-
nowość
-
promocja
Gemini. W drodze na Księżyc - ebook
Gemini. W drodze na Księżyc - ebook
Droga od załogowych lotów na niskiej orbicie okołoziemskiej do udanego lądowania na powierzchni Księżyca nie była jednym śmiałym skokiem. Prowadziła przez program Gemini – dziesięć misji zrealizowanych w ciągu zaledwie dwudziestu miesięcy, które stworzyły jedną z najbardziej niezwykłych, a zarazem najrzadziej docenianych historii w dziejach podboju kosmosu. Była to opowieść naznaczona cieniem: śmiercią, ledwie zażegnanymi katastrofami i chwilami, gdy tragedia wisiała na włosku. Była też częścią bezwzględnej zimnowojennej rywalizacji ze Związkiem Radzieckim, nadającej całemu przedsięwzięciu dramatyczne tempo i ogromną stawkę.
A jednak program Gemini przyniósł także sukcesy, które jeszcze niedawno wydawały się niewyobrażalne. W czasie, gdy w Wietnamie trwała wojna, a amerykańscy politycy coraz głośniej domagali się ograniczenia wydatków na NASA, powodzenie Gemini – i w istocie całego amerykańskiego programu kosmicznego – wcale nie było przesądzone. Mimo to inżynierowie, naukowcy i astronauci zaangażowani w projekt nie ustąpili. Wytrwali. I to właśnie ich determinacja sprawiła, że NASA opanowała manewry, bez których lot na Księżyc pozostałby marzeniem: dokowanie, spotkania na orbicie, długotrwałe misje i spacery kosmiczne.
Ukazana z filmowym rozmachem opowieść o Gemini, zarazem oparta na wnikliwych badaniach i rozmowach z uczestnikami wydarzeń, to pasjonująca historia najbardziej niedocenionego – a jednocześnie przełomowego – programu kosmicznego w dziejach Stanów Zjednoczonych. To właśnie tutaj, w cieniu Mercury i Apollo, rozstrzygnęło się, czy człowiek rzeczywiście zdoła dotrzeć na Księżyc. Wreszcie poznajemy prawdziwą opowieść o tym, jak ten cel stał się możliwy.
Ta publikacja spełnia wymagania dostępności zgodnie z dyrektywą EAA.
| Kategoria: | Literatura faktu |
| Zabezpieczenie: |
Watermark
|
| ISBN: | 9788368574166 |
| Rozmiar pliku: | 26 MB |
FRAGMENT KSIĄŻKI
Tak, jak każdy mężczyzna, który okrążał Ziemię przed nimi, Jim Lovell i Buzz Aldrin wiedzieli, że ich życie zależy od silników hamujących. Cel tych rakiet tkwił w członie retro- ich nazwy: miały przyspieszać statek nie do przodu, lecz wstecz, spowalniając go i wytracając prędkość. Było to konieczne, jeśli Lovell i Aldrin mieli przeżyć kolejny dzień, po dziewięćdziesięciu czterech godzinach, które już spędzili w kosmosie.
Okrążanie Ziemi to zasadniczo akt _spadania wokół_ Ziemi – lot musiał odbywać się na tyle wysoko i na tyle szybko, żeby pomimo pędu statku kosmicznego do przodu i w dół, powierzchnia planety uciekała spod niego. W ten sposób statek spadał, spadał, spadał i wciąż spadał, jednak nigdy, przenigdy nie dosięgał powierzchni. Stawał się jak Księżyc – satelitą Ziemi, unoszącym się stabilnie nad nią, nawet gdy dawno już wyczerpały się woda, powietrze i źródła zasilania w kabinie. I chociaż Lovell i Aldrin szczęśliwie dotarli w kosmos na pokładzie statku Gemini 12 – ostatniej z serii dziesięciu załogowych misji programu Gemini – nie mogli się doczekać chwili, kiedy odwrócą statek rufą do przodu, odpalą cztery silniki hamujące i zredukują prędkość z aktualnych 28 000 kilometrów na godzinę tak, aby grawitacja zrobiła swoje i pozwoliła im w kontrolowany sposób zanurkować w atmosferę.
Manewr powrotny rozpoczęli po południu 15 listopada 1966 roku, obracając statek tyłem do kierunku lotu i przygotowując się do odpalenia silników, które miało utrzymać ich przy życiu.
– Minuta i osiemnaście sekund do uruchomienia silnika hamującego – oznajmił Paul Haney, głos NASA, milionom Amerykanów śledzącym manewr na żywo w telewizji. Po osiemnastu sekundach dodał:
– Minuta na mój znak. Teraz!
A potem:
– Trzydzieści sekund, teraz!
A w końcu:
– Dziesięć, dziewięć, osiem, siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, hamowanie!
