-
nowość
Gdzie jesteś, siostrzyczko? - ebook
Gdzie jesteś, siostrzyczko? - ebook
Z tego koszmaru nikt nie wyjdzie niewinny.
Niepokojący thriller, którego nie da się zapomnieć
W Hotelu Loret w Beskidzie Sądeckim odbywa się luksusowa kolacja walentynkowa. Goście bawią się w najlepsze, a obsługa uwija się w pocie czoła. Tymczasem tuż obok dochodzi do dramatu. Córka właścicieli znika bez śladu.
Rok później rodzinę Loret dręczą koszmary przeszłości, jednak szybko okazuje się, że te koszmary są nie tylko wspomnieniem. Zło powraca do hotelu i wystawia na próbę na pozór bajkowe życie milionerów. Wkrótce z mroku wydobyte zostają kolejne niechciane tajemnice. Rozpoczyna się niezwykła rozgrywka, w której nikt nie jest niewinny. A może na wszystkich ciążą jedynie okropne pomówienia?
Uważajcie jednak, gdyż rozwiązanie tej zagadki to dopiero początek.
Po przebudzeniu z koszmaru należy zmierzyć się z rzeczywistością.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Horror i thriller |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 978-83-8441-008-0 |
| Rozmiar pliku: | 1,7 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
_To jest coś_
_Biedna konstrukcja człowieczego lęku_
_Żyrafa kopcąca się pomaleńku_
_Tak_
_To jest coś_
_Coś z tamtej ściany z aspiryny i potu_
_Ta mordka podobna do roztrzaskanego kulomiotu_
_Tak_
_To jest coś_
_Czemu próchniejecie od brody do skroni_
_Jaki wam ząbek w pustej czaszce dzwoni_
_Tak_
_To jest coś_
_Coś co nas czeka_
_Użyteczne i groźne_
_Jak noga_
_Jak serce_
_Jak brzuch i pogrzebacz_
_Ciemna mogiła człowieczego nieba_
_Tak_
_To jest coś_
_O wiersz ja ten piszę_
_Sobie a osłom_
_Dwom zreumatyzowanym_
_Jednemu z bólem zęba_
_Oni go pojmą_
_Tak_
_To jest coś_
_Bo życie_
_Znaczy:_
_Kupować mięso Ćwiartować mięso_
_Zabijać mięso Uwielbiać mięso_
_Zapładniać mięso Przeklinać mięso_
_Nauczać mięso i grzebać mięso_
_I robić z mięsa I myśleć z mięsem_
_I w imię mięsa Na przekór mięsu_
_Dla jutra mięsa Dla zguby mięsa_
_Szczególnie szczególnie w obronie mięsa_
_A ono się pali!_
_Nie trwa_
_Nie stygnie_
_Nie przetrwa i w soli_
_Opada_
_I gnije_
_Odpada_
_I boli_
_Tak_
_To jest coś_
S. Grochowiak, _Płonąca żyrafa_
_Wiersze wybrane_, Warszawa 1978.JULIA
1
To zorganizowany chaos. Zabójczo dobra zabawa. Niezapomniany czas.
Nagłówek brzmi całkiem wdzięcznie, zdjęcie przykuwa wzrok, a teraz szukam banalnych hashtagów, by dodać je do opisu posta. Ponoć ostatnio bardziej sprawdzają się słowa klucze, ale mam to w nosie. I tak zebraliśmy komplet. Chodzi jedynie o poinformowanie świata o wyjątkowym wydarzeniu. Panienka z marketingu bardzo mnie o to prosiła, sama zaklinając się, że nie może wrzucić żadnego posta, skoro jest do jutra na zwolnieniu. Może i tak. Dla mnie to tylko kilka kliknięć, a nie mogę narzekać – dziewczyna, choć jest przeorana przez covid albo inne świństwo, ciągle podsyła mi jakieś pomysły. Gdyby nie to, pewnie musielibyśmy rozważyć zatrudnienie nowej osoby. Zastępstwa, substytucje, wtórne etaty… Już rozmawiałam o tym z księgowym. I nigdy więcej. Przynajmniej dopóki nikt nie przyłoży mi noża do gardła i nie każe skupić się nad umową. Boże święty!
