ostatnich dni II wojny światowej i wydarzeń, które nigdy nie trafiły do podręczników historii. Ludzie, którzy przez dziesięciolecia pozostali w cieniu, gotowi są zabić, by pogrzebać prawdę.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788398235822 |
| Rozmiar pliku: | 16 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Uderzała w amoku, raz za razem, często pięściami. Jej oczy płonęły ogniem nienawiści, a ciemne włosy, zlepione potem, opadały na pergaminowo blade czoło. Na jej twarz bryzgały krople krwi, ciepłe i lepkie. Spływały po policzkach jak niechciany makijaż.
Pomieszczenie wypełniała metaliczna woń juchy. Jedyne światło dawała na wpół przepalona, tląca się jarzeniówka, migocząca nieregularnie. Z radia stojącego w rogu dobiegała przerywana trzaskami piosenka Erica Claptona „Wanna Make Love to You”. Był to znak, że w RMF FM właśnie zaczynała się nocna audycja JW23. Muzyka kontrastowała z dusznym od strachu i bólu powietrzem unoszącym się w pokoju. Nadawała scenie psychodeliczny, koszmarny klimat.
Krzesło z przywiązanym do niego mężczyzną cofało się pod naporem kolejnych uderzeń, rysując przy tym betonową posadzkę.
– Oko za oko, ząb za ząb… – wycedziła kobieta, ciężko dysząc. Ani na moment nie odrywała od ofiary płomiennych zielonych oczu.
Zakrwawiona twarz nie robiła na niej żadnego wrażenia. W jej głowie wciąż wracał obraz skatowanego owczarka niemieckiego.
– Jeszcze oddycha – stwierdziła z lekkim rozczarowaniem Klara. Policjantka w granatowym mundurze opierała się o stolik w rogu pomieszczenia. – Użyj sprzętu – dodała spokojnie, jakby obserwowała rutynową procedurę.
Alicja podeszła do niskiej metalowej szafki i wyjęła z niej kastet. Rozkoszując się strachem wyzierającym z zapuchniętych oczu, zaczęła powoli nakładać go na palce. Chwilę później pomieszczenie wypełnił głuchy dźwięk łamanej kości. Mężczyzna runął na betonową podłogę wraz z krzesłem. Kopniak w brzuch wyrwał z jego płuc resztki powietrza. Kaszląc, ochlapał jej buty krwią.
Przykucnęła przy nim.
– Nowe Martensy… – Obserwowała, jak żółte nici łączące cholewkę z podeszwą powoli nasiąkają krwią.
Kątem oka dostrzegła wystający z tylnej kieszeni jego jeansów foliowy woreczek z białą mazią. Bez wahania wyciągnęła go i uniosła w stronę lampy.
– Zobacz, co my tu mamy. – Mrugnęła do policjantki.
Ta zbliżyła się do nich. Wzięła woreczek i przyłożyła do nosa. Wsadziła do środka mały palec, a potem oblizała.
– Amfetamina… i to nie byle jaka – zauważyła Klara z lekkim zaskoczeniem. – Nie dość, że sadysta, to jeszcze narkoman.
Podeszła do metalowej szafki, wysypała zawartość na blat i wyjęła zza paska mały nożyk. W tym samym momencie Alicja podała jej już zrolowany niebieski banknot.
Chwilę później poczuły delikatny, przyjemny ucisk z tyłu głowy zapowiadający nadchodzącą falę euforii, która szybko rozeszła się po całym ciele.
– Chyba już czas – powiedziała przez lekko zatkany nos Klara, patrząc na nieprzytomnego mężczyznę. – Czyń swoją powinność, Alicjo.
Kobieta wyciągnęła z kabury swojego Glocka 17 i podeszła do ofiary, jednak z każdym krokiem pewność jej ruchów spadała, co nie umknęło uwadze policjantki.
– No co jest? Wiesz, co zrobił temu psu?
– Tak, wiem… tylko tym razem było wielu świadków. Pewnie będą pytać…
– Co z tego, że będą pytać? – warknęła zirytowana Klara. – I tak masz fory u starego.
– Niby tak – odparła z nutą niepewności.
Mimo grubych betonowych ścian pustostanu dobiegł ich dźwięk samochodu gwałtownie hamującego na żwirowej nawierzchni.
Klara uśmiechnęła się do Alicji i tanecznym krokiem, w rytm trzeszczącej z radia muzyki zbliżyła się do leżącego mężczyzny. Stanęła naprzeciwko niej, po drugiej stronie ofiary. Sprawnym ruchem wyjęła swój pistolet i wymierzyła w zmasakrowaną twarz.
Dźwięk zbliżających się kroków przybierał na sile. Chwilę później do pomieszczenia wpadł postawny mężczyzna.
– Alicja! Nie!
Obie spojrzały w jego stronę i w tym samym momencie pomieszczenie wypełnił huk wystrzału.
Plama krwi wokół ciała zaczęła się powiększać.
– Za późno – skwitowała Klara, udając, że zdmuchuje resztki prochu z lufy pistoletu. – Ty to chyba z samej komendy tu biegłeś – dodała rozbawiona, patrząc na zdyszanego faceta.
– No to mamy przejebane. – Mężczyzna patrzył na denata.
– Diabeł, wyluzuj. W razie czego wszystko biorę na siebie. A teraz pomóż mi go zapakować – powiedziała Alicja.
– Chyba żartujesz? Nie chcę wylądować na służbie gdzieś w Koziej Wólce.
– Partnerce, i do tego kobiecie, nie pomożesz? – wtórowała Klara.