W statku Lovell i Aldrin poczuli cztery mocne uderzenia i usłyszeli cztery głośne wybuchy odpalanych silników. W ich plecy grzmotnęło ponad 4,5 tony ciągu.
– Hamowanie! – powtórzył jak echo Lovell, dowódca.
– Trzymamy równo – odpowiedział Aldrin.
Silniki działały zaledwie przez pięć sekund, jednak według fizyki i arytmetyki, które rządziły tym manewrem, wystarczyło to, aby wysłać astronautów po kontrolowanym, wysokim torze nurkowym przez gęstniejące powietrze, które miało spowodować rozgrzanie osłony termicznej u podstawy ich kapsuły do 1650 stopni Celsjusza. Niecałe pół godziny później chlupnęli do Atlantyku, 1100 kilometrów na południowy wschód od Przylądka Kennedy’ego na Florydzie, w zasięgu wzroku głównego okrętu ratunkowego, USS Wasp.
– A niech mnie! – wykrzyknął Aldrin, gdy statek z impetem uderzył w powierzchnię wzburzonych wód oceanu.
– No, no, no! – odpowiedział Lovell.
– Gemini 12, Houston – odezwał się z centrum kontroli misji astronauta Pete Conrad, CAPCOM odpowiedzialny za komunikację z kapsułą, gdy kamery telewizyjne uchwyciły obraz statku kosmicznego. – Uśmiechnijcie się, jesteście na wizji!
Na potrzeby kronik: Lovell rzeczywiście się uśmiechnął, podobnie jak Aldrin i cała Ameryka. Udane wodowanie Gemini 12 oznaczało bowiem triumfalny koniec dwudziestomiesięcznego programu Gemini, podczas którego USA wysyłały jedną misję co osiem tygodni. W tym czasie budzący powszechne obawy Związek Radziecki nie zdołał wysłać w przestrzeń żadnych kosmonautów. W przeciągu tych dwudziestu miesięcy NASA i Ameryka nauczyły się spacerować w kosmosie, latać na długich misjach w kosmosie, nawigować w kosmosie, zbliżać się i dokować z innymi pojazdami w kosmosie – słowem, robić każdą drobną rzecz, którą trzeba było umieć, jeśli Stany miały dotrzymać obietnicy prezydenta-męczennika Johna Kennedy’ego sprzed ponad pięciu lat: postawienia amerykańskiej stopy na Księżycu przed końcem dekady.
Porywająca i pełna blasku historia programu Gemini – zdefiniowanego przez jego sukcesy, ale także tragedie, straty, śmierci i bliskie otarcia się o nią – nigdy dotąd przez nikogo nie została w całości opowiedziana. Amerykanie bardzo dobrze znają historię programu Mercury, podczas którego pomnikowe postaci takie, jak John Glenn, Al Shepard, Gus Grissom i Wally Schirra odbyły pierwsze amerykańskie loty kosmiczne. Kraj z pewnością zna program Apollo, gdy ludzie po raz pierwszy odważyli się wyruszyć ku Księżycowi. Jednak o historii programu Gemini – który dał nam takich ludzi, jak Lovell i Aldrin, Conrad i Neil Armstrong – wiemy mniej. Tak nie powinno być.
Na przestrzeni ostatnich trzech pokoleń sprawność Gemini, możliwości Gemini, mechaniczny geniusz Gemini, a także – co równie ważne – niezwykłe umiejętności ludzi, którzy pilotowali statki Gemini, wywarły ogromny, choć często niedoceniany wpływ na geopolitykę, technologię i same naukowe fundamenty w pierwszym wyścigu ze Związkiem Radzieckim. To program Gemini dostarczał lawiny ekonomicznych, inżynieryjnych i politycznych zwycięstw, które pozwoliły pokojowo zakończyć pierwszą zimną wojnę, przez wyniesienie Zachodu na piedestał i odejście byłego Związku Radzieckiego do lamusa historii. To program Gemini przynosił promyki dobrych – często wręcz olśniewających – wiadomości podczas jednych z najmroczniejszych okresów w dziejach Ameryki, w krwawych i pełnych podziałów latach sześćdziesiątych, łącząc nie tylko społeczeństwo, ale także polityków we wspólnym dążeniu do uczynienia Ameryki dominującą siłą poza planetą.
To także program Gemini pomógł w budowie globalnej współpracy w kosmosie, która istnieje do dzisiaj, angażując NASA, Europejską Agencję Kosmiczną, Kanadyjską Agencję Kosmiczną i ponad piętnaście krajów współpracujących nie tylko przy Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, ale także przy nowym programie Artemis. Jego celem jest ponowne postawienie nogi na Księżycu przed końcem lat dwudziestych XXI wieku. Każde dokowanie statku Dragon firmy SpaceX do stacji kosmicznej, każdy spacer kosmiczny astronauty z jakiegokolwiek kraju, każdy księżycowy krok astronautów Apollo, każda ze 135 misji promu kosmicznego, każdy eksperyment naukowy przeprowadzony na pokładzie któregoś z aktywnych statków kosmicznych, płynie bezpośrednio i pośrednio z lekcji wyniesionych ponad pół wieku temu, gdy pierwsze statki Gemini z pierwszymi astronautami wykonywały swoje pierwsze loty przez kosmiczną pustkę.
