Facebook - konwersja
Przeczytaj fragment on-line
Darmowy fragment

  • nowość
  • promocja

Gdybym cię nie kochała - ebook

Wydawnictwo:
Format:
EPUB
Data wydania:
11 lutego 2026
4249 pkt
punktów Virtualo

Gdybym cię nie kochała - ebook

Nie wszystkie emocje da się wyrazić słowami.

Przytłoczona rodzinnymi wydarzeniami Alicja wyjeżdża nad morze, by uciec od życia, które nagle rozsypało się na kawałki. Spacerując samotnie po plaży, próbuje zrozumieć, gdzie kończy się prawda, a zaczyna lęk. Na ratunek przychodzi jej charyzmatyczna właścicielka pensjonatu, która sprawia, że zaczyna dostrzegać to, czego dotąd nie chciała zobaczyć.
Kiedy wraca do domu, musi zmierzyć się z relacjami, które dawno wymknęły się spod kontroli – z miłością, która wciąż walczy o przetrwanie, z teściową, która pragnie naprawić przeszłość, i z kobietą gotową zrobić wiele, by zniszczyć jej życie.
W tle dojrzewa również tajemnica ukryta w pamiętniku bliskiej przyjaciółki z czasów młodości. Jej słowa poprowadzą Alicję ku prawdzie, która porusza, zaskakuje i… zmienia wszystko.

Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.

Kategoria: Obyczajowe
Zabezpieczenie: Watermark
Watermark
Watermarkowanie polega na znakowaniu plików wewnątrz treści, dzięki czemu możliwe jest rozpoznanie unikatowej licencji transakcyjnej Użytkownika. E-książki zabezpieczone watermarkiem można odczytywać na wszystkich urządzeniach odtwarzających wybrany format (czytniki, tablety, smartfony). Nie ma również ograniczeń liczby licencji oraz istnieje możliwość swobodnego przenoszenia plików między urządzeniami. Pliki z watermarkiem są kompatybilne z popularnymi programami do odczytywania ebooków, jak np. Calibre oraz aplikacjami na urządzenia mobilne na takie platformy jak iOS oraz Android.
ISBN: 978-83-8441-105-6
Rozmiar pliku: 2,0 MB

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1

Spacerowała brzegiem morza, wpatrując się w horyzont. Czuła, jak chłodne powietrze dociera do płuc, wypełnia je kawałek po kawałku. Dzień był chłodny i wyjątkowo spokojny, plaża wydawała się całkowicie opustoszała. Nie dostrzegła nikogo, kto tak jak ona miałby ochotę na rześki spacer. Chwilami nawet miała wrażenie, że zawędrowała gdzieś na koniec świata, w miejsce, w które nie dotarł przed nią jeszcze nikt, i rozkoszowała się tą przyjemną samotnością. Żadnych ludzi, żadnych statków na horyzoncie, tylko ona i jej myśli. Miała kolejną szansę, żeby jeszcze raz spróbować ułożyć sobie w głowie to, co wydarzyło się w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Nie sądziła, żeby jej się udało, ale musiała kolejny raz spróbować.

Zasnęła na wiele długich lat. A kiedy się obudziła, okazało się, że nic nie jest takie jak dotychczas. Dzieci dorosły i zdawało się, że jako jedyne w pełni, bez żadnego ale, cieszyły się z jej powrotu. Mąż miał nową kobietę, której, jak twierdził, nie kochał, ale która teraz prawdopodobnie nosiła pod sercem jego dziecko. Alicja nie mogła w to uwierzyć. Jej mąż będzie miał dziecko. Jak to w ogóle brzmiało? Dotychczas było dla niej jasne i oczywiste – jej mąż, jej dzieci. A teraz? Jej mąż, ale dziecko z inną kobietą. Nie miała pojęcia, jak poukładać to w głowie, jak przejść nad tym do porządku dziennego. Nie wiedziała, co dalej z nimi będzie. Rozstaną się? On zostanie z Barbarą? Za każdym razem zapewniał, że jej nie kocha, że nie ma zamiaru z nią być, że ich ostatnie wspólne miesiące to był układ i efekt szantażu. Ale jak było naprawdę? Czy z fikcyjnego związku opartego na oszustwie rodzą się dzieci? Znała jego tłumaczenia i bardzo chciała mu uwierzyć, ale nie do końca potrafiła. A może zwyczajnie się bała? Zwodził ją, od kiedy się obudziła. Okłamywał. Jednocześnie osaczając i nie pozwalając jej odejść. Okazało się, że nagle pojawiła się w rzeczywistości, nad którą nie panowała, jakby ktoś wkleił ją w życie obcych osób i kazał się odnaleźć. Nie radziła sobie z tym zadaniem.

Jedną z najbardziej wspierających ją osób była Wiesia, jej najlepsza przyjaciółka, osoba, która wskoczyłaby za nią w ogień, ktoś, za kim teraz Alicja niesamowicie tęskniła. Odeszła, zostawiając po sobie wielki smutek, żal i uczucie pustki, którego nie dało się w żaden sposób wypełnić. A do tego kilkumilionowe przedsiębiorstwo, którego Ala nagle została współwłaścicielką. To było dla niej za dużo. O wiele za dużo. Przytłaczało ją to, że została panią prezes. Nie miała zielonego pojęcia, jak prowadzić firmę, co powinna robić, jak się zachowywać. Niedawno doszła do siebie po tym, co działo się przez ostatnie lata, a tymczasem los rzucił ją na głęboką wodę, nie pytając, czy ona w ogóle potrafi pływać. Przez ostatnie tygodnie życia przyjaciółka starała się przekazać jej jak najwięcej informacji, jednak to nadal było za mało. Alicja w dalszym ciągu nie wiedziała, od czego powinna zacząć, jak postępować i przede wszystkim nie była pewna, czy w ogóle chce to wiedzieć. Nikt nie zapytał jej o zdanie, postawiono ją przed faktem dokonanym. Ale od początku czuła, że była to winna Wiesi. Za te wszystkie lata, gdy opiekowała się jej rodziną, pomagała jej, trzymała w ryzach jej męża, a przy okazji nie pozwalała, żeby świat zapomniał o Alicji, która leżała bez świadomości, z niewielką szansą na wybudzenie. A jednak stało się. Przez to wszystko miała poczucie, że nie może jej zawieść i zrzec się majątku, na który przyjaciółka pracowała całe życie.