Blask pełni księżyca oświetlał prowizoryczną, żwirową drogę prowadzącą z pustostanu. W jego cieniu majaczyło jeszcze kilka opuszczonych betonowych budynków, przypominających pozostałości po pegeerowskim dobytku.
Na podjeździe stały dwa nieoznakowane Ople Vectra. W stronę jednego z nich zmierzały postacie, niosąc ciało szczelnie owinięte folią, która powstrzymywała wyciek krwi. Kamyki osuwały się spod ich butów, wydając suchy, krótki zgrzyt niosący się między drzewami.
Położyli zwłoki na ziemi za samochodem. Diabeł uniósł klapę bagażnika. Bez słowa, bez wahania wrzucili denata do środka jak worek ziemniaków.
Wsiedli do samochodu, a ryk przegazowanego silnika ponownie rozdarł nocną ciszę.
Diabeł prowadził szybko, nie zważając na wyboje. Autem szarpało na każdej koleinie. Dwa tygodnie wcześniej południową Polskę nawiedziła katastrofalna powódź, która dobiła i tak słabą już infrastrukturę.
– Zwolnij trochę, bo zaraz gość nam wyleci – powiedziała Alicja, kurczowo trzymając się uchwytu nad drzwiami pasażera.
Nie odpowiedział i nie zwolnił, tylko mocniej zacisnął dłonie na kierownicy.
Po chwili wjechali na „betonówkę” – poniemiecką autostradę, która autostradą była już tylko z nazwy. Przez parę kilometrów podskakiwali na łączeniach betonowych płyt, aż w końcu na węźle w Kostomłotach zjechali na krajową piątkę. Po powodzi droga prowadząca na południe wciąż była spękana i pokryta błotem.
Alicja odpaliła papierosa i podkręciła radio. Z głośników popłynął niski, chropowaty jęk gitary. Ciężki bluesowy rytm pulsował powoli. Dym papierosa wydawał się tańczyć w powietrzu, zanim uleciał przez uchylone okno.
Muzyka w obecnej sytuacji była dziwnie kojąca. W przeciwieństwie do wnętrza samochodu wypełnionego napięciem i adrenaliną.
– Dlaczego go odjebałaś? Przecież mogłaś go tylko połamać. – Diabeł ściszył radio.
– O, a już się bałam, że wpadłeś w mutyzm1 – odpowiedziała Alicja, rzucając mu krótkie spojrzenie. – Widziałeś, co zrobił temu psu…
– Daj spokój – przerwał poirytowany. – Sama mówisz: oko za oko, ząb za ząb. Ale ty go zajebałaś, rozumiesz? – Spojrzał na nią przelotnie. – Biały dzień, ludzie dookoła, a my jak milicja pałujemy gościa. Teraz on znika. Jutro wszyscy będą spuszczać się nad brutalnością policji.
Alicja cierpliwie słuchała wywodu partnera. Czuła mieszankę adrenaliny, poczucia winy i dziwnej satysfakcji, która górowała nad innymi uczuciami. Impuls i chęć zemsty pokonały rozsądek. Wiedziała, że teraz może ponieść konsekwencje.
Pełnia księżyca oświetlała pola i małe gaiki po obu stronach drogi. Co jakiś czas w mroku zapalały się oczy, które po chwili znikały w gęst-winie, gdy samochód zbliżał się do pobocza.
Jechali nieco ponad godzinę. Minęli kilka wiosek i miasteczek. W końcu skręcili w prawo na utwardzoną dróżkę prowadzącą na polanę, pośrodku której stał duży nieotynkowany dom z szarych pustaków. Gdzieniegdzie w otwory okienne wmurowano czerwone cegły, a dwuspadowy dach kryty był eternitem. Niechlujny ogród otoczony prowizorycznie postawioną siatką skrywał zarośnięte trawą wraki samochodów oraz sterty innego złomu połyskującego w świetle księżyca. Drzewa rosnące w przypadkowych miejscach przysłaniały budynek od strony drogi, od której ciągnęły się kable, zwinięte w zwoje przy ścianie.
Mimo że dobiegała północ, parter był oświetlony.
Diabeł ze względu na wciąż podmokłą dróżkę zatrzymał samochód na początku polany w odległości około stu pięćdziesięciu metrów od domu.
Na powitanie podbiegły do nich dwa wielkie wilczury. Gdy poczuły znajome zapachy, zatrzymały się i zamerdały ogonami.
– Kajfasz! Zeta! – krzyknął ktoś, otwierając drzwi.
Z domu wyszedł szczupły mężczyzna w luźnej koszuli, z pełną brodą i przydługimi włosami. W jednej dłoni trzymał pistolet, w drugiej – latarkę, którą oświetlał samochód.
– Witam szanownych państwa komisarzy – powiedział donośnym, fałszywie uprzejmym głosem.
Podał broń osobie stojącej za drzwiami i wyłączył latarkę.
– Domyślam się, po porze, że sprawa nie cierpi zwłoki.
– Ale ty, Brian, jesteś domyślny – rzuciła Alicja, puszczając przy tym oko.
– Więc? W czym mogę pomóc? – zapytał, stojąc w drzwiach.
– Podejdź do nas. Nie będziemy do siebie krzyczeć. – Zaprosiła mężczyznę gestem dłoni.
Brian zbliżył się do furtki. Nie wisiała na zawiasach, więc przestawił ją obok i stanął przy nich na wyciągnięcie ręki.
W blasku księżyca jego twarz przypominała kredową maskę – blada, napięta, z cieniami pod oczami. Wyglądał jak człowiek, którego życie dawno opuściło, zostawiając tylko skorupę.
Cała trójka podeszła do bagażnika, wymienili wymowne spojrzenia, po czym Diabeł go otworzył.