Ameryka i cały świat za długo ignorowały Gemini, zbyt łatwo zapominały o osiągnięciach programu i niewłaściwie przypisały mu miejsce zapomnianego środkowego rodzeństwa w trójce Mercury–Gemini–Apollo. Jednak program Gemini był jednym z najbardziej ekscytujących, wstrząsających i dających nadzieję przedsięwzięć w historii podróży kosmicznych. Wraz z innymi autorami opowiadałem już historię programu Mercury. Opowiadaliśmy też historię Apollo. Pisząc tę książkę, zamierzam opowiedzieć równie porywającą historię programu Gemini i tym samym uzupełnić kroniki.PROLOG
Kosmiczny spacer na krawędzi: 5 czerwca 1966 roku
Ostatnią rzeczą, której chciał Tom Stafford, było odcięcie i puszczenie Gene’a Cernana wolno w kosmosie. Stafford lubił Cernana. Ciężko z nim trenował. Przez ponad rok pracowali we dwóch, przygotowując się do swojej trzydniowej misji Gemini 9, a teraz, na początku czerwca 1966 roku, byli w kosmosie. Jednak ta sprawa z odcięciem Cernana nagle stawała się coraz bardziej prawdopodobna.
Stafford, dowódca misji, siedział wewnątrz statku kosmicznego, przypięty pasami do lewego fotela. Cernan – młodszy pilot – dyndał na zewnątrz, wirując, koziołkując i miotając się na końcu długiego przewodu pępowinowego, zupełnie nie panując nad ruchami, a tym bardziej nie mogąc trafić z powrotem do małego otwartego włazu po swojej stronie statku, aby wpłynąć do jego wnętrza.
To Deke Slayton, dyrektor biura astronautów, po raz pierwszy wspomniał o tym, co Stafford powinien zrobić w takiej sytuacji. Owo ostrzeżenie wydawało się szczególnie adekwatne dla misji Gemini 9, która od początku była pechowa. Zaledwie cztery miesiące wcześniej dwaj świetni ludzie – początkujący astronauci – zginęli w ogniu podczas próby oderwania się od Ziemi. W kolejnym miesiącu inni dwaj wyjątkowi ludzie – Neil Armstrong i Dave Scott – prawie stracili życie, gdy ich statek Gemini 8 wpadł w niekontrolowaną rotację 300 kilometrów nad Ziemią. Teraz była pora na Gemini 9 i pechowa seria NASA wydawała się trwać.
Pod koniec maja Stafford i Cernan dwukrotnie zakładali kombinezony i wspinali się do statku, przygotowując się do startu tylko po to, by był on odwoływany z przyczyn technicznych. Właśnie przed drugą próbą, gdy Stafford i Cernan byli wciąż w bieliźnie, szykując się do założenia ciśnieniowych skafandrów, do pomieszczenia wszedł Slayton. Zwrócił się do Stafforda, kompletnie ignorując Cernana, nawet nie nawiązując z nowicjuszem kontaktu wzrokowego.
– Tom – powiedział – muszę zamienić z tobą kilka słów na osobności.
Cernan spojrzał na Stafforda pytająco, a ten po prostu wzruszył ramionami. Cernana raczej to nie uspokoiło. Owszem, był debiutantem. Stafford był już w kosmosie, sześć miesięcy wcześniej, podczas udanej misji Gemini 6. Teraz obaj stanowili jedną załogę i to, co miał usłyszeć dowódca, powinien słyszeć także pilot. Jednak nie tego chciał Slayton. Wyszedł ze Staffordem z pokoju i po cichu wyłożył mu obowiązujące w NASA prawo życia i śmierci.
Do tej pory amerykański astronauta był w otwartej przestrzeni tylko raz, rok wcześniej, podczas lotu Gemini 4. Było to zaledwie dwadzieścia minut poza lukiem kabiny. Pilot Ed White delikatnie ustawił się w odpowiedniej pozycji, używając pistoletu manewrowego i szybko wrócił do wnętrza, zamykając za sobą właz. Spacer Cernana miał być znacznie ambitniejszy, trwać wiele godzin, a astronauta miał pełzać po całym statku, umieszczając i zbierając pakiety eksperymentów. Na końcu miał przejść na tył statku, gdzie przewożono osobisty moduł manewrowy AMU, czyli rakietowy plecak skonstruowany przez siły powietrzne. Jego zadaniem było nałożyć plecak i swobodnie oddalić się w przestrzeń, zachowując połączenie ze statkiem tylko za pośrednictwem długiej, wąskiej, nylonowej uwięzi. Całe to ćwiczenie było skrajnie ryzykowne i Slayton doskonale zdawał sobie sprawę ze związanej z nim śmiertelnej matematyki.