– Kochanie, wszystko pod kontrolą. – Hugon staje tuż obok i kładzie dłoń na moim karku. Przebiega mnie dreszcz.
– Ej! Masz zimną rękę!
– Przepraszam. Chyba cała krew odpłynęła mi do mózgu… Od godziny ciągle ktoś zadaje trudne pytania albo oczekuje konstruktywnej rozmowy. A właśnie! Pamiętasz, że mamy urządzić honorową licytację?
Tak. Pamiętam. Kiwam głową i zamykam laptop. Poprawiam okulary, po czym obracam się w fotelu do męża.
– Pocałuj mnie, a wszystko będzie dobrze – szepczę.
– Nadal liczysz, że zamienię się w księcia? To chyba nie działa. Przerabiamy to od paru lat…
– Nie jestem aż tak naiwna. Ale dla pewnych przyjemności lubię się oszukiwać.
Uśmiecham się, a Hugon delikatnie całuje mnie w usta. Jego dłoń przemyka po mojej piersi, palce się zaciskają i…
– Nic z tego.
Rezolutnie wstaję, po czym kieruję się do wyjścia. Przyjemne popołudniowe słońce wpada do gabinetu. Ściana jest cała pomarańczowa. Ledwie minęła czternasta, a już można szykować się do spania. Pieprzony czas zimowy dobija mnie od lat. Jesieniami ciągle słyszę, że to zmiana po raz ostatni, lecz co roku politycy udupiają nas tak samo. Unia Europejska to banda sadystów. Przecież ciemność tuż po piętnastej godzi w prawa człowieka. Mieszkańcy koła podbiegunowego pewnie już parę miesięcy po urodzeniu dostają order za odwagę. No chyba że urodzili się latem, kiedy panuje nieustanny dzień…
– Julio! Hej, ziemia do Julii!
Hugon jak zwykle nie pozwala mi zanadto odpłynąć. A dopiero co sam pchał łapy tam, gdzie teraz nie powinien.
– Ty, jako dyrektor hotelu, pojawisz się na licytacji – mówi. – Przygotuj kilka słów.
– Jasne… – parskam, po czym na jednym wydechu, zmieniając głos na nobliwie poważny, rzucam: – „Drodzy państwo, z okazji walentynek kochajmy się i kochajmy innych. Miłość niestety zawsze kosztuje, lecz w naszej licytacji przynajmniej sami decydujecie ile”. Ładne?
Mój mąż obrzuca mnie krzywym spojrzeniem. Wzdycha i teatralnie mlaska.
– Chyba nie chcesz, żebym to ja wygłosił tę gadkę? Wiesz, jak się spaliłem…
O tak. On całkowicie nie nadaje się do publicznych występów. Musi być szarą eminencją, lecz kiedy spotyka się z ludźmi, ujawnia się mroczna strona jego osobowości. Kompletnie nie potrafi ukryć znudzenia, zdenerwowania i zniecierpliwienia. A jak na właściciela luksusowego hotelu to słabe cechy. Szczególnie gdy samemu się te występy organizuje.
Idziemy ku schodom, pośród wspaniałych palm kanaryjskich i mebli art déco kupionych dwa lata temu we Francji. To reprezentacyjny fragment holu prowadzący tylko do naszych biur. Wtem dobiega nas krzyk Michała, trzynastoletniego syna mojego męża. Po chwili zdenerwowany chłopiec wypada zza rogu.
– Tato! Tato! – Pędzi do ojca. – Coś się stało Ewie!
Ewa to jego dziesięcioletnia siostra. Ma skłonność do wpadania w kłopoty, ale mina Michała zdradza, że chodzi o coś więcej niż zwykłe kłopoty.2
– Znikła. Nigdzie jej nie ma. Obszukałem całą naszą część hotelu i byłem nawet na poddaszu.
Michał zdaje pośpieszną, nieco chaotyczną relację. Ma wypieki na policzkach, roziskrzone spojrzenie i kropelki potu na czole.
– Miałeś nie spuszczać jej z oczu! – cedzi Hugon. – Prosiłem cię…
Mój mąż gniewnie macha ręką, a chłopak karnie zwiesza głowę. Widzę, że jest mu potwornie głupio.
– Musiała gdzieś pójść… Albo się ze mną drażni. Wiecie, że zrobi wszystko, żeby mi dopiec.