– Ja jestem tobą, a ty jesteś mną. Tylko z innej perspektywy – powiedział Brian, widząc zwłoki.
– Panowie, proszę. – Alicja wskazała wnętrze bagażnika.
Spod obwisłej koszuli Brian wyciągnął nóż. Policjantka błyskawicznie wytrąciła mu go z dłoni i chwyciła za nadgarstek. Wykorzystując dźwignię, sprawiła, że ukląkł i ryknął z bólu.
W jednej chwili z domu wybiegła grupka uzbrojonych w karabiny i maczety ludzi.
– Chciałem tylko rozciąć folię – jęknął Brian.
– Po co? W bagażniku? – zaprotestował Diabeł.
Alicja zwolniła uchwyt, a mężczyzna wstał i uspokoił domowników gestem ręki.
– Widzę, że kościół ci się powiększa – stwierdziła policjantka, spoglądając na ludzi przed budynkiem.
– Tak. Dla was też nie jest za późno na zbawienie – odpowiedział, trzymając się za nadgarstek.
Mężczyźni wyciągnęli ciało. Wlokąc je po ziemi, skierowali się na tyły domu. Z każdym krokiem dobiegały ich coraz głośniejsze złowrogie piski. Zatrzymali się przy zardzewiałych drzwiach przypominających zsyp na węgiel.
Alicja odeszła nieco dalej i zasłoniła rękawem nos.
Położyli trupa na trawie, a Brian ściągnął równie zardzewiały łańcuch i otworzył drzwiczki. Odór zgnilizny uderzył ich w nozdrza. Na dnie wiły się setki wielkich szczurów, a wokół leżały rozrzucone części ciał i kości. Piski były przerażająco głośne. Brian błyskawicznie rozciął folię i zdarł ją z nieboszczyka, którego po chwili razem z Diabłem wrzucili do środka. I szybko zamknęli wrota.
Brian przetarł czoło rękawem. Dyszał przy tym. Pokazał na folię.
– Nie chcę, żeby pozdychały tak jak ostatnio, kiedy wleciał gość z płaszczem. Zjadły guziki i kilka mi padło.
Policjanci skinęli do siebie porozumiewawczo głowami. Bez słowa ruszyli do swojego samochodu. Chwilę później wracali już krajową piątką w stronę Wrocławia.
Dźwięk dzwonów salezjańskiego Kościoła Świętego Michała Archanioła niósł się po okolicy, nawołując wiernych na poranną mszę.
Przez uchylone w sypialni okno do mieszkania wlewało się chłodne rześkie powietrze. Alicja, walcząc z własnym ciałem, wyrwała się z narkotycznego letargu. Serce wciąż biło zbyt szybko, a skóra lepiła się od potu. Podbiegła do okna i zamknęła je z impetem, aż szyba krótko zadźwięczała w ramie. Potem, powłócząc nogami, przeszła do łazienki.
– Kurwa, gdzie one są… – wyszeptała, wysypując zawartość swojej torebki do zlewu.
Tabletki i rzeczy do makijażu rozsypały się po zimnej porcelanie. Chwyciła jedną z fiolek z napisem „Relanium”. Kilka tabletek wylądowało na jej dłoni. Szybkim ruchem wrzuciła je do ust i popiła wodą prosto z kranu, nie zwracając uwagi na jej metaliczny posmak.
Oparła plecy o ścianę i powoli osunęła na podłogę. Siedziała tak, patrząc przed siebie, i delektowała się mijającym bólem.
„Owczarek niemiecki. Piękny piesek. Dlaczego to zrobiłeś?”
„Ha, ha”.
„To nie on. To to, co w nim”.
„A co tam jest?”
„Ty i ja”.
„Hi, hi, hi”.
Gonitwę myśli przerwał dzwoniący w kuchni telefon.
Alicja leniwie obróciła głowę w stronę uchylonych drzwi, po czym wstała i mozolnie podeszła do ściany, na której wisiał aparat. Natychmiast po odebraniu usłyszała głos Diabła:
– Dlaczego jeszcze cię tu nie ma?!
– A gdzie mam być?
– Na komendzie… Zobacz, która jest godzina – mówił, lekko zaciskając zęby.
Alicja uniosła wzrok. Zegar wiszący nad drzwiami wskazywał wpół do dziesiątej.
– Kurwa – syknęła cicho i odłożyła słuchawkę.
Podeszła do lodówki. W środku było kilka jajek, mleko, absynt i wafelki Knoppers. Przez chwilę zawiesiła się nad jej zawartością. Spojrzała ponownie na zegar i sięgnęła po wafle oraz butelkę mleka.
Zjadła w milczeniu, stojąc, oparta biodrem o blat.
Po szybkim śniadaniu wciągnęła spodnie, narzuciła jeansową kurtkę i założyła wcześniej wypolerowane na błysk czarne Martensy. Chwilę później zamknęła drzwi wynajmowanego mieszkania przy ulicy Barlickiego i zeszła schodami z trzeciego piętra.
W gabinecie Komendanta Wojewódzkiego Policji we Wrocławiu rozległo się pukanie. Zaraz po nim drzwi otworzyły się z rozmachem.
W progu stanęła Alicja. Bladą twarz otaczały ciemne włosy. Choć zawsze nosiła delikatny makijaż, tym razem nie był w stanie nawet w niewielkim stopniu ukryć śladów kolejnej nieprzespanej nocy. Zamknęła za sobą drzwi, podeszła do biurka i usiadła naprzeciwko.
Komendant Karol Maliszewski, trzymając w dłoni jedną z kilku gazet leżących na biurku, spojrzał na nią uważnie.