NASA wysłała dotąd w kosmos dwanaście załóg. Sześć z nich to jednoosobowe misje statków Mercury, a sześć kolejnych stanowiły pierwsze statki Gemini, ponumerowane od Gemini 3 do Gemini 8. Wszystkich dwanaście załóg bezpiecznie powróciło do domu. NASA chciała utrzymać ten wynik możliwie blisko perfekcji. Celem było oczywiście wysłanie dwóch ludzi na pokładzie Gemini 9 i sprowadzenie ich do domu. Gdyby jednak coś stało się Cernanowi podczas lotu w otwartej przestrzeni – gdyby stracił możliwość poruszania się, przytomność lub nie można byłoby mu pomóc – Slayton nie zamierzał tolerować, by Stafford odgrywał bohatera, pozostając w kosmosie z otwartym włazem i umierając wraz z towarzyszem. W takiej sytuacji Stafford miał odłączyć przewód pępowinowy, który łączył jego młodszego kolegę ze statkiem, zamknąć właz i wrócić do domu samotnie, pozostawiając Cernana, trzydziestodwuletniego pilota lotnictwa morskiego, by stał się niczym więcej niż martwym satelitą Ziemi.
– Odetnij go – powiedział Slayton do Stafforda. – Jeśli do tego dojdzie, odetnij go.
Stafford przytaknął, pożegnał się ze Slaytonem i wrócił do pokoju przygotowań.
– O co chodziło? – dopytywał Cernan.
– Wszystko w porządku, Geno – odpowiedział Stafford – Nic ważnego.
Jednak teraz, tydzień później, gdy start Gemini 9 w końcu za trzecim razem się powiódł i załoga orbitowała wokół Ziemi na wysokości ponad trzystu dziesięciu kilometrów, ta sprawa okazywała się bardzo ważna, a Cernan wpadł w niezłe tarapaty.
Oczywiście Gene Cernan był przyzwyczajony do ryzyka. Gdy był młodszy, wiódł życie lotniczego rajdowca, jak każdy początkujący pilot marynarki. Dziewięć lat wcześniej, w 1957 roku ćwiczył naloty bombowe w Stacji Lotnictwa Marynarki Wojennej Miramar w San Diego w Kalifornii. Procedura wymagała wejścia do kokpitu samolotu FJ-4B Fury, do którego kadłuba przyczepiono atrapę głowicy bojowej. Jego celem był obszar na powierzchni gruntu o rozmiarach nieco ponad dwunastu metrów, nieznacznie szerszy niż rozpiętość skrzydeł samego samolotu, oznaczony po obu stronach wbitymi w ziemię, trzymetrowymi słupkami. Należało wykonać nalot z prędkością trzystu węzłów, czyli około pięciuset siedemdziesięciu kilometrów na godzinę, zrzucić atrapę bomby nisko nad ziemią oraz zmykać w górę z prędkością pięciuset węzłów, czyli ponad dziewięciuset dwudziestu pięciu kilometrów na godzinę, w celu uniknięcia hipotetycznego podmuchu wywołanego przez ładunek, gdyby był prawdziwy.
Cernan wykonywał ten manewr niezliczoną ilość razy, zawsze z powodzeniem, jednak tego dnia był wyjątkowo naładowany i postanowił zaryzykować – polecieć szybciej, niżej i z większą brawurą niż kiedykolwiek przedtem. Jego rozumowanie było proste: W czasie wojny, im szybciej i niżej poleci, tym mniejsza szansa na wykrycie go przez sowieckie radary. Zatem Cernan wystartował, Cernan leciał nisko i Cernan leciał szybko – tak nisko i szybko, że gdy dotarł do dwunastometrowego obszaru, jego dwunastometrowy samolot zahaczył o jeden z drewnianych słupków. Szarpnęło, zatrzęsło i rozległ się głośny huk pękania. Samolot nadal leciał i Cernan zdołał bezpiecznie go posadzić, jednak gdy tylko to zrobił, przybiegła do niego obsługa naziemna. W jednej z komór działek samolotu tkwił twardy, drewniany cylinder, wbity do samej podstawy. Co gorsza, cały prawy bok samolotu się rozdarł. Długa szczelina biegła od nosa, aż do skrzydła. Jeszcze trochę rozdarcia, jeszcze trochę szarpania, jeszcze trochę brawury kaskaderskiego pilotażu i Cernan tego dnia nie wróciłby do domu. Później wraz z kolegami z eskadry żartował przy piwie na ten temat. Jednak tej nocy to wstrząśnięty Cernan pił i się śmiał. Był to ostatni raz, kiedy młody lotnik dopuścił się odstępstwa od reguł i ścisłego protokołu lotów.