– Pilnowałeś jej?
Krótkie pytanie ucina spekulacje Michała. Pucołowaty chłopiec sam jest niezłym urwisem, w szkole nigdy nie miał zachowania lepszego niż poprawne i doskonale wiem, że potrafi dać popalić. Nigdy nie był nazbyt czuły dla siostry, a wszelkie obowiązki z nią związane – w tym przypilnowanie jej choćby przez parę minut – traktuje jak zsyłkę na roboty przymusowe. Normalnie _Arbeit macht frei_.
– Pewnie poszła na przyjęcie – oznajmiam. – Przecież nie opuściła terenu hotelu.
– Myślisz, że tam nie byłem?
Pasierb obrzuca mnie lodowatym spojrzeniem. Choć staram się poprawić nasze relacje, idzie mi to jak po grudzie. Nie wiem, co robię źle, przeczytałam nawet kilka książek o polepszaniu więzi z przyrodnimi dziećmi, ale to lanie wody. Bełkot ludzi, którzy nie mają nic wspólnego z praktyką.
– Sprawdzę w recepcji – rzuca Hugon. – Zerknę na monitoring i zapytam dziewczyn.
– Jasne. A ja pójdę na górę i do naszych pokojów. Jeśli jej tam nie ma, podpytamy gości. Ktoś musiał ją widzieć.
– Trzeba jej wybić z głowy te wędrówki po hotelu.
– Albo znowu zamieszkać w domu, jak ludzie.
Michał rzuca tę cierpką uwagę ni to do mnie, ni to do ojca. Owszem, zamieszkanie w hotelu było ryzykownym przedsięwzięciem, ale na razie niezbędnym. Poza tym wierzyliśmy, że to pozwala dzieciakom zapomnieć o tym, co stało się z ich matką. Zmiany miały być pozytywne. Odcięcie się od przeszłości, nowy start z macochą i spojrzenie w przyszłość, a nie w tył. Za kilka miesięcy planowaliśmy znaleźć nowe lokum. Tymczasem Hotel Loret wydawał się miejscem idealnym.
– Gdzie była, kiedy widziałeś ją po raz ostatni? – Mój mąż lekceważy uwagę syna.
– W pobliżu naszych wind… Poszedłem do łazienki, a ona miała tam zostać.
– Jasne…
Michał nie brzmi przekonująco. Raz po raz bełkocze: „Gdzie jesteś, siostrzyczko?”, ale zamartwia się wyraźnie na pokaz. Nie wierzę mu.
W każdym razie rezolutnie przystępujemy do poszukiwań. Niepokojenie gości, którzy przyszli na walentynkowy obiad, jest ostatnim, czego byśmy chcieli. Tym bardziej niepokojenie ich naszymi prywatnymi problemami. To skrajnie nieprofesjonalne, a w tym hotelu nie ma miejsca na takie zachowania. Wszystko musi chodzić jak w zegarku. Hugon pracował na jego renomę przez całe życie.
Jeżeli Ewa wyszła do części otwartej dla gości, z pewnością znajdziemy ją na nagraniu którejś z kamer. A jeżeli została w naszych apartamentach, nie mogła się stamtąd nigdzie wymknąć.
– Ewa! – krzyczę, starannie zamknąwszy drzwi na korytarz. – Ewa, jesteś tutaj?
Z dziewczynką mój kontakt jest znacznie lepszy niż z jej bratem. Wydaje mi się, że nawet nieco mi zaufała i ostatnio stałam się powiernicą jej sekretów. To miłe. Tym bardziej że jest naprawdę uroczym, żywiołowym dzieckiem. Czasem aż nazbyt żywiołowym.
– Ewa!
Przemierzam główny korytarz, po którego obu stronach są nasze prywatne pokoje. Dwa apartamenty dzieci, nasza sypialnia oraz pokój socjalny przerobiony na prowizoryczną kuchnię. Nagle niespodziewanie uświadamiam sobie, jak wiele pozorów nas otacza. Jaką farsę zrobiliśmy, przeprowadzając się do hotelu. A może to tylko odczucie w związku z nagłym spadkiem nastroju? Zmęczeniem? Przecież ten wieczór miał być idealny, a jego organizacja kosztowała nas mnóstwo pracy. To, że wszystko komplikuje się przez Ewę, sprawia, że czuję nagłą złość. Nie chcę jej kierować ku dziewczynce. Dzieci nigdy nie są winne…
– Ewa…
Zaglądam do kolejnych pokojów, a nawet do garderoby. Nigdzie nie ma ani śladu dziecka. W jej pokoiku panuje dziwny porządek. Wszystkie zabawki są poodkładane na miejsce, co się prawie nigdy nie zdarza. Chyba że teraz się z nami bawi? Wszystko jest możliwe… Odreagowanie traum trwa bardzo długo i objawia się niespodziewanymi zachowaniami. Gdzieś o tym czytałam.