– Pojebało cię? – zaczął bez wstępów. Alicja wzruszyła ramionami.
– Patrz na to. – Podrzucił jej gazetę.
„Policja czy nadal Milicja?” – głosił nagłówek.
Według relacji przechodniów policjanci brutalnie obezwładnili mężczyznę w okolicy jego mieszkania przy ulicy Ślężnej. Szczególną agresją wykazała się policjantka, która uderzyła ofiarę pięścią w twarz. Po zapakowaniu mężczyzny do nieoznakowanego radiowozu funkcjonariusze odjechali w nieznanym kierunku.
– Szkoda, że nie opisali, jak chwilę wcześniej bił psa metalową rurką. – Alicja przerwała czytanie.
Komendant westchnął i pokręcił głową.
Dalsza część czytanego przez policjantkę artykułu brzmiała:
Policja oficjalnie potwierdza, że zdarzenie było związane z interwencją operacyjną, jednak szczegóły pozostają niejasne. Nie podano informacji o stanie zdrowia mężczyzny ani o ewentualnych zarzutach wobec funkcjonariuszki.
Cały tekst był znacznie dłuższy i poruszał szerzej temat przemian ustrojowych oraz ich wpływu na służby mundurowe, ale to właśnie te dwa akapity dotyczyły Alicji.
– Facet wyjechał, pewnie już nie wróci i nie będzie zeznawał – skwitowała, odkładając gazetę na biurko.
– On tylko uderzył psa, a ty odwaliłaś takie przedstawienie, że dzienniki o tym piszą?! – wybuchł Maliszewski.
Jej oczy ponownie zapłonęły zielonym ogniem.
– To prawda. Mój błąd. Mogłam zostawić jego zęby na krawężniku – wycedziła, przeszywając komendanta wzrokiem.
Maliszewski pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Gdzie on teraz jest? Czy on w ogóle żyje?
Westchnęła.
– Biorę wszystko na siebie.
– To na pewno – rzucił komendant, układając gazety w równą stertę na rogu biurka.
Alicja milczała. Jej twarz, poza oczami, pozostawała nieruchoma, pozbawiona emocji.
Komendant głośno wypuścił powietrze.
– Tym razem nie mam wyboru.
Policjantka ponownie wzruszyła ramionami.
– Weźmiesz sobie parę dni wolnego na aklimatyzację w nowym miejscu. W trybie natychmiastowym zostajesz przeniesiona do Jeleniej Góry i otrzymujesz dyscyplinarkę. Degradacja do stopnia podkomisarza. I to ostatni raz, kiedy mogę iść ci tak na rękę. Czy masz jakieś pytania?
Alicja przyjęła informację spokojnie. Być może dlatego, że Relanium wciąż działało.
– Powrót na stare śmieci może ci dobrze zrobić. Sprawa ucichnie, to pomyślimy, co dalej. To wszystko. Możesz odejść.
1 Mutyzm – zaburzenie mowy polegające na braku bądź ograniczeniu zdolności mówienia przy zachowaniu zdolności słyszenia rozmówcy.ROZDZIAŁ 1
27.08.1997
środa, przedpołudnie
Ostrów Tumski to najstarsza część Wrocławia, wyspa na Odrze i historyczne centrum kościelne miasta, znane z latarni gazowych oraz zachowanej zabytkowej zabudowy.
Od katastrofalnej w skutkach powodzi tysiąclecia, minął już prawie miesiąc. Ulice w większości były uprzątnięte, błoto wyschło, a między blokami unosił się zapach wapna i świeżego tynku. Na przystankach znów stały czerwono-kremowe tramwaje, a miasto powoli zaczynało wracać do życia.
W najbardziej dotkniętych powodzią dzielnicach już połowa kamienic miała świeżo wyremontowane partery – białe fragmenty tynku kontrastowały z szarymi i wciąż wilgotnymi ścianami.
Bardziej wyspecjalizowane firmy remontowe zajmujące się odrestaurowywaniem zabytków przenosiły się w stronę Śródmieścia oraz zabytkowej części Ostrowa Tumskiego. Pod nadzorem konserwatora zabytków i archeologów z Uniwersytetu Wrocławskiego osuszano tam piwnice starych budynków, często zniszczone przez wilgoć i osiadanie fundamentów.
Dzięki uporowi mieszkańców udało się ocalić przed powodzią większość historycznej zabudowy miasta, którą z taką pieczołowitością odbudowywano po wojnie. Ostrów Tumski skąpany był w promieniach słońca. Wąskimi uliczkami niósł się śpiew ptaków. Gdzieniegdzie przemieszczali się księża oraz nieliczni turyści. Tę sielankową atmosferę zakłócał stłumiony przez grube mury dźwięk wiertarki udarowej z krypty Kościoła Świętego Marcina.
Podziemia części budowli na wyspie uległy niewielkiemu zawilgoceniu, dlatego konieczne było osuszanie murów. Prace prowadzono ostrożnie, wstrzykując specjalną żywicę i zaprawę w szczeliny cegieł, by wzmocnić konstrukcję i zatrzymać wilgoć.
Nagle wiertarka przestała hałasować. Wewnątrz krypty robotnik zauważył, że wiertło przeszło przez ścianę na wylot i ukazało pustą przestrzeń za nią. Odłożył narzędzie i lekko popchnął luźną cegłę, która wpadła do wewnątrz i rozbiła się na podłodze.
Świecąc latarką czołową, zajrzał do wnęki.
– Chodźcie tutaj! – zawołał resztę ekipy, czyli dwóch pozostałych robotników remontowych i archeologa, który zawsze był obecny, jeśli prace dotyczyły gruntów.
Na zmianę świecili latarkami do środka, starając się objąć wzrokiem jak najwięcej przez wąski otwór.
– Zburzmy jeszcze kawałek, póki jeszcze nikogo nie ma – szepnął konspiracyjnie jeden z robotników, zerkając na schody wyjściowe.
– Czekajcie! – syknął archeolog, podchodząc bliżej. – Najpierw musimy zbadać ścianę, żeby niczego nie uszkodzić.
Dotknął cegieł. Były niestarannie ułożone, jakby ścianę budowano w pośpiechu. Różniły się od tych w pozostałych częściach krypty, ale wcześniej nikt nie zwrócił na to uwagi. Podziemia nosiły ślady różnych epok.
Po krótkiej analizie archeolog stwierdził, że ściana pochodzi z czasów współczesnych i wydał polecenie rozbiórki.
Robotnicy nawiercili kilka punktów i szybko usunęli część cegieł, tworząc większy otwór. Wnęka była sucha i czysta, jakby wilgoć przez dekady ją omijała.
– Coś tam jest. – Robotnik wychylił się do wewnątrz. – Wygląda jak skrzynia. Mu-ni-zio-ni – czytał powoli napis na pokrywie.
– To znaczy amunicja po włosku – przetłumaczył archeolog. – Proszę się odsunąć.
Prostokątna skrzynia miała około pół metra długości i spoczywała na wybetonowanym fragmencie podłogi. Była standardowym pojemnikiem na amunicję, której używały wojska niemieckie i włoskie podczas drugiej wojny światowej.
Wyciągnęli ją i podważyli wieko łomem. Ustąpiło pod minimalnym naciskiem.
Ich oczom ukazały się pożółkłe teczki i segregator z niemieckim napisem Streng Geheim – Das Ahnenerbe der SS2.
– Zostaw! – warknął archeolog, widząc, że jeden z pracowników próbuje wyjąć dokumenty.
Przykucnął nad skrzynią, a nad nim stanęła reszta.
Nagle rozległ się huk wystrzału i w jednej chwili na dokumenty bryznęła krew. Wszystko działo się błyskawicznie. Nikt nie zdążył zareagować.
Dźwięk odbił się od grubych murów, aż zatkało im uszy.
Na ziemię obok skrzyni runął archeolog z dziurą w potylicy.
Padły kolejne strzały i kolejni ludzie.
Ostatni z robotników nie zdążył nawet krzyknąć. Na widok martwych kolegów przed śmiercią wydobył z siebie jeszcze krótki jęk.
Mury kościoła skutecznie zagłuszyły huki. Tylko ptaki z pobliskiej barierki oddzielającej teren od Odry wzbiły się w powietrze. Po chwili zapadła cisza. Tym razem niezakłócona już niczym.
2 Streng Geheim – Das Ahnenerbe der SS (niem.) – „Ściśle tajne – Dziedzictwo przodków SS”.ROZDZIAŁ 2
27.08.1997
środa, południe
Kościół Świętego Marcina to niewielka, romańsko-barokowa świątynia z cegły, położona na Ostrowie Tumskim w sercu Wrocławia, pamiętająca początki miasta. Została w dużym stopniu zniszczona podczas oblężenia miasta przez Armię Czerwoną. W czasach PRL-u odbudowano ją częściowo w zmienionej formie.
Diabeł zaparkował służbową Vectrę przed wejściem do Kościoła Świętego Marcina na ulicy o tej samej nazwie. Poza jego samochodem stały tam już trzy inne radiowozy i dwie karetki pogotowia.
– Zamknijcie ulicę po obu stronach – wydał polecenie policjantom z pierwszego patrolu.
Już po chwili oba skrzyżowania – z Placem Bema i Placem Kościelnym – zostały zablokowane radiowozami, a za nimi zaczęli gromadzić się gapie.
– Kto zawiadomił policję? – zapytał funkcjonariusza, którego zastał na miejscu.
– Proboszcz.
– Gdzie on jest?
– W środku. – Policjant wskazał palcem drzwi do kościoła.
Diabeł zmarszczył czoło.
– Cztery trupy, a ktoś tu łazi?… – powiedział pod nosem wyraźnie niezadowolony. – Mamy jeszcze jakiegoś świadka? – zwrócił się do funkcjonariusza.
– Świeża sprawa, panie komisarzu. – Pokręcił głową.
Diabeł, a właściwie komisarz Piotr Stravidis, swoją ksywkę zawdzięczał ciemniejszej karnacji, odziedziczonej po swoim ojcu, który uczestniczył w greckiej wojnie domowej między komunistyczną Demokratyczną Armią Grecji (DSE) a siłami rządowymi wspieranymi przez Stany i Wielką Brytanię. Po przegranej wojnie Polska przyjęła wielu greckich komunistów, w tym jego ojca.
Stravidis rozejrzał się po okolicy.
Naprzeciwko, za solidnym, niewysokim murem, znajdował się Dom Pomocy Społecznej imienia Świętej Rodziny. Po prawej stronie wznosił się monumentalny gotycki kościół kolegiacki, a po lewej kamienica.
– Może ktoś coś widział albo słyszał. – Diabeł wskazał na mieszkania, w których, wydawać by się mogło, niektóre okna były uchylone.
– Rozpytam, panie komisarzu – odparł policjant.
Komisarz pomógł innemu funkcjonariuszowi rozciągnąć folię policyjną w odległości dwóch metrów od murów kościoła, po czym sam wszedł do środka.
W świątyniach zawsze ogarniało go uczucie spokoju. Pomimo napięcia panującego wokół, przekraczając próg, poczuł ulgę.