Alicja czuła się bardzo samotna. Gdy była w śpiączce, zmarli jej rodzice. Kiedy się obudziła, świat istniał nadal, ale od kilku lat już bez nich. Starała się jakoś trzymać, nie rozklejać, nie załamywać. Tylko jak to zrobić, mając wrażenie, że zostało się na świecie prawie samemu? To, co ją trzymało przy zdrowych zmysłach, to dzieci. To one, a szczególnie córka, były dla niej ogromnym wsparciem. Cieszyły się, że wróciła, i okazywały to na każdym kroku, mimo że tuż po jej przebudzeniu prawie wcale się nie znali. Alicja miała świadomość, że to nie tak powinno wyglądać, że to ona powinna być dla nich opoką i powinny wiedzieć, że zawsze, w każdej sytuacji mogą na nią liczyć. A tymczasem ona, zamiast nabierać sił, miała wrażenie, że się sypie. Okazało się, że to nie są już maleńkie dzieci, to całkiem inni ludzie, ze swoimi przekonaniami, pasjami i charakterami, które były tak bardzo inne niż te, które zapamiętała. Jednak to było nieistotne, najważniejsze, że byli razem. Z każdym dniem przekonywała się także, że Paweł wychował ich na wspaniałych młodych ludzi.

Marysia okazała się dziewczyną potrafiącą zawalczyć o to, w co wierzyła. Mimo że jej poglądy czasami wydawały się Alicji dziwaczne, matka nie miała najmniejszych wątpliwości, że były słuszne. Córka stawała w obronie słabszych, mocno wierzyła, że jej głos ma znaczenie, Ala uwielbiała w niej tę determinację. Nie pochwalała niektórych zachowań, jak na przykład oblanie farbą naturalnego futra, które nosiła jedna z nauczycielek. Za to walka Marysi o świątecznego karpia była godna podziwu. Ala była pewna, że ryba już nigdy nie znajdzie się na ich wigilijnym stole. Ponadto jej córka uczyła się bardzo dobrze, chociaż nie spędzała szczególnie dużo czasu nad książkami. Jednak jeśli coś ją interesowało, nie odpuszczała, póki nie dowiedziała się wszystkiego na dany temat.

Za to Ignacy wydawał się całkowitym przeciwieństwem siostry. Uwielbiał mięso i nie wyobrażał sobie zrezygnowania z niego, los zwierząt nie poruszał go tak jak Marysię. W szkole też nie szło mu najlepiej, ale Ala już zdążyła odkryć, że nauka go po prostu nie interesowała. Miał swoją pasję, fotografię, to na niej się skupiał. Jego zdjęcia były piękne, potrafił uchwycić na nich takie momenty, których Alicja, miała wrażenie, nigdy w życiu by nie dostrzegła. Miał niewątpliwy talent, a Paweł pozwalał mu się rozwijać w tym kierunku, nie naciskając na lepsze stopnie w szkole, bo jakie to miało znaczenie? Po co miał na siłę uczyć się tych wszystkich dziwnych i, jak się Ali wydawało, zupełnie nieprzydatnych do życia rzeczy. Mieli umowę – Ignacy był świadomy, że szkołę musi skończyć. Dlatego była spokojna. A to, co będzie robił później, było już tylko jego sprawą, ona postanowiła, że będzie go wspierać, bez względu na to, jaki kierunek obierze. Chociaż była niemalże pewna, że będzie on związany z fotografią.

Alicja spacerowała bez celu, krok za krokiem, powoli, bo przecież nie miała dokąd się śpieszyć, poza tym jej sprawność fizyczna jeszcze nie pozwalała na długie wędrówki czy szybkie marsze. Nadal wspierała się na kuli i chociaż zdarzało jej się z niej czasami rezygnować, przemieszczając się po domu, to zawsze zabierała ją ze sobą, gdy wychodziła na dwór. Szybko się męczyła, zdążyła się też nauczyć świadomie wybierać miejsca do spacerowania tak, żeby zawsze miała gdzie odpocząć. Z tego właśnie powodu teraz skierowała się w stronę opustoszałej promenady, znalazła najbliższą ławkę i usiadła. Nie przestawała wpatrywać się w horyzont, nie chcąc uronić ani chwili tego pięknego widoku. Jej myśli powędrowały w odległą przeszłość. Pomyślała o matce, kobiecie niezłomnej, jednak trochę stłamszonej i niepewnej siebie, przynajmniej tak jej się wydawało z perspektywy czasu. O tyle rzeczy nie zdążyła spytać, tyle spraw uznała za pewnik, tak naprawdę nigdy się nad nimi nie zastanawiając. Wiedziała, że mama skończyła studia, była wykształconą kobietą, która jedynie przez moment pracowała jako nauczycielka w ich miejscowej szkole. Swoją krótką karierę zakończyła wraz z przeniesieniem placówki do większego miasteczka. Dlatego Alicji wydawało się, że z całą pewnością może powiedzieć, że matka życie poświęciła dla niej i dla ojca. Pozwalała im się realizować, podczas kiedy sama pozostawała w cieniu. Matka Polka, kobieta pomocna, z sercem na dłoni, jednak zapomniana przez świat. W głowie Ali narodziły się pytania. Czy jej matce dało to szczęście? Czy była kobietą spełnioną? Czy to jej wystarczało? Nigdy wcześniej nie zastanawiała się nad tym, nie miała czasu, żeby zapytać. Jednego była pewna – nawet jeśli mamie było z tym źle, to nie dała tego po sobie poznać. Alicja nigdy też nie słyszała, żeby rodzice się kłócili, miała wrażenie, że tworzą idealnie dopasowaną parę. Przed wypadkiem tak wiele rzeczy brała za pewnik, nie pomyślała, żeby spytać, porozmawiać. Bo skąd mogła wiedzieć, że przytrafi jej się coś takiego? Gdyby człowiek wiedział, że się przewróci, to by usiadł – ulubione powiedzenie jej taty, niby takie zwykłe, banalne, ale jak bardzo prawdziwe. Dopiero z perspektywy czasu, uznała, że życie rodziców nie było tak kolorowe, jak jej się wydawało, gdy z nimi mieszkała. Idealizowała ten czas, jednak teraz zaczynała sobie przypominać wydarzenia niepasujące do bajki, którą miała w głowie. Tata dużo pracował, bywało, że z jednej pracy szedł do drugiej, wracał w nocy, żeby wstać o świcie. Zdarzały się dni, kiedy Ala w ogóle go nie spotykała, wiedziała, że wracał do domu, ale ona wtedy już spała. I dopiero teraz pomyślała, że kiedy ona całe dnie spędzała w szkole, a później z przyjaciółmi, jej mama była praktycznie sama. Nie miała pojęcia, co robiła w tym czasie, nigdy jej to nie zajmowało, nigdy nie zastanawiała się, czy ma jakąś pasję, hobby, coś, na czym mogła spędzać te długie samotne dni. Alicja poczuła, że traci oddech. Nawet nie wiedziała, w którym momencie łza spłynęła jej po policzku. Tylu rzeczy nie wiedziała… Jak mogła aż tak nie znać swoich rodziców? Poczuła, że zaraz się rozpłacze… Gdyby miała chociaż przeczucie, że tak się stanie, że pewnego dnia wyjdzie z domu i nagle jej świat się skończy. Ale nie miała. A teraz musiała nauczyć się z tym żyć. Tylko jak?