– Kochanie…
Zaglądam pod nasze łóżko, do szafy z ubraniami oraz do bieliźniarki. Nigdzie. Nic. Pustka. Przetrząsnęłam całą górę i ponownie wychodzę na główny korytarz. Zerkam ku windzie. To tu Michał, według tego, co powiedział, zostawił siostrę. Poszedł do łazienki, a ona…
Podchodzę do kabiny windy i odruchowo ją przywołuję. Do głowy przychodzą mi różne kretyńskie myśli. Fragmenty filmów oraz przeczytanych książek. Dziewczynka leżąca na dnie szybu wind, oberwana kabina, zdjęta pokrywa prowadząca do mechanizmu serwisowego… Kolejne idiotyczne obrazy przewijają się coraz szybciej, lecz nagle przerywa je dzwonek mojej komórki. Natychmiast odbieram. Dzwoni Hugon.
– Tak? Znalazłeś ją?
– Nigdzie jej nie ma. – Ma drżący ze zdenerwowania głos i mówi przez zęby. – Nie mogę jej znaleźć na żadnych nagraniach monitoringu. Wypytujemy gości, ale nikt jej nie widział… Boże…3
Policja odebrała zgłoszenie i po prawie godzinie do hotelu przyjechało dwóch gliniarzy. Żółtodzioby oddelegowane do nieznaczącej misji. _Child alert_. Dajcie spokój. Nikt o tym nie słyszał, a jeśli w ogóle, to poruszenie tematu wywołało jedynie porozumiewawcze, kpiące spojrzenia.
– Nie jestem histerykiem – cedzi Hugon. – Nie wzywam was, bo zgubiłem dziecko w lesie albo na plaży, tylko, kurwa, znikło ze swojego domu. Jestem właścicielem dużego hotelu, mam konkurencję… Różne rzeczy przychodzą mi do głowy.
– Konkurencję? – Starszy, około czterdziestoletni ryży policjant udaje zainteresowanie. – Czy coś pan sugeruje?
– Wiem, że niedawno usiłowano przeprowadzać ataki hakerskie na dane naszych klientów.
– Zgłosiliście to?
– Oczywiście. I oczywiście nic z tym nie zrobiliście.
Wymiana zdań staje się coraz bardziej cierpka. Po kilkunastu minutach policjanci postanawiają dyskretnie wypytać hotelowych gości oraz personel. Wszyscy byli tak zajęci imprezą, że nie spostrzegliby nawet, gdyby po hotelu grasował morderca w masce clowna. Wiem, jak ogromnego skupienia wymaga ich praca. Recepcjonistka jest bardzo doświadczona, przed paroma miesiącami podebraliśmy ją z innego obiektu, ale zarzekała się, że nic nie widziała. Poza tym główny hol jest monitorowany przez pięć kamer, które nie pozwoliłyby przemknąć się nawet chomikowi, nie mówiąc o dziesięcioletniej dziewczynce z ADHD.
– Niech państwo usiądą i odpoczną – oznajmia ryży policjant. Po blisko godzinie daremnych poszukiwań i rozpytywań chyba wreszcie zamierza skontaktować się z przełożonymi. – Może ściągniemy tu więcej ludzi.
– Byłoby wybornie – stwierdza sarkastycznie Hugon.
– Na terenie posiadłości mogłyby sprawdzić się również psy… – dodaję. – W hotelu lepiej na razie nie robić zamieszania, ale…
Zawieszam głos. Widzę, że słowa o poszukiwaniach przez psy niespodziewanie poruszyły jakąś głęboką strunę u Hugona. Zadrżał, zacisnął usta, a w jego oczach pojawiły się łzy.