Kościółek w środku wydawał się jeszcze mniejszy niż na zewnątrz. Ściany do połowy wzniesiono z cegieł. Reszta po samo sklepienie pociągnięta była pomarańczowym tynkiem. Betonowe płyty na podłodze nadawały świątyni surowy charakter. Ocieplały je nieco wielkie, zajmujące niemal całą tylną ścianę drewniane organy.
– Szczęść Boże – usłyszał czyjś głos.
Obrócił się, ale nikogo nie zobaczył.
– Przepraszam, tu jestem – odezwał się ksiądz wychodzący z konfesjonału stojącego po lewej stronie przed ołtarzem.
Diabeł spojrzał na niego.
– Dzisiaj ma ksiądz wolne. Raczej nikt nie skorzysta ze spowiedzi, a pobyt w miejscu zbrodni bez właściwych organów jest karalny.
– Rozumiem, ale miejsce zbrodni jest w krypcie, a nie tutaj.
– Miejscem zbrodni jest cały budynek, którego częścią są krypty – sprostował komisarz. Spojrzał uważnie na księdza. – Od kiedy ksiądz siedzi w tym konfesjonale?
– Od kiedy przyjechała policja, może z pół godziny. To ja was zawiadomiłem.
– A gdzie ksiądz był wcześniej?
– Na plebanii. Przyjmowałem wiernych w kancelarii.
– Czy ktoś to może potwierdzić?
– Oczywiście. Kilku wiernych… Pani Genowefa Zych, pani Janina Koczewska, pani…
– Usłyszał pan… znaczy ksiądz… strzały? – przerwał wyliczanie świadków.
– Nie, nic nie słyszałem.
– To jak się ksiądz tu znalazł?
– Chciałem zobaczyć, jak im idzie praca. Wtedy zszedłem do krypty. – Kapłan głośno przełknął ślinę.
– O której to było godzinie?
– Niedawno – spojrzał na zegarek – chwilę przed dwunastą. Może za dziesięć.
Diabeł spojrzał na swój, dochodziła trzynasta.
– Czym dokładnie ci pracownicy zajmowali się w krypcie?
– Prace konserwatorskie, głównie osuszali mury.
– Zgłoszenie dotyczyło czterech zabitych?
– Tak. Doprawdy kaźń. – Ksiądz pokręcił głową z przejęciem.
– Policzył ich ksiądz?
– Nie, tylko spojrzałem z daleka.
– To skąd ksiądz wiedział, że było ich czterech?
– Oni zawsze pracowali w czteroosobowych ekipach. Trzech pracowników i ktoś nadzorujący, najczęściej konserwator zabytków albo, jak w tym przypadku, archeolog, jeżeli sprawa dotyczyła gruntów.
Rozmowę przerwały dobiegające z zewnątrz dobrze znane komisarzowi głosy nowo przybyłych: prokuratora, lekarza sądowego i technika kryminalnego.
– Czy może ksiądz poczekać tutaj albo na zewnątrz? Mam jeszcze kilka pytań, nie zajmie to dużo czasu.
Duchowny, nie mając wyboru, przytaknął.
Komisarz wyszedł z kościoła. Przywitał się z resztą ekipy i razem schodami na tyłach świątyni udali się do krypty.
Wilgotne, ciężkie powietrze przesiąknięte ziemią i starą cegłą uderzyło ich, gdy stawiali kroki na ostatnich stopniach.
Półkoliste sklepienie rozświetlała stara, pomarańczowa lampa nad wejściem. W głębi widoczne były dwa skrzyżowane słupy jasnego światła – latarki na kaskach pracowników. Widok był makabryczny: dwa ciała leżały na brzuchu z ranami postrzałowymi potylicy, trzeci robotnik w pozycji półleżącej oparty plecami o ścianę, a czwarty mężczyzna znajdował się naprzeciwko niego, częściowo we wnęce.
Diabeł podszedł ostrożnie, starając się nie wdepnąć w plamy krwi, poświecił małą latarką w nowo powstałej przestrzeni.
Nie było tam nic oprócz prostokątnego śladu wśród kurzu po czymś, co musiało leżeć w tym miejscu od wielu lat.
Przy jednej ze ścian w kałuży krwi zauważył odciski butów.
„To twoje czy moje? – pomyślał, patrząc na zwłoki obok i swoje buty, którymi wdepnął w kałużę krwi, mimo że starał się być uważny. – Pewnie i twoje, i czyjeś”.
Diabeł ostrożnie oglądał rany postrzałowe, a następnie wskazywał technikowi miejsca, które należało sfotografować. Krypta co chwilę rozbłyskiwała światłem flesza aparatu Canon EOS.
– Egzekucja. Brak śladów walki – powiedział, odchodząc od ostatniego ciała. – Strzały z bliskiej odległości. Albo znali sprawcę, albo byli tak zajęci tym, co znaleźli, że nie zauważyli, że ktoś tu zszedł. – Komisarz spojrzał na schody. – Lub było ich tu pięciu, a nie czterech, jak mówił proboszcz.
– Musiał stać za nimi wszystkimi. Ci byli najbliżej schodów i prawdopodobnie zginęli jako pierwsi. – Prokurator wskazała na dwa ciała leżące na brzuchu, po czym skierowała wzrok na kolejne. – A tamtych dwóch zdążyło się tylko obrócić.
– Tego nie wiadomo, może próbowali coś negocjować ze sprawcą. Tak czy inaczej, zabójca jest obyty z bronią, strzela szybko i celnie – powiedział Diabeł, oglądając rany postrzałowe.
– Z takiej odległości trudno nie trafić – skwitowała prokurator.