Podczas przygotowań do swojego spaceru kosmicznego Cernan zachował rzeczowe podejście, przez dziesiątki godzin, ćwicząc na pokładzie odrzutowca NASA do treningów nieważkości – samolotu transportowego KC-135, nazywanego „wymiotną kometą”. Zabierał on kursantów w powietrzną podróż składającą się z serii parabolicznych pętli przypominających jazdę kolejką górską i zapewniając około dwudziestu sekund nieważkości u szczytu każdej paraboli. Należało ćwiczyć zadania ze spaceru kosmicznego podczas dostępnych dwudziestu sekund nieważkości, czekając kolejną minutę w pełnej grawitacji, gdy samolot nurkował do najniższego punktu paraboli, a następnie ponownie zaczynał się wzbijać. Przez kolejnych dwadzieścia sekund najwyższego położenia i ponownej nieważkości można było kontynuować próby. Taka nauka poruszania się bez ciążenia była długotrwałym i uciążliwym procesem. Wielu ludziom nie udawało się przetrwać dnia bez uczynienia zadość _wymiotnej_ części nazwy wymiotnej komety, która robiła z ich ciałami, co chciała. Cernan, który kiedyś był lotnikiem ryzykantem, nie zamierzał być nawet w połowie tak niefrasobliwy, ucząc się zadań do drugiego amerykańskiego spaceru kosmicznego. I pierwszego naprawdę ambitnego.
W niedzielę, 5 czerwca 1966 roku o 5:30 czasu Houston, dwa dni po starcie, Cernan rozpoczął swój kosmiczny spacer, lub też – jak wolała to nazywać NASA w swoim suchym żargonie – EVA, czyli działania na zewnątrz statku kosmicznego. Dokładny harmonogram EVA był w pewnym stopniu arbitralny, ponieważ na orbicie nie było tak naprawdę standardowego dnia i nocy. Astronauci okrążali planetę w ciągu dziewięćdziesięciu minut, doświadczając codziennie szesnastu wschodów i szesnastu zachodów słońca. Dlatego też dla porządku ustawiali zegarki na czas Houston, gdzie znajdowało się centrum kontroli misji. Jeśli w Houston w Teksasie była 5:30, ta sama godzina była na pokładzie Gemini 9.
Cernan potrzebował dużo czasu na przygotowanie się do EVA. Załoga naziemna wyposażyła go w jedenastostronicową listę kontrolną, obejmującą wszystkie etapy, od założenia na piersi pakietu, który miał dostarczać mu tlenu, zasilania oraz zapewnić komunikację, po rozwinięcie blisko ośmiometrowego przewodu pępowinowego. Miał on bezpiecznie łączyć go ze statkiem Gemini. Należało również zwiększyć ciśnienie w zmodyfikowanych skafandrach EVA, które mieli na sobie obaj ze Staffordem. Astronauci tych misji Gemini, podczas których nie przewidziano spacerów kosmicznych, mogli korzystać z lżejszych skafandrów, ponieważ sama kabina była szczelna i zapewniała im sztuczną atmosferę. Jednak po otwarciu włazu, przez który miał wyjść Cernan, obaj mężczyźni byliby wystawieni na kosmiczną próżnię, a to wymagało mocniejszych kombinezonów, złożonych z siedmiu warstw.
Jeszcze przed uszczelnieniem skafandra Cernan stwierdził, że przewodu pępowinowego niemal nie da się kontrolować w panującej wewnątrz statku nieważkości. Piekielny wąż unosił się i skręcał, plątał sam ze sobą, przeciwstawiając się wysiłkom Cernana, by nad nim zapanować i utrzymać go w stanie zwiniętym.
– Kanary – Stafford wywołał stację śledzącą na Wyspach Kanaryjskich – poinformujcie Houston, że wypuściliśmy wielkiego węża z czarnej skrzynki.
Gdy napełnili swoje skafandry powietrzem, sprawy skomplikowały się jeszcze bardziej. Do problemów z manewrowaniem wężem doszły jeszcze trudności ze zwykłym poruszaniem się. Po podniesieniu w skafandrach ciśnienia do 0,24 bara stwardniały i zesztywniały, niemal uniemożliwiając ruchy. Zwykłe zgięcie łokcia lub zgięcie kolana wymagało od astronauty całej siły. Dla Stafforda nie był to duży problem, gdyż przez całe EVA miał pozostać w statku kosmicznym. Dla Cernana jednak, który miał tańczyć balet wokół Gemini 9, sprawy wyglądały zupełnie inaczej.