– Niedługo się znajdzie – szepczę, chwyciwszy go za dłoń. – Musi się znaleźć.
A jednak niedawna złość na robiącą psikusa dziewczynkę i we mnie przemienia się w głęboki niepokój.
– Znajdzie się – powtarzam z naciskiem.4
Przez całą noc nie zmrużyliśmy oka. Do trzeciej nad ranem prowadzone były poszukiwania na terenie hotelu oraz posiadłości, a policja zabezpieczyła monitoring. Nie zaangażowano psów, bo tych najbliższe komendy nie posiadają. Trzeba je ściągnąć aż z Krakowa albo Katowic, lecz ponoć to potrwa. Poszukiwania mają być podjęte rano. Sprawę utrudniają intensywne opady śniegu oraz duża wilgotność powietrza.
– To komplikuje sprawę – wyjaśniał tonem profesjonalisty podkomisarz, który zjawił się na miejscu koło północy. – Większość dzieci odnajduje się po paru godzinach…
– Minęło już dziewięć godzin! Widzi pan, jaka jest pogoda za oknem? A jeśli ona jest na dworze?!
A gdzie miałaby być? – pytam w duchu sama siebie. Gdzie, do cholery, miałaby być? Przecież nie schowała się w piwnicy.
– Opublikujemy jej wizerunek. Rano pojawi się w większości mediów. Poproszę o dobre, jak najbardziej aktualne zdjęcie oraz opis, w co państwa córka była ostatnio ubrana. Albo w co mogła się ubrać.
– Robiłem jej zdjęcie dzisiaj rano…
Hugon wysłał fotkę policjantowi MMS-em, a potem bez słowa powlókł się na górę. Kilka minut później dołączyłam do niego, gdy siedział w gabinecie z kieliszkiem pełnym whisky lub brandy. Kiedy mnie zobaczył, bez słowa obrócił go i wylał całą zawartość na dywan.
– Przecież nie mogę się nawet upić – jęknął żałośnie. – To wszystko to jakiś koszmar…
Nie miałam pojęcia, co mogłabym na to powiedzieć. Nie chciałam po raz kolejny go przytulać, łapać za rękę albo pocieszać. Wszystkie słowa stają się w takich momentach frazesami.
W pewnym momencie zmęczenie bierze jednak górę nawet nad strachem. Kładziemy się do łóżka, lecz oboje wpatrujemy się w sufit. Nie gasimy światła. Nie rozmawiamy, ale milcząc, wsłuchujemy się w odgłos wichury za oknem. Samotne dziecko błądzi gdzieś tam, wśród zamieci? Nie wiem, czy wolałabym, aby właśnie to okazało się prawdą. Bo jakie jeszcze są opcje? Porwania? Okropnego wypadku? Przecież to wszystko absurdy.
Nad ranem kończy się walentynkowa zabawa. Słyszę gwar przed hotelem – czyjś radosny pisk, a potem stłumiony śmiech. Tych ludzi nic nie interesuje rozgrywający się tuż obok dramat. Tak toczy się życie nas wszystkich, nie ma w tym nic niezwykłego. Nie ma w tym żadnego nietaktu ani bezwzględności. Co nas obchodzą obcy? Co nas obchodzi śmierć sąsiada, dalekiego kuzyna lub polityka? To ewentualnie tylko sensacje.
Kobieta śmieje się ponownie. Głośno i pijacko. Mrugam, przenoszę wzrok w stronę okna i uświadamiam sobie, że już robi się świt. Pewnie minęła szósta rano, więc zabawa trwała dłużej, niż zakładaliśmy. Uczestnicy nie musieli brać noclegów w naszym obiekcie, choć i tak wynajęto wszystkie pokoje.
Hugon siada na krawędzi łóżka i zwiesza głowę. Widzę, że ma zaciśnięte pięści.
– Zaraz każę się jej zamknąć! Wypieprzę ją z hotelu…
– Przestań. Nie możesz się wściekać na cały świat. To nic nie da, a ta kobieta jest naszym gościem.
– Nie mogę?
Hugon podnosi się i poprawia koszulę. Po raz pierwszy, odkąd go znam, położył się bez przebrania się.
– Hugon… – szepczę. – Proszę, chodź tu.