Siedziała tak jeszcze chwilę, zamyślona i smutna. Dopiero kiedy zimny powiew wiatru spowodował, że mocniej otuliła się płaszczem, wróciła na ziemię i poczuła, że jest przemarznięta. Wiedziała, że to znak, że czas wracać. Jeszcze brakowało jej do szczęścia przeziębienia, a poczuła, że jeśli zaraz się nie ogrzeje, to na pewno skończy z katarem. Zresztą ten dzień był wyjątkowy pod względem pogodowym, spokojny i mroźny, bo zima w tym roku była wyjątkowo paskudna. Ala miała wrażenie, że bez przerwy padał deszcz i wiał okropny wiatr, aura była typowo jesienna, mimo że za miesiąc miała się zacząć kalendarzowa wiosna. Pomyślała, że dobrze, że chociaż święta były piękne, mimo że niedługo po nich zgasła jej najbliższa przyjaciółka – Wiesława.

Znowu się zamyśliła, jednak kolejny zimny podmuch wiatru spowodował, że przeszył ją dreszcz. Szybko poderwała się z miejsca. Mimowolnie spojrzała na zegarek w telefonie. Wiedziała, że za chwilę zacznie się ściemniać, nie ma sensu chodzić samej po plaży wieczorem. Miejscowość wydawała się smutna i opuszczona poza sezonem, prawie wszystko było pozamykane. Jeden mały sklepik otwierał się na kilka godzin, żeby zaspokoić najważniejsze potrzeby mieszkańców, dać im poczucie, że życie toczy się dalej, że nie wszyscy zapadli w zimowy sen. Dorastająca młodzież często spotykała się na opuszczonych, zaniedbanych przystankach autobusowych, żeby napić się piwa czy zapalić papierosa. Wolałaby się na nich nie natknąć. Miała silne wrażenie, że swoje w życiu już przeszła, i nie miała ochoty kusić losu.

Do wynajętego pokoju dotarła chwilę przed zmierzchem.

– W końcu pani jest! – powitała ją w drzwiach gospodyni. Pani Irenka jako jedna z nielicznych wynajmowała pokoje przez cały rok. Była starszą, sympatyczną i bardzo spragnioną informacji kobietą. Starała się ze wszystkich sił wyciągnąć z Alicji, dlaczego przyjechała nad morze sama i to w marcu. Kto normalny przyjeżdża na urlop w taką pogodę? Bez przerwy wiało i padało. Człowiek nie miał ochoty wstawać z łóżka, co dopiero spacerować. Zresztą swoje wiedziała, nie była taka głupia ani naiwna, na jaką czasami wyglądała.

– Zanosi się na sztorm – stwierdziła rzeczowo.

– Tak? – Alicja spojrzała na nią z zaciekawieniem. – Morze wydawało się dzisiaj takie spokojne – dodała, nie mając zielonego pojęcia o sztormach.

– Cisza przed burzą. – Gospodyni wzruszyła ramionami, jakby to było oczywiste. – Mój Stasiek, świeć Panie nad jego duszą – przeżegnała się szybko, patrząc w sufit – to pływał na kutrach, jak prawie każdy tutaj. Wiem, co mówię.

– Przykro mi – odpowiedziała automatycznie Alicja. Ostatnio miała wysoką wrażliwość na straty, czy to cudze, czy swoje. W sercu nosiła ogromny żal po śmierci Wiesławy. A teraz, kiedy siedziała samotna nad morzem i zastanawiała się, co dalej, odczuwała to podwójnie. W głowie miała tysiące myśli, ale najważniejsze z nich były ciągle takie same – jak ruszyć z miejsca, dokąd pójść? Znowu tkwiła w zawieszeniu, nie wiedziała, czy ma męża, czy go nie ma, kłamał czy mówił prawdę? Miała serdecznie dość intryg i ciągłych zawirowań w swoim życiu, czuła się tak, jakby los chciał nadrobić te dziesięć lat, podczas których była nieobecna, i nagle fundował jej wszystko naraz.

– Ach, przywykłam do tego, że już go nie ma. – Machnęła tylko ręką i odwróciła się do niej plecami, jakby chciała ukryć spływającą łzę.

„Czy można przyzwyczaić się do straty najbliższej osoby?”, pomyślała Alicja.

– Dobry z niego chłopak był, chociaż nieco trunkowy, ale łagodny. Nigdy mnie nie uderzył, zresztą spróbowałby tylko. – Uśmiechnęła się i postawiła przed Alą wielką miskę z sałatką. – A pani ma męża?

– Mam. Chyba… – dodała, sama nie wiedząc, jak to teraz jest.

– Czasami jak człowiek porozmawia z kimś i wyrzuci z siebie problemy, to jest łatwiej! – zapewniła kobieta, kolejny raz próbując namówić ją do zwierzeń.

– Pewnie tak, ale jestem dzisiaj już strasznie zmęczona – stwierdziła najuprzejmiejszym tonem, jaki potrafiła wydobyć, i z uśmiechem, który ani trochę nie był szczery. Wstała od stołu, by kolejny raz wykręcić się od rozmowy.

– A kolacja? Nic nie tknęłaś, dziecko! – oburzyła się gospodyni.

Dla pani Irenki jedzenie było wartością priorytetową. Alicja zdążyła zauważyć to zaraz po przyjeździe, gdy właścicielka próbowała ją nakarmić, jakby była pułkiem wojska, a nie jedną drobną kobietką.

– Nie jestem głodna, zjem większe śniadanie – dodała. Życzyła gospodyni spokojnej nocy i szybko wyszła. Wolała nie ryzykować i nie dawać Irence szansy zadania kolejnych pytań. Nie czuła potrzeby rozmowy, szczególnie z całkiem obcą, ciekawską osobą.

Wzięła rozgrzewający prysznic i położyła się w swoim małym pokoiku z widokiem na morze. Faktycznie zaczynało się robić niespokojnie, coraz większe fale z wściekłością uderzały o brzeg. Alicja spojrzała na telefon, znowu kilka nieodebranych połączeń od Pawła. Nie odbierała, nie miały ochoty z nim rozmawiać. Napisała mu to już kilka dni temu. Miała tylko kontakt z dziećmi. Z nimi rozmawiała codziennie, nie mówiąc jednak, gdzie jest. Zresztą nie pytały, zaakceptowały wytłumaczenie, że wyjechała na rehabilitację i niedługo wróci. Faktycznie była to dla niej rehabilitacja, tyle że duchowa, nie mniej ważna niż ta fizyczna.

Miała świadomość, że nie może zbyt długo się ukrywać, że czekają na nią dzieci, za którymi już niesamowicie tęskniła. Była też praca. I prawdziwe życie, przecież tak mocno o nie walczyła. A teraz co? Uciekła, zostawiając wszystko. Wyrzuty sumienia mieszały się z zapewnianiem samej siebie o słuszności decyzji, jaką podjęła. Wiedziała, że za dużo się wydarzyło. Nie byłaby w stanie normalnie funkcjonować, musiała odpocząć, pomyśleć. Siedząc w pociągu, nie zastanawiała się, jakie konsekwencje może mieć jej nagły wyjazd. Wtedy czuła, że musi być egoistką i zrobić to dla siebie, bez odcięcia się od rzeczywistości, którą najpierw zdążyła pokochać, a która zaraz potem ją przygniotła. Zwariowałaby, a na to nie mogła sobie pozwolić.

Z zamyślenia wyrwało ją brzęczenie telefonu, od niechcenia spojrzała na wyświetlacz. _Tęsknię za Tobą _– przeczytała i łzy same napłynęły jej do oczu. Chciała odpisać, że ona też tęskni, ale coś jej nie pozwalało. Jeszcze nie. Leżała, wpatrując się w te trzy słowa. Nawet nie wiedziała, w którym momencie zasnęła.

Rano obudził ją płacz dziecka. Na początku nie wiedziała, o co chodzi, gdzie jest i skąd wziął się tu jakiś malec. Rozejrzała się po pokoju, była sama, a dźwięk dochodził z dołu. Spojrzała na zegarek i złapała się za głowę, dochodziła dziesiąta, chociaż mrok za oknem sprawiał wrażenie, że jest jeszcze noc. Ciężkie chmury pokryły niebo. Słyszała, jak wielkie krople deszczu rozbijają się o dach. Morze jakby oszalało. Ogromne fale uderzały o brzeg. A więc gospodyni miała rację. Wyglądało to groźnie, jakby natura się zezłościła i wyrażała to tymi ogromnymi falami. Ala pomyślała, że czasami chciałaby być takim morzem, stworzyć ogromne fale i wyrzucić je z siebie na brzeg, była pewna, że to by jej pomogło. Westchnęła i podniosła się z łóżka, śmiejąc się ze swoich wyobrażeń. Narzuciła na siebie szlafrok i poszła w kierunku, z którego dochodziły odgłosy. Kiedy zeszła na dół, zastała nieoczekiwany widok. Pani Irenka na zmianę z młodszą kopią siebie próbowały uspokoić płaczącego niemowlaka.

– Dzień dobry! – powiedziała głośno.

Kobiety od razu odwróciły wzrok w jej kierunku.

– Boże, przepraszam za ten płacz. – Młodsza dziewczyna zaczęła się tłumaczyć. – Pewnie panią obudziłyśmy.

– Nie szkodzi i tak przesadziłam dzisiaj ze snem – wyjaśniła, spoglądając na zegarek. – Wszystko w porządku? – zapytała zaniepokojona.

– To moja wnuczka. – Pani Irenka wstała i podała dziecko córce. – Chyba coś ją opętało!

– Jak ma na imię? – Ala, ignorując babcię, śmiało podeszła do maleństwa.

– Amelka. Ma dwa miesiące i ciągle płacze… – Młodsza kobieta wydawała się załamana. – Lekarze mówią, że wszystko jest OK, ale ja sama nie wiem. A moja mama każe mi przelewać nad nią jajka – wyszeptała konspiracyjnie.

Alicja przewróciła wymownie oczami. Dziewczyna się zaśmiała, widząc, że znalazła w niej wsparcie.

– Mówię ci, to od tego, że się wczoraj tych lodów najadłaś! – wtrąciła ostro pani Irenka, przygotowując śniadanie dla Alicji. – Naczytasz się głupot w Internecie, że możesz jeść wszystko, a potem tak jest! – dodała.

Dziewczyna spojrzała bezradnie na Alicję. Już chciała coś powiedzieć, kiedy Ala pokręciła przecząco głową.

– Spokojnie, to nie lody – zapewniła. Uśmiechnęła się do siebie na wspomnienie podobnych przygód kilkanaście lat temu. O ile Marysia była złotym dzieckiem, to Igor dał jej popalić. I jedyne, co słyszała ciągle od mamy albo teściowej, to że to wina tego, co zjadła. Według nich powinna żyć na parowanej piersi z kurczaka i marchewce. Była w szoku, że takie poglądy są nadal żywe. Co więcej, wyglądało na to, że mają się całkiem dobrze. Była pewna, że wszyscy już wiedzą, że pokarm nie bierze się z żołądka. To wydawało jej się takie oczywiste.

Wróciła do pokoju, żeby się ubrać.

Związała włosy w mały kucyk. Była w szoku, jak szybko rosną. Sięgały jej już prawie do ramion.

– Próbowałaś zamotać ją w chustę? – spytała, gdy zeszła na dół.

– W chustę nie, ale mam takie coś. – Kobieta podała jej nosidło znanej i renomowanej firmy. – Pani w sklepie powiedziała, że to się nada, ale mała nie chce w tym siedzieć. Płacze jeszcze bardziej.

– Yhy. – Alicja westchnęła. Znała ten wynalazek. – Jest sztywne i to nic innego jak zwykłe wisiadło. Oddaj to do sklepu albo spal – stwierdziła, kręcąc głową z niezadowolenia, że jeszcze to produkują i wciskają ludziom. – Spójrz, jak dziecko w tym wisi, obciąża to jego kręgosłup, stawy, do tego nie zapewnia stabilizacji. I powiedz mi szczerze, wygodnie ci w tym?

– Ani trochę, wpija się strasznie… – przyznała dziewczyna.

– No widzisz. Dla takiego słodkiego maleństwa nadaje się tylko chusta – stwierdziła rzeczowo, biorąc dziecko na ręce. Stała stabilnie, oparta o stół, więc bez problemu mogła potrzymać niemowlaka. Zrobiło jej się tak przyjemnie. Od lat nie miała okazji nosić dziecka. Było takie maleńkie, niewinne. Nie miało pojęcia o tych wszystkich zmartwieniach i problemach, jakimi jest obarczone życie. Było po prostu małym dzieckiem. Zaraz potem Ala pomyślała o swoim mężu i jego kochance. Czy ich dziecko też takie będzie? Takie małe, piękne… Jak miała obwiniać je o cokolwiek? Samo się nie prosiło na ten świat.

Być może Basia kochała jej męża. Być może pragnęła z nim stworzyć prawdziwą, szczęśliwą rodzinę. Może właśnie dlatego zaszła w ciążę, a nie, jak twierdził jej mąż, z zemsty. Przecież dzieci nie biorą się z zemsty, one biorą się z miłości. Nagle miliony myśli zaatakowały jej głowę, nie miała pojęcia, skąd się tam wzięły. To maleńkie dziecko tak na nią zadziałało. Wiedziała, że być może w jej rodzinie niedługo znowu będzie noworodek, i poczuła ukłucie w sercu, kiedy dotarło do niej, że to będzie dziecko jej męża i… jego kochanki.

– Skąd pani to wszystko wie? – Młoda matka wyrwała ją z zamyślenia. Wpatrywała się w nią wielkimi, zaskoczonymi oczami.

– Jestem Alicja – powiedziała, oddając jej maleństwo. – Kiedyś byłam biegła w tym temacie – wyjaśniła. – Też miałam takie maleństwa, ale niestety urosły – dodała.

– Matylda – odpowiedziała dziewczyna. – Jak dobrze, że tutaj jesteś. – Uśmiechnęła się przyjaźnie.

Ala wyczuła, że w tej chwili zdobyła jej zaufanie. Może dlatego, że była jej przychylna i oferowała pomoc? Może brzmiała wiarygodnie albo po prostu jej nie potępiła. Nie powielała głupot o zbyt częstym noszeniu czy złym jedzeniu. Zauważyła już dawno, że wszyscy uwielbiają zwracać uwagę młodym mamom, wytykać im ich błędy, nawet te wyimaginowane, ale mało kto służy wsparciem. Ile w kółko można słuchać o diecie matki, kolkach, chodzikach, zimnych rączkach i całej reszcie? Wiedziała, że to wszystko nieprawda, bzdury powtarzane z pokolenia na pokolenie, ale nikt jej nie wierzył, a wręcz naśmiewano się z jej poglądów, które tak naprawdę były faktami udowodnionymi przez naukowców, a nie przez sąsiadkę matki, która wie, bo jej córka dwadzieścia lat temu tak miała.

– Macierzyństwo to tak naprawdę jazda bez trzymanki – zaśmiała się znowu do swoich wspomnień, które przemknęły jej przez głowę. – Masz jakiś cieniutki kocyk? – spytała. – Trzeba działać na tym, co mamy.

– Taką narzutę na ramiona? – Podała jej długi kawał materiału.

Średnio się nadawał, ale Alicja stwierdziła, że spróbują. Pierwszy raz nie do końca się udał, ale już za drugim kangurek wyszedł jak malowany. Krok po kroku wyjaśniła Matyldzie, jak zamotać dziecko. Przy okazji okazało się, że jej kurs doradcy, mimo że już dawno stracił ważność, nie poszedł na marne. Nigdy tak naprawdę nie nauczyła nikogo motać, sama ukończyła szkolenie, bo chciała mieć pewność, że robi to dobrze. Poza tym uwielbiała nosić dzieci w chuście, ceniła sobie tę niesamowitą bliskość, którą jej to dawało. No i miała wolne ręce – coś bardzo ważnego, gdy się ma małe dziecko. A do tego bezkarnie mogła posiadać cały stos pięknych, kolorowych szmat i co jakiś czas dokupywać nowe. Niektóre z jedwabiem, inne z samej bawełny, krótsze i dłuższe. Wszyscy przewracali oczami, widząc, jak się nimi zachwyca. Tylko Paweł to rozumiał, albo przynajmniej nie wypowiadał się negatywnie i słuchał wszystkiego, co mu opowiadała. Ale on zawsze słuchał tego, co miała mu do powiedzenia. Uwielbiała z nim rozmawiać. Niejedną noc zarwali, dyskutując na przeróżne tematy.

Dziecko zamotane w prowizoryczną chustę dosłownie po kilku minutach spokojnie zasnęło wtulone w mamę.

– Boże, to niesamowite! – Matylda była zachwycona. – Jak to zrobiłaś? Jesteś czarodziejką?! – dopytywała z niedowierzaniem.

– Nie ja, to po prostu magia chust – zaśmiała się, nalewając im obu kawy, którą teraz mogły w spokoju wypić.

– Pokażesz mi jeszcze raz, jak to zrobić? – poprosiła.

– Oczywiście. I powiem, gdzie możesz kupić prawdziwą chustę, ale ostrzegam, to mocno wciąga! – Tego była pewna. Przypomniała sobie, że o ile Paweł ich nie wyrzucił, miała nadzieję, że tego nie zrobił, to gdzieś w domu powinno być kilka chust.

– No cóż, chyba jestem na to gotowa! – W głosie dziewczyny słychać było wyraźną ulgę.ROZDZIAŁ 2

– Dzisiaj chyba nie będzie spacerowania? – zagadnęła pani Irenka, kiedy zastała Alicję siedzącą po południu pod kocem przy kominku. Znowu zostały same, Matylda z dzieckiem wrócili do siebie. Okazało się, że mieszkają blisko, więc była szansa na kolejne spotkanie. – Przez następne dni ma padać – dodała kobieta, siadając obok niej.

– Trudno – westchnęła Alicja i odłożyła książkę.