Stafford rozhermetyzował kabinę, wyrównując próżnię wewnątrz z próżnią na zewnątrz, tak aby po odblokowaniu właz nie został wyrwany przez ciśnienie powietrza z wnętrza. Następnie Cernan wyciągnął rękę do uchwytu i spróbował go otworzyć, jednak ten ani drgnął.
– Kurcze, ten właz jest sztywny – poinformował Stafforda i Ziemię.
Używając obu rąk, walcząc z oporem pękatego skafandra, zdołał centymetr po centymetrze – a właściwie milimetr po milimetrze – popchnąć uchwyt, aż w końcu mała resztka powietrza pozostałego w statku wyleciała na zewnątrz. Zanim Cernan opuścił pojazd, musieli ze Staffordem przeprowadzić rutynową czynność wyrzucenia na zewnątrz worka z odpadami – głównie pustymi opakowaniami po żywności, które zgromadziły się wewnątrz podczas dwóch dni spędzonych dotąd na orbicie. Stafford podał nieważki worek Cernanowi, który wyrzucił go przez właz.
– W porządku, pozbyliśmy się śmieci – Stafford poinformował Ziemię.
Teraz Cernan ostrożnie podniósł się do góry, umieścił stopy na fotelu i stanął w otwartym włazie. Zaniemówił z wrażenia na widok tego, co ujrzał. Bliźniacze okienka statku Gemini miały rozmiar zaledwie piętnaście na dwadzieścia centymetrów, dając astronautom wąskie pole widzenia i umożliwiając ograniczone fotografowanie Ziemi oraz manewry na orbicie. Jednak to pole widzenia jak przez judasz było niczym w porównaniu z tym, co miał teraz do dyspozycji Cernan. Gemini 9 przelatywał właśnie nad Kalifornią Dolną i Cernan dostrzegał błękitną wodę oblewającą zielono-brązowy pas lądu oraz rdzawo-czerwoną pustynię na południowym zachodzie, która rozciągała się we wszystkich kierunkach.
– Alleluja! – wykrzyknął Cernan. – Rany, ale tu pięknie, Tom.
– Wygląda ładnie – odparł Stafford, chłonąc ograniczony widok, na który pozwalało mu jego małe okienko.
– Złapię Hasselblada i zrobię zdjęcie – powiedział Cernan, fotografując scenę aparatem przymocowanym z przodu jego kombinezonu.
Pierwszymi zadaniami Cernana, zanim jeszcze całkiem wyszedł ze statku kosmicznego, było zamocowanie kamery na zewnętrznym wsporniku dla umożliwienia filmowania EVA oraz zainstalowanie lustra na zewnątrz statku. Dzięki temu lustru Stafford mógł obserwować go podczas poruszania się wokół statku, podczas wyjmowania pakietu eksperymentu mikrometeorytowego. Pakiet mierzący wpływ mikroskopijnego pyłu kosmicznego zamocowano na zewnątrz Gemini.
Wykonawszy te wstępne czynności, Cernan całkowicie wysunął się ze statku i przygotował do przejścia wzdłuż jego boku w stronę rufy, gdzie czekał na niego spakowany AMU. Podróż przy burcie Gemini, która od dziobu do rufy mierzyła zaledwie pięć metrów i sześćdziesiąt centymetrów, okazała się niemal niemożliwa do wykonania. NASA i Cernan mogli mieć jakieś wyobrażenie na temat tego, jak poruszać się na końcu niemal ośmiometrowego przewodu pępowinowego, a treningi Cernana być może utwierdziły go w przekonaniu, że wie, co robi. Jednak Izaak Newton miał na ten temat też swoje prawa i to one zwyciężyły. Każde fizyczne działanie Cernana powodowało równoważną, przeciwną reakcję węża. Jeśli Cernan ruszył się na zewnątrz, wąż ciągnął go w tył. Gdy Cernan ruszył się w lewo, wąż rzucał go w prawo. Ten niekontrolowany ruch przenosił się także na sam statek kosmiczny, który w odpowiedzi na te siły zaczynał pochylać się i odchylać. W przypadku takiego niepożądanego ruchu Stafford powinien po prostu odpalić silniki manewrowe i ustabilizować statek, jednak nie śmiał tego zrobić, gdy Cernan był na zewnątrz. Strumień gazów z dysz mógł przepalić mu skafander.
Zamiast tego Cernan musiał sam się ustabilizować. Przyczepił się do maty velcro, które NASA zamocowała na zewnątrz statku, by dać mu punkt oparcia, jednak przewód pępowinowy miał siłę bicza i velcro nie mogło go utrzymać. Cernan próbował używać także zewnętrznych uchwytów na powłoce statku, lecz były one w odległości kilkudziesięciu centymetrów od siebie. W teorii Cernan miał swobodnie szybować wzdłuż statku i uchwyty mogły być potrzebne tylko w sytuacji awaryjnej. Zamiast się ich trzymać, miotał się na końcu przewodu, kompletnie nie mogąc odzyskać kontroli nad własnymi ruchami.
– Trochę trzęsiesz łodzią – mówił przez radio Stafford z wnętrza podskakującej kabiny. Spojrzał na zainstalowane przez Cernana lustro i ten widok zaalarmował go. – Chyba jesteś do góry nogami i jesteś otoczony wężem ze wszystkich stron.
– Nie mogę dotrzeć tam, gdzie chcę – odparł Cernan. – Wąż oplata mnie całego. Kompletnie nie mogę się do tego dostać, bo poręcze są bardzo z tyłu.
Wreszcie, łącząc maksymalny wysiłek, dynamikę Newtona i pokaźną ilość zwyczajnego szczęścia, Cernan zdołał skręcić w stronę statku, grzmotnął w jego burtę i złapał za jedną z poręczy. W końcu miał też jakąś pomoc. Z tyłu statku NASA zamocowała długi przewód prowadzący do rufy i Cernan mógł się go chwycić i pociągać, ręka za ręką. To także było wyczerpujące, ponieważ co kilkanaście centymetrów musiał się zatrzymywać i opanowywać węża tak, żeby ten nie oderwał go od niepewnie trzymanego przewodu.
Cernan przebywał poza statkiem już ponad godzinę i zdążyli przez ten czas wylecieć ze strefy ziemskiego dnia, w której na statek i na niego samego działała temperatura stu trzydziestu dwóch stopni Celsjusza, wlecieć w strefę nocy i temperatury minus stu sześćdziesięciu ośmiu stopni, a następnie z powrotem na oświetloną stronę. Jego skafander zaprojektowano tak, aby utrzymywał wewnątrz warunki umożliwiające przeżycie, jednak wystarczyło tylko kilka stopni powyżej lub poniżej tego zakresu, aby odczuwał nieznośny upał lub przejmujący chłód. Pot zalewał mu twarz i piekł w oczy – jednak nie mógł ich przetrzeć, zamknięty w skafandrze i hełmie. Co gorsza, parować zaczął wizjer, przesłaniając mu widoczność. Na Ziemi, przy konsoli w Houston, lekarz misji Charles Berry odczytał, że tętno Cernana wynosi sto pięćdziesiąt pięć uderzeń na minutę, mniej więcej tyle, ile miałby, gdyby wbiegał po 120 stopniach co minutę.
– Jak tam u ciebie, Gene? – pytał Stafford.
– W porządku – odpowiedział Cernan. – Muszę tylko trochę zwolnić i odpocząć.
Cernan pozwolił sobie na chwilę oddechu i miał nadzieję, że uda mu się wyrównać puls. Następnie, centymetr po centymetrze, z wizjerem zalewanym przez kondensującą wilgoć, na wpół ślepy, przedostał się na tył statku kosmicznego. Tam czekał na niego AMU, który inżynierowie sił powietrznych przygotowali dla niego, oczekując, że go założy i użyje. Kiedy jednak dotarł do rufy, czekała go paskudna – i potencjalnie śmiertelna – niespodzianka. Ta część statku kosmicznego łączyła się z rakietą Titan II, która wystrzeliła załogę w kosmos. Oddzielając się jednak od kapsuły Gemini tuż przed jej dotarciem na orbitę, rakieta pozostawiła po sobie zębaty, ostry jak brzytwa kolec metalu. Tę przeszkodę Cernan musiał teraz obejść, nie rozcinając przy tym kombinezonu i nie doprowadzając do tragicznej w skutkach dekompresji.
Zgłosił ten problem Staffordowi, a następnie z najwyższą uwagą ostrożnie pokonał metalowe ostrze. Gdy to zrobił, wpadł z ulgą we wgłębienie w tylnej części statku i zebrał wszystkie siły, zginając swój sztywny skafander do pozycji, w której mógłby przysiąść. Spojrzał w prawą stronę, gdzie czekał AMU i westchnął na myśl o tym, co go czekało.
Lot za pomocą AMU oznaczał coś więcej niż założenie plecaka, włączenie go i start. Do urządzenia dołączona była lista trzydziestu pięciu punktów kontrolnych, które należało wykonać jeden po drugim, aby to ustrojstwo uruchomić. Pierwszym zadaniem było włączenie zamocowanego na nim oświetlenia, które umożliwiało przeczytanie listy kontrolnej. Przerzucił odpowiedni przełącznik, ale zadziałała tylko jedna z kilku małych lampek. Przy słabym oświetleniu i zaparowanym wizjerze, z całych sił starał się czytać listę, jednak zadanie przywiązania się pasami do urządzenia i skonfigurowanie jego sterowania było wyczerpujące. Zaczął dyszeć. Na ekranie Berry’ego w Houston odczyt pulsu astronauty wskazywał teraz sto osiemdziesiąt uderzeń na minutę.