W tym momencie dzwoni jego telefon. Wesoła muzyczka z jakiegoś serialu wybrzmiewa przez kilka sekund. Mój mąż rozgląda się za telefonem, po czym nagle dopada do przewieszonych przez krzesło spodni. Dwukrotnie nie może odblokować ekranu, wreszcie przykłada słuchawkę do ucha.
– Halo?! Znaleźliście ją?
Zaniepokojona wypatruję jakiejkolwiek reakcji. Tymczasem Hugon zagryza usta i ciężko opada na fotel.5
– Czy moja żona…
Hugon zerka to na mnie, to na policjanta. Stoimy w progu pokoju, do którego właśnie nas zaproszono.
– Tak, śmiało. Wejdźcie razem.
Siadamy na niewygodnych krzesłach i czekamy, aż gliniarz dokończy coś wpisywać w komputerze. Gabinet jest mały, mierzy jakieś trzy na trzy metry, mieszczą się w nim biurko, niewielka szafka oraz stojak na dokumenty. Kaloryfer musi grzać pełną parą, bo jest tu wariacko gorąco. Zastanawiam się, czy to specjalnie, ale przecież w filmach zawsze operuje się raczej zimnem. Poza tym to nie jest pokój przesłuchań, a my nie jesteśmy podejrzanymi. Chyba. Zerkam na policjanta, lecz ten nie daje po sobie niczego poznać. Kilkukrotnie klika, mlaska i wreszcie odwraca się w naszą stronę. Ma oczy podkrążone, jakby imprezował do rana z butelką tequili u boku.
– Przepraszam, zaproszono was minimalnie za wcześnie – wyjaśnia obojętnie. – Musiałem przesłać krótki raport z nocy. Nie zdążyłem tego zrobić wcześniej.
No tak. To my załatwiliśmy mu zepsutą noc spędzoną na terenie hotelu i parku. Mam wrażenie, że w jego słowach tkwi zawoalowany wyrzut.
– Nie wiem, czy nie powinnam zaczekać na zewnątrz – szepczę. – Albo w ogóle wrócić do hotelu, na wypadek gdyby…
– Jest tam dość ludzi – przerywa mi Hugon. W kącikach jego oczu pojawiły się kurze łapki, powieki są żółtobrązowe, a białka przekrwione. Mówi powoli, mechanicznym tonem. Mimo to wiem, że jego mózg pracuje teraz na najwyższych obrotach. Sięga do aktówki i wyciąga z niej zapisaną odręcznie kartkę. – To lista gości, o którą pan prosił. – Podaje dokument policjantowi. – Podczas tej kolacji nie mieliśmy stałych klientów. Jest ich kilku, lecz akurat wczoraj wszyscy byli po raz pierwszy.
– Przynajmniej ci, którzy się meldowali – kwituje policjant. – Jeżeli stały gość byłby osobą towarzyszącą, nie musiał podawać danych, prawda?
– Tak, to możliwe, ale…
– Co by nie było, przejrzymy jeszcze raz monitoring. Postaramy się ustalić każdą minutę spędzoną przez każdego z gości.
Hugon odkasłuje. Poprawia się w krześle i opiera ręce na kolanach. Wiem, co go męczy. Chciałabym zamiast niego zadać to pytanie, lecz mnie uprzedza:
– Czy gości traktujecie jako podejrzanych? Czy ktoś mógł… coś zrobić Ewie?
– Dopuszczamy wszystkie możliwości. Nie chcę niczego sugerować ani ograniczać żadnej teorii. W tym momencie do Hotelu Loret powinni przybyć śledczy z psami…
Hugon aż drży. Niespodziewanie podnosi się i nachyla ku policjantowi.
– Chciałbym im wszystko pokazać! Powinienem tam teraz być!
– Nie, nie… Oni wiedzą, co robić. – Gliniarz uważnie nas obserwuje. Tak, zapewne wśród wszystkich jego teorii jest również ta, że to my coś zrobiliśmy Ewie. Statystycznie to pewnie najczęstsze wytłumaczenie podobnych spraw. – Postaramy się, by psy znalazły na terenie posiadłości trop.
Przez kolejne kilka minut policjant wymienia, co już zrobiono i co zamierzają zrobić. Wyjaśnia również, że wizerunek Ewy trafił do mediów. A wraz z nim nasze dane oraz informacja o tym, że jesteśmy właścicielami hotelu.