Zdawało się, że została tu uziemiona i coraz mniej jej się to podobało. Miała co prawda kilka książek i czytnik, a do tego komputer, gdyby chciała coś napisać, co zresztą starała się robić w miarę regularnie. Jednak z niczego, co powstało ostatnio, nie była zadowolona. Za dużo rzeczy siedziało w jej głowie, żeby mogła się skupić na czymś w stu procentach. Nawet czytając, po kilku stronach odlatywała myślami, najczęściej w kierunku Pawła. Była ciekawa, co teraz robi, gdzie jest, czy spotyka się z Basią. Zastanawiała się, czy wrócili do siebie… Dzieci wspominały, że go nie ma, że wyjechał na kilka dni, a one są z babcią, oczywiście ku oburzeniu Marysi, która uważała, że jest już na tyle dorosła, że może zostać sama i zaopiekować się bratem. Mimo że Alicja szczerze nie znosiła teściowej, miała nadzieję, że ta dobrze zajmie się jej dziećmi, które były duże i z wieloma rzeczami potrafiły same sobie poradzić. Babcia miała po prostu czuwać nad całokształtem i nie dopuścić do poważnego wypadku.

– Nalewki się napijesz? Wyglądasz, jakbyś potrzebowała – stwierdziła bez ogródek gospodyni, przyglądając się jej badawczo.

– Skoro tak wyglądam, to chętnie – westchnęła. Miała świadomość, że kobieta znowu będzie pytać. Nie zdążyła się obejrzeć, a już trzymała w ręku kieliszek. – Mocne – stwierdziła, upijając łyk.

– No jasne, że mocne. Czasami potrzeba czegoś mocnego – dodała pani Irenka.

Alicja tylko pokiwała głową, trudno było jej się z tym nie zgodzić. Nalewka była bardzo smaczna. Czuła, że to ją zgubi.

– Przeglądałam dzisiaj gazety – zaczęła po chwili gospodyni.

Ala zdążyła się domyślić, co to oznacza. Sama ostatnio wolała nie zaglądać do mediów. Czasami lepiej nie wiedzieć, nie denerwować się.

Pani Irenka łyknęła cały kieliszek na raz.

– I trafiłam na ciebie – oznajmiła dokładnie tak, jak spodziewała się Ala.

– Doleje mi pani? – spytała. – Co napisali w tej gazecie?

– Śledzę waszą historię od wypadku. W życiu bym się nie spodziewała, że pojawisz się tutaj.

– Ja też – przyznała szczerze.

– Napisali, że zniknęłaś i, że pewnie mąż cię wywiózł za granicę, żeby mógł być ze swoją nową dziewczyną – streściła.

Alicja parsknęła. „Bardzo ciekawa historia”, pomyślała.

– Chyba za dużo harlequinów się naczytali – stwierdziła na głos.

– Też tak pomyślałam. Nie wyglądasz na obłożnie chorą. Jest tylko ta kula, bez której, moim zdaniem, byś sobie już świetnie poradziła – oznajmiła. Była typem człowieka, który uważał, że jak się czegoś bardzo chce, to na pewno się uda. Zgodnie z tym przekonaniem była pewna, że gdyby Alicja tylko chciała, byłaby w stanie przebiec maraton, ale wiedziała też, że niektórych rzeczy lepiej nie wypowiadać na głos. Doświadczenie życiowe jej to podpowiadało.

– Dziękuję, ale jeszcze nie czas. Potrzebuję rehabilitacji – wyjaśniła Alicja.

– Ale tak jest czy myślisz, że tak jest? – Pani Irenka nagle stała się rzeczowa i konkretna. Usiadła naprzeciw i przyglądała się jej badawczo.

– A czy to ważne? Po prostu tak jest, potrzebuję tej podpórki. – Wzruszyła ramionami. „Przydałaby mi się jeszcze taka sama, ale w głowie”, pomyślała.

– Uciekłaś przez to, co napisali w gazecie?

Męczyło ją to wypytywanie, chociaż wiedziała, że jeszcze dobrze się nie zaczęło.

– I tak, i nie. Zresztą skąd pomysł, że uciekłam? – spytała, nalewając sobie i towarzyszce kolejną porcję złocistego trunku. – Po prostu wyjechałam odpocząć. Oderwać myśli. Każdy czasami musi… – Uniosła kieliszek, przechyliła go i wypiła do dna. Przeszły ją ciarki, a potem zrobiło jej się gorąco. Alkohol dawał kopa jak mało co.

– Biorąc pod uwagę, że przyjechałaś tutaj sama, do miejscowości, w której psy ogonami szczekają, wynajęłaś pokój u mnie, a nie w żadnym hotelu z gwiazdkami, a do tego to, co dzisiaj przeczytałam. Tak, uciekłaś – oznajmiła starsza pani tonem nieznoszącym sprzeciwu.

– No cóż… – Alicja wzruszyła ramionami. Kobieta miała rację. – Życie jest trudne. Wybory, komplikacje i te sprawy. Czasami trzeba odetchnąć, złapać dystans.

– Czyli pijemy dzisiaj na smutno?

– Jeśli to pozwoli mi zapomnieć… – wyszeptała z nadzieją Ala.

– Na chwilę, ale później wróci – stwierdziła szczerze kobieta.

Alicja doskonale zdawała sobie z tego sprawę.

– Zawsze wraca – dodała gospodyni.

– Kim pani jest, pani Irenko? – Ala spojrzała na nią przenikliwie. – Najpierw wścibska gospodyni, teraz powierniczka sekretów?

– Wścibska – powtórzyła i głośno prychnęła. – Też mi coś… To ja zrobię kanapki, na pusty żołądek jest niezdrowo pić – oznajmiła i wstała. Nie wyglądała na zadowoloną.

– Obraziła się pani? – Ala poderwała się z miejsca, ale zakręciło jej się w głowie, szybko musiała usiąść. – Przepraszam! Matko, co mi pani dała, że aż tak zadziałało? – spytała po chwili.

– Żadna pani, mów mi Irenka – krzyknęła gospodyni z kuchni. – I nie, nie obraziłam się – dodała ze śmiechem. – A co pijemy? – kontynuowała swój monolog, smarując kanapki grubą warstwą masła. – Normalnie, nalewka na bimbrze… – Wzruszyła ramionami.