Stravidis zignorował uwagę i ponownie spojrzał na schody prowadzące na zewnątrz kościoła.
– Dziwne… Jeśli ktoś tu schodził, to nie sposób było go nie zobaczyć. Zwłaszcza że, jak sama wspomniałaś, przestrzeń nie jest duża.
– Czyli zakładasz, że się znali?
– Na razie nic nie zakładam ani niczego nie wykluczam – odparł Diabeł, przyglądając się ponownie śladom obuwia w kałuży krwi.
– Nie wyglądają jak buty robocze. – Prokurator pochyliła się nad śladami.
Odbita podeszwa nie miała bieżnika, tylko dwa odciski: śródstopia i szerokiego obcasa.
– Zbyt eleganckie jak na remont – odparł Diabeł, wskazując ślad technikowi.
– Zgon nastąpił około półtorej godziny temu – wtrącił lekarz sądowy. – Wszyscy zginęli w podobnym czasie.
– Morderca pewnie jest jeszcze we Wrocławiu. – Wbiła wzrok w Diabła.
– Proszę wywołać zdjęcia i dołączyć je do materiału z laboratorium. Sam je odbiorę. – Stravidis szybkim krokiem udał się ku schodom.
– Proszę o jeszcze chwilę – rzucił, mijając księdza przy wejściu do kościoła.
Podbiegł do jednego z policjantów.
– Daj znak do pałacu, blokada A.
– Słucham? – zapytał młody funkcjonariusz.
Diabeł westchnął, widząc przed sobą świeży narybek.
– Powiedz dyżurce, żeby zamknęli wszystkie drogi wyjazdowe z Wrocławia i przeprowadzili pełną kontrolę wyjeżdżających.
– Tak jest, komisarzu Stradivarius.
Diabeł puścił to mimo uszu. Zdążył już przywyknąć do przekręcania jego nazwiska. Wrócił do duchownego.
– Wcześniej ksiądz powiedział „najczęściej nadzorował ich…”, czy to znaczy, że oni już tu pracowali? Jak się nazywa ich firma? – zapytał i wyciągnął z kieszeni mały notatnik i długopis.
– Tak, pracowali, a firma nazywa się Rembud. Od dawna współpracujemy.
– Kto jest właścicielem tej firmy?
– Bracia Goc, Tomasz i Marek.
– Jak długo z nimi ksiądz współpracuje?
Kapłan uniósł oczy, usiłując sobie coś przypomnieć.
– W zasadzie, odkąd pamiętam, wykonują u nas często prace rewitalizujące. Ostatnio skuwali tynki i odsłaniali oryginalną cegłę w Kościele Świętego Idziego. – Kapłan pokazał ręką kierunek, w którym nieopodal znajdowała się najstarsza świątynia Wrocławia.
– Oni mają monopol na Ostrów Tumski?
– Nie mają, ale nikt inny nie oferuje takich niskich stawek jak oni. Czasem wydaje mi się, że to nawet poniżej granicy opłacalności.
– Ciekawe. Dlaczego tak tanio?
– Musiałby pan ich zapytać, ale z tego, co wiem, to lokalni patrioci i od wielu lat działają na rzecz Wrocławia.
– A czy ktoś jeszcze mógł tutaj przebywać?
– Wcześniej był chyba konserwator zabytków i właśnie któryś z właścicieli, ale nie jestem tego pewien. Od powodzi jest spory chaos i cały czas ktoś się przewija.
– Kto przysłał konserwatora zabytków?
– Wojewódzki urząd ochrony zabytków, ale on z reguły przyjeżdżał na początku i na końcu dnia, żeby dać wytyczne i sprawdzić postęp.
– Jak się nazywał konserwator?
– Uff, nie pamiętam, ale chyba Szydło albo Szydłowiak.
– Rozumiem, w takim razie mam ostatnie pytanie. – Policjant przełożył kartkę w swoim notatniku. – Jaki nosi ksiądz rozmiar buta?
Na twarzy kapłana wymalowało się zdziwienie. Diabeł uprzejmie powtórzył.
– Czterdzieści dwa – odparł zmieszany ksiądz.
Komisarz zanotował.
– Na razie dziękuję za pomoc. Postaramy się oddać kościół do użytku, jak najszybciej będzie to możliwe. Z Bogiem.
– Dziękuję, panie komisarzu. Z Panem Bogiem.
– I? – zapytał Diabeł, widząc młodego policjanta, któremu wcześniej wydał polecenie blokady dróg.
– Niestety, nie wydali zgody. – Rozłożył ręce.
– Dlaczego?
– Powiedzieli, że to nie Ameryka i nie zamkną dróg, żeby nie siać paniki.
– Idioci… Cztery trupy, morderca na wolności… za to teraz nie będzie paniki – syknął Diabeł.ROZDZIAŁ 3
27.08.1997
środa, popołudnie
Werwolf to paramilitarna organizacja utworzona pod koniec II wojny światowej przez Heinricha Himmlera. Jej zadaniem była dywersja, sabotaż i likwidacja osób uznanych za wrogów Trzeciej Rzeszy, zarówno na tyłach frontu, jak i wśród cywilów. Po wojnie część członków pozostała aktywna w tajnych operacjach, prowadząc działania w Europie Środkowej.
Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, rzucając długie cienie gotyckich kościołów na wąskie średniowieczne uliczki niemieckiego miasteczka Soest. Zabudowa w dużej mierze została wzniesiona z zielonego piaskowca, który nadawał mu mistyczny, niemal baśniowy charakter, przyciągając tym od lat turystów z całego świata.