Następnie, zgodnie z planem, Cernan odłączył się od przewodu pępowinowego łączącego go ze statkiem i przypiął się zamiast tego do przewodu podłączonego do AMU. Odczyt na ekranie lekarza misji natychmiast zgasł, ku jego przerażeniu. Serce Cernana mogło przyspieszyć do poziomu zawałowego, a lekarz w Houston nie dowiedziałby się o tym. A serce naprawdę przyspieszało, bo niefiltrowane słońce zalewało jego i wgłębioną metalową patelnię, jaką była tylna część statku.
– Naprawdę się tutaj gotuję – wysapał Cernan.
Przez swoje okienko Stafford widział, że Gemini 9 zbliża się do kolejnego zachodu.
– W porządku, Gene – powiedział – Noc już się zbliża.
Cernan jednak spodziewał się, że noc przyniesie jeszcze jeden problem. I miał rację. Gdy tylko statek wleciał w cień Ziemi i temperatura spadła do minus stu sześćdziesięciu ośmiu stopni Celsjusza, pot pokrywający wizjer zamarzł i kompletnie go oślepił. Cernan pochylił się do przodu, potarł nosem wewnętrzną część wizjera i oczyścił malutki obszar z lodu. Pod sobą dostrzegł światła Australii.
– Jak sobie radzisz, Geno? – dopytywał Stafford.
– Nieźle wszystko zaparowało – odparł Cernan, starając się jak najlepiej wykonać polecenia z listy kontrolnej AMU. To samo słabe połączenie, które uniemożliwiło przesyłanie danych z czujników biomedycznych na Ziemię, teraz zakłócało komunikację między dwoma astronautami.
– Widzisz coś, Geno? – pytał Stafford. – Rozumiesz, co mówię? Geno? Geno? Tak, czy nie?
Cernan odpowiadał, ale nie można było kompletnie zrozumieć, co mówi. Stafford się zastanawiał, jakie mają teraz opcje. Zbliżał się kolejny świt, który znowu miał ugotować Cernana, a po nim kolejna noc, która raz jeszcze pokryje jego wizjer szronem. Cernan nie mógłby manewrować głównym przewodem pępowinowym, a jeszcze trudniej – jak sądził Stafford – byłoby mu poruszać się w niesprawdzonym AMU. Każda dodatkowa minuta spędzona na zewnątrz wystawiała go na śmiertelne niebezpieczeństwo.
Dla Stafforda to wystarczyło. Znał Cernana i trenując z nim, od ponad roku wiedział, z jakiej gliny jest ulepiony. Cernan nie przestałby pracować na rufie, z zerową widocznością i walącym jak młot pulsem, metalową brzytwą grożącą rozcięciem kombinezonu, światłem i cieniem torturującymi go na zmianę, jednocześnie starając się odpalić przeklęty AMU sił powietrznych, który równie dobrze mógł go zabić.
Jako dowódca misji Stafford miał pełne prawo podejmowania wszelkich decyzji dotyczących jej przebiegu oraz bezpieczeństwa załogi, nawet jeśli nie zgadzali się z nimi kontrolerzy na Ziemi. I zdecydował, że EVA na tym się kończy.
– Dobra – powiedział po części do Cernana, po części dla obsługi w Houston. – Przerywamy. Połączenie jest fatalne. Zrozumiałeś? Geno? Słyszysz mnie? Przerywamy. Przerywamy.
Cernan naprawdę go usłyszał. Westchnął głęboko – zarówno z ulgą, jak i z trwogą. Decyzja o przerwaniu EVA była prosta. Jednak powrót na ślepo wokół sterczącego ostrza, wzdłuż burty Gemini, odnalezienie uchwytów, velcro i przewodu na rufie statku, bez widoczności, jednocześnie starając się kontrolować puls, to nie była błahostka. No i trzeba było jeszcze złożyć się z powrotem w malutkim fotelu na pokładzie i zamknąć za sobą właz. Wszystko w skafandrze, który usztywniał go jak manekina. Gene Cernan opuścił Gemini 9, żeby odbyć kosmiczny spacer. Gdyby skafander się rozdarł lub stracił możliwość poruszania się, czy też nie mógł dostać się z powrotem do wnętrza, nie było gwarancji, że ten spacer kiedykolwiek się skończy.
– Nie sądzę, żebym zdołał tędy wrócić – powiedział Cernan, wiodąc swymi niewidzącymi oczami od tylnej do przedniej części statku. Jednak ta droga, jak obaj wiedzieli, była jedyną drogą. Tych kilka słów było jedynym, co zabrzmiało, jakby Cernan się poddawał. To jednak wystarczyło.
Stafford usłyszał je wyraźnie. Skinął, po cichu i z powagą. W jego myślach złowieszczym echem odbiły się słowa Slaytona: _Odetnij go._