– Jezu… Będę miała jutro kaca? – Alicja przewróciła oczami i głębiej zapadła się w fotelu, który nagle wydał jej się taki wygodny, poczuła się zmęczona. Wizja przyszłego cierpienia nie zachęcała do dalszego próbowania wytwornego trunku. W zasadzie pierwszy raz piła ten rodzaj alkoholu, nie do końca wiedziała, czego się spodziewać.

– I tak ma cały dzień padać. Co za różnica.

Z zamyślenia wyrwał ją głos kobiety, która weszła do pokoju z talerzem wypełnionym kanapkami. Alicja złapała za jedną.

– W sumie… – powiedziała i drugą ręką podała swój kieliszek.

Spędziły pół nocy przy kominku, z kieliszkami w rękach. Alicja nie miała pojęcia, jak się dostała do swojego pokoju. W zasadzie niewiele pamiętała z tego wieczoru. Rozmawiały, śmiały się, żartowały. Irenka przestała ją ciągnąć za język, prawdopodobnie przez to, że została nazwana wścibską. Alicja na swoje usprawiedliwienie miała tylko tyle, że to nie ona powiedziała, przemawiał przez nią alkohol i w zasadzie na dobre jej to wyszło. A gospodyni okazała się bardzo fajną kompanką.ROZDZIAŁ 3

– Uciekłaś – usłyszała Alicja kilka dni później, kiedy wróciła ze swojego rytualnego codziennego spaceru. Pogoda się poprawiła, nadal było zimno, ale przynajmniej aż tak bardzo nie wiało, a ona szczelnie opatulona płaszczem mogła szwendać się po plaży do woli. Zupełnie się nie spodziewała takiego powitania przez gospodynię, z którą, jak się jej wydawało, złapały wspólny język i ostatnio miło spędzały czas.

– Co? – wydusiła z siebie zaskoczona.

– Uciekłaś! – powtórzyła Irenka, tym razem już nieco ostrzej.

– Jak możesz… – próbowała coś powiedzieć, jednak kobieta uniosła otwartą dłoń, dając jej do zrozumienia, że ma być cicho.

– Myślałam, że sama się opamiętasz, ale to już za długo trwa – zaczęła, stając naprzeciw niej. – Ile masz zamiar się jeszcze chować? Pomyślałaś w ogóle o mężu albo dzieciach?

– Rozmawiam z nimi każdego dnia… – wyszeptała.

– Rozmawiasz przez telefon. A to są dzieci! Potrzebują matki. Nie uważasz, że przez ostatnie lata już dość były same? A teraz co robisz? Znowu je zostawiasz?! – niemalże wykrzyczała jej to na jednym wydechu.

– Jak możesz? Nic o mnie nie wiesz… – Ala próbowała się bronić, była zbita z tropu i zaskoczona tym nagłym atakiem. Nie wiedziała, skąd ten wybuch, tym bardziej że miała wrażenie, że zaprzyjaźniły się przez ostatnie kilka dni.

– Wiem tyle, że w momencie, gdy zaczęły się problemy, zostawiłaś dzieci i faceta, który walczył o ciebie jak lew. To wystarczy. Zniknęłaś na dziesięć lat, a potem, gdy życie zaczęło wracać do normy, ty się spakowałaś i przyjechałaś tutaj, bo musisz sobie to przemyśleć. Ile? To są święci ludzie, jak jeszcze pozwolą ci wrócić! Ja bym cię wykopała na zbity pysk po czymś takim! – dodała na sam koniec.

– Wiesz co… – Alicja mrużyła oczy ze złości, nie miała pojęcia, co powiedzieć. – Pieprz się! – krzyknęła, odwróciła się, złapała płaszcz i wyszła, trzaskając drzwiami. – Cholera jasna! – powtarzała w kółko, prawie biegnąc. – Co za baba!

– Moja mama? – usłyszała znajomy głos.

Odwróciła się w stronę, z której dochodził. Matylda stała nieopodal i przyglądała jej się badawczo.

– To chyba nie jest najlepszy moment… – Ala nie miała ochoty na rozmowę.

– A jednak to zrobiła. – Dziewczyna z dzieckiem w chuście pokiwała tylko głową. – Jest niemożliwa… – dodała ze złością.

– Wiedziałaś? – Alicja spojrzała na nią zaskoczona.

– Próbowałam jej to wybić z głowy, ale to moja matka, jej się nie da nic wybić z głowy. – Rozłożyła bezradnie ręce. – Nie miała prawa. Przepraszam cię za nią… Wiem, jaka potrafi być.

– Dlaczego? – Alicja była wściekła. Z jednej strony nie chciała słuchać żadnych usprawiedliwień, bo jaki by nie był powód, nie miała prawa osądzać Irenki. Ale z drugiej strony była ciekawa, co nią kierowało, i to chyba ta ciekawość kazała jej zostać i wysłuchać Matyldy.

– Uznała, że w ten sposób ci pomoże – usłyszała.

Spojrzała z niedowierzaniem na młodą kobietę.

– Żartujesz? – wydusiła z siebie w ogromnym szoku.

– Nie. Chodź, przejdziemy się, pogadamy – zaproponowała Matylda.

Alicja na to przystała. Czuła, że za chwilę dowie się czegoś ciekawego.

– Nie miej do niej pretensji, moja mama to dość specyficzna osoba.

– Tak, dość… – powtórzyła, a dziewczyna się roześmiała.

– No, wiesz, nie bez powodu odebrali jej prawo do wykonywania zawodu.

– Co? To kim ona jest z zawodu? – Ala była coraz bardziej zaintrygowana tą, jakby się wydawało, całkiem zwyczajną kobietą, która jednak skrywała swoje tajemnice. Chociaż kto nie miał tajemnic? Kto czegoś nie ukrywał? Miała wrażenie, że to tylko kwestia skali, jedni mieli małe sekrety, a drudzy trzymali trupy w szafie. Kim w takim razie była Irenka? I kogo zabiła?

– Psychologiem. – Matylda wyrwała ją z zamyślenia.

Takiej odpowiedzi się nie spodziewała.

– I co się stało? – zapytała zaskoczona. Teraz już musiała to wiedzieć.

– W zasadzie to, co przed chwilą – westchnęła. – Do tego załamanie nerwowe z powodu ojca.

– Przykro mi… – Nie kłamała, naprawdę zrobiło jej się smutno, co jednak nie zmieniało faktu, że Ala nie była pacjentką Ireny, a ta nie miała prawa tak się zachować.

– Chyba niepotrzebnie – stwierdziła niespodziewanie Matylda. – Jak widać, niczego jej to nie nauczyło.

– Twój ojciec zginął na morzu? – spytała po chwili Ala, przerywając milczenie.

– O matko! – Dziewczyna roześmiała się, czym jeszcze bardziej zaskoczyła Alicję. Jej śmiech był szczery i zaraźliwy. – Skąd ci to przyszło do głowy?

– Irenka mówiła, że pływał na kutrze… – wyjaśniła szybko.

– Jezu – rzuciła Matylda, łapiąc oddech między jednym a drugim atakiem śmiechu, łzy popłynęły jej po policzkach. – Moja matka jest szaloną kłamczuchą – powiedziała w końcu i momentalnie spoważniała.

– Jak to? – Ala już teraz zupełnie się pogubiła.

– Ojciec na kutrze kiedyś był może dwa razy – zaczęła wyjaśniać już na spokojnie. – Zwyczajne męskie wypady na ryby, a może po prostu okazja, żeby się napić. Ojciec był alkoholikiem. Po tym, jak zrobił nam z życia piekło, zapił się na amen. – Wzruszyła obojętnie ramionami.

Alicję zamurowało, nie miała pojęcia, co mogłaby w tym momencie powiedzieć.

– Mama była psychologiem, prowadziła terapie, była w tym całkiem dobra, ale przeszła załamanie nerwowe. Później odebrali jej prawo wykonywania zawodu. A potem potoczyło się lawinowo, sprzedała dom w mieście i przeprowadziła się tutaj. Wynajmuje pokoje turystom i wyprowadza ich z równowagi, ale o tym miałaś okazję przekonać się sama. – Uśmiechnęła się przepraszająco. – Poza tym to małe miasteczko, wszyscy wiedzą, że moja matka jest walnięta, więc nikt nie wchodzi jej w drogę.

– Bardzo przykra historia – wydusiła po chwili Alicja. To, co usłyszała, niemalże zwaliło ją z nóg. – Czyli twoja matka przeprowadzała właśnie na mnie swoją autorską terapię psychologiczną? – zapytała zaraz po tym, jak to do niej dotarło.

– Tak, chyba można tak powiedzieć. – Dziewczyna pokiwała głową.

– Matyldo… – Ala zatrzymała się, żeby na nią spojrzeć. – Czy turyści do was wracają?

– A wiesz, że tak! Zawsze mamy pełne obłożenie – rzuciła podekscytowana. – Zupełnie ich nie rozumiem, w życiu bym nie wróciła do tej kobiety, ale to moja matka, więc…

– Myślisz, że ona miała rację? – W Alicję nagle zupełnie niespodziewanie uderzyła ta myśl.

– Moja matka? No cóż, najpewniej tak. Wiesz, ona jest ostro walnięta, ale ma nosa.

Alicja uznała, że Irena nie myliła się w swoich osądach. Zostawiła swoją rodzinę. Opuściła ją w momencie pierwszego kryzysu, póki byli pomocni, czerpała garściami, a jak przyszedł problem, który zaczął ją przerastać, to spakowała się i uciekła pod pretekstem przemyślenia swojego życia. Tylko czy waga i skala problemu miały jakieś znaczenie? Czy to się zupełnie nie liczyło, tak samo jak uczucia Alicji? Czuła się bardzo niesprawiedliwie potraktowana, ale tak naprawdę miała świadomość, że ani razu nie pomyślała, że to właśnie tak może wyglądać. Nienawidziła sytuacji, w których ktoś zupełnie nieproszony zaczynał mieszać się w życie innych. Sama starała się tego nie robić, więc dlaczego zrobiono to jej? Dlaczego wywołano w niej tak wielkie wyrzuty sumienia i wątpliwości?

Przystanęła. Zawahała się. Co dalej? W którą stronę pójść? A co, jeżeli Irena mówiła prawdę? Co, jeśli miała rację? Ala nie pomyślała o tym wcześniej. Nagle dotarło do niej, że być może naprawdę jest egoistką, skupiała się tylko na sobie, na tym, co czuła, a zupełnie pominęła uczucia Pawła i dzieci. Najdroższych ludzi, jakich miała. Tych, o których tak walczyła przez ostatnie pół roku. Udało się, odzyskała ich, a teraz co zrobiła? Spakowała się i uciekła. Co, jeżeli jej mąż nie kłamał, został wykorzystany przez tę podłą kobietę? A ona, jego własna żona, teraz potraktowała go tak niesprawiedliwie, oceniła i z góry założyła, że wie, jak jest. A przecież obiecała Wiesi, że tego nie spieprzą…

– Idziesz? – Z zamyślenia wyrwał ją głos towarzyszki.

Matylda wpatrywała się w nią pytająco.

– Nie, jeszcze muszę coś załatwić – stwierdziła i wyciągnęła z kieszeni telefon.

Dziewczyna kiwnęła głową ze zrozumieniem.

– Czyli jednak matka miała rację – powiedziała już bardziej do siebie i odeszła.

Alicja skierowała się na plażę. Czuła, że to będzie odpowiednie miejsce. Przynajmniej będzie sama, bez ciekawskich uszu koło siebie. Stanęła nad brzegiem morza, wpatrując się w fale. Wzdrygnęła się, kiedy poczuła, jak lodowata woda wdziera się do jej butów. Stanęła za blisko.

– Cholera! – Odskoczyła na bok jak poparzona. – Cholera – powtórzyła i westchnęła.

Wybrała numer. Odebrał po pierwszym sygnale, tak jakby czekał na jej telefon. Jakby wiedział, że właśnie w tej chwili zadzwoni. Na początku się zawahała, jednak szybko się przełamała.

– Przyjedziesz po mnie? – spytała bez wstępów ani tłumaczeń. Sama nie wiedziała, co innego mogłaby w tej chwili powiedzieć.

– Przyjadę – odparł łagodnie, jakby to była najnormalniejsza rzecz pod słońcem. Jakby dokładnie tego się spodziewał. A może tak właśnie było? Może wiedział, że w końcu do niego zadzwoni.

– Podam ci adres – zaproponowała.

Jednak on po raz kolejny ją zaskoczył.

– Nie trzeba – oznajmił, a ona była pewna, że się uśmiechnął.

– Ale… – Chciała coś powiedzieć, jednak się powstrzymała. – Nieważne – westchnęła i się rozłączyła.

_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_
mniej..

BESTSELLERY

Menu

Zamknij