W willi na obrzeżach miasta w gabinecie urządzonym w pruskim stylu klasycystycznym rozdzwonił się telefon, ale jego dźwięk niemal zginął w monumentalnym „O Fortuna” z „Carmina Burana” Carla Orffa. Przy oknie stał mężczyzna w średnim wieku. Jego nienaganny wygląd oraz gustowny wystrój otoczenia, charakterystyczny dla niemieckiej arystokracji, zdradzały wysoką pozycję społeczną właściciela domu. Sączył whiskey przy akompaniamencie ciężkich uderzeń kotłów i narastającego chóru, nie zwracając uwagi na dzwoniący telefon.
Po chwili oderwał wzrok od hipnotyzującego spektaklu natury, podszedł do ciężkiego dębowego biurka i przy akordzie kończącym dzieło podniósł słuchawkę.
– Ja, bitte?3
– Witaj, Fryderyku.
Arystokrata zwęził swoje ptasie oczy, słysząc znajomy głos.
– Guten Tag, Joseph4 – odpowiedział po krótkiej pauzie.
– Wygląda na to, że miałeś rację. – Enigmatyczny głos po drugiej stronie ważył słowa. – Werwolf pojawił się we Wrocławiu.
Fryderyk uniósł szklankę, pociągnął łyk i zawiesił wzrok na pływających w niej kostkach lodu.
– Doprawdy? – zapytał po chwili.
– Zabili czterech ludzi. I coś zabrali. Zapewne cennego – odparł Józef.
– Skąd?
– Z krypty Kościoła Świętego Marcina.
Fryderyk upił kolejny łyk złocistego płynu.
– Dziwne, wcześniej podczas odbudowy i remontu niczego nie znaleziono.
– Tylko że wtedy odbudowywano górną część, a kryptę pozostawiono.
Szklanka w dłoni arystokraty zadrżała. Na jej krawędzi pojawiło się delikatne pęknięcie. Widząc to, rozluźnił chwyt. Ostrożnie odstawił ją na biurko.
– Ty wiesz, co to może być – kontynuował głos w słuchawce.
Arystokrata nic nie odpowiedział, jedynie wpatrywał się w dal.
– Muszę to mieć – odparł po chwili. – Bez względu na środki.
– Pamiętaj, że za trzy tygodnie będą wybory w Polsce. Sprawa krypty powinna szybko ucichnąć. Ludzie zaczną obrzucać się błotem, a my będziemy mieli większe pole manewru, jeżeli nie będziemy zbyt głośni.
– Muszę z nim porozmawiać.
– Z kim? – zapytał Józef, ale tak, jakby spodziewał się odpowiedzi.
– Ty wiesz z kim.
– Z prokuratorem Matuszko? Zapomnij.
– Tyle lat poszukiwań… Tak wiele za to zapłaciłem – cedził Fryderyk. – Teraz wiemy, że oni nadal żyją i działają. Tylko on może nam coś zdradzić.
– Jesteś świadomy, że to człowiek z cienia. Jak chcesz od niego cokolwiek wyciągnąć?
– Chcę go przekupić – odparł twardo.
Rozmówca parsknął do słuchawki.
– Wiesz, że on jest obrzydliwie bogaty, do tego nienawidzi Niemców, a o Kościele katolickim nie wspomnę.
– Z pewnością za bogaty jak na emerytowanego prokuratora PRL-u – stwierdził Fryderyk. – Matuszko jest kolekcjonerem i ma słabość do rosyjskich artefaktów z tego, co wiem.
– Tak… – odpowiedział niepewnie głos po drugiej stronie.
– Mam coś, co go zainteresuje. Jedyne, czego potrzebuję, to zaufanego człowieka w Polsce.
– Nie chcesz chyba powiedzieć, że masz więcej…
– Nic nie chcę mówić, po prostu załatw mi kogoś – uciął.
– To nie będzie problem. Kościół ma wiele oddanych sług. Ale pamiętaj, jednego nie zaakceptuję: morderstwa. A przynajmniej nie teraz. Nie przed wyborami.
– Nie obawiaj się.
Po chwili namysłu Józef odezwał się ponownie:
– Prześlę ci listę moich ludzi faksem. Wybierz tego, który najbardziej ci odpowiada, a ja wyślę go do ciebie.
– W takim razie czekam. Gott mit dir5.
– Z Panem Bogiem – odpowiedział Józef.
Odłożył słuchawkę i wyciągnął z kieszeni bawełnianą ściereczkę, którą wytarł plamę złocistego trunku. Wypił do końca zawartość szklanki i wrócił, aby dokończyć spektakl zachodzącego słońca.
Tym razem jego myśli były gdzie indziej.
3 Ja, bitte? (niem.) – Tak, proszę?
4 Guten Tag, Joseph (niem.) – Dzień dobry, Józefie.
5 Gott mit dir (niem.) – Bóg z tobą.ROZDZIAŁ 4
27.08.1997
środa, wieczór
Absynt to mocny, anyżowy napój alkoholowy. Tradycyjnie ma kolor zielony. Znany jest ze swojego charakterystycznego smaku i wysokiej zawartości alkoholu. Nazywa się go „zieloną wróżką” ze względu na legendarny efekt pobudzający wyobraźnię i artystyczną kreatywność. Był popularny wśród artystów epoki fin de siècle, schyłku XIX wieku.
Nieco ukryta wśród starych lip i modrzewi neorenesansowa willa rodziny von Seeberg stała w jeleniogórskich Cieplicach. Z jej okien rozciągał się widok na reprezentacyjny Park Zdrojowy, serce uzdrowiskowej części miasta. Mansardowy dach i masywne drewniane okna nadawały jej charakterystyczny dla budynków z przełomu XIX i XX wieku wygląd.