– To może spowodować konieczność odpowiednich działań marketingowych – wtrąca mimochodem. – Ale nie znam się na tym. Tylko nadmieniam…
– Jasne. Mam teraz w nosie hotel.
– Ja się tym zajmę – wtrącam łagodnie. – Zrobię wszystko, co mogę. Anna chyba już wróciła ze zwolnienia…
Nie mam pojęcia, co powinniśmy zrobić, lecz na pewno znajdę jakieś rozwiązanie.
– Być może warto poradzić się prawnika…
Komisarz mówi to dziwnym tonem. Coś mi się w nim nie podoba, choć może jestem po prostu dziś nadwrażliwa. Kiedy po paru minutach wychodzimy z gabinetu i Hugon przepuszcza mnie w progu, policjant jeszcze znacząco odkasłuje.
– Panie Loret… Czy mógłbym jeszcze pana poprosić na chwilę? Mam jedno pytanie, niemal prywatne… Wiąże się z pańską poprzednią żoną.
No tak. Zrozumiałam aluzję. Wychodzę na korytarz i zamykam za sobą drzwi. Przyzwyczaiłam się do tajemnic, niedopowiedzeń oraz spraw, których lepiej nie drążyć. O Loretach kiedyś wiele mówiono. Dziś ja również noszę to nazwisko, więc muszę trzymać fason.
– Gdzie jesteś, Ewo? – pytam szeptem. Choć nie jestem pewna, czy chcę znać odpowiedź na to pytanie.
Są rodziny, w których tajemnice zabiera się do grobu.6
Jutro minie rok. Rok niepokoju, stresu i wyczekiwania na telefon. Najpierw zaklinaliśmy się, żeby był to telefon z dobrą informacją, a potem z jakąkolwiek. Wszystko jedno. Byle nie przedłużać niepewności.
Niektórzy mówią, że zawsze się łudzą. Że rok, dwa czy pięć po zaginięciu dziecka nadal czekają, aż powróci całe i zdrowe. Wyczytałam o tym na wielu forach oraz grupach wsparcia. Ale to bzdury. U nas to tak nie działa. Chyba straciliśmy nadzieję. Chyba mamy charaktery odporne na oszukiwanie się.
To był rok, przez który wydarzyło się bardzo wiele, a zarazem prawie nic. Setki gości, wyróżnienia hotelu, hotelowej restauracji oraz strefy SPA. Pobyt księżnej Walii, która wraz z rodziną wybrała nasz ośrodek, by odpocząć w polskich górach. Ponoć nawet do niej dotarły wieści o tym, że zaginęło tu dziecko.
Rok setek fałszywych tropów oraz domysłów. Policja klucząca w miejscu, meldująca o jakichś śladach prowadzących do Włoch, Hiszpanii, a nawet Arabii Saudyjskiej. Wszystko zawsze okazywało się kompletną bzdurą.
Hugon wpadł w wir pracy i tylko to trzyma go w pionie. Haruje od rana do nocy, nadzoruje wszystko i wszystkich. Z szefa przyjaciela momentami zamienia się w szefa tyrana. Wiem to. Widzę to, lecz widzę też, jak wiele wyrozumiałości ma dla niego nasz personel.
Część forsy z biznesu Hugon zainwestował na rynku nieruchomości. Jest udziałowcem w jakiejś dużej inwestycji apartamentowej oraz jeszcze jednym hotelu. Może to złote strzały, a może zbędne ryzyko – chyba nam obojgu jest wszystko jedno. Chodzi tylko o zaprzątnięcie czymś myśli. O zabicie czasu.
Są dni, że niemal się nie widujemy. Jeżeli Hugon wyjeżdża, wszystko jest na mojej głowie, lecz nie mam z tym problemu. Cieszę się, że nieco zbliżyłam się z Michałem. Przynajmniej chłopak nie traktuje mnie jak wroga publicznego. Po zaginięciu siostry chyba nawet dostrzegł we mnie pierwiastek człowieka. Niestety cała sprawa znalazła odbicie w jego nauce i ledwo zdał z klasy do klasy. Właściwie to ja wychodziłam dla niego dwóję z fizyki oraz chemii. Może to za to należał mi się szacunek?
_Